Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia



Login:

Hasło:

Wzgórza Quantock
AutorWiadomość
First topic message reminder :

Wzgórza Quantock

To pomiędzy wzniesieniami wzgórz Quantock usytuowana jest Dolina Godryka i przylegające do niej tereny. Rozciągają się jednak daleko poza Dolinę, od wybrzeża na północy dalej na południowy zachód, prawie że równolegle do położonej dalej na zachodzie rzeki Parrett. Same wzgórza odznaczają się niezwykłą urodą, porośnięte są wrzosowiskami i dębiną, które dają schronienie dla zwierzyny. W pogodne dni ze szczytów wzgórz można ujrzeć leżące najbliżej na zachód od wzniesień miasto - Bridgwater. Pomiędzy pagórami rozrzucone są pojedyncze domki i farmy, w których koniec z końcem starają się splatać ich mieszkańcy: Quantock obfitują bowiem w żyzną glebę sprzyjającą uprawom, co czyni z nich niezwykle cenne tereny i zniechęca do wyprowadzki zwłaszcza wtedy, gdy w oczy Anglików zagląda głód.
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : 99
UROKI : 99
ALCHEMIA : 99
UZDRAWIANIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Wzgórza Quantock - Page 5 Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki

Powrót do góry Go down


Roselyn wymówiła zaklęcie, z którym Gin nie mogła sobie poradzić, a rany na ciele chłopca jak na rozkaz zaczęły się zasklepiać. Lady Macmillan patrzyła na to z mieszaniną ulgi i nieprzyjemnie palącego poczucia wstydu. Przecież już wychodziło jej to zaklęcie, powinna...
Uniosła zawstydzone spojrzenie, kiedy uzdrowicielka dotknęła jej dłoni. Słowa tak doświadczonej uzdrowicielki trochę wsparły ją na duchu. Owszem, zaklęcie nie należało do łatwych, Gin przecież miała tego świadomość, do tego okoliczności, fakt, że pierwszy raz zderzyła się z tyloma rannymi i cierpiącymi ludźmi...
- Dziękuję - odpowiedziała szczerze Wrightówny, choć sama do końca nie była pewna czy bardziej była jej wdzięczna za słowa czy uleczenie chłopca. A może po prostu za jedno i drugie? Potrzebowała tego wsparcia szczególnie teraz, kiedy tak bardzo w siebie zwątpiła.
Chciała coś jeszcze zdziałać, pomóc rannemu, ale panna Wright zadeklarowała się dokończyć jego leczenie. Tymczasem podszedł do nich Ollie. Nim Gin się spostrzegła, już prowadził ją ku kolejnym poszkodowanym mieszkańcom miasteczka.
Kiedy się do niej zwrócił, Gin spojrzała na niego z wdzięcznością. Szczególnie ostatnie jego słowa wiele dla niej znaczyły, a jej szare oczy nabrały jakiegoś cieplejszego blasku.
- A ja nie wiem co bym bez was zrobiła - odparła szczerze. Była wdzięczna Heldze za to, że to właśnie oni - Ollie i Roselyn byli tu z nią i że miała w nich wsparcie.
Od kiedy tylko zaczęła się interesować magią leczniczą wciąż słyszała, że nigdy nie będzie się tym zajmować na poważnie, że nie zostanie uzdrowicielką. Początkowo się przeciw temu buntowała jak przed innymi ograniczeniami, które na nią nakładano, ale... z czasem ten bunt stawał się coraz mniejszy i mniejszy, aż w końcu zniknął zupełnie, a Gin jakby się pogodziła ze świadomością, że magii leczniczej będzie mogła używać co najwyżej na sobie i to i tak po kryjomu. Teraz jednak świat stanął na głowie, Gin znalazła się w środku wojennej zawieruchy i okazało się, że jej umiejętności są więcej niż cenne. Że powinna działać. I chciała, oczywiście, że chciała! Po prostu... nie do końca była na to gotowa. Z drugiej jedna strony - czy ktokolwiek był gotowy na wojnę?
Podeszli do kolejnych rannych, a Gin najpierw wstrzymała powietrze, a potem zaczęła oddychać przez usta. Zapach nadpalonego ciała i widok poparzonych ludzi sprawił, że żołądek podszedł jej pod samo gardło. Nie poddała się jednak temu uczuciu i bardzo starała się zastosować radę Olliego w praktyce i skoncentrować na działaniu, a nie na cierpieniu i obrażeniach poszkodowanych.
Zerknęła jeszcze na przyjaciela, który odszedł do najbardziej poparzonego mężczyzny. Widziała jego zdeterminowanie, pewność ruchów. Nawet jeśli coś mu nie wychodziło, to się nie poddawał, ale próbował dalej. Był na swoim miejscu, pasował tu, wiedział co robić i działał. A Gin... Gin zapragnęła być jak on. Nie chciała być tylko zagubioną dziewczynką z dobrego domu, która kiedyś przeczytała jakieś książki i znała kilka zaklęć. Chciała... chciała być uzdrowicielką. Taką prawdziwą. I nabrała tej pewności po tej krótkiej chwili patrzenia na Marlowe'a.
Odetchnęła jakoś spokojniej i podeszła do poparzonej rodziny. Uśmiechnęła się do nich pokrzepiająco i zapewniła, że wszystko będzie dobrze i że jest tu, żeby im pomóc. Poprosiła Emmę, żeby razem z nią obejrzała rannych, po czym szybko zabrała się za działanie. W pierwszej chwili zajęła się oparzeniami. Z lekkim niepokojem unosiła różdżkę, ale jeden rzut okiem na Olliego jakoś ją uspokoił. Jak nie wyjdzie, to nic, zaczaruje jeszcze raz.
- Cauma Sanavi Maxima - wypowiedziała bez strachu, a różdżka jakby to wyczuła łagodząc urazy od ognia. Później Gin zupełnie pochłonęło leczenie kolejnych obrażeń i idąc za przykładem Rose i Olliego nie przejmowała się niepowodzeniami jak nieskuteczne Episkey czy Episkey Maxima, skupiała się na działaniu, na całym procesie.

Pracowali do rana niosąc pomoc wszystkim, którzy tego potrzebowali. Mieli pełne ręce roboty, bo gdy tylko stabilizowali jednych poszkodowanych, to do prowizorycznej lecznicy trafiali kolejni i kolejni. Virginia jeszcze nigdy nie była aż tak zmęczona. Po godzinach czarowania, bandażowania, badania i rozmawiania z mieszkańcami, zaczynała powoli zasypiać na stojąco. Nie była przyzwyczajona do pracy, a co dopiero do tak intensywnej, ale... mimo wszystko była z siebie dumna, że dała radę. Że kiedy przybyli kolejni uzdrowiciele, którzy mieli ich zastąpić, pacjenci byli w najlepszym możliwym stanie do jakiego można ich było doprowadzić. Przed powrotem do Puddlemere szczerze i z wdzięcznością podziękowała zarówno Roselyn i Olliemu za ich pracę, pomoc i wsparcie i obiecała sobie w duchu, że kiedyś będzie tak dzielna jak oni.

[zt x3 - Gin, Roselyn, Ollie]



chase the wind
Virginia Macmillan
Zawód : nieoficjalna sanitariuszka Macmillanów
Wiek : 22
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Panna
I will ride,
I will fly,
Chase the wind
And touch the sky
OPCM : 10
UROKI : 9
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 15
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 6
Genetyka : Czarodziej

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t8237-virginia-avis-macmillan https://www.morsmordre.net/t8276-sam-puch https://www.morsmordre.net/t8272-macmillan-s-firewhisky https://www.morsmordre.net/f143-kornwalia-puddlemere-dwor-macmillanow https://www.morsmordre.net/t8300-virginia-macmillan#240131

Powrót do góry Go down


2 II
Ciemno wszędzie, głucho wszędzie....




Wspomnienie poprzedniej nocy malowało się w pamięci wyraźnym wspomnieniem. Pamięć nie zdążyła jeszcze zamazać jego konturów. Nieodległe. Jednak nie to sprawiło, że rysowało się w umyśle tak namacalnie. Pytania pęczniały w umyśle, niepewność drażniła już i tak niespokojny umysł. Musiała oczyścić umysł. Opanować ten obcy, osobliwy stan. W lecznicy nie było miejsca dla roztargnionej uzdrowicielki. Poranne sprawunki skutecznie odciągnęły myśli, uwaga skupiła się nad tym co było przed nią.
Pomieszczenia lecznicy, jak każdego poprzedniego dnia, wypełniły się pacjentami. Od tygodni obserwowała tendencję wzrostową. Wraz z nasileniem się mrozów chorych było coraz więcej. Ceny rosły, a sklepowe półki pustoszały. Nieurodzajne lato sprowadziło na nich klęskę. Nie pamiętała ostatniej zimy, gdy temperatury sięgały tak nisko. To był ciężki rok. Ciężka zima. Państwo przestało funkcjonować jak powinno. Przymierze z mugolami zostało zerwane. Rozpętała się wojna. I chociaż ta powinna rozgrywać się na frontach, między siłami konfliktu, dotykała równie mocno tych, których jedynym celem stało się po prostu przetrwać. Z godnością. Nie za wszelką cenę. W zgodzie z samym sobą. Wszak to była jedyna władza jaką nad sobą posiadali.
Skład lecznicy zasilało tylko trzech uzdrowicieli,a w trudnych chwilach wspomagał ich lord Archibald. Kerstin była niezawodną pomocą, szczególnie gdy do lecznicy zaczęli napływać mugole, a pielęgniarka znacznie lepiej rozumiała ich świat niż czarodzieje. Wiedziała jak działają medycy, którzy pomagali im bez pomocy magii, zaledwie korzystając z sił własnych umysłów i nauki. Przede wszystkim wiedziała wiele o tym jakie choroby trawią ich ciała. Wielokrotnie czytała o tym, że ciała czarodziejów są silniejsze. Odporne na choroby, które prześladują niemagiczną część brytyjskiego społeczeństwa. I zdawała sobie też sprawę z tego jak wiele pozycji, które analizowali do tej pory spisywana była dłonią czarodziejów, którzy nie rozumieli ich świat czy też zrozumieć go nie chcieli. Że analiza ich anatomii bywała często kolejnym argumentem, aby wskazać ich słabość względem czarodziejów, niźli faktycznym źródłem, z którego mogła czerpać niezachwianą fałszem wiedzę. Zaognienie konfliktu w tej materii nie przyniosło wielu zmian, jedynie uciszono głosy, które mogły wnieść coś innego do toczącej się od wieków dyskusji.
Wszyscy jednak zdawali sobie sprawę z tego, że rąk do pracy jest stanowczo za mało. Coraz częściej udzielała domowych wizyt, odwiedzała tych, którzy nie byli w stanie sami do dotrzeć do lecznicy. Po godzinach, pracując za mieszek galeonów, jedzenie, cokolwiek co oferowali jej pacjenci, a czasami po prostu za nic. Czasami skromna opłata ciążyła w kieszeniach płaszcza, świadoma że chociaż chcieli jej zapłacić, to oddawali jej coś czego nie mieli wiele.
Dzisiejszy dzień nie miał być inny niż każdy poprzedni. Chaotyczny tryb ich pracy miał już pewną metodę.
Wieści o obozowisku ukrytym wśród wzgórz Quantock, została przyniesiona do nich przez jednego z mugoli. Po tym jak zajęła się nim wraz z Kerstin, błagał o to, aby wyruszyli wgłąb Somerset, do obozowiska, które uwili po ucieczce.
Jeszcze nie spodziewała się tego co mają tam zastać.
Obiecała mu, że pojawią się tam jeszcze tego samego dnia, że potrzebują jeszcze czasu na przygotowania. Lecznica nie mogła pozostać pustą do tego czasu. Poinformowała o wszystkim Olliego, a także udała się do Kurnika, aby prosić Louisa, by im towarzyszył - chociaż nie był medykiem ani w świecie czarodziejów, ani w świecie mugoli, to jednak znał ich zwyczaje znacznie lepiej niż czarodzieje. Nie wiedziała jakie nastroje ich zastaną, wierzyła że dobrze było mieć przy sobie kogoś kto mógł nawiązać z nimi dialog. Kerstin pomogła jej z przygotowaniem sprawunków, a w międzyczasie wysłała Furię do Castora Sprouta, który od jakiegoś czasu wspierał ich zarówno w sprawach składników alchemicznych jak i w wykonaniu zaawansowanych eliksirów.
Już zmierzchało, gdy kierowani przez pana Stewarta kierowali się w stronę obozowiska.
- Ziemia zamarzła. Nie mieliśmy jak ich pochować - powiedział, gdy zbliżyli się do ośnieżonej kupy. Z daleka ciężko było stwierdzić o czym dokładnie mówił. Dopiero kilkanaście kroków bliżej, kilkanaście urwanych oddechów dalej odkryła co w pełni kryło się za jego słowami. To co zdawało się być osnutą śniegiem kupą liści w rzeczywistości było furą ułożonych, zamarźniętych ludzkich ciał. Tych było znacznie więcej i więcej im bliżej było do serca obozowiska. Mugole wychodzili z namiotów, mierząc ich spojrzeniami. Wychudzeni, niektórzy zdawali się poruszać z trudnością. Im bliżej ognisk, ciepła, tym roznoszący się w powietrzu zapach był bardziej nachalny - rozkład, bród, smolista woń wilgotnego palonego drewna.
- To oni, to ludzie, o których wam mówiłem - powiedział Stewart do mężczyzny, stojącego w wejściu do jednego z większych namiotów. - To Thomas Murdock, był pastorem naszej wspólnoty w Redhorn. On zorganizował naszą przeprawę - dodał.

| czas: do piątku 14.01



I'm out on the edge and I’m screaming my name Like a fool at the top of my lungs. Sometimes when I close my eyes I pretend I'm all right but

it's never enough.




Ostatnio zmieniony przez Roselyn Wright dnia 18.01.22 18:42, w całości zmieniany 3 razy
Roselyn Wright
Zawód : Uzdrowiciel w leśnej lecznicy
Wiek : 31
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
the angry, the empty, the lonely, the tricked.

we are all museums of fear.
OPCM : 15
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 35
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 7
SPRAWNOŚĆ : 3
Genetyka : Czarownica
when will enough be enough?
Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t6412-roselyn-wright https://www.morsmordre.net/t6516-furia#166169 https://www.morsmordre.net/t6521-roselyn#166208 https://www.morsmordre.net/f113-irlandia-killarney-national-park-upper-cottage https://www.morsmordre.net/t6553-skrytka-bankowa-nr-1612#167244 https://www.morsmordre.net/t6551-r-wright#282514

Powrót do góry Go down

Ślub Belli i Steffena był miłym oderwaniem się od ponurej rzeczywistości, w której przyszło nam żyć, choć... miałem cichą nadzieję, że nikt nie zauważył mojego zniknięcia z przyjęcia już koło północy. Ostatnio wpadałem w jakieś dziwaczne, melancholijne stany, ale starałem się tego nie okazywać przy innych. Ich powód był tak prozaiczny w porównaniu z mrozami, chorobami, brakiem żywności, śmiercią i cierpieniem ludzi, że głupio byłoby mi się z tego komukolwiek zwierzyć. Więc zatrzymałem to dla siebie starając się zachowywać jak najbardziej normalnie i zajmując myśli i ręce przeróżnymi pracami jeszcze intensywniej niż dotąd. Najłatwiej było się wymęczyć, wrócić do Kurnika późno, po cichu wspiąć się po schodach do swojego pokoju na strychu i paść na łóżko zatapiając się od razu w błogim śnie. Bez tych wszystkich niepotrzebnych durnych myśli i dziecinnych uczuć, których nie rozumiałem.
Ostatecznie po wielu próbach wreszcie zdobyłem się na napisanie i wysłanie sowy Lexa do Julka. Cztery dni temu. I już tego żałowałem. Bardzo chciałem, żeby ten list brzmiał jakoś tak normalnie, ale im dłużej go analizowałem później w głowie, tym bardziej dochodziłem do wniosku, że był zbyt... Że był... No po prostu zbyt. Teraz jednak było już za późno. Fumea wróciła bez niego i bez odpowiedzi, a mi doszły kolejne idiotyczne myśli, którymi się zadręczałem.

Miałem sobie właśnie wpakować do ust suchą kromkę z cienkim plasterkiem żółtego sera(!) - wyjątkowo pożywne śniadanie jak na ostatnie dni - kiedy usłyszałem pukanie do frontowych drzwi. W Kurniku byłem sam, bo Ida jeszcze przed świtem wyszła na domowe wizyty u chorych, a Lex i Fox najprawdopodobniej znów byli na jakiejś misji, szczerze mówiąc ledwo ich widywałem w Kurniku. Zostawiłem więc kanapkę w kuchni i czym prędzej pokonałem odległość do drzwi w kilku susach. Na progu stała Roselyn i zanim zdążyłem powiedzieć, że Idy i Lexa nie ma, poprosiła mnie o pomoc. W kilku zdaniach nakreśliła mi sytuację, a ja tylko potakiwałem głową momentalnie zgadzając się na wyruszenie wraz z nią do osady na wzgórzach.
- Spróbuję zdobyć samochód, może się przyda, i jakieś jedzenie... i koce - powiedziałem, kiedy już odchodziła.
Cóż, dzisiejsze prace u mieszkańców Doliny musiały zaczekać, bo z tego co Rose powiedziała, jasno wynikało, że osadnicy byli w dramatycznej sytuacji. Trzeba było działać szybko, więc swoją kanapkę zjadłem zesztywniałą z zimna szczęką już maszerując do pani Spencer. Właścicielkę sklepu "przekupiłem" litrem spirytusu, żeby znów pożyczyła mi swój samochód dostawczy. Zresztą jak się dowiedziała w jakim celu, to chciała mi go pożyczyć za darmo, ale już tyle razy oddawała mi swój wóz, że nie przyjąłem spirytusu z powrotem. I tak nie wiedziałem co z nim zrobić, a cała Dolina Godryka wiedziała, że to właśnie pani Spencer robi najlepsze nalewki w okolicy.
Porządnie przygotowałem się do wyprawy - ubrałem się w kilka warstw ubrań, żeby jak najbardziej ochronić się przed nieznośnym mrozem, a po kieszeniach kurtki pochowałem: latarkę, kompas i zapas zapałek. Do zabrania przygotowałem kilka koców (chciałem więcej, ale już nie było żadnych zapasowych, a i tak postanowiłem oddać ten ze swojego pokoju), bochen chleba, słój tłuszczu (ponoć dobra rzecz na mróz) i landrynki (bardzo starałem się przy tym odsunąć od siebie myśl, że w obozie mogą znajdować się dzieci). Nie mieliśmy nic więcej w Kurniku i starałem się pocieszać myślą, że lepsze to, niż nic. Do dostawczaka oprócz tego wpakowałem jeszcze standardowo skrzynkę z narzędziami, łopatę, kilka sanek i cztery pary prowizorycznych rakiet śnieżnych, które któregoś dnia zmajstrowaliśmy z Lexem, kiedy gigantyczne opady śniegu zaczęły utrudniać dotarcie do niektórych mieszkańców Doliny. Zaoferowałem podwiezienie naszej grupy jak najbliżej obozu, chociaż oczywiście miałem świadomość, że do samego miejsca docelowego nie dostaniemy się samochodem w dodatku takim. Zaparkowałem na poboczu w okolicach miejsca wskazanego przez mężczyznę z osady, Stewarta, a dalej ruszyliśmy już całą grupą pieszo. Rozdałem wcześniej rakiety śnieżne osobom idącym na przedzie (jednocześnie obiecałem sobie zrobić więcej par tak na przyszłość), ci z nas, dla których nie wystarczyło, musieli maszerować bez tego udogodnienia, chociaż po wstępnie ubitym rakietami śniegu było i tak łatwiej niż przedzierać się po prostu przez świeży puch. Żeby jeszcze ułatwić sobie przeprawę przytroczyłem plecak z prowiantem i kocami, skrzynkę z narzędziami i łopatę do sanek i zaproponowałem pozostałym członkom naszej małej kampanii zrobienie tego samego z ich ewentualnym bagażem. Sanek akurat było sporo, więc powinno wystarczyć miejsca.
W ten sposób ruszyliśmy gęsiego przez las prowadzeni przez Stewarta. Po kolejnej wymianie zdań na temat warunków obozowiska zapadła głucha i ciężka cisza, której nie byłem w stanie znieść. Zagadywałem więc mężczyznę o to czym się zajmował zanim nastała wojna, gdzie mieszkał... opowiadałem o swoim dorastaniu w Birmingham i o studiach w Londynie, wszystko, byleby przeprawa minęła nam szybko i w jakoś mniej ponurej atmosferze. Tego ostatniego oczywiście nie dało się uniknąć całkowicie. Nie, kiedy dotarliśmy do obozowiska, a ja zrozumiałem, że śnieżne pagórki wcale nie były śnieżnymi pagórkami. Zwolniłem kroku czując jak wnętrzności mi się nieprzyjemnie skręcają i robi mi się słabo. Nigdy dotąd nie miałem do czynienia z taką ilością ludzkich ciał. Po prostu. Leżących. W lesie. Ułożonych w stosy...
Starałem się o tym nie myśleć i ruszyłem dalej za resztą, choć teraz lekko pobladły na twarzy. Dalej wcale nie było dużo lepiej - zobaczyłem namioty i nieszczelne chatynki zbite z desek, tak wychudłych ludzi, że miałem wrażenie, że podmuch wiatru ich przewróci, widziałem ich nieufne, pełne lęku, a czasami również wrogości wielkie oczy, słyszałem okropny kaszel dobiegający raz po raz z różnych części obozowiska, a przez trudny do opisania odór starałem się wstrzymywać powietrze w płucach.
W pierwszym odruchu, chciałem ich wszystkich stąd zabrać. Nie wiedziałem jakim cudem udało im się przeżyć w takich warunkach tak długo, ale... byłem pewny, że nie potrwa długo zanim wszyscy zamarzną, zagłodzą się na śmierć albo dobije ich choroba. Byłem przerażony i przytłoczony, ale przecież nie mogłem tego po sobie pokazać, więc schowałem twarz jeszcze bardziej w szaliku. W głowie kalkulowałem ile osób dałoby się przygarnąć do Kurnika. Z pewnością nie wszystkich... a przygarnianie chorych bez konsultowania tego z Lexem... Wszechświecie, co robić...? Bardzo żałowałem, że nie było tu z nami Farleya, on wiedziałby dokładnie jak postępować, znalazłby rozwiązanie.
Obozowisko nie było zbyt wielkie i nim się zatrzymaliśmy przed mężczyzną przedstawionym jako pastor Murdock, ogarnąłem się na tyle, by przynajmniej sprawiać pozory rozluźnienia i posłać do mieszkańców choćby cień uśmiechu dającego im nadzieję. Tak bardzo chciałem im ją dać...!
- Jesteśmy przyjaciółmi - to pierwsze, co powiedziałem wychodząc na przód naszego orszaku. Powiedziałem to głośniej, jakbym chciał o tym zapewnić nie tylko pastora, ale i pozostałych osadników. - Mieszkamy w Dolinie Godryka i przyszliśmy pomóc - dodałem. - Przede wszystkim zająć się chorymi, ale nie tylko.
- Jesteście lekarzami? - zapytał nieufnie pastor kolejno spoglądając po naszych młodych bądź co bądź twarzach.
- Nie do końca... - zacząłem, a po twarzy Murdocka przemknął cień rozczarowania i niechęci i wiedziałem, że stąpam po cienkim lodzie. - Ja nie jestem - powiedziałem szybko patrząc mężczyźnie prosto w oczy, jakby w moich słowach było ukryte jeszcze jedno znaczenie. Bo było, nie wiedziałem tylko czy to wychwyci.
- Ale reszta może pomóc - dodałem pełnym przekonania głosem. - Rose, Kerstin i Ollie zajmują się chorymi w lecznicy w Dolinie, a Castor robi leki - wskazałem ich kolejno. - Ja mogę pomóc przy uszczelnianiu domów i przy innych pracach, mam ze sobą narzędzia... - wskazałem na skrzynkę wciąż przytroczoną do sanek.
Pastor przyglądał mi się przenikliwie dłuższą chwilę, po czym spojrzał jeszcze raz po pozostałych.
- Naprawdę chcemy pomóc - powtórzyłem z naciskiem.
- Wszystkich przedstawiłeś, a ty?
- Louis. Louis Bott - odpowiedziałem szybko.
- Chodź ze mną, Louisie - to powiedziawszy wszedł do namiotu. Rzuciłem jeszcze okiem na pozostałych i ruszyłem za nim.
Namiot, mimo, że należał do tych większych, wciąż był dość ciasny i niski i musiałem się mocno garbić, żeby nie haczyć głową w sufit. Murdock nie miał tego problemu, stał przodem do mnie wyprostowany, a jego twarz nie wyrażała niczego poza jakimś zacięciem.
- A więc twierdzisz, że nie jesteś jednym z tych okultystów...
Czyli zrozumiał przesłanie.
- ...a jednak przyszedłeś tu razem z nimi. I twierdzisz, że chcecie pomóc - zrobił pauzę jakby czekając na potwierdzenie, więc kiwnąłem głową. Już otwierałem usta, żeby po raz kolejny zapewnić, że nie mamy złych zamiarów, ale mężczyzna nie dał mi dojść do słowa i kontynuował.
- Louisie, rozglądałeś się może po naszym obozie? Widziałeś ludzi tu mieszkających? Widziałeś w jakich warunkach mieszkamy? - zapytał spokojnym, uprzejmym głosem, od którego ciarki przeszły mi po plecach.
- Tak, dlatego... - spróbowałem zmienić taktykę, ale i tak przerwał mi w pół słowa.
- Jak myślisz: dlaczego się tu znaleźliśmy? - zapytał tym samym tonem z miłym uśmiechem, który jednak nie sięgał oczu. - Sądzisz, że jesteśmy miłośnikami natury? Ludźmi lasu? Że mieszkamy w ten sposób dla przyjemności? Widziałeś mogiły wokół obozowiska? Wiesz kto ponosi za to wszystko winę?
- Wiem do czego pan zmierza - tym razem odezwałem się z zacięciem w głosie. Lekko zmarszczyłem brwi, bo nie podobało mi się to jak ze mną rozmawiał i że próbował obarczyć winą za ich obecny stan moich przyjaciół.
- Ale szukanie wrogów tam, gdzie ich nie ma, to nie rozwiązanie. I w tym momencie tylko wam zaszkodzi. Potrzebujecie pomocy, a my chcemy jej udzielić. Naprawdę chce ją pan odrzucić? Najprawdopodobniej nikt oprócz nas do was nie przyjdzie, a to wyrok śmierci.
- Radzimy sobie z bożą pomocą - odparł momentalnie pastor. - A jeśli Pan nas wezwie do siebie, to nie będziemy się sprzeciwiać.
Zamrugałem nie wierząc własnym uszom. Nie znałem się za bardzo na religii i wiedziałem, że zwykli ludzie mają prawo obawiać się czarodziejów, ale... nie sądziłem, że ktoś żyjący w takich warunkach wraz z innymi ludźmi - chorymi, głodującymi i zamarzającymi - może odmówić sobie i swoim bliskim pomocy. Nie mieściło mi się to w głowie.
- Dlaczego? - zapytałem tylko patrząc na niego większymi niż zwykle oczami.
- Jak mam dopuścić do naszej wspólnoty tych parających się magią osobników? To przez nich nie mamy dachów nad głową, nasi bliscy zostali wymordowani przez nich i ich podobnych, a teraz mamy się zdawać na ich łaskę lub niełaskę? Jak możesz z nimi przystawać, Louisie? Jak możesz sobie patrzeć w oczy? Wiesz co się wydarzyło w Londynie? Wiesz co się wydarzyło w...
- Wiem - przerwałem mu ostro. - Byłem wtedy w Londynie i też straciłem bliskich. Doświadczyłem tego wszystkiego na własnej skórze, nie tak dotkliwie jak wy, to prawda, ale tylko dlatego i tylko dlatego żyję, że oni mi pomogli - wskazałem ręką na wyjście z namiotu. Na znajdujących się po drugiej stronie czarodziejów i Kerstin.
- To dobrzy ludzie - powiedziałem z naciskiem. - Codziennie ratują życia bez względu na to do kogo należą. Robią to narażając własne zdrowie i życie, niezależnie od pory dnia i nocy. Jeśli nie chce pan naszej pomocy, w porządku... ale proszę jej nie odmawiać innym ludziom - pod koniec gniewnie uniosłem głos. Może za bardzo, bo Murdock zmarszczył brwi, a w kącie namiotu coś, co początkowo wziąłem za bezładnie porzucony koc, poruszyło się i jęknęło. Obaj spojrzeliśmy w tamtym kierunku.
- Tato...? Są tu? Potwory nas znalazły? - drżący z przerażenia dziecięcy głosik przerwał ciszę.
- Nie - odpowiedziałem w tym samym momencie co Murdock, a zaskoczony pastor na mnie spojrzał. - Przyszliśmy pomóc - dodałem korzystając z chwili. Koce znów się poruszyły i dziewczynka może sześcio- czy siedmioletnia usiadła na posłaniu. Miała rozczochrane blond włosy i wielkie z wychudzenia oczy. Zaniosła się koszmarnym kaszlem.
- Umiecie zrobić, żeby nie bolało? - zapytała cichutko wskazując na ciemne, przesiąknięte bandaże zaczynające się od szyi i niknące pod ubraniem. Poczułem nieprzyjemną gulę w gardle. Spojrzałem znów na pastora, który teraz wbijał we mnie wzrok z mieszaniną rozpaczy i wściekłości. Mogłem się tylko domyślić, w jaki sposób jego córeczka została ranna.
- Ja... - zawahałem się.
- Te rany... nie chcą się goić - szepnął bezradnie pastor.
Nie wiedziałem czy Rose albo Ollie będą umieli pomóc, ale jeśli nie oni, to zwykli lekarze z pewnością nie.
- Spróbujemy, dobrze? - zwróciłem się do dziewczynki. - Spróbujemy zrobić, żeby przestało boleć, jeśli twój tata się zgodzi - spojrzałem na pastora.

Kiedy wyszliśmy z namiotu odetchnąłem głęboko mroźnym powietrzem. Wciąż miałem spięte mięśnie ze stresu, ale poczułem ulgę. Jeszcze raz spojrzałem na pastora, a później na swoich towarzyszy.
- Możemy działać - zwróciłem się do nich podchodząc bliżej. - Tylko... tam w namiocie jest mała dziewczynka - powiedziałem ciszej. - Chyba ktoś... chyba przez magię... jest ranna... - spojrzałem po ich twarzach w napięciu. - Umiecie... Spróbujecie jej pomóc? - zapytałem.

Osadnikom przekazuję ze swojego zaopatrzenia: Łój (tłuszcz) (0,5 kg), Chleb jasny pszenny (1 bochenek), Landrynki (300 g).


Make love music
Not war.


Ostatnio zmieniony przez Louis Bott dnia 16.01.22 19:52, w całości zmieniany 1 raz
Louis Bott
Zawód : Drugi Kogut Kurnika, dorywczo może coś naprawić
Wiek : 22
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
Look up at the night sky
We are part of this universe,
we are in this universe,
but more important than both of those facts is that
OPCM : 0
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 6
Genetyka : Mugol
universe is in us
Niemagiczni
Niemagiczni
https://www.morsmordre.net/t1671-louis-bott https://www.morsmordre.net/t1846-niemugolska-poczta-lou#24237 https://www.morsmordre.net/t1672-louis-bott#17379 https://www.morsmordre.net/f223-dolina-godryka-kurnik https://www.morsmordre.net/t5152-louis-bott

Powrót do góry Go down

List otrzymany od Roselyn nie mógł zastać go w paradoksalnie lepszym momencie na podobne przypadki.
Od kilku tygodni był pod stałą obserwacją żywieniową Michaela, który nie pozwalał mu odchodzić od stołu, zanim nie posilił się właściwie czymkolwiek. Czuł, że dzięki opiece przyjaciela siły mu wracały, w pewnym sensie odżywał, miał też wrażenie, że myślenie przychodzi mu jakoś prościej, było zdecydowanie lepiej niż w analogicznym czasie miesiąc wcześniej. Gdyby wezwanie przybyło do niego wtedy, nie wiedziałby, czy miałby siłę wpakować się wraz z resztą do samochodu, nawet w tej swojej czapce z pomponem i szalikiem owiniętym ściśle wokół szyi. Przywitał się ze wszystkimi — dobrze było widzieć Olliego, który mógł już na pierwszy rzut oka stwierdzić, że jego przyjaciel prezentował się znacznie lepiej niż gdy ostatnim razem odwiedzał Cichy Domek. Louis mógł liczyć na wciąż jeszcze nieświadome tego, co zobaczą na miejscu, a przez to przepełnione nadzieją spojrzenie podarowane mu przy skinieniu głową, podobnie zresztą jak Roselyn, która chyba najbardziej oddawała uzdrowicielskie doświadczenie. Choć nie widziała jeszcze tragedii na własne oczy, wydawało się, że przygotowuje się na najgorsze.
Ściemniało się, ale w powietrzu nie było czuć typowego, mroźnego zapachu. Gdy tylko wyszedł z auta, poczuł, jak niepokój próbuje wspinać się po jego plecach, pod warstwami ciepłych materiałów, które założył na siebie profilaktycznie, pomny na rekordowo niskie temperatury. Gdy Louis rozdawał rakiety śnieżne, pozwolił sobie stanąć nieco z boku — kondycję miał nietęgą, wciąż męczył się dość szybko i pewnie i tak spowalniałby pochód. Niech inni mają nieco prościej.
Pomimo tego, że drogę przebył w pełnym milczeniu i na końcu korowodu, zapach poczuł jako pierwszy. I niemal od razu pobladł, bo nic nie pachniało w ten sam sposób co ś m i e r ć. Wrażliwy żołądek ścisnął się niemal od razu w panicznej próbie powstrzymania swej zawartości w miejscu, próby łapania oddechu ustami na niewiele się zdały, mógł więc tylko obserwować rozwój wydarzeń w przerażeniu, łapiąc pierwsze sygnały, że inni również to czuli. Zapachów, ciężkich zapachów było tutaj co niemiara, a podrażnione nie tak dawną pełnią zmysły nie chciały odpoczywać. Odruchowo poprawił ułożenie okularów na nosie, choć ze wszystkich sił pragnął nie widzieć tego, co przed nimi.
Zerkał więc kontrolnie na resztę, ale chyba wszyscy poza Louisem wiedzieli, na co się szykują i nie takie rzeczy... A może właśnie takiego obrazu upadku człowieka i ludzkiej godności wyszarpniętej przez wojnę nie mieli okazji jeszcze zobaczyć?
Z jednej strony nie chciał zapamiętywać tego obrazu. Nie chciał, by stosy zmarłych przykrytych lichymi płachtami powracały do niego w nocy, wybudzały ze snu, krążyły za nim w dzień, widmo tego, że nie zdążyli. Z drugiej strony jednak wiedział, że musiał obserwować. Rozkładać sytuację na czynniki pierwsze, zapamiętać jak największą ilość detali, bo była to trudna, ale bardzo ważna lekcja. Pokazywała, dlaczego robili to, co robili. Dlaczego sprzeciw był jedyną opcją, do czego doprowadzało odwracanie wzroku i ignorowanie problemu.
Gdy doszli wreszcie do chatki pastora, nie przerywał Louisowi. W momencie przedstawiania skłonił się przed mugolem, ściągając czapkę zamaszystym ruchem. Zaraz jednak nasunął ją na powrót na głowę, nie chcąc samemu się przeziębić. Jeszcze tego brakowało, by i tak obciążona Lecznica zyskała kolejnego pacjenta. Dopiero gdy dwójka mężczyzn zniknęła z ich wzroku, zwrócił się szeptem do Olliego:
— Trzymasz się? — jedyne pytanie, jakie mogło przecisnąć się przez zaciśnięte gardło. Castor zagryzł lekko dolną wargę, spoglądając w tym samym czasie na Stewarda.
— Polują państwo na coś? — wiedział, że pożałuje tego pytania, ale kilka dni wcześniej była pełnia i bardzo dobrze pamiętał, że nie natknęli się wtedy z Michaelem na żadną zwierzynę. A tu, wbrew wszelkim prawom logiki znajdowały się ogniska, nad którymi gotowało się coś. Na pewno mięso, tego był pewien. Ale co z innymi składnikami posiłków? Wizyta w Wyke Regis pokazała mu, jak zgubne potrafią być czasami efekty nieodpowiedzialnego zbieractwa. Roślinność w tych okolicach, zwłaszcza w takiej temperaturze była wyjątkowo uboga, spodziewał się, że okoliczne drzewa mogą być z powodzeniem coraz mocniej pozbawiane kory. — Rzuciłbym wprawnym okiem, jeżeli to nie przeszkadza, na zapasy, jeżeli jakieś państwo macie. Możliwe, że coś w jedzeniu również państwu nie służy, że to nie tylko... — że to nie tylko wojna, zima i śmierć dusi was tu wszystkich — Od zimna biorą się te choróbska...
Zasugerował może trochę słabym głosem, ale zbiegło się to w czasie z wyjściem Louisa i pastora z namiotu.
Mała dziewczynka, ranna przez magię.
Zagryzł lekko wnętrze policzka, spoglądając w napięciu to na Roselyn, to na Olliego. Powinni dać sobie radę. Byli przecież zdolnymi uzdrowicielami, ich umiejętności w porównaniu do tych, którymi czasami szastał Sprout były przecież niezaprzeczalnie lepsze. Spodziewał się, że zaraz przynajmniej jedno z nich wejdzie do środka, żeby ocenić stan ran dziecka. On mógł w tym czasie zająć się czymś innym, bardziej odpowiednim pod kątem jego zdolności.
— Dobra robota — szepnął do Louisa, naprawdę świetnie się spisał.[bylobrzydkobedzieladnie]


From my rotting body
flowers shall grow
and i am in them, and that is

eternity


Ostatnio zmieniony przez Castor Sprout dnia 16.01.22 19:59, w całości zmieniany 2 razy
Castor Sprout
Zawód : Twórca talizmanów, właściciel sklepu "Bursztynowy Świerzop"
Wiek : 23/24
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
If there is a liberty in this clear blue sky
I won’t mind tearing up these wings of pride
OPCM : 5
UROKI : 0
ALCHEMIA : 30
UZDRAWIANIE : 8
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 6
SPRAWNOŚĆ : 4
Genetyka : Wilkołak

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t9918-castor-sprout#299830 https://www.morsmordre.net/t9950-irys#300995 https://www.morsmordre.net/t9949-i-will-keep-my-flowers-safe#300972 https://www.morsmordre.net/f347-dolina-godryka-wrzosowisko https://www.morsmordre.net/t9952-skrytka-bankowa-nr-2255#301004 https://www.morsmordre.net/t9951-c-sprout#300999

Powrót do góry Go down

Ostatnie tygodnie były dla młodego uzdrowiciela intensywniejsze niż zwykle. Aktywniej zajmował się niesieniem pomocy rannym i potrzebującym nie tylko w bliskim sąsiedztwie, ale również podróżował wraz z innymi w te bardziej niebezpieczne rejony wysp, gdzie wojna zbierała swoje najmroczniejsze żniwa. Nieprzyjemna bezsilność i potrzeba działania pchała go stopniowo ku zmianom, odważniejszym działaniom związanym z szerzeniem słusznej, pro-człowieczej idei, choć jeszcze nie na tyle pewnie, aby mógł podejmować ten najwyższy stopień ryzyka. Nie był jeszcze wprawiony w walce, choć nieustępliwie starał się to zmienić, a wiedział że bez tej umiejętności nie będzie w stanie ochronić siebie i innych w krytycznym momencie. Pozostawało mu póki co działać na tej płaszczyźnie, na której znał się najlepiej - leczyć rannych i pomagać im w zapewnieniu możliwie jak najlepszej formy ochrony swojego zdrowia, na jaką było tych ludzi stać.
O sytuacji w lasach przy Wzgórzach Quantock dowiedział się od Roselyn i bez chwili wahania zdecydował się pomóc. Jeżeli ich własne podwórko nie mogło pozostać w przynajmniej względnie stabilnym stanie bezpieczeństwa, to jak mieliby przenieść swoje działania dalej, na inne hrabstwa? Już na tym etapie zmarła połowa koczującej w tamtejszych lasach ludności, a sytuacja pogodowa i materialna nie miała zapowiadać jakiejkolwiek poprawy jakości życia tych osób. Musieli działać szybko i mądrze, mając na uwadze grupę, do której zamierzali się udać. Większość mugoli nie patrzyła przychylnie na czarodziejów, trudno też się temu dziwić bo i podział na "my" i "oni" był zdecydowanie łatwiejszy do przyswojenia. Świat jednak nie funkcjonował w taki czarno-biały sposób i był nieco bardziej złożony...
Wraz z innymi udał się na miejsce przy pomocy wydartego skądś przez Louisa pojazdu. Ollie nie pamiętał kiedy ostatni raz podróżował samochodem, było to zapewne gdzieś w wieku dziecięcym, ale miło było doświadczyć tego na nowo. Również obecność pozytywnej osoby Louisa dodawała mu trochę otuchy i wiary w powodzenie ich misji, choć martwił się czy wizyta w obozie i to doświadczenie nie wpłynie na niego zbyt traumatycznie. On i Kerstin, której pielęgniarskie umiejętności będą tutaj nieocenione, byli też najsilniejszym argumentem, głosem współpracy między czarodziejami i mugolami.
Przedzierał się przez śnieg z pomocą rakiet śnieżnych otrzymanych od Louisa, co znacznie ułatwiało zadanie i ograniczało zmęczenie. Z kolejnymi krokami jednak podróż stawała się coraz bardziej nieprzyjemna, nawet nie za sprawą ciężkich warunków pogodowych, ale przez wzmagający się smród brudu i zgnilizny, który wykrzywiał usta i wywracał żołądek do góry nogami. Spojrzenie mimowolnie odsunęło się od stosu zamarzniętych ciał, nie chcąc teraz przyglądać się żadnemu z nich. Jeśli nie było jak ich pochować, będzie trzeba ich przenieść, lub jakoś spalić, przeszło mu jedynie przez myśl. Nic dziwnego że chorują, mając zmarłych pod nosem...
Skinął głową w kierunku pastora gdy Louis ich po kolei przedstawił, uchylając nieznacznie beret. Nie przerywał chłopakowi, bo czuł że świetnie radzi sobie z zadaniem, jakie przed nim stanęło. Można nawet stwierdzić, że swoją postawą zaimponował młodemu uzdrowicielowi. Kiedy rozmówcy zniknęli w namiocie, zerknął na Castora z zaciekawieniem. Faktycznie wyglądał lepiej niż ostatnio, choć wcale nie widzieli się tak dawno, jak można by przypuszczać.
- Tak, chyba... To tylko ten zapach. - odpowiedział mu również szeptem, naciągając szalik wyżej na nos, chcąc choć odrobinę sobie w ten sposób ulżyć. Przynajmniej żołądek tymczasowo przestał sprawiać problemy... - Nie jesteś już taki blady jak wtedy. - wysilił się na drobny komplement w kierunku Castora, a jedynie drobne zmarszczki w kącikach oczu mogły zdradzić, że Marlowe się delikatnie uśmiechnął.
Powrót Louisa przywiódł częściowo dobrą wiadomość, mianowicie zgodę na dalsze działania. Dalsza część tej wiadomości nie była jednak na tyle optymistyczna.
- Jeżeli to rany po czarnej magii, nie powinniśmy zwlekać. Większość takich efektów da się odwrócić, nie wiem jednak jak jest w tym przypadku... Rose? Pójdziemy razem? - zwrócił się do kobiety, bo miała zdecydowanie więcej wiedzy, doświadczenia i umiejętności uzdrowicielskich od niego. Sam nie był specjalistą od urazów pozaklęciowych, dopiero obecna sytuacja w kraju wrzuciła go na głęboką wodę i wymusiła konieczność przeciwdziałania czarnej magii i odwracania jej efektów.
- Powinniśmy też zająć się ciałami zmarłych. Mróz spowalnia proces rozkładu i rozprzestrzenianie się chorób, ale nie możemy tego zignorować. Nie damy rady ich pochować, możemy ewentualnie dokonać kremacji, choć w lesie może być to niemądrym posunięciem... - chyba, że udałoby im się zorganizować do tego odpowiednie miejsce. - Można też ewentualnie przenieść ciała dalej od obozu, lub przenieść ludzi w bezpieczniejsze i cieplejsze miejsce. - lub miejsca, w końcu mogli spróbować skontaktować się z odpowiednimi osobami i przetransportować małe grupy ludzi w różne rejony sojuszniczych hrabstw. W ten sposób mogliby dać schronienie małym grupom w wielu miejscach, niż szukać jednego miejsca, które byłoby w stanie pomieścić ich wszystkich. Był to oczywiście wstępny plan na przyszłość, którego nie trzeba było realizować, na pewno jednak warto rozważyć. Oczywiście w pierwszej kolejności Marlowe zamierzał zająć się rannymi, to nie pozostawiało jakiegokolwiek pola do dyskusji.

[bylobrzydkobedzieladnie]
Ollie Marlowe
Zawód : uzdrowiciel i magipsychiatra w lecznicy
Wiek : 22
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
Śmierć będzie ostatnim wrogiem, który zostanie zniszczony.
OPCM : 6
UROKI : 1
ALCHEMIA : 6
UZDRAWIANIE : 21
TRANSMUTACJA : 1
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarodziej

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t10401-ollie-marlowe https://www.morsmordre.net/t10455-wicher#316648 https://www.morsmordre.net/t10433-uzdrawiajacy-slon-mugolak#315360 https://www.morsmordre.net/f390-dolina-godryka-cichy-domek https://www.morsmordre.net/t10567-szuflada#320177 https://www.morsmordre.net/t10445-ollie-marlowe#315624

Powrót do góry Go down

Niespokojnie przyśpieszyła krok, by wyrównać go z towarzyszącymi jej czarodziejami, w duchu czując nieznaczną ulgę, że w ostatnim momencie zmienili plany i nie zabrali ze sobą Kerstin. Spojrzenie uważnie przemykało po twarzach mijanych mugoli - niechęć, poruszenie, nieufność… Te emocje malowały się na ich twarzach, kryły się w zapadłych, mętnych oczach, rysowały kształty ich przygarbionych sylwetek - kobiet obejmujących dzieci w ochronnym geście, mężczyzn wychodzących przed nie by rozpoznać nadchodzące zagrożenie. Czy mogła ich winić? Czy mogła oczekiwać od nich czegokolwiek więcej? Oni im to zrobili. Czarodzieje. Oni jako część kolektywu pokazali im najgorszą ze swych twarzy. Nie było w tym wielkości, nie było dumy, jedynie zakotwiczony w ludzkiej naturze strach, nienawiść przed tym co nieznane. Zezwierzęcenie napędzane brakiem skrupułów, brakiem edukacji, współczucia, człowieczeństwa. Czuła wstyd. Za to kim była. Pierwszy raz, wiedząc że w oczach mijanych niemagicznych nie istniała różnica między nią, a nimi. Wstyd i złość. Zlane ze sobą tłumiąc wszystko inne - osadzający się na skórze zapach, mroźne smagnięcia ostrego wiatru wkradające się między pasma ciemnych włosów, uderzające w zaróżowione policzki.
W końcu poprowadzono ich do mężczyzny, który zdawał się być tym, który miał nad tym wszystkim pieczę. Nie był jeszcze w podeszłym wieku, zaledwie kilka siwych pasm wplecionych w ciemne włosy zdradzało, że mógł być w wieku jej ojca. Być może był starszy. Mugole zdawali się szybciej tracić wigor, żyli krócej niż oni, a starość zdawała się pochłaniać ich szybciej.
Skinęła krótko, gdy przedstawiono ich sobie, stopa drgnęła by uczynić kolejny krok, jednak zamarła w bezruchu w odpowiedzi na jego słowa. Wciąż milcząc, obserwowała jedynie jak sylwetka Louisa niknie za kurtyną namiotu. Zmartwione spojrzenie przemknęło po młodych twarzach jej towarzyszy, nie wiedząc czego mają się spodziewać.
- Pan Murdock nie wiedział o nas, prawda?- zerknęła na mugola, który ich tu przyprowadził, który wezwał ich na pomoc.
Cień wahania przemknął po jego twarzy, zmieszany ze wstydem i swojego rodzaju zacięciem. - Nie, pastor jest człowiekiem głęboko wierzącym, a takim zdarza się oddawać w ręce losowi, ufając że kierują nim siły wyższe - odpowiedział cicho jakby nie chciał, aby ktokolwiek poza czarodziejami go uslyszał - wielu z nas choruje, nie siły wyższe leczą choroby, a lekarze. Czy jak tam na siebie mówicie.
- Zrobimy co w naszej mocy, jeśli tylko nam na to pozwolicie. Nie chcemy powodować konfliktów między wami- zapewniła go.
Jeszcze przez chwilę mierzył ją wzrokiem, jakby chciał wyczytać z jej słów szczerość lub fałsz. Ryzykował wiele, pojawiając się w lecznicy i jeszcze więcej sprowadzając ich tutaj. Udzielił im wielkiego kredytu zaufania. To tylko świadczyło o tym jak bardzo zdesperowany musiał się czuć, poszukując ich w tajemnicy, ściągając tu tych, którzy ściągnęli na nich ten los. Pytanie Castora odwróciło uwagę mężczyzny, a Rose powiodła spojrzeniem w stronę Olliego. Zanim jednak zdążyła cokolwiek powiedzieć, Louis wyszedł z namiotu, mówiąc o rannej dziewczynce.
- Oczywiście - odpowiedziała, ponownie spoglądając na Olliego. Ruszyła za nim, pozostawiając za sobą Castora i Louisa. Wkroczyła środka, odnajdując wzrokiem sylwetkę dziecka.
Pastor drgnął niepewnie, przecinając przestrzeń między nimi, a jasnowłosą dziewczynką. Niechęć wciąż malowała rysy jego twarzy. Niechęć i rozterka. Zaledwie kilka drgnięć spiętych mięśni twarzy zdradzało co mogło się dziać w jego głowie. - Wy i wasza przeklęta magia sprowadziła na nas taki los, teraz przychodzicie tu i mówicie, że chcecie nas leczyć.
Duszący zapach krwi, mugolskich medykamentów, mieszał się z wonią brudu, jątrzącej się ropą rany, zepsucia przyprawiał o mdłości. To słowa pastora jednak wywołały, że niemal poczuła jak serce obija się o żebra.
- Wy sprowadziliście na nas wojnę lata temu. Nie naszą, a jednak ginęli w niej czarodzieje. Nie przybyliśmy tu rozliczać się z naszą burzliwą historią. Na wojnach cierpią ludzie. Nie ważne jaka krew płynie w ich żyłach i wierzę, że gdy ktoś wyciąga do was dłoń krew również nie powinna mieć znacznie. Nikt z nas nie chciał tej wojny. Wbrew temu co pan o nas myśli, nie jesteśmy waszymi wrogami. Nie przybyliśmy tu, aby was zastraszać, jesteśmy w stanie pomóc. Na terenie Somerset działa wielu ludzi, którzy nie wierzą w słuszność wypowiadanej wam wojny i prześladowaniom. Ja i Ollie paramy się leczeniem i to jest pomoc jaką możemy zaoferować. Jeśli nie chcecie nas tu - odejdziemy. Proszę dać nam jednak szansę udowodnić, że nie wszyscy jesteśmy tacy jak ci, przed którymi uciekacie.
Upór nie zniknął z jego twarzy, zdawał się być człowiekiem, który nie łatwo zmieniał zdanie. Jednak cichy, przepełniony bólem jęk dziecka złagodził ostry rys jego twarz, zawziętość straciła na mocy, gdy w grę wchodziło życie.
Usunął się z ich drogi, pozwalając aby dwójka czarodziei zbliżyła się do dziewczynki. Dopiero wtedy spojrzała na Olliego, odnajdując otuchę w tym, że nie musi mierzyć się z tym wszystkim sama. - Muszę zobaczyć co ci się stało, postaram się, żeby nie zabolało, ale musisz być dzielna - powiedziała, pozwalając aby łagodność wkradła się między słowa. Ton nabrał ciepła, niemal tej samej barwy, która zarezerwowana była dla jej córki. - Jak masz na imię? - zapytała, próbując zagadnąć ją, odwracając uwagę od tego, że musiała odbandażować ranę. - Masz ładne włosy, zupełnie jak moja córka.
- Melody - odparła, wyciągając dłonie by uchwycić w powietrzu wisiorek w kształcie anioła, który zwisał z szyi uzdrowicielki - Skąd ma pani taki?
- Od mojej mamy, powiedziała mi że każdy ma takiego, który go chroni. - Nigdy nie zagłębiała się w tajniki mugolskiej mitologii. Jej matka również zdążyła porzucić ją wraz z poznaniem świata czarodziejów. To jednak zachowała i to podarowała swojej jedynej córce.
Chociaż cierpliwie odpowiadała na pytania dziecka, jej uwaga skupiała się przede wszystkim na jej ranach. - Rana się zaogniła, nie dziwne że nie chce się goić, wdało się zakażenie. Trzeba usunąć ropę - spojrzała z wahaniem na Marlowe’a. Nie zaklęcia się bała, wiedziała jaki powoduje ból.
- Będę musiała użyć różdżki - powiedziała, spoglądając w stronę pastora. Wiedziała, że raczej nie życzył sobie, aby używano tu magii.
- Subsisto Dolorem - powiedziała, wykonując staranny ruch.
Puratio exercette - czubek różdżki wycelowany w ognisko zakażonej rany zadrżał, aż w końcu promień zaklęcia sięgnął chorej tkanki, wydobywając zebraną pod skórę ropę.
- Purus - szepnęła, oczyszczając ranę. - Pomożesz mi? - zapytała. Dziś czekało ich jeszcze wiele pracy, musiała oszczędzać siły i ufała, że Ollie poradzi sobie z zaleczeniem rany.
- Porozmawiamy z nimi o ciałach w swoim czasie. Nie mieli sił ich zakopać, ogień mógł zdradzić ich położenie. Zrobili to co uznali za najlepsze rozwiązanie. Poprosimy kogoś o pomoc, nie możemy tak ich tutaj zostawić bez żadnych zabezpieczeń, w takich warunkach. Zagraża im nie tylko choroba, wiesz co stało się w Taunton. Musimy ściągnąć tutaj kogoś kto pomoże zapewnić im bezpieczeństwo, najpierw jednak muszą uwierzyć w nasze dobre intencje. Zaufać nam. Zajmijmy się ich chorymi, zobaczmy co możemy zrobić dzisiaj.



I'm out on the edge and I’m screaming my name Like a fool at the top of my lungs. Sometimes when I close my eyes I pretend I'm all right but

it's never enough.


Roselyn Wright
Zawód : Uzdrowiciel w leśnej lecznicy
Wiek : 31
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
the angry, the empty, the lonely, the tricked.

we are all museums of fear.
OPCM : 15
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 35
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 7
SPRAWNOŚĆ : 3
Genetyka : Czarownica
when will enough be enough?
Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t6412-roselyn-wright https://www.morsmordre.net/t6516-furia#166169 https://www.morsmordre.net/t6521-roselyn#166208 https://www.morsmordre.net/f113-irlandia-killarney-national-park-upper-cottage https://www.morsmordre.net/t6553-skrytka-bankowa-nr-1612#167244 https://www.morsmordre.net/t6551-r-wright#282514

Powrót do góry Go down

Ciężko było odnaleźć w tej sytuacji, w tym miejscu, coś pozytywnego, a jednak zapewnienie, że Ollie czuje się dobrze, tylko zapach jest nie do zniesienia (było zdecydowanie gorzej, gdy miało się nos podatny na właściwie wszystko bardziej, niż ten mugolski czy zwykłoczarodziejski) i zauważenie, że wygląda lepiej niż miesiąc temu, odbiło się bladym uśmiechem na twarzy Castora.
— Ty też. Nie jesteś tak zdenerwowany, to dobrze — bo mógłby być. Miejsce, w którym się znaleźli, nie przywodziło na myśl spokojnych łąk, czy nawet zalesionych terenów, które były naprawdę pięknymi miejscami do odwiedzenia latem, czy nawet wczesną jesienią. Zawsze podziwiał spokój uzdrowicieli; wiedział, że mu nie starczyłoby zimnej krwi w nagłych przypadkach, że eliksiry i ich specyficzna, bo chwiejna stateczność była zdecydowanie bardziej jego żywiołem. Ollie wydawał się jednak przywyknąć do trudów swej pracy, zdejmując przynajmniej cząstkę ciężaru trosk o przyjaciela, które nosił w swym sercu Sprout. Mieli zadanie do wykonania i nie mogli pozwolić sobie na rozproszenie.
Stward w tym samym czasie wyglądał na... wyjątkowo sfrapowanego. Uciekał wzrokiem przed jasnym spojrzeniem Castora, Sprout miał nawet drobne wrażenie, że jakaś nagła nerwowość uderzyła po prostu w czuły punkt obozowiska, biedę. Sam widział, jak ciężko potrafiło być na wojnie, dziwił się czasami, jakim cudem to jemu udawało się dryfować na w miarę przyzwoitym poziomie, jak często ludzie musieli podejmować naprawdę tragiczne wybory, by związać koniec z końcem.
— Próbowaliśmy, ale zwierzyna rzadko podchodzi tak blisko, a i my często sił nie mamy... — odparł mężczyzna, a Castor uniósł tylko jasne brwi do góry i pokiwał głową ze zrozumieniem. Co zatem kryło się w wiszących nad ogniskami naczyniach? Zapasy? Możliwe. Teoretycznie mogli sięgać po wszystko, co ze sobą zabrali, nawet suszone mięso można było wrzucić do zupy i tym spróbować oszukać żołądek. Mimo wszystko blondyn nie mógł odpędzić się od jakiegoś ponurego wrażenia, że coś w tym wszystkim było nie tak.
Gdy Ollie i Roselyn zniknęli w namiocie, Castor podszedł do Louisa, klepiąc go lekko w ramię.
— Chodź, może też dowiesz się czegoś ciekawego — próbował silić się na optymizm, choć i to mogło skończyć się... Przynajmniej dziwnie. Ruszył więc w kierunku grupki kobiet i dzieci zgromadzonych przy ognisku. Umyślnie trzymał różdżkę w kieszeni ciepłego, brązowego płaszcza, podobnie jak dłonie. Nie chciał straszyć i tak wymęczonych mugoli, a obecność Louisa mogła mu w tym wyłącznie pomóc.
— Dzień dobry paniom — podła ironia. — Nazywam się Castor i jestem zielarzem, specjalizuję się w robieniu leków — powtórzył nieco zmienioną wersję wcześniejszego przedstawienia w wykonaniu Louisa, zerkając na niego w poszukiwaniu aprobaty. Dobrze mi idzie? — A to mój kolega Louis, prawdziwa złota rączka. Przyszliśmy z paniami porozmawiać o jedzeniu.
Nie powinno ich to dziwić, że kilka kobiet siedzących najbliżej garnka poderwało się na nogi, próbując zagrodzić młodzieńcom przejście. A mimo to Castor wydawał się być szczerze zaskoczony, uniósł nawet lekko ręce ku górze, w wyrazie kapitulacji.
— Nie, nie, proszę pań. Nie jesteśmy głodni. Chcieliśmy... chciałem po prostu sprawdzić, czy wszystko z nim w porządku. Nasi uzdrowiciele — a może powinienem powiedzieć "lekarze"? Cholera, tamci mówią, że mugole są niby prości, a tu trzeba jak na szpilkach — są właśnie u pana pastora i zajmują się jego córką. Zaraz pomogą również państwu, jeżeli jest ktoś, kto potrzebuje pilnej pomocy, proszę mówić, Louis przekaże, komu trzeba.
— Mój mąż leży w jednym z namiotów, o tam — odezwała się słabym, zachrypniętym głosem jedna ze starszych pań, o silnie pomarszczonej twarzy. Drżącą ręką wskazała na najdalej wysunięty od grupy namiot, lecz nie uniosła smutnego wzroku ponad ogień. — Mówimy na to miejsce umieralnia, złoteńka. Nie ma nadziei dla tych, którzy tam trafią...
Castor z trudem przełknął ślinę, próbując nie patrzeć w tamtym kierunku. Zamiast tego stanął krótko na palcach — jakby chciał rozgrzać te zziębnięte, zamknięte we własnych butach. Tak naprawdę pragnął skorzystać ze swojego ponadprzeciętnego wzrostu i zajrzeć do kociołka od góry.
I tak jak przypuszczał, dojrzał tam trochę odłamków kory, dryfującej na samej powierzchni zupy.
— Proszę pań... — głos ledwo przecisnął się przez wewnętrzną barierę. W powietrzu unosił się słodki zapach gotowanego mięsa, od którego ostatnimi czasy Castora mdliło dość poważnie, ale dzisiaj wsparty był aromatem niemalże cytrusowym. A to z kolei, wraz z obserwacją pozornie nic niemówiącej o drzewie, z której pochodzi kory, dawało już wystarczające wskazówki dla doświadczonego zielarza. — To, co pływa tam w zupie — poruszył brodą w kierunku kociołka, znów będąc wyraźnie spiorunowany wzrokiem przez kobiety. Miał wrażenie, że nawet ta babcia, która wcześniej zwróciła się do nich ze słowami o umieralni, mogłaby go pokonać. Nie był w najlepszej formie. — To kora sosny. Która jest jadalna, owszem, ale nie jej zewnętrzna część. Jeżeli mógłbym... Po prostu poradzić. Żeby wyjęły panie tylko tę pływającą w zupie część, temperatura musiała zrobić swoje i nie zaszkodzi reszcie składników, jeżeli nie zostanie zjedzona wprost. Ale... Na przyszłość, tę zewnętrzną część można wyrzucić. Miąższ, który jest pod nią, jest nie dość, że jadalny, to jeszcze słodki w smaku. I przyda się zdecydowanie bardziej.
Starał się mówić spokojnie i w miarę rzeczowo, choć zsunięte z nosa okulary musiał poprawić kilkukrotnie. Kobiety początkowo przyglądały się młodzieńcom z nieufnością, lecz niedługo później zebrały się w ścisłą kupkę, wyraźnie dyskutując nad czymś płomiennie. Ostatecznie jednak jedna z nich — wyglądająca na nie więcej, niż dwadzieścia lat — sięgnęła po drewnianą łyżkę i wyłowiła wszystkie kawałki kory na ziemię.
— Jest pan zadowolony? — spytała, lecz Castor nie mógł na nią spojrzeć. Patrzył natomiast na starszą panią, która grzebała kawałki kory i czegoś jeszcze w śniegu.
Czegoś, co niebezpiecznie przypominało ludzki palec.
Sprout wrócił myślami do ręki, która przez ostatni miesiąc dojrzewała w słoiku w jego domu. Ręki, którą wysłał ojcu Marceliusa kilka dni wcześniej. Miał zdecydowanie zbyt dużo czasu, by przyjrzeć się palcom z bliska, ale chciał wierzyć, że to, co widział teraz, to tylko przywidzenia.
— T—tak... — powiedział, uciekając wzrokiem do Louisa. — Lou, ile jesteśmy w stanie przewieźć osób do lecznicy za jednym razem? — spytał wreszcie, zagryzając nerwowo policzek. Pewnie niewiele, może... jedną dwudziestą zgromadzonych? Ale to zawsze coś.
— Jeżeli panie pozwolą i będą oczywiście chciały, jestem w stanie nauczyć panie przygotowywania prostych leków. Będą mogły panie zabrać trochę naszych zapasów, a jakby się skończyły, uzupełnimy je. Co panie na to? — spytał, starając się zapanować nad drżeniem głosu w jedyny sposób, który przyszedł mu obecnie do głowy.
Obliczaniem, ile powinien zapłacić pani Giddery za dość sporą dostawę ziół do wykorzystania.


From my rotting body
flowers shall grow
and i am in them, and that is

eternity
Castor Sprout
Zawód : Twórca talizmanów, właściciel sklepu "Bursztynowy Świerzop"
Wiek : 23/24
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
If there is a liberty in this clear blue sky
I won’t mind tearing up these wings of pride
OPCM : 5
UROKI : 0
ALCHEMIA : 30
UZDRAWIANIE : 8
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 6
SPRAWNOŚĆ : 4
Genetyka : Wilkołak

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t9918-castor-sprout#299830 https://www.morsmordre.net/t9950-irys#300995 https://www.morsmordre.net/t9949-i-will-keep-my-flowers-safe#300972 https://www.morsmordre.net/f347-dolina-godryka-wrzosowisko https://www.morsmordre.net/t9952-skrytka-bankowa-nr-2255#301004 https://www.morsmordre.net/t9951-c-sprout#300999

Powrót do góry Go down

Na szept Castora odpowiedziałem nieśmiałym uśmiechem spuszczając wzrok. Właściwie nie zrobiłem nic nadzwyczajnego - moim zadaniem było porozmawianie z mężczyzną i przekonanie go, żeby nam zaufał. Beze mnie też by sobie poradzili, ale i tak zrobiło mi się miło na pochwałę od chłopaka.
To jednak jeszcze nie był koniec. Ba, tak naprawdę praca dopiero w tym momencie się zaczynała - zrobienie czegoś z ciałami, jak słusznie zauważył Olly, zastanowienie się nad dalszym losem mieszkańców obozu... Bardzo nie chciałem zostawiać tych ludzi tutaj, w lesie. To nie były warunki do życia. Tylko w Dolinie nie było za bardzo miejsca dla tylu bezdomnych, nawet gdyby się poprosiło mieszkańców, żeby przyjęli pod swój dach tych nieszczęśników - ilu z nich by się zgodziło przygarnąć chorych i głodnych? W Dolinie też przecież panował głód, jak w całej Anglii... Uch.
Ruszyłem za Castorem nie bardzo wiedząc co knuje, a kiedy wspomniał kobietom o jedzeniu, spojrzałem na niego zaskoczony unosząc lekko brwi. Dopiero po chwili zrozumiałem w czym rzecz. Szczerze mówiąc kucharz był ze mnie żaden, więc nie pchałem się ani żeby zaglądać do garnka, ani żeby komentować sposób przyrządzania posiłków. Domyślałem się, że ci ludzie jedli po prostu cokolwiek, co udało im się znaleźć w lesie, a z pewnością nie było tego wiele. Żałowałem, że sam nie miałem zbyt wiele do zaoferowania, ale... kiedy chłopak rozmawiał z kobietami, ja podskoczyłem z powrotem do sań, a po chwili wróciłem wręczając osadniczkom bochenek chleba.
- Wiem, że to niewiele... - mruknąłem do nich tylko przepraszająco. Gdybym miał więcej, przyniósłbym bez wahania.
Kiedy one zajęły się wyławianiem czegoś z zupy i rozpakowywaniem chleba, znów spojrzałem na Castora strapiony jeszcze bardziej i pociągnąłem go za rękaw krok, może dwa do tyłu.
- W Lecznicy jest za mało miejsca - odpowiedziałem mu ściszonym głosem. Zmartwiony, bo jeszcze kilka minut temu sam o tym myślałem. Przeliczałem też w głowie ile osób pomieści Kurnik, szacowałem ile osób mogliby przyjąć mieszkańcy Doliny i to wszystko mi się nie kalkulowało, chyba że...
ŻE TEŻ WCZEŚNIEJ NA TO NIE WPADŁEM?!
Na mojej twarzy jak raz odmalowała się nadzieja, a oczy zalśniły nową energią.
- Ale słuchaj, w Dolinie jest Rudera, dom po moim kuzynie... - zacząłem ściszonym głosem. - W październiku ewakuowaliśmy tam szpital polowy, ale teraz znów stoi pusta... - wyrzucałem z siebie słowa coraz szybciej. - Nie wiem ile osób się tam pomieści... kilkanaście? Dwadzieścia? Ale wciąż będzie to lepsze miejsce niż ten las. I będą mieli dach nad głową i opiekę blisko... Mieszkańcy Doliny pomogą, jestem tego pewny... - dodałem z przekonaniem. Owszem, teraz wszystkim było ciężko, ale społeczność Doliny była zgrana i solidarna, wszyscy sobie pomagaliśmy, a przecież obozowicze niczym się od nas nie różnili.
Co do przewiezienia ich...
- Wtedy przy tej ewakuacji też byliśmy tym samochodem. Julek... - zatrzymałem się na jego imieniu tylko przez ułamek sekundy, ale nie pozwoliłem sobie na żadne rozrzewnienie. To nie był na to czas.
- ...zaczarował dostawczak, żeby był większy. Zmieściło się tam kilkanaście osób - dokończyłem. - Mógłbym zrobić tyle kursów ile by trzeba było... Można by zabrać najpierw tych najbardziej chorych i potrzebujących... - mówiłem spoglądając na Castora, jakbym z jego twarzy chciał wyczytać, czy to co mówię ma jakiś sens i czy też uważa to za dobry pomysł. I co na to wszystko Rose i Olly? I Lex? Na razie to była tylko luźna koncepcja, która wpadła mi do głowy, jeszcze nie zdążyłem jej dobrze przemyśleć, ale... nawet gdyby mieszkańcom Doliny się to nie spodobało... to, na wszystkie czarne dziury we Wszechświecie, ci biedni ludzie mieliby jakieś schronienie. A to dużo. Wiedziałem o tym.


Make love music
Not war.
Louis Bott
Zawód : Drugi Kogut Kurnika, dorywczo może coś naprawić
Wiek : 22
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
Look up at the night sky
We are part of this universe,
we are in this universe,
but more important than both of those facts is that
OPCM : 0
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 6
Genetyka : Mugol
universe is in us
Niemagiczni
Niemagiczni
https://www.morsmordre.net/t1671-louis-bott https://www.morsmordre.net/t1846-niemugolska-poczta-lou#24237 https://www.morsmordre.net/t1672-louis-bott#17379 https://www.morsmordre.net/f223-dolina-godryka-kurnik https://www.morsmordre.net/t5152-louis-bott

Powrót do góry Go down

Iskierka przyjemności i ciepła zaświeciła mu się w oku na dźwięki słów Castora. Świadomość że przynajmniej sprawiał wrażenie osoby pewniejszej siebie, sama w sobie była informacją budującą nadzieję na przyszłość. Nawet jeśli gdzieś z tyłu głowy pojawiały się obawy i strach przez każdym nowym, ludzkim dramatem, trudnym do przewidzenia i wymagającym szybkich umiejętności adaptacyjnych, cieszył się w duchu że przynajmniej nie dawał innym jawnego sygnału swojej niepewności. Gdyby zatrzymał się na etapie paniki i strachu, nie byłby w stanie podjąć jakichkolwiek prób pomocy. Pozostawało mu jedynie walczyć nie tylko ze światem, ale przede wszystkim z samym sobą i tym, co działo się w jego głowie.
Zbliżył się do Roselyn, przysłuchując się jej cichej rozmowie z mugolem, od którego rozpoczęła się cała ta inicjatywa. Wiara potrafiła być mieczem obosiecznym, z jednej strony dając ludziom siłę i oparcie, a z drugiej odbierając im jakiekolwiek inne metody działania. Nie trudno zatem wywnioskować, że gdyby mężczyzna nie zdecydował się podjąć samodzielnego kroku, ich sytuacja nie miałaby szans zmienić się na lepsze.
- Dobrze pan zrobił, wierze trzeba czasem dopomóc. Postaramy się pomóc najlepiej jak możemy. - odpowiedział mugolowi równie cicho, aby słowa mogące wywołać niepotrzebny konflikt z pastorem nie dotarły do jego uszu, ani uszu nikogo postronnego. Mógł jedynie wyobrazić sobie, na jaki lincz wśród swoich ludzi narażał się ich rozmówca - o ile ktokolwiek mógłby taki lincz jeszcze wykonać, gdyby nie trafili ze wsparciem do odpowiednich osób...
Pewne skinienie głowy i wymiana spojrzeń z Rose wystarczyły, aby dodać sobie otuchy i pewności, jak i zainicjować dalsze działania. Współpracowali ze sobą już jakiś czas, pomagali również poza Lecznicą i potrafili współgrać ze sobą w zespole. Być może nie byłoby to nawet nadużycie gdyby ktoś powiedział, że rozumieli się bez słów, choć słowa i komunikacja były bardzo istotne w ich pracy i nie zamierzali z nich rezygnować.
- Gdybyście czegoś pilnie potrzebowali, wiecie gdzie nas szukać. Powodzenia. - rzucił jeszcze informacyjnie do Louisa i Castora, posyłając im pełne gotowości skinienie głowy. Zapewne nie musiał im o tym nawet przypominać, ale wolał żeby w razie problemów nie zajmowali sobie głowy myślami czy wypada uzdrowicielom przeszkadzać, czy nie. Ciężko było przewidzieć jak rozwinie się dalszy rekonesans po obozie i komu, i gdzie, będzie trzeba w danej chwili pomóc.
Wszedł wreszcie z Roselyn do namiotu, szybko jednak ich droga została zatarasowana przez pastora. Jego gniewne, pełne wyrzutu i bólu słowa były zasmucające nawet bardziej, bo nie były wymierzone we właściwe osoby. Nie mógł się mu dziwić, w takiej sytuacji wiele osób reagowało intensywnymi emocjami niezależnie od strony, po której się znaleźli. Mogli jednak wysłuchać się nawzajem i być może, przynajmniej, pozwolić sobie na jakieś kompromisy. Rose dość szybko przejęła inicjatywę i konfrontując mężczyznę z ich stanowiskiem, co dodało też młodemu uzdrowicielowi więcej odwagi. Pokazała w ten sposób wartości, jakimi kierowali się nie jako czarodzieje, ale jako ludzie, a te były zgodne z odczuciami blondyna.
- Doświadczyliśmy bombardowań w Londynie, sam byłem wtedy dzieckiem. Mój ojciec był lekarzem i pomagał rannym, również we własnym domu. Proszę mi wierzyć że wiemy, jak to jest przeżywać cudzą wojnę i znaleźć się w jej centrum. Tak jak mówi Roselyn, nie jesteśmy waszymi wrogami w tym konflikcie. Przyszliśmy z pomocą i udzielimy jej tylko wtedy, jeśli nam na to pozwolicie. - dodał jeszcze po kobiecie. Chciałoby się rzucić słowa, że własnych spraw i rannych im nie brakowało, ale nie mógł mieć pewności czy taka forma dialogu dotarłaby do pastora. Nie musiał jednak czekać długo na reakcję, bo ich słowa podziałały i mężczyzna, choć niechętnie, pozwolił im udzielić pomocy swojej córce. Tuż po wyminięciu pastora, gdyby nie naciągnięty na nos szalik, Roselyn mogłaby zobaczyć delikatny uśmiech na twarzy blondyna, musiała się jednak ograniczyć do widoku nieznacznie zmarszczonych kącików oczu.
Przycupnął nieopodal kobiety, nie chcąc na początku ingerować w jej rozmowę z dziewczynką. Dzieci mogły różnie reagować na nagłą obecność obcej osoby, zwłaszcza mężczyzny, a towarzyszka miała o wiele większe umiejętności w kontaktach z dziećmi niż on. Zamiast tego, początkowo przyglądał się ukradkiem ranom Melody, chcąc ocenić stopień uszkodzeń ran. Na warunki szpitalne rana była niezagrażająca, ale na warunki obozu - bez ich pomocy szybko mogła okazać się śmiertelna. Rose postawiła na zaklęcie przeciwbólowe i odkażenie rany, co pozostawiało dalsze działania lecznicze w rękach młodzieńca.
- Cześć, jestem Ollie. Byłaś bardzo dzielna. - zaczął ciepłym tonem, przybliżając się do Melody i sięgając powoli po swoją różdżkę z głębokiej kieszeni płaszcza. - Nic nie bolało, prawda? - zapytał, bo zaklęcie jątrzące mogło być dość nieprzyjemne bez środków przeciwbólowych.
- Tylko trochę... Co pan robi? - dziewczynka spojrzała na niego niepewnie.
- Zrobię taką magiczną sztuczkę, żeby rany się goiły. Zmienię też bandaże na czyste, będzie ci o wiele wygodniej. W porządku? - zapytał, a odpowiedziało mu niepewne skinienie głowy.
- Curatio Vulnera Maxima. - rzucił zaklęcie leczące, a zielonkawa mgiełka rozpoczęła proces gojenia się ran. Trwało to chwilę, a kiedy wszystkie rany zdawały się być w lepszej do regeneracji kondycji, rzucił kolejne zaklęcie. - Ferula. - magiczna, biała wiązkowa wyłoniła się z czubka różdżki i w formie bandaży zaczęła owijać się wokół ran dziewczynki. - Teraz powinno być lepiej. Nie szalej za bardzo, dobra? - uśmiechnął się do niej, zsuwając nieco szalik z nosa i ukazując niemalże w pełni swoją twarz.
Zadowolony ze swojej skuteczności podniósł się i przystanął przy Roselyn. Jeżeli jego mniejsze zdenerwowanie skutkowało większym posłuszeństwem różdżki i lepszymi efektami uzdrowicielskimi, zdecydowanie będzie musiał nad sobą bardziej popracować. Nie wiedzieć czemu czuł, że mógłby tego dnia sięgać po bardziej skomplikowane zaklęcia, a magia odpowiedziałaby na jego wezwanie.
- Masz rację, trochę mnie poniosło. Chciałem zabrać się za wszystko naraz, a jest tak jak mówisz, powinniśmy skupić się na leczeniu rannych i zdobyciu zaufania ludzi. - podrapał się nieco speszony z tyłu głowy. Być może był zbyt nadgorliwy, być może chciał pomyśleć o zbyt wielu rzeczach jednocześnie, zamiast skupić się na tym, na czym powinien, czyli uzdrawianiu. Na wszystko inne znajdzie się czas później, być może nawet zajmą się tym osoby bardziej do tego kompetentne. Tymczasem należało skupić się na swoich możliwościach i jak najlepszej pomocy tu i teraz.
Ollie Marlowe
Zawód : uzdrowiciel i magipsychiatra w lecznicy
Wiek : 22
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
Śmierć będzie ostatnim wrogiem, który zostanie zniszczony.
OPCM : 6
UROKI : 1
ALCHEMIA : 6
UZDRAWIANIE : 21
TRANSMUTACJA : 1
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarodziej

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t10401-ollie-marlowe https://www.morsmordre.net/t10455-wicher#316648 https://www.morsmordre.net/t10433-uzdrawiajacy-slon-mugolak#315360 https://www.morsmordre.net/f390-dolina-godryka-cichy-domek https://www.morsmordre.net/t10567-szuflada#320177 https://www.morsmordre.net/t10445-ollie-marlowe#315624

Powrót do góry Go down

Czuła na karku uważne spojrzenie pastora. Jego podejrzliwy wzrok zdawał się przewiercać ją na wskroś - każdy ruch, każde drgnięcie, wydawany przez nią dźwięk. Mimo wypowiedzianych słów, wciąż im nie ufał. Zdawała sobie sprawę z tego, że to jedynie stan dziewczynki wpłynął na jego decyzję. Czuła, że gdyby mieli dyskutować o tym dłużej, gdyby nie był tak bardzo zdesperowany, nie pozwoliłby na nic. W pewien sposób rozumiała. Nie łatwo było zaufać komuś który w umyśle występował jako synonim wroga. Dzieliły ich lata tajemnic, konspiracji. Nie mieli czasu na adaptację. Ich światy połączyły się w jeden na przestrzeni miesięcy, a wątłe nici pokoju jaki mógł między nimi zapanować, by tworzone właśnie w tym momencie. W dziesiątkach pośrednich starć rysowali wspólną historię, przyszłość. Nie słowa więc, a czyny miały znaczenie.
Dlatego też znosiła to w milczeniu, poświęcając pełnię uwagi temu co w tym momencie było najważniejsze. Liczyła się ona - Melody. Sznur zaklęć wił się wśród nieświeżych pościeli, gasł w uszkodzonej tkance, wspomagając jej regenerację. Niemal czuła napięcie przechodzące przez ciało mężczyzny, głębokie westchnięcie niedowierzania, kilka kroków, by odkryć iż magia nie czyniła tylko szkód. Rozumiał to? Czy może tylko pragnęła tego, aby obserwacja zaszczepiła w nim tą idee. Że nie wszyscy zrodzili się z ogni piekielnych. Że wszyscy oni byli ludźmi z potencjałem do czynów wielkodusznych i tych nikczemnych. Nie różdżka w dłoni decydowała o predyspozycjach. Chciała, aby chociaż zrozumiał to jedno.
Obserwowała jak promień zaklęcia Olliego leczy rany dziecka. Dłoń mimowolnie sięgnęła jego ramienia, przelotnie zaciskając palce na materiale jego płaszcza - Dobra robota - stwierdziła oszczędnie, zaginając wargi w krótkim uśmiechu. Być może nawet wcale tego nie potrzebował, nie jej było ewaluować jego pracę. Mimo wszystko jednak, gdyby nie wojna, gdyby nie to wszystko mógł wieść zgoła inny żywot. Rozwijać wiedzę w wybranej sobie dziedzinie, myśleć o przyszłości, snuć plany o tym kim będzie kiedyś, walczyć z codziennością uzdrowiciela w czasach pokoju. Praca w Leśnej Lecznicy nie była wdzięcznym zajęciem. Absolutnie nie było w tym nic poniżającego. Niemniej jednak było ciężko. Było trudno. Trzeba było być twardszym niż do tej pory, a Ollie zdawał sobie nosić ten ciężar z godnością. To była dobra robota i dobrze było czasami to usłyszeć.
- Krok po kroku - zapewniła go - Masz rację, absolutnie, nie możemy tego w taki sposób zostawić. Im dłużej tu są, tak długo będą chorować. Naradzimy się z Castorem i Louisem. Być może będziemy potrzebowali do tego więcej ludzi, sami możemy nie dać sobie rady… - westchnęła ciężko, aby po chwili odwrócić się w stronę pastora. Teraz to jemu musieli stawić czoło. Krok po kroku.
- Uleczyliśmy ranę, oczyściliśmy ją. W tym momencie nie jesteśmy w stanie zrobić więcej. Jest bardzo osłabiona, a zakażenie nie zrobiło dla niej niczego dobrego. Nasze leki mogą być dla niej zbyt niebezpieczne i wyrządzić więcej szkód. Teraz musi odpocząć. Wrócimy do niej, ale pan Stewart mówił, że macie tu wielu chorych, po drodze widzieliśmy ciała waszych zmarłych. Mówił o zapaleniu płuc. Jak wielu? - zapytała konkretnie, nie chcąc wplątywać się w kolejne dyskusje, kolejne sugestie, mówienie o chęciach pomocy. Dłoń była wyciągnięta, a pastor musiał ją tylko chwycić.
- Wielu. Straciliśmy rachubę. Zmarło sześciu tylko w poprzednim tygodniu, dzisiejszej nocy pożegnaliśmy dwoje.
- Zorganizowaliście miejsce dla chorych?
- Na początku - odpowiedział - potem było ich zbyt wielu, a niektórzy nie mają już sił opuścić namiotów sami.
-Pokaże nam pan? - zapytała po raz kolejny.
Zacięcie na nowo wymalowało się na twarzy pastora. Przez chwilę zdawał się dumać nad następującymi zdaniami, aż w końcu ramiona opadły w ciężkim geście. - Chodźcie.
Obozowisko nie było duże, niewiele czasu zajęło im zrobienie krótkiego obchodu. Pastor wskazał im namioty, przedstawiał kolejnych mieszkańców. Znał tych ludzi. Potrafił ich zorganizować. Nie potrafił jednak zaopiekować się nimi w chorobie i ten ciężar zdawał się przygniatać przygarbione barki. Chociaż początowo ręce rwały się do tego, aby każdemu z nich poświęcić daną chwile, on szedł dalej. Było ich więcej i więcej. Zbadała zaledwie dwójkę z nich, aby upewnić się w swoich przewidywaniach.
Aż w końcu doszli do miejsca gdzie znajdował się Castor i Louis. Starała się zachować maskę spokoju. Nie pozwolić, aby drżące pod skórę emocje, myśli znalazły ujście. Potrzebowali planu, rozsądku, metodycznych działań. - Pastor pokazał nam obozowisko, zgodził się, abyśmy zajęli się chorymi. Niektórzy z nich nie są w stanie już poruszać się samodzielnie, duża część to kobiety i dzieci. Większość ma chore płuca, a choroba się rozprzestrzenia. Jedno zaraża drugie, niektórych zwłok jeszcze nie pochowali, inne wynieśli z dala od obozowiska - starała się mówić rzeczowym tonem, przedstawiać jedynie fakty, nie mieszać się w osobiste dygresje. Musieli zaradzić temu, a do tego potrzebne były im bystre, skupione umysły. Nawet jeśli ciężko było zebrać myśli, ciężko było nie współczuć, nie być przerażonym otaczającym ich upadkiem. - Ja i Ollie możemy się nimi zająć już dzisiaj. Niektóre zaklęcia powinny polepszyć ich stan, ale to rozwiązanie na krótką metę. Potrzebne będzie nam wsparcie lekami - wstrzymałabym się jednak z podaniem eliksirów - spojrzała na Castora, licząc że jako zielarz i alchemik będzie rozumiał czego się obawiała - być może bylibyśmy w stanie wesprzeć ich innymi medykamentami?
- Nie powinni zostać w takich warunkach. Nie teraz. Wiosną być może udałoby się im tu przetrwać, ale nie w zimę taką jak ta.
Spojrzenie przemknęło po twarzach mężczyzn. - Co wam udało się ustalić? - zapytała.



I'm out on the edge and I’m screaming my name Like a fool at the top of my lungs. Sometimes when I close my eyes I pretend I'm all right but

it's never enough.


Roselyn Wright
Zawód : Uzdrowiciel w leśnej lecznicy
Wiek : 31
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
the angry, the empty, the lonely, the tricked.

we are all museums of fear.
OPCM : 15
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 35
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 7
SPRAWNOŚĆ : 3
Genetyka : Czarownica
when will enough be enough?
Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t6412-roselyn-wright https://www.morsmordre.net/t6516-furia#166169 https://www.morsmordre.net/t6521-roselyn#166208 https://www.morsmordre.net/f113-irlandia-killarney-national-park-upper-cottage https://www.morsmordre.net/t6553-skrytka-bankowa-nr-1612#167244 https://www.morsmordre.net/t6551-r-wright#282514

Powrót do góry Go down

Na podarowany przez Louisa chleb, nastroje kobiet skupionych wokół ogniska polepszyły się momentalnie. Jedna z nich, o umęczonym spojrzeniu jasnych włosach i dłoniach noszących wciąż ślady oparzeń (Castor nie zdołał się im przyjrzeć, mając uwagę skupioną na czymś zgoła... makabrycznym), prawdopodobnie od chwytania rozgrzanego garnka gołymi rękoma, sięgnęła po podarowany przez bruneta bochenek. Zaraz zawołała głośno kilka imion, a w pobliżu wręcz zaroiło się od dzieci, które dzieliły się chlebem między sobą. Dokładniej jego połową, bowiem drugą kobieta schowała za swoją pazuchę, prawdopodobnie pragnąc podzielić się z tą częścią mieszkańców obozowiska, która wciąż pozostawała skryta w namiotach.
Choć Castor wyłapywał każde spojrzenia, które słał mu stojący niedaleko... kolega? Właściwie w boju, w akcji wszyscy byli przyjaciółmi. Niech będzie. Louis Bott był jego nowym przyjacielem. A więc Castor pomimo świadomości, że przyjaciel przygląda mu się co chwilę, prawdopodobnie z rosnącym niepokojem, próbował ignorować tę okoliczność, próbując utrzymać przynajmniej pozory spokoju. Dopiero gdy ten odezwał się, wspominając o niewielkiej ilości miejsca, którą mieli do dyspozycji, zwrócił się do niego.
— Mam tego świadomość, ale... — szepnął, mając nadzieję, że szept pozostanie wyłącznie między nimi. Chodziło mu oczywiście o to, że nie mogli pozostawić tych ludzi w lesie na pastwę losu. Jeżeli nie do lecznicy, trzeba było ich zabrać przynajmniej do jakiegokolwiek większego pomieszczenia w Dolinie Godryka. Do budynku zajmowanego przez Koło Gospodyń, te, które pod okiem Trixie zajmowało się ostatnio szyciem koców i ubrań. Do ratusza, do sklepów chociaż, na pewno coś dałoby się wymyślić. Była jeszcze przecież świetlica, tyle miejsca...
Ale wtedy Louis znowu zaczął mówić. I z każdym kolejnym słowem napięcie zgromadzone w barkach Castora ustępowało. Aż wreszcie westchnął z szerokim uśmiechem, łapiąc go za ramiona.
— No i o to chodzi, Louis! To jest już plan! — mieli i Ruderę, na dwadzieścia osób, jeżeli mu wierzyć. Wszystkie miejsca, które przywoływał w swojej pamięci Castor. Była nadzieja, nie tylko wątły płomyk. Mieli ten cholerny samochód, Julek... Julien, ten co spóźnił się na Wigilię i wpadł z trójką ptaszorów do Beckettów? już go powiększał, wtedy zadziałało... Teraz też będzie musiało. — Też dam radę powiększyć ten nasz. Na Merlina, Lou, jesteś genialny, jeszcze wszystko się dobrze skończy! — radość Castora była naprawdę ogromna; jak na to, że przed chwilą odkrył raczej nieprzyjemny sekret... Ale wciąż czuł na swych plecach spojrzenie głodnych kobiet, z którymi wcześniej rozmawiał. Opuścił wreszcie ręce wzdłuż ciała, spoglądając teraz prosto w ciemne oczy Louisa. Gdzieś nad ramieniem chłopaka wypatrzył nadchodzących z daleka Olliego i Roselyn. — Dobra, porozmawiaj z paniami, nie możemy ich wziąć stąd siłą. Ja powiem to reszcie.
Jak powiedział, tak zrobił. Odszedł kilka kroków od ogniska, pozwalając sobie zagestykulować również na uzdrowicieli, by podążyli za nim. Gdy znajdowali się w odpowiednim dystansie, twarz Castora znów przybrała wyraz raczej ponury. Ale tylko tak potrafił trzymać emocje na wodzy.
— Tam — wskazał dłonią w kierunku namiotu, o którym opowiadała mu starsza kobieta. — Jest namiot, który nazywają umieralnią. Jeżeli im wierzyć, najgorsze przypadki, więc interwencja jest wskazana.
Choć cieszył się, że pastor zdobył się jednak na zaufanie tej dwójce, nie miał im do przekazania równie pozytywnych informacji. Nie było jednak miejsca na próby zaklinania rzeczywistości. Jeżeli było coś, co łączyło uzdrowicieli i alchemików to przede wszystkim konieczność pracy na prawdziwych informacjach. Każde przekłamanie, czy nawet nieumyślny fałsz mogło wpłynąć na ostateczną diagnozę i doprowadzić do katastrofy.
— Co do eliksirów, też wolałbym tego uniknąć. Mam w domu jeszcze trochę zapasów roślin, które można przerobić w bardzo prosty sposób na syropy, napary, maści, wiecie, mugolską medycynę. Ziołolecznictwo czarodziejskie nie różni się w dużym stopniu od tego mugolskiego, więc z tym nie powinno być problemu, proponowałem nawet tamtym paniom, że nauczę je robić je samodzielnie, a jak zabraknie z moich zasobów, to wpadnę do pani Giddery, nie zostawi nas z tym samych, więc nie ma powodów do obaw... Przynajmniej w tej kwestii... — zniżenie tonu i zawieszenie głosu w tym kluczowym momencie nie mogło zwiastować niczego dobrego. Castor przesunął zmartwionym spojrzeniem najpierw po twarzy Olliego, następnie skupiając się na wykazującej się największym doświadczeniem Roselyn. Westchnął głośno. Nie mógł dłużej trzymać tego w sobie. — Martwi mnie, a zaraz będzie martwić i was jednak inna rzecz — jeszcze chwila, na uspokojenie i nabranie krótkiego oddechu. — W zupie pływał obcięty ludzki palec. Cały obóz pachnie gotowanym mięsem, dlatego pytałem naszego przewodnika, czy na coś polują. W takim zimnie w okolicznych lasach nie sposób natknąć się na zwierzynę. Musicie być świadomi, co to oznacza.
Zawiesił głos, poprawiając zsuwające się z nosa okulary i ułożenie czapki tak, by nakrywała mu bardziej uszy.
— Louis nie wie. Moim zdaniem lepiej mu nie mówić. Ale za to wpadł na dobry pomysł. Powiększymy ten... no, jak mu tam... — kliknął raz językiem, próbując odnaleźć odpowiednie słowo. Wciąż nie czuł się pewnie w tej całej mugolskiej nomenklaturze. — Samochód. Najbardziej potrzebujących możemy przewieźć do lecznicy, resztę, która wymaga mniej intensywnej opieki do Rudery. Pozostałych możemy rozdysponować na przykład w świetlicy. Przynajmniej na ten moment, bo nie mogą tutaj zostać. Mróz zajmie się... ciałami, gdy będziemy pomagać żywym. Po ugaszeniu pierwszego ognia i zaopatrzenia wszystkich w leki ziołowe zabiorę tutaj kilku czarodziejów. Kopać grobów łopatą nie ma po co, ziemia jest zbyt twarda. Ale orcumiano powinno załatwić sprawę, tak myślę.
Przełknął ślinę, to chyba wszystko, co miał im do przekazania. Teraz wystarczyło chyba dać im chwilę czasu do namysłu, chyba, że...
To jeszcze nie koniec?
— Trzeba będzie chyba porozmawiać jeszcze z tym... pastorem. Nie znam się na mugolskich pogrzebach, ale chyba będzie chciał wziąć w tym udział, więc trzeba go uprzedzić. Ale poza tym, możemy z Louisem zacząć już transport. Dacie sobie radę sami podzielić potrzebujących na grupy? Jeżeli dacie radę skombinować jakieś nosze, możemy na nich przenieść też tych, którzy nie dadzą rady dojść do samochodu. Co wy na to?


From my rotting body
flowers shall grow
and i am in them, and that is

eternity
Castor Sprout
Zawód : Twórca talizmanów, właściciel sklepu "Bursztynowy Świerzop"
Wiek : 23/24
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
If there is a liberty in this clear blue sky
I won’t mind tearing up these wings of pride
OPCM : 5
UROKI : 0
ALCHEMIA : 30
UZDRAWIANIE : 8
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 6
SPRAWNOŚĆ : 4
Genetyka : Wilkołak

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t9918-castor-sprout#299830 https://www.morsmordre.net/t9950-irys#300995 https://www.morsmordre.net/t9949-i-will-keep-my-flowers-safe#300972 https://www.morsmordre.net/f347-dolina-godryka-wrzosowisko https://www.morsmordre.net/t9952-skrytka-bankowa-nr-2255#301004 https://www.morsmordre.net/t9951-c-sprout#300999

Powrót do góry Go down

Plan przeniesienia obozowiczów do Rudery, który pojawił mi się w głowie wciąż był świeży i dokładnie nieprzemyślany - zapewne przeoczyłem sporo wad takiego rozwiązania, ale... było najlepsze, jakie na tą chwilę miałem. Reakcja Castora tylko utwierdziła mnie w tym przeświadczeniu. Kiedy z szerokim uśmiechem złapał mnie za ramiona, sam nie byłem w stanie zachować poważnej i strapionej miny i mimowolnie się rozchmurzyłem. Czyli to naprawdę mogło działać? I uda się powiększyć samochód i zabrać stąd ludzi i...
Uśmiechnąłem się jeszcze szerzej widząc radość na twarzy chłopaka i poczułem wyraźną ulgę. Sam też się rozluźniłem, bo już wiedziałem - będzie dobrze. Wszystko dobrze się skończy - tak jak powiedział Castor. Przytaknąłem mu z nieznikającym uśmiechem. OK, czyli można było zacząć działać.
Kiedy blondyn ruszył do naszych towarzyszy, ja podszedłem z powrotem do obozowiczek siedzących przy ognisku i towarzyszącym im teraz również dzieciom.
- Wydaje mi się, że znalazłem rozwiązanie przynajmniej części państwa problemów... - odezwałem się kucając przy nich z boku. Głupio było mi tak nad nimi stać i górować, a mój wzrost wcale mi w tym nie pomagał.
- W Dolinie Godryka, z której przyjechaliśmy, jest opuszczony dom. Dość... nietypowy, ale to raczej nie ma większego znaczenia - może lepiej na razie przemilczeć kwestię tego, że Rudera w większej części znajduje się po prostu pod ziemią.
- Mielibyście tam dach nad głową, bieżącą wodę, ochronę przed warunkami atmosferycznymi i opiekę lekarzy z Doliny. Części osób z pewnością pomogliby także mieszkańcy Doliny. W domu, w którym mieszkam jest też sporo miejsca...
Przypomniałem sobie o Julkowej Makówce, która teraz też przecież stała pusta, ale szybko odsunąłem od siebie tą myśl. Zresztą Rudera i Kurnik powinny wystarczyć.
Widziałem na twarzach kobiet mieszaninę emocji - niektóre z nich patrzyły na mnie z niedowierzaniem i nadzieją, inne nieufnie. Jedna z nich jak raz wstała butnie, mrużąc oczy i patrząc wprost na mnie teraz z góry.
- A co mielibyśmy wam dać w zamian? - spytała ostro, zupełnie zbijając mnie tym pytaniem z tropu.
- Nic, po prostu...
- Mamy uwierzyć w wasze dobre serca? - przerwała mi pełnym ironii parsknięciem. - Chcecie nas gdzieś wywieźć obiecując schronienie. Skąd możemy wiedzieć czy nie grozi nam tam większe niebezpieczeństwo? Obóz pracy albo po prostu śmierć? Dlaczego mamy wam zaufać?! Rozdajecie jedzenie, mamicie leczeniem, ale nic o was nie wiemy! Może ten cały dom wcale nie istnieje? Może zabierzecie nas do tych morderców? Jaką możemy mieć pewność?! - warknęła ze złością. Szczerze mówiąc nie spodziewałem się takiej reakcji... a właściwie powinienem. Skoro ci ludzie woleli zamieszkać w lesie w środku srogiej zimy niż szukać schronienia i pomocy u innych ludzi... to czemu mieliby przyjąć moją propozycję bez zastrzeżeń, jedynie z wielką wdzięcznością?
Optymizm i ulga jakie czułem jeszcze chwilę temu, zaczęły mnie opuszczać.
- Nie mamy złych zamiarów, to mogę przysiąc - odpowiedziałem siląc się na spokój. Nie chciałem, żeby tą rozmową zawładnęły emocje, bo to nie o to chodziło. Tak samo nie chciałem wyciągać argumentu, że przecież, gdybyśmy chcieli ich skrzywdzić, to już dawno byśmy to zrobili. Nie, nie tędy droga.
- Rozumiem wasze obawy - spojrzałem po ich zmęczonych twarzach. Czego musiały doświadczyć, że wolały takie warunki dla siebie i swoich dzieci niż zaufać obcemu?
- I na pewno wspólnie znajdziemy jakieś rozwiązanie. Mogę najpierw kogoś z was zawieźć na miejsce, żeby zobaczył wszystko, porozmawiał z mieszkańcami Doliny... cokolwiek co sprawi, że poczujecie się pewniej - mówiłem spokojnie. - Wiem, że się boicie, to całkowicie zrozumiałe w tych okolicznościach. Postaram się zrobić wszystko, żeby zminimalizować ten strach. Proszę tylko, żebyście dobrze przemyśleli moją propozycję, zanim ją odrzucicie. Nie róbcie tego pochopnie. Nie w takiej sytuacji - przetoczyłem spojrzeniem po ciemniejącym niebie i nagich gałęziach na jego tle.
Kobiety zaczęły między sobą szeptać, a ja się podniosłem, żeby dać im w spokoju to przedyskutować i spojrzeć na tą, która wcześniej się odezwała butnie. Wciąż patrzyła na mnie mrużąc oczy i mi nie ufając, ale się tym nie przejmowałem.
- Nie będę ukrywał, że w Dolinie mieszkają zarówno tacy ludzie jak my, jak i czarodzieje. Wszyscy razem, w zgodzie i wspierając się wzajemnie - dodałem uznając, że powinni to wiedzieć zanim podejmą jakąkolwiek decyzję. Tak, jak się tego spodziewałem, informacja ta wywołała poruszenie wśród zebranych. Znów wyczułem w nich strach i obawy.
- To dobrzy ludzie - powiedziałem z przekonaniem w głosie dokładnie to samo, co wcześniej pastorowi. Rzuciłem im jeszcze ostatnie spojrzenie, uśmiechnąłem się licząc na to, że odczytają ten gest jako pokrzepiający i wycofałem się do Castora, Rose i Olliego, którzy jak się szybko zorientowałem, zdążyli się już wymienić częścią informacji.
- Boją się - odezwałem się lekko strapiony. - Ale to zrozumiałe. Muszą to przemyśleć i przedyskutować między sobą. Spróbuję jeszcze pogadać z pastorem... - zawiesiłem lekko głos i spojrzałem najpierw na Olliego, a później na Rose. - Co z małą? Wyjdzie z tego?


Make love music
Not war.
Louis Bott
Zawód : Drugi Kogut Kurnika, dorywczo może coś naprawić
Wiek : 22
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
Look up at the night sky
We are part of this universe,
we are in this universe,
but more important than both of those facts is that
OPCM : 0
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 6
Genetyka : Mugol
universe is in us
Niemagiczni
Niemagiczni
https://www.morsmordre.net/t1671-louis-bott https://www.morsmordre.net/t1846-niemugolska-poczta-lou#24237 https://www.morsmordre.net/t1672-louis-bott#17379 https://www.morsmordre.net/f223-dolina-godryka-kurnik https://www.morsmordre.net/t5152-louis-bott

Powrót do góry Go down

Uśmiechnął się delikatnie, nieco nieśmiało, na słowa o dobrze wykonanej robocie. To nie było nic wielkiego, czuł że każdy na jego miejscu, kto choć w małym stopniu znał magię leczniczą, byłby w stanie dokonać podobnego czynu. Na większe pochwały czas dopiero przyjdzie, jeśli uda im się pomóc większej grupie osób.
- Zrobimy co będziemy w stanie. Znając naszych towarzyszy, na pewno wpadli już na kilka pomysłów i tyle samo planów awaryjnych. Wsparcie też nam się przyda, myślę że nie będzie o to trudno. Do tej pory Somerset mobilizowało się dosyć szybko. - stwierdził jeszcze, komplementując przy okazji męską część grupy. Wierzył w ich empatię i kreatywność, dlatego też mógł spokojnie założyć, że nie mówili nawet o zalążku planów, ale o dość konkretnie sprecyzowanych krokach.
Pastor zdawał się być ciągle nieprzekonany szczerością ich działań, ale na to nie dało się wpłynąć w sposób szybki i skuteczny. Potrzebny tu był czas aby sam mógł się przekonać co do ich intencji, nawet jeśli trzeba będzie rzucić parę gorzkich słów. Ollie do wszystkiego starał się podchodzić empatycznie, tutaj jednak zderzył się z pewnym wewnętrznym konfliktem, kotłującym się niemożebnie. Był daleki od posługiwania się logicznymi, chłodnymi argumentami, w przeciwieństwie do niektórych lekarzy z dawnego, mugolskiego świata czy też pewnych uzdrowicieli. Póki jednak pastor starał się współpracować, zdawało się że nie będzie trzeba używać argumentów opartych na chłodnej kalkulacji, poczuciu winy czy nawet strachu. Życia tych ludzi ostatecznie w końcu zależały od decyzji przywódcy obozu, a Marlowe doskonale wiedział, że nie wyjdą dobrze z tej sytuacji, jeśli nie sięgną po wyciągniętą w ich kierunku dłoń.
Krótki obchód i pobieżne diagnozy nie pozostawiały wątpliwości, choroba rozprzestrzeniała się skutecznie i wraz z fatalnymi warunkami, zbierała swoje żniwa. Uzdrowiciel nie przypuszczał jednak, że historia ta mogła mieć swoje dalsze, o wiele mroczniejsze rozwinięcie. Widząc gest Castora, złapał delikatnie Roselyn za ramię i wskazał jej postać Sprouta, po czym zbliżyli się do niego żeby wymienić najważniejsze informacje. Wygląda na to, że Louis w tym czasie kontynuował rozmowę z paniami przy ognisku.
- Umieralnia... mało optymistyczna nazwa. Mogą być, pewnie nawet będą, o wiele bardziej zaniedbani niż pozostali... - powiedział cicho z wyraźnym niezadowoleniem. Jeżeli ci ludzie sami tak nazwali tamto miejsce, nie mieli już wobec niego wielkich oczekiwań i nadziei. Ani tym bardziej dla osób, które się tam znalazły. Wolał nie myśleć jaki widok zastaną, kiedy zajrzą do środka...
- Powinniśmy sprawdzić to miejsce, mogę pójść z Rose i zobaczymy co da się tam zrobić. Może uda nam się ustabilizować tych pacjentów przynajmniej do nadesłania dodatkowej pomocy. - zaproponował, zgadzając się również skinieniem głowy na słowa kobiety dotyczące pomocy chorym już teraz.
- Sprawdzę zapasy u siebie, może też coś ci się przyda. Jeśli byś potrzebował pomocy w produkcji, daj znać. - dodał w kierunku Castora. Najrozsądniej było postawić na jego umiejętności w produkcji leków, wiedział w końcu jak efektywnie wykorzystywać składniki, aby nic się nie marnowało. A że prawdopodobnie nie mieli ich wiele, wiedza ta była na wagę złota.
Dalsze słowa alchemika wywołały na twarzy uzdrowiciela lekką konsternację. Zmarszczył brwi, niecierpliwie wyczekując jego słów, a kiedy wzrok młodzieńców zetknął się na chwilę przed przekazaniem tej okrutnej informacji, Ollie mógł przeczuć że jest to coś wyjątkowo poważnego. Nie mylił się ze swoim przeczuciem.
- Co do... - zaklął szeptem pod nosem, zupełnie nie bacząc na obecność kobiety i zasady dobrego smaku, łapiąc się przy tym za głowę jedną dłonią. Ta wiadomość była... czymś innym. Czymś czego nie spodziewał się usłyszeć, nie chciał usłyszeć, ani nawet sobie wyobrazić. Skonsternowany spojrzał to na Roselyn, to na Castora licząc, że jest to jedynie jakiś żart, ale oczywiście nie mógł na to liczyć. Nie w takiej sytuacji. Odwrócił się na chwilę od nich masując wspomnianą wcześniej ręką oczy, czując jak ciężar sprawy wyciągnął całe jego zmęczenie dotychczasową pracą, a umysł nie przestawał przerabiać tej myśli i powiązanych z nią w głowie. Jaki to mogło mieć wpływ na tych ludzi, na ich organizmy i psychikę? Ile osób zostało w ten sposób... I czy dało się ich uratować, gdyby tylko sięgnęli prędzej po pomoc? Seria głębokich wdechów i wydechów pozwoliła mu na moment wrócić do rzeczywistości, ale nie wiedział, czy będzie w stanie pozbyć się tych myśli dzisiejszego dnia. Ani następnego...
Powrócił wreszcie do pozostałych nieco skołowany i zmartwiony, naciągając szalik z powrotem na nos. Nie chciał żeby jego mimika zdradzała zbyt wiele ani obozowiczom, ani Louisowi, któremu oszczędzono takiej informacji.
- Mamy więc plan. Mogę porozmawiać z pastorem, jeśli będzie trzeba... Powinien być wdzięczny, że zostaną pochowani... - westchnął ciężko, bo sam sobie w głowie dopowiedział resztę, chociaż wcale tego nie chciał. - Z Rose ich podzielimy. Zapytamy czy nie mają tu noszy, jakoś musieli przenosić rannych.
Powrót Louisa nieco zaskoczył blondyna, ciągle przeżywającego wcześniejszą informację o znalezisku w zupie, a teraz jeszcze spiętego koniecznością utrzymania tej informacji w tajemnicy. Nieraz zdarzyło mu się kłamać, miał więc w tym jakąś podrzędną wprawę. I zdecydowanie większe poczucie winy.
- Mała, a raczej Melody, jest silniejsza niż się wydaje. Dobrze zareagowała na zaklęcia, rany się goją. Jeśli ją stąd zabierzemy w cieplejsze miejsce, sprzyjające zdrowieniu, szybko dojdzie do siebie. - zapewnił Louisa o sytuacji dziewczynki, siląc się na lekki uśmiech, co było wyjątkowo trudnym zadaniem.
Ollie Marlowe
Zawód : uzdrowiciel i magipsychiatra w lecznicy
Wiek : 22
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
Śmierć będzie ostatnim wrogiem, który zostanie zniszczony.
OPCM : 6
UROKI : 1
ALCHEMIA : 6
UZDRAWIANIE : 21
TRANSMUTACJA : 1
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarodziej

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t10401-ollie-marlowe https://www.morsmordre.net/t10455-wicher#316648 https://www.morsmordre.net/t10433-uzdrawiajacy-slon-mugolak#315360 https://www.morsmordre.net/f390-dolina-godryka-cichy-domek https://www.morsmordre.net/t10567-szuflada#320177 https://www.morsmordre.net/t10445-ollie-marlowe#315624

Powrót do góry Go down

Starała się odrzucić od siebie emocje, które mogły wpłynąć na klarowny, logiczny postęp w rozwiązaniu ciężkiej sytuacji obozowiska. Niepokój zbierał się pod skórą. Strach i współczucie. Złość i wstyd. Dogłębne poczucie upadku, do którego doprowadziła ich wojna, która nie sięgała jedynie szeregów Zakonu Feniksa i Rycerzy. Rozerwała na strzępy całą Anglie. Zniszczyła już tysiące żyć. Pod powłoką spokojnej maski panowała burza. Nie było tu jednak miejsca na gwałtowne porywy serca, na popadnięcie w odmęt moralnych przemyśleń; na to aby pozwolić sobie na ukazanie chociaż skrawka siebie. Liczyło się co jest tu - znalezienie rozwiązania, a do tego potrzebne były skupione umysły. Czyste. Obdarte z emocjonalnych rozproszeń. Czy to nie to jednak poprowadziły ją właśnie tutaj? Kierowało jej ścieżkami od wielu, wielu miesięcy. Nie racjonalny rachunek zysków i strat. Nie logiczna kalkulacja. To, że dogłębnie nie zgadzała się na segregacje, nie wierzyła w dominium nad mugolami, nie wierzyła w nic co niosła za sobą ideologia nowego ministerstwa magii. Nie wierzyła i robiła to co podpowiadało serce, a nie rozum. Logicznym było uciekać od wojny, nie popierać żadnej strony, nie brać w niej udziału, po prostu przetrwać. Nie potrafiła jednak obojętnie stać i przemykając ścieżkami obozowiska czuła, że robiła to co powinna.
Skupione spojrzenie sięgnęło sylwetki alchemika, chłonąc słowo po słowie jego słowa. - W lecznicy mogę zatrzymać jednego może dwóch. Przy założeniu, że nie będzie innych pacjentów, a to nie możliwe. - odparła - Nie mamy środków, ani miejsca na więcej. Nie możemy też sprowadzić tam chorych, bo lecznice odwiedzą zarówno czarodzieje jak i mugole. Możemy stworzyć przez nowe ognisko choroby. Zapalenie płuc żeruje na pacjentach z obniżoną odpornością, a tych odwiedza nas wiele. Jeśli mamy przenieść i chorych, i zdrowych trzeba będzie ich od siebie odizolować. W jednym miejscu musimy umieścić tych, którzy wciąż chorują, a w innym tych zdrowych. W ten sposób być może uda nam się zatrzymać roznoszenie się choroby. Pamiętajcie również, że wy również musicie o siebie teraz zadbać. Szczególnie Louis- zwróciła wzrok w kierunku Botta. Organizmy czarodziejów były silniejsze, nie znaczyło to jednak, że całkiem odporne na wyniszczające organizm choroby. - Myślę, że jeśli zostanie nam użyczona świetlica to właśnie tam powinniśmy zorganizować miejsce dla tych, którzy zachorowali. Będziemy mogli ich tam doglądać, a z czasem połączyć obie grupy w Ruderze. Na wiosnę będziemy radzić nad tym co dalej
- zaproponowała. Świetlica wydawała jej się lepszym wyborem na zorganizowanie tymczasowego szpitala. - Jeśli będzie potrzebował rąk do pracy, pomogę - zaproponowała również Sproutowi. Kwestia ziołolecznictwa pozowała ważna, chociaż brakło jej praktyki i wiedzy w zakresie tworzenia magicznych mikstur czy właściwości wielu ziół, znała podstawy i gotowała by rozszerzyć swoją wiedzę. - My z Olliem zajmiemy się przygotowaniami tutaj. Najpierw leczenie tych, którzy potrzebują niezwłocznej pomocy, a potem przygotowujemy ich do wyjazdu - jeśli tylko się na to zgodzą.
- Porozmawiajcie z pastorem. Czuję, że nie przypadłam mu za bardzo do gustu - skrzywiła się lekko - I dopytajcie go o to o czym mówiłeś - skierowała znaczące spojrzenie w stronę Castora i Olliego. Nie. W tym momencie wiedziała, że nie może się z tym zmierzyć. Zapach odwaru przygotowanego przez mugoli niemalże wdzierał się w nozdrza, powodował że treść żołądka z trudem utrzymywała się na swoim miejscu. Nie mogło to pozostać jednak bez echa. Musieli dowiedzieć się od pastora więcej.
- Tak, dojdzie do siebie. Rana się zaogniła, ale oczyściliśmy ją i zaleczyliśmy. Będzie trzeba obserwować jej stan, ale zgadzam się z Olliem, myślę że wyjdzie z tego. - odparła na pytanie Louisa.
- Ruszajmy więc.



I'm out on the edge and I’m screaming my name Like a fool at the top of my lungs. Sometimes when I close my eyes I pretend I'm all right but

it's never enough.


Roselyn Wright
Zawód : Uzdrowiciel w leśnej lecznicy
Wiek : 31
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
the angry, the empty, the lonely, the tricked.

we are all museums of fear.
OPCM : 15
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 35
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 7
SPRAWNOŚĆ : 3
Genetyka : Czarownica
when will enough be enough?
Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t6412-roselyn-wright https://www.morsmordre.net/t6516-furia#166169 https://www.morsmordre.net/t6521-roselyn#166208 https://www.morsmordre.net/f113-irlandia-killarney-national-park-upper-cottage https://www.morsmordre.net/t6553-skrytka-bankowa-nr-1612#167244 https://www.morsmordre.net/t6551-r-wright#282514

Powrót do góry Go down

Strona 5 z 5 Previous  1, 2, 3, 4, 5

Wzgórza Quantock

Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach