Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia


Ekipa forum
Login:

Hasło:

Ratusz
AutorWiadomość
Ratusz [odnośnik]01.03.21 21:57
First topic message reminder :

Ratusz

Oaza zaczynała się rozrastać, a im więcej zamieszkiwało ją czarodziejów, tym bardziej potrzebna była ściślejsza organizacja. W połowie września 1957 r. ukończono budowę ratusza, który powstał przy samej wiosce, w nieznacznym oddaleniu od chatek mieszkalnych. Zamieszkał tam Harold Longbottom, który zawsze potrzebny był na miejscu, wraz z najbliższymi współpracownikami czuwającymi nad bezpieczeństwem wyspy i zdrowiem jej mieszkańców. To nieco większy budynek, w którym odbywają się rozmowy na szczycie, spotkania organizacyjne oraz audiencje u prawowitego Ministra Magii i jego delegatów. Wnętrze ratusza jest surowe, wojskowe, mało przytulne, brak elementów ozdobnych. Niewygodne drewniane meble zostały zbite przez Zakonników.
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : 99
UROKI : 99
ALCHEMIA : 99
UZDRAWIANIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Ratusz - Page 11 Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki

Re: Ratusz [odnośnik]16.05.22 22:55
Tylko jednym okiem spojrzał na ułożone na stole papierosy. Wiedział, że sięgnie przynajmniej po jednego, skoro właścicielka chciała się podzielić zasobami. Tymczasem, wolał najpierw skupić się na obecnych i tych, którzy dopiero nabierali śmiałości do pojawienia się w Ratuszu. Pozwolił sobie w milczeniu prześlizgnąć przez puszczone w przestrzeń pytania i zdawkowe relacje, świadomie ignorując szepty, wymieniane pomiędzy zebranymi, a nie przeznaczonymi dla niego. W miejscu jak to, nie chciał przysłuchiwać się pobocznym rozmowom, jak zazwyczaj robił to w terenie, czy na misjach.
Pomiędzy powitaniami, zdążył uchwycić kilka, kierowanych ku niemu spojrzeń, na dłużej też krzyżując porozumiewawczą nić z Foxem, mimowolnie też podążając wzrokiem do sylwetki Maeve, obok której usiadł. Nienachalnie zerknął i na Lucindę - chociaż nie mieli wielu okazji do współpracy razem, dobrze wspominał te, w których brali udział. Ostatecznie jednak, znalazłszy się na wybranym miejscu, obrał za cel Williama, który podjął wysiłek zebrania ich w tym gronie. Kilka poruszonych kwestii wymagało rozwinięcia, milczał jednak, czekając na moment, w którym sam mógł zdać raport ze swoich zadań. Do zebrania podchodził po aurorsku, a relacjonowanie statusu swoich działań miał po prostu wpisane w pracę.
Na krótko skinął głową, gdy jego imię pojawiło się wraz z innymi, na widoku. Na "znacie się wszyscy" prześledził siedzących, chcąc skojarzyć mniej znajome twarze i zapamiętać. Zabrał głos, gdy poruszony został temat wydarzeń nad Lune - Byłem. Pod sam koniec lutego, uczestniczyłem w misji, której akcja działa się w w Lancashire, nad rzeką Lune - zaczął na tyle głośno, by każdy z sali mógł go usłyszeć - ale nie było ze mną pozostałych wymienionych - doprecyzował pierwsze informacje i zmarszczył brwi, kontynuując - podczas akcji, zniknęła za to Jackie - wciąż zastanawiał się, co właściwie wydarzyło się z córką Rinehearta, gdy teleportowała ją szafka - nie wiem, jakim cudem mogła znaleźć się w innym miejscu. Nie kontaktowała się więcej. Nie mam też informacji o starszym Rineheracie - odetchnął - nie miała tam miejsca pożoga, przynajmniej nie za mojej kadencji, chociaż budynek w którym walczyliśmy został zburzony - nie wnikał w szczegóły w jaki sposób to się stali. I burza i bombarda zrobiły swoje - Niestety jak piszą, Arnold Montague, komendant przeżył, a przynajmniej tak twierdzą - liczył, że przynajmniej porządnie pokiereszował szefa magicznych władz. A na wieści o pożodze, prawie się zaśmiał - być może chcieli zmieść swoją porażkę. Przynajmniej w tej jednej kwestii. Poruszył minimalnie ramieniem, czując nieustanne spięcie - okolica jest przesiąknięta szmalcownikami, którzy okupują mieszkańców - porwania, handel dziećmi, szantaże, wymuszenia, morderstwa - wszystko za przyzwoleniem magicznej policji - w końcu rozluźnił ściągnięte w skupieniu brwi, czując nieprzyjemne pulsowanie gdzieś nad skronią, a spojrzenie ciemnych ślepi lokalizując na mapie, która znalazła się bliżej.
Nim wspomniał o swojej obecności w Cannock Chase, głos zabrał Elroy, którego szlachecka prezencja bardzo wyraźnie odznaczała się na tle pozostałych. Nie zastanawiał się nad tą kwestią, wiedząc, że miał w nim po prostu przyjaciela - 17 stycznia, tak. Cannock Chase - powtórzył za szlachcicem - było jedną z lokalizacji - kryjówek mugoli, którą udało się odnaleźć na bazie wcześniejszych śledztw. Jednocześnie, stanowiły cele wrogów, którzy zaatakowali Staffordshire. I nie mieliśmy z Michaelem żadnych informacji na temat obecności naszych przyjaciół w tej akcji, ani tym bardziej pojmaniu kogokolwiek od nas - zaplótł ramiona przed sobą - ale Tower jest pełne więźniów. Nie zawahaliby się stracić więcej niż siedmiu i podać ich za schwytanych buntowników - spojrzał tym razem bezpośrednio na Maeve i czując porozumienie Williama odezwał się - Anthony Skamander od lutego uczestniczył w misji aurorskiej. Długofalowej. Uprzedził mnie o dłuższej absencji - słowa brzmiały lakonicznie, ale wdawanie się w szczegóły w tym wypadku nie miało sensu. Znał możliwości kuzyna lepiej niż ktokolwiek, ale milczenie do tej pory zaczynało podsuwać niespokojność. Tą jednak, nie dzielił się póki co. Wolał mieć pewność u źródła, nim podzieli się z pozostałymi.
Początkowo w dyskusjach o naturze informacji z Walczącego maga - nie uczestniczył. To, co było wiadome, że jednym z celów było zasianie zamieszania i dezorientacji w szeregach zakonu. Tylko zgodnie ze słowami poprzedników i własną intuicją, kryło się tam coś więcej - Uderzenie w morale to jedno, poszukiwania to drugie. Być może mają sposób głębszy na lokalizację? Jak zarejestrowane różdżki - urwał, wracając do ich dzisiejszego gospodarza spotkania - Pamiętam, kiedyś padł pomysł z monetą, czy innym, małym przedmiotem i zaklęciem Proteusza? - rozplótł ramiona - i w miarę możliwości, są też patronusy - zakończył, oddając głos innym, tymczasem samemu, sięgnął garścią od razu po trzy racuchy, pochłaniając je w naprawdę szybkim tempie.


Darkness brings evil things
the reckoning begins
Samuel Skamander
Zawód : Rebeliant, auror
Wiek : 30
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Kawaler
I've come too far, to go back now
I'll never close my eyes
OPCM : 54
UROKI : 31
ALCHEMIA : 1
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 1
CZARNA MAGIA : 1
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 18
Genetyka : Czarodziej
Ratusz - Page 11 9l89Y7Y
Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t1272-samuel-skamander https://www.morsmordre.net/t1372-filozof#10888 https://www.morsmordre.net/t1374p9-auror-na-motorze#11334 https://www.morsmordre.net/f186-harley-street-5-3 https://www.morsmordre.net/t3509-skrytka-bankowa-nr-358#61242 https://www.morsmordre.net/t1597-samuel-skamander#280340
Re: Ratusz [odnośnik]17.05.22 13:51
Wszyscy przybyli, witali się i zasiadali za stołem sięgając po racuchy. Gdyby nie mapa z pytajnikami oraz świadomość wojenna cały ten obrazek byłby iście sielski. Niczym posiedzenie rady na temat najbliższego festiwalu kwiatów. Szkoda jedynie, że rzeczony festiwal odnosił się do propagandy wroga i jego chęci zburzenia morali. Uniósł dłoń w geście powitania Michalea, gdy ten się nagle zjawił. Dawno go nie widział więc jego widok uradował też i jego.
-Dawno nie piłem kawy. - Zauważył z pewną nostalgią w głosie i poczuł się bardzo stary podając Volansowi swój kubek. Przed oczami stanął mu ojciec. Pan Grey wspominał czasami wojnę mugolską, to dzięki niemu miał w planach za niedługo ruszyć na szlak i odkryć stare trasy aliantów. Miał nadzieję, że mu pomogą w dalszych działaniach na rzecz Zakonu.
Brał udział w bitwie pod Lune wraz ze Skamanderem, oślepł tego dnia, musiał udać się na rekonwalescencję, a Jakie od tego czasu nie widział. Podobnie jak Kierana kiedy wraz ze Steviem pilnowali szmalcowników w trakcie innej, zimowej misji. Ile ich już było? Stracił rachubę już jakiś czas temu. Upił łyk gorącej kawy słuchając uważnie wymiany zdań i notując, że większość opisanych w Walczącym Magu miała się całkiem nieźle. Wobec tego ich działanie było ukierunkowane aby uderzyć w walczących po stronie Longbottoma. Nie mogli dać się sprowokować ani podpuścić. William miał rację, że mogli chcieć wywołać ruch sów w Anglii, wyłapywać je i tym samym polować na członków Zakonu. Mógłby im się ten plan udać, gdyż ruch ten był całkiem zmyślny.
-Mamy radio. - Postanowił się w końcu wtrącić siedząc w krześle ze skrzyżowanymi ramionami na piersi. Z kubka stojącego przed nim unosiła się para wraz z zapachem kawy zbożowej. -Steffen powierzył mi je w opiekę. To może być nasze źródło informacji i skutecznej komunikacji. Należy jedynie stworzyć odpowiedni kod, który będzie zrozumiały tylko dla nas. - Potoczył niebieskim spojrzeniem po zebranych członkach Zakonu. Każde z nich swoje przeszło w trakcie ostatnich lat, a nawet miesięcy i tygodni. Z niektórymi ledwo parę dni temu walczył w Sennej Dolinie i znów się spotykali. Z jednej strony było to budujące, z drugiej świadomość, że wciąż spotyka te same twarze uświadomiła mu, że wciąż garstka walczy i się nie poddaje. Brakowało porwania ludności, zerwania kajdan zamordyzmu, ale przecież nie mogli się poddać. -Nadal wielu nie ma dostępu do informacji. Rozniesienie pluskiew, odbiorników może być naszym rozwiązaniem. Wraz z monetą i patronusem. To daje nam trzy źródła informacji, trudniejsze do zdobycia przez wroga. Sowę łatwo przechwycić. - Zgodził się z Samuelem i poprawił się w krześle. Przypomniały mu się opowieści ojca o Radiu Wolna Europa w trakcie zmagań wojennych, to ono niosło nadzieję oraz mówiło o ruchach wojsk alianckich dając rzetelną informację dla słuchających. Mogli sami stworzyć coś podobnego, mieli do tego sprzęt i możliwości. Grey od jakiegoś czasu nosił się z tym, a teraz postanowił podzielić się pomysłem z zebranymi.



Zły pomysł?Nie ma czegoś takiego jak zły pomysł, tylko złe wykonanie go


Herbert Grey
Zawód : Botanik, podróżnik, awanturnik
Wiek : 29
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
Podróżowanie to nie jest coś, do czego się nadajesz. To coś, co robisz. Jak oddychanie
OPCM : 15
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 7
TRANSMUTACJA : 15
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 10
Genetyka : Czarodziej

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t9088-herbert-grey https://www.morsmordre.net/t9097-awanturnik https://www.morsmordre.net/t9098-ten-drugi-grey#274432 https://www.morsmordre.net/f179-dorset-bockhampton-greengrove-farm https://www.morsmordre.net/t10001-skrytka-bankowa-nr-2134#302368 https://www.morsmordre.net/t9106-herbert-grey#274578
Re: Ratusz [odnośnik]19.05.22 10:03
Uśmiechnął się do Williama z uprzejmym przymusem, usiłując grać w tą grę pozorów - cieszyć się ze spotkania (i talentów organizatorskich niektórych Zakonników - ciepłych, otwartych, sprawiających, że inni ludzie czują się dobrze i nieskończenie bardziej odpowiednich dla zasługującej na to całe ciepło dziewczyny), być wdzięcznym za miłe i zapewne szczere słowa, być jeszcze bardziej wdzięcznym za ciężkie milczenie i niedomówienia. Nie chciał wiedzieć, czy Hannah mu coś mówiła - i miał nadzieję że William wie, że lepiej o tym nie rozmawiać. Każdego dnia starał się zachować absolutny spokój, w pracy się to udawało, bo praca była wszystkim, ale życie prywatne to już rozsypka - w której łatwo o przypadkowe warknięcie, łzy Kerstin, narażenie relacji i udanej współpracy w imię głupiej męskiej dumy. Powinien być wdzięczny i udać, że nie słyszy napięcia w głosie rozmówcy - co zrobił. A słyszał wszystko doskonale, obydwaj z Williamem zawodowo obserwowali świat i ludzi - i choć wrażliwość na bodźce nie łączyła się ze zrozumieniem emocji (czasem wręcz przeciwnie), to Moore też mógł wyczuć od aurora pewne napięcie. Mieli zwykłego pecha - udawanie że nic się nie stało szłoby im przecież o wiele znośniej w jakiejkolwiek innej konfiguracji niż zaszczuty wilk i lotnik oglądający się ciągle przez ramię i...
-Kawa? Dzięki. - zapach napoju, od którego Mike był szczerze uzależniony i którego nie dało się nigdzie dostać, rozwiał na moment napięcie. Uśmiechnął się blado, tym razem szczerze.
-Nigdy nie byłem nad Lune. - potwierdził słowa Samuela, marszcząc lekko brwi - zdziwiony, że w artykule, który uważał za bujdę, znalazło się choć ziarno prawdy, że ktoś z ich trójki faktycznie tam był. -Ale w lutym nasi rozgromili siatkę szmalcowników w Lancaster, bywałem w Lancashire, choć częściej w Derbyshire, i jestem rozpoznawalny - budują artykuł na domysłach i półprawdach, usiłując dopasować nas do dziwnych okoliczności? - zastanowił się. -Aurorzy nie rzuciliby Szatańskiej Pożogi - naprawdę myślą, że ludzie w to uwierzą? - parsknął, ale zaraz przypomniał sobie, że nie każdy z siedzących przy stole zna się na czarnej magii i jej zwalczaniu. Zerknął z ciekawością po zgromadzonych, których umiejętności z zakresu obrony przed czarną magią nie znał (wszyscy z Biura wiedzieli, ale nauczył się nie oceniać ludzi po profesji - pamiętał, że w Azkabanie William dorównywał zdolnościami najlepszym). Czy wiedzieli, jak potężne jest zaklęcie przywołane przez Walczącego Maga, że rzuciłby je nie tyle zdolny czarodziej, co tylko najzdolniejszy czarnoksiężnik, a już na pewno nie trójka aurorów - ludzi zwalczających czarną magię? Nie rozumiał meandrów propagandy - czy ktoś chciał ich oczernić czy pisał artykuł w zbytnim pośpiechu? -W artykule nie wymieniono żadnych nazwisk poza naszymi i tą... Emily Twiggs znad Lune. Ktoś wie, kto to? - zapytał, nie wiedząc jak wytłumaczyć obecność przypadkowej ofiary w ministerialnej propagandzie. Innych wymieniono bez nazwisk - czy Emily to ktoś istotny? Dla Ministerstwa? Dla nich, dla Zakonu? Czyjaś krewna, przyjaciółka, kochanka? Chyba nie sojuszniczka, mniej więcej kojarzył, kto im pomagał?
-Pomogliśmy ludziom w Cannock Chase, ale nikt z wrogów nie mógł nas tam zobaczyć, zadbaliśmy o to. - uzupełnił jeszcze słowa Samuela, bo choć w artykule pojawiło się znajome miejsce to zastani tam szmalcownicy leżeli już w zasypanym śniegiem dole, sprawdzili też wtedy okolicę przy Homenum Revelio. Czyżby ktoś szukał tamtych morderców i przypisał "winę" losowym osobom, Wrightom? Hannah żyła, przynajmniej tyle, po to tu przyszedł. List, na który nie odpowiedział, palił jak wyrzut sumienia - odpisał jej w końcu, na początku kwietnia, ale bał się, że za późno.
Zmrużył lekko oczy, gdy Billy wysnuł hipotezę, że mogą zacząć się odwiedzać. Właśnie to zrobili.
-Wasze miejsca zamieszkania - są odpowiednio zabezpieczone? - wielu z obecnych, w tym on, potrafiło nakładać skuteczne pułapki - chciał pomóc i miał nadzieję, że było to jasne pomimo zwięzłego tonu. Musieli sobie pomagać, a inni, w tym nieobecni, potrafili jeszcze więcej.




You can tame a big bad wolf
if you don't feed him

Michael Tonks
Zawód : Rebeliant
Wiek : 35
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
Can I not save
One from the pitiless wave?
OPCM : 46
UROKI : 36
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5/30
SPRAWNOŚĆ : 11/36
Genetyka : Wilkołak
Ratusz - Page 11 7f6edca3a6f0f363d163c63d8a811d78
Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t7124-michael-tonks https://www.morsmordre.net/t7131-do-michaela https://www.morsmordre.net/t7129-wilkolak-mugolak https://www.morsmordre.net/f139-mickleham-old-london-rd-1 https://www.morsmordre.net/t7132-skrytka-bankowa-nr-1759#189352 https://www.morsmordre.net/t7130-michael-tonks
Re: Ratusz [odnośnik]19.05.22 12:49
Zastanowił się jeszcze moment nad pytaniem - czy zwykli ludzie mogliby zaaresztować ludzi doświadczonych w wojnie? Były sposoby na oszukanie drugiej strony, gdyby grupa udawała potrzebę pomocy...
Nie chciał o tym myśleć w ten sposób, tak jak nie chciał oglądać widoków z Lavedale - chciał ufać, że ludzie na jego ziemiach nie byli zdolni do okrucieństwa, ale minione miesiące pokazywały mu dobitnie, że się mylił.
- W Staffordshire końcem marca doszło do ponownych samosądów. Nie jestem pewny czy nasi wrogowie mieli z tym coś wspólnego w aktywny sposób, na pewno jest to konsekwencja podburzenia ludu początkiem roku. Traktują zwolenników Zakonu Feniksa jak wrogów, jest to rzecz, którą będę zajmował się w najbliższych dniach po odpowiednich przygotowaniach, w których jestem ciągu. Na pewno będę potrzebował wsparcia w tym zakresie, ale nie wiem na ile jest możliwość, że nasi zaginieni, o których nie mamy wieści, rzeczywiście mogliby być trzymani jako zakładnicy lub zostać straceni w związku z tymi wydarzeniami, na pewno będzie potrzeba, aby zgłębić tę sprawę pod tym kątem - zabrał ponownie głos, zastanawiając się wciąż nad tym czy nazwiska mogły nie być przypadkowe, w przeciwieństwie do podawanych miejsc?
Przeniósł wzrok na Michaela - i ulżyło mu na jego widok, chociaż wyłącznie krótki uśmiech mógł zasugerować aurorowi, że nie pochlebia jego spóźnienia. Cóż, nie było jednak kwestią, aby go upominać czy ganić na głos przy wszystkich.
Podniósł wzrok na Samuela, a później przeniósł go na Herberta, kiedy usłyszał ich propozycję rozwiązań. Brew mu drgnęła na wspomnieniu przeklętego urządzenia, które nazywali radiem. Wciąż nie rozumiał jego działania - ani tym bardziej jak sobie z nim dokładniej radzić. Potrzebował w tym zakresie w rezerwacie pomocy kogoś, kto orientował się lepiej na tych wszystkich mugolskich wynalazkach, nawet jeśli było umagicznione.
- Nie każdy jest zdolny wystarczająco, aby wyczarować patronusa, nie mówiąc już nawet o użyciu go do przesłania wiadomości, choć z pewnością byłby to niezaprzeczalnie dobry sposób... - podjął, mając w pamięci prośbę Mare, aby uczył jej białej magii i obrony. Wciąż się wahał przed tym, wciąż powstrzymywała go etykieta i zasady, w których został wychowany - a jednak lęk, że nawet teraz podczas jego nieobecności coś mogłoby się jej stać i dziecku, które nosiła w brzuchu, właśnie dlatego że odmówił jej nauki, nie dawał mu spokoju. Przesunął wzrokiem po obecnych przy stole - ci młodzi chłopcy, jak dobrze panowali nad magią? Thalia, czy ona dobrze znała się na białej magii? Inni obecni przy stole, którzy nie mieli ani treningu, ani doświadczenia sprzed wojny w walce, czy potrafili rzucać patronusy? Czy sytuacja zmusiła ich do nauki? - A radia... nie są prędkim sposobem. Jak dobrze rozumiem ich działanie, potrzebujemy określonej godziny, aby usłyszeć nadawane informacje, chociaż mam wrażenie, że dobrym użytkiem byłoby nadawanie potwierdzonych przez Zakon informacji do posiadaczy radia. Określenie sytuacji w Anglii, w poszczególnych hrabstwach, posiadając informacje o pojawieniu się w konkretnym miejscu zwolenników Czarnego Pana mogłoby rzeczywiście być dobrym, choć częściowo, przepływem informacji. Zminimalizowałoby sytuacje podobne do tych w Magu, gdzie nie wiemy gdzie leży prawda i w której informacji.
Sowy były czymś, co każdy posiadał - rzadko spotykał czarodzieja, nawet swojego drogiego szwagra, który w całej swej nienawiści do zwierząt, nie posiadałby choć jednego ptaka pocztowego. - Długie dystanse sów mogą zwracać uwagę. Z pewnością w kwestii wykorzystania zasobów mogłoby to być bardziej obciążające, ale przygotowanie punktów zmian sów podczas wysyłania istotnych informacji, mogłoby to w pewien sposób ułatwić zadanie, a przy krótkich dystansach, jeśli zaginęłaby wiadomość, byłoby łatwiej zawężać pole poszukiwań potencjalnych wrogów. Zaklęcie Proteusza jednak zdaje się być odpowiednie, i przede wszystkim dostępne do szybkiej komunikacji - przyznał, nie chcąc wyciągać w tym momencie chociażby lusterek dwukierunkowych, których on sam wraz z Mare używał. Nie był pewny czy jeśli były problemy z prowiantem, łatwo będzie zdobyć dla przeciętnych ludzi podobne urządzenia.




Hope's not gone
Elroy Greengrass
Zawód : Smokolog w Peak District
Wiek : 36
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Żonaty
I won't talk myself up, I don't need to pretend
You won't see me coming 'til it's too late again
OPCM : 15
UROKI : 20
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 7
SPRAWNOŚĆ : 13
Genetyka : Czarodziej

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t10916-elroy-greengrass#332716 https://www.morsmordre.net/t10962-obsydian#334127 https://www.morsmordre.net/t10970-elroy-greengrass#334429 https://www.morsmordre.net/f105-derby-grove-street-12-siedziba-greengrassow https://www.morsmordre.net/t10963-skrytka-bankowa-2372 https://www.morsmordre.net/t10961-elroy-greengrass#334126
Re: Ratusz [odnośnik]20.05.22 13:09
Jasne, postaram się pomóc na ile będę potrafił – odparłem Billy'emu, kiedy pokrótce opisał swój plan pomocy Oazie. – Będziesz chciał się jeszcze spotkać żeby to omówić czy już masz wszystko zaplanowane i od razu zabieramy się do pracy? – Podpytałem jeszcze, kiedy szliśmy z powrotem na główną salę. Mieszkanie w Oazie coraz bardziej mnie męczyło, dlatego przyjmowałem każdą pracę z otwartymi ramionami, byle tylko znaleźć sobie zajęcie. Taki duży projekt zdawał się spaść mi z nieba.
Thalia wyraźnie nie chciała wspominać naszej ostatniej przygody, więc tylko pokręciłem lekko głową z rozbawieniem i nie kontynuowałem tematu. Przywitałem się z Herbertem, stwierdzając przy okazji, że musimy znowu się spotkać. Potem uścisnąłem rękę Volansowi, kwitując jego pochwały szerokim uśmiechem. – Prawda? Dobrze cię widzieć – odparłem, zerkając w stronę drzwi, gdzie wszedł spóźniony Michael. Pamiętam, że ostatnio to ja wparowałem tutaj po czasie, i jak na złość w pomieszczeniu akurat musiał być lord Longbottom. Wciąż się nie pozbyłem tego poczucia zażenowania, kiedy o tym myślę.
Przytaknąłem Lucindzie, która wypowiedziała moje obawy na głos. Właśnie to mnie niepokoiło, że wśród tych nieprawdziwych śmierci ktoś mógł się znaleźć w niewłaściwym miejscu o niewłaściwej porze i zapłacić na nasze przewinienia. Miałem jednak nadzieję, że artykuł Walczącego Maga to czysta propaganda i faktycznie nikt nie umarł. Nie chciało mi się też wierzyć, że coś mogło się przydarzyć Panu Kieranowi. Widziałem go kilka razy w akcji i nie miał sobie równych, nawet pomimo dość dojrzałego wieku. Jeżeli zniknął to miał swoje powody, tylko tak chciałem o tym myśleć. Zresztą może Vincent ma o nim jakieś informacje?
Wśród tych nagrodzonych były jakieś zaskoczenia? – Zapytałem Marcela, bo może było coś, co nam umknęło, a wyszło na jaw na ceremonii. Szczególne osiągnięcia, niesłyszane dotąd często nazwiska, nieoczekiwane deklaracje.
Feniks? Tak po prostu? – Powtórzyłem słowa Volansa, wyraźnie zdziwiony. Nie znałem się za bardzo na magicznych stworzeniach, ale wiedziałem wystarczająco, żeby zrozumieć jak szczególne to było wydarzenie. Feniksy nie latały w tę i z powrotem jak bezpańskie koty.
Poprawiłem się niecierpliwie na krześle, słysząc kolejne słowa Billy'ego. Uświadomiłem sobie, że dałem się nabrać. Zrobiłem dokładnie to, o czym wspomniał Billy: wysłałem dziesiątki sów z pytaniami o zdrowie swoich przyjaciół i znajomych. To wcale nie był dobry pomysł. Słuchałem jak pozostali dołączają się do dyskusji na temat komunikacji. Musiało istnieć wyjście z tej sytuacji. – Owszem, radio nie jest szybkie – przyznałem rację lordowi Greengrassowi. – ale jest idealne do skontaktowania się z dużą ilością osób na raz. Wystarczyłoby dać zaszyfrowaną wiadomość o artykule w Walczącym Magu z prośbą o weryfikację. Można też nadawać komunikaty, obalające głoszoną propagandę. Jedna osoba by to usłyszała, przekazała drugiej i tak dalej... Myślę, że z pomocą radia możemy naprawdę wiele zdziałać – przytaknąłem Herbertowi, uważając stację radiową za potężne narzędzie kontrpropagandy. – Co do komunikacji... Przychodzi mi jeszcze do głowy sieć fiuu. Z powrotem zaczęła działać, więc może potrafilibyśmy odłączyć od niej część kominków, by nie były widoczne przez Ministerstwo? Moglibyśmy wtedy efektywniej się ze sobą porozumiewać, wiecie, jak przez telefon? – Spojrzałem po zebranych, zastanawiając się, jak wiele osób zrozumie moje porównanie. Zaraz potem upiłem łyk herbaty, a przez ten miód był to napój nieziemsko dobry


not a perfect soldier
but a good man

Florean Fortescue
Zawód : bezrobotny
Wiek : 28
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
Pijemy z czary istnienia
Z zamkniętymi oczami,
Złote skropiwszy jej brzegi
Własnymi gorzkimi łzami.
OPCM : 35
UROKI : 10
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 11
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 7
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarodziej
Ratusz - Page 11 E89bda95c5344104e5639bbb0172ffa8
Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t3393-florean-fortescue https://www.morsmordre.net/t3438-laverne#59673 https://www.morsmordre.net/t3432-pan-fortescue#59587 https://www.morsmordre.net/f278-pokatna-5-2 https://www.morsmordre.net/t4591-skrytka-bankowa-nr-854 https://www.morsmordre.net/t3439-florean-fortescue#59674
Re: Ratusz [odnośnik]20.05.22 13:38
Podziękowania lorda Greengrassa były niejakim zaskoczeniem; choć może nie same podziękowania, a ich forma, dostojna i zabarwiona patosem. Lecz przecież nie powinna się dziwić, wciąż miała do czynienia ze szlachtą; postępową, przejętą losem swych ludzi, jednak szlachtą. Bezwiednie uśmiechnęła się, blado i z czymś na kształt smutku; wciąż nie mogła sobie wybaczyć, że nie przewidzieli tamtego ataku, nie zapobiegli opłaconej krwią niewinnych tragedii, dlatego też bez chwili zawahania zaangażowała się w akcje, które miały na celu późniejsze zabezpieczenie terenów i przeciwdziałanie pokłosiu rycerskiej samowoli. Kątem oka spojrzała ku milczącemu, pogrążonemu w swych myślach Foxowi; czasem zapominała, że kiedyś był jednym z nich, onieśmielających i biegłych w sztuce doboru odpowiedniego widelczyka do odpowiedniej okazji arystokratów. Że wychował się w pałacu, z zastępem guwernantek i pawiami biegającymi po ogrodzie.
Oczywiście – przytaknęła Thalii, gdy ta podkreśliła potrzebę przyjrzenia się problemowi zaginionej Charlene pod różnymi kątami. Szansa, że byłaby wpisana na liście pasażerów pod własnym nazwiskiem, była zerowa; nie ryzykowałaby przecież w taki sposób. Lecz może przedstawiłaby się drugim imieniem? Lub tym, które należało do jej zaginionej siostry...? Wtedy też westchnęła ciężko, zniesmaczona swoim przeoczeniem. – Zapomniałam o tym – przyznała niechętnie, przelotnie wykrzywiając usta w grymasie, gdy Billy napomknął, że przecież alchemiczka mogłaby próbować podróżować pod postacią kota, opanowała niełatwą sztukę animagii. Choć nie musiała pamiętać o wszystkim, o talentach i zdolnościach każdego spośród członków organizacji, to w jej piersi zakiełkował wstyd; powinna się bardziej skupić. – Będę mieć oczy i uszy szeroko otwarte. Jest też szansa, że gdziekolwiek teraz przebywa, ukrywa się pod postacią kota... Czy ktoś byłby ją w stanie rozpoznać? – Odlegle kojarzyła powiązanie rodzinne Charlene i Hannah, lecz przecież Wrightówny tutaj nie było, nie było wiadomo, kiedy wróci. Czy ktoś inny znał Leighton na tyle dobrze, by potrafić odróżnić jej animagiczną formę od dowolnego dachowca?
Gdy w pomieszczeniu pojawił się spóźniony Michael, skinęła mu krótko głową. Nie musiała darzyć go sympatią, by ucieszyć się na widok sojusznika, wciąż będącego w stanie walczyć, który nie wpadł w ręce wroga. Kiedy dotarli do tej części artykułu, która dotyczyła wydarzeń nad rzeką Lune, wzdłuż kręgosłupa czarownicy przebiegł nieprzyjemny dreszcz; zbiegli stamtąd policjanci z pewnością podsunęli pismakowi tę akurat lokalizację, by nadać ich bajeczce pewną dozę prawdopodobieństwa. Co się tam naprawdę wydarzyło, czego dopuścił Doe – nie chciała o tym myśleć, nie w tej chwili.
Odczuła niekłamaną ulgę, gdy padły zapewnienia o bezpieczeństwie kolejnych czarodziejów, za których głowy wciąż obiecywano niemałe nagrody – wpierw Billy wypowiedział się na temat lorda Macmillana, później Samuel odniósł do nieobecności swego krewniaka. Nie próbowała nawet dopytywać o misję, na którą został posłany Anthony; ufała, że biuro aurorów utrzymuje z nim stały kontakt i jest pewne, że nie wpadł w ręce wroga. Dobrze było również wiedzieć, że obaj pracownicy rezerwatu smoków są cali i zdrowi. Jednak co to tak naprawdę oznaczało? Florean miał rację, Ministerstwo nie pozbyło się listów za żadną z osób, za które obiecywali najwięcej galeonów. Zapewne i dlatego, że nie chcieli odrzucić pomocy mieszkańców z dorwaniem tych najniebezpieczniejszych terrorystów, i dlatego, że gdyby ogłosili Harolda Longbottoma zmarłym, kłamstwo szybko wyszłoby na jaw. – Pewnie faktycznie zdecydowali się pójść na pewne ustępstwa, zrezygnować z części listów na rzecz propagandy, jednak są osoby, którym nie mogliby odpuścić. Lord nestor Prewett, stanął w opozycji do nowego ładu i zainicjował stworzenie sojuszu, jego małżonka byłaby równie cenną zdobyczą. Lord Macmillan, Anthony... Malfoy na pewno nadal nie może zapomnieć o tym, co wydarzyło się w Stonehenge. Do tego Percival, niegdysiejszy Nott, i Justine. – To nie byli przypadkowi członkowie Zakonu Feniksa, a figury, które szczególnie zapadły im w pamięć. Tak przynajmniej zakładała, biorąc pod uwagę ich dokonania. Łatwiej było poświęcić imię Charlene czy Floreana niż tych, którzy zdążyli już okazać się bezpośrednim zagrożeniem dla ich planów lub rodzin.
Ulga ta jednak nie była długotrwała, szybko ustąpiła miejscu podejrzliwości. Musieli być ostrożni, ostrożniejsi niż do tej pory; pozostali zwrócili uwagę na istotną kwestię, najpewniej w najbliższym czasie powinni spodziewać się skrupulatniejszej obserwacji, przepadających sów i listów. Tym ważniejszą – i ryzykowniejszą – rolę miała odgrywać jednostka lotników w najbliższej przyszłości.
Radio to dobry pomysł, jednak niewątpliwie ma swoje ograniczenia. W terenie nikt nie będzie miał przy sobie odbiornika... – zawiesiła na chwilę głos, odnosząc się do wypowiedzi Herberta; przywykła już do tego, że tęgie naukowe głowy znajdowały rozwiązania najróżniejszych problemów, lecz w tej sytuacji prostszym i szybszym rozwiązaniem wydawało się zaklęcie proteusza. – I co by było, gdyby radio wpadło w ręce szmalcowników? Jakie mamy przed tym zabezpieczenia? Jeśli komunikaty miałyby być kierowane do większego grona odbiorców, do tego nadawane szyfrem, musieliby go znać wszyscy zainteresowani. Im więcej osób miałoby być z nim zaznajomionych, tym większa szansa, że ktoś umyślnie lub przypadkowo przekaże go naszym wrogom. – Zmarszczyła brwi. Nie brała udziału w roznoszeniu pluskiew, nie była pewna, na jakiej zasadzie to działało. – Nie każdy jest w stanie rzucić zaklęcie Patronusa, ale jest to na tyle przydatna umiejętność, że warto byłoby nad tym popracować i to możliwie jak najszybciej. Nawet jeśli nie w kontekście komunikacji, to obrony. Słyszałam, że... Że w Suffolk po ostatnich atakach pojawiły się cienie. Niepokojące, żywe. Może patronusy mogłyby je odgonić, tak jak dementorów. – Jej wzrok mimowolnie pomknął w kierunku sylwetki Marceliusa, nie przyglądała mu się jednak dłużej, wymowniej. Nie wiedziała, czy powinni teraz rozpraszać się tematem tego, co wydarzyło się na terenach wspomnianego hrabstwa, skojarzenie pojawiło się jednak zanim zdążyłaby je powstrzymać.

| przepraszam jeśli kogoś pominęłam albo coś pomieszałam


It is not our enemies that defeat us. It is our fear.
Maeve Clearwater
Zawód : Rebeliant, wywiadowca
Wiek : 28
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
The moments of peace that we find sometimes, they aren't anything but warfare, thinly disguised.
OPCM : 23
UROKI : 36
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 7
SPRAWNOŚĆ : 3
Genetyka : Metamorfomag

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t6468-maeve-clearwater https://www.morsmordre.net/t6481-artemizja#165435 https://www.morsmordre.net/t6475-maeve#165296 https://www.morsmordre.net/t10356-sypialnia-maeve#312817 https://www.morsmordre.net/t6969-skrytka-bankowa-nr-1629#183139 https://www.morsmordre.net/t6512-maeve-clearwater
Re: Ratusz [odnośnik]20.05.22 15:10
Dłoń wsunęła się do kieszeni aby wyciągnąć z niej zapalniczkę. Mogła odpalać papierosy zaklęciem, ale wolała to robić na swój drobny sposób, sprezentowaną jej dawno temu zapalniczką w srebrnej formie. Odpaliła jednego papierosa, w spokoju zaciągając się tytoniem i słuchając co mają do powiedzenia inni, ale również tego, jakie pomysły tutaj padają. Kciukiem przesunęła jeszcze po bliźnie w kąciku ust, zastanawiając się nad tym, co tutaj padło, zaraz też spoglądając na zgromadzonych. Na wejście Michaela uniosła dłoń na powitanie, uśmiechając się do niego, jedynie przelotnie zastanawiając, że dziwnie włochate gąsienice przyczepiły się do jego twarzy.
- Spokojnie – skinęła głową, rozumiejąc doskonale zmartwienie które kierowało Williamem nie mam zamiaru być szczodrą w szczegółach, rozumiem powagę sytuacji. – Martwił się, to było jak najbardziej zrozumiałe, nie miała jednak zamiaru otwarcie rozpowiadać o poszukiwaniach osoby, która niedawno mogła pomóc komuś zgarnąć sporą nagrodę pieniężną. – Jeżeli jest kotem, mogła wślizgnąć się jako kot do deratyzacji, ale wtedy lepiej dla niej, aby do końca podróży pozostawała w tej postaci. – Spochmurniała na nowo, wspominając jak niepokojące informacje o swoim przejeździe podawała jej Rain. Na pewno mało która załoga wybitnie ucieszyła by się na wieść o tym, że znajduje się tam pasażer na gapę i to jeszcze kobieta.
- Nie tylko policji. – Dodała kiedy Samuel wspomniał o handlu żywym towarem. Miała wrażenie, że dreszcz przeszedł po jej karku kiedy przypomniał jej się ten wieczór na statku. – Handlują ludźmi poza granicę, w Cromer wsadzają niemagiczne kobiety na statki aby przewieźć je do burdeli. – Chwilę potem zdała sobie sprawę, że być może nieszczególnie powinna używać tego słowa siedząc tuż obok lorda, ale na to było trochę za późno. Szukaniem eufemizmów mogła zając się później.
- Radio to bardzo dobry pomysł jeżeli komunikacja nie musi być szybka, a niektóre rzeczy potrzeba wytłumaczyć szerzej niż w krótkim komunikacie. Wiem, że w ramach pluskiew roznoszony był też szyfr i kombinacja, prawda? – Wydawało jej się, że tak właśnie było, ale póki co nie wiedziała, czy coś w tej kwestii się nie zmieniło. – Patronus to potężne narzędzie, ale trzeba mieć kogoś z kim uda się przećwiczyć przywoływanie go, nie mówiąc już o tym, że samodzielnie nie da się wypracować przesyłania nim wiadomości. – Co oznaczało, że osoby które nie władały na tyle białą magią potrzebowały wsparcia innych, a takie oznaczało, że ktoś z wprawionych w tym Zakoniarzy potrzebował poświęcić czas na to, aby taką naukę przeprowadzić.
- Proteusz wydaje się dobrym rozwiązaniem, może nawet z szyfrem. - Nie wiedziała czy Zakon takowy ma, ale jak nie, dobrze byłoby go stworzyć. Na rozważania Williama zastanawiała się, na nowo pocierając kącik ust w którym znajdowała się blizna. - Na pewno to ogranicza trochę wydatki rządu, ale trochę zadziałało, czyż nie? Wysyłaliśmy do siebie listy, ostatecznie też zgromadziliśmy się w jednym miejscu z tego powodu. - Miejscu, które, gdyby nie zabezpieczenia, mogło stać się łatwym celem. - Natomiast jak na ludzi, którzy nie martwią się zbytnio przeprowadzaniem publicznych egzekucji, niepokazanie ani jednego ciała jest bardzo dziwne. - W końcu skoro bardzo mocno chcieli pokazać, że "przeciwnicy słusznej władzy" nie żyją, ale egzekucje odbyły się gdzieś na uboczy i w sumie nikt nie widział, co się zadziało. Bardzo wygodne.
- Kierana widziałam ostatnio w marcu... - przed opisanymi wydarzeniami, ale wtedy jeszcze żył i miał się w miarę dobrze.
- Cienie, dziwne masy… - spojrzenie posłała jeszcze w stronę Castora - …i dodatkowo masowe wyprawy dementorów. – Wzdrygnęła się lekko, tym razem spoglądając na Lucindę, zastanawiając się czy ta pamięta niebo, całkowicie czarne od obecności dementorów w rejonie.



Here I am

Here I remain
Thalia Wellers
Zawód : Żeglarz, handlarz, przemytnik
Wiek : 29
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
Some may yield
But me I never could be tamed
Through moors and meadows
Cloaked, concealed
Never to forget my name
I walk the shadows
OPCM : 16
UROKI : 10
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 1
TRANSMUTACJA : 6
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 15
Genetyka : Metamorfomag

Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t10111-thalia-wellers#306486 https://www.morsmordre.net/t10173-kymopoleia#308971 https://www.morsmordre.net/t10159-beware-the-daughter-of-the-sea#308538 https://www.morsmordre.net/f350-walia-llyn-trawsfynydd-syrenia-laguna https://www.morsmordre.net/t10167-skrytka-bankowa-nr-2284#308735 https://www.morsmordre.net/t10164-thalia-wellers#308697
Re: Ratusz [odnośnik]20.05.22 17:34
Pokiwał kilkukrotnie głową na słowa Volansa. Nie spodziewał się, że człowiek, który chyba zaangażowany był bardziej w sprawy Derbyshire (pamiętał coś o smokach i jedyny rezerwat, w jakim mogliby zatrudniać teraz mugoli znajdował się właśnie tam, ale może coś się pozmieniało), albo może — jak reszta Moore'ów — Irlandii, odnajdzie też powód do częstego przebywania w Dolinie. Życie jednak toczy się swoim torem, nie bywa przewidywalne, a Dolina była chyba jednym z bezpieczniejszych miejsc, jakie mógł wskazać na mapie Anglii. Dobrze dla niego.
Z zamyślenia wyrwał go komplement Marcela, zupełnie niespodziewany. Odwrócił w jego kierunku głowę, przyglądając mu się z szeroko otwartymi oczami przez kilka sekund, aż zamrugał kilkukrotnie i roześmiał się. Do tego stopnia, że łokcie powędrowały natychmiast na blat stołu, przy którym siedzieli, palce dłoni splotły się ze sobą, a on oparł o nie policzek, ledwo wytrzymując przed pokusą ześlizgnięcia się ze stołu.
— Jabłka, mąka, mleko, jajo, olej — wymienił z pamięci. Lista składników nie była skomplikowana, a przynajmniej nie na rozum dwudziesto(kilku) letniego mężczyzny bez żyłki do gotowania. — Jak uda ci się to wszystko znaleźć to daj znać, pokażę — wyprostował się wreszcie. Może w spotkaniu chodziło o to, by pobyć wśród przyjaciół, ale wobec mapy zawieszonej w widocznym miejscu taka wesołość wydawała się być Castorowi delikatnie nie na miejscu. I dobrze, bo później Marcel potwierdził, że jednak m a j ą kłopoty. Krótkie westchnienie i przesunięcie w jego kierunku kubka załatwiło sprawę na moment, zanim nie odezwał się znowu. — Póki żyjemy, możemy z tego wyjść — ściszył głos do szeptu, głos zabrzmiał poważnie, bo i tajemnicza kwestia była właśnie taka. I nie zamierzał zostawiać z nią Marcela samego. Musieli przecież na sobie polegać, na dobre i na złe.
Kolejne słowa Billy'ego sprawiły, że twarz stężała mu w wyrazie głębokiego zamyślenia. Nie potrafiąc odnaleźć środka pomiędzy rozbawieniem tą marną próbą Walczącego Maga a przejęciem, że stało za tym coś znacznie, znacznie gorszego, nieokreślona jeszcze pułapka, potrzebował chwili na dokładną analizę. Znalezienie listy podróżnych, czy jak to się prawidłowo nazywało, było dobrym tropem, ale skoro mogli chcieć ich wywabić...
— Nie wiem, czy nie idę za daleko, ale... — zaczął, podnosząc jeszcze raz wzrok znad kubka herbaty, szczęśliwie miał twarz trochę dalej, szkła okularów nie zdążyły pokryć się mleczną mgłą — Poprawcie mnie, proszę, jeżeli się mylę — dodał prędko, spoglądając na bardziej doświadczonych Zakonników, w szczególności Williama, Samuela, Fredericka, Maeve, Lucindę i Floreana. O zaangażowaniu części z nich wiedział, innych — domyślał. Niemniej jednak mieli wystarczająco dużo doświadczenia, by móc stać się autorytetami, choćby na moment. — Ale jeżeli Billy ma rację i faktycznie chcą nas wyciągnąć, wywabić... To nie chodzi im o tych, których uśmiercili. Waszetu podarował spojrzenie każdemu "zabitemu" w pierwszokwietniowym wydaniu — Pojawienie się zrobiłoby wystarczająco dużo szumu, byłoby nawet nie rzuconą rękawicą, tylko tym... — cholera, jak na złość nie potrafił przypomnieć sobie nazwy zaklęcia, była gdzieś na końcu języka. — Lamino. To nie przeszłoby niezauważone, eskalowałoby do rozmiarów, o których chyba nie chcemy myśleć, przynajmniej nie teraz. Więc logicznym następstwem wydaje mi się to, że chcielibyśmy by na te... nazwijmy to "przeszpiegi" poszli ci, których twarzy jeszcze nie znają. Jest nas coraz więcej, to budujące, Ministerstwo czuje oddech na karku. Nie zdziwiłbym się, gdyby aresztowali każdego przesadnie zainteresowanego miejscem, sprawą. Prewencyjnie. Myśląc, że to ktoś z nas — nie było łatwo snuć czarne scenariusze, ale pamiętał, do czego doprowadzał go własny hurraoptymizm. — Więc jak zawsze jesteśmy ostrożni, tak teraz... Wypadałoby być jeszcze bardziej. Podwójnie. Potrójnie.
Uśmiechnął się zaraz przepraszająco, znów zwieszając głowę. Nie chciał psuć nikomu humoru i wielkiego planowania, ale w ostatnich dniach działy się rzeczy dziwne, niepojęte i straszne. Nawet oczywiste upomnienia mogły coś zdziałać.
— Wstępne szacunki to szeroki temat. Byliśmy przede wszystkim u rannych, z natury rzeczy nie mogliśmy wiele pomóc tym, których zabrał żywioł — odpowiedział wreszcie na pytanie Volansa, choć nie brzmiało to szczególnie optymistycznie, to spodziewał się zastać na miejscu coś gorszego. Jeżeli Volans chciał podpytać o detale, na pewno znajdą czas po spotkaniu.
Na słowa Williama o Hipogryfach pokiwał głową w zrozumieniu, a jeżeli Billy na niego spojrzał, zobaczył, że usta Castora układały się w nieme dziękuję. Już i tak zabrał wystarczająco dużo czasu i światła nadziei z ratusza, nie chciał sprawiać kolejnych kłopotów.
Pojawienie się Tonksa nie umknęło uwadze chyba nikogo — tym samym nie mogąc umknąć nawet uwadze Sprouta. Uśmiechnął się do niego, kinął lekko głową, nawet wskazał na zarezerwowane dla niego miejsce, chociaż w dłoniach wciąż trzymał kubek z herbatą. Z zadowoleniem obserwował też, jak przyjaciel sięga po jedzenie, nadymając jednak lekko policzki na ten chyba trochę ironiczny komplement. Z boku mogło wyglądać, jakby właśnie się na siebie obrazili, lecz głęboka przyjaźń łącząca dwóch blondynów pozwalała im czuć się w swym towarzystwie na tyle swobodnie, by pozwalali sobie na różne nieoczywistości. To była jedna z nich.
— Nie gadaj z pełnymi ustami — oddał mu z uśmiechem, tym szczerym, sięgającym jasnych oczu, choć jeszcze nie na tyle szerokim, by przywołać czające się w policzkach dołeczki. Mieli przecież ważne sprawy do załatwienia, spotkanie do uczestniczenia, a resztę przyjemnych złośliwości mogą przeznaczyć na powrót do domu.
Przeniósł swoją uwagę na mówiącego Samuela. Wszystko byłoby w porządku, gdyby nie jeden, krótki szczegół dotyczący losu Jackie. Najpierw znika, pod koniec lutego, rozpływa się bez śladu, a potem z końcem marca wysadza z ojcem tamę i ginie?
Coś tu śmierdziało.
— I rozumiem, że zniknęła i nie kontaktowała się więcej załatwiło sprawę? — spytał wreszcie, gdy dłonie zacisnęły się mocniej na kubku, a uważne, chłodne spojrzenie poczęło na Skamanderze. Wychylił się nawet nieco do przodu, by mieć lepszy widok. — Skoro ona się nie kontaktowała, czy kontaktowałeś się z nią? Wróciłeś na miejsce? Były jakieś ślady? Cokolwiek? — nie spuszczał wzroku z mężczyzny, oczekując odpowiedzi. Najlepiej konkretnej i prostej, bo takiej wymagała sytuacja. Zmarszczył lekko nos, brwi ściągnął nieco do środka, wyraźnie niezadowolony z podobnej postawy. — W każdym razie, jakie są szanse, że oni ją pojmali? Że faktycznie mogła być zamieszana w wysadzenie tej tamy? Ludzie nie rozpływają się w powietrzu, a chyba pierwszą zasadą takich akcji jest to, że z a w s z e mamy wracać w takiej liczbie, w jakiej wyszliśmy?
Choćby ktoś miał wrócić martwy.
Ciągnąłby chyba dłużej, gdyby nie to, że mówić zaczęli inni. Oparł się mocno o oparcie krzesła, zjechał nawet niżej, na całe szczęście nikt nie siedział naprzeciwko, więc nie potrącił nikogo długimi patykami nóg. Wiedział, że musiał się uspokoić, ale myśli podpowiadały naprawdę wiele scenariuszy i żaden z nich nie był nawet lekko dobry. Gorąca, młodzieńcza złość dała się we znaki, może gdy będzie miał szansę ochłonąć, podejdzie do tego inaczej i spróbuje zrozumieć takie, a nie inne podejście, a może potwierdzi pierwsze przypuszczenia. Niemniej jednak, jako człowiek o raczej mikrej wartości w bezpośrednim starciu, sporo komfortu wynosił z myśli, że nawet, gdyby stało się coś złego, ktoś powinien po niego wrócić. I nie chciał, bardzo nie chciał tracić tej wiary.
O patronusie i radiu, a raczej ich wartości w przekazywaniu informacji zostało powiedziane już wszystko. Gdy Thalia skończyła mówić, poprawił się na krześle, choć ton miał raczej niezbyt radosny, jakoś melancholijnie niemal smutny. Niemniej jednak zwrócił się do Maeve, odpowiadając na jej pytanie.
— Pluskwa radiowa to pierwszy stopień zabezpieczenia, jak mówi Thalia. Drugim jest wybranie odpowiedniej częstotliwości, 101,1. Trzeci stopień to wybranie na tej gałce do częstotliwości liczb 10, 07, 19, 55. Jeżeli nie wybierze się tego kodu, zamiast transmisji właściwej leci... nazwijmy ją, zagłuszajka. Bez pluskwy nie da się odbierać sygnału — miał nadzieję, że to tłumaczenie, zbyt prędkie może, ale konkretne, wyjaśni wszystkim zasady bezpieczeństwa Ptasiego Radia. Uśmiechnął się jeszcze, wciąż nieco zmieszany, do Clearwater, jakby chciał zapewnić o swoich dobrych zamiarach. Złość prędko z niego ulatywała, zostawiając po sobie ciążącą, ciągnącą się w prawie nieskończoność melancholię.
Na wspomnienie dementorów pobladł z kolei, prędko unosząc kubek z herbatą do ust. I chyba tylko dzięki temu, przez sekundę wychwycił spojrzenie Thalii, nie chcąc jednak włączać się do dyskusji.


Myślę sobie, zaraz obudzę się.
Lecz im bardziej spadam,
tym bardziej widzę, że
To wszystko chyba nie jest sen.
Castor Sprout
Zawód : Twórca talizmanów, właściciel sklepu "Bursztynowy Świerzop"
Wiek : 24
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
gdzie rzucą kość
będziesz jak szczeniak biegł
OPCM : 5
UROKI : 0
ALCHEMIA : 30
UZDRAWIANIE : 8
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 6
SPRAWNOŚĆ : 4
Genetyka : Wilkołak

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t9918-castor-sprout#299830 https://www.morsmordre.net/t9950-irys#300995 https://www.morsmordre.net/t9949-i-will-keep-my-flowers-safe#300972 https://www.morsmordre.net/f177-wybrzeze-exmoor-somerset-wrzosowa-przystan https://www.morsmordre.net/t9952-skrytka-bankowa-nr-2255#301004 https://www.morsmordre.net/t9951-c-sprout#300999
Re: Ratusz [odnośnik]20.05.22 20:03
Bez sensu było szukać logiki w działaniach ludzi karmiących się kłamstwem, obłudą i fałszem. Lucinda nie wiedziała co dokładnie chcieli uzyskać ci, którzy przyłożyli pióro do powstania tego artykułu, ale kamień spadł jej z serca, gdy uświadomiła sobie, że niemal wszyscy znajdujący się na liście śmierci przeżyli. Oczywiście w tym wszystkim był głębszy ukryty sens, pewnie jeszcze go nie odkryli, albo nigdy nie zdołają go odkryć, ale blondynka nie chciała też tracić czasu na zamotanie się w ich propagandzie, bo tak naprawdę to mógł być jeden z głównych celów tego artykułu. Zasiać wątpliwość wszędzie. Nawet w szeregach Zakonu Feniksa. Kiedy William wspomniał o tym, że należałoby sprawdzić kto jeszcze znajdował się na pokładzie statku, blondynka powoli pokiwała głową ważąc słowa, które już padły. – Tak, też o tym myślałam – zaczęła spoglądając na swoje dłonie. – Mogę się tym zająć choć nie ukrywam, że przydałaby mi się pomoc kogoś kto dobrze zna porty, statki i marynarzy – tu wymownie popatrzyła na Wellers. Na ustach czarownicy pojawił się delikatny uśmiech. Wiedziała, że już wcześniej wspomniała o tym, że może się rozejrzeć w dokach, ale samo szukanie ludzi bez nazwisk wymagało przemyślanego planu, większych działań. Ona chciała się tym zająć, ale samej zajęłoby jej to wieczność, a przecież nie o to chodziło w tej wojnie. Wszystkie ich działania powinny być zsynchronizowane. Dostosowane do innych, równie ważnych lub nawet ważniejszych działań.
Blondynka skinęła głową, gdy jeden z mężczyzn (Volans) zaproponował jej kawę. Nie pamiętała kiedy ostatnio ją piła. Kawa skończyła jej się jakieś dwa miesiące temu i od tamtej pory musiała jakoś sobie radzić bez jej drogocennego wpływu. Nie było co się oszukiwać. Nic nie trwało wiecznie, a dobrobyt skończył się wraz z… właśnie jej wizerunkiem rozwieszonym po całym mieście. Chociaż nie przejmowała się tym zbytnio. Ludzie nie mieli czego włożyć do garnka, a ona miałaby rozpaczać nad filiżanką kawy?
- Ostatnio coraz częściej się nad tym zastanawiam i… nie wiem. Niektórzy z nas mieszkają w tych samych domach od lat, mają te same sowy, tych samych sąsiadów i otaczają się w tym samym kręgu. Gdyby chodziło o to, żebyśmy zaczęli się ze sobą komunikować, to pewnie już dawno by poczynili podobne kroki. Z drugiej strony dla ich sojuszników to przykry obrazek, listy gończe wiszą już tyle czasu, a rezultatów brak, a oni tak jak i my potrzebują teraz przede wszystkim sojuszów. Może szlachta zaczęła się burzyć? Może nie do końca pasuje im wizja dementorów unoszących się nad ich pięknymi dobytkami? Nikt z nas nie dałby się łatwo złapać, ale myślę, że mieli ku temu już wiele okazji… - dodała z lekką konsternacją w głosie. Brzmiała surowo, niepodobnie do siebie, w jej głosie przemawiała lekka ironia. To wszystko było spowodowane miesiącami przepełnionymi walką. W jej życiu ostatnio nie było miejsca na prywatę, na swobodę. Nie spała, mało jadła, a zmęczenie coraz bardziej wbijało ją w fotel.
Kiedy Michael wspomniał o zabezpieczeniach Lucinda skinęła głową. Wiedziała, że mu je u siebie podrasować, ale jak to się mówi… szewc bez butów chodzi. Bardziej skupiała się na tym by inni mieli dach nad głową, rzadko myślała o sobie. – Co do komunikacji myślę, że niewiele więcej możemy zrobić. Mamy patronusy, radio, sowy… to wszystko działa, ale z pewnymi ograniczeniami. Mamy też Oazę. Tu zawsze możemy się spotkać. Nie musimy robić cyklicznych spotkań, ale i tak każdy z nas jest tutaj chociaż raz w miesiącu, prawda? Możemy zostawiać notatki w Ratuszu dla własnej wiadomości. – dodała bo jedynie na taki tylko pomysł teraz wpadła. Ona sama przez długi czas zamartwiała się o życie innych Zakonników, ale miała wiarę. Musiała ją mieć, bo inaczej zwyczajnie by zwariowała.
Oczywiście ze wszystkim się zgadzała, wszystko co mówili miało jak największy sens, ale Lucinda nie mogła pozbyć się uczucia, że właściwie, to ukrywając się ponownie dadzą im wszystkim przewagę. Blondynka spojrzała na Castora, kiedy wspomniał o ostrożności. – Nie ukrywam, że jak dla mnie zrobili nam przysługę. Przynajmniej ludzie na ulicach nie będą wypatrywać naszej twarzy. Z drugiej strony jednak jeśli zaczniemy się znów ukrywać, to potwierdzimy, że mają racje, a ta wojna będzie ciągnąć się bez końca. Wiem, że wciąż jest nas zbyt mało by stanąć do otwartej walki, często i tak to robimy, ale zastanawiam się ile jeszcze będziemy się ukrywać, działać spod osłony. Odpieramy ataki, a może powinniśmy zacząć sami atakować. – nie mówiła tutaj o misjach odbijania jeńców, nie mówiła też o odbijaniu miejsc zajętych przez Ministerstwo i Rycerzy. Blondynka zdawała sobie sprawy z tego, że mają wąskie pole do popisu, ale miała ciągle wrażenie, że to pole tylko się zawęża.


Ignis non exstinguitur igneThat is our great glory, and our great tragedy
Lucinda Hensley
Zawód : łamacz klątw i uroków & poszukiwacz artefaktów
Wiek : 28
Czystość krwi : Zdrajca
Stan cywilny : Panna
hope for the best, but prepare for the worst
OPCM : 40
UROKI : 27
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 8
SPRAWNOŚĆ : 2
Genetyka : Czarodziej
Ratusz - Page 11 Tumblr_on19yxR5PA1tj4hhyo2_500
Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t3072-lucinda-lynn-selwyn https://www.morsmordre.net/t3145-sennett#51834 https://www.morsmordre.net/t3144-chodzcie-chodzcie-do-mnie#51829 https://www.morsmordre.net/f104-szkocja-kres-w-john-o-groats https://www.morsmordre.net/t4137-skrytka-bankowa-nr-806#82308 https://www.morsmordre.net/t3214-lucinda-selwyn#55539
Re: Ratusz [odnośnik]21.05.22 3:21
Przez większość czasu mógł jedynie słuchać i czasem zabierać głos. Prawda była taka, że gdyby Billy o coś go poprosiłby i to mieściło się w zakresie jego mocy oraz nie wymagało od niego porzucenia swoich poglądów na kwestie związane z tą organizacją i działaniem w słusznej sprawie. Za swoją rodzinę i przyjaciół to by nawet w ogień wskoczył. Taki już był. A teraz, w tym miejscu jego młodszy brat prowadził to spotkanie organizacyjne i w tej sali dostrzegał kilka znajomych twarzy.
W styczniu... przynajmniej w kwestii feniksa — Potwierdził co do sprawy, o której wiedział więcej. Co prawda, z drugiej ręki ale to nie była jakaś tam plotka. O takich rzeczach jak feniks nad ogarniętym wojną krajem nikt by nie kłamał. Chciał w to wierzyć. A przede wszystkim chciałby znać odpowiedź na te wszystkie pytania i wiedzieć to wszystko. Nie miał takiej mocy.
Zjawił się tam, gdzie był potrzebny. To bardzo niezwykłe stworzenia magiczne — Wytłumaczył znajomemu. To nie było tak po prostu. Znał się na magicznych stworzeniach, jednak nawet dla niego feniksy stanowiły wielką zagadkę.
Jeśli potrzebujesz dodatkowej pary oczu i różdżki to możesz na mnie liczyć — Bez wahania zaproponował swoją pomoc w ustaleniu czego potrzebują ocalali i każdej innej formy pomocy. Było to do przewidzenia, że wyrazi gotowość do pomocy członkowi rodziny oraz każdemu, kto jej potrzebuje.
Ja również nie piłem — Stwierdził bardziej z niezadowoleniem, niż z nostalgią. Przed wojną kawa była powszechnym towarem. Gdy Herbert podsunął mu swój kubek, nalał do niego przyzwoitą ilość gorącego napoju, którym się będzie teraz raczyć. Jeśli chodziło o Kierana to nie miał z nim kontaktu czasu zakończenia tej felernej potyczki z olbrzymem. — Ja widziałem Kierana na przełomie stycznia i lutego — Przekazał zgromadzonym. Ta informacja niewiele wnosiła, gdyż już uległa przedawnieniu.
Obawiam się, że możesz mieć rację. Gdy chcesz schwytać smoka to nie wchodzisz prosto jego leża, tylko próbujesz go wypłoszyć i dopiero pochwycić — Posługując się typowo magizoologiczną metaforą przyznał Williamowi rację. Ze smokiem walczyło się bardzo trudno, ale wejście do jego leża zakrawało na szaleństwo. Nie żeby łapanie smoków było rozsądne.
Chrząknął cicho na dźwięk głosu Elroya, odstawiając również kubek z kawą na stół przed sobą. Usiadł wygodniej, wyprostowany, ze spojrzeniem utkwionym w tym czarodzieju. Samosądy to było coś, czemu sprzeciwiał się niezależnie od obranej strony w tym chorym konflikcie. Reakcja podburzonego ludu i traktowanie zwolenników Zakonu jak wrogów wymaga szerszej perspektywy.
Jak dokładnie zamierzasz się tym zająć? — Zadał to ważne pytanie Greengrassowi, skoro on zaznaczył mile widzianą możliwość udzielenia mu wsparcia w rozwiązaniu tego problemu.
Jeśli o mnie chodzi to uważam, że powinniśmy być przygotowani. Niemniej opracowanie takiego rozwiązania przekracza zakres moich umiejętności — Wyrażenie swojego pomysłu, a pomoc przy jego realizacji to dwie różne rzeczy. Żaden z niego wynalazca. Dlatego pozostawił to innym. Zaaprobuje każde zaproponowane rozwiązanie, jeśli będzie skuteczne i bezpieczne. Z zainteresowaniem obejrzał na Herberta, gdy ten wspomniał o oddanym mu pod opiekę radiu. Wydawało mu się to warte uwagi. Warte spróbowania.
Audycje nadawane przez radio, po odkodowaniu mogą zostać bezpośrednio podsłuchane... dobrze myślę? — Zapytał poważnie siedzącego obok niego Greya. To był ten najmniej optymistyczny scenariusz, ale chciał dowiedzieć czy to było możliwe. Żaden z niego znawca w tym temacie. Poza tym, jak rzadko zgadzał się z Elroyem. Radio jako mugolska technologia tak właśnie działała, ale to lepsze, niż nic.
Ja nie mam zabezpieczeń w swoim miejscu zamieszkania. Jeszcze nikt mnie nie zaatakował w mieszkaniu, ale w końcu może mieć to miejsce. Na razie moim systemem wczesnego ostrzegania jest psidwak — Przyznał się z stosownym zakłopotaniem, które starał się ukryć za przedstawieniem korzyści posiadania Runy. Ale skoro oferowano pomoc to chętnie z niej skorzysta i pozwoli by ktoś mu znany i zaufany zabezpieczy mu dom.
Jakie... cienie i dziwne masy? Co masz na myśli? — Zapytał poważnie Thalii, nie wiedząc o czym ona mówi. Czymkolwiek to było nie miał z tym styczności. — Gdzie bytują dementorzy? — Mocniej zacisnął palce na swoim kubku, czując się jakby jeden z tych potworów tu się ukazał i pochwycił go swoimi łapskami.
Volans Moore
Zawód : Smokolog
Wiek : 32
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
Oh I still can remember a time when it wasn't like this
Before the world became enslaved
Can we all go back to the time when we were not like this
Can we even be saved?
OPCM : 21
UROKI : 17
ALCHEMIA : 1
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 8
SPRAWNOŚĆ : 7
Genetyka : Czarodziej
Ratusz - Page 11 Tumblr_myrxsem7AC1s8tqb9o1_500
Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t9775-volans-moore-w-budowie#296523 https://www.morsmordre.net/t9914-sol#299801 https://www.morsmordre.net/t9919-ksiega-smokow#299856 https://www.morsmordre.net/f371-derbyshire-borrowash-pollards-oaks-11-8 https://www.morsmordre.net/t9921-szuflada-volansa#299859 https://www.morsmordre.net/t9913-volans-moore#299792
Re: Ratusz [odnośnik]21.05.22 23:02
- Jasne, powidła też wezmę - obiecał Castorowi, z cieniem ironii, dopiero po chwili wzdychając, że Sprout pewnie jej nawet nie wychwyci, niczego mu nie brakowało. Marcel nie chodził głodny, ale karmili go na Arenie, żeby zdobyć cokolwiek, musiałby okraść własną kuchnię, co zdarzalo mu się co prawda robić, ale do czego się nie przyznawał chyba nawet - albo głównie - przed sobą samym. Przepis był mu zbędny, i tak nie potrafił gotować, a do powtarzalnych czynności wymagających koncentracji zwykł mieć dwie lewe ręce. Niemal zastrzygł uszami, słysząc głos Volansa i wspomnienie możliwości dodania lodów do racuchów, jednak na szybko rzucenie spojrzenie wystarczyło, by upewnił się, że - niestety - nic nie wskazywało na to, by ktokolwiek przyniósł na to spotkanie lody i miał nadzieję, że nikt nie skojarzy ruchu jego głowy z nadzieją na zaskakujący prowiant. Nie przyszedł tu jednak po to, żeby się najeść - skupił uwagę wyłącznie na tablicy znajdującej się za Billym, bo choć wiele z nazwisk okazało się bezpiecznych, to pytajniki wciąż unosiły się złowieszczo przy niektórych imionach; martwił się o każde z nich, nawet jeśli nie znał żadnego. Słowa Castora tylko podkreśliły tę grozę, bo choć niosły nadzieję, to przypominały o niebezpieczeństwie.
Przeniósł spojrzenie na aurorów, kiedy Billy zapytał o Lune; wciąż nie do końca rozumiał, co się tam wydarzyło, ani dlaczego w to wszystko zamieszany był Thomas. Doe miał mu o wszystkim opowiedzieć- ale to się już nie zdarzy, dziś miał dowiedzieć się więcej. Wsłuchał się w słowa Samuela, z uwagą. Przeniósł spojrzenie na tablicę, zaginięta dziewczyna; czy Doe mógł mieć z tym coś wspólnego? Nie wierzył, że to wszystko skomplikowało się tak bardzo. Milczał, wbijając spojrzenie w kubek herbaty, kiedy Castor zwrócił się do Samuela, nie spojrzał ani na pierwszego ani na drugiego z czarodziejów.
Z zaciekawieniem słuchał dyskusji nad możliwością porozumiewania się w sposób inny, niż listowny; niewiele o tym wiedział, niewiele był w stanie powiedzieć, ale wypowiadane słowa rozbudzały wyobraźnię. Kod radiowy brzmiał rozsądnie.
- Wielu czystokrwistych czarodziejów pewnie nawet nie bardzo wie, czym jest radio - zauważył niepewnie, odnosząc się do słów Herberta. Wróg musiałby przechwycić sygnał i rozwiązać kod, ale najpierw musiałby wiedzieć gdzie go szukać i zrozumieć, jak działa, żeby móc cokolwiek namierzyć. Zdawało mu się, że pozostali czarodzieje zapominali o ograniczeniach tych, którzy na mugolski świat od zawsze spoglądali z dystansu. Pochwycił wzrok Maeve, kiedy mówiła o patronusach, ale szybko uciekł własnym; mówili tu o tym zaklęciu tak, jak gdyby było proste, jak gdyby brak tej umiejętności zadziwiał, czy to on obracał się w innym towarzystwie, czy to on miał mylne pojęcie?
Pokręcił głową na pytanie Floreana, nie padło żadne nazwisko, które kojarzyłoby mu się z bielszą stroną wojny.
- Rosier, Mulciber, Mericourt, Macnair, Burke, Shafiq - coś drgnęło w jego głosie - Sallow - Uciekł spojrzeniem, kiedyś i on posługiwał się tym nazwiskiem - jako syn mugolki. Nawet nie wiedział. Znał, pamiętał nazwiska, Maeve kazała mu je zapamiętać. Powtarzał je całą drogę do domu, kiedy odchodził z tamtego miejsca, kiedy minął pierwszy szok i obrzydzenie do samego siebie - że występował ku chwale nowego porządku.


jeszcze w zielone gramy jeszcze nie umieramy, jeszcze się nam ukłonią ci co palcem wygrażali

Marcelius Sallow
Zawód : Akrobata
Wiek : 20
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
a gniew twój bezsilny niech będzie jak morze ilekroć usłyszysz głos poniżonych i bitych
OPCM : 6
UROKI : 4
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 40
SPRAWNOŚĆ : 20
Genetyka : Czarodziej

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t8833-marcelius-sallow#263287 https://www.morsmordre.net/t8838-marcelius-sallow#263482 https://www.morsmordre.net/t8835-marcelius-sallow#263320 https://www.morsmordre.net/f319-arena-carringtonow-wagon-7 https://www.morsmordre.net/t8839-skrytka-bankowa-nr-2088#263495 https://www.morsmordre.net/t8841-marcelius-sallow#263502
Re: Ratusz [odnośnik]22.05.22 21:08
Chciałbym się sp-p-potkać, za jakiś czas. Pewnie w mniejszym gronie – odpowiedział Floreanowi, kiedy wracali z polowej kuchni; myślał o tym już wcześniej, dzisiejsze zebranie wydawało mu się jednak bardziej naglące. Szybkie ustalenie, co stało się z ich przyjaciółmi, z sojusznikami i członkami Zakonu Feniksa, mogło zaważyć na ich losie – nawet jeśli wiadomości przyniesione przez Walczącego Maga póki co bardziej im w tym przeszkadzały niż pomagały. Rozwikłanie plątaniny kłamstw okazało się trudniejsze, niż początkowo sądził, bo o ile wybrane przez propagandę miejsca z pewnością nie były przypadkowe, o tyle przypisane do nich nazwiska zdawały się mieć niewiele wspólnego z przytoczonymi wydarzeniami. A przynajmniej – większość z nich.
Przeniósł uważne spojrzenie na Samuela, streszczającego, co tak naprawdę stało się nad rzeką – ale chociaż jego słowa rzuciły na akcję więcej światła, to wcale nie przyniosły mu otuchy; zmarszczył brwi na wieść o zaginięciu Jackie, na wspomnienie o szmalcownikach zaciskając bezwiednie dłonie w pięści. – Handel dziećmi? – powtórzył, zanim zdążyłby się powstrzymać; pytanie samo wypadło mu z ust, miał wrażenie, że inaczej by się nim udławił – mimowolnie przypominając sobie przeklętego Niemca i polanę świetlików. Czy mógł być w to zamieszany? Od ostatniego spotkania Zakonu uparcie nadstawiał ucha, mając nadzieję, że plugawy morderca w końcu wystawi łeb, ale wydawał się zapaść pod ziemię; czy to dlatego, że nowe schronienie znalazł w Lancashire? – Kto jeszcze był tam z t-t-tobą? Czy Jackie była ranna? – zapytał jeszcze. Jednoczesne zniknięcie obu Rineheartów było więcej niż niepokojące, bo o ile Jackie mogła się ukrywać – o tyle nie wierzył, by Kieran nie skontaktował się z Zakonem, jeśli tylko miałby taką możliwość.
Gdy głos zabrał Michael, obrócił się lekko w jego stronę, starając się jednak – celowo lub nie – nie patrzeć mu prosto w oczy. – To mogła być ta sama szajka? – wtrącił, próbujęc wysnuć jakiś sens z przedstawianej przez aurorów chronologii wydarzeń; na kolejne słowa Tonksa uśmiechnął się gorzko. – Od samego p-p-początku przedstawiają nas jako morderców i terrorystów, szatańska p-p-pożoga wpisuje się w ten obrazek – zauważył; on sam nie miał wątpliwości co do tego, że część czarodziejów była w stanie w to uwierzyć – potwierdzały to słowa lorda Greengrassa o dokonanych w Staffordshire samosądach, zresztą: prawie codziennie stykał się z ludzką nieufnością. Na pytanie o Emily Twiggs nie odpowiedział, jedynie ponownie przenosząc spojrzenie na Samuela – spodziewając się, że jeżeli ktoś spośród nich wiedział coś więcej, to był to właśnie Skamander.
Chłodne słowa Castora go zaskoczyły; obejrzał się na Sprouta z lekką konsternacją, bo o ile sam również martwił się o Jackie, o tyle nie miał powodu, by podejrzewać doświadczonego aurora o świadome poczynienie jakichś zaniedbań – a już na pewno nie przyszłoby mu do głowy, by przypominać mu podstawy organizowania terenowych misji. – Jestem pewien, że nikt z nas nie p-p-porzuciłby przyjaciół na polu walki tak po prostu – wtrącił spokojnie, zaraz potem jednak milknąc; zostawiając Samuelowi przestrzeń na udzielenie odpowiedzi, samemu jedynie rzucając Castorowi krótkie spojrzenie, które zdawało się mówić: wszystko w porządku?
W odpowiedzi na pytanie Maeve pokręcił głową – nie znał Charlene na tyle dobrze, by być w stanie odróżnić ją w animagicznej formie od innych kotów. – Zapytam Hannah, być może być może byłaby w stanie ją op-p-pisać – powiedział, choć bez przekonania; próba zlokalizowania kota, nawet posiadającego znaki charakterystyczne, kojarzyła mu się z przysłowiowym szukaniem igły w stogu siana – jeśli więc Charlie rzeczywiście ukrywała się w ten sposób, to pozostawało mu mieć nadzieję, że wróg również jej nie znajdzie. Słowa Thalii nieco go uspokoiły, skinął w jej stronę głową – zaraz potem marszcząc brwi w wyrazie skonfundowania. – Deraty… Co? – powtórzył, użyte przez czarownicę określenie kompletnie nic mu nie mówiło. Przeniósł wzrok na Lucindę. – Może w takim razie p-p-połączycie siły? – zasugerował; nie znał nikogo, kto potrafiłby odnaleźć się w portach lepiej niż Thalia.
Gdy dyskusja zahaczyła o Staffordshire, przeniósł ponownie spojrzenie najpierw na Samuela, a później na Michaela, w zamyśleniu drapiąc się po karku; skoro nikt ich tam nie widział, to Cannock Chase brzmiało jak ślepy zaułek – przynajmniej dopóki głosu nie zabrał lord Greengrass. – Jeśli udałoby ci się… To zn-n-naczy – jeśli udałoby się lordowi czegoś dowiedzieć na temat tych zamordowanych ludzi – m-m-może mają bliskich, którzy potrzebują ochrony albo pomocy – poprosił, przelotnie spoglądając też na starszego brata; podejrzewał, że jakiekolwiek plany snuł Elroy, Volans również miał wziąć w nich udział – koniec końców, pracował na ziemiach Greengrassów.
Propozycji pomocy nie miał jednak zamiaru odrzucić. – Dzięki – powiedział, uśmiechając się, ale zaraz potem poważniejąc, przenosząc wzrok pomiędzy kolejno zabierającymi głos Samuelem i Maeve, żeby wreszcie na dłuższą chwilę zatrzymać go na Castorze i Lucindzie. Zgadzał się ze wszystkimi wypowiadającymi się na temat propagandy Zakonnikami, jednocześnie mając wrażenie, że coś im umykało; być może rzeczywiście nie było sensu w szukaniu logiki wśród działań szaleńców, ale jednego był pewien – nie miał zamiaru pozwolić im zagonić się do kryjówki. – Castor ma rację: ostrożności nigdy za wiele, ale nie p-p-powinniśmy się też dać zastraszyć – powiedział powoli, spoglądając z niechęcią na rozłożony na stole egzemplarz Walczącego Maga. – Powstrzymywaniem się p-p-przed działaniem jedynie pójdziemy im na rękę, poza tym – jeśli listy g-g-gończe nie ściągnęły na nas wystraczającej uwagi, to nie wydaje mi się, żeby zrobiła to wiadomość o naszej śmierci. – A może właśnie o to chodziło – o usunięcie pionków z wojennej szachownicy, żeby reszcie czarodziejskiego społeczeństwa lepiej zapadły w pamięć wizerunki istotniejszych figur? Twarze dwudziestu poszukiwanych zbrodniarzy mogły łatwo zlać się ze sobą, za to piątka wybrańców wyróżniała się znacznie bardziej.
Nie odpowiedział na pytanie Michaela o zabezpieczenia domu, nie potrzebował na tym gruncie pomocy – zamiast tego skupiając się na kwestii komunikacji; bez względu na to, czy celem artykułu w Walczącym Magu było wyciągnięcie ich z ukrycia czy nie, ustalenie skutecznego sposobu przekazywania sobie informacji pomiędzy członkami Zakonu Feniksa wydawało mu się potrzebne – chaos informacyjny, który zapanował w ostatnich dniach, był tego wyraźnym dowodem. Z zainteresowaniem wysłuchał wszystkiego, co Zakonnicy mieli do powiedzenia na temat radia, sporo uwagi poświęcając też kwestii zaczarowanej monety; szczegółowy sposób działania zarówno jednego jak i drugiego pozostawał dla niego niezrozumiały, wydawało mu się jednak, że pojmował wystarczająco, by zarysować wstępną propozycję. – P-p-przekazywanie wiadomości za pomocą patronusa byłoby idealne, ale jest bardzo trudne – ilu z nas to potrafi? – zapytał, przemykając spojrzeniem po otaczających go twarzach; on sam opanował tę sztukę dopiero niedawno. – Radio mogłoby być dobrą alternatywą – jeśli d-d-dobrze rozumiem to, co mówicie, to do odbierania przekazu potrzebny jest odbiornik, p-p-pluskwa i właściwa częstotliwość? – upewnił się; liczba zabezpieczeń sprawiała wrażenie wystarczającej. – Marcel ma rację, w-w-większość czarodziejów, która nie miała styczności z mugolskim światem, miałaby problem z samym odkryciem p-p-przeznaczenia radia, a co dopiero jego rozpracowaniem. P-p-przechwycenie zawsze stanowi ryzyko, ale moglibyśmy je zminimalizować, kontrolując to, gdzie znajdują się p-p-pluskwy – może każdy, kto taką posiada, powinien być zobligowany do regularnego meldowania, że wszystko jest w p-p-porządku? – Wtedy wystarczyłby brak meldunku, a już wiedzieliby, że do czasu wyjaśnienia sprawy, powinni zachować ostrożność w nadawanych audycjach, zmienić częstotliwość, ustalić nowy szyfr. – Za p-p-pomocą zaklętych monet moglibyśmy z kolei przekazywać sobie informacje na temat daty i g-g-godziny nadchodzącej audycji – taki komunikat byłby zrozumiały tylko dla nas, dla k-k-kogoś obcego stanowiłby jedynie bezużyteczną kombinację cyfr, nawet jeśli znalazłby przy nas monetę – dodał, obracając w dłoni opróżniony do połowy kubek. – Radio może nie jest najszybszym sp-p-posobem na komunikację – zgodził się z podnoszonymi przez Zakonników argumentami – ale sowa też potrzebuje sporo czasu na dostarczenie listu, zwłaszcza, jeśli ma p-p-przelecieć z jednego końca kraju na drugi – i z powrotem. Nie mówiąc już o sytuacji, gdy chcemy w-w-wysłać więcej niż jedną – zauważył, Bursztyn – niosąc wiadomości do Hannah – potrafił zniknąć na parę dni. – Nawet jeśli nie dotarlibyśmy w ten sp-p-posób do wszystkich, to wystarczyłoby kilka rozrzuconych po Wielkiej Brytanii p-p-punktów, w których ktoś odbierałby radiowe komunikaty, a później p-p-przekazywał wiadomości dalej – skróciłoby to znacznie dystans, który musi pokonać sowa, a w przypadku jej zaginięcia, wiedzielibyśmy dokładniej, na jakiej t-t-trasie mogło nastąpić przechwycenie – zakończył, wypuszczając powoli powietrze z płuc i rozglądając się; chciał wiedzieć, co o tym myśleli pozostali, zwłaszcza Herbert – który był odpowiedzialny za radio. – W razie p-p-potrzeby – pomogę z roznoszeniem pluskiew – zadeklarował; jako lotnik miał ku temu możliwości.
Nie chciał poruszać tematu cieni na tym spotkaniu, zresztą – póki co niewiele miał do powiedzenia, w reakcji na słowa Maeve podniósł jednak spojrzenie znad mapy. – Nie tylko w Suffolk – wtrącił; wspomnienie o dementorach sprawiało, że jego wnętrzności znów zalewały się lodem, a pod powiekami zaczynały migotać obrazy z Azkabanu, niemożliwe do pozbycia się, jakby na stałe wyryte w umyśle; zacisnął mocniej palce na metalowym naczyniu – skupiając się na cieple, które od niego biło. – Aidan widział je w Dorset, wyszły z wody – jedna z nich p-p-przypominała kobietę, szponami zraniła jego koleżankę. Nie wiem, czy mają coś wspólnego z dementorami – powiedział, przenosząc nieco zaskoczone spojrzenie na Volansa. – Większość z nich jest w Azkabanie – przypomniał mu. – A p-p-przynajmniej ci, którzy nie rozpełźli się jeszcze po kraju. – Można ich było w końcu spotkać niemal wszędzie.
Żadne z nazwisk wymienionych przez Marcela nie zwróciło jego uwagi, wszystkie brzmiały znajomo – może poza ostatnim; zatrzymał na nim spojrzenie, przyglądając mu się przez dłuższą chwilę, ale nie zapytał o nic – decydując się zostawić to na dyskretniejszą rozmowę; żałując, że znajdował się za daleko, by pokrzepiająco poklepać go po ramieniu.


I've polished this anger and now it's a knife
William Moore
Zawód : lotnik w oddziale łączności, szkoleniowiec
Wiek : 29
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
jeno odmień czas kaleki,
zakryj groby płaszczem rzeki,
zetrzyj z włosów pył bitewny,
tych lat gniewnych
czarny pył
OPCM : 30
UROKI : 15
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 26
SPRAWNOŚĆ : 22
Genetyka : Czarodziej

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t5432-william-moore https://www.morsmordre.net/t5459-bursztyn https://www.morsmordre.net/t5433-b-b-b-billy https://www.morsmordre.net/f376-irlandia-gory-derryveagh https://www.morsmordre.net/t5461-skrytka-bankowa-nr-1345 https://www.morsmordre.net/t5460-billy-moore
Re: Ratusz [odnośnik]24.05.22 18:20
Wzdrygnął się na słowa o handlu dziećmi, przed oczami od razu mając najmłodsze pociechy w rezydencji Derby - Saoirse wraz z jej kuzynkami i kuzynami. Zacisnął mocniej dłoń pod stołem, przypominając sobie rozmowy z początku stycznia z ludźmi, którzy przez tamte wydarzenia stracili bliskich. Niektórzy rodziców, inni przyjaciół, kolejni dzieci. Złość w nim na nowo zaczynała buzować, ale starał zachować się kamienną minę, wiedząc że ta emocja nigdy nie była dobrym doradcą - a szczególnie nie powinien pozwalać sobie na jej uwalnianie w tym miejscu.
To nie było jednak kwestią, którą on musiał się zająć - a może i było to nawet na korzyść wszystkich? Powinien skupić się na Staffordshire i Derbyshire, umocnić na nowo pozycję Greengrassów i dać do zrozumienia ludziom, że Zakon Feniksa jest po ich stronie.
- Trudno jest zwalczyć informacje, która rozeszła się po kraju w taki sposób. Nie dotrzemy do każdego z informacją o tym, że Zakon Feniksa nie jest słaby i jego członkowie nie zostali straceni, ale może nie musimy tego robić na cały kraj? Nagłe pojawienie się tych, którzy podobno zostali zamordowani może wywrzeć duże zaskoczenie, a ludzie poniosą sami tę informacje dalej - bo potrzebowali nadziei, że wojna nie była przegrana, a co innego może dać im większą? dodał już w myślach Elroy, zastanawiając się nad sytuacją, kiedy to ich ród ucierpiał. Jak mieli sobie z tym radzić? Krok po kroku, dzień po dniu - to było tak uciążliwe, bo cierpliwość nigdy nie była jego mocną stroną. A jednak musiał sobie z tym poradzić. - Jaka jest szansa, że ci, których nie możemy w pełni dzisiaj potwierdzić stanu, a w przeciwieństwie do pani Charlene, jak rozumiem, nie są animagami? Mogą się gdzieś ukrywać w tym momencie, nie będąc w stanie skontaktować się w bezpieczny sposób, nie narażając informacji o swoim położeniu - również podniósł, choć nie był w pełni przekonany co do własnych słów. Jednak w czasach wojny powinni brać pod rozwagę każdą opcję - również te bezpieczne.
Przeniósł jednak wzrok na Volansa, słysząc jego pytanie.
- Nie musisz się martwić, Volansie. Zgodnie z twoim życzeniem ród Greengrass nie będzie oczekiwał zaangażowania w działania przeciwko wrogowi na ziemiach Derbyshire i Staffordshire poza godzinami twojej pracy, ani tym bardziej twoje obowiązki w rezerwacie nie ulegną zmianie - odpowiedział chłodno, przenosząc wzrok po innych zgromadzonych. - Jestem w kontakcie z lordem nestorem Prewettem oraz lordem Rhennardem Abbottem w związku z samosądami. Z pewnością będę potrzebował jeszcze zebrać dokładne informacje, ale postanowiłem sięgnąć do starych rozwiązań, w których z pewnością będę potrzebował wsparcia aurorów, głównie mam nadzieję reprezentacyjnego wsparcia, i może być również w zaistniałej sytuacji będzie to dobrą możliwością na wykorzystanie zaistniałych kłamstw przeciwko rządowi i podważenie śmierci niektórych. Jednak przechodząc do sedna, chcę wprowadzić dekrety, i stosowne kary za ich łamanie. Chaos wojenny sprawił, że ludzie wierzą zbyt dobrze w to, że wszystko uchodzi i będzie uchodzić im płazem, a autorytet mojego rodu został nadszarpnięty już wystarczająco podczas wydarzeń z początku stycznia - wyjaśnił, zatrzymując wzrok nieco na dłużej między innymi na Foxie, który siedział po drugiej stronie stołu, choć liczył również na pomoc Michaela czy Samuela.
- W Peak District posiadamy dwie pluskwy przekazane nam przez Justine, możemy jedną przekazać jeśli ma to pomóc w lepszej komunikacji - zaoferował do razu, bo choć sam nie czuł się komfortowo z użytkowaniem radia, nie miał zamiaru podważać argumentów o tym, że było to dobre rozwiązanie na dłuższą metę w kwestii przepływu informacji. On sam mógł zawsze zwrócić się do Michaela o pomoc w nauce obsługi tego piekielnego urządzenia.
- Nauka może okazać się niezbędna, jeśli będzie potrzeba bezpiecznego miejsca na jej przeprowadzanie, nie wahajcie się zjawić w Peak District. Zorganizujemy przestrzeń na nią - zapewnił, przenosząc wzrok na Maeve wspominającą o potencjalnej nauce. Nie chciał aby ci, którzy nie czuli się pewnie w obronie przed czarną magią, podczas swojej nauki zostali narażeni na atak. Wiedział, które budynki mogły zostać odpowiednio uprzątnięte i przygotowane - ale również, jeśli nastanie taka potrzeba, wielka sala w posiadłości Greengrassów, która kiedyś była używana na goszczenie podczas bankietów, mogła zostać zagospodarowana na rzecz treningów. Choć stanowczo wolałby tego uniknąć, biorąc pod uwagę stan Mare. To było ostatnim, czego jego żona potrzebowała - grup czarodziejów ciskających w siebie zaklęciami w jej domu.
Zaraz jednak zmarszczył brwi, słysząc absurdalne słowa o psidwaku w postaci zabezpieczenia. Wbił ponownie spojrzenie w Volansa. W końcu było to podstawową wiedzą, że psidwaki reagowały agresywnie na krew mugolską - a z pewnością wymagał podobnej wiedzy od kogoś, kto pracował ze smokami.
- Jestem pewny, że nasi wrogowie przez wzgląd na poglądy, rzadko są pochodzenia, na które psidwak reaguje w agresywny sposób. Nawet jeśli atak jest mało prawdopodobny to biorąc pod uwagę sytuację z samosądami, nie można lekceważyć istoty zabezpieczeń - powiedział, choć już po chwili westchnął, kiedy usłyszał zapytanie odnośnie dementorów. Cieszył się, że William wyjaśnił tę sprawę członkowi swojej rodziny, samemu już zaczynając poważnie wątpić w zawodowe kompetencje swojego pracownika.
Zaraz jednak zwrócił uwagę ku wymienianym przez Marcela nazwiska, krzywiąc się na te szlacheckie - choć z pewnością żadne z nich nie stanowiło większego zaskoczenia.




Hope's not gone
Elroy Greengrass
Zawód : Smokolog w Peak District
Wiek : 36
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Żonaty
I won't talk myself up, I don't need to pretend
You won't see me coming 'til it's too late again
OPCM : 15
UROKI : 20
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 7
SPRAWNOŚĆ : 13
Genetyka : Czarodziej

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t10916-elroy-greengrass#332716 https://www.morsmordre.net/t10962-obsydian#334127 https://www.morsmordre.net/t10970-elroy-greengrass#334429 https://www.morsmordre.net/f105-derby-grove-street-12-siedziba-greengrassow https://www.morsmordre.net/t10963-skrytka-bankowa-2372 https://www.morsmordre.net/t10961-elroy-greengrass#334126
Re: Ratusz [odnośnik]25.05.22 8:48
Nie potrafiła – i nie chciała – powstrzymać grymasu, który pojawił się na jej twarzy, gdy poruszyli temat handlarzy ludźmi. Ostatnimi czasy słyszała o nich głównie w kontekście wydarzeń nad rzeką Lune, uprowadzonych dzieci, zabitego Henry'ego... Nie dotarły do niej wieści o uprowadzanych do odległych zamtuzów kobietach, bezbronnych i wyrwanych ze swej rodzinnej ziemi siłą, lecz czy tak naprawdę mogła się dziwić? Że ci zwyrodnialcy postanowili wykorzystać sytuację i w taki sposób? Z trupów mogli pozyskać odrażające ingrediencje alchemiczne, surowiec do tkania czarnomagicznych klątw lub stworzenia czegoś jeszcze gorszego, jednak za żywy towar niektórzy byli gotowi zapłacić więcej, wiele więcej.
Sięgała po leżącą opodal drożdżówkę, gdy żołądek ścisnęła chłodna, ciasna obręcz odrazy; pojawiające się wraz z nią mdłości skutecznie zniechęciły ją do podjęcia choćby próby przełknięcia czegokolwiek, co miało związek z jedzeniem. Kątem oka spojrzała ku Williamowi, który głośno i wyraźnie wyraził swe oburzenie. – Czy ktoś jeszcze słyszał w ostatnim czasie o handlu żywym towarem? W jakimś innym hrabstwie? – Powiodła wzrokiem po wszystkich zebranych przy stole czarodziejach; na pewno dochodziło do takich porwań i na pozostałych ziemiach, jednak nawet ich wrogowie, będący w znakomitej większości, nie mogli działać wszędzie w tym samym czasie. Miasta portowe były dobrymi punktami przerzutowymi, zapewne to samo będą chcieli zrobić z Ipswich, kiedy już zduszą wszelki opór i spalą wszystko i wszystkich, którzy staną na ich drodze. – Tak jak już wspomniał Samuel, policja wspierała to, co działo się nad rzeką Lune, podejrzewam, że tak samo wygląda to w przypadku Cromer. Podjęliśmy pewne działania, by zająć się problemem dotykającym Lancashire... – Wciąż jednak mieli przed sobą daleką drogę; poznanie sytuacji, a także ustalenie planu działania było jednym, zaś wytropienie i rozbicie grupy szmalcowników drugim. Musieli jednak dołożyć wszelkich starań, by ustabilizować sytuację na ziemiach, nad którymi sprawowali opiekę lordowie i lady o tych samych poglądach, co i oni. Przy stole nie zasiadał żaden Ollivander, nie oznaczało to jednak, że nie wspierają oni inicjatywy Zakonu Feniksa. – Nie wiem, czy możemy w tej chwili zrobić coś dla tych, którzy cierpią w Norfolk. Nawet jeśli podejmiemy ryzyko i zasabotujemy jedną akcję, pozbędziemy się jednego statku, szmuglerzy prędko znajdą inny. Nie zdziwiłabym się, gdyby interes ten wspierali sami Traversowie – skomentowała na tyle spokojnie, na ile była w stanie; znów musiała skupiać się nie tyle na ludziach, ich uczuciach, cierpieniu, co na faktach, suchych i pozbawionych emocjonalnej otoczki. Zupełnie jak wtedy, gdy pracowała jeszcze w Londynie i poświęcała długie godziny na spisywanie skrupulatnych raportów, analiz, podsumowań ostatnich wydarzeń. – Suffolk upadło. – Nie do końca świadomie zacytowała list od nieznanego nadawcy; czytała go już tyle razy, że jego słowa trwale wyryły się w jej pamięci. – Zostało zaatakowane z dwóch stron. A uciekający przed agresorami mugole skierowali się wprost do portu w Ipswich. Miasto wciąż jeszcze stawia opór. Na tę chwilę pozwala mugolom uciekać z kraju, albo przynajmniej próbować... – Czy droga morska była bezpieczna? Co z flotą Traversów? Co z tymi, których szlachta mogła nająć za swe bogactwa? – Lecz to pewnie jedynie kwestia czasu, aż skupią swe siły na Ipswich, a port zostanie podporządkowany woli nowych zarządców. – Przelotnie spojrzała na siedzącą po drugiej stronie stołu Thalię, prześlizgnęła się wzrokiem po twarzach pozostałych. Chciałaby móc coś zrobić. Uratować wszystkich. Poruszyć niebo i ziemię, by nie umarł już nikt więcej. Jednak wojna była bezwzględna, okrutna; nie mieli dość sił, by ochronić każdego. – Czy mamy może... Jakieś świstokliki, które pozwoliłoby na przenoszenie całych grup? – dopytała po chwili ciszy. Wciąż nie mogła pogodzić się z ponoszonymi stratami. Z tragedią zepchniętych w kozi róg niemagicznych. Czy mogli uratować choć część mieszkańców?
W milczeniu słuchała dalszej wymiany zdań; musieli być ostrożni, bez dwóch zdań, nie mogli jednak pozwolić, by strach zatrzymał ich w miejscu. Niektórzy spośród nich potrafili przybierać formy zwierząt, inni dowolnie zmieniać aparycję dzięki wrodzonej predyspozycji do transmutowania swego ciała. W pierwszej kolejności to oni powinni ruszyć w teren i spróbować dowiedzieć się, co z Charlene, z Jackie, z Kieranem. Jej uwadze nie umknęło wzburzenie młodego Sprouta; rozumiała jego nerwy, stojący za nimi strach, z drugiej jednak strony – zakładała, że doświadczony auror, do niedawna Gwardzista, nie zaniedbałby tej sprawy. Nie porzuciłby Rineheart bez słowa, bez powodu, a później nie zignorowałby tego, że nie dała znaku życia. Prawda?
Miała pewne wątpliwości dotyczące radia, nie brała udziału w roznoszeniu pluskw, nie rozmawiała z twórcami na temat jego działania, lecz zarówno Thalia, jak i Castor przybliżyli jej temat na tyle, by zrozumiała sam pomysł, a jej obawy zostały odegnane. – Ach. Rozumiem. Dziękuję. – Skinęła krótko głową, po czym zaczęła skrobać piórem, dopisując coś do swoich notatek. – Zgadzam się, że wielu czystokrwistych czarodziejów nie miało do tej pory styczności z radiem, ale na pewno są i tacy, którzy zainteresowali się powstaniem Czarodziejskiej Rozgłośni Radiowej, a którzy stoją teraz po przeciwnej stronie barykady. Tak czy inaczej... Dopóki nie podsuniemy im tego tropu, zapewne macie rację, że sami na niego nie wpadną. Dlatego proponuję, żeby pod żadnym pozorem nie wspominać w listach, w wiadomościach, o radiu. – Lepiej dmuchać na zimne. – Myślę, że pomysł z meldunkami brzmi dobrze – przytaknęła na propozycję Billy'ego. Nie miała zastrzeżeń do nakreślonego przez niego planu, o ile tylko zachowają wszelkie środki ostrożności, będą egzekwować przestrzeganie reguł.
Obecność Marceliusa na ceremonii odznaczenia zbrodniarzy wojennych była niezwykle cenna; dobrze się spisał. Znała już wymienione przez niego nazwiska; jedne lepiej, drugie gorzej. Wiele z nich reprezentowało jednak szlachtę, która wciąż kurczowo trzymała się ślepej, głuchej na wszystko to, co działo się dookoła, tradycji. Odrażające.
W Dorset? – powtórzyła ostro, odnajdując wzrokiem twarz Moore'a. A więc plugastwo to rozpełzło się już dalej, na całą Anglię. – Czy te cienie... same dały im spokój? Po tym, jak zaatakowały tę koleżankę – dodała, przestając cokolwiek pisać, a między jej brwiami pojawiła się zmarszczka. Najgorszym zagrożeniem było to, którego nie znali i nie rozumieli. Miała nadzieję, że Thalia rozwinie myśl, odniesie się do tematu dementorów; może ich wzmożona aktywność była powiązania z pojawieniem się tych tajemniczych cieni.
Skinęła głową, gdy lord Greengrass zaproponował Peak District jako miejsce, w którym mogliby ćwiczyć białą magię i przyzywanie patronusów; skierowane do Volansa słowa zdziwiły ją, trudno było nie wyczuć narastającego między nimi dwoma napięcia, nie uważała jednak, by powinna ten temat skomentować.


It is not our enemies that defeat us. It is our fear.
Maeve Clearwater
Zawód : Rebeliant, wywiadowca
Wiek : 28
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
The moments of peace that we find sometimes, they aren't anything but warfare, thinly disguised.
OPCM : 23
UROKI : 36
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 7
SPRAWNOŚĆ : 3
Genetyka : Metamorfomag

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t6468-maeve-clearwater https://www.morsmordre.net/t6481-artemizja#165435 https://www.morsmordre.net/t6475-maeve#165296 https://www.morsmordre.net/t10356-sypialnia-maeve#312817 https://www.morsmordre.net/t6969-skrytka-bankowa-nr-1629#183139 https://www.morsmordre.net/t6512-maeve-clearwater
Re: Ratusz [odnośnik]25.05.22 10:50
Słuchał o radiu co prawda ze zrozumieniem, ale nie mogąc przydać się w tych rozważaniach.
-Jeśli się na to zdecydujemy i trzeba będzie roznieść pluskwy w bardziej niebezpieczne tereny, mogę pomóc. - mruknął, bo to w tym - a nie w teoretycznych rozważaniach - mógł pomóc najlepiej. Castor zdawał się lepiej pamiętać kombinacje kodu do pluskiew, które rozdawali razem, co Mike skwitował upiciem łyka kawy - choć Sprout pewnie doskonale kojarzył, że Tonks zajmuje się wszystkim tylko nie tematem rozmowy, gdy musi przyznać, że czegoś nie pamięta. Nie znał się również na sieci Fiuu, ale zrozumiał porównanie do telefonu i posłał krótki uśmiech Floreanowi.
Kwestię Jackie skwitował milczeniem i jeszcze żywszym zainteresowaniem kubkiem kawy - wiedział, że Castor jest wrażliwy, wiedział, że aurorzy podejmują trudne decyzje, żadna akcja nie jest przewidywalna, był przecież z Samuelem na kilku, wiedział, że samemu przeżył w Norwegii gdy zginęły dwie osoby pod jego opieką, ale właściwie nie myślał teraz o żadnej z tej kwestii. Myślał tylko o tym, że Vincent Rineheart też zostawił Justine na Connaught Square (nie umniejszając jej odpowiedzialności za tamtą decyzję) i że - choć próbował się z tym pogodzić, choć poza kilkoma pierwszymi godzinami nikt nie miał do nikogo pretensji, choć z narażeniem własnego życia i psychiki Zakon uratował jego siostrę - od tamtej pory nic nigdy nie będzie tak samo. Czego żywym dowodem był namacalny niemal dystans między Michaelem i Billym - wydarzenia, które sprawiały, że czuł się w obecności Moore'a nieswojo były w końcu jednym z gorzkich owoców 21 sierpnia 1957. Wiedział, że jeśli ktokolwiek zaangażowany osobiście w tamtą sprawę postanowi szukać Jackie to ruszy na pomoc, ale wiedział też jak Kieran Rineheart wychowywał swoje dzieci - i że już zaginęła i odnalazła się cała i zdrowa, a gdyby wrogowie naprawdę ją pojmali to pewnie ogłosiliby to wcześniej. Bardziej zmartwiłby się w przypadku innego, mniej doświadczonego w walce Zakonnika - zwłaszcza, że wszyscy posiadali bezcenne informacje.
Z żywym zainteresowaniem i uznaniem spojrzał za to na Lucindę - posłał jej blady uśmiech, kiwając lekko głową. W jego oczach mogła dostrzec podobną mieszankę złości, determinacji i woli walki.
-Dotychczas to wrogowie zdołali nas zaskakiwać i spychać do kontrofensywy. W perspektywie czasu byłoby miło wreszcie zaskoczyć ich. - zgodził się, ale nie rozwinął tematu. Po pierwsze, zdawał sobie sprawę z samej przewagi wroga - niedojadający chłopcy z bojówek Longbottoma siłą rzeczy mieli gorszą kondycję od pasących się na angielskiej krwi szmalcowników, pomimo całego zapału. Po drugie, kojarzył - z samego faktu tego, kto spoza ścisłego grona Zakonników siedział przy stole, a kogo ze zwyczajowego grona dziś brakowało - że Billy nie zwołał dzisiaj narady wojennej, która wymagałaby strategii i szczegółów. Na razie najpilniejsza wydawała się kwestia chaosu zasianego przez "Walczący Mag" - oraz nowe informacje, które zaczęły wychodzić przy okazji. Handel ludźmi, dementory, dziwne zjawiska...
-Policja to przecież to samo, co nasi wrogowie. Wszyscy, którzy mają sumienie odeszli podczas Bezksiężycowej Nocy. - wtrącił (nie tyle po to, by pchnąć rozmowę do przodu, co by wyrazić własną frustrację), nie przejmując się tym jak bardzo radykalnie właśnie brzmiał. Nie sądził, by ktokolwiek przy tym stole łudził się, że policja pilnuje jeszcze prawa - wszyscy byli bardziej wstrząśnięci handlem żywym towarem niż wsparciem Ministerstwa - ale jeśli Michael w jakikolwiek sposób okazał wstrząśnięcie tymi informacjami, to właśnie jawną pogardą wobec każdego kto był jeszcze związany z Ministerstwem. Odruchowo zerknął na Thalię - pamiętała człowieka, w którego wcieliła się w grudniu w Northumberland, pamiętała szmalcowników, z którymi walczyli w styczniu. Niektórych Tonks kojarzył z twarzy ze swoich dni w Ministerstwie - w jego głowie wszyscy byli już mordercami i nie zdziwiło go, że posunęli się o krok dalej.
Słuchał uważnie Maeve i Williama, gdy opowiadali o dziwnych cieniach. Zmarszczył lekko brwi, próbując przypomnieć sobie czy słyszał o czymkolwiek podobnym gdy zgłębiał tajniki obrony przed czarną magią - ale jedyne, co przychodziło mu na myśl, to inna (albo powiązana?) kwestia budząca równie frustrującą niepewność.
-W temacie dziwnych magicznych zjawisk... - przesunął wzrokiem po wszystkich zebranych, wiedząc, że jest tutaj kilka nowych twarzy. Gdy w grudniu przekazywał raport Ministrowi Longbottomowi, liczył, że wieść rozniesie się wśród Zakonu, ale od tej pory nie mieli okazji spotkać się w pełnym gronie, a niektórzy z obecnych dziś przy stole nie byli jeszcze tak mocno zaangażowani w organizację jak teraz. -...nie jestem pewien, czy jest to powiązane i o czym właściwie się dowiedziałem, ale w grudniu Czaroszpieg nałożony niegdyś w Dziurawym Kotle przekazał mi informację o dziwnego rodzaju magii...albo nie wiadomo czym podczas ataku na budynek. Musiałem polegać na słowach zaklętego obrazu, trudno mi mieć pewność, co naprawdę tam zaszło, ale obraz widział w budynku dziwną, ametystową poświatę - a zaraz po tym trójka ukrywających się tam mugoli zapałała do siebie nagłą i niezrozumiałą agresją, przypominającą gwałtowne szaleństwo. Wypchnęli jednego z nich przez okno i chociaż w teorii można tłumaczyć irracjonalność strachem, to Czaroszpieg widział, że ci ludzie ukrywali się tam od dawna i połączyła ich głęboka przyjaźń. Jeśli zamieszana jest w to magia, to nie spotkałem się z nią wcześniej - trudno byłoby rzucić Imperio równocześnie na trzy osoby tak, by Czaroszpieg nic nie zauważył, nie kojarzę również żadnych zaklęć o ametystowej poświacie. - z grzeczności zerknął na pozostałych zgromadzonych, może któryś z aurorów zetknął się z czymś podobnym w teorii, ale Mike znał się na teorii magii i był pewien, że niczego nie przeoczył. -Przekazałem raport Ministrowi i od tamtej pory nie widziałem niczego podobnego, opis zdarzenia wydaje się też zupełnie inny od cieni, ale miejmy oczy otwarte - teraz drugi raz w przeciągu kilku miesięcy słyszę o czymś, co nie przypomina ani magii ani istot, o których słyszałem. Czy myślicie, że może to być jakieś pokłosie anomalii, czy...? - urwał, zdając sobie sprawę, że i tak mówi zbyt długo - i że wciąż coś mu umyka, anomalie zostały przecież okiełznane, a gdy jeszcze trwały to po ulicach nie biegały przecież drapieżne cienie.
Zamilkł i zacisnął usta, z niepokojem słuchając o upadku Ipswich i o samosądach w Staffordshire. Przed oczyma znów stanęły mu sceny z hrabstwa - styczniowa pomoc, którą niósł tam z Samuelem, inferiusy na cmentarzu, opuszczona wioska, którą odwiedził z Castorem. Gdy usłyszał, że Elroy nie wymaga od pracowników pomocy w wysiłku wojennym, chciał zerknąć na niego ze szczerym zdziwieniem - ale po pierwsze oddzielał ich od siebie Billy, a po drugie do kompetencji Michaela nie należało dziwienie się temu, ile (nie) wymaga lord od swoich ludzi, nie przy ludziach. Nie znał się ani na byciu lordem ani na zarządzaniu, co najwyżej na byciu przyjacielem Elroya.
-Maeve, jeśli powinniśmy wspomóc Ipswich, to czy Twoim zdaniem potrzebny jest na razie zwiad czy jawne przybycie do miasta? - zapytał, to wiedźmia strażniczka mogła oszacować to lepiej - i stwierdzić, czy potrzebują na razie dyskrecji czy sytuacja jest już tak dramatyczna, że to pora na wkroczenie aurorów i siłę. -Stevie Beckett chyba przekazał komuś z nas zapas świstolików. - kojarzył, ale nie dokładnie. Nie wiedział, czy Ipswich dało się jeszcze pomóc, ale... -W zimie zyskaliśmy przewagę w Staffordshire, wydaje mi się priorytetem nas wszystkich - nie tylko Greengrassów, załamanie się hrabstwa w styczniu wstrząsnęło morale całej Anglii -by wzmocnić i utrzymać - Elroy, będę gotowy do reakcji w sprawie samosądów. - mówił za siebie i tylko za siebie, wszyscy przy tym stole byli równi, ale sądził, że większość aurorów i zdolnych do walki Zakonników podziela zdanie odnośnie znaczenia hrabstwa.



You can tame a big bad wolf
if you don't feed him

Michael Tonks
Zawód : Rebeliant
Wiek : 35
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
Can I not save
One from the pitiless wave?
OPCM : 46
UROKI : 36
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5/30
SPRAWNOŚĆ : 11/36
Genetyka : Wilkołak
Ratusz - Page 11 7f6edca3a6f0f363d163c63d8a811d78
Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t7124-michael-tonks https://www.morsmordre.net/t7131-do-michaela https://www.morsmordre.net/t7129-wilkolak-mugolak https://www.morsmordre.net/f139-mickleham-old-london-rd-1 https://www.morsmordre.net/t7132-skrytka-bankowa-nr-1759#189352 https://www.morsmordre.net/t7130-michael-tonks

Strona 11 z 13 Previous  1, 2, 3 ... 10, 11, 12, 13  Next

Ratusz
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach