Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia


Ekipa forum
Sklepik zielarski pani Giddery
AutorWiadomość
Sklepik zielarski pani Giddery [odnośnik]28.02.21 23:33

Sklepik zielarski pani Giddery

★★
Nie jest to przybytek wybitnie ekskluzywny, wręcz przeciwnie: niezwykle swojski. Pani Giddery, choć tak naprawdę nosi inne, zapomniane przez wszystkich nazwisko, jest wiekową kobietą, która prowadzi swój niewielki przybytek w Dolinie Godryka od lat. Przed nią robiła to jej matka, tak jak jej matka przed nią, a wiadomym jest nie od dziś, że po niej biznes przejmie jej córka, a następnie wnuczka. Sklepik zielarski, bowiem trudno nazwać go apteką, służy radą i towarem zarówno niemagicznym, jak i czarodziejom. Sprytne zaklęcia nałożone na parterową chatkę sprawiają, że ilekroć obsługiwany jest czarodziej to każdy mugol chcący wstąpić do pani Giddery w dosłownie magiczny sposób zapomni, że w ogóle do niej zmierzał, przypominając sobie o sprawunkach dopiero po opuszczeniu lokalu przez poprzedniego klienta.
[bylobrzydkobedzieladnie]


Ostatnio zmieniony przez Mistrz gry dnia 25.03.22 19:41, w całości zmieniany 1 raz
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Sklepik zielarski pani Giddery Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Sklepik zielarski pani Giddery [odnośnik]07.03.21 12:47
09.11

Trudno było uwierzyć, że skrupulatne przygotowania, całe dnie najpiękniejszych marzeń i pragnień, mogły zostać niefortunnie przerwane nie atakiem popleczników sadystycznego Ministerstwa, nie katastrofą, a zwyczajnym, ludzkim napadem choroby. Kerstin nie chciała sobie nawet wyobrażać, jak olbrzymi żal musiał teraz doskwierać młodej parze - sama jako pielęgniarka rozumiała doskonale wyższe dobro idące za izolacją zakaźnie chorej czarownicy, ale złośliwość losu sprawiła, że na jakiś czas narzeczeni musieli wstrzymać plany. Jak im nie współczuć, skoro w obecnych latach nie dało się przewidzieć, jakie nowe okropieństwo przyniosą następne dni? Mogła jedynie trzymać kciuki i modlić się, aby zarówno Alexander, jak i Ida i wszyscy zaproszeni goście dotrwali zdrowi do nowo wyznaczonej daty.
Żeby jednak nie czynić z wyczekiwanego dnia wyłącznie smutnego spaceru powrotnego do domów, na wieczór wyznaczono jeszcze zabawę dla gości w ozdobionej szklarni. Kerry nie była pewna, czy odnajdzie się w magicznych rozgrywkach, ale nawet nie brała pod uwagę myśli, że może jej zabraknąć. Choćby miała tylko siedzieć i obserwować, najważniejsze to trzymać się razem i spędzać ze sobą tyle czasu, ile to możliwe. Nieco więcej kłopotów sprawiło rozdysponowanie przygotowanym jedzeniem - uszczuplona gromada z pewnością sobie z nim nie poradzi, Kerry zaproponowała więc, by każdy wziął po trochę do domu. Taka była jej pierwsza idea, naprędce wymyślony pomysł, ale zaraz rozwinięto go i obrócono w szlachetny uczynek - skoro mieli taki nadmiar, mogli się przecież podzielić ze wszystkimi mieszkańcami Doliny i okolic! Na swój sposób każdy zmagał się z wojenną biedą, a im trwalsze utrzymywali między sobą przyjazne stosunki, tym lepiej. Zgromadzili część żywności i podzielili gości na mniejsze grupki, a potem wybrali domy oraz lokale, które uznawali za potencjalnie potrzebujące. Kerstin po raz kolejny dołączyła do Roselyn, przejmując pełen garniec aromatycznie pachnącej gotowanej kaszy.
- Znasz panią Giddery? - zagadnęła pogodnie, gdy znalazły się już na uliczkach Doliny Godryka. - Prowadzi sklep zielarski, taki w połowie magiczny, w połowie mugolski. To starsza kobieta, samotna, ale dalej ciężko pracuje. Wydaje mi się, że chętnie przyjmie poczęstunek. Kiedyś rozmawiałyśmy o tym jak przyrządzić najlepszy gulasz z kaszy i gęsi.




The bees had declared a war, the sky wasn’t big enough for them all
Kerstin Tonks
Zawód : Pielęgniarka
Wiek : 25 lat
Czystość krwi : Charłak
Stan cywilny : Panna
and sometimes,
against all odds,
against all logic,
we still hope
OPCM : 0
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 3
Genetyka : Charłak
please be brave
Niemagiczni
Niemagiczni
https://www.morsmordre.net/t8101-kerstin-tonks https://www.morsmordre.net/t8192-parapetowa-skrzynka-pocztowa#235933 https://www.morsmordre.net/t8115-sister-kerstin#232161 https://www.morsmordre.net/f177-wybrzeze-exmoor-somerset-wrzosowa-przystan https://www.morsmordre.net/t8799-skrytka-bankowa-nr-1965#261717 https://www.morsmordre.net/t8213-kerstin-tonks
Re: Sklepik zielarski pani Giddery [odnośnik]08.03.21 22:13
Czuła się nie na miejscu w błękitnej sukience. Było coś absurdalnego w układaniu włosów, muśnięciu warg ciemną szminką, założeniu jedynej pary odświętnych kolczyków jakie posiadała. Ten dysonans drażnił zmysły, męczył myśli. Tuż obok toaletki, pod stertą papierów leżał ukryty Prorok Codzienny snujący wojenne historie, kilka krwawych plam na przygotowanym do prania fartuchu i obca twarz spoglądająca z lustra, malutkie kryształowe punkciki dodawały ciemnym oczu blasku, a błękit rozjaśniał ponure oblicze. Być może wystarczyłby tylko szczery uśmiech, by iluzja beztroski rozlała się po sylwetce uzdrowicielki. Być może po prostu nie chciała odstawać od innych, ulec odrobinie przyjemności z jaką wiązały się obchody ślubu młodej pary. Ta prysła, gdy tylko przekroczyła próg Rudery, przepowiednia niechybnej zarazy szybko rozegnała atmosferę dzisiejszych celebracji.
Większość gości zabrała się za pracę, podzielili się obowiązkami, zajęli się podzieleniem jedzenia i wyruszyli, by podzielić się nim z innymi mieszkańcami Doliny Godryka. Nie do końca nawet zdawała sobie sprawę z tego jak ostatecznie znalazła się tutaj ramię w ramię z Kerrie. Kuchnia, domowe sprawunki nie były jej najmocniejszą stroną. Po prostu zaniedbała to. Nie miała czasu na bycie panią domu, czekając na każde szpitalne wyzwanie, próbując każdą wolną chwilę poświęcić Melanie lub na zgłębianie magii leczniczej. Tutaj nie było zbyt wiele miejsce na bycie… normalną kobietą? Taką, która z pewnością balansowała między prowadzeniem domu i wychowaniem dziecka. Jej świat był inny. Rządził się swoimi prawami. Dlatego krzątają się po kuchni Alexandra zdała się na rozkazy innych, ktoś pokierował ją, by pomogła Kerrie i tak też uczyniła.
- Pomóc ci? Możemy się zamienić - zaproponowała, przyglądając się dziewczynie. Niewiele wyższa od niej, szczuplejsza - nie wyglądała na kogoś kto ma dużo siły, a garniec pełen kaszy wyglądał na dość ciężki.
- Niezbyt dobrze. Kilka razy widziałam ją w lecznicy, czasami przychodzi by pomóc jej z jej przypadłościami. Cierpi na mandragorę, ale dba o sobie, przynajmniej tak było do tej pory - powiedziała, kiwając krótko głową. Czasami łatwiej było jej skojarzyć przypadłość z osobą niż dobrać do niej jakąś historię. Dopiero słowa Kerstin przywołały wspomnienie zielarskiego sklepiku, roznoszący się wokół kobiety zapach ziół. Ten sam uderzył je w nozdrza, gdy przekraczając próg sklepu, krótki dzwonek zasygnalizował nadejście nieznajomych. - Pani Giddery? - wychyliła się zza drzwi, otwierając je szerzej dla Kerstin. - Pamięta nas pani? Nazywam się Sorensen, widziałyśmy się niespełna miesiąc temu - uśmiechnęła się serdecznie do starszej kobieciny, która nieufnie spoglądała w kierunku drzwi. Dopiero widok dwóch znajomych twarz sprawił, że jej oblicze złagodniały.
Oh, tak, tak. Wejdźcie dziewczęta co was do mnie sprowadza?



what we have become but a mess of flesh and emotion - naked on all counts

my dearest friend


Roselyn Wright
Zawód : Uzdrowiciel w leśnej lecznicy
Wiek : 31
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
the healer has the
b l o o d i e s t
hands.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarownica
when will enough be enough?
Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t6412-roselyn-wright https://www.morsmordre.net/t6516-furia#166169 https://www.morsmordre.net/t6521-roselyn#166208 https://www.morsmordre.net/f415-szkocja-highlands-knieja https://www.morsmordre.net/t6553-skrytka-bankowa-nr-1612#167244 https://www.morsmordre.net/t6551-r-wright#282514
Re: Sklepik zielarski pani Giddery [odnośnik]09.03.21 19:54
Nie było chyba gościa na weselu, który zdążyłby w pełni przebrać się przed spontaniczną misją charytatywną. Musieli stanowić dziwaczny pochód odświętnie wyszykowanych dobrodziejów, wędrujących od drzwi do drzwi i proponujących ludziom poczęstunek. Czy ktokolwiek z nich domyślał się, dlaczego akurat dziś, akurat teraz plan doszedł do skutku? Czy patrząc na mamine kolczyki perłowe w uszach Kerstin, na jej tknięte różem usteczka i wypolerowane pantofle, wzdychali w duchu za straconymi szansami? Najgorzej (choć w rzeczywistości także najlepiej), że prawda leżała zupełnie gdzie indziej - nie pognała ich na ulice żadna katastrofa, pan młody znaleziony martwy w rowie w dniu ślubu, czy nagła żałoba. Nie powinni witać ludzi z mokrą powieką i ustami wygiętymi w dół, bo przecież do wesela dojdzie, prędzej czy później. Choroba była ciężkim doświadczeniem, ale nie wyrokiem. Nie w tym świecie. Nie w rodzinie uzdrowicieli.
Spokojne towarzystwo Roselyn wpływało kojąco na nerwy Kerstin. Chociaż potrafiła rozmawiać z ludźmi, bo nie od dziś pracowała z pacjentami, to nie znalazła się jeszcze nigdy w takiej pozycji - nie poszła nawet w teren jako pielęgniarka środowiskowa. Wrightówna była dla niej nie tylko koleżanką z pracy, ale też w pewnym stopniu, przez więzy rodzinne z Hanią, postrzegała ją w kategoriach dalekiej kuzynki. Dużo nie rozmawiały, bo ciężko szło znaleźć przyjemny temat w czasach takich, jak obecne, ale może to i lepiej. W niektórych momentach słowa nie były potrzebne, wystarczyło tylko razem pomilczeć.
- Daję sobie radę, ale może masz rację, że tak będzie sprawiedliwie - No tak, garniec z kaszą naprawdę był ciężki, Kerry po prostu nie nawykła narzekać. Czuła się nieco niewyraźnie z myślą, że przekazuje Roselyn ten wysiłek, ale do sklepu zielarskiego nie zostało dużo ścieżki, za chwilę powinny znaleźć się na miejscu. - O, jak o tym wspomniałaś, to mi się też przypomniało. Mandragora to jest choroba bardzo podobna do rwy kulszowej, opowiadałam o tym Idzie. - Uśmiechnęła się lekko, krzyżując ręce za plecami i skromnie chwytając własny nadgarstek.
Przy drzwiach do sklepu zielarskiego puściła Roselyn przodem - po części z grzeczności, a po części ze zwykłego rozsądku. Michael miał rację, mówiąc, że gdy idzie gdzieś z czarodziejem, zawsze powinna trzymać się za jego plecami i pozwolić mu ocenić sytuację. Tak było bezpieczniej.
Sklepik wyglądał jednak równie swojsko, co za każdym razem, gdy odwiedzała go sama. Nad przetartym kontuarem wisiały pęki wysuszonych roślin, w powietrzu unosił się kojący zapach naturalnej apteki.
- Dzień dobry, pani Giddery, wspaniale panią widzieć - przywitała się zaraz po Rosie, dygając leciutko, a potem podchodząc do starszej kobiety, by zaoferować jej ciepły uścisk. Z taką sprawą, jak dzisiejsza, jeszcze do pani nie przyszła, ale kim by była, gdyby nie próbowała od razu przypomnieć o sympatii. - Rozmawiałyśmy ostatnio o przepisach na gulasz i o tym, jak ciężko teraz dostać na targu porządną porcję kaszy... Tak się składa, że... - Obejrzała się na Roselyn z zastanowieniem, niepewna tego, w jaki sposób wyjaśnić prezent. - Organizowałyśmy drobne przyjęcie i sporo jeszcze po nim zostało. Od razu o pani pomyślałam, trzeba się przecież dzielić... - Rozłożyła ręce, szczera jak zawsze, niezdolna do tego, by obrócić historię w coś bardziej wymyślnego i odległego od prawdy.




The bees had declared a war, the sky wasn’t big enough for them all
Kerstin Tonks
Zawód : Pielęgniarka
Wiek : 25 lat
Czystość krwi : Charłak
Stan cywilny : Panna
and sometimes,
against all odds,
against all logic,
we still hope
OPCM : 0
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 3
Genetyka : Charłak
please be brave
Niemagiczni
Niemagiczni
https://www.morsmordre.net/t8101-kerstin-tonks https://www.morsmordre.net/t8192-parapetowa-skrzynka-pocztowa#235933 https://www.morsmordre.net/t8115-sister-kerstin#232161 https://www.morsmordre.net/f177-wybrzeze-exmoor-somerset-wrzosowa-przystan https://www.morsmordre.net/t8799-skrytka-bankowa-nr-1965#261717 https://www.morsmordre.net/t8213-kerstin-tonks
Re: Sklepik zielarski pani Giddery [odnośnik]10.03.21 22:05
Pech chciał, że dzisiejszego dnia młoda para zamiast cieszyć się swoim wyjątkowym dniem, na barki brała musiała wziąć przykrą codzienność. Zamiast spróbować skraść chociaż kilka chwil dla siebie, dla swoich przyjaciół i bliskich by odrzucić od siebie otaczającą ich ponurą rzeczywistość i po prostu cieszyć się tym co było ich dane, musieli twardo stąpać po ziemi, wyjść naprzeciw dzisiejszym wydarzeniom. Mimo wszystko, udało im się uniknąć nieprzyjemności, a chociaż ślub się nie odbył, zadecydowano że podzielą się tymi wspólnymi dobrami z resztą mieszkańców Doliny Godryka. Dzisiejszy dzień chociaż przyniósł zawód, wcale nie był zmarnowany. Ponure czasy wysysały z ludzi nadzieję, wiarę w innych ludzi, kompletnie zmieniały światopogląd. Chodzenie od domu do domu i dzielenie się porcją jedzenia nie zmieniało losu mieszkańców magicznego miasteczka. To był tylko jeden, prosty posiłek. Nie mniej, nie więcej. Miał jedynie symboliczne znaczenie - że jeszcze nie odwrócili się do siebie, że byli jeszcze wspólnotą, że mogli dbać o siebie nawzajem. Dlatego mimo niewielkiego gestu, nie był to gest niepotrzebny.
Milczenie jej nie przeszkadzało. Wolała milczeć niż silić się na pogawędkę, gdy nie było takiej potrzeby. W Leśnej Lecznicy mijały się prawie codziennie, wymieniały uwagami. Kwestie mugolskiej medycyny były dla Rose niezwykle interesujące. Magia, nauka jej kontrolowania, aż w końcu wnikliwa analiza jej działania, skutków na przestrzeni wieków przyczyniły się do rozwoju przeróżnych jej dziedzin. Magia lecznicza rozwijała się od dawien dawna dzięki tęgim umysłom numerologów i uzdrowicieli, znali sposoby na skupienie swojej mocy w słowa, ruchy różdżki, by badać, leczyć rany i choroby. Tymczasem świat medycyny mugolskiej był zupełnie inny, wyzbyty tej nieznanej im siły. Wszystko czego dokonali na przestrzeni wieków, trudności z jakimi musieli się spotykać… To było fascynujące, inne. Podziwiała, że Kerrie tak dobrze odnajduje się w dwóch tak różnych od siebie światach.
- Rwa kulszowa? - powtórzyła, skupiając spojrzenie na twarzy młodej Tonks - I w jaki sposób ją leczą? Nie mają eliksirów, moja mama mówiła, że mugole mają swoje medykamenty, ale nie mają zbyt wiele wspólnego z alchemią - zainteresowała się.
Stary sklepik zielarski wypełniony był zapachem ziół, drewna i stęchlizny. Sylwetka starszej pani wyrosła zza lady, poruszała się z widoczną trudnością, ale nie szukała pomocy u dwóch młodszych kobiet. Powoli zbliżyła się do nich, dając się uściskać Kerstin. Roselyn ograniczyła przywitanie do krótkiego, ciepłego uśmiechu.
Przytaknęła energicznie głową - Tak, okazało się że każdy przyniósł coś od siebie i ostatecznie wyszło, że mieliśmy znacznie więcej niż potrzebowaliśmy, pomyśleliśmy, że podzielimy się tym z resztą mieszkańców - dodała, podchodząc do ciężkiej drewnianej ławy tworzącej sklepowa ladę. - Jak się pani miewa? - zapytała - Może skoro tu jesteśmy byłybyśmy pani w stanie w czymś pomóc? - zaproponowała. Stary sklepik był zadbany, jednak dało się tu zaobserwować, że brakło jej kogoś do pomocy, kogoś kto wyręczy ją w sprawunkach gdy postępujący wiek utrudniał codzienność.



what we have become but a mess of flesh and emotion - naked on all counts

my dearest friend


Roselyn Wright
Zawód : Uzdrowiciel w leśnej lecznicy
Wiek : 31
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
the healer has the
b l o o d i e s t
hands.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarownica
when will enough be enough?
Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t6412-roselyn-wright https://www.morsmordre.net/t6516-furia#166169 https://www.morsmordre.net/t6521-roselyn#166208 https://www.morsmordre.net/f415-szkocja-highlands-knieja https://www.morsmordre.net/t6553-skrytka-bankowa-nr-1612#167244 https://www.morsmordre.net/t6551-r-wright#282514
Re: Sklepik zielarski pani Giddery [odnośnik]10.03.21 22:52
Ubóstwo w różnym stopniu dotykało ich wszystkich, a niezaznajomiona dotąd z biedą Kerstin nie zawsze potrafiła zaplanować kolejne dni tak, by pozostawały one ekonomicznie bezpieczne. Już w trakcie lata pozwalała sobie na mniej niż w czasach pokoju, ale obecnie z rzadka miała dość składników, by trwonić je na ciasteczka, podwieczorki i dodatkowe przekąski dla gości. Musiała być oszczędna, roztropna, jakby to powiedziała pielęgniarka oddziałowa - gospodarna. Niektóre partie żywności było teraz dostać równie trudno, co lepszej jakości tkaniny opatrunkowe. Ten pękaty garniec gryczanej kaszy nie zapewniał może posiłku na tydzień lub dwa, ale liczyło się wszystko, każda drobina - każdy gest. Nie chciała umniejszać wagi ich zadania ani też dodawać mu specjalnych ram wyjątkowości. Robili po prostu to, co należy. Pomagali jak mogli, korzystając z tego, co im akurat los zesłał.
- To też uszkodzenie nerwów - zdążyła odpowiedzieć, gdy podchodziły pod drzwi chatki. - Prawda, nie mamy eliksirów, ale mamy leki. W tabletkach albo w zastrzykach do mięśnia. Przeciwbólowe i przeciwzapalne. Zazwyczaj pomagają doraźnie, bo ostatecznego lekarstwa jeszcze nie ma. - Uśmiechnęła się lekko, różowiejąc na skraju policzków. - Z tym, że medycyna idzie do przodu. Tak samo jak uzdrowicielstwo.
Chętnie poświęciłaby jeszcze więcej czasu na wymienianie się historiami z zakresu ich wspólnej pasji i pracy, zwracała uwagę na różnice oraz podobieństwa. Zanim jednak przejdą do tego, potrzebowały wykonać zadanie, a Kerstin - choć początkiem zarumieniona i nieśmiała - z każdym słowem nabierała pewności, że dobrze im idzie. Roselyn bardzo zgrabnie uzupełniła przedstawioną przez nią historię, a pani Giddery zdawała się szczęśliwa. Przejęła garniec i raz dwa zabezpieczyła pokrywą, a potem, dygocząc z emocji, złapała Kerstin żylastą dłonią za przedramię.
- Dziewczyny, dziewczyny. Nie musiałyście, a mnie tak miło teraz. Coś wam muszę dać w zamian... - Kerstin wyszczerzyła niezręcznie zęby i ostrożnie pokręciła głową. - Tak, tak, tak, nie puszczę was z pustymi rękoma, jak żeście przyszły z pełnymi. - teraz zwróciła się do Roselyn. - Droga Sorensen, jakoś leci, ale o klientów trudniej. Asystentka mi się zwolniła, żeby jechać do rodziców na południe, i na razie jestem sama.
Kerstin rozejrzała się dyskretnie, dochodząc do wniosku, że kurz i kilka nierozpakowanych pudeł ze słoikami stanowią tego dobitny dowód.
- Możemy pomóc - zaoferowała więc razem z Rose, zakasując rękawy eleganckiej sukienki.




The bees had declared a war, the sky wasn’t big enough for them all
Kerstin Tonks
Zawód : Pielęgniarka
Wiek : 25 lat
Czystość krwi : Charłak
Stan cywilny : Panna
and sometimes,
against all odds,
against all logic,
we still hope
OPCM : 0
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 3
Genetyka : Charłak
please be brave
Niemagiczni
Niemagiczni
https://www.morsmordre.net/t8101-kerstin-tonks https://www.morsmordre.net/t8192-parapetowa-skrzynka-pocztowa#235933 https://www.morsmordre.net/t8115-sister-kerstin#232161 https://www.morsmordre.net/f177-wybrzeze-exmoor-somerset-wrzosowa-przystan https://www.morsmordre.net/t8799-skrytka-bankowa-nr-1965#261717 https://www.morsmordre.net/t8213-kerstin-tonks
Re: Sklepik zielarski pani Giddery [odnośnik]12.03.21 21:48
Z miesiąca na miesiąc sprawy komplikowały się coraz bardziej. Każdego dnia w lecznicy, czytając Proroka czy też mijając zmęczone twarze mieszkanców Doliny Godryka czuła opadający na ich barki ciężar wojny. Nie tylko w ogniu walki, w ferworze rebelii znosić musieli jarzmo wojny. To było coś z czym miał do czynienia każdy - rosnące ceny jedzenia, usług, trudności z zakupem towarów, które niegdyś były na wyciągnięcie ręki. Codzienność przesiąkła wojną, strachem, nabierając podłego, gorzkiego posmaku. Tak ciężka sytuacja jeszcze jej nie dotknęła. Jeszcze. Wiedziała jednak, że za miesiąc wcale nie będzie lepiej. Miała szczęście, że w swoim życiu posiadała ludzi, którzy o nią dbali i byli w stanie ją wspomóc. Gdy Londyn upadł i musiała uciekać odnalazła schronienie w domu przyjaciela, sojusznicy zapewnili jej pracę, której potrzebowała by zapewnić Melanie i sobie byt. Jednak nie miało być lepiej. Miała szansę przeżyć do tej pory w godnych warunkach i zamierzała się dzielić tym co ma, tym co może od siebie dać. Mogła leczyć, wykorzystać swoje umiejętności w dobrym celu, tam gdzie były najbardziej potrzebne.
Zerknęła na Kerstin z lekką konsternacją - Zastrzyki do mięśni? - ponownie powtórzyła za nią. Metody medycyny mugolskiej nie były jej do końca znane, wiedziała że nie używają elikisrów, że nie znają sposobów na to, aby ich rany goiły się tak szybko jak pod działaniem zaklęcia, więc stosują opatrunki, zszywają skórę specjalnymi nićmi, męczą ich choroby nieznane czarodziejom.
- Nie potrzebujemy nic w zamian - uprzejmy uśmiech zatańczył na ustach uzdrowicielki - Pani pomoc przy ingrediencjach zielarskich była i jest nieoceniona - odparła, muskając dłonią ramię sędziwej czarownicy - Możemy się pani odwdzięczyć, chociaż w ten sposób.
- Mam nadzieję, że dobrze się miewa. Nie szuka pani kogoś w zastępstwie?
- Może i bym szukała, ale teraz strach kogokolwiek brać - wzruszyła ramionami - O klientów trudniej, ale jacyś jeszcze są. Szykuje się zima, mam już swoje lata, pomoc zawsze by się przydała.
Rose przez chwile spoglądała w oczy sędziwej zielarki, zastanawiając się na nadchodzącymi słowami - Do lecznicy przychodzi młoda dziewczyna, która pomaga owdowiałej siostrze, jej bratanek często choruje. W tym roku skończyła Hogwartu, ale ze względu na sytuację nie może kontynuować nauki, chciała uczyć się w szpitalu by zostać alchemiczką. To dobra dziewczyna, mogłaby się przy pani wiele nauczyć, z pewnością pomogłaby pani przetrwać zimę - zagadnęła. Wzrok uciekł w stronę Kerstin. - Pamiętasz ją? - zapytała.
Pozwoliła, aby płaszcz zsunął się ze szczupłych ramion. W pomieszczeniu panował przyprawiający o lekki dreszcz chłód - Kerrie, mogę zająć się ścieraniem kurzu - zaproponowała. Z pewnością przy pomocy różdżki pójdzie im to szybciej.



what we have become but a mess of flesh and emotion - naked on all counts

my dearest friend


Roselyn Wright
Zawód : Uzdrowiciel w leśnej lecznicy
Wiek : 31
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
the healer has the
b l o o d i e s t
hands.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarownica
when will enough be enough?
Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t6412-roselyn-wright https://www.morsmordre.net/t6516-furia#166169 https://www.morsmordre.net/t6521-roselyn#166208 https://www.morsmordre.net/f415-szkocja-highlands-knieja https://www.morsmordre.net/t6553-skrytka-bankowa-nr-1612#167244 https://www.morsmordre.net/t6551-r-wright#282514
Re: Sklepik zielarski pani Giddery [odnośnik]13.03.21 13:11
Starsi ludzie nader często odznaczali się rozczulającą szczodrością, dostrzegła to nie raz podczas pracy w mugolskim szpitalu i czarodziejskiej lecznicy. Tak jakby doświadczenie i mądrość życiowa zaszczepiły w nich niełatwą do przyswojenia prawdę, że prawdziwym szczęściem było zbliżać się do siebie, a nie oddalać - dzielić, a nie zagarniać dla siebie. To była ta pozytywna strona medalu, ale nie mogłaby nie pomyśleć, że duży wpływ miała na nich również wisząca nad głową perspektywa śmierci.
Kerstin zazwyczaj pomagała bezinteresownie, ale miała również problemy z odmawianiem wyrazów tak oczywistej sympatii. Na całe szczęście Roselyn zachowała zimną krew i odpowiedziała grzecznie, a w sposób, w jaki należało. Starsza kobieta straciła już wskutek tej wojny zbyt wiele, nie mogliby jej dalej ograbiać, nawet, jeżeli czuła obowiązek się odwdzięczyć. Sama jej praca zielarska dużo wnosiła do funkcjonowania lecznicy i całej Doliny Godryka.
- Zgadzam się z tym. - Pokiwała energicznie głową, dbając o to, by nie rezygnować z uprzejmego uśmiechu. - Poza tym łączymy w ten sposób wszystko, co korzystne. Pomagamy pani w ciężkich czasach, a przecież trzeba trzymać się razem, kiedy wszystko obraca się przeciw nam. A gdybyśmy nawet nie przyszły, jedzenie by się zmarnowało. Tutaj na pewno się nie zmarnuje.
Przeszła się kawałek wgłąb sklepiku, zaglądając do pustego paleniska. Obok w równym rządku ułożono kilka - może z pięć - kawałków drewna, ale starsza kobieta albo nie miała siły się po nie schylić albo wolała zachować skromne zapasy na chłodniejsze dni.
- To prawda, strach - przyznała z ciężkim sercem, walcząc z wzbierającą do gardła ofertą wsparcia; zawsze, jak ktoś potrzebował pomocy, to miała ochotę ją oferować, ale musiała pamiętać, że się nie rozdwoi, a dzień nie miał więcej niż dwadzieścia cztery godziny. Pracowała już w lecznicy i w domu, już teraz często brakowało jej czasu. - Ale dziewczyna, o której wspomniała Sorensen, to naprawdę dobra osoba. Nie jest, wie pani... - urwała i zacisnęła zęby, mając rzecz jasna na myśli okrutników ze strony ministerialnej. - Ona też jest w ciężkiej sytuacji, myślę, że byłaby bardzo szczęśliwa, mając okazję uczyć się wymarzonego fachu, a przy okazji pomagając pani przez zimę - I może i później, jeżeli ich współpraca okaże się owocna.
Pani Giddery początkowo widocznie się wahała, pocierając żylastą dłonią obwisły policzek.
- Może najlepiej będzie jak ją poznam, porozmawiamy sobie... - westchnęła wreszcie, wciąż nieufna, ale widocznie przytłoczona perspektywą samotności.
Dzisiaj miały jeszcze w planie pomóc kobiecie doraźnie. Roselyn zaproponowała, że posprząta, ale w tym wypadku Kerstin pozostawałoby ogrzanie sklepu; spojrzała niechętnie na drewno i chłodne palenisko, a potem uśmiechnęła niezręcznie do Rosy. Wstyd jej było przyznawać, że boi się ognia i stara się - jeżeli może - unikać własnoręcznego rozpalania w piecu. Co jednak, jeżeli zrobi coś źle i doprowadzi do pożaru?
- Może ja pozamiatam i pościeram kurze, a ty rozpal w kominku, co? Będzie dużo szybciej z twoją magią - Poprawiła opadający na czoło kosmyk włosów, chwytając w rękę zmiotkę i miotłę.




The bees had declared a war, the sky wasn’t big enough for them all
Kerstin Tonks
Zawód : Pielęgniarka
Wiek : 25 lat
Czystość krwi : Charłak
Stan cywilny : Panna
and sometimes,
against all odds,
against all logic,
we still hope
OPCM : 0
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 3
Genetyka : Charłak
please be brave
Niemagiczni
Niemagiczni
https://www.morsmordre.net/t8101-kerstin-tonks https://www.morsmordre.net/t8192-parapetowa-skrzynka-pocztowa#235933 https://www.morsmordre.net/t8115-sister-kerstin#232161 https://www.morsmordre.net/f177-wybrzeze-exmoor-somerset-wrzosowa-przystan https://www.morsmordre.net/t8799-skrytka-bankowa-nr-1965#261717 https://www.morsmordre.net/t8213-kerstin-tonks
Re: Sklepik zielarski pani Giddery [odnośnik]13.03.21 22:23
W pani Giddery było coś smutnego. Sędziwy wiek naznaczony samotnością. Nie znała jej tak dobrze by wyrokować o tym kim była, jakie życie prowadziła do tej pory. Oceniała jedynie to co widziała, a widziała starszą osobę, która przez życia szła już sama. Nie widziała jej męża, dzieci, rodziny. Gdy pojawiała się w lecznicy nie miała żadnego towarzystwa, gdy Rose przychodziła do jej sklepiku nie widziała w nim nikogo innego poza jej asystentka. Była tylko ona, poświęcona temu co robiła, czasami nazbyt szczera i uszczypliwa, ale w jakiś sposób ciepła. Nie widziała tu jednak nikogo kto dbał by o nią z taką troską jak ona zajmowała się swoim małym interesem. Nie było nikogo kto przejąłby po niej jej pracownie czy pomógłby w jej prowadzeniu w momencie, gdy jej pomocnica musiała odejść by opiekować się swoją rodziną. Było w tym coś przerażającego, bo po części w taki sposób wyobrażała sobie samą siebie. Teraz jej sylwetka tworzyła centrum świata Melanie, ale nie zawsze tak miało być. Jej córka miała dorosnąć, wziąć własne życie w swoje dłonie, a Rose… nie miała innego życia poza nią. Była Melanie. Była praca uzdrowiciela. Tylko to wypełniało jej dni, brak tego prowadził jej życie właśnie w tym kierunku.
Lecz tym przejmować się nie chciała. Myślenie o przyszłości przytłoczyło się rozważaniami na temat teraz, dzisiaj, co będzie chociażby jutro czy za tydzień. Nie wiadomo czy miało przyjść za rok, za dwa czy za dziesięć. Mimo wszystko myśl o pani Giddery - samotnej tutaj, właśnie teraz przygnębiała, sprawiała że w jakiś sposób chciała uchronić ją przed tym. W jakiś sposób.
Spojrzenie kobiety balansowało między sylwetką Kerstin, a tą uzdrowicielki. - To bardzo miłe z waszej strony, dziewczęta, że ktoś jeszcze myśli o innych. - Uśmiech pani Giddery na chwilę rozświetlił jej oblicze.
- Wszyscy musimy jakoś sobie radzić. Powinniśmy sobie pomagać - odparła Rose, starając się odwdzięczyć jej tym samym uśmiechem - Nie powinno się tak dziać jak się dzieje. Wiem, że pani stara asystentka mogła się obawiać pozostania tutaj… - powiedziała cicho, spoglądając w oczy kobiety. Pamiętała ją. Pamiętała o tym jak mówiła, że jej rodzice nie znają magii, ani ich świata. - Nie powinno tak być - dodała jeszcze ciszej.
- Nie powinno - zawtórowała jej starsza kobieta - Grindewald to jedno, to co się dzieje teraz to jeszcze gorsze - powiedziała jakby słowa Rose ośmieliły ją do wydawania osądów.
- Dlatego teraz jeszcze ważniejszym jest, abyśmy pomagali sobie nawzajem. Wszyscy. Żebyśmy mogli to przetrwać zgodnie z własnym sumieniem - odpowiedziała.
- Tak, dlatego wasza lecznica, mój sklep powinniśmy pomagać sobie. Na pewno potrzeba wam ingrediencji roślinnych… - zaczęła
- Nie dlatego tu przyszliśmy - przerwała jej, kręcąc głową.
- Wiem, ale jak pani stwierdziła powinniśmy sobie pomagać, a ja mogę to robić w ten sposób - odparła tonem, nieznoszącym sprzeciwu - Wy dbacie o nas, a my musimy dbać o was. Takie są czasy - machnęła krótko dłonią na znak, że nie będzie więcej z tym dyskutować. - I porozmawiam z tą waszą dziewczyną - zakończyła.
Rose jedynie skinęła krótko głową, zerkając w stronę Kerstin - Dobrze, więc. Postaramy się z nią skontaktować, miała nas niedługo odwiedzić - powiedziała posłusznie.
- Może być i tak, Kerrie - odpowiedziała pielęgniarce - Zajmę się rozpaleniem ogniska, a potem ci pomogę - pokiwała krótko głową. Wystarczyło kilka ruchów różdżką by pomieszczenie rozświetliły pierwsze płomienie.



what we have become but a mess of flesh and emotion - naked on all counts

my dearest friend


Roselyn Wright
Zawód : Uzdrowiciel w leśnej lecznicy
Wiek : 31
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
the healer has the
b l o o d i e s t
hands.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarownica
when will enough be enough?
Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t6412-roselyn-wright https://www.morsmordre.net/t6516-furia#166169 https://www.morsmordre.net/t6521-roselyn#166208 https://www.morsmordre.net/f415-szkocja-highlands-knieja https://www.morsmordre.net/t6553-skrytka-bankowa-nr-1612#167244 https://www.morsmordre.net/t6551-r-wright#282514
Re: Sklepik zielarski pani Giddery [odnośnik]14.03.21 11:54
Z każdą kolejną minutą w piersi Kerstin narastały emocje; od wzruszenia, przez żal i niechęć do świata w takiej formie, jaką sprezentowali Anglii źli czarodzieje. Starcza samotność nie była domeną wojny, pracując w szpitalu podczas krótkiego okresu pokoju niejednokrotnie spotkała się z porzuceniem, wdowcami, kobietami, które z tej czy innej przyczyny straciły dzieci. Uczciwa pani Giddery nie powinna jednak martwić się, czy nowa asystentka nie będzie żmiją w owczej skórze - nie straciłaby nawet poprzedniej, gdyby czający się za każdym rogiem strach nie wygnał młodej dziewczyny daleko do rodzinnego domu, gdzie zapewne planowali już ucieczkę za granicę. Dla Kerstin i jej ojca taka decyzja też byłaby bezpieczniejsza, wiedziała, że rodzeństwo ją rozważało - ona jednak nie zamierzała zostawiać Justine, Michaela i Gabriela na pastwę śmierci. Jeżeli umrą, to wszyscy razem. Zaryzykują. Nie pozostało nic innego.
- Nie powinno tak być - powtórzyła po Roselyn i to samo uczyniła pani Giddery. Krótkie zdanie zdało się wybrzmiewać między nimi jak mantra. Wzdrygnęła się leciutko na wspomnienie Grindelwalda; to była wojna, w jakiej nie uczestniczyła, ale widziała jej efekty, tak samo jak te wojny toczonej przez mugoli. Widać wszyscy, niezależnie od magii, mieli w sobie jakiś potencjał do niszczenia. - Jeżeli chce nam pani pomóc w ten sposób, jestem pewna, że wszyscy uzdrowiciele i alchemicy będą ogromnie wdzięczni. A pani w naszej lecznicy zawsze odnajdzie pomoc, nie tylko w przypadku choroby. Jeśli coś się wydarzy i będzie pani szukała wsparcia, drzwi są otwarte - Zgodziła się, rzucając Roselyn porozumiewawcze spojrzenie. Na dobrą sprawę był to doskonały układ, zarówno dla pani Giddery, jak i dla nich.
- Kochane z was dziewczynki - zanuciła starsza kobieta pod nosem, gdy Kerry dobrała się do miotły, szmatki i wiaderka z czystą wodą.
Najpierw musiała pozamiatać podłogę i wytrzepać od dawna nie czyszczone dywaniki; żeby potem kurz nie unosił się i nie osiadał z powrotem na świeżo powycieranych półkach. Kiedy Rosie zajęła się paleniskiem, Kerstin wyszła ze wszystkim przed sklepik. Pomieszczenie nie było duże, więc z drewnianą podłogą poradziły sobie raz dwa. Więcej wysiłku wymagały szafki i regały, na których bardzo licznie ułożono słoiki, wiązanki i pudełka pełne pachnących ziół, roślin, a nawet korzonków. Pani Giddery nie zostawiła ich z robotą samopas i pomagała jak mogła, ale pracując w trójkę, nie potrzeba było wiele czasu, by sklepik na nowo zabłysnął świeżością.

/zt




The bees had declared a war, the sky wasn’t big enough for them all
Kerstin Tonks
Zawód : Pielęgniarka
Wiek : 25 lat
Czystość krwi : Charłak
Stan cywilny : Panna
and sometimes,
against all odds,
against all logic,
we still hope
OPCM : 0
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 3
Genetyka : Charłak
please be brave
Niemagiczni
Niemagiczni
https://www.morsmordre.net/t8101-kerstin-tonks https://www.morsmordre.net/t8192-parapetowa-skrzynka-pocztowa#235933 https://www.morsmordre.net/t8115-sister-kerstin#232161 https://www.morsmordre.net/f177-wybrzeze-exmoor-somerset-wrzosowa-przystan https://www.morsmordre.net/t8799-skrytka-bankowa-nr-1965#261717 https://www.morsmordre.net/t8213-kerstin-tonks
Re: Sklepik zielarski pani Giddery [odnośnik]14.03.21 21:13
Świat, który do tej pory znała już się skończył. Jego obraz okrył się cieniem minionych wydarzeń. Ich wpływał malował się na twarzach mijanych ludzi, mrok otulał oblicza jej bliskich. Dotyk śmierci zostawiał po sobie piętno. Nowa codzienność zmuszała do podejmowania decyzji, do stawania przed wyborami, które raz na zawsze ich odmieniały. Ciężko było już ufać ludziom, doszukiwać się w nich dobroci, gdy potworne historie odbijały się echem ich słów. Najłatwiej było doszukiwać się zła w tych, którzy sprowadzili na nich ten los. W Rycerzach Walpurgii, w ich liderze. W tle jednak majaczyły się wybory tych, którzy musieli egzystować w świecie, który zaprojektowali zwolennicy czystej krwi. Wybory ludzi, którzy za pieniądze oddawali ludzkie życia i tych, którzy wzbogacali się na niedoli. Ci, którzy wybierali przeżyć kosztem innych, ci którzy robili wszystko by po prostu przeżyć. Społeczeństwo nie malowało się w odcieniach czerni i bieli, otuliły ich przeróżne odcienie szarości. Sama nie widziała siebie w bieli, bo czuła jak pod skórą pulsuje gniew, wściekłość, poczucie niesprawiedliwości napędzające potrzebę ujrzenia surowej sprawiedliwości, w której myśliwy staje się zwierzyną, oprawca ofiarą. By ci, którzy palili mugolskie wioski, sami poczuli odbicie bólu, który sprawiają. Umysł nasiąkł strachem. O Mel, o ojca, brata, Hannah, Joego, wuja Hectora i ciotkę Ginevrę. O Jaydena, który samotnie musiał stawić czoła śmierci żony i wychowania dzieci, a nawet o Anthony’ego. O każdego kto w jakiś sposób pozostawił po sobie ślad - mniejszy, większy.
W takim świecie przyszło im egzystować, dostrzeganie w nim ciepło spędzało truciznę toczącą się z poranionego serca. Nadzieja rozgrzewała zziębnięte tętnice i żyły, pompowała wolę walki, zmuszała do stawania twarzą w twarz z problemami. Dodawała sił. Chciała być silna. Musiała.
- Tak i proszę nie wahać się prosić o pomoc. Znam kilka osób, które byłoby w stanie wesprzeć nawet jeśli chodzi o zaklęcia ochronne. Powinna się pani czuć bezpieczna we własnym domu - dłoń mimowolnie sięgnęła do tej pani Giddery, niepewnie zacisnęła się na nadgarstku w geście wsparcia.
Zielarka jedynie uśmiechnęła się ciężko, zaciskając palce na dłoni Rose. - To by pomogło - odparła, kiwając szybko głową.
Zajęła się rozpaleniem ogniska. Nie minęła dłuższa chwila, gdy wnętrze rozgrzało się ciepłem płomieni. Potem pomogła Kerstin, zwinnym ruchem różdżką zabrała się za porządki.
Zanim odeszły pani Giddery pozwoliła, by uzdrowicielka spojrzała oceniającym okiem na jej dłonie. Zrobiły ciepły okład, by ulżyć zmęczonym od napięcia mięśni powodowanego przez ból.
Żegnając się z panią Giddery obiecała, że przyślę do niej dziewczynę, o której jej opowiadała.
- Chodźmy już, wszyscy pewnie już wrócili - powiedziała do Kerrie, ostatni raz spoglądając na sklepik.


|zt



what we have become but a mess of flesh and emotion - naked on all counts

my dearest friend


Roselyn Wright
Zawód : Uzdrowiciel w leśnej lecznicy
Wiek : 31
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
the healer has the
b l o o d i e s t
hands.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarownica
when will enough be enough?
Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t6412-roselyn-wright https://www.morsmordre.net/t6516-furia#166169 https://www.morsmordre.net/t6521-roselyn#166208 https://www.morsmordre.net/f415-szkocja-highlands-knieja https://www.morsmordre.net/t6553-skrytka-bankowa-nr-1612#167244 https://www.morsmordre.net/t6551-r-wright#282514
Re: Sklepik zielarski pani Giddery [odnośnik]18.09.21 21:06
19 stycznia 1958


Niezależnie od pory roku, Dolina Godryka odbijająca się w szaroniebieskim spojrzeniu Castora Sprouta wyglądała absolutnie przepięknie. Choć zimno szczypało w policzki, bladą skórę coraz zachłanniej pokrywając czerwienią krwi krążącej w setce naczyń krwionośnych ukrytych pod cienką warstwą, na bladych ustach Sprouta panował utrzymywany z trudem uśmiech. Wydarzenia ostatnich tygodni nie wpłynęły na jego stan pozytywnie — wręcz przeciwnie, podkrążone oczy dawały wyraźny sygnał, że coś było nie tak, a w połączeniu z jeszcze bardziej fioletowymi sińcami, które nie odstępowały od jego postaci od dobrych kilku miesięcy, dawały delikatny obraz nędzy i rozpaczy.
Ale nie chciał martwić Thalii. Obiecał jej, że zabierze ją do najlepszego sklepu zielarskiego w okolicy i obietnicy dotrzyma. Właściwie mógłby przełożyć ich spotkanie na kiedy indziej, gdyby tylko wierzył, że został mu jeszcze czas. Zbliżająca się wielkimi krokami data stawiennictwa na komisji poborowej rozrywała na strzępy każdą wizję przyszłości, którą nieśmiało próbował sobie stworzyć. Nie chciał, by Thalia przesiąknęła podobnym smutkiem, co Michael, gdy poinformował go o tej przykrej okoliczności. Wellers miała zdecydowanie za dużo swoich problemów, kto wie, kiedy następnym razem dobije do portu jego świadomości. Castor wierzył jednak, nocami wznosząc głowę na firmament usiany gwiazdami, że jego przyjaciółka będzie miała tyle samo wypływów, co przypływów. Była dzielna, poradzi sobie bez niego.
Z szopy — gdyby znów poczuła konieczność deportacji akurat tam — wiedziała już, jak wyjść samodzielnie.
— Nie jesteś może głodna? — spytał, przekrzywiając głowę nieco w bok, posyłając rudzielcowi uważne spojrzenie. Spacerowali już jakiś czas, wyjątkowo nie zaprosił jej na Wrzosowisko, jednak stan żołądka Thalii dalej był dla niego priorytetem. — Roślin, które zaraz zobaczymy, lepiej nie próbować, a przynajmniej nie na pusty żołądek. Pani Giddery ma naprawdę bogate zbiory, nie mam pojęcia, skąd ona organizuje dostawy, ale pomyślałem, że połączymy przyjemne z pożytecznym. Ja uzupełnię zapasy, ty dowiesz się czegoś nowego — choć świergotał niemal tak samo, jak zawsze, robił to z mniejszą dawką entuzjazmu i znacznie ciszej. Zupełnie tak, jakby nie do końca miał siłę na to całe przedstawienie, ale mimo wszystko... mimo wszystko pragnął podtrzymywać iluzję, którą kiedyś zaoferował swojej towarzyszce.
Wreszcie dotarli pod same drzwi sklepu. Castor ruszył nieco przodem, by dopaść do nich pierwszy i otworzyć je szeroko. Prawie szarmanckim gestem zaprosił Thalię do środka, a gdy ta przestąpiła próg, ruszył za nią, od razu zdejmując czapkę z pomponem z głowy.
— Dzień dobry, pani Giddery! — zawołał od progu, aby następnie zrównać się z Wellers. Na wszelki wypadek szturchnął ją lekko łokciem, chcąc przypomnieć o dobrych manierach. Nie dlatego, że wierzył, że Thalia mogła o nich zapomnieć, lecz na statku bywały różne dziwne zwyczaje, w których zasadność... nie zamierzał wnikać. — Niech się pani nie kłopocze, póki co rozejrzymy się tylko nieco, dobrze? Ja... mam listę, tata prosił o uzupełnienie zapasów. — chuda, blada dłoń wsunęła się momentalnie w kieszeń beżowego płaszcza, a po chwili wróciła na pole widzenia wszystkich zgromadzonych w sklepie. Faktycznie, lista, którą trzymał Castor, była dość długa, a pani Giddery musiała przeznaczyć trochę czasu na znalezienie wszystkich pozycji.
— Spokojnie, słodziutki... Rozejrzyjcie się z panną... — spojrzenie starszej kobiety skupiło się na kilka chwil na Thalii. Pani Giddery wydawała się być szczerze zainteresowana personaliami towarzyszki Sprouta i gdyby ta zechciała się przedstawić, zapewne skończyłaby w ciepłym uścisku zielarki.
— Dziękujemy pięknie! — w typowej dla siebie manierze, skłonił się Castor wpół, wdzięczny niezmiernie za możliwość spokojnego pobuszowania wśród słojów, eksponatów i wszystkiego, czego można było spodziewać się po miejscu takim, jak to. Jeszcze raz zwrócił się do towarzyszki, starając się utrzymać entuzjastyczny ton głosu i uśmiech na ustach. — Wiesz właściwie, co najbardziej Cię interesuje? Rośliny lecznicze, napary, takie, które robią krzywdę? Nie będę oceniał, obiecuję.[bylobrzydkobedzieladnie]


Myślę sobie, zaraz obudzę się.
Lecz im bardziej spadam,
tym bardziej widzę, że
To wszystko chyba nie jest sen.


Ostatnio zmieniony przez Castor Sprout dnia 26.09.21 15:56, w całości zmieniany 1 raz
Castor Sprout
Zawód : Twórca talizmanów, właściciel sklepu "Bursztynowy Świerzop"
Wiek : 24
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
gdzie rzucą kość
będziesz jak szczeniak biegł
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Wilkołak

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t9918-castor-sprout#299830 https://www.morsmordre.net/t9950-irys#300995 https://www.morsmordre.net/t9949-i-will-keep-my-flowers-safe#300972 https://www.morsmordre.net/f177-wybrzeze-exmoor-somerset-wrzosowa-przystan https://www.morsmordre.net/t9952-skrytka-bankowa-nr-2255#301004 https://www.morsmordre.net/t9951-c-sprout#300999
Re: Sklepik zielarski pani Giddery [odnośnik]19.09.21 18:24
Chciałaby powiedzieć, że ostatnie dni rzeczywiście dawały jej odpocząć, zarówno psychicznie jak i fizycznie – jednak nic z tego. Nie chodziło już nawet o jej niemożliwość usiedzenia w jednym miejscu, a raczej o fakt, że rzeczy było tak dużo do zrobienia, że ledwie miała czas na to, aby złożyć swoją głowę i zamknąć oczy. Wydawało się, że spała tyle co nic, bo gdy kładła się i wstawała, słońce jeszcze nie zdążyło wzejść nad horyzont, albo już dawno za nim zniknęło. Przemierzała więc wszystkie pustostany, porzucone mieszkania czy domy znajomych pomiędzy którymi się poruszała, wiedząc, że za zimno było na nocowanie po lasach i lepiej było zaryzykować, a wybrać schronienie w czterech ścianach, niż zdecydowanie kusić los odmrożeniem albo zjedzeniem przez coś albo kogoś. Albo śmiercią. Nie, w sumie śmierć opcją i tak była zawsze.
Zwęziła źrenice przypatrując się ciemnym marom podążającym za nią krok w krok – swoją drogą, co ich tyle było, zapraszali się nawzajem na ognisko? Nie wiedziała, czemu ona w zamian za to dostawała ich towarzystwo, przyprawiające ja raczej o bóle głowy i własne wątpliwości, niż o cokolwiek innego, Zmuszała się, jak zawsze, aby omijać ich wzrokiem, zawsze unikając spojrzenia gdzieś przed siebie, aby jednak nie zauważać tego, co było oczywiste tylko dla niej. Zacisnęła mocniej dłonie na pasku torby przerzuconej przez ramię, zawierającej bardzo ważne elementy na dzień dzisiejszy, zacisnęła je tak mocno, że skóra na rękawiczkach niemal się napięła. Nie była szalona.
Spotkanie z Castorem jak zawsze poprawiało jej humor – był jak delikatny i kojący napar, pozwalający na odpoczynek i odetchnięcie. Jak koc, który człowiek nakładał na siebie, gdy tylko coś się działo złego i w tym drobnym geście znajdował pewnego rodzaju pociechę. Teraz mogła się spotkać z kimś, kogo ceniła i kto był jej bliski. Ale teraz…teraz martwiła się również o niego. Może i nie wiedziała, co dokładnie działo się w jego życiu, może nie dostrzegała tych drobnych sygnałów – ale teraz wyglądał jak trzy ćwierci do śmierci i tak samo się zachowywał. I jeszcze myślał nad jej żołądkiem. Nigdy nie była zbyt dyskretna odnośnie problemów i opiekowania się kimś, dlatego przed wejściem do sklepu ostrożnie złapała go za ramię, zatrzymując go w miejscu.
- Nie, nie jestem głodna, ale to i tak nie ma znaczenia teraz. Chociaż powstrzymam się przed wciskaniem do ust wszystkiego co popadnie, przysięgam na moją ulubioną czapkę, którą oddałam dzieciaczkom z okolicy! Ale kupiłam nową! – Dodała szybko, bo pewnie by się martwił, ale miała teraz na głowie drugą. Pilnowała się i dbała o siebie, tak jak chciał i tak jak ostatnio on o nią zadbał. Ostrożnie, uważając na torbę, przyciągnęła go do siebie, ostrożnie przesuwając dłonią przez jego jasne włosy niczym zatroskana matka. – Cassie…co się dzieje? Wiem, że może nie rozumiem wielu rzeczy, albo nie ze wszystkiego chcesz się zwierzać, ale…jesteś wykończony i to widać. Czy potrzebujesz jakiejś pomocy? Martwię się teraz jak tak patrzę na ciebie. – Mówiła łagodnie i delikatnie, nie jak do dziecka, a raczej jak do osoby, która miała dużo na głowie i której chciała jakoś pomóc. Którą chciała wesprzeć tak jak mogła. Delikatnie jeszcze ścisnęła jego ramiona, zanim nie odsunęła się w pełni, pozwalając, aby teraz już weszli do środka.
Charakterystyczny zapach miejsc wypełnionych ziołami uderzył ją w nozdrza kiedy tylko przeszli przez próg. Wyciągnęła szyję, rozglądając się po okolicy z zaciekawieniem, tak jak zainteresowane wszystkim dziecko, które powstrzymywało się ledwie przed wyciąganiu dłoni aby złapać i dotknąć wszystko w zasięgu. Zerknęła jeszcze na listę, kiedy tylko pojawiła się właścicielka przybytku. Wyglądała bardzo miło, dlatego od razu skinęła głową na przywitanie, na szturchniecie ze strony Castora natychmiast wątpiąc, czy rzeczywiście powinna tylko skinąć głową? Zaraz też potem dygnęła całkiem pokracznie, rozglądając się jeszcze po okolicy.
- DzieńdobrypaniThaliaWellersbardzomiłomipoznać – przywitała się niemal na jednym wdechu, ostrożnie akceptując delikatny uścisk i zamiast niego posyłając też uśmiech. Speszyła się jednak lekko, od razu zakrywając dyskretnie twarz dłonią, jakby się bała, co ta pomyśli, spoglądając na Castora w towarzystwie damskiego zbira. Ostrożnie też skierowała się na oględziny, kiedy tylko w jej stronę padło pytanie nad którym warto się było zastanowić nieco dłużej. Prawda, nie mieli tyle czasu aby nagle przedstawił jej całą historię zielarstwa oraz zielnik (pewnie też zasnęłaby gdzieś w połowie, chociaż dzisiaj bardzo się starała pilnować samą siebie!), dlatego musiała coś wybrać.
- Wiesz…może taki przekrój najpopularniejszych z każdej z dziedzin. Trochę się boje, że ktoś podczas handlu – i przemytu – wykorzysta moją niewiedzę, dając jakiś tańszy albo gorszy zamiennik, albo postanowi sprzedać coś do jedzenia, co wcale nie byłoby możliwe do przetrawienia. Więc może takie najpopularniejsze, po czym je rozpoznać i jakie mają zastosowania? Tak w ramach twoich zakupów nawet może być…
Wydawało się, że chce dodać coś jeszcze do całej swojej wypowiedzi, zaraz jednak jej torba zaczęła się ruszać, a zaraz potem spod krawędzi otwartego akcesorium wysunął się szary łeb, z pyskiem otwartym w trakcie ziewania. Przez chwilę pies rozglądał się po okolicy, gdy tylko jednak dostrzegł Castora, można było usłyszeć miarowe uderzanie ogona o krawędzie materiału, kiedy puchate ciało wysunęło się nieco bardziej, próbując dosięgnąć do blondyna.
- No proszę, księżniczka się obudziła… - Thalia wydawała się rozbawiona, patrząc jak psiak z ekscytacją próbuje dotrzeć do jej towarzysza.
Thalia Wellers
Zawód : Żeglarz, handlarz, przemytnik
Wiek : 29
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
Some may yield
But me I never could be tamed
Through moors and meadows
Cloaked, concealed
Never to forget my name
I walk the shadows
OPCM : 13 +2
UROKI : 10
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0 +1
TRANSMUTACJA : 5 +2
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 15
Genetyka : Metamorfomag

Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t10111-thalia-wellers#306486 https://www.morsmordre.net/t10173-kymopoleia#308971 https://www.morsmordre.net/t10159-beware-the-daughter-of-the-sea#308538 https://www.morsmordre.net/f350-walia-llyn-trawsfynydd-syrenia-laguna https://www.morsmordre.net/t10167-skrytka-bankowa-nr-2284#308735 https://www.morsmordre.net/t10164-thalia-wellers#308697
Re: Sklepik zielarski pani Giddery [odnośnik]04.10.21 11:51
To dziwne poczucie rozczarowania — sobą, tylko sobą, jakże by mógł rozczarować się kiedykolwiek kimś innym, Thalią w szczególności, która to dawała z siebie wszystko, utrzymując wysokie humory i morale często kosztem własnej emocjonalności — towarzyszyło mu już na tyle długo, że powoli zaczynał się do niego przyzwyczajać. Tak naprawdę dopiero teraz wojna wyciągnęła po niego swoje pazury bez większej możliwości. Wcześniej mógł po prostu opowiadać, że łapała tych, których miał przy sobie — przyjaciół o niższej czystości krwi, nieznajomych mijanych na londyńskich ulicach, aż wreszcie całą siatkę osób, którym zawierzał się bez pytań o to, co dalej. Aż wreszcie dalej przybyło, przyfrunęło na sowich skrzydłach, a on — roztrząsający do tej pory prawdopodobne scenariusze, od listopada z jakąś większą dozą brawury i bez autosentymentów — nie wiedział jednak, co zrobić. Spanikował, wtedy, na samym początku, gdy na głowę spadł mu cały niebiański firmament, potem przeszedł w stan apatii, niemalże zahaczając w pewnym momencie o początki anhedonii, z której wyciągali go nieświadomie dobrzy ludzie, wciskając w serce to, co naprawdę pozwalało mu bić. Miłość do nauki, troskę o drugiego człowieka.
A jednak czuł się rozczarowany, bo roztrzepana Thalia i tak dojrzała to, co miało pozostać tajemnicą na jak najdłużej, już wpadła w swój słowotok, mówiła o czapkach, o dzieciach, że nie jest głodna i faktycznie miała nowe nakrycie głowy. I choć mógł Castor zmrużyć lekko oczy, ręce unieść w górę w geście kapitulacji i prośby, by opowiedziała mu to raz jeszcze, ale wolniej, na Merlina, wolniej, to nie mógł się jakoś zebrać w sobie, gdy zauważył, jak bardzo podobni byli. Zupełnie przypadkowo przybierali podobne role, koślawo zamazywali własne problemy, bo oto ktoś ważniejszy miał coś na sercu, na ramionach, ciężar jakiś giął jednostkę, którą darzyli sympatią, a to nie należało do rzeczy, którym mogli się przypatrywać bez drgnięcia powieki.
Uśmiechnął się słabo na niemal matczyny gest. Kiedy będzie miał okazję raz jeszcze poczuć dłoń własnej matki przemykającą przez jego kosmyki? Spojrzenie, które posłał Thalii było na wskroś przeszyte smutkiem, lecz nie takim, który widzi się w człowieku, któremu coś nie wyszło, który zdolny jest do otrzepania się z porażki i podjęcia kolejnej próby. Coś w szarobłękitnym spojrzeniu Sprouta dawało sygnał, że smutek jego jest jakiś finalny, ostateczny i nie do końca wiadomo, cóż powinno się z nim zrobić. A mimo to zdecydował się na uśmiech — słaby, jak wszystko, co ostatnimi czasy próbował robić wbrew sobie, zgryziony nieco, ale jednak uśmiech. Dla Wellers było warto.
— Wyobrażasz sobie mnie w wojsku? — pytanie, które zadał padło pozornie znienacka, a w dodatku nosiło cechy jakiegoś bardzo niskiego żartu. Jednakże to przede wszystkim ta kwestia leżała mu na sercu największym kamieniem i chyba raz jeszcze chciał usłyszeć od kogoś, że to nie jest miejsce dla niego. Tak dla pewności. W głowie miał przecież tyle obrazów, tyle możliwych scenariuszy, a za każdym razem spychał jakoś głosy rozsądku, głosy własnego sumienia, bo przecież był rzeczy i osoby ważniejsze od jego stanu zdrowia, a podejmowanie decyzji w tej kwestii przypominało bardziej balansowanie na nitce zawieszonej nad przepaścią.
Jeden zły ruch i po wszystkim.
Ale znaleźli się wreszcie w ciepłych objęciach sklepu zielarskiego. Pani Giddery nie zasługiwała na obarczanie jej smutkiem, nie wtedy, gdy mówiła do niego słodziutki; Castor łasy był na komplementy, a te od starszych pań wypychały jego wątłą, trochę zapadniętą pierś do przodu w sposób szczególny. Ech, tak to już było, gdy przyszło się urodzić jako najmłodszemu dziecku, które chętnie zbierało komplementy od koleżanek mamy. Nie, żeby na nie nie zasługiwał, bo przecież było co komplementować! Zwłaszcza gdy postawiono go na tle jego... Inaczej uzdolnionych przyjaciół!
Słysząc graniczące z paniką przywitanie Thalii parsknął cicho pod nosem, choć gdyby ruda chciała na niego spojrzeć, już wbijał wzrok w sufit, zupełnie niepomny na własny, nie tak dawny przecież smutek. Coś było w tym rdzawym wichrze, że staczał jakiś głupi numer, a obawy na moment spychane zostawały na dalszy tor. Czy to nie tego chciał go nauczyć Michael? Korzystania z jasnych chwil w ciemne lata? Chyba zaczynało mu to wchodzić w krew.
Wysłuchał następnie słów kobiety, marszcząc przy tym brwi w głębokim zamyśleniu. Pomiędzy nimi pojawiła się nawet jedna, pionowa zmarszczka, która w dodatku z przygryzionym policzkiem nadawała twarzy Castora wyraz niemalże naukowy. Castor lubił czasami, w rzadkich przepływach pewności siebie, uznawać się za mądrego, czy nawet nazywać się naukowcem. W tej chwili przypominał go nawet wizualnie, przynajmniej dopóki nie chwycił Thalii za nadgarstek, by pociągnąć ją w kierunku jednej z półek.
— To może zaczniemy od leczniczych? To nie będzie takie trudne, rumianek na pewno kojarzysz, zobacz, to ten tu— — już zdołał rozpędzić się w swym własnym słowotoku, otwarta dłoń lewej ręki wskazywała na słoik przepełniony niewielkimi kwiatami o białych płatkach i żółtym wnętrzu. Wykonał nawet dwa kroki w jego kierunku, choć stanął w miejscu, słysząc kolejne słowa swej towarzyszki. Księżniczka? O co tu chodzi?
A wtem obniżył wzrok na torbę, z którą przyszła Thalia i wszystko stało się nagle jakieś... proste. Szary pyszczek rozdarty w ziewnięciu, ogon wybijający miarowy rytm i za nic mający sobie ograniczenia stawiane przez materiał, pies, pies jak nic próbujący go sięgnąć, a Castor był na podobne słodkości absolutnie bezbronny. Co sama Wellers widziała w Wigilię, gdy przez pół spaceru pozwalał różowemu puszkowi pigmejskiemu wyjadać sobie gile z nosa.
Blondyn ukucnął prędko przy kobiecie, a dokładniej rzecz biorąc naprzeciw jej torby, zupełnie zafascynowany zwierzęciem.
— Thalia, nie mówiłaś, że masz psa! — zaczął z ekscytacją, powoli podsuwając własną, chudą i jasną dłoń pod szczenięcy nos, do obwąchania i zaznajomienia się z jego zapachem. — Jak się nazywa? Na Merlina, przecież to taka kruszynka...


Myślę sobie, zaraz obudzę się.
Lecz im bardziej spadam,
tym bardziej widzę, że
To wszystko chyba nie jest sen.
Castor Sprout
Zawód : Twórca talizmanów, właściciel sklepu "Bursztynowy Świerzop"
Wiek : 24
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
gdzie rzucą kość
będziesz jak szczeniak biegł
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Wilkołak

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t9918-castor-sprout#299830 https://www.morsmordre.net/t9950-irys#300995 https://www.morsmordre.net/t9949-i-will-keep-my-flowers-safe#300972 https://www.morsmordre.net/f177-wybrzeze-exmoor-somerset-wrzosowa-przystan https://www.morsmordre.net/t9952-skrytka-bankowa-nr-2255#301004 https://www.morsmordre.net/t9951-c-sprout#300999
Re: Sklepik zielarski pani Giddery [odnośnik]12.10.21 11:39
Cóż mogłaby mu powiedzieć, co mogłoby go wesprzeć w tym momencie? Jak go pocieszyć i jak wesprzeć go w tym momencie? Wiedziała, że nie było to łatwe i rozumiała, jak to jest być w jego sytuacji. Jak to było, kiedy oglądało się za siebie w przerażeniu, tak jakby za chwilę miało się stać coś, co mogło zmienić życie na zawsze. Jak to było, kiedy za każdym razem gdy kładła się po nocach, nie mogła zasnąć, kiedy myślała o tym, że tak problematyczne było to, że jutro mogła już nie móc się ukrywać i ktoś by ją nakrył. Strach i niepewność wsiąkały w człowieka jak najgorsza trucizna, nie pozwalając mu na zbudowanie stałej pewności siebie albo poczucia własnej wartości – wszystko przez to, że na świecie człowiek czuł się tak, jakby był zaszczutym zwierzęciem.
- W wojsku? Co się dzieje, kto chce wziąć cię do wojska? – Nie musiał jej absolutnie mówić, ale bardzo chciała wiedzieć. Uścisk jej dłoni wokół drobniejszej (acz wciąż wyższej) formy Castora stał się nieco ciaśniejszy, ale co mogła zrobić? Chciała go bronić, chciała stać pomiędzy nim a światem, nie dlatego, że nie uważała go za dojrzałego – chociaż tak jak i ona miał swoje momenty kiedy dziecinność przebijała z jego postawy – ale przez to, że chciała, aby jego życie było normalniejsze. Nie tylko bez wojny, ale też bez głodu, bez cierpienia, bez większych problemów poza złamanym sercem czy chorobą raz w zimę. Spokój i to co najlepsze, ale ona nie mogła mu tego przynieść – a jedynie pomóc, by sam do tego dążył. – Cassie…nie wiem, co się dzieje. Ale wiesz, że w razie czego, zrobię dla ciebie to co zdołam. Nawet jeżeli to oznacza, że miałabym się zmienić w ciebie i udawać, że znam się na biżuterii. – Odetchnęła, delikatnie zakładając jego włosy za ucho. – Nie jesteś sam, Cassie. Nie zostawię cię z problemami, dobrze? Zrobimy wszystko, aby było jak najlepiej. Dobrze, Cass? – Zwracała się do niego nie jak do dziecka, ale młodszego brata, którego chciała zapewnić, że pomogą mu ze wszystkim.
Parsknęła lekko na to przymilne spojrzenie w kierunku starszej zielarki, zaraz jednak szturchając go łokciem. Słyszała to parsknięcie, nawet jeżeli w tym momencie zaczęli oglądać się za siebie, tak jakby nie było to nic dziwnego. Mimo to, mogli już ruszyć pomiędzy drobne przestrzenie, poświęcając się zapachowi roślin. Po chwili dziwacznego zastanowienia, Thalia ostatecznie naciągnęła na swoje dłonie nową parę rękawiczek – nieco innych, tym razem czarnych, wyglądających na znacznie nowsze. Jej praca nauczyła ją, aby nie dotykać czegoś, czego nie znała gołymi rękoma. Kochała poznawać nowości, pod wodzą Castora mogąc robić to bezpiecznie, ale przezorny zawsze ubezpieczony.
- Rumianek, tak, używa się go do…uspokajania? – Tak naprawdę było to jedyne, co kojarzyła z tą rośliną, ale może było coś więcej poza tym? Zastanawiała się jak zwykle, przeglądając rośliny które obecnie mogli ściągać zza granicy aby dostarczać je ludziom tutaj. Wszystko, czego im potrzeba i wszystko, co mogło się przydać. Ostrożnie sięgnęła po roślinę, uśmiechając się, gdy tylko dostrzegała, jak w tym momencie uwaga Castora skierowała się w stronę szczeniaczka. Nie mogła winić go za to, sama by pobiegła w jego kierunku gdyby go zobaczyła. Uśmiechnęła się, odsuwając się od półek kiedy zachwycona psinka ruszyła w stronę Sprouta, najpierw obwąchując uważnie jego palec, zaraz też wyciągając delikatnie język aby polizać go po dłoni. Wydawała się niewiele większa aby złapać ją we dwie dłonie, a teraz na swoich krótkich nóżkach pokracznie biegła w stronę Cassa, zachwycona wpadając na niego i próbując przytulić się jak najmocniej.
- W zasadzie, to niekoniecznie. – Uśmiechnęła się lekko, oglądając to, jak wystarczył jeden uroczy pyszczek aby na twarzy chłopaka pojawiło się jakiś większy spokój. – Widzisz, ta mała księżniczka, bez imienia, ale już od początku swojego życia postanowiła zostać żeglarką, bo zabrała się na pokład. Dostałam prośbę, aby znaleźć jej odpowiedni dom, ale…wiesz, przy moim braku mieszkania to może być problem, no i zresztą, to nie tak, że jestem cały czas na miejscu. I pomyślałam od razu o tobie, bo jestem pewna, że nasza księżniczka znalazłaby dobry dom przy tobie. Ale rozumiem, że pies to też pewna odpowiedzialność w tych czasach, więc jeżeli nie dasz rady, to znajdę jej kogoś innego. – Stanęła nieco wygodniej, znów spoglądając na swoją torbę z której wyszedł pies, zamyślając się nieco. – Nie wiem, czy to odpowiedni moment, ale mam też dla ciebie jeszcze jedną niespodziankę.
Thalia Wellers
Zawód : Żeglarz, handlarz, przemytnik
Wiek : 29
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
Some may yield
But me I never could be tamed
Through moors and meadows
Cloaked, concealed
Never to forget my name
I walk the shadows
OPCM : 13 +2
UROKI : 10
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0 +1
TRANSMUTACJA : 5 +2
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 15
Genetyka : Metamorfomag

Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t10111-thalia-wellers#306486 https://www.morsmordre.net/t10173-kymopoleia#308971 https://www.morsmordre.net/t10159-beware-the-daughter-of-the-sea#308538 https://www.morsmordre.net/f350-walia-llyn-trawsfynydd-syrenia-laguna https://www.morsmordre.net/t10167-skrytka-bankowa-nr-2284#308735 https://www.morsmordre.net/t10164-thalia-wellers#308697

Strona 1 z 2 1, 2  Next

Sklepik zielarski pani Giddery
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach