Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia


Ekipa forum
Login:

Hasło:

Wzgórza Quantock
AutorWiadomość
Wzgórza Quantock [odnośnik]28.02.21 23:32
First topic message reminder :

Wzgórza Quantock

To pomiędzy wzniesieniami wzgórz Quantock usytuowana jest Dolina Godryka i przylegające do niej tereny. Rozciągają się jednak daleko poza Dolinę, od wybrzeża na północy dalej na południowy zachód, prawie że równolegle do położonej dalej na zachodzie rzeki Parrett. Same wzgórza odznaczają się niezwykłą urodą, porośnięte są wrzosowiskami i dębiną, które dają schronienie dla zwierzyny. W pogodne dni ze szczytów wzgórz można ujrzeć leżące najbliżej na zachód od wzniesień miasto - Bridgwater. Pomiędzy pagórami rozrzucone są pojedyncze domki i farmy, w których koniec z końcem starają się splatać ich mieszkańcy: Quantock obfitują bowiem w żyzną glebę sprzyjającą uprawom, co czyni z nich niezwykle cenne tereny i zniechęca do wyprowadzki zwłaszcza wtedy, gdy w oczy Anglików zagląda głód.
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : 99
UROKI : 99
ALCHEMIA : 99
UZDRAWIANIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Wzgórza Quantock - Page 6 Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki

Re: Wzgórza Quantock [odnośnik]04.02.22 16:25
Moi towarzysze nie mieli zbyt radosnych min, kiedy do nich podszedłem, ale wcale mnie to nie dziwiło. Samo otoczenie wywierało chyba na wszystkich ponure wrażenie, a świadomość cierpienia, śmierci i walki o przetrwanie tych wszystkich ludzi tylko je pogłębiało.
Co jeśli nie przyjmą od nas pomocy? Jeśli zdecydują się tu zostać? Czy naprawdę będę mógł spokojnie odjechać ze świadomością, że w większości po prostu tego nie przetrwają?
Spróbowałem odepchnąć od siebie te myśli i skupić się na działaniu i wymianie informacji.
Patrzyłem jeszcze przez chwilę w napięciu na Olliego, który opowiadał o stanie córki pastora - Melody. Raczej się z tego wyliże, choć najlepiej byłoby ją stąd zabrać - przytaknąłem. No jasne, że przydałoby się ją zabrać do normalnego domu, gdzieś gdzie byłoby ciepło i bezpiecznie!
Ostatecznie odetchnąłem z ulgą i nawet uśmiechnąłem się lekko. Ponownie zaczęła się we mnie rozpalać nadzieja, że całą sytuację uda nam się jakoś obrócić na dobre.
- Jesteście najlepsi - spojrzałem z uśmiechem najpierw na uzdrowicieli, a później również na Castora. Wierzyłem w to całym sercem. Razem naprawdę uda nam się pomóc obozowiczom.
Ruszyłem znów za Sproutem, po drodze tylko zahaczając na sekundę o nasze sanie.
Pastora zastaliśmy siedzącego przy Melody i głaszczącego ją po splątanych włosach.
- Panie Murdock - odezwałem się ciszej, bo jakoś głupio było mi przerywać tą chwilę. Nie wiedziałem też czy podchodzić do nich bliżej, czy zostawać przy wejściu do namiotu... ostatecznie postąpiłem kilka kroków w przód i zatrzymałem się w połowie drogi.
- Rozmawialiśmy z ludźmi - spojrzałem na Castora i znów na pastora i Melody - rozeznaliśmy się trochę w państwa sytuacji i... przyszedł na do głowy pewien pomysł - zacząłem ostrożnie i spokojnie powtórzyłem to wszystko co kobietom przy ognisku. O schronieniu w Dolinie, o transporcie, o możliwości leczenia i... życia. Po prostu.
- To tylko pomysł - dodałem na koniec. - Propozycja, bez żadnego ukrytego dna czy złych intencji - zaznaczyłem mając w pamięci reakcję jednej z kobiet, kiedy może zbyt optymistycznie podzieliłem się z nimi swoim pomysłem. - Nie chcemy się narzucać z pomocą, a decyzję oczywiście zostawiamy wam, ale chciałem, żebyście byli świadomi alternatywy. Ten las to nie wszystko co wam zostało - zakończyłem i jakoś mimowolnie przeniosłem spojrzenie z Murdocka na Melody, która teraz ciągnęła tatę za rękaw ewidentnie chcąc mu coś przekazać szeptem.
Pastor milczał, co uznałem za dobry znak - to oznaczało, taką miałem przynajmniej nadzieję, że rozważał naszą propozycję. Nie odrzucił jej z marszu - to dobrze!



Make love music
Not war.
Louis Bott
Zawód : Drugi Kogut Kurnika, dorywczo może coś naprawić
Wiek : 22
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
Look up at the night sky
We are part of this universe,
we are in this universe,
but more important than both of those facts is that
OPCM : 0
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 6
Genetyka : Mugol
universe is in us
Niemagiczni
Niemagiczni
https://www.morsmordre.net/t1671-louis-bott https://www.morsmordre.net/t1846-niemugolska-poczta-lou#24237 https://www.morsmordre.net/t1672-louis-bott#17379 https://www.morsmordre.net/f223-dolina-godryka-kurnik https://www.morsmordre.net/t5152-louis-bott
Re: Wzgórza Quantock [odnośnik]07.02.22 20:13
Tak, niewątpliwie umieralnia wiązała swoją nazwę z tragicznymi wydarzeniami tego miejsca, temu nie dało się nawet zaprzeczyć. Podobnie jak wszelkie legendy potrafiły kryć pewne ukryte historie, tak wiele nazw różnych miejsc były wypadkową faktów i, sporadycznie, mitów. Tutaj jednak z żadną baśnią ani legendą nie mieli do czynienia, choć dla przyszłych pokoleń mogło to stanowić solidną podstawę do stworzenia takowych.
Speszył się nieco na miłe słowa Louisa. Ollie sam nigdy nie pomyślałby o sobie, że jest najlepszy, ani chociaż bardzo dobry. Wielokrotnie zdawało mu się, że jest właśnie niewystarczająco dobrym uzdrowicielem, czy niewystarczająco silnym czarodziejem. Ba, w praktyce nie był nawet wystarczająco dobrym magipsychiatrą, bo i przez wzgląd na sytuację nie ukończył swojej edukacji. Mimo to dla Botta był wystarczający. Dziwne uczucie skrępowania pomieszanego z lekką radością zagościło w uzdrowicielu, na moment pozwalając zapomnieć o uprzednio przyswojonej, przerażającej informacji.
Wsłuchał się w słowa Roselyn, przytakując jej na słowa o niewystarczających środkach w Lecznicy. Mimo chęci udzielenia pomocy, Lecznica nie była noclegownią, nie mogli sobie tak po prostu pozwolić na masowe przyjmowanie ludzi. W takim tempie nie byliby dłużej w stanie wykonywać swojej pracy i pomagać na bieżąco rannym i potrzebującym. Na szczęście chłopcy mieli przygotowany inny plan, który brzmiał zdecydowanie solidniej.
- Zgadzam się z Castorem, z naszą pomocą w gorsze miejsce nie trafią. Ta zima... kto wie ile jeszcze potrwa. - skomentował jeszcze, zanim wspólnie udali się do namiotu pastora. Najpierw rozmowa z nim, a potem wraz z Roselyn mieli zająć się rannymi... Zerknął na Sprouta z lekkim niepokojem, czując jak powaga sytuacji ciąży mu niemiłosiernie. Przekonywanie upartego człowieka silnej wiary mogło być dość trudne, ale nie było niemożliwe. Musieli tylko podejść do tego w odpowiedni sposób...
Po wprowadzenia Louisa, Ollie postanowił włączyć się do rozmowy.
- Wiem że ciężko jest panu uwierzyć w nasze szczere chęci, po wszystkim czego doświadczyliście i po całej tej wojennej sytuacji. Chcemy wam pomóc tak jak pomogliśmy Melody, i tak jak chcemy pomóc też pozostałym. Magia nie czyni wyłącznie szkód, panie Murdock, i wiem że ciężko to zauważyć przez złość, jaką w sobie trzymacie. - zaczął spokojnie, cichszym i opanowanym tonem, starając się nie pozwolić, aby jakiekolwiek zawahanie czy wątpliwość wdarła się do jego głosu. Musiał trzymać nerwy na wodzy i starannie dobierać słowa. Póki co wydawało się, że pastor - choć niechętnie - słucha. I bije się przy tym z myślami.
- Rozumiem jak ważne jest pochować zmarłych zgodnie z wiarą, dlatego pomyśleliśmy że-...
- Nie sprofanujecie zmarłych żadnymi czarami, rozumiecie? - pastor przerwał nagle, rozkazującym tonem nie znoszącym sprzeciwu. Ewidentnie nie chciał, aby magia dotknęła ich ciał.
- Nie, znaczy... tak. Proszę nas wysłuchać. Nie zamierzaliśmy używać zaklęć na zmarłych, tylko na ziemi. Magia może nam pomóc wykopać odpowiedniej wielkości grób, albo kilka grobów. - wytłumaczył się szybko, a jego słowa zdawały się nieco uspokoić pastora. Nieco, bo kiedy w powietrzu wirowały synonimy magii, jego usta wykrzywiały się w niezadowolonym grymasie.
- Zmarli leżą w fatalnych warunkach, są też pośrednio przyczyną rozwijających się w okolicy chorób. Poza tym... co jak dorwą się do nich jakieś wygłodniałe, dzikie zwierzęta? Obozowicze powinni mieć możliwość pochowania swoich bliskich, nietkniętych przez zbłąkaną zwierzynę czy szalonych, złych czarnoksiężników, szukających zwłok do swoich chorych praktyk... - wypunktował najważniejsze sprawy, celowo pomijając wątek kanibalizmu ze względu na obecną przy nich Melody. To nie był odpowiedni moment, aby poruszać takie kwestie, choć na wzmiankę o wygłodniałych zwierzętach potencjalnie żerujących na zmarłych nawet pastor nieco zmiękł.
- Wykopiemy zaklęciami dziurę i pomożemy fizycznie pochować zmarłych. Cały obrządek pogrzebu przeprowadzi pan zgodnie ze swoją wiarą, nie będziemy się w niego wtrącać. Nie musimy też w nim uczestniczyć, jeśli macie się czuć dzięki temu bardziej komfortowo. Ludzie będą tutaj spokojniejsi, że ich bliscy zostali godnie pochowani, i że ich ciała są bezpieczne. To na pewno odciąży im trochę zmartwień, będą też mogli oddać się z panem we wspólnej modlitwie. I będą też mieli miejsce, które mogą odwiedzić aby powspominać, wiele osób nie ma dzisiaj takiej możliwości. - dokończył wreszcie, czując jak serce chce mu wyskoczyć z klatki piersiowej. Widział że jego słowa docierały do pastora, nie wiedział tylko czy były wystarczające aby przekonać go do współpracy. Zerknął na Castora dając mu krótki sygnał, że może kontynuować.
Ollie Marlowe
Zawód : uzdrowiciel i magipsychiatra w lecznicy
Wiek : 22
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
Śmierć będzie ostatnim wrogiem, który zostanie zniszczony.
OPCM : 6
UROKI : 1
ALCHEMIA : 6
UZDRAWIANIE : 21
TRANSMUTACJA : 1
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarodziej

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t10401-ollie-marlowe https://www.morsmordre.net/t10455-wicher#316648 https://www.morsmordre.net/t10433-uzdrawiajacy-slon-mugolak#315360 https://www.morsmordre.net/f390-dolina-godryka-cichy-domek https://www.morsmordre.net/t10567-szuflada#320177 https://www.morsmordre.net/t10445-ollie-marlowe#315624
Re: Wzgórza Quantock [odnośnik]02.03.22 21:10
Pastor nie był prostym przeciwnikiem. Człowiek głębokiej wiary, która tylko zintensyfikowała się po tragicznych przejściach. Castor, choć nie miał nawet najmniejszego pojęcia o religii, gdzieś na podstawowym, ludzkim poziomie, nie mógł dziwić się jego postawie. W obliczu niespotykanych zmian ludzie łapali się wszystkiego, co mogli. Castor spokój odnajdywał w nieczuciu potęgowanym niejedzeniem, ten człowiek natomiast w modlitwie.
A trójka młodych mężczyzn, decydując się na rozmowę z gładzącym włosy córki pastorem, wykonała naprawdę dobry ruch, przywołując do namiotu kwestie religijne. Oczy pastora rozbłysły nagle i nawet spojrzenia, które im rzucał — choć dalej były delikatnie mówiąc podejrzliwe — złagodniały znacząco, co stanowiło już pierwszy krok do oczekiwanego sukcesu.
Człowiek ten westchnął głośno i głęboko. To pierwsza odpowiedź.
— Nie powinienem się na to godzić... — odezwał się, próbując panować nad głosem i nie zdradzać się zanadto ze swoimi emocjami przed Melody. — Ale po namyśle... Pan na niebiosach mi świadkiem, że po namyśle, głupotą byłoby odrzucać pomoc. Pan Bóg pozna swoich, tego jestem pewien, ale czy mnie przyjmie pod bramy niebios, gdy owieczki swoje prowadzę na rzeź? — chyba wreszcie zaczynała doń docierać powaga sytuacji. Może to wspomnienie dzikiej zwierzyny przywołane przez Olliego, może to zaufanie, które zdołał wzbudzić w nim Louis... Najważniejsze, że wreszcie mieli dobry grunt do negocjacji, monolit zaczął się kruszyć i Castor byłby w stanie może nabrać wreszcie głębszego oddechu (i prosić w myślach, by nie czuł już więcej zapachu gotowanego mięsa), gdy wreszcie spojrzenie pastora spoczęło właśnie na nim. — A ty? — zapytał, wskazując brodą na Sprouta, który wyprostował się w mig, podobny napiętej strunie. — Też pewnie masz coś do dodania?
Taka bezpośredniość zbiła blondyna z tropu. Kilkukrotnie otwierał i zamykał usta, jakby nagle zapomniał języka w gębie. Posłał nawet jedno paniczne spojrzenie w kierunku Olliego, lecz wreszcie udało mu się odchrząknąć i zacząć mówić.
— Jesteśmy samo...chodem. Jesteśmy w stanie zorganizować dla państwa zakwaterowanie w Dolinie Godryka, to kawałek drogi stąd. Potrzebujemy tylko podzielić państwa na dwie grupy, chorych umieścimy w świetlicy bliżej lecznicy, tych zdrowych zakwaterujemy w domu — mówił ostrożnie i powoli, próbując co jakiś czas podłapać kontakt wzrokowy, ale chyba czuł się zbyt onieśmielony wcześniejszą postawą pastora oraz tym, co do tej pory widział.
— Nie bój się, synu. Nie zrobię ci przecież krzywdy — pastor najwyraźniej wyczuł jego zdenerwowanie, bowiem czuł się w obowiązku wtrącić tę krótką próbę uspokojenia. Castor uśmiechnął się delikatnie zmieszany, po czym kontynuował.
— Gdyby pan się na to zgodził, moglibyśmy przejść do rzeczy od razu. Myślę, że do jutra rana najpóźniej wszyscy powinni być zaopiekowani. Może nie mamy luksusów, wie pan. Ale za to będzie ciepło i... i wszyscy w Dolinie na pewno państwu pomogą. Nie zostawimy państwa samych, proszę się nad tym zastanowić... — w głosie Castora zadźwięczała już desperacja. Nie spodziewał się brzmieć tak błagalnie, tak... nieprofesjonalnie. Jednakże ludzka tragedia zawsze łapała za najdelikatniejsze struny jego duszy, pozwalała brać górę emocjom i choć wiedział, że powinien stanowić wsparcie, nie tylko moralne, ale i zawodowe. Tymczasem głos mu drżał, spoglądał na pastora z prawdziwą mieszanką wyczekiwania, nadziei i napięcia, podszytą strachem, że człowiek ten jedną decyzją mógł pogrzebać wszystkie ich wcześniejsze starania. To nie tak miało wyglądać. — Ja z zawodu jestem zielarzem — połowiczne kłamstwo, ale musiał ciągnąć dalej — Zostałem poproszony przez lekarzy, by nie tylko wspomóc proces leczenia, ale także nauczyć państwa jak przyrządzić lekarstwa z tego, co daje nam natura. Podtrzymuję swoje zobowiązanie, ale musi być pan przecież świadom, że leczy się tylko żywych...
Nie zdążył dokończyć, ponieważ dłoń, którą pastor gładził po włosach Meldy, powędrowała w górę, nakazując ciszę.
— Dobrze o tym wiem, synu. Dlatego podjąłem już decyzję. Melody, kochanie... Podnieś się... O, tak. Dziękuję. Zaraz wrócę — wyswobodziwszy się na moment z objęć córki, pastor powstał i poprosił gestem całą trójkę o wyjście z namiotu. Nic nie mówiąc przestąpił do centralnego miejsca obozowiska niedaleko kobiet zgromadzonych przy paleniskach, by donośnym głosem zawołać:
— Umiłowani! Pan nasz i Zbawiciel czuwa nad nami, zsyłając nam dziś pomoc. Kończą się dni naszej niedoli, a pogrążeni w modlitwie, poświęcamy w nich pamięć naszych zmarłych oraz składamy prośby o to, by chorzy powrócili do sił. Opuszczamy dziś nasze obozowisko, udajemy się do Doliny Godryka. Proszę, by każdy, kto ma wystarczająco sił, zadbał o dobytek swej rodziny. Najciężej chorych transportować będą nasi goście — tu zwrócił się do trójki młodzieńców, których przyprowadził ze sobą — W pierwszej kolejności. Później pozostałych chorych, na koniec zaś tych, którym zdrowie — chwała niech będzie niebiosom — dopisuje. Proszę, przyjmijcie dar gościnności tak, jak ja go przyjmuję, bo oto córka moja uleczona została przez naszych gości i wierzę szczerze, że i my wszyscy zostaniemy uzdrowieni. Działajcie, synowie.
Castor zamrugał kilkukrotnie, jakby wciąż niedowierzając, co się przed chwilą stało. Chyba... się udało? Zwrócił się więc prędko do obu chłopców, chcąc jeszcze raz omówić z nimi plan. Tak ostatni raz.
Ollie, przygotuj, proszę z Rose pacjentów do transportu, my z Louisem postaramy się podjechać jak najbliżej. Ja się zajmę powiększeniem auta, potem transportujemy ich do świetlicy — gdy uzyskał zgodę od obu mężczyzn, ruszył z Bottem w kierunku auta, przywdziewając po raz pierwszy rakiety śnieżne. Po kilku minutach spaceru — chyba adrenalina sprawiła, że poruszał się szybciej, a może to tylko te rakiety pomagały w przedzieraniu się przez śnieg — dotarli wreszcie do samochodu.
— Poczekaj chwilę, spróbuję... — zwrócił się do Lou, nakierowując różdżkę na pojazd. Nigdy nie był dobry z transmutacji. Ba, uważał tę dziedzinę za swoją piętę achillesową, ale dziś nie było wyjścia. Musiał zmusić się do działania, choć nie przyszło to prosto. Oczywiście pierwsza próba była nieudana, ale miast panikować, Castor przymknął powieki, postarał się skupić z całych sił na powiększającym działaniu zaklęcia i... Engiorgioza drugim razem zaklęcie naprawdę zadziałało. Na ich oczach samochód faktycznie się powiększył, teraz za jednym zamachem mogli zabrać ze sobą naprawdę sporo osób. Castor odetchnął z wyraźną ulgą, po czym posłał Louisowi kontrolne spojrzenie. — Dasz radę podjechać jeszcze kawałek? Pewnie już na nas czekają.


słońce nadal jest tuż nad głową, deszcz dotyka jeszcze mnie. wiatr odbija się mi o dłonie, noc pozwala zbliżyć się. jeszcze mamy odwagę, siłę i oddechu starczy nam. Niebo wisi wciąż tuż nad głową, jeszcze mamy czas.
Castor Sprout
Zawód : Twórca talizmanów, właściciel sklepu "Bursztynowy Świerzop"
Wiek : 24
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
muszę to przespać
p r z e c z e k a ć
przeczekać trzeba mi
OPCM : 5
UROKI : 0
ALCHEMIA : 30
UZDRAWIANIE : 8
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 6
SPRAWNOŚĆ : 4
Genetyka : Wilkołak

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t9918-castor-sprout#299830 https://www.morsmordre.net/t9950-irys#300995 https://www.morsmordre.net/t9949-i-will-keep-my-flowers-safe#300972 https://www.morsmordre.net/f177-wybrzeze-exmoor-somerset-wrzosowa-przystan https://www.morsmordre.net/t9952-skrytka-bankowa-nr-2255#301004 https://www.morsmordre.net/t9951-c-sprout#300999
Re: Wzgórza Quantock [odnośnik]07.03.22 14:48
Pełne emocji, podejrzliwe podejście nakazywało odrzucić propozycję przybyłych gości, którzy częściowo przez swoje pochodzenie reprezentowali czarodziejską stronę. Sam świat czarodziejów był jednak wewnętrznie podzielony, a podział ten w dużej mierze polegał na skrajnych podejściach do sytuacji m.in. takich osób, jak pastor. Mężczyzna nie musiał (a może nawet nie był w stanie) ukrywać swojego rozdarcia i swojej niepewności, decyzja jaką musiał podjąć - z jego perspektywy - nie była łatwa. Inną perspektywę natomiast miała ich mała, pomocowa grupa. Z pełną świadomością braku zagrożenia z ich strony i realnym podejściem do sytuacji mieszkańców lasu, wiedzieli że jedynym sensownym, niepopartym niczyją dumą planem było skorzystanie z oferowanej pomocy pomimo towarzyszącego przy tym lęku.
Nagłe skierowanie się do Castora i związane z tym napięcie blondyna udzieliło się przez chwilę nawet Olliemu. Poszukiwanie w uzdrowicielu wsparcia przez przyjaciela na początku spotkało się z lekką paniką, Marlowe jednak zaraz kiwnął mu pokrzepiająco głową, aby dodać nieco odwagi. Alchemik jednak szybko przeszedł do sedna, może nieco niepewnie, desperacko, ale przynajmniej szczerze i prosto z serca. Mówili dokładnie co czuli i nie składali obietnic, których nie byli w stanie dotrzymać, a to było w tym momencie bardzo ważne.
Po chwili wypowiedź Castora została przerwana przez mężczyznę, informując że już podjął decyzję i nakazał nam przenieść się poza obręb namiotu. Ollie na początku spojrzał z niepewnością na Castora i Louisa, bo choć czuł że ich słowa trafiły do pastora i udało im się go przekonać, to ostatecznie nie mogli mieć pewności, dopóki potwierdzenie nie padnie prosto z jego ust. Nie musieli na to jednak długo czekać, bo mężczyzna zgromadził ludzi przy ognisku i wygłosił płomienną przemowę, uderzając w ich poczucie nadziei i wiary w lepsze jutro. Ollie mimowolnie uśmiechnął się z pełną szczerością i ulgą, że udało im się zrobić coś dobrego.
- Nawet nie wiecie jak mi ulżyło. Nasz mały sukces. - rzucił do Rose, Castora i Louisa, którzy zapewne podzielali jego entuzjazm, a może nawet odczuwali go intensywniej. - Już się za to zabieramy. Chodźmy. - zakomenderował ochoczo do Rose i wraz z nią udał się do poszczególnych namiotów, aby tam ocenić stan chorych i zgodnie z tym podzielić ich na grupy, w jakich będą ich przenosić. Osoby w bardzo ciężkim stanie przenieśli przy pomocy zaklęć wraz z łóżkami polowymi, zaś tych w nieco lepszym na początku znieczulili odpowiednimi zaklęciami, a później przy wsparciu zdrowych osób przenieśli w kierunku czekającego na nich pojazdu.
Ollie Marlowe
Zawód : uzdrowiciel i magipsychiatra w lecznicy
Wiek : 22
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
Śmierć będzie ostatnim wrogiem, który zostanie zniszczony.
OPCM : 6
UROKI : 1
ALCHEMIA : 6
UZDRAWIANIE : 21
TRANSMUTACJA : 1
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarodziej

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t10401-ollie-marlowe https://www.morsmordre.net/t10455-wicher#316648 https://www.morsmordre.net/t10433-uzdrawiajacy-slon-mugolak#315360 https://www.morsmordre.net/f390-dolina-godryka-cichy-domek https://www.morsmordre.net/t10567-szuflada#320177 https://www.morsmordre.net/t10445-ollie-marlowe#315624
Re: Wzgórza Quantock [odnośnik]07.03.22 17:23
Po mnie do pastora zwrócił się Ollie, a na koniec zachęcony przez mężczyznę przemówił także Castor. Szczerze mówiąc z każdym kolejnym ich słowem nabierałem pewności, że dobrze nam pójdzie, że przekonamy pastora i pozwoli nam ewakuować całą osadę do Doliny. Byłem pod wrażeniem... i naprawdę dumny z chłopaków. Z siebie nawet trochę też. Szczególnie, kiedy wyszliśmy razem z pastorem na zewnątrz, a on zebrał wszystkich osadników i oświadczył wszem i wobec, że nam zaufał i że możemy zaczynać przewożenie wszystkich z lasu w bezpieczne miejsca. Nie mogłem ukryć błysku entuzjazmu w moich oczach, kiedy po przyjacielsku klepnąłem chłopaków w ramiona. Świetnie się spisaliśmy - chciałem przekazać im tym gestem.
- Nie taki mały - uśmiechnąłem się jeszcze do Olliego.
Na plan działania Castora oczywiście momentalnie przystałem i najpierw ubrałem rakiety śnieżne (robiąc szybkie szkolenie z tego zakresu Sproutowi), a potem wraz z nim ruszyłem naszym tropem do samochodu.
- Byliście naprawdę świetni z tymi przemowami - rzuciłem jeszcze szczerze do chłopaka, kiedy odeszliśmy już kawałek od osady i zagłębiliśmy się w las. Uśmiechałem się. Teraz wiedziałem, że już wszystko pójdzie gładko, bo najtrudniejsze mieliśmy za sobą. W transporcie osób miałem zdecydowanie większe doświadczenie niż w negocjacjach.
Kiedy dotarliśmy do dostawczaka pierwsze co zrobiłem, to ściągnąłem rakiety przyglądając się działaniom Castora. Tak, miał wyciągniętą różdżkę i czarował, ale... nie czułem strachu. Ok, może przebiegły mi po plecach dreszcze, kiedy pojazd nagle zaczął rosnąć, ale to by było na tyle. Zapewne w dużej mierze była to zasługa Lexa. Zrobiłem spore postępy w zakresie swojej fobii. Trochę nie miałem innego wyjścia - otaczali mnie czarodzieje. I owszem, jeśli ktoś wyciągał różdżkę bez ostrzeżenia, albo we mnie celował... to wciąż panika do mnie wracała, ale tak? Wszystko było pod kontrolą.
Kiedy Castor skończył, sprawdziłem czy silnik odpala jak trzeba. Przy takim mrozie różnie mogło z tym być, ale szczęście nam najwyraźniej sprzyjało (albo po prostu nie zostawiliśmy samochodu na aż tak długo) - zaskoczył już za pierwszym razem.
- Postaram się - odparłem jeszcze na pytanie Sprouta. Ostatnie czego chciałem to utknąć tym wozem w śniegu, ale po naszym krótkim rekonesansie mniej więcej wiedziałem gdzie mogę dojechać i których miejsc unikać. Ryzykować nie miałem zamiaru.
Kiedy zatrzymałem magicznie powiększony samochód, od razu zabrałem się za pomoc w przenoszeniu ludzi do pojazdu. Wielu trzeba było przetransportować do niego magicznie, a w niektórych przypadkach wystarczyły moje sanki, czy po prostu oparcie o moją osobę.
Niestety nie dało się zapakować wszystkich za jednym razem, więc najpierw tych najbardziej chorych przewiozłem do świetlicy, a kiedy pomogłem w przeniesieniu ich do pomieszczenia i zostawiłem pod opieką uzdrowicieli, wróciłem po resztę.
Tak naprawdę czekało nas teraz dużo pracy - zwołanie mieszkańców Doliny do pomocy, zorganizowanie odpowiedniej ilości posłań, ubrań, jedzenia i innych potrzebnych rzeczy... ale nie opuszczała mnie radość i ulga, że ci ludzie pozwolili nam sobie pomóc. Że nam zaufali. Całym sobą chciałem im udowodnić, że dobrze zrobili.


Make love music
Not war.
Louis Bott
Zawód : Drugi Kogut Kurnika, dorywczo może coś naprawić
Wiek : 22
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
Look up at the night sky
We are part of this universe,
we are in this universe,
but more important than both of those facts is that
OPCM : 0
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 6
Genetyka : Mugol
universe is in us
Niemagiczni
Niemagiczni
https://www.morsmordre.net/t1671-louis-bott https://www.morsmordre.net/t1846-niemugolska-poczta-lou#24237 https://www.morsmordre.net/t1672-louis-bott#17379 https://www.morsmordre.net/f223-dolina-godryka-kurnik https://www.morsmordre.net/t5152-louis-bott
Re: Wzgórza Quantock [odnośnik]31.03.22 11:06
Środków brakło na każdym kroku. Przypominali sobie o tym nawzajem. Za mało miejsca. Za mało medykamentów. Za mało jedzenia. Za mało rąk do pracy. Ograniczenia zaciskały pętle ilekroć tylko podejmowali działania mające na celu pomóc jej potrzebujących. Mimo wszystko musieli - przeć do przodu. Próbować. Nawet jeśli rozwiązanie z relokacją obozowiska na dłuższą metę miało być trudne, może i nawet nierealne. Było rozwiązaniem na dzisiaj, na teraz. Później będą zobligowani ugasić kolejny pożar i ten, który miał nastąpić po nim. Brali za nich odpowiedzialność. Czuła jej ucisk w momencie gdy plany przestały być tylko planami, a zaczęły być działaniami. Gdy jedna decyzja przechodziła w kolejną.
Logistykę całego przedsięwzięcia pozostawiła na barkach Louisa i Castora. Czuła, że w starciu z pastorem to z dwójki uzdrowicieli, właśnie Marlowe zostanie potraktowany poważniej. Wszakże łączyło go ze światem mugoli znacznie więcej niż on. Był mężczyzną, a ich głosy były bardziej słyszalne niż te kobiet. Sama zaś zajęła się tym co znała najlepiej i w czym jej ekspertyza była najbardziej pomocna.
Zapalenie płuc nie było chorobą, na którą czarodzieje zapadali często. Nigdy nie należało jej bagatelizować, jednak jej przebieg w wypadku magicznych był znacznie bardziej łagodny, nie byli na nią podatni tak bardzo jak niemagiczni. Słyszała o lekach, które miały przeciwdziałać infekcji. Wiedza na temat tych nie była jednak wystarczająco szeroka, by z pewnością po nie sięgać. Zresztą. Skąd mieliby je wziąć? Doświadczenie z tego rodzaju chorobami przyszło z czasem. Lecznica chociaż skryta na peryferiach, pozornie ukryta przed wielkim światem - nauczyła jej wiele. Wiele tego z czym do tej pory nie miała doświadczenia. Uczyła się. Umacniała każdego dnia. Leczyli czarodziejów i mugoli. Musiała nauczyć się jak leczyć tych drugich środkami dostępnymi dla niej. Dziś zdobywana całymi miesiącami wiedza przechodziła czyn.
Oddaliła się od mężczyzn, pozwalając by ci zajęli się pastorem i organizacją przewozu mugoli. - Znajdziesz mnie jak skończycie - powiedziała jedynie do Olliego, kierując się wgłąb obozowiska.
Podeszła do grupy kobiet skupionych wokół ogniska, by w ich towarzystwie przejść do umieralni. Nie zamierzała wspominać jeszcze o przenosinach. Nie póki nie podjęto żadnych decyzji. Teraz jedynie mogła pomóc doraźnie, oczekując na to co miało stać się dalej. Ci, którzy opiekowali się swoimi bliskimi początkowo nie przyjmowali jej obecności chętnie. Wycierpieli już swoje od magii. Nie mieli powodu by oczekiwać, że ta przyniesie im coś dobrego. Magnoliowa różdżka potrafiła jednak łagodzić ból i leczyć ciężkie przypadłości. Cierpliwie gasiła gorączkę, zbijając ją niepozornym Pugno Febris. Respiro zaś oczyszczało płuca z zalegającej weń chorej flegmy, Figidu łagodziło odmrożenia, a Subsisto Dolorem po prostu zabierało ból. W tych warunkach nie mogła zrobić wiele, a jednak miało odwieść to, to co do tej pory zdawało się być nieuniknionym.
W tej chwili nie żałowała żadnej z podjętych wcześniej decyzji, wiedząc że właśnie w tym momencie jest w odpowiednim miejscu, tam gdzie była potrzebna.
W końcu nadeszły wieści o przenosinach. Wraz z Olivierem zajęła się pacjentami. Poprosiła kilku mężczyzn - kilku z tych, którzy zdawali się zachować jeszcze siły, aby pomogli im z przygotowaniem się do relokacji tych, którzy nie byli w stanie stać już o własnych siłach.
- Przejdźcie się po namiotach. Zabierzcie tylko to co wam niezbędne. Jeśli będzie sposobność w przyszłości wrócicie po to co wam tu zostało. Teraz najważniejszym jest, aby przewieźć was tam jak najwięcej.
Nie musiała zarządzać kolejnością. Najpierw mieli wyjechać ci, którzy byli w najgorszym stanie. Później zadbano o to, aby każde dziecko i towarzyszące im kobiety znalazły swoje miejsce w samochodzie. Aż w końcu jednym z ostatnich wróciła i ona, zobowiązując się że rozpocznie pracę w świetlicy, a Ollie zadba o przeniesienie reszty obozowiska. Aż w końcu pozostał po nich jedynie namioty, sterta ciał i wspomnień zaklęty we wszystkim tym co za sobą zostawili.

|zt



what we have become but a mess of flesh and emotion - naked on all counts

my dearest friend


Roselyn Wright
Zawód : Uzdrowiciel w leśnej lecznicy
Wiek : 31
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
the healer has the
b l o o d i e s t
hands.
OPCM : 15
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 35
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 7
SPRAWNOŚĆ : 3
Genetyka : Czarownica
when will enough be enough?
Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t6412-roselyn-wright https://www.morsmordre.net/t6516-furia#166169 https://www.morsmordre.net/t6521-roselyn#166208 https://www.morsmordre.net/f415-szkocja-highlands-knieja https://www.morsmordre.net/t6553-skrytka-bankowa-nr-1612#167244 https://www.morsmordre.net/t6551-r-wright#282514

Strona 6 z 6 Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6

Wzgórza Quantock
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach