Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia



Login:

Hasło:

Plac zabaw
AutorWiadomość

Plac zabaw

Nieopodal głównego placu osady w Doliny Godryka, po przeciwnej jego stronie niż jezioro, znajduje się miejsce wspaniałych zabaw, gdzie dziecięca wyobraźnia hula do woli, wbity w ziemię patyk to niepokonany Excalibur króla Artura, a stare wiadro potrafi stać się najwspanialszym rycerskim hełmem. Plac zabaw, bo o nim mowa, nawet podczas niespokojnych czasów tchnie radością i śmiechem. Czasem jednak nie jest zbyt rozsądnym podchodzić zbyt blisko, bo nigdy nie wiadomo, czy nie znajdzie się w zasięgu działania nieopanowanej jeszcze przez niektóre z dzieciaków magii.

Jedna z osób w wątku wykonuje rzut kością k6:
1 - przechodząc obok placu zabaw słyszycie, jak wśród śmiechów rozbrzmiewa nieco przelękniony krzyk. Widzicie, jak dziecko wystrzeliwuje z huśtawki jak z procy, leci przez powietrze i rozpaczliwie stara się sterować swoim lotem, lecz ostatecznie nieopatrznie ląduje na drzewie. Możecie je tam zostawić lub pomóc rozpłakanemu malcowi zejść na ziemię.
2 - dzieci nie wydają się zachwycone waszym towarzystwem: w waszą stronę leci armia pocisków stworzona z kamyków, gałązek, starych puszek. Aby ich uniknąć musicie wykonać unik, ST wynosi 45, do rzutu należy doliczyć podwojoną zwinność. W przypadku niepowodzenia przez najbliższe trzy dni będziecie mieć pod okiem limo od zbłąkanej puszki - chyba, że uda wam się je zaleczyć.
3 - słyszycie chichot, a zgraja dzieciaków patrzy na was wyraźnie rozbawiona. Jeszcze o tym nie wiecie, ale wasze włosy właśnie zmieniły kolor na wściekły róż. Możecie próbować wszystkiego, lesz efekt złośliwie utrzyma się do końca dnia.
4 - przechodzicie obok placu zabaw, na którym odgłosy zabawy cichną na moment, ale zaraz wracają ze zdwojoną siłą. Trochę was to rozprasza i musicie wykazać się spostrzegawczością jeżeli chcecie uniknąć korzenia, który nagle postanowił wyjść z ziemi i zaczerpnąć świeżego powietrza. ST dostrzeżenia korzenia i uniknięcia upadku wynosi 50, do rzutu należy doliczyć bonus przysługujący z posiadanego poziomu spostrzegawczości.
5 - przechodząc obok placu zabaw wzbudzacie zainteresowanie grupy dzieci, która jak na zawołanie do was podbiega, oferując zabawę w chowanego. Jeżeli się zgodzicie to musicie zmierzyć się z nie lada wyzwaniem, bo wszystkie dzieci dosłownie... znikają, stając się niewidzialne. Za znalezienie ich wygracie ich uznanie oraz zostaniecie poczęstowani cytrynowymi dropsami.
6 - na placu zabaw biega zgraja dzieci, wydając z siebie najróżniejsze zwierzęce odgłosy. Nie wiecie kiedy, ale czujecie, że coś jest z tym zdecydowanie nie tak. Nim się spostrzegacie wasze ciała zaczynają zmieniać kształty: na przynajmniej dwie kolejki (a maksimum do końca wątku), ku uciesze dzieci, stajecie się zwierzętami przemawiającymi ludzkim głosem.
Lokacja zawiera kości.
Mistrz gry
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : 99
UROKI : 99
ALCHEMIA : 99
UZDRAWIANIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Plac zabaw Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki

Powrót do góry Go down

9. listopada 1957 r.
Gdy otworzył tego ranka oczy wiedział, że ten dzień będzie inny. Nie podniósł się więc od razu z pościeli, nie zerwał do kolejnej rutyny. Leżał tak chwilę, oddychając powoli i nasłuchując. Miał wrażenie, że zza grubej kopuły zaklęć otaczających Kurnik dobiegał go szmer padającego dalej w lesie deszczu. Albo to, albo jego własny oddech wydawał mu się tak odległy w obliczu nadchodzącego dla niego nowego początku.
Nie wiedział, kiedy dni zaczęły mijać tak prędko. Jego życie od zawsze zdawało się mieć tempo iście zawrotne, w dodatku ciężko mu był określić, gdzie konkretnie w tym cwale zmierzało. Każdego dnia mogło wydarzyć się sto i jedna rzeczy, które mogły wywrócić wszelkie jego założenia do góry nogami. Chyba to sprawiało, że myśl o ślubie była dla niego nie do końca realna; nie w tym znaczeniu, że ją wypierał czy żałował podjęcia decyzji o tym, że chciał wszem i wobec oznajmić światu, że to właśnie z tą czarownicą zamierzał spędzić resztę życia. Nie mógłby tego żałować, w żadnym wypadku. Po prostu ciągle czekał, aż wydarzy się coś, przez co ostatecznie do ślubu nie dojdzie. Za słowami i gestami chował niepewność, powątpiewanie względem tego, że coś miałoby pójść tak, jak to zaplanował. A jednak wśród mnogości zadań, ogromu pracy, wszelkich nieprzewidzianych okoliczności, ostatecznie dziewiąty listopada zapukał do jego drzwi w duecie z Foxem.
Farley podniósł się do siadu, a na widok przyjaciela uśmiechnął się. Jeszcze w piżamie pomógł mu przepakować wszystkie rzeczy, przygotowując tym samym nadchodzącą zamianę pokoi. Lis miał w końcu przejąć pokój Idy, a Ida...
Alexander obrócił się w drzwiach i zerknął na swoją sypialnię, obracając w palcach różdżkę. Teraz w końcu zaczynało docierać do niego to, że dziś miał wziąć ślub. Merlinie. Wziął głęboki oddech i wrócił do wnętrza pomieszczenia, zamykając za sobą drzwi i opierając się na nich. Ironiczne, jak kiedyś oponowałby przed prędkim ożenkiem, starając się przeciągnąć ten moment w czasie. Pokręcił głową, przetaczając nią po wymalowanym na biało drewnie: jak wiele potrafiło zmienić się w przeciągu półtora roku.
Farley nabrał znów w płuca powietrza i zacisnął palce na różdżce, bo był to gest, który nawet w największym chaosie myśli był w stanie jakoś go zakotwiczyć. Musi znaleźć jakiś rytm, musi... posprzątać. Tak, to jest to. Mechaniczność czynności, jednostajne świśnięcia hikorowego drewna przecinającego powietrze, to było to. Zerknął na zegarek – miał czas. Kiedy do jego pokoju zajrzał później Louis, znalazł Selwyna wciąż w piżamie, w najwyższym stanie skupienia przy odkurzaniu roślin. Alexander spojrzał na Botta, rozumiejąc, że był to czas aby zacząć się przygotowywać. Został znów sam, a jego spojrzenie powędrowało wprost do szafy, w której opustoszałej połowie, gotowej do zajęcia przez kogoś innego, czekała jego dzisiejsza szata. Miał wiele strojów, w końcu umknął z Beaulieu przed swoim wydziedziczeniem, przez ostatni miesiąc swojego szlachectwa więcej czasu spędzając w Dolinie niż w posiadłości Selwynów – nie wiedział czy dlatego, że coś po prostu mówiło mu, że nie powinien tam przebywać, czy też dlatego, że wydawało mu się, że już na długo przed utratą pamięci nie czuł się tam jak w domu. Nie wybrał jednak żadnego z tych bardziej wystawnych strojów, ku wielkiemu zawodowi Juliena, który ogłosił się jego naczelnym doradcą od spraw wyglądu. Alexander nie zamierzał wyglądać zbyt wystawnie, bo oczy wszystkich miały być dziś skierowane na tą, która wraz z nim miała stanąć na ślubnym kobiercu. Na szczęście obaj się w tym z Julienem zgadzali i choć nie było im łatwo porozumieć się w reszcie tej kwestii, ostatecznie doszli do pewnego kompromisu. Po drobnych poprawkach od Trixie i usunięciu zbędnych ozdób Alexander miał na dziś ubiór prosty, lecz elegancki. Na śnieżnobiałą koszulę zapinaną na srebrne guziki założył błękitną kamizelkę z miękkiego, nieco połyskliwego materiału; na nią zaś wyjściową szatę, dłuższą niż mugolskie garnitury, bardziej przypominającą pod tym kątem płaszcze czy wyposażoną w rękawy pelerynę; prostszą w kroju, ze stojącym półkołnierzem, z tego samego co kamizelka materiału o barwie jasnego błękitu, z dopełniającymi ją prostymi spodniami. Zapięcie z przodu, kołnierz i mankiety rękawów obszyte były haftem o barwie ciepłego złota; więcej ozdób nie posiadał, poza broszą, którą otrzymał od Isabelli na swoje ostatnie urodziny. Ważył ją przez moment w dłoni, stojąc przed lustrem. Była zdecydowanie kosztowna, wykonana ze złota, z dwoma paskami czarnych kamieni na grzbiecie. Wiedział jednak, że chciał ją dziś przypiąć. Nie wstydził się, kim był, bo uważał się za przykład tego, że w nawet najbardziej niesprzyjających okolicznościach dobro może się ostać: zarówno on, jak i jego kuzynki. Wpiął więc broszę, spojrzał na siebie po raz ostatni – pozostając pod wrażeniem tego, jak Isabella zapanowała nad jego włosami – po czym wziął głęboki oddech i opuścił swój pokój, przechodząc korytarzem i schodami na dół.
Dom był już wypełniony ludźmi. Słyszał niosące się wśród ścian rozmowy, a także śmiechy. Kąciki jego ust mimowolnie powędrowały do góry, kiedy mijał kolejnych ze swoich przyjaciół i bliskich. Obszedł jeszcze dokładnie cały dom, bo było jeszcze parę rzeczy, które wymagały jego uwagi. Uśmiechnął się na widok Hannah i Marcelli w kuchni, niezwykle wdzięczny za to, co w niej wyczarowały. Nie spodziewał się, że w tych czasach naprawdę uda im się urządzić tę uroczystość, jednak nawet ograniczone zasoby nie wydawały się przeszkodą ani dla nich, ani dla kompanii odpowiedzialnej za tort i babeczki. Przemknął jeszcze przez salon, gdzie na bazie transmutacyjnych wysiłków Sue i Juliena zostało przygotowane miejsce na poczęstunek: Archibald, Cedric, Vincent i Anthony przeszli samych siebie. Zwłaszcza Archibald, bo wyglądało na to, że w Kurniku gościła dziś cała zastawa z Weymouth. Farley wolał nie myśleć ile konsternacji wywoła taka ilość sztućców i szkła przy talerzach, ale cóż: zapowiadało się interesująco.
Prędko umknął dalej, bo musiał sprawdzić zaklęcia na ogrodzie i szklarni, potrzebował upewnić się po dwa razy, czy aby na pewno wszystko było gotowe oraz zapytać każdego, kto jeszcze się krzątał, czy nie potrzeba aby pomocy. Zbywany przez każdą kolejną osobę w końcu się poddał i postanowił po prostu przejść po ogrodzie, zadzierając głowę do góry i obserwując, jak lecące z nieba krople deszczu wpadały w otaczającą posiadłość magię i przemieniały się w śniegowe płatki, które z wolna opadały ku ziemi. Zatrzymał się na dłużej przy szklarni, mając chwilę na podziwianie dekoracji Isabelli i Roselyn oraz efektu, który stworzył w niej Louis przy pomocy chyba wszystkich żarówek z Doliny Godryka. No, może nie wszystkich, jednak była ich mnogość wręcz niemożliwa do zliczenia. Przyjrzał się wspaniałym śnieżno-lodowym efektom, które wyczarowali Anthony z panem Beckettem, a oczy nieco mu się zaszkliły. Mieli z Idą tylu wspaniałych przyjaciół, którzy bez chwili zawahania zdecydowali się im pomóc.
Obejrzał ołtarz, który został przystrojony przez ich wspaniałych świadków i Lucindę, zatrzymując się przy nim na dłużej. Alexander stał tak, patrząc na piękną pergolę i w pełni przyjmując fakt, że to właśnie pod nią przyrzekną sobie z Idą wieczną miłość. Niestety, nie było im to dane, nie dziś.
Alexander wrócił spokojnym krokiem do domu, lecz ledwo przekroczył próg i wykonał krok, usłyszał za sobą Juliena. Niezwykle przejętego Juliena i całkowicie poważnego. Alexander objął spojrzeniem przyjaciela, jego całkowicie niewyjściowy ubiór i siniaka rosnącego na czole i poczuł, jak w gardle osiada mu gula, a żołądek przymarza do pozostałych wnętrzności. Niby słyszał i rozumiał co mówi do niego Julien, ale nie chciał tego przyjąć. Wyparcie, to zdecydowanie było wyparcie, z którego musiał się otrząsnąć. Nie był w stanie, nogi niosły go schodami do góry, po korytarzu, pod pokój Idy gdzie przez drzwi potwierdziły się czarne wizje Juliena. W całym weselnym zamieszaniu zapewne przeoczyliby pierwsze objawy, nieznaczną i drobniutką wysypkę, która bez dwóch zdań zwiastowała groszopryszczkę. Alexander bez słowa pomknął do lecznicy, skąd wrócił z zapasem maści z pijawek. Naprędce wsunął słoiczek przez uchylone drzwi, a po nim miskę zupy i nieco ziemniaków i kawałek mięsa, nie wiedział jakiego właściwie, działał całkowicie automatycznie. I usiadł na tym korytarzu, na podłodze, oparty o drzwi plecami, patrząc się przed siebie, aż nie ruszył go stamtąd Julien. Tak, Alexander musiał coś zrobić ze ślubem i weselem, które się nie odbędą. Nie odbędą się. Musieli coś z tym wszystkim zrobić... z tym jedzeniem. Pierwsze co przyszło mu do głowy to to aby je rozdać i szybka konsultacja z niedoszłą panną młodą wykazała, że myśleli podobnie. Będąc jeszcze trochę w szoku obwieścił wszystkim, że ceremonia i zabawa nie odbędą się, a przygotowane potrawy mogą w takim razie trafić do bardziej potrzebujących. Wiedział, że w Dolinie było wiele osób, którym przydałoby się dopomóc chociażby z jednym posiłkiem, a im dłużej o tym myślał tym bardziej zaczynał wyrzucać sobie to, że w ogóle organizowali przyjęcie kiedy ludzie zaczynali głodować. I tak samo automatycznie zmienił swoją twarz w wygląd Aloysiusa i z częścią babeczek przygotowanych na wesele ruszył drogą prowadzącą ze zbocza, na którym usadowiony był Kurnik, do centrum Doliny. Jego spojrzenie wydawało się przy tym puste, całkowicie puste, jak gdyby nie tlił się za nim już nawet najmniejszy ognik.


Alexander Farley
Alexander Farley
Zawód : Uzdrowiciel
Wiek : 22
Czystość krwi : Zdrajca
Stan cywilny : Zaręczony

Alex, you gotta fend for yourself

OPCM : 52
UROKI : 25
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 37
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 11
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Metamorfomag
Plac zabaw 9545390201fd274c78230f47f1eea823
Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t927-alexander-farley https://www.morsmordre.net/t999-fumea https://www.morsmordre.net/t937-lubisz-moze-teatr#4917 https://www.morsmordre.net/f223-dolina-godryka-kurnik https://www.morsmordre.net/t3768-skrytka-bankowa-nr-277 https://www.morsmordre.net/t979-a-selwyn#5392

Powrót do góry Go down

Nie spał właściwie całą noc, próbował interpretować, o co chodziło w kształtach wosku, a niejasne odpowiedzi kart, mąciły mu w głowie jeszcze bardziej. Czy stresował się ślubem? Oczywiście, że tak! Było to jedno z największych wydarzeń jego przyjaciela, więc chciał tak bardzo upewnić się, że nic nie zakłóci uroczystości, że wszystko będzie tak jak trzeba – idealne; dopięte na ostatni guzik. Dopiero nad ranem udało mu się zdrzemnąć na kilka godzin, lecz sen miał na tyle niespokojny, aby obudzić się w stresie, jakoby zaspał na ślub! Na szczęście była to ułuda mary sennej, która ulecieć z ciężkich powiek wciąż nie chciała. Omamiony widziadłami z krainy Morfeusza, snuł się po domostwie, błądząc z łazienki do kuchni, szukając celu dla swego niejasnego oderwania od rzeczywistości.
Ciepła para unosiła się z filiżanki, a młody czarodziej oparł ręce o kuchenny blat, czując, jakby krew z jego głowy zaczynała odpływać, a właściwie z całego ciała, zupełnie jak gdyby uciekała w niebyt. Coraz ciężej było mu się podpierać, wzrok zaś nie potrafił znaleźć punktu skupienia, który pozwoliłby mu na wyostrzenie czegokolwiek. Nagle cały obraz zaczął się zlewać, rozmywać niczym barwne plamy, przenikających się ze sobą pigmentów. Nogi zadrżały, nie mogąc dłużej utrzymać ciężaru ciała, a z ust wydobyło się ciche westchnienie, gdy sylwetka złamała się niczym lalka, opadając na kuchenną podłogę. Czoło uderzyło o nogę odsuniętego krzesła, a jasny blask światła, przebijający się z chmur, obrysowały nieobecny wzrok czułą pieszczotą. Niebo się martwiło.
Wizje pokazywały raz odległe wydarzenia, a innym razem te, które miały się zdarzyć nawet za kilka godzin… kilka minut. Julien nigdy nie mógł wybrać dnia, ani godziny, był skazany na niespodziewane nawiedzenia, przychodzące czasem w najbardziej nieodpowiednich momentach. Czasem zbyt późno, a czasem o wiele za wcześnie, aby mógł je pojąć w pełni.
- Wije się w jesienny poranek po skórze,
Czerwieni się fioletem barwy zaognionej,
Jeszcze panna stroi się w biel na górze,
I nie dostrzega grzybni zwyrodnionej
– szeptał bezwiednie, gdy przed jego oczami jawiła się przepiękna Ida. Choć przystrojona miała być w bieli sukni, tak wciąż leżała w pościeli, nie dostrzegając tego co pokrywało jej skórę.  
- Niby groch wyklęty sypnięty na bladej figurze,
A jednak gorszy w swej chorowitej posturze
– usta ruszały się, a głos cichł niechybnie w obliczu pstrokatej zamieci spowijającej malutki pokoik w Kurniku. Lawendowe barwy cieni i pomarańczowe światło, zdawało się krzyczeć swą symboliką o chorobie. Lecz jakiej? Julien nie znał się na chorobach, od tego był Alex; wiedział jedno… a raczej widział – z postury Idy unosiło się coś na kształt pyłku, prawie kwiatowego, lecz ogniście czerwonego, wręcz ostrzegawczego i większego, niczym groch lub perły. Choć wszystko wokół drżało, a faktury rozrywały przestrzeń, tak chorowita narzeczona była wyraźna, dokładnie jak wznoszące się drobne punkty. Wtem dotknęły jego skóry, bo przecież tam stał, byłam tam, tuż obok, przyglądał się wszystkiemu. Czerwień rozlewała się po jego dłoniach, zmieniając się w purpurowe i fioletowe bąble, trawiącego niczym pleśń zgniliznę.
- Chory będę ja, chorzy będą oni,
Niechaj wnet coś to przegoni
– wypowiedział ochrypniętym głosem i nagle… widział już kuchenny sufit Makówki. Ból głowy nasilał się niemożebnie, a rozbiegane spojrzenie, nadal nie mogło znaleźć ostrych rysów rzeczywistości. Wszystko spowiła mgła, a niepokój obrazów pozostawił kwaśny posmak na języku, jak gdyby chorowita suchość zawitała w jego gardle.
Podniósł się prędko, a kwiaty na strojnej, rozpiętej koszuli zdawały się poruszone czarem oddychać letnim powiewem. – Sacrebleu… - wyrzekł, przecierając twarz z niedowierzaniem. W końcu mgła przed jego oczyma przerzedziła się, pozwalając dostrzec kontury przestrzeni. Musiał się spieszyć! Zerwał się prędko, porwał spodnie leżące w korytarzu – te fioletowe i rozciągnięte, niedopasowane do koszuli. Nie miał czasu biec na górę, nie miał na nic czasu. Rozsznurowane trzewiki ledwo trzymały się stóp, gdy biegł już w kierunku Kurnika. Czy zamknął drzwi? Nie pamiętał tak szczerze, nie było to ważne. Nie miał czasu! Prędzej, prędzej, Ida nie może wyjść. Zapomniał o różdżce, zapomniał o wszystkim. Biec, byle prędzej.
Wpadł przez próg, wciąż w rozchełstanej koszuli ukazującej w pełnej krasie wymięty biały podkoszulek. Spodnie obtoczone w kurzu, jedna nogawka wyżej, druga niżej – podwinięte od długich susów, którymi chciał pokonać jak najprędzej te metry dzielące domostwa. Siniak na głowie, zmierzwione włosy i te ubłocone, rozwiązane buty… Widać było, że się spieszył i w równie pospieszny wpadł słowotok, którym chciał wyjaśnić wszystko przyjacielowi. Mówił i mówił, opisywał, tłumaczył najprędzej, aby tylko Ida nie wyszła z pokoju, aby tylko nikogo nie zaraziła…
W przerażeniu przyglądał się reakcji przyjaciela, wiedział, jak ważny był to dzień, lecz przecież to nie była jego wina! Właściwie niczyja! Cóż mógł zrobić? Chyba nic więcej. Gdy tylko Alex wybył do lecznicy, zmieszany jasnowidz, starał się wytłumaczyć wszystkim, co się właściwie wydarzyło, chociaż jego prezencja mogła budzić wiele skrajnych odczuć, tak szczerość w słowach zwiastowała, że była to poważna sytuacja.
Ostatecznie prędko wrócił do domu, gdzie zgarnął płaszcz, czerwony szalik, różdżkę i zamkną drzwi od Makówki, później teleportując się już nieopodal Kurnika. Że też wcześniej nie pomyślał o tym… Czasem wydawało mu się, że myślenie było paradoksalnie jednym z najtrudniejszych aspektów egzystencji. Wiedział, że wesela nie będzie, choć wizja o tym wiele nie powiedziała, tak znaki i symbole wróżebne, która napotykał w przestrzeni, świadczyły o tej smutnej decyzji. Wrócił więc, nie bacząc już na strój i odszukał przyjaciela.
Widok ścisnął jego serce, a dziwny dreszcz przemknął po twarzy, zmuszając młodzieńca do spojrzenia w górę, aby odgnić nadbiegające wzruszenie. Alexander był załamany i choć Julien nie odbierał emocji na magicznym poziomie, tak na tym zwykłym, zatrzęsły nim dobitnie. Kilka słów, wystarczyło, aby ocucić wyciągniętego z rzeczywistości Farleya, choć de Lapin zdawał sobie sprawę, że przyjaciel prędko utonie w dalszych myślach. Dzień, na który tak bardzo czekał… odbiegł w nieznane, pozostawiając zaledwie smutek i rozgoryczenie. Nie dopytywał go co to za choroba, ani czy Ida z tego wyjdzie jeszcze dziś – takie pytanie chyba nie stanowiły żadnego pocieszenia, a mogły zaledwie dobić i tak już skopanego losem Farleya.
Julien po dyspozycjach wydanych przez Alexa, praktycznie bez słowa złapał kosz z częścią słodyczy i ruszył za przyjacielem. Przez pierwsze kilka minut nie odzywał się, czując na sobie przytłaczający ciężar odpowiedzialności. To on przyniósł złą nowinę. Zerkał niepewnie na pusty wzrok, wyzbyty radości, która miała dziś tańczyć i śpiewać w spojrzeniu. Zresztą, teraz już nawet obok niego nie szedł Alex, a ten drugi – ta przykrywka, która chroniła Farleya. Ciężkie westchnienie wyrwało się z piersi jasnowidza, aż w końcu zaczął dotykać guli na czole, która rosła i rosła od porannego uderzenia. Nabita śliwa, z której będzie się pewnie musiał przed wszystkimi tłumaczyć, ale tak to już bywało, gdy nie miał kto go łapać. Dlatego też nie przepadał za samotnością, nigdy nie było wiadome, w co uderzy, a może nawet się połamie. Przyspieszył nieco kroku, aby zrównać się z Farelyem i poprawił kosz z babeczkami, łakomie zerkając na jedną z nich. Właściwie to był głodny, nawet bardzo… – Alex… Myślisz, że mogę jedną? – zagaił nieśmiało. Troszkę wstyd mu było zjadać coś, co miało być przeznaczone do pomocy, ale przecież parę godzin temu miało być na wesele, prawda? Westchnął niemrawo i spuścił spojrzenie na ubłocone buty, które tonęły co rusz w kolejnej kałuży. Jakoś nie miał humoru, aby skakać między nimi jak kozica. – Idziemy na plac zabaw, prawda? – dopytał dla pewności, aby uspokoić własne domysły. Gdzie lepiej częstować i dokarmiać, jeśli nie w miejscu, w którym bawiły się dzieci? Trochę pogoda wciąż nie dopisywała, ale tam zawsze było tłoczno, hałaśliwie i psotliwie. Wtem do głowy Francuza nabiegło wspomnienie z ich wspólnych chwil spędzonych w Paryżu, gdy byli jeszcze małymi chłopcami. – Chyba nigdy ci nie opowiadałem, jak zostałeś mą drogą panną młodą… – zagaił, licząc, że chociaż odrobinę rozchmurzy tym Farleya. Nie czekając na jego reakcję, którą najpewniej byłaby mrukliwa, postanowił kontynuować opowieść. – Nie pamiętam, w które wakacje nawiedziła nas tak szalona idea, lecz przybrałeś postać dziewczęcą, udając dumną pannę z Anglii. Wszyscy przyjaciele zazdrościli mi i nie dowierzali, że szlachetnie urodzona panna mogła być moją lubą, a na dowód naszych uczuć chcieli ślubu! I tak na Polach Marsowych pod wieżą Eiffla, sterczałeś w białej zwiewnej sukni z teatru, ja zaś w zbyt wielkim garniturze, a od ślubowania uratowała nas ulewa, która przegoniła całą ferajnę do domów. Prawie wywinąłeś orła, uciekając w sukience przed burzą, a i tak zmokliśmy jak szczury w kanałach – zaśmiał się na to wspomnienie, a zaraz potem, zamyślił się na dłuższą chwilę. – Potem ma kochana mama podawała nam syropki i robiła kakao... Wiesz… kilka razy wydawało mi się, że masz podobne nawyki do niej. Mówiłeś, że nic nie pamiętasz… a kroisz, chociażby pomidora w tak dziwaczny sposób jak ona i… – zawahał się, zerkając na plac, od którego dzieliło ich już kilka kroków. – Ooo, monsieur Farley, będziemy mieć komu rozdawać te smakowite wypieki – ściszył nieco głos, wskazując gestem na zgraję dzieci bawiącą się na placu. Sam nie wiedział, czemu to zrobił, skoro całą drogę i tak trajkotał po francusku. Wystarczyło kilka chwil, aby obaj czarodzieje stali już przed zgrają urwisów, a Francuz wystawił w ich kierunku kosz ze słodkościami. – Bonjour! Zapraszamy na poczęstunek! A gdzie wasi rodzice, urwisy? Ich też chętnie poczęstujemy! Śmiało, zapraszamy! – zaoferował, przechodząc już na język angielski, który pomimo lat biegłości w używaniu, wciąż nosił na sobie francuskie akcenty.


A on biegł wybrzeżami coraz innych światów. Odczłowieczając duszę i oddech wśród kwiatów
Julien de Lapin
Julien de Lapin
Zawód : poeta i wróżbita
Wiek : 22
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
je raisonne en baisers

OPCM : 5
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 15
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Jasnowidz

Nieaktywni zakonnicy
Nieaktywni zakonnicy
https://www.morsmordre.net/t9230-julien-de-lapin#280581 https://www.morsmordre.net/t9250-walentyna https://www.morsmordre.net/t9252-wrozbita-julek https://www.morsmordre.net/f314-dolina-godryka-makowka https://www.morsmordre.net/t9251-skrytka-bankowa-nr-2157#281325 https://www.morsmordre.net/t9253-julien-de-lapin

Powrót do góry Go down

The member 'Julien de Lapin' has done the following action : Rzut kością


'k6' : 4
Morsmordre
Morsmordre
Zawód : Mistrz gry
Wiek :
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
OPCM : 99
UROKI : 99
ALCHEMIA : 99
UZDRAWIANIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Plac zabaw Tumblr_lqqkf2okw61qionlvo3_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki

Powrót do góry Go down

Szedł nawet nie oglądając się za siebie, mając przed sobą jasne zadanie, coś co miało zająć go i jego myśli. Coś, czego Ida chciała i czego on chciał, coś co miało przyczynić się do tego, że może komuś będzie dziś choć trochę lepiej. Słysząc za sobą parę pospiesznych kroków nawet nie oglądał się żeby sprawdzić kto ku niemu spieszy, zaraz zresztą Julien zrównał się z nim krokiem i z milczeniu z naręczem babeczek schodził ze zbocza. Milczenie to było ciężkie, przepełnione rozgoryczeniem, smutkiem i obawą. Alexander do cna martwił się o Idę, wyklinając w myślach po stokroć to, na czym świat stał. Że też akurat ona musiała się zarazić... Na płonący stos Wendeliny, bez choćby chwili zawahania wziąłby na siebie tę okropną chorobę. Groszopryszczka. Merlinie, nic nie wykluczało tego, że mogła zaatakować mózg, mogli tylko czekać na rozwój dalszych objawów. Nie, nie zamierzał czekać, od razu zaczną inhalacje z leczniczych ziół, zapobiegawczo...
Z rozmyślań wyrwał go głos przyjaciela. Alexander spojrzał na niego tak, jakby co najmniej był przybyszem z innej planety. Selwyn był oderwany od rzeczywistości, a przynajmniej tej jej części w której aktualnie się znajdował, myślami będąc przy swojej narzeczonej. Po krótkiej chwili dotarło do niego, o co de Lapin pytał.
Pewnie... Julek, oczywiście – również po francusku odpowiedział ściętym głosem, wciąż nie do końca będąc w stanie poradzić sobie z targającymi go od środka emocjami. Maska Farleya miała pęknięcia, których nie był w stanie załatać: chwilowo wzięcie się w garść nie było dla niego możliwe, nie kiedy był tu sam z Julienem. Wiedział, że nie musiał niczego udawać, zachowując tym samym siły na później. – W domu został jeszcze gar zupy i sporo chleba... tak mi się wydaje – powiedział, bo już sam nie był pewien ile czego zostanie. Miał skrzętnie sporządzoną listę z tym, od kogo pochodziły poszczególne produkty, z których miały powstawać wszystkie weselne potrawy: zamierzał oddać wszystkim to, co nie zostało jeszcze użyte. Był to co prawda głównie alkohol i rzeczy na przekąski, ale zawsze było to coś. – Tak, tak – rzucił machinalnie na zapytanie o kierunku ich wędrówki, wciąż martwiąc się i stresując. Na Merlina, jak mu było głupio... wszyscy liczyli dziś na radość i chwilę oderwania od wojennych strapień, lecz los po raz kolejny z nich zakpił.
Spojrzał na Juliena dopiero w momencie, w którym ten zaczął snuć swoją opowieść. W oczach Anglika było coś, co zwiastowało że nie był w nastroju na historie, bo przecież halo, on tu przecież się umartwiał i zamartwiał na śmierć. Nie było to jednak w stanie odciągnąć de Lapina od jego zamiaru i chcąc nie chcąc myśli Alexandra zamiast w temat klapy dzisiejszego dnia zabrnęły do wydarzeń, których nie pamiętał. Ukuło go coś w sercu, a Alexander doskonale wiedział, że to poczucie winny innego rodzaju, na dodatek połączone z żalem: tęsknotą za czymś, czego dlań nie było, co nie istniało w jego pamięci. Mimo tego anegdotka relacjonowana przez Francuza wydawała mu się dziwnie znajoma, słysząc o niej miał uczucie déjà vu, choć nie był w stanie przywołać do siebie konkretnych obrazów tak coś mówiło mu, że tak musiało być. Kąciki ust na zasmuconej twarzy Farleya uniosły się nieco, bo scena którą opisał mu Julien w istocie była komiczna. Jego kolejne słowa poruszyły go jednak bardziej, aż Alexander zatrzymał się na krótką chwilę nim dwoma długimi krokami nie zrównał się znów z drugim czarodziejem. Zamrugał gwałtownie i wziął głębszy oddech.
Nie pamiętam, ale jakaś część mojej podświadomości pamięta. Potrafię wszystko to czego nauczyłem się przed utratą pamięci, robię to, znaczy się kroję pomidory, bezwiednie – odparł tonem wypranym z jego firmowych wręcz dociekliwości i zastanowienia. – Tak samo jak po tym kiedy usiadłem do fortepianu wiedziałem jak grać. Albo gdy pierwszy raz cię zobaczyłem i od razu wiedziałem, że jesteś kimś niezwykle ważnym. Wciąż pamiętam emocje – przyznał, przelotnie spoglądając na Francuza z całą mocą sympatii jaką do niego posiadał, a choć okraszonej smutkiem to wciąż niezwykle szczerej.
W tym momencie dotarli jednak na plac i ich uwaga została pochłonięta czym innym. Przez moment wydawało się, że jak na plac zabaw jest cicho, jednak dzieciarnia oblegała go nawet w tak dżdżysty dzień. Widok babeczek wzbudził w nich niemałą sensację, a na okrzyk Juliena w paru pobliskich domach otworzyły się drzwi. ALexander postarał się uśmiechnąć w miarę swobodnie, jednak miał wrażenie jakby ktoś nalał mu ołowiu do mięśni.

| Rzut na spostrzegawczość (II, +30)


Alexander Farley
Alexander Farley
Zawód : Uzdrowiciel
Wiek : 22
Czystość krwi : Zdrajca
Stan cywilny : Zaręczony

Alex, you gotta fend for yourself

OPCM : 52
UROKI : 25
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 37
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 11
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Metamorfomag
Plac zabaw 9545390201fd274c78230f47f1eea823
Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t927-alexander-farley https://www.morsmordre.net/t999-fumea https://www.morsmordre.net/t937-lubisz-moze-teatr#4917 https://www.morsmordre.net/f223-dolina-godryka-kurnik https://www.morsmordre.net/t3768-skrytka-bankowa-nr-277 https://www.morsmordre.net/t979-a-selwyn#5392

Powrót do góry Go down

The member 'Alexander Farley' has done the following action : Rzut kością


'k100' : 87
Morsmordre
Morsmordre
Zawód : Mistrz gry
Wiek :
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
OPCM : 99
UROKI : 99
ALCHEMIA : 99
UZDRAWIANIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Plac zabaw Tumblr_lqqkf2okw61qionlvo3_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki

Powrót do góry Go down

Właściwie to niezbyt przepadał za momentami, gdy Alex musiał przybierać inną twarz – rozumiał sens takiego przedsięwzięcia i nie chodziło też o jakąkolwiek niechęć do metamorfomagii, po prostu uważał, że każda taka zmiana dawała człowiekowi również maskę. Jak w teatrze, gdy należało wcielić się w daną rolę, aktor musiał zmieniać swoje podejście i po ubraniu kostiumów oraz wystrojeniu się w odpowiednią charakteryzację, każde słowo stawało się prostsze. Było to odrobinę jak bariera oddzielające prawdziwe ja i tego de Lapin się obawiał. Nie chciał, aby jego najlepszy przyjaciel musiał tkwić w obcej skórze, szczególnie w takiej sytuacji, jak ta. Chociaż… może po prostu zbyt wiele o tym myślał, nazbyt analizował, a Farley najpewniej zdążył do tego wszystkiego się już przyzwyczaić. Może druga twarz była niczym większym, jak innymi skarpetkami lub przedziałkiem we włosach po drugiej stronie?
Ożywił się nieco, dostając zgodę na skosztowanie bajecznej słodkości. Ujął delikatnie wypiek, zatapiając w nim zęby. Pan Beckett będzie jednak musiał pogodzić się z przegraną, wszak najnowszym ulubionym specjałem zostały babeczki autorstwa… – Któż to cudo wyczarował? – zapytał, wciąż z pełnymi ustami. Podobno nie wypadało, jednak Julien arystokratą nie był, więc jemu chyba wolno popełniać takie faux-pas. Koniecznie chciał poznać autora lub autorkę, układając już w głowie rymowankę, którą oświadczy wybitny kunszt słodkości! Chociaż… właściwie było jeszcze coś, co mogło zdetronizować babeczkę, ten niewinny smak powideł i kremowego piwa, okraszony blaskiem migoczących gwiazd. Nawet nie pojmował, dlaczego wspomnienie nadbiegło tak nagle i równie gwałtownie spowodowało lekkie zakrztuszenie, na które pomogło kilka solidnych odkaszlnięć. – Nic mi nie jest – zapewnił, pokasłując jeszcze parokrotnie, aż wreszcie wziął kolejny kęs. Na szczęście ktoś, kto nie znał jego myśli, mógł to po prostu czytać jako zachłanność… pytanie, czy Alex dostrzegał też to dziwnie spanikowane spojrzenie, jakby nieprzelęknięte tym, co działo się z ciałem, a raczej spanikowane tym, co było w głowie. – Zupa i chleb przydadzą się później, bo… będzie jakieś później, prawda? – zagaił, upewniając się, że dzisiejszego wieczora Kurnik nie będzie świecił pustkami. Poświęcili sporo czasu, więc mogliby chyba… urządzić cokolwiek?  
Markotny Alex przypominał Julienowi te pierwsze miesiące w szkole, gdy często bezskutecznie próbował go rozbawić, rozbudzić, przywrócić do żywych, choć przecież martwy nigdy nie był. Nie zniechęcił się wtedy, więc tym bardziej teraz niewiele się zdało to, że to „nie był ten moment”. Zresztą, takiego wytłumaczenia nie przyjmował; no… może gdy trzeba było się spieszyć, była to kwestia życia i śmierci… Właściwie to chyba jednak je przyjmował, lecz w zależności od sytuacji, okoliczności i skali podenerwowania Farleya.
Zerkając na przyjaciela, rozpromienił się na widok tego delikatnego uśmiechu, cienia właściwie, malutkiej iskierki. Lecz to mu wystarczyło, chociaż nie był gotowy na ładunek iście wybuchowy, którym postanowił uraczyć go przyjaciel. Przez pierwsze słowa kiwał głową, starając się zapamiętać na przyszłość te fakty – chociaż znając życie, prędziutko o tym zapomni, na rzecz zupełnie innych słów. Później wkroczyła zaduma, ściągając ze sobą brwi bruneta, aż wreszcie zielone oczy zadrżały, a kroki ustały. Albo gdy pierwszy raz cię zobaczyłem i od razu wiedziałem, że jesteś kimś niezwykle ważnym. Te słowa zapisał sobie w sercu, wierząc, że będą dla niego pociechą w trudnych chwilach. Chciał być błyskotliwy, chciał powiedzieć coś trafnego, chciał… wiele. Jednak rozchylone usta i zastygłe ciało, zostało skwitowane spuszczeniem głowy i dosyć nerwowym śmiechem. Blade, z lekka piegowate policzki zalał lekki rumieniec, a słowa ugrzęzły gdzieś w gardle. Ciche westchnienie podsumowało ostatecznie to zawieszenie i młodzieniec ruszył za Farleyem, uśmiechając się pociesznie.
Donośne powitanie, jakie zaserwował Julien, było odwrotne do tego co zastali na placu. Istna cisza przed burzą, która ostatecznie postanowiła ukazać się w formie korzenia, jaki wyskoczył z nikąd. Poeta był z natury mało spostrzegawczy jeśli chodziło o coś innego niż wróżbiarstwo, zresztą czasem to symbole odnajdowały raczej jego, napływały z każdej ze stron, a taki korzeń czaił się niczym kot polujący na mysz. Podstępna roślina uderzyła w młodego czarodzieja z impetem i nawet nie zdążył powiedzieć „ratunku”, gdy już leciał w kierunku Alexa, kurczowo zaciskając koszyk z jedzeniem w taki sposób, aby uchronić wypieki przed zmarnowaniem. Płaszcz się wypierze, a babeczki niekoniecznie…
- Harry! Harry, gdzie jesteś? – rozległo się nagle wołanie, dokładnie od drugiej strony placu zabaw. Rozżalona, rudowłosa kobieta wręcz biegła w kierunku huśtawek, rozglądając się w panice. Zaraz za nią, biegł jej mąż, uważnie stąpając między kałużami, abym w odróżnieniu od żony nie zabrudzić całego odzienia.

| jestem mało spostrzegawczy, upadaaaaam

[bylobrzydkobedzieladnie]


A on biegł wybrzeżami coraz innych światów. Odczłowieczając duszę i oddech wśród kwiatów


Ostatnio zmieniony przez Julien de Lapin dnia 10.03.21 16:12, w całości zmieniany 1 raz
Julien de Lapin
Julien de Lapin
Zawód : poeta i wróżbita
Wiek : 22
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
je raisonne en baisers

OPCM : 5
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 15
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Jasnowidz

Nieaktywni zakonnicy
Nieaktywni zakonnicy
https://www.morsmordre.net/t9230-julien-de-lapin#280581 https://www.morsmordre.net/t9250-walentyna https://www.morsmordre.net/t9252-wrozbita-julek https://www.morsmordre.net/f314-dolina-godryka-makowka https://www.morsmordre.net/t9251-skrytka-bankowa-nr-2157#281325 https://www.morsmordre.net/t9253-julien-de-lapin

Powrót do góry Go down

Julien zachwycał się babeczką, a Alexander nie był w stanie skupić się na teraźniejszości; a może właśnie skupiał się na niej aż za bardzo, tyle że na innym jej punkcie.
Florence i Maeve – odparł wręcz odruchowo, jednak kiedy dwa imiona wybrzmiały Alexander wzdrygnął się nieznacznie, zaciskając zaraz usta. Wszyscy tak się napracowali, a tu... a tu nic. I jeszcze ganiali po całej Dolinie i nie tylko, roznosząc jedzenie, które miało być dla nich. I było z ich zapasów. Nie potrafił oderwać się od tych myśli, z których wysuwała się na pierwsze tło jedna konkluzja: zostali dziś srodze zawiedzeni. A chociaż nie powinien czuć się winny, nikt nie mógł czuć się winny w tej sytuacji, tak mimo wszystko Alexander nie był w stanie odgonić od siebie tego uczucia, że w jakimś sensie ich zawiódł.
Dopiero kiedy Julien zaczął do niego mówić, Alexander zaczął zauważać, że de Lapin nie wyglądał jakby miał mu cokolwiek za złe. Nie, on w ogóle na takiego nie wyglądał. Inni zapewne raczej też. Może więc przynajmniej na tym polu nie było źle? O ile jakkolwiek mogło nie być źle biorąc pod uwagę fakt, że narzeczona Farleya zapadła na niezwykle zaraźliwą i trudną w leczeniu chorobę. Więc kiedy Julien się zakrztusił Alexander momentalnie wpadł w jakąś panikę, w jednej chwili wyciągając różdżkę i będąc gotowym ruszyć na ratunek przyjacielowi. Nie, nie potrzebował dławiącego się Juliena, nie w tej chwili, bo chyba po prostu tak jak stał by usiadł na błotnistej drodze, w końcu pękając pod naporem całej sytuacji. Tak się jednak nie stało, a młody Gwardzista na krótki moment mógł odetchnąć: zaraz jego spojrzenie trafiło jednak na guza na czole Francuza, a to odetchnięcie przemieniło się w westchnięcie.
Będzie późnej, będzie. Ale zaczekaj, bo jestem idiotą – mruknął, po czym komunikując wcześniej swój zamiar gestami ułożył swój kosz z babeczkami na koszu Juliena. Złapał go zaraz pod brodę i delikatnie obrócił głowę przyjaciela, przypatrując się czołu i reszcie jego głowy. Zaraz jednak przeniósł dłoń wyżej, ostrożnie badając naokoło sińca, po czym do samego namacalnego dowodu wizji Julka przysunął różdżkę. – Episkey Maxima – wymamrotał inkantację z bardzo delikatnym, precyzyjnym ruchem nadgarstka. Krwiak na głowie Francuza zaczął się zmniejszać, czarodziej mógł poczuć kojący chłód zaklęcia, które całkowicie wymazało z jego oblicza brzydką ranę. Alex dla pewności przejechał jeszcze po tym miejscu na czole, naciskiem palców upewniając się, że pod skórą nie kryło się żadne pęknięcie. Nic takiego nie znalazł, więc ostatecznie schował różdżkę i uśmiechnął się nieco. – Już. Chodźmy – rzucił i zabrał swój kosz, ruszając dalej w dół zbocza i swoich myśli, które ponownie go opadły, a na które lekarstwem okazał się być Julien.
Kiedy Francuz przystanął, Alex momentalnie zwolnił i obejrzał się przez ramię na przyjaciela, po raz kolejny unosząc kąciki ust ku górze. – Musisz opowiedzieć mi więcej o swojej mamie – stwierdził, kiedy znów się zrównali. Nie brzmiało to jak "powiedz mi teraz natychmiast więcej", a raczej jak obietnica tego, że wkrótce usiądą i porozmawiają całkiem na spokojnie, o rzeczach równie nienaglących. Teraz nie mogli pociągnąć tego tematu, bo ich oczom ukazały się huśtawki, zjeżdżalnia, drabinki i piaskownica, a także zgraja dzieci i... korzeń.
Julek, uważaj! – rzucił, w ostatnim momencie przeskakując przeszkodę – przysiągłby, że jeszcze mrugnięcie powiek wcześniej go tam nie było – lecz widział już, że się spóźnił. Bez namysłu wyrwał się do przodu, praktycznie wpadając na przegrywającą walkę z grawitacją sylwetkę przyjaciela. Kosze z babeczkami zatrzeszczały w ich ramionach kiedy Alexander zaparł się nogam o podłoże, jedną ręką przyciskając do siebie ciężar ciała przyjaciela, dla którego sylwetka byłego Selwyna na moment stała się jedynym punktem stabilnego zaczepienia.
Mam cię – wraz z oddechem wyrwało się cicho z ust Alexandra, po francusku, a Farley poczuł jak ponownie ogarnia go wrażenie déjà vu. To nie był pierwszy raz kiedy łapał Juliena. Czuł się z tym bardzo na miejscu. – W porządku? – zapytał, kiedy Julek stanął już pewnie na własnych nogach. Zaraz jednak jego uwagę przykuła para, która wcześniej musiała rozproszyć jasnowidza, że nie widział tego czyhającego na jego życie korzenia.
Co się stało? – zapytał kobiety, która stojąc nieopodal rozpaczliwym spojrzeniem przeczesywała dzieciaki, które otoczyły dwóch czarodziejów z babeczkami. Alex puścił kosz ze słodyczami, pozwalając dzieciom się nim zająć: te zaś nie zawiodły młodego Gwardzisty, bo zaraz z radosnym hałasem zaczęły wybierać babeczki, niekiedy z kilkoma w dłoniach puszczając się w stronę domów, niewątpliwie by zanieść smakołyki rodzinie. Alexander skupił się jednak na kobiecie, która dopadłszy do drzewa podniosła coś spod niego: dziecięcą zabawkę, przemoczonego pluszowego misia. Kobieta rozglądała się panicznie dookoła, wciąż wykrzykując imię. Chciał powtórzyć swoje pytanie, kiedy odpowiedział mu podenerwowany mąż kobiety.
Nie możemy znaleźć naszego sześcioletniego syna, Harry'ego – powiedział mężczyzna, a Alexander momentalnie spojrzał na Juliena. Czy myślisz o tym o czym ja myślę?, zdawało się pytać poważne spojrzenie Gwardzisty.


Alexander Farley
Alexander Farley
Zawód : Uzdrowiciel
Wiek : 22
Czystość krwi : Zdrajca
Stan cywilny : Zaręczony

Alex, you gotta fend for yourself

OPCM : 52
UROKI : 25
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 37
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 11
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Metamorfomag
Plac zabaw 9545390201fd274c78230f47f1eea823
Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t927-alexander-farley https://www.morsmordre.net/t999-fumea https://www.morsmordre.net/t937-lubisz-moze-teatr#4917 https://www.morsmordre.net/f223-dolina-godryka-kurnik https://www.morsmordre.net/t3768-skrytka-bankowa-nr-277 https://www.morsmordre.net/t979-a-selwyn#5392

Powrót do góry Go down

Florence i Maeve, imiona zaledwie kojarzył się z kilkoma twarzami, lecz Julien nie wiedział, czy myślał o prawowitych właścicielkach mian czy nie. Cóż, najwyżej pozna je potem dokładniej i osobiście podziękuje za smakołyki. Tak, to był dobry, sensowny plan. Może gdzieś jeszcze uchowają się dodatkowe wypieki, o których nie wiedział i cudowne boginki kuchennych wypieków uraczą go słodyczą?
Ta wyciągnięta różdżka przez Farleya nieco zaniepokoiła Francuza, bo przecież już się nie dusił! Dopiero kolejne słowa nieco zbiły de Lapina z pantałyku i zmarszczył brwi, wpatrując się głupkowato w przyjaciela. – Nie jesteś idiotą, to moje miano – oburzył się, będąc gotowym na obronę Alexa przed jego słowami, a ostatecznie przytrzymał oba kosze i odwrócił wzrok na pole, pozwalając uzdrowicielowi czynić swoją powinność. Raczej nie był gotowy w tej chwili na badanie, lecz nie opierał się i po prostu podążył za gestem przyjaciela, nie stawiając żadnego oporu. Skrzywił się nieco, gdy ten zaczął badać siniaka. – Tak, wielka śliwka, wiem – westchnął, kierując spojrzenie na różdżkę, jaka znalazła się przy jego twarzy. Poczuł się odrobinę jak dziecko, któremu ktoś musiał nałożyć plasterek na kolanko, brakowało tylko iście maminego całusa w czubek głowy, na szczęście Farley sobie tego oszczędził. Jednak przyjemny chłód i zanik tego całego bólu, rozluźniły wreszcie dziecinnie zadumaną twarz poety. – Dziękuję – dodał, chcąc pomacać się po czole samemu, lecz najwyraźniej Pan Doktor nie skończył swojego badania, toteż Pan Pacjent cierpliwie czekał, wbijając spojrzenie w skupioną minę Alexandra. – Hehe, szukasz guza? – zaśmiał się, próbując zabrzmieć trochę groźnie, jak gdyby faktycznie przez krótką chwilę aspirował do roli jakiegoś dryblasa, który szukał pretekstu dla pobicia kogoś. Lecz Julien nigdy taki nie był, a z jego pacyfistycznie rozanieloną miną, wyglądał z tymi słowami wyjątkowo irracjonalnie. Wciąż śmiejąc się pod nosem, chwycił jeszcze jedną babeczkę i postanowił ją spożyć, starając się nie wywrócić gdy schodzili już po zboczu.  
Obietnica złożona między wierszami rozpromieniła lico Francuza, na co ten pokiwał głową. Marzył o tym, aby obaj mogli spędzić beztrosko czas, może we dwójkę – może z myślodsiewnią? Alex był jego przyjacielem – bratem, którego sam wybrał na pierwszych zajęciach z transmutacji. Rozkojarzony tymi myślami, dziećmi i parą, która zaczęła krzyczeć, nie był w stanie spostrzec korzenia.
Ściskając koszyk, ściskał również powieki, jak gdyby to miało go uchronić przed upadkiem. Na szczęście miał obok siebie najlepszego przyjaciela, który to nie pierwszy raz chronił go przed nabiciem kolejnych siniaków. – Masz mnie – odetchnął z ulgą, otwierając oczy i spoglądając dosyć błogim spojrzeniem na Farleya. Ile raz już go tak ratował? Jego prywatny bohater i rycerz. W szkole zawsze był tym ramieniem, które nie pozwalało jasnowidzowi paść na podłogę gdy dopadały go wizje, jak on przetrwał bez niego tyle czasu? Nie wiedział, lecz mógł tylko dziękować losowi. – Tak, w porządku. Dziękuję – zaśmiał się pod nosem, stając o własnych siłach, a potem zerknął na dzieciaki, które dopadły jego koszyk. Kucnął przy urwisach, oferując im przysmaki, a jednocześnie kontrolnie zerkał na nadchodzącą parę. Natomiast gdy strapiony mężczyzna odpowiedział, Julien niemal w tym samym momencie spojrzał wymownie na przyjaciela, rozumieli się bez słów – kiwnął więc głową w jego kierunku i wyciągnął swoją różdżkę. – Czy to pluszak pani syna? – zapytał, powoli podchodząc do kobiety, a jego dłoń mimowolnie wylądowała na ramieniu nieznajomej w geście pocieszenia. Obecnie całkowicie przestawił się również na język angielski - szkoda, lecz tak trzeba było. – Wiem, że o wiele proszę, lecz czy mogę? W ten sposób go znajdziemy prędzej – wyjaśnił, przemykając dłonią po jej przedramieniu i chwytając przemoczoną zabawkę. Kobieta zadrżała, a jej spanikowane spojrzenie spoczęło na oczach jasnowidza. Puściła misia, chyba odnajdując spokój w zieleni szumiących traw tęczówek młodego czarodzieja. Bez słowa przyglądała mu się, zaś on chwycił mocniej pluszaczka i przymknął oczy, wznosząc wyżej różdżkę. – Invenito Visum – wypowiedział, a zaraz potem poczuł magię wibrującą wokół drewna berchemii. Zaraz potem drewno pociągnęło go w kierunku jeziora, a także wydawało mu się, że wiedział mniej więcej, ile dzieli go od zaginionego chłopca. Nie było to daleko, zaledwie chwila drogi… i już miał o tym mówić, gdy poczuł dziwny brak tlenu. Zupełnie jak gdyby otaczała go zewsząd woda, a przebłyski nieba i fal zawirowały w jego myślach, niemal doprowadzając do utraty przytomności. – Jezioro! – krzyknął i otworzył oczy spanikowany, łapiąc haust powietrza. Wciąż trzymając pluszaka, ruszył biegiem w znanym sobie kierunku. – Prędko! Alex, on się topi! – zawołał, biegnąc ile sił w nogach.


A on biegł wybrzeżami coraz innych światów. Odczłowieczając duszę i oddech wśród kwiatów
Julien de Lapin
Julien de Lapin
Zawód : poeta i wróżbita
Wiek : 22
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
je raisonne en baisers

OPCM : 5
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 15
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Jasnowidz

Nieaktywni zakonnicy
Nieaktywni zakonnicy
https://www.morsmordre.net/t9230-julien-de-lapin#280581 https://www.morsmordre.net/t9250-walentyna https://www.morsmordre.net/t9252-wrozbita-julek https://www.morsmordre.net/f314-dolina-godryka-makowka https://www.morsmordre.net/t9251-skrytka-bankowa-nr-2157#281325 https://www.morsmordre.net/t9253-julien-de-lapin

Powrót do góry Go down

Niczym lustrzane odbicie Juliena, tak podobne a jednocześnie tak różne, Alexander na słowa przyjaciela zmarszczył brwi.
Nonsens. Nie uważam cię za idiotę – powiedział niezwykle pewnie i szczerze, przelotnie szukając spojrzenia Juliena, lecz ten odwrócił oczy w inną stronę. Alexander nie przejął się tym jednak, po prostu wracając do swojej pracy, którą w mig ukończył. Na żart Juliena westchnął nieco teatralnie i wywrócił oczami, a jego usta zadrżały w cieniu uśmiechu. – A co, sprzedajesz? – odparł bez skrupułów, klepnął przyjaciela w ramię i ruszył dalej.
To nie był jednak ostatni raz kiedy przyszło im dziś znaleźć się tak blisko siebie: jego kurczowy chwyt na upadającym Julienie umiejscowił ich znów tuż przy sobie, a na widok ulgi na twarzy przyjaciela Anglik nie mógł się nie uśmiechnąć, tym razem trochę szerzej. On zawsze był gotów złapać Juliena, zaś Julien – jego. Wyprostował się i poprawił chwyt na koszu babeczek, lecz zamiast po prostu rozdać je dzieciom czekało ich coś niespodziewanego i o wiele gorszego. Farley uważnie obserwował Juliena kiedy ten podszedł do kobiety i w wyważony sposób poprosił o zabawkę. Alexander wiedział, jakie cuda potrafił z cudzymi rzeczami stworzyć jego przyjaciel, a na pewno był to jeden konkretny cud: odnalezienia. Pokonał dystans, który oddzielał go od przyjaciela i ze skupieniem przyglądał się zmianom wyrazu na twarzy Francuza.
I to co padło z jego ust nie było najdelikatniejsze czy też najlepiej ubrane w słowa, było nagłe tak samo, jak sytuacja. Alexander spojrzał na Juliena, który zerwał się do biegu, na matkę chłopca, która w jednej chwili zamarła i zbladła, a w następnej wydała z siebie lament tak przejmujący, że aż zadrżał. Farley zacisnął palce na różdżce i wziął głębszy oddech, skupiając się na teleportacji, która z głośnym trzaskiem zabrała go z placu zabaw na brzeg stawu, nieopodal kamienia, na którym od czasu do czasu przesiadywał w bardziej pogodne dni.
Dziś jednak nic nie zachęcało do tego aby zatrzymać się i usiąść. Wiatr w co gwałtowniejszych podmuchach smagał deszczem, a okoliczności znalezienia się nad jeziorem wcale nie były miłe. Farley bez chwili zwłoki uniósł różdżkę, która ze świstem przecięła powietrze.
Homenum Revelio! – wymówił inkantację i intensywnie zaczął wpatrywać się w wodną toń. Praktycznie od razu w jego oczach zajaśniała drobna sylwetka, nie aż tak daleko od brzegu, bardziej na prawo. Alexander naprędce zaczął ściągać z siebie ubrania, słysząc jak spośród ulewy przebijają się do niego mokre plasknięcia pędzącego doń Juliena.
Trzymaj – wepchnął przyjacielowi w dłonie odświętne szaty, które z siebie zdjął, a następnie różdżkę. Alexander pozostał w samej bieliźnie, z prędko czerwieniejącymi od zimna dłońmi, nosem i policzkami. Spod podkoszulka na plecach straszyła wychylająca się rozległa blizna na plecach, a nieokryte niczym lewe ramię szczerzyło pełnię poplątanych, wijących się śladów, na przedramieniu rozcięte jedną prostą, równą różową szramą. Nie czekając na jakąkolwiek odpowiedź Alexander rzucił się w kierunku stawu, drżąc z zimna rzucił się w toń i łapiąc się ostatnich smug zaklęcia ujawniającego ludzką obecność, zanurkował. Woda zafalowała, a następnie uspokoiła się, drżąc tylko od wiatru i deszczu.
Sekundy rozciągały się w nieskończoność, aż nagle woda znów zawrzała, a nad jej powierzchnię wychynęła mokra głowa Farleya. Nie było mu łatwo holować nieprzytomne dziecko, kończyny zdawały mu się sztywnieć z zimna, ze dwa razy zanurzył się znów, po czym prychając wychynął na powietrze. W końcu jednak długie nogi Farleya złapały grunt i poprawiwszy chwyt na chłopcu wyszedł z wody, targany dreszczami. Opadł prędko na trawiasty brzeg, drżącymi dłońmi odgarniając sobie włosy z twarzy. Pochylił się, słuchając za biciem serca: nie odnalazł.
Ju-u-ulienn, rrróżdżżka! – krzyknął, nie czekając na przyjaciela zatkał chłopcu nos, odchylił głowę do tyłu i choć powietrze zdawało się palić go w gardło wdmuchał powietrze przez sine, zimne usta do płuc. Kiedy jednak tylko hikorowe drewno znalazło się w jego zasięgu Alexander chwycił zgrabiałymi palcami za różdżkę i zaczął wyrzucać z siebie lecznicze inkantacje jedna po drugiej.
Anapneo – kącikami rozchylonych, fioletowych ust zaczęły wyciekać stróżki wody.
Palus – różdżka przejechała nad obklejaną mokrymi ubraniami drobną piersią, która drgneła, powracając do oddychania. Alexander przycisnął do niej ucho: usłyszał wątłe, niestabilne bicie serca.
Alti calor. Alti calor. Sango circum – blada skóra powoli, pomału zaczęła nabierać barw.
Immunitaris – oddech stał się nieco głębszy i równiejszy.
Surgito – różdżka przemknęła po raz kolejny nad chłopcem, a jego oczy powoli, pomału i niechętnie otworzyły się.


Alexander Farley
Alexander Farley
Zawód : Uzdrowiciel
Wiek : 22
Czystość krwi : Zdrajca
Stan cywilny : Zaręczony

Alex, you gotta fend for yourself

OPCM : 52
UROKI : 25
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 37
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 11
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Metamorfomag
Plac zabaw 9545390201fd274c78230f47f1eea823
Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t927-alexander-farley https://www.morsmordre.net/t999-fumea https://www.morsmordre.net/t937-lubisz-moze-teatr#4917 https://www.morsmordre.net/f223-dolina-godryka-kurnik https://www.morsmordre.net/t3768-skrytka-bankowa-nr-277 https://www.morsmordre.net/t979-a-selwyn#5392

Powrót do góry Go down

Chciał coś odpowiedzieć, naprawdę miał na końcu języka jakąś ciętą ripostę, która skutkowałaby dalszym przekomarzaniem, lecz ostatecznie uśmiechnął się pod nosem, dając za wygraną – żaden z nich nie był idiotą. Sensowny rozejm. Podobnie zresztą było w kwestii „szukania guza”, lecz tylko zaśmiał się, utkwiwszy wzrok na dłużej w tak dobrze znanych mu ślepiach Farleya i z westchnieniem godnym umęczonego podróżnika ruszył za przyjacielem.
Plac zabaw – tak niewinnie brzmiący tytuł. Czym jednak była zabawa dla zaginionego Harry’ego i co spowodowało, że wylądował pod taflą wody? Czy dzieciaki, które rzuciły się na pyszne wypieki wiedziały o tym? Najpewniej gdyby nie zaklęcie, śledztwo trwałoby znacznie dłużej, a i zaginiony byłby skazany na możliwą śmierć. Ile tonie człowiek? Julien nie znał się na biologii, słyszał jedynie o tym, że podobno to długi proces, a będąc pod wodą przez długie minuty wciąż posiada się świadomość. Glony, ryby, brud wody – to wszystko można było dostrzec z myślą nieubłagalnego końca, wszak w tej pustce nie ma duszy, która by pomogła. Nieubłagalny koniec i oczekiwanie na niego przez długie minuty w samotnej toni – pustce.
Francuz mknął niczym strzała w kierunku, który wskazała mu różdżka – nie pomyślał o teleportacji, podobnie jak dzisiejszego ranka. A gdyby w przypływie emocji się rozszczepił? Zawsze istniało to minimalne ryzyko, a młody czarodziej wolał nie dodawać przyjacielowi kolejnych ran do leczenia. Za sobą słyszał kroki i bieg rozżalonych rodziców.
Gdy tylko dobiegł, spostrzegł na wpół rozebranego Farleya – czyli chciał wskakiwać do jeziora i był tu już dużo wcześniej. Ufał mu, wiedział, że ten ma plan i w ferworze akcji, złapał podane mu szaty oraz różdżkę. Pokiwał głową, a potem trzymając ten cały grajdół jedną ręką, wzniósł ponownie różdżkę, robiąc to, co podpowiadała mu intuicja. Chłód, jaki ciągnął za sobą wiatr, był jednym, lecz większym problemem mogło być przemoczone ciało, a Julien nie chciał, aby Alex i Harry przemarzli zaraz po wyjściu z wody. Zresztą, wierzył, że uratują chłopca, a znaki na niebie i ziemi, raczyły podpowiadać mu we wróżebnym rytmie aluzji, że tak właśnie będzie. - Caeli fluctus – machnął różdżką, a magia rozgrzała powietrze, podnosząc temperaturę wokół o kilka stopni. Zrobiło się zupełnie jak w przeciętny wiosenno-letni dzień, jedynie przecinający powietrze wiatr, wydawał się burzyć możliwość względnego przetrwania lodowatej kąpieli. Zmarszczył więc brwi, zerkając w kierunku wynurzonej głowy Farleya – miał ze sobą chłopca. Uśmiech zagościł na twarzy Juliena, a swoista ulga rozbiegła się po ciele, pozwalając chwycić mocniej różdżkę. – Caelum – wypowiedział, tworząc barierę przed wiatrem wokół kawałka ziemi mogącego objąć jego, Alexa, Harry’ego i jego rodziców. Tak przygotowana przestrzeń czekała na ratownika i zaginionego, aby można było przystąpić do kolejnych kroków. Julien natychmiast podał Farleyowi różdżkę, a potem jego dłoń zagrodziła drogę mamie małego chłopca. – Nie… Proszę mu nie przeszkadzać – wyrzekł, zerkając błagalnym spojrzeniem na kobietę, a potem porozumiewawczo kiwnął do mężczyzny, który przytrzymał spanikowaną żonę. Francuz absolutnie rozumiał matczyne serce, rwące się do dziecka, lecz to nie była pora na uściski i całuski, tu trzeba było ratunku, jaki obecnie tylko mógł zapewnić najzdolniejszy w Dolinie Godryka uzdrowiciel.
Wreszcie młody jasnowidz spojrzał na przyjaciela, rejestrując gigantyczną siatkę blizn pokrywającą jego mokre, chude ciało. Zadrżał delikatnie – przed iloma bliznami go ostrzegał i jak wiele z nich mógłby uniknąć? Dziwnie przejmujący żal ścisnął jego żołądek – gdyby nie lenistwo to czy wszystko wyglądałoby teraz inaczej? Zacisnął lekko wargi, przemykając spojrzeniem po śladach od ran, aż wreszcie dziwna cisza wyrwała go z głębokiego zamyślenia, które było jego tajemnicą.
Zamrugał kilkakrotnie i prędkim ruchem nałożył na nagie plecy Alexa jego szatę, aby choć trochę go okryć, nim się ubierze. W jednej chwili gdy Harry otworzył oczy, jego matka wyrwała się z uścisku męża i padła na kolana przy synku, zbierając go w swoje ramiona. Ojciec zaś zdjął z siebie ciężki płaszcz, aby wreszcie w kilku sprytnych ruchach owinąć nim swoje dziecko.
Julien westchnął cicho i poklepał przyjaciela po plecach, podając mu spodnie, gdy odchodzili kilka kroków na bok, aby zrobić miejsce dla płaczu matki i przejętego spojrzenia ojca. – Ubieraj się, trzęsiesz się jak galareta – zauważył dosyć stanowczo, przemykając spojrzeniem po ciele Alexandra, doszukując się kolejnych blizn, jakie mógł jeszcze przeoczyć. Z pewnością przyjdzie mu o nie zapytać, o każdą, nawet najmniejszą. Chociaż może nie był to moment na żarty, tak młody Francuz nie mógł się powstrzymać od jednego słowa, które cisnęło mu się na usta w formie wspomnień z dawnych lat, gdy jeszcze raz stawali pod jednym prysznicem w szkolnych łazienkach, śmiejąc się z siebie nawzajem. Chłopcy, typowi chłopcy. – Wyprzystojniałeś – stwierdził lustrując Farleya teatralnie wręcz, może nawet do przesady, gdy podawał mu kolejne ubrania, starając się jednak powiedzieć to na tyle cicho, aby rodzice zaginionego chłopca tego nie usłyszeli. Zaraz potem jednak spoważniał i spojrzał na rodzinę kilka kroków od nich. – Ciekawe... dlaczego był w wodzie, jak myślisz? – wymsknęło mu się w kierunku uzdrowiciela, a zaraz potem gdy wreszcie podał Lexowi ostatni ciuch, złapał się pod boki, w zadumie analizując przestrzeń wokół, prawie niczym rasowy detektyw.


A on biegł wybrzeżami coraz innych światów. Odczłowieczając duszę i oddech wśród kwiatów
Julien de Lapin
Julien de Lapin
Zawód : poeta i wróżbita
Wiek : 22
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
je raisonne en baisers

OPCM : 5
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 15
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Jasnowidz

Nieaktywni zakonnicy
Nieaktywni zakonnicy
https://www.morsmordre.net/t9230-julien-de-lapin#280581 https://www.morsmordre.net/t9250-walentyna https://www.morsmordre.net/t9252-wrozbita-julek https://www.morsmordre.net/f314-dolina-godryka-makowka https://www.morsmordre.net/t9251-skrytka-bankowa-nr-2157#281325 https://www.morsmordre.net/t9253-julien-de-lapin

Powrót do góry Go down

Nie wiedział dlaczego zimno tak uparcie go prześladowało.
Tam, pod wodą, było cicho i spokojnie. Był samotny, nikt go nie obserwował jak nie mógł w żadnym wypadku nabrać oddechu. Na dłuższą miarę było to zabójcze. Płynął jednak wytrwale, czując się jakby jego życie biegło w kręgach, wracając do tych samych punktów.
Zimno lizało go po skórze, wgryzało się w ciało, lodowaty jad wtłaczało do żył, skuwało kości do szpiku. Paradoksalnie płuca paliły go w piersi, jakby zogniskowała się tam resztka ciepła w nim krążąca i w rozpaczliwym geście walki z chłodem rozbuchała się tak mocno, że w akcie autodestrukcji spalała Farleya od środka. Cała akcja ratunkowa była zresztą jak taki płomień, który buchał gwałtownie, lecz równie prędko się wypalał. Kiedy więc Alexander ujrzał, jak oczy chłopca otwierają się miał wrażenie, jakby ostatnie minuty były dosłownie jednym mrugnięciem. Drgnął czując na swoich ramionach szatę i obrócił się, wdzięcznym wzrokiem obejmując sylwetkę Juliena. Złapał go za ramię i podciągnął się nieco, korzystając z oparcia przyjaciela kiedy ubrudzone ziemią i obklejone upadłymi, gnijącymi liśćmi kolana zatrzęsły się pod uzdrowicielem. Mimo tego, że Selwyn, cytując Juliena, trząsł się jak galareta, nie było jednak aż tak przeraźliwi zimno jak przed chwilą.
Zrob-biłeśś cośś z-z temp-perrat-turą? – wydukał, łapiąc za swoją różdżkę i prędko inkantując niewerbalne Evanesco, w efekcie którego woda prędko wręcz odpadła od młodego Gwardzisty, czyniąc jego ciało suchym. Zaczął zakładać na swoje trzęsące się kończyny ubrania, ukradkowo tylko zerkając w stronę rodziny, która przeżywała poprzednie chwile strachu, teraz bezpieczna i znów razem. Na komentarz Juliena Alexander uniósł brwi nieco zaskoczony, lecz na zsiniałych ustach młodzieńca pojawił się nieznaczny uśmiech. – Wybacz, spóźniłeś się, już jestem zaręczony – odmruknął cicho, siląc się na żart przy zapinaniu spodni. Zaraz narzucił na siebie koszulę, jeszcze raz osuszył stopy i wspierając się o Juliena założył skarpetki i buty, a następnie narzucił na siebie szatę i przytykając różdżkę do piersi skupił się na niewerbalnym Alti calor. Poczuł, jak od razu robi mu się cieplej i skinął Julienowi głową na znak tego, że już jest gotowy. Na zadane pytanie wzruszył jednak ramionami, nie znając odpowiedzi.
Odpowiedzi może być wiele, ale to już nie nasza sprawa – powiedział, spoglądając na trójkę przy brzegu jeziora. Podszedł jeszcze do rodziców i chłopca, kiwając im głową i uśmiechając się nieznacznie. – Uważaj na siebie, Harry – powiedział, a następnie skierował wzrok na zapłakaną matkę. – Jeżeli będziecie kiedykolwiek czegokolwiek potrzebować nie bójcie się przyjść do lecznicy. Nie tylko jeżeli potrzebujecie uzdrowiciela. Musimy zająć się sobą nawzajem, jeżeli rząd Malfoya się nami nie troszczy – przeniósł spojrzenie na ojca Harry'ego, widząc w mężczyźnie wdzięczność. – Znamy ludzi, którzy mogą pomóc w potrzebie. Zakon Feniksa, który kładzie na szali własne życia w walce o losy całkiem nieznanych im ludzi, magicznych i niemagicznych. Troszczcie się o sąsiadów i przekazujcie im to – dodał jeszcze, po czym zebrał siędo odejścia, jednak przeszkodził mu ojciec chłopca, wstając i wyciągając rękę wpierw do Alexandra, a następnie do stojącego obok Juliena. Farley skinął głową, odwzajemniając uścisk dłoni, po czym ruszył w swoją stronę.
Wracamy na plac zabaw? – zapytał, choć było to pytanie retoryczne. Musieli sprawdzić jak z tymi babeczkami, a i kosze dobrze byłoby odzyskać.


Alexander Farley
Alexander Farley
Zawód : Uzdrowiciel
Wiek : 22
Czystość krwi : Zdrajca
Stan cywilny : Zaręczony

Alex, you gotta fend for yourself

OPCM : 52
UROKI : 25
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 37
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 11
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Metamorfomag
Plac zabaw 9545390201fd274c78230f47f1eea823
Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t927-alexander-farley https://www.morsmordre.net/t999-fumea https://www.morsmordre.net/t937-lubisz-moze-teatr#4917 https://www.morsmordre.net/f223-dolina-godryka-kurnik https://www.morsmordre.net/t3768-skrytka-bankowa-nr-277 https://www.morsmordre.net/t979-a-selwyn#5392

Powrót do góry Go down

Szczękające zęby Farleya wcale nie napawały go radością, zmartwił się nie na żarty i nawet przed krótką chwilę rozważał, czy nie powinien rzucić ponownie zaklęcia zwiększającego temperaturę. W tej samej chwili jego przyjaciel zadał mu pytanie, które wydawało się zabawnie rezonować z myślami młodego jasnowidza. Kiwnął głową, a zmartwione spojrzenie lustrowało dalej rozdygotane ciało przyjaciela. Jak jeszcze pan młody się rozchoruje, to dopiero będzie koniec jakiejkolwiek imprezy. – Ciut podniosłem – dodał, zerkając na działanie niewerbalnego zaklęcia i uśmiechnął się pod nosem. Teraz rzucali na to zaklęcia, a gdyby było lato? Gdyby ciepłe promienie rozlewały się z nieba i upajały blaskiem ciała? Czy nie przyjemniej byłoby się wysuszyć w naturalny sposób? Z pewnością, a leniwe przysypianie na kocu lub ręczniku, wsłuchując się w szum wody, mogło być idyllicznym marzeniem o spędzaniu czasu latem w Dolinie. Tak, był to moment, w którym de Lapin podjął pewną decyzję – chciał wrócić tu latem, może tylko z Alexem, a może z większą ilością osób? Julien nigdy nie podjął również nauki pływania, a jak widać, w takich przypadkach mogła okazać się nieocenionym skarbem. Gdyby był tu sam… pewnie by utonął, próbując ratować chłopca. – Alex… Nauczysz mnie kiedyś pływać? – zapytał bezwiednie, zerkając na przyjaciela. Chwilę potem również padła odpowiedź na komplement, przez co czarodziej parsknął cicho śmiechem i machnął ręką zawiedziony. – Ech! Cóż za strata – pociągnął żart. Wzięcie ślubu z Alexandrem brzmiało jak iście braterska propozycja, choć zamiast pierścionków najpewniej napluliby sobie na ręce – trochę się krzywiąc – i z uściskiem dłoni przyrzekliby sobie przyjaźń po wszystkie czasy. A może już to kiedyś zrobili?   
- Jasne, nie nasza… - mruknął pod nosem. Jednak mierziło go straszliwie, dlaczego chłopiec zapuścił się do wody i dlaczego stracił misia? Może przed kimś uciekał? A może był to po prostu głupi zakład bandą dzieciaków z placu? Zmarszczył lekko brwi – cóż za niewychowane dzieciaki. Może powinien pomyśleć nad jakimś Domem Kultury, żeby urwisom zagospodarować czas lepiej? A może zaoferować się jako opiekunka do tychże dzieciaków? Zawsze byłby to jakiś sposób zarobku, w końcu dzieci go lubiły, a on lubił je – mentalnością potrafił się dopasować, nie szczędząc wówczas śmiesznych rymowanek. Rymowanki… Na tyle zapadł w swoje myśli, że niemal przegapił całkowicie rozmowę Alexa oraz ojca Harry’ego, dopiero na sam koniec podszedł do reszty, uśmiechając się ciepło do wszystkich. Wsłuchał się w ostatnie słowa Farleya, a potem uścisnął dłoń nieznajomego mężczyzny, kiwnąwszy mu głową.
- Wracamy, chcę nasze koszyki. Poza tym… Alex! Mam genialny pomysł – widać było w jego iskrzącym spojrzeniu, że jest to coś bardzo dziecinnego. – Posłuchaj tego – zaczął i odchrząknął, przeczesując w pamięci słowa, na które wpadł chwilę temu. - Czy to piątek czy sobota, Cronus Malfoy to niecnota. Czy to wtorek czy środa, tylko Zakon siły doda! – zarymował, a potem zdał sobie sprawę, jak idiotycznie to brzmiało. Natychmiast więc zaczął gestykulować, pospiesznie się tłumacząc. – Chodzi mi o to, żeby ułożyć coś, co dzieci mogłyby śpiewać! Chodzić i wiesz… jak to dzieci – zakłopotał się. – Nawet nie śpiewać, może recytować lub byłaby to wyliczanka – wymieniał, kierując się powoli w kierunku placu zabaw. - Coś, co byłoby proste do zapamiętania… Ele Mele Dutki Cronusik Malutki? Hm… Wpadł Zakonnik do piwnicy i napisał na tablicy s.o.s Malfoy precz? Różdżka motyka szpiczak wlazł, a żeby Cronusa piorun trzasł? – szedł dalej, wymyślając dziecinne i głupiutkie wyliczanki oraz rymowanki. Nawet nie zauważył, gdy jakiś dzieciak zaczął iść za nim, gdy zbliżyli się znów do placu. – Przyszła dama do Cronusa, Cronus był pijany, przykleił się do ściany, ściana była mokra, to przykleił się do okna, okno było duże, więc wyleciał na podwórze, na podwórzu były dzieci, wrzuciły go do śmieci, a w śmieciach były matagoty i podarły mu galoty!

| zt

[bylobrzydkobedzieladnie]


A on biegł wybrzeżami coraz innych światów. Odczłowieczając duszę i oddech wśród kwiatów


Ostatnio zmieniony przez Julien de Lapin dnia 29.05.21 11:39, w całości zmieniany 2 razy
Julien de Lapin
Julien de Lapin
Zawód : poeta i wróżbita
Wiek : 22
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
je raisonne en baisers

OPCM : 5
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 15
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Jasnowidz

Nieaktywni zakonnicy
Nieaktywni zakonnicy
https://www.morsmordre.net/t9230-julien-de-lapin#280581 https://www.morsmordre.net/t9250-walentyna https://www.morsmordre.net/t9252-wrozbita-julek https://www.morsmordre.net/f314-dolina-godryka-makowka https://www.morsmordre.net/t9251-skrytka-bankowa-nr-2157#281325 https://www.morsmordre.net/t9253-julien-de-lapin

Powrót do góry Go down

Alex mruknął z aprobatą pod nosem na to julienowe ciut podniosłem. Wiedział, że czasem jego przyjaciel potrafił odlecieć gdzieś w chmury, zmyślić się albo coś przeoczyć, jednak wiedział, że mógł na niego liczyć kiedy tylko pojawiał się cień szansy na to, że potrzebowałby jego pomocy. De Lapin pozostawał niezwykle troskliwy względem tych, na których mu zależało, a nawet względem praktycznie nieznanych mu osób. Może było tak z tego powodu, że Francuz był po prostu dobry i zależało mu na każdym? Pomimo całego tragizmu i chłodu przejmującego ich sytuację i ciało uzdrowiciela, Alexander przez chwilę popatrzył na Julina z niezwykle ciepłym uśmiechem na ustach.
C-co bym b-bezz cieb-bie zrob-bił, Jules – westchnął, dalej doprowadzając się do porządku. Nawet zdobył się na żart, który jednak zaraz sprawił, że Farley nieco zmarkotniał. On tu sobie żartował, a tam Ida została sama w pokoju, bez możliwości wyjścia, bez jakiejkolwiek swobody. Zamknięta i chora. Powinni się pospieszyć, musiał do niej jak najszybciej wrócić.
Ruszył więc dość żwawym krokiem w kierunku placu zabaw, tym razem nie teleportując się, a pokonując nie aż tak długi dystans wraz z Julienem. Wędrówka miała im minąć jednak jeszcze szybciej, ponieważ Francuz wciąż pozostawał... sobą. Na zapowiedź genialnego pomysłu Alex tylko uniósł do góry brew, co w sumie tak czy siak nie miało znaczenia, bo nawet gdyby w ogóle nie okazał zainteresowania to Julien i tak by kontynuował oraz i tak miałby pełną uwagę Alexa. Do góry powędrowała jednak i druga brew, kiedy usłyszał ten jakże piękny wierszyk. – Julien, poeto, kontynuuj – powiedział, zaraz otrzymując całe wyjaśnienie i kolejne wersy. Uśmiech na twarzy Alexa rósł słowo po słowie, zwłaszcza kiedy kątem oka dostrzegł jedno z dzieci, które za nimi szło, najwyraźniej ich przedrzeźniając, ale niewątpliwie bardzo uważnie słuchając. Skupiało to też na nich uwagę reszty umorusanej resztkami babeczek zgrai oraz rodziców, którzy z domów wychynęli zobaczyć, co to za zamieszanie.
Mogę spróbować? – zapytał zaraz Julka, po czym zamyślił się. – Na niebie ptaki, w wodzie okonie, niechaj Malfoya feniks kopnie? – powiedział niepewnie, już mówiąc słysząc, że w porównaniu do twórczości de Lapina był to słaby rym. Machnął więc prędko ręką. – Wiesz co, może zostańmy przy twoich – powiedział, od strony pobliskiego drzewa słysząc, jak któreś z dzieci podchwyciło już julecznego Cronusika malutkiego. Alexander uśmiechnął się pod nosem na ten dźwięk, spoglądając na Juliena, nim co tchu w piersi nie zaczął wykrzykiwać rymowanek ułożonych przez przyjaciela. A dzieci zaczynały powtarzać po nich, rodzice spoglądać na siebie niepewnie, lecz co niektórzy jęli uśmiechać się pod nosem, ba, nawet sami włączyli się do tego festiwalu dziecinnej propagandy. Alexander nie wychodził przy tym z podziwu dla swojego przyjaciela, który wymyślał kolejne wersy na poczekaniu. Pomimo tego jak dramatyczny był to dzień w życiu młodego Gwardzisty to nie był on jednak do końca stracony.

| zt :pwease:


Alexander Farley
Alexander Farley
Zawód : Uzdrowiciel
Wiek : 22
Czystość krwi : Zdrajca
Stan cywilny : Zaręczony

Alex, you gotta fend for yourself

OPCM : 52
UROKI : 25
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 37
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 11
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Metamorfomag
Plac zabaw 9545390201fd274c78230f47f1eea823
Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t927-alexander-farley https://www.morsmordre.net/t999-fumea https://www.morsmordre.net/t937-lubisz-moze-teatr#4917 https://www.morsmordre.net/f223-dolina-godryka-kurnik https://www.morsmordre.net/t3768-skrytka-bankowa-nr-277 https://www.morsmordre.net/t979-a-selwyn#5392

Powrót do góry Go down

20 listopada
W kieszeni kurty miał wciśnięty list od Billy'ego, w odróżnieniu od ostatnich zdarzeń, trosk, problemów, ten miał przynieść wreszcie dobre wieści - brat Anne żył i miał się dobrze, i choć wiadomości spłynęły kilka tygodni wcześniej, choć od pewnego czasu nikt go nie widział, to jeden żywy trop był lepszy niż żaden. Wybycie poza coraz bardziej przerażające mury miasta stołecznego miały mu pomóc zapomnieć choć przez chwilę - o aresztowaniach, o liście od ojca, o błąkających się coraz gęściej dementorach. Coraz częściej zdawało mu się - że było już za późno, i pewnie sam opuściłby Londyn, gdyby nie słowa Maeve. Gdyby nie to - że ktoś wciąż był tam potrzebny. Chyba cieszyło go, że znalazła swoje miejsce tutaj, Dolina Godryka wydawała się względnie spokojna. Względnie bezpieczna. Na razie, krwawy potok przelewał się przez kraj straszliwym żywiołem i chyba stracił już nadzieję, że nie dotrze również tutaj.
Aportował się gdzieś na główny plac wioski, wskakując na trzymaną w ręku miotłę, którą płynnym ruchem poderwał w powietrze komendą do mnie; wznosząc się na pewną wysokość, wyniósł się ponad jezioro, szukając miejsca adekwatnego do wskazówek, które otrzymał. Pusty plac zabaw mieścił się niedaleko, nie było pogody na zabawę - ani czasów na śmiech. Skierował się w tamtą stroną, obniżając lot gdzieś nad rozsypaną piaskownicą, zeskakując z miotły nim ta znalazła się dostatecznie nisko; grudy piasku wzniosły się spod jego spód, złapał trzon miotły w locie, bystrym okiem odnajdując jej samotną sylwetkę na jednej ze zroszonych jesiennym deszczem huśtawek. Słońce było nisko, wnet zacznie zachodzić - teraz muskało promieniami jej pszeniczne włosy, wywabiając z nich naturalny blask.
- Anne! - zawołał ją, przerzucając miotłę przez ramię, zbliżając się do niej pozbawionym pośpiechu krokiem - po drodze zastanawiając się, jak właściwie powinien się z nią przywitać; ostatecznie powitał ją uśmiechem, ciepłym, choć odrobinę speszonym. Odrzuciwszy miotłę pod kamienny murek odgradzający przestrzeń dziecięcego placu zabaw. - Jak się trzymasz? - Wślizgnął się na boczną ramę huśtawki, przysiadając na jej barierce  - bokiem - poderwał nogi z ziemi, równowagę utrzymał stopą wspartą o pionowy stelaż, nieznacznie nad sobą, od tylu wspierając się ramieniem. - Dolina Godryka wygląda spokojnie. Nikt cię tu nie niepokoi? - Nie wypadł mu z pamięci tamten laluś, czy tutaj mogła poczuć się spokojniej? Pewnie nie w pełni, spokojnie nie było już nigdzie - ale może przynajmniej mogła odetchnąć i usnąć bez lęku o to, jak będzie wyglądał poranek. Miał nadzieję, że może list pozwoli zatrzymać ją w tym miejscu na dłużej, nie powinna podróżować sama, nie teraz. W zasadzie nigdy.


jeszcze w zielone gramy jeszcze nie umieramy, jeszcze się nam ukłonią ci co palcem wygrażali

Marcelius Sallow
Marcelius Sallow
Zawód : Akrobata
Wiek : 20
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
a gniew twój bezsilny niech będzie jak morze ilekroć usłyszysz głos poniżonych i bitych
OPCM : 6
UROKI : 4
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 40
SPRAWNOŚĆ : 20
Genetyka : Czarodziej

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t8833-marcelius-sallow#263287 https://www.morsmordre.net/t8838-marcelius-sallow#263482 https://www.morsmordre.net/t8835-marcelius-sallow#263320 https://www.morsmordre.net/f319-arena-carringtonow-wagon-7 https://www.morsmordre.net/t8839-skrytka-bankowa-nr-2088#263495 https://www.morsmordre.net/t8841-marcelius-sallow#263502

Powrót do góry Go down

Strona 1 z 3 1, 2, 3  Next

Plac zabaw

Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach