Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia


Ekipa forum
Login:

Hasło:

Irlandia, maj 1955
AutorWiadomość
Irlandia, maj 1955 [odnośnik]04.03.21 22:46
Irlandia, maj 1955 W-Botticelli-Mars-venus




W całej obfitości gorących uczuć, które pojawiały się pomiędzy nami, nie było czasu na głębsze zastanowienia czy refleksję. Ona przychodziła dopiero w samotności ciemnego pokoju, kiedy zamiast ciała ukochanej osoby, za jedyny termofor robiła poduszka obita aksamitnym włoskim materiałem. W tych nocnych koszmarach, półśnie z horroru, czasami łapałem się na tym, że martwię się o przyszłość. Czy kiedyś będę musiał zakończyć bajkę, którą tworzymy sobie z Aurorą? Generalnie, wątpiłem, żebym musiał. Mój brat już był po ślubie, miał żonę i bliźniaczki. Może to on przejmie spuściznę rodową, a ja będę mógł sobie spokojnie abdykować, tak jak podobnie zrobił Edward VIII, by przeżyć resztę dni spokojnie u boku mojej ukochanej? To brzmi jak plan. Ale bliżej czwartej nad ranem popadałem w lekką paranoję. Co jeżeli jednak nie będę mógł tego uczynić. Wiem, że ucieczka mogłaby oznaczać dla mnie coś więcej - może uznany bym został za zdrajcę, bo ośmieliłem się zakochać w dziewczynie z ludu .A gdybym nigdy więcej miał nie wsiąść przez to na aetonana. Drgawki strachu nie pozwalały mi spać. Kręciłem się w poduszkach do rana, dopiero widząc blady świt, byłem spokojniejszy i zasypiałem zmroczony zmęczeniem. Po takiej nocy wstawałem na obiad, potem znów biegłem do stajni, żeby na wieczór znów załatwiać biznesy. Dopiero po kilku dniach, zdając sobie sprawę, że znów nadchodzi weekend - odżywałem. Koniec tygodnia oznaczał pojawienie się w Irlandii, gdzie w małym domku z białymi ścianami czekała na mnie Aurora. Mieliśmy się zamknąć na te całe dwa dni razem i nikt nie miał prawa nam przeszkadzać. Najbardziej denerwowało to mojego drucha - Daniela, który wyraźnie mógł odczuć moją absencję. Kiedy ja bawiłem w Irlandii, on pracował dla zupełnie innych zleceniodawców, we mnie nie znajdując zbytniego współgracza do popijaw piątkowych.
Wreszcie wybiła godzina końca pracy. Nogi niespokojnie chodzą mi pod biurkiem, już rwąc się do podóży. Stawiam ostatnie kropki w piśmie, adresuję kopertę, wciskam sowie i zakręcam kałamarz. Koniec. Mogę iść, tak, mogę wreszczie iść do niej. Śpieszy mi się, łapię spakowaną torbę i bezmyślnie wychodzę, zostawiając otwarte drzwi do pokoju. To był błąd, który zapoczątkował nasz koniec. Bo kiedy tego weekendu ja będę z Aurorą, moja siostra cioteczna wejdzie do pokoju i odkryje mój sekretny romans z panną Sprout. I wystarczy jej gorszy humor, by wydać go przed nestorem. A ten na pewno się zatroszczy o to, żeby coś takiego nie zaszkodziło odpowiedniemu małżeństwu.
Ale nie myślę. Jestem już na grzbiecie mojegu ulubionego aetonana. I lecę na spotkanie z Aurorą. Przez chmury, ponad lasami, rzekami, dolinami i pagórkami - lecimy. Ja w specjalnym ubraniu, on majestatyczny bez zmian. Podróż jest trudna, wymagająca. Jestesmy juz ponad siąpiącymi deszczem chmurami. Oglądam zachód słońca, bije mnie po oczach, kiedy zmierzam w jego kierunku. Z czasem obniżamy lot, kopyta uderzają o irlandzką ziemię, zeskakuję z rumaka i widzę już cień bląd czupryny w oknie. Wyobrażam sobie, że przybiegnie mi na powitanie, mam taką nadzieję. Nim jednak się ucieszę jej obecnością, mocuję się z paskiem spinającym bagaż. Do torby podróżnej przyczepione jest również zawiniątko, które jednym machnięciem różdżki zamieniam spowrotem w śrendiej wielkości drzewo miagnoliowe. Głupio, mogłem zrobić to kiedy już go zasadzimy... no nic.
Ares Carrow
Zawód : biznesman, zarządca w stajniach
Wiek : 31
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Kawaler
Hard work and ambition are vulgar.
OPCM : 6
UROKI : 23
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 13
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t8988-ares-carrow https://www.morsmordre.net/t9000-cooper#270633 https://www.morsmordre.net/t9001-ares#270653 https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/t9139-skrytka-nr-2118#276166 https://www.morsmordre.net/t9066-a-carrow#319475
Re: Irlandia, maj 1955 [odnośnik]07.03.21 18:51
Mówi się, że to nowe i świeże romanse miały w sobie największy ogień, ale dla Aurory to każda chwila spędzona z Aresem przyprawiała ją o drżenie serca. O to, że wykreślała dni z kalendarza, przyglądała się wskazówkom zegara, który przesuwał się niezwykle wolno, jakby ktoś rzucił na niego urok.
Kiedyś, w latach szkolnych, Aurora zarzekała się, że jej serce i dusza wolne będą od polotów serca i westchnień duszy, po tym, jak jej nastoletnie serce zostało złamane. A jednak Ares w żaden sposób nie przypominał jej tamtego Krukona — był cierpliwym i dobrym słuchaczem, a gdy mówił, na przykład o rodzinnej hodowli, to mogłaby słuchać go godzinami. Widać było pasję, która w nim płonęła, a ona niczego bardziej na świecie nie pragnęła, jak właśnie z nim spędzić resztę życia.
Dlatego właśnie zgodziła się z nim zamieszkać, uprzednio odwracając uwagę rodziny podróżami. Nie wiedzieli, że planowała to już od dawna — o tym, że będzie mu robić śniadania, a potem wspólnie do niego usiądą.
Dzisiaj, chociaż już zmierzchało, szykowała dla nich wspólną kolację. Chociaż prosił, żeby była ostrożna i tak wybrała się do wioski, gdzie od rolnika kupiła świeżego cheddara i twarogu, a do tego mleka, masła i tłustej śmietanki.
Upiekła też chleb, tak jak uczyła ją mama — chrupał przy każdym dotyku, gdy palcem naciskało się nieco skórkę. Pachniało w całym domu też drożdżowym ciastem, które chciała podać zaraz po kolacji, wiedząc doskonale jak trudna była podróż do niej. Wywietrzyła pościel na majowym wietrze, pozwalając, by schła ona w bzowym powiewie.
Cały tydzień wyczekiwała tego dnia, a kiedy wreszcie nadszedł, dziewczyna poczuła zdenerwowanie…
Wiedziała, że każde spotkanie z nią, to ryzyko. Ale przecież wierzyła w niego. Wierzyła, że przy nim jest bezpieczna, że on zawsze znajdzie sposób, żeby załagodzić sytuację i być z nią. Bo przecież na tym polegała miłość, prawda?
Ileż razy, gdy odwiedzał ją w Dolinie Godryka, jej rodzice nie mogli wyjść z podziwu, jakiego miłego kawalera ich córeczka sobie znalazła. Nie wiedzieli, co prawda, że w ich potencjalnym zięciu kryje się Lord hrabstwa York. Ale Aurora przecież nie była z nim dla ziem, tytułów i pieniędzy. Była możliwie najbardziej obojętną na bogactwa osobą, jaką mógł spotkać na swojej drodze. To swoją wiedzą jej imponował, opowieściami o podróżach do dalekich krajów, gdzie mógł zajrzeć za kurtyny innych kultur. To właśnie to i ta urocza nieporadność, gdy niektóre obowiązki domowe trzeba było mu tłumaczyć od podstaw, sprawiły, że jej serce topniało na jego widok. Stała oparta dłońmi o drewniany blat, czując, jak przez otwarte okna wlatuje majowe powietrze — słodka woń późnowiosennych kwiatów, wymieszana z oceniacza bryzą i zapachem świeżo skopanej i zwilżonej deszczem ziemi. Kochała ten dom już teraz, a każdy dzień i wieczór z Aresem, tylko dokładał jej przyjemnych myśli i kreował nowe wspomnienia, pozwalając, by czuła się tu coraz swobodniej.
To tutaj, po kilkunastu spotkaniach, nawet tych w jej domu, po raz pierwszy się pocałowali — Ares, był dla niej wyrozumiały i nie śmiał się z jej braku doświadczenia. Całował ją delikatnie, acz sprawiając, że w głowie młodej dziewczyny pojawiło się myśli 1000 i 1, zupełnie jak w baśni, bo właśnie tyle mieli spędzić razem być może, zanim przecież niechybnie jej się oświadczy. Nawet jeśli nie teraz, to za jakiś czas. Bo to Ares, jej bóstwo — jedyni powiedzieliby, że wojny, a ona, że miłości.
I usłyszała znajomy trzepot skrzydeł i chociaż chciałaby wytrzymać i jak te wszystkie szlachcianki powitać go z klasą, to jednak jej serce nie wytrzymało radości i pędem ruszyła ku pomalowanym na czerwono drzwiom wejściowym. Pociągnęła je i wypadła na podwórko, żeby w kilkunastu drobnych krokach znaleźć się obok niego. Dla jego aetonana czeka już przygotowane miejsce z domową marchewką, świeżą wodą i własnoręcznie narwaną kończyną, ale to nie zwierzęciem się martwi teraz, a zmierzwioną fryzurą ukochanego i rumianymi policzkami. Majowe wieczory nie zawsze były jeszcze ciepłe, a nie chciała, by chorował. Oczywiście zajęłaby się nim, gotując mu zupy i podając wody, ale chciała spędzić te kilka dni z nim w pełni sił i humoru. I dlatego zarzuciła mu ramiona na szyję i błyszczącym spojrzeniem, z wyraźnym uwielbieniem, odrzuciła wszystkie troski.
- Aresie… witaj w domu ukochany! - Wyszeptała przejęta i wspięła się na palce, by sięgnąć jego ust, unosząc jedną z nóg do góry.
Tęskniła tak bardzo, chociaż nie poznała jeszcze smaku prawdziwej tęsknoty. Ta miała nadejść przy ostatnim pożegnaniu.


Suddenly,
I'm not half the man I used to be.There's a shadow hangin' over me — Oh, yesterday came suddenly
Aurora Sprout
Zawód : Uzdrowiciel
Wiek : 26
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna
nie prze­czu­łam w głę­bi snu,
że je­że­li gdzieś jest pie­kło,

to tu
OPCM : 10
UROKI : 0
ALCHEMIA : 20
UZDRAWIANIE : 15
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarodziej
Irlandia, maj 1955 D836eb438dea1946dc5bb9dd21fef622
Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t9381-aurora-sprout?nid=102#284845 https://www.morsmordre.net/t9435-duke-owlington#286919 https://www.morsmordre.net/t9436-i-walked-with-you-once-upon-a-dream#286936 https://www.morsmordre.net/f347-dolina-godryka-wrzosowisko https://www.morsmordre.net/t10010-skrytka-bankowa-2171#302538 https://www.morsmordre.net/t9438-a-sprout#328488
Re: Irlandia, maj 1955 [odnośnik]07.03.21 20:17
Wybiegającą z wnętrza domu Aurorę, dostrzegam odrazu. Najpierw mój rumak reaguje na jej obecność, a zaraz ja od niego odchodzę, by odbić się w lekkim skoku, jakbym nie mógł zrobić kroku, bo przecież moje serce fruwa, kiedy tylko widzi pannę Sprout. Chcę więc latać i ja. Jest już przy mnie, jej blond włosy, mieniące się w świetle zachodzącego słońca otulają mnie razem z ramionami, które radośnie zarzuciła mi na szyję. Obejmuję ją w pasie i unoszę, ponad ziemię. Wirujemy w bajkowym rozpędzeniu, nie bacząc na to, jak naiwnie to mogłoby wyglądać dla postronnych. Witamy się spragnionymi pocałunkami na które czekaliśmy cały tydzień. Czy teraz, kiedy w końcu jesteśmy jedno przy drugim, istnieje obawa, że czas znów zacznie płynąć zbyt szybko. Boję się, że kiedy otworzę oczy, okaże się, że już się żegnamy a nasze pocałunki są smutniejsze, bo znów czeka nas pięć dni rozłąki.  - To był najdłuższy tydzień w moim życiu, chyba nigdy tak bardzo nie czekałem na dzień wolny - mówię  powoli przerywając powitanie. Odstawiam Rory na ziemię i chociaż bardzo tego nie chcę, wypuszczam ją z uścisku. - Wszystko dobrze? Twój widok to miód na moje serce - przyznaję, zakładam jej kosmyk włosów za ucho, by odsłonić twarz, tak mi miłą. Pachnący wiatr wieje jednak tak, że zawiewa cała jej twarz włosami. I uśmiechamy się do siebie, bo ten wiatr jest jak żartowniś, wkradający się pomiędzy naszą dwójkę. - Chodź, mam dla ciebie niespodziankę - obejmuję ją i prowadzę z powrotem do aetonana, który pochyla głowę, czekając na pieszczoty ze strony Aurory. Ale nie on jest dziś niespodzianką. Zostawiam dziewczynę przy zwierzeciu, a sam przechodze na drugą stronę i podnoszę drzewo. Ono wcale nie jest takie malutkie, ale przecież skoro już chce jej dać prezent, to nie będę się zniżał do podnoszenia go różdżką. Niech wie, że jestem silny i doskonale sobie daję radę z takim dźwiganiem na przykład. Staję przed nią dumnie prezentując małą magnolię owiniętą w biały papier. Drzewko jest mojego wzrostu i ma korzenie obwiązane specjalnymi zaklęciami.
- Pomyślałem, że skoro już mamy dom, to powinniśmy jeszcze zasadzić drzewo. A nie wyobrażam sobie piękniejszego drzewa, niż magnolia. Będzie nam rosła tutaj i co wiosnę raczyła nas pięknymi biało różowymi kwiatami. Podobnego okazu nie ma nikt w Irlandii, zapewniam cię, że od teraz zawsze będziesz wygrywała konkurs na najpiękniejszy ogródek w sąsiedztwie - czy to na prawdę ja mówię? Ja, który jeszcze dwa lata temu biegałem po łaźniach węgierskich uzdrowisk, krzycząc przekleństwa, ganiając panienki w strojach kąpielowych i chociaż miałem w buzi fajkę, to wskakiwałem z nią za nimi do basenu. Czy to też ja, który nie wyobrażałem sobie, bym miał się tylko jednej poświęcić , czy to ja, czy to ten sam, dziś oświadczam się na sto różnych sposobów: organizując ucieczkę do Irlandii, kupując domek na uboczu, przynosząc drzewo, które mam nadzieję zasadzić tak, by siedzieć pod nim kiedyś z nią na starość i czerpać przyjemność z ciepłego dnia, w miłym magnolii cieniu. Tak to też ja. Już mi Daniel zdiagnozował chorobę psychiczną, już prosił bym się opanował, mówił, że straciłem resztki siebie, kiedy znów pędziłem do ukochanej. Ale czy on nie przesadzał, czy sam nie chciałby przeżyć czegoś podobnego? Wszak nasze przygody były ekscytujące, ale czym są przy tak wielkim uczuciu, jak to, które jest dziś pomiędzy mną a Aurorą. Tak wielkiego ciepła nie czułem nigdy w sercu, nigdy nawet nie sądziłem, że mam je w sobie. Przecież nie mogło go być, kiedy obrażony na cały świat, unosiłem przemądrzale nos przed kolegami ze szkoły, nie mogło być go w szaleństwie podróży. Ale później nagle z dnia na dzień coś się zmieniło. Wystarczyło spojrzenie, przyśpieszone bicie serca i to przekonanie, z którym odszedłem, kiedy rozstaliśmy się po raz pierwszy: wezmę ślub z tą dziewczyną.
Ares Carrow
Zawód : biznesman, zarządca w stajniach
Wiek : 31
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Kawaler
Hard work and ambition are vulgar.
OPCM : 6
UROKI : 23
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 13
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t8988-ares-carrow https://www.morsmordre.net/t9000-cooper#270633 https://www.morsmordre.net/t9001-ares#270653 https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/t9139-skrytka-nr-2118#276166 https://www.morsmordre.net/t9066-a-carrow#319475
Re: Irlandia, maj 1955 [odnośnik]10.03.21 12:50
Tak trudno było wytrzymać bez niego te kilka dni, że Aurora ma wrażenie, że minęła wieczność, odkąd jego dłonie chwytały ją w pasie, gdy ostatnio z taką lekkością unosił ją te kilka centymetrów ponad ziemię. A może… Może ona latała na skrzydłach miłości? Nie umiała powiedzieć, ale nie chciała też nad tym myśleć, wiedząc, że każda myśl poświęcona na rozważania odsuwa ją od tego, żeby mogła się skupić na tym, co naprawdę istotne — na bliskości Aresa.
Uśmiechnęła się, gdy wspomniał, że nie mógł się doczekać. Takimi właśnie czułymi słowami potwierdzał, że nie jest tym, przed kim ją przestrzegali. Nie jest zimnokrwistym Lordem, dla którego jest tylko mrzonką i przejściową zachcianką. On wyczekiwał spotkań, podobnie jak ona… Chciał spędzać z nią czas! Nie był tylko Lordem w tym momencie. Był Aresem, którego kochała i przez którego była kochana.
- Zawsze tak mówisz… - Odparła ze śmiechem, gdy postawił ją na ziemie. Jeszcze wiatr rozwiewa jej jasne włosy, jeszcze trzepocze rzęsami, na których osadzają się przydługie rozkochane spojrzenia. - Teraz już dobrze… - Odpowiada, wiedząc, że przy nim nic złego jej nie może spotkać.
Nie musiał przywozić jej prezentów, doskonale o tym wiedział. Był dla niej wystarczającym darem od losu. Szczęściem ponad wątpliwość. Ale wiedziała, że lubił sprawiać jej drobne prezenty, że chyba czuł, że rekompensuje jej te całe dni wyczekiwania, podczas których nie mogła wysłać mu nawet sowy, jeśli nie działo się nic niepokojącego. Wiadomo, od czasu do czasu mogła skreślić kilka słów, ale zawsze istniało ryzyko, że ktoś ich przyłapie, a wtedy ich przyszłość odsunęłaby się w czasie. Bo Aurora przecież naiwnie wierzyła, że miłość pokona wszystkie przeciwności i będzie mogła spędzić resztę życia ze swoim ukochanym. Czy to naprawdę tak wiele?
W oczekiwaniu na niespodziankę z czułością prowadzi dłoń po pięknej i kształtnej głowie aetonana, który delikatnie wychyla się w jej stronę. Aurora pochyliła się, by oprzeć czoło o czoło zwierzęcia, jednocześnie, wodząc dłonią w okolicy chrapów.
- Byłeś bardzo dzielny… Dziękuję, że go do mnie przywiozłeś… - Wyszeptała do zwierzęcia, uśmiechając się jednocześnie lekko.
Oderwała się, dopiero gdy jakiś cień padł na nią i aetonana i spojrzała zaskoczona na Aresa, a każde słowo, które wypowiada, sprawia, że po ciele dziewczyny rozlewa się przyjemne ciepło. Chciał z nią zasadzić drzewo, a mieli już dom… Czy kolejnym krokiem będzie powiększenie ich małej rodzinki? Poczuła, jak drży jej dolna warga w wyrazie wzruszenia… On naprawdę pomyślał o wszystkim!
Aurora pokonała kilka kroków dzielących ją od Aresa i wspięła się na palce, żeby skraść mu buziaka, czy dwa… A potem z zachwytem spojrzała na drzewo.
Ares wiedział, jak Aurora kocha rośliny i jak dobrą ma do nich rękę; jak każde warzywo, które zasieje lub zasadzie rodzi obfity plon, a więc i istniała spora szansa, że magnolia obrodzi obfitym i pachnącym kwieciem.
- Będziemy wygrywać… - Poprawiła go, wierząc, że to jedynie nieporozumienie, bo przecież ten ogródek i ta magnolia w nim będzie ich wspólna! Na cóż jej wyróżnienia i konkursy, jeśli nie będzie mogła się dzielić z nim radością! Tylko on się liczy i tylko on nadaje wszystkiemu sens.
Odwróciła jasną, rozjaśnioną uśmiechem twarz do Aresa.
- Jest piękna… Dziękuję… - Poprowadziła jeszcze dłoń po korze drzewa, ale tylko po to, by odkryć, że ma wrażenie, że czuje pod opuszkami jakby skórę Aresa, gdy ten wracał po całym tygodniu pracy w stajni. Magnolia nie miała chropowatej kory, a gładką i chłodną. Aurora miała, zamiast rozgrzać skórę Aresa, dotykając ją później równie delikatnie.
- Chcesz odpocząć po podróży, czy od razu ją zasadzić? - Powiedziała, przesuwając swoja dłoń tak, by natrafiła na tę Aresową, trzymającą drzewko. Każda sekunda dotyku jest warta zapamiętania. Musi się nim nacieszyć, nim on znów wróci do Anglii.


Suddenly,
I'm not half the man I used to be.There's a shadow hangin' over me — Oh, yesterday came suddenly
Aurora Sprout
Zawód : Uzdrowiciel
Wiek : 26
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna
nie prze­czu­łam w głę­bi snu,
że je­że­li gdzieś jest pie­kło,

to tu
OPCM : 10
UROKI : 0
ALCHEMIA : 20
UZDRAWIANIE : 15
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarodziej
Irlandia, maj 1955 D836eb438dea1946dc5bb9dd21fef622
Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t9381-aurora-sprout?nid=102#284845 https://www.morsmordre.net/t9435-duke-owlington#286919 https://www.morsmordre.net/t9436-i-walked-with-you-once-upon-a-dream#286936 https://www.morsmordre.net/f347-dolina-godryka-wrzosowisko https://www.morsmordre.net/t10010-skrytka-bankowa-2171#302538 https://www.morsmordre.net/t9438-a-sprout#328488
Re: Irlandia, maj 1955 [odnośnik]15.03.21 21:48
- Bo zawsze to jest prawda - odpowiadam, zakładając te pojedyńcze kosmyki włosów, powiewjące na wietrze, by nie łaskotały jej buzi. W czułości, która nagle mnie nawiedza, przychylam się by złożyć całusa na jej usłanym piegami nosie. Zamknięci w swoich objęciach, przekazujemy sobie dobrą energię, najchętniej wcale bym nie opuszczał już nigdy Aurory, dobrze jest mieć taką miłą odskocznię od życia. No właśnie, czy nie oszukiwałem nas oboje, kiedy składałem jej tak wyraźne obietnice, sugestie, że tak już będzie na zawsze i to kiedyś będzie nasza rzeczywistość? Czas pokaże, czy będę w stanie pociągnąć to na dłuższą metę. Teraz jestem o tym przekonany, a jednak z tyłu głowy wiem, że to tylko weekend, a od poniedziałku znów będę daleko od niej. Gdybym dał się porwać uczuciu, nie zauważyłbym nawet dnia kolejnego, czy nie tak, czy tak nie powinno być? Szczęśliwi czasu nie liczą, chyba że mają go za mało.
A przecież już wprowadzenie pomiędzy ich dwójkę drzewa, ma świadczyć o pewnym oddaniu, jest to obietnica zapisana w najbardziej pierwotnej prawdzie - w naturze. To drzewo będzie tu rosło jeszcze długo po tym jak oni odejdą ze świata i będzie świadectwem ich uczucia. Jedynym sposobem na zerwanie owego, było ścięcie krzewu. Ale na to nie pozwolą, zabezpieczając je na wieki zaklęciami.
Świadom tego, że Aurora wraz ze swoimi nadzwyczajnymi zdolnościami do roślin, nawet w nieprzyjemnej Irlandii będzie zdołała sprawić że rozkwitnie, ni chwili nie zastanawiałem się nad tym jakie drzewo wybrać. Magnolia to jedna z pbardziej spektakularnych roślin, a do jej pielęgnacji potrzeba wiele umiejętności - wiedziałem o tym, bo nie raz rosnąca nieopodal Sandal Castle magnolia była doglądana z wielką uwagą przez ogrodnika.  Widząc jej reakcje, wiem już, że trafiłem w dziesiątkę. Przerabialiśmy już banalne prezenty jak złoto, naszyjniki, książki czy cięte kwiaty. Rory zawsze była wdzięczna, za każdy mały gest. Zdawało sie, że dla niej tak samo ważne były podarki w postaci przywiezionego ciasta cytrynowego, jak i wybrany pieczołowicie wisiorek z zawieszką.  Rozpromieniała się momentalnie, ale jednocześnie widać było, że nieco ją onieśmiela to zainteresowanie. Natomiast ten prezent miał zupełnie inną reakcję. Prawie widziałem, jak serce jej chce wyskoczyć z piersi. Przyjmuję pocałunki przepełnione nie tylko wdzięcznością, ale i radością. Jestem sam też zadowolony z tego, ze sam wpadłem na ten pomysł.
- Może zasadźmy ją już teraz? Oceń, czy wszystko z nią dobrze po transporcie. Ogrodnik zapewniał, że nie powinno być problemu, ale nie mówiłem mu jak długo będę leciał. Jeszcze by odkrył, że wybieram się aż do Irlandii... - uniosłem na nią spojrzenie, ta uwaga wkradła się pomiędzy radość, znacząc tę chwilę odrobiną smutku. Bo jednak oboje wiemy, ze wijąc sobie tu gniazdko, przede wzystkim musimy liczyć na to, że nikt się o nim nie dowie. Wiem, że to niezręczne, a Aurora nie rozumie do końca mojej sytuacji, więc zmieniam temat: - Jak minął ci ten tydzień? W liście pisałaś o jakiś wilkach w lesie, mam nadzieję, że nie chodziłaś na spacery sama? - upewniam się, chociaż gotowy jestem zaraz zająć się sprawą wilków. Przy Aurorze chyba pierwszy raz w życiu czuję taką potrzebę pokazania, że mogę o nią dbać i że jestem w stanie to robić. Nawet, co zupełnie do mnie niepodobne, gotowy byłem pójść do tego lasu i wyratować ją z opresji. Przy Aurorze zdecydowanie zmieniałem się, czasami się wydaje, że nie byłem do końca sobą.
Ares Carrow
Zawód : biznesman, zarządca w stajniach
Wiek : 31
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Kawaler
Hard work and ambition are vulgar.
OPCM : 6
UROKI : 23
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 13
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t8988-ares-carrow https://www.morsmordre.net/t9000-cooper#270633 https://www.morsmordre.net/t9001-ares#270653 https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/t9139-skrytka-nr-2118#276166 https://www.morsmordre.net/t9066-a-carrow#319475
Re: Irlandia, maj 1955 [odnośnik]25.03.21 23:19
Uśmiechnęła się, bo musiała przyznać — on zawsze zdawał się za nią tęsknić. Ona za nim też. I nic nie pomagało na tę tęsknotę jak właśnie wspólne spędzane weekendy. Czasem przeciągnął je nieco na poniedziałek, a czasem odwrotnie — przylatywał nieco wcześniej, ale nigdy nie zaniedbał ani jej, ani tych chwil, które mieli razem spędzić. Jej rodzice cieszyli się, nie wiedząc przecież, że ten, który od kilku lat odwiedzał ich córkę jej Lordem, a ich małżeństwo mało prawdopodobne. Widzieli go raczej jako młodzieńca szczerze zainteresowanego ich córką, który pomimo tego, że niemal dosłownie się jej oświadczał, nigdy nie poczynił ku małżeństwu żadnych poważniejszych kroków. Jednak Aurora dzielnie słała listy do Doliny Godryka, opisując swoje dni, opisując życie w Irlandii.
Cieszyli się razem z nią. Jedynie jej brat pozostawał nieprzekonany do potencjalnego szwagra. Aurora zbywała go przeważnie, bo przecież młody był. Co on mógł wiedzieć o życiu lub prawdziwej miłości. Bo niestety tak — złotowłosa naiwnie wierzyła, że kiedyś zostanie panią Carrow. Nie, nie liczyła na przywileje związane z nazwiskiem. Chciała po prostu spędzić swoje życie z nim i tylko z nim. Mieć jego dzieci, u niego na skroni znaleźć siwy włosy, a potem pozwolić mu odnaleźć jeden w swoich. Powodować zmarszczki od uśmiechu i znać na pamięć każdą z nich, które pojawia się na złączonych dłoniach.
Nie miała pojęcia, że dla Aresa te słowa wszystkie, to była jedynie gra, w którą najwyraźniej sam nie wiedział, że bierze udział. Że sam nie do końca zna zasady panujące w czymś takim jak związek. Czy obserwując ją czasem krzątającą się po kuchni, mógł wiedzieć, że ona wyobraża sobie tak wiele o ich przyszłości? Czy może jednak sam wierzył, że uda im się zawiesić czas w tym ich małym bielonym domku.
To miało być ich drzewo — przyniesione przez niego, zasadzone przez nią, a pielęgnowane przez ich oboje. Czy mogło być coś bardziej zbliżającego dwójkę ludzi? No… oczywiście nie licząc dziecka, ale o takich jeszcze żadne z nich nie myślało, jeśli chodzi o kwestię kilku kolejnych miesięcy, czy może nawet najbliższych lat.
I owszem… Przepiękna magnolia o wiele bardziej trafiała w gusta skromnej Aurory, której na nic nie zdałyby się biżuterie, czy zdobne stroje, jeśli jego nie było obok, a jedynie kusiły potencjalnych złodziei i stanowiły zagrożenie dla niej w ciągu tygodnia.
Ale to nie znaczyło, że się z nich nie cieszyła! Bo cieszyła się bardzo. Znaczyło to ni mniej, ni więcej, że wybierając te drobiazgi, myślał o niej — nieważne, jak daleko był, nieważne jak długo jej nie widział. Coś takiego przykuło jego wzrok i sprawiło, że to właśnie dla niej chciał to kupić.
A jednak drzewo miało wydźwięk o wiele bardziej personalny — dawało znak, ze szczerze interesował się tym, co interesowało ją, tym co sprawiało jej radość.
- Jest cudowne… - Powiedziała, mając na myśli drzewo, ale zaraz zwróciła twarz do Aresa i złożyła kolejny, długi i przeciągły pocałunek. - Ty jesteś cudowny. - Dorzuciła cicho, gdy jej usta były wciąż tak blisko jego ust.
Kolejną z jego zalet było to, że cierpliwie na nią czekał. Nie naciskał zbyt mocno, gdy przychodziło do wspólnego spania w łóżku. Nie wiedział jednak, że za każdym razem, gdy mówił o nich, ona była o krok bliżej oddania mu się cała. Już nie tylko duszą, czy sercem, ale również ciałem. Być może podczas tego pobytu, żeby przypieczętować nowo posadzone drzewo, będą mogli to przypieczętować?
- A chcesz je teraz na pewno? Nie wolisz odpocząć, czy czegoś zjeść? Przygotowałam twoje ulubione warzywa… - Oczywiście, że chciała je teraz zasadzić, ale od każdego drzewa, od każdej rośliny, ważniejszy był on. W zasadzie Ares był dla niej w obecnej chwili najważniejszy. To ślepe oddanie miało ją srogo kosztować w przyszłości. Teraz jednak wydawało się zupełnie stosowne. Nawet jeśli on nie mógł jeszcze powiedzieć rodzinie o ich związku, to Aurora wierzyła, że to jedynie kwestia czasu.
- Tylko dwa razy… - Przyznała się do nocnych, samotnych wędrówek, ale nie mógł jej winić. Była dziewczyną o dzikim sercu, którą ciągnęło ku przyrodzie i ku dzikiej roślinności. W Anglii mogła podróżować po wzniesieniach Doliny i spoglądać na nią z góry. Czuć się panią, chociaż nawet skrawek ziemi nie należał do niej. - Ale żadne zwierzę nie podchodziło do mnie zbyt blisko. - Dodała szybko, bo domyślała się, że Ares mógłby zechcieć jej bronić. To miłe, że ktoś chciał o nią dbać, podobnie jak ona o niego. Ale nie wybaczyłaby sobie, gdyby ktoś zrobił mu krzywdę. - A jak w Anglii? Czy… czy jesteś tam bezpieczny? - Każdy jego powrót do Yorku budził w niej lęk, zupełnie, jakby tylko obok niej nic mu nie groziło. - I czy udało ci się zdobyć ten tydzień wolnego, który chciałeś? - w jej głosie przebrzmiała nadzieja, że być może tym razem się udało i niedługo zostanie na nią na nieco dłużej niż na dwa zachody i dwa wschody słońca.


Suddenly,
I'm not half the man I used to be.There's a shadow hangin' over me — Oh, yesterday came suddenly
Aurora Sprout
Zawód : Uzdrowiciel
Wiek : 26
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna
nie prze­czu­łam w głę­bi snu,
że je­że­li gdzieś jest pie­kło,

to tu
OPCM : 10
UROKI : 0
ALCHEMIA : 20
UZDRAWIANIE : 15
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarodziej
Irlandia, maj 1955 D836eb438dea1946dc5bb9dd21fef622
Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t9381-aurora-sprout?nid=102#284845 https://www.morsmordre.net/t9435-duke-owlington#286919 https://www.morsmordre.net/t9436-i-walked-with-you-once-upon-a-dream#286936 https://www.morsmordre.net/f347-dolina-godryka-wrzosowisko https://www.morsmordre.net/t10010-skrytka-bankowa-2171#302538 https://www.morsmordre.net/t9438-a-sprout#328488
Re: Irlandia, maj 1955 [odnośnik]05.04.21 12:27
Kim byli jej rodzice, że nie kojarzyli twarzy młodego lorda, ba, że nic nie mówiło im jego nazwisko? Nim salwa śmiechu pogrzebie ich godność, niech zostanie wyjaśniona ta kwestia: w całym swoim zakłamaniu, Ares nie przedstawił im się jako panicz Carrow. Na samym początku chciał. Ale kiedy Aurora zaprosiła go do siebie do domu i stanął przed drzwiami ich uroczego domku, zrozumiał jak dalekie od siebie są ich światy. Ich domek zmieściłby się w przedpokoju zamku Sandal. Jej rodzice samodzielnie dbali o każdy skrawek ogrodu, ale ten ogród, chociaż bujny i wspaniały, jak miał się do polan, które roztaczały się hektarami wokół majestatycznego Sandal Castle? Państwo Sprout na pewno wyjaśniliby mu jak by się miały. Że jego trawa nie ma tyle właściwości co niespotykane zioła i jedyne w swoim rodzaju sadzonki, o które oni dbali. Wizyta w takim domu, uświadamiała młodemu lordowi, nie tylko różnice społeczne, ale też różne podejście do własności. Sproutowie byli częścią tej ziemi, a kiedy otworzyli drzwi, zrozumiał, że chociażby starali się z Aurorą najmocniej na świecie, to nawet oni nie będą wspierać związku jej córki z kimś takim jak on. Dlatego, chociaż dotąd nie wstydził się przedstawiać wszystkimi tytułami i dumnie mówił swoje nazwisko, kiedy przeszło do prezentacji, a Aurora już miała powiedzieć, że to jest "Ares.." wszedl jej w słowo i dokończył "... Reinhart". Rozmawiali wcześniej o tym, czy powinien się przedstawić jej rodzicom prawdziwym nazwiskiem. Nie była tego pewna, ale on przecież zapewniał, że zrobi to, że koniecznie musi to zrobić, bo inaczej nie będzie sobą. Pozwoliła mu podjąć tą decyzję, więc czuł się wtedy jak ostatni tchórz, kiedy zamiast nazwiska swojego podał nazwisko... znajomego ze szkoły. Wizyty w domu jej rodziców wspomina dziś dobrze, nigdy wcześniej i nigdy później, nie czuł tak obecnego ciepła ogniska rodzinnego. W jego własnej rodzinie nie było miejsca na podobne ciepło. Ba, gdyby dziadek, czy wuj, zwróciłby się do niego takim tonem przy kolacji, jak państwo Sproutowie podając ziemniaczki, to zapewne uznałby, że ktoś planuje go otruć.
Czy Sproutowie pochwalali fakt, że ten cały Reinhart tak zachachmęcił sercem i umysłem ich kochanej córci, że wyjechała z nim na  wycieczkę do Irlandii? Pewnie uważali to za nowoczesne fanaberie młodzieży i może nawet mówili, że nie zgadzają się na ten wyjazd? Co powiedziała im młoda Aurora? Jak przekonała do tego, by jej zaufali? I jak dobrymi i mądrymi ludźmi musieli być, skoro to zrobili. Ares tak bardzo jej zazdrościł. Chociażby tego, że czuła się na tyle wolna, by móc z nimi rozmawiać na temat wyjazdu. On wciąż migrował pomiędzy Irlandią a Yorkiem, twierdząc, że ma tutaj do załatwienia pewne biznesy. Że poszukuje pewnych skrzydlatych koni, odmiany tak wyjątkowej, że wciąż jest tajemnicą ich istnienie... Te banialuki pogrążały go w kłamstwie, które owinęło tę czystą i nieskalaną miłość, która łączyła jego i Aurorę. Tym sposobem niszczył ich uczucie, jeszcze nie zdając sobie z tego sprawy.
-No to w takim razie, chyba nie mam wyboru, tylko muszę spróbować tych warzyw - poddał się w końcu i obejmując ją w pasie i prowadząc do środka domku. Ten przypominał mu jakiś azyl, w którym mógł czuć się bezpiecznie i co najważniejsze: prawie nie myślał już o tym, co przeraziło go, kiedy po raz pierwszy przyjechał do Doliny Godryka. Nie myślał o pieniądzach i wielkości tego domu w stosunku do zamku w Yorku. Nie było powodu, bo ich związek był przecież dużo bardziej pewny, niż kiedy pierwszy raz poznał państwa Sprout.
Ares miał w sobie tyle energii i był tak szczęśliwy, że widzi się z Aurorą, że najchętniej to by ją porwał na ręce i przeniósł przez próg, jak pannę młodą. Ale przecież nie byli małżeństwem i też dlatego zachowywał się wobec niej jako dżentelmen również w kwestii wspólnego spania. To wciąż pewne tabu, ale panowało przekonanie, że chodzenie do łóżka zarezerwowane jest jedynie dla małżonków. Będąc za granicami Anglii, Ares przekonał sie, że to kwestia kulturowa. W innych kulturach sprawy łóżkowe miały się zupełnie inaczej. Na przykład w niektórych było wielkim wstydem, jeżeli mężczyzna nie miał kilkunastu byłych partnerek, albo jeżeli kobieta nie miała wcześniejszego doświadczenia - mogła zostać uznana za niepłodną albo nawet przeklętą.  W innych istniały księgi mające pomóc w stymulacji życia seksualnego, a równiez prezentujące jakby podręcznik sztuki kochania. To co w Anglii uchodziło albo za wstydliwe, albo za niegodne, albo może nawet za przejaw zboczenia - w niektórych kulturach było przedmiotem nauki i medycyny a nawet duchowego przeżycia. A jednak w Anglii wciąż pokutowało zatwardziałe myślenie. Nie było one zresztą jedynie problemem szlachty, tak zatwardziałej w poglądach na wielu poziomach. Ale również całego społeczeństwa, które, upodobniając się do szlachty, trzymało się bezpiecznych ustaleń i przepisów. Mając to na uwadze, Ares nie wychylał się ze swoimi dziwactwami, obawiając się właśnie, że mógłby zostać uznany, za chorego psychicznie zboczeńca. I dostosowując sie do zasad życia według reguł świętojebliwej Anglii, ograniczał się do trzymania Aurory za rękę, a wszelkie gorące pocałunki były i tak maksimum spełnienia fantazji, jakich mógł i powinien dopuszczać się młody lord. Gdzieś tylko w kącie swoich myśli, wspominał rozpustę, która miała miejsce kiedyś, gdzieś, w przeszłości. Ale do tamtych czasów przecież nie było powrotu, czyż nie?
Usiadł przy stole, wcześniej zdejmując płaszcz i odwieszając go gdzieś przy wejściu do szafy. Buty zamienił na kapcie, które tak rozkosznie kontrastowały z jego strojem. Nie miał wszak w szafie nic, co nie zostałoby uszyte z najwyższej jakości materiałów, skrojone wprost na jego figurę. W luźno zawieszonym na szyji szalu, zdawał się być wciąż nie na miejscu, zbyt elegancki jak na potrzeby tego bajkowego świata.
- Auroro Sprout - zwrócił się do niej pełnym imieniem i nazwiskiem, w bardzo oficjalnym i karcącym tonie - Czy nie uważasz, że to bardzo nieodpowiedzialne, by samotnie spacerować po lesie? I znając ciebie, pewnie robiłaś to w nocy? Ile razy będę ci musiał tłumaczyć jak jest to niebezpieczne... och jak to pięknie pachnie - przerywa, by zachwycić się zapachem dania, które zaserowała mu panna Sprout. Zaraz poczuł sie niezwykle głodny, ale czeka aż ona do niego dołączy, zasiądzie obok niego. Bo przecież nie naprzeciwko. Kiedyś, dawno temu, podczas pierwszego spotkania, usiadł tak daleko od niej, że ledwo go słyszała. Śmiała się z tego zachowania i zaprosiła go, by się jednak przysunął. I od tamtego czasu już zawsze siadali w ten sposób.
Zaraz zabrali się za jedzenie, on oczywiście nie mógł wyjść z podziwu, że Aurora umie gotować, więc zachwycał się tym bez przerwy. Chociaż nie, z przerwami na kontynouwanie wątku wedrówek po lesie.
- Po kolacji musimy wybrać się na spacer. Pokażesz mi skąd dokładnie dochodziły te dźwięki. Znam się trochę na zwierzętach, szczególnie tych magicznych. Z twoich opowieści, skoro brzmiało to trochę jak pies... nie chciałem cię niepokoić w liście, ale mam podejrzenia, że to może być wilkołak. Dlatego będzie najlepiej, jeżeli zamkniemy ten temat w ten weekend. Nie zostawię cię tutaj, wiedząc, ze możliwe, że on biega za oknem. Co prawda w Irlandii wilkołaki są rzadkością, ale zważając na ostatnie niepokoje społeczne, obawiam się, że mogły zajść nawet aż tutaj... - wyjaśnia jej, po czym zerka na nią uważnie, kiedy pyta o cały tydzień wolnego. Przecież próbował. Ale z nestorem Aaronem nie ma tak łatwo. Lord Carrow nie zgodził się, twierdząc, że w tym tygodniu nie ma takiej możliwości. Ares ujął buzię Aurory w dłoń, bojąc się, że to znów złamie jej delikatne serce.
- Niestety nie mogę zostać, kochanie. Próbowałem, ale... muszę niestety wracać w poniedziałek z samego rana. I to niestety prosto do Londynu, tamtejszy  inwestor jest nieugięty - puścił jej buzię i znów spojrzał na jedzenie, które mu przygotowała. - Wiedz, że gdybym mógł, to nie poszedłbym na t o spotkanie. To obślizgły typ. Z Rosji. Zaprasza na śniadanie i odrazu chce pić wódkę. Dlatego biorę ze sobą zawsze Wrońskiego. Daniel pije, a ja staram się go urabiać. Tym razem na posiłki wezwałem lorda Lestrange, wiesz.. to praktycznie mój brat, myślę, że przynajmniej jemu uda się coś tu ugrać. Francis... ma takie zdolności
Nie wspomniał, że chodzi tu o Wenus, w którym nie tylko rosjanin znajdzie rozrywkę. Czyż po weekendzie spędzonym w oparach miłości - niespełnionej - nie należy mu się chwila wyładowania? Chociażby na blond Poli, która zawsze chętnie chciała go przyjąć.


/przepraszam za zmianę narracji na 3-os, ale zorientowałam sie w połowie posta ze tak pisze, chyba ta przerwa na mnie tak zadziałała!/
Ares Carrow
Zawód : biznesman, zarządca w stajniach
Wiek : 31
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Kawaler
Hard work and ambition are vulgar.
OPCM : 6
UROKI : 23
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 13
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t8988-ares-carrow https://www.morsmordre.net/t9000-cooper#270633 https://www.morsmordre.net/t9001-ares#270653 https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/t9139-skrytka-nr-2118#276166 https://www.morsmordre.net/t9066-a-carrow#319475
Re: Irlandia, maj 1955 [odnośnik]10.04.21 15:41
Państwo Sprout może i nie byli szlachcicami, ale wywodzili z rodu o długiej historii i wraz z Abbottami stanowili nieodłączną część Doliny Godryka. Rozsiani po Anglii, Szkocji i obu Irlandiach stanowili jednych z najbardziej znanych zielarzy wśród czarodziejów. Ich niezwykłe podejście do roślin zdawało się przechodzić z pokolenia na pokolenie i nawet jedna czarownica półkrwi, która zniweczyła czystość ich krwi, nie sprawiła, że cokolwiek było rozwodnione. No, a przynajmniej niewiele znaczyło to dla samych Sproutów, którzy twierdzili, że czyste serce jest ważniejsze od statusu krwi. Biedni naiwni rodzice Aurory, którzy przyjęli z otwartością i radością młodego lorda, zupełnie nie wiedząc, że tak naprawdę tytułują go nie tylko niewłaściwie, ale nawet i złym nazwiskiem.
Gościli go przy ich stole, szykowali dodatkowe nakrycie przy większych uroczystościach. Cieszyli się, że trafił się ich córce ktoś, kto był dla niej dobry i pomimo trudnych czasów chciał o nią zadbać. Bo nie ma co ukrywać — oni część swojego życia już przeżyli, a dla młodej, zupełnie nierozgarniętej kobiety nadchodziły straszne czasy.
Ludzie w okresie wojny zamieniali się w najgorsze bestie i robili rzeczy, które zwyczajnie nie przyszłyby im do głowy. Czemu nie kojarzyli twarzy młodego lorda? Cóż… od pierwszych stron gazet, gdzie mógłby się pojawiać on i jego skandale, oni woleli kalendarz zielarza, gdzieś z tyłu i zupełne suche żarty. A po pewnym czasie z niepokojem śledzili zajmujące coraz więcej miejsca nekrologii, bojąc się, że pewnego dnia zobaczą tam nazwisko swojego syna.
Może dlatego nie oponowali, gdy powiedziała, że wyjeżdża. Najpierw miała to być wyprawa naukowa, na jaką wyruszali członkowie rodziny Sprout już wcześniej, ale chyba wszyscy wiedzieli, że to Ares jest sprawcą całego zamieszania. Że zawładnął całym sercem i duszą czarownicy. Sądzili zapewne, że to już niedługo przyjdzie do nich wyznaczyć ostateczną datę ślubu. I w teorii nie powinni byli godzić się na wyprowadzkę córki wcześniej, ale widzieli, jak mężczyzna na nią patrzy. Z jaką czułością i nieporadnością zabiera się do tego, żeby śmietanę z mizerii zetrzeć z jej policzka. Aurora podsłuchała kiedyś, że sądzili, że to jego pierwsze poważne zaloty muszą być.
Ona sama nie wiedziała, ile kobiet gościło wcześniej u jego boku, ale nie myślała o tym, wiedząc, czy może licząc na to, że jako pierwsza zajęła miejsce nie tylko u jego boku, ale też w jego sercu.
I pewnie dlatego, każde spotkanie, chociaż grzeczne, nabierało charakteru zbliżającego się narzeczeństwa. Może dlatego pozwalała sobie sama w swojej niewinności na nieco więcej — gdy czasem siedziała obok niego, kładła mu dłoń na jego udzie, wędrując nieco do góry, a potem zaraz w dół.
Czasem, gdy spędzali wieczory przytuleni w pościeli, jej dłoń nieśmiało wkradała się pod jego koszulę, poznając centymetry jego ciała.
Chciała być dla niego wszystkim. Przyjaciółką, powierniczką, żoną i kochanką. Dla niego właśnie ślęczała nad podręcznikami o dobrych manierach, jednocześnie wiedząc, gdzieś w głębi serca, że chociażby kłaniała się najpiękniej, a i w najdroższych sukniach jadła dania przy pomocy jednego ze 100 widelców, to jego ojcem by jej nie zaakceptował.
Dlatego cieszyła się z tych chwil, jak te, gdy Ares w bamboszkach ubranych do jedwabnej koszuli wyczekiwał z uśmiechem na podane przez nią danie.
- To prawdziwy komplement dla kobiety, gdy jej mężczyzna nie może doczekać się jedzenia. - Sama o wszystko dbała, wszystkiego doglądała, żeby móc podać mu na stole nie tylko wyśmienite jedzenie, ale i wykazać się miłością. Zasługiwał na to. Zasługiwał na wszystko. A ona mogła, póki co, dać mu jedynie tyle. Chociaż… Chociaż szykowała mu coś, o co nie prosił, jako dobrze wychowany młody człowiek, ale czego wiedziała, że chce.
Ale najpierw kwestia wilków.
- Ukochany… A co mam robić podczas samotnych nocy, kiedy nie nadchodzi sen? - Powiedziała, ale w jej głosie nie było żalu. Przecież kiedyś przyjdzie czas, że to u jego boku będzie zasypiać i się budzić. Że nie będzie to weekend, a całe tygodnie, które zmienią się w lata. Wierzyła w nich. Że tak właśnie będzie już na zawsze.
Chyba że coś stanie im na drodze. Nestor lub…
- Wilkołak? Tutaj? - Jasną jej skórę przebiegł nieprzyjemny dreszcz. Nigdy żadnego nie widziała, a nawet jeśli to w ludzkiej postaci, tak dobrze się maskującego, że nie nie poznała różnicy. - Ale na spacer pójdę bardzo chętnie. Wszystko ci pokaże. Te ślady w lesie, ale też cudowną polanę, którą odkryłam. Jest tam niewielkie jeziorko, wiesz? Z ziemi wygląda dość przeciętnie, ale kiedy wespniesz się na drzewo. - [b]Spojrzała na niego, nagle zastanawiając się nad czymś. - [b]Umiesz się wspinać, prawda? - Ona i jej młodszy brat kiedyś robili to dość często, ale przestali przed laty. Teraz jedynie przytrzymała się kilku gałęzi, bo wydało jej się, że z góry jeziorko może mieć kształt serca. Prawie miało. Dlatego postanowiła nazwać je jeziorem Aresa. Nawet jeśli już miało swoją inną, oficjalną nazwę, to dla niej zawsze już będzie jeziorem Aresa, bo on był jej sercem.
Zaraz jednak nadeszły wieści gorsze niż całe hordy wilkołaków, olbrzymów i czarnoksiężników. Ares znów musiał wyjechać, prawie tak szybko, jak się pojawił.
Kolejny tydzień spotykał się z odmową, a Aurora tym samym miała wrażenie, że to już jakaś klątwa nad nimi ciąży.
Poczuła jego palce na swoich policzkach, więc spojrzała mu w oczy. Czuła, że ją własne łzy pieką pod powiekami, ale nie chciała, żeby im ten czas minął w smutku. Nie mogła na to pozwolić! Spróbowała się więc uśmiechnąć.
- Jesteś bardzo ważny dla swojego ojca. Z pewnością ufa ci w interesach, dlatego nie może pójść ktoś inny. - Próbowała sama sobie wytłumaczyć, czemu tak się dzieje i być może nie dopuścić do siebie tego, jak bardzo było jej przykro. - Ale w takim razie nie mówmy o pracy. Cieszmy się sobą… Tak niewiele mamy czasu. - Powiedziała i odnalazła jego dłoń, żeby tym razem samej przyłożyć ją do swojego policzka i wtulić się w nią, żeby potem złożyć na wewnętrznej stronie kilka delikatnych pocałunków.
- Jedz, jedz… Mamy mnóstwo pracy Lordzie Carrow. - Powiedziała, drocząc się, że właśnie oto wysyła wielkiego Lorda Yorku do pracy. - Trzeba magnolię zasadzić, naczynia pozmywać. Pokaże ci przydatne zaklęcie. - Zaśmiała się, chociaż wciąż trochę udawania w tej radości było. Tak się cieszyła, że zostanie z nią na dłużej. Ale wytrzyma. Przecież to tylko przystanek na drodze do reszty wspólnego życia, prawda?


Suddenly,
I'm not half the man I used to be.There's a shadow hangin' over me — Oh, yesterday came suddenly
Aurora Sprout
Zawód : Uzdrowiciel
Wiek : 26
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna
nie prze­czu­łam w głę­bi snu,
że je­że­li gdzieś jest pie­kło,

to tu
OPCM : 10
UROKI : 0
ALCHEMIA : 20
UZDRAWIANIE : 15
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarodziej
Irlandia, maj 1955 D836eb438dea1946dc5bb9dd21fef622
Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t9381-aurora-sprout?nid=102#284845 https://www.morsmordre.net/t9435-duke-owlington#286919 https://www.morsmordre.net/t9436-i-walked-with-you-once-upon-a-dream#286936 https://www.morsmordre.net/f347-dolina-godryka-wrzosowisko https://www.morsmordre.net/t10010-skrytka-bankowa-2171#302538 https://www.morsmordre.net/t9438-a-sprout#328488
Re: Irlandia, maj 1955 [odnośnik]10.06.21 17:14
Następstwem tego wielkiego kłamstwa związanego z moim naziwskiem: Reinhart musiała być niezręczna sytuacja, która kiedyś wypłynie. Bo przecież to nieuniknione. Pan Sprout na pewno też kiedyś spojrzy łaskawiej na innego - prawdziwego Reinharta. Tymczasem, przekonany, że jego córka wyjechała za granicę, żeby własnie z Reinhartem żyć, był pewny, że jeżeli ten skrzywdzi jego dziecko, będzie w stanie odnaleźć skurczybyka. Problem jest taki, że szukając Aresa Reinharta nie znajdzie w całej Anglii ani jednego osobnika, który by się mógł tak mienić. Na czyje konto zbieram więc grzechy i czy dlatego, że wydaje mi się, że jestem ikognito, to z taką łatwością przychodzi mi życie w tej iluzji, którą sobie stworzyliśmy z Aurorą? Jest też jeszcze jedna sprawa: bądź co bądź, jestem raczej rozpoznawalny. Może nie w każdym zakątku świata, ale na wyspach raczej tak. I nieco bawiło mnie, zresztą razem z Aurorą z tego żartowaliśmy, kiedy przy jednej kolacji pan Sprout próbował dojść do kogo jestem najbardziej podobny i uznał, że widział takiego piosenkarza ulicznego i że własnie do niego. Najgorsze, że kiedy Aurora rzuciła, że widziała lorda Carrow i że on w sumie był podobny, to oboje państwo Sprout się żachneli, że jej Ares ani trochę nie jest podobny do tamtego jegomościa, bo po pierwsze nie ma wielkiego nosa.
Kiedy warzywa wylądowały przed nim, sięgnął po widelec wystudiowanym, powolnym ruchem. Jako szlachcic nie umiał już, nawet najbardziej głodny, rzucić się na jedzenie. Ale faktycznie się cieszył, że zje coś co wyszło z kuchni panny Sprout, bo była utalentowaną kucharką. Na pewno miało znaczenie to, że znała się na roślinach jak nikt inny. Uśmiecha się znad marchewki do dziewczyny, kręci głową niedowierzając w to, że zabrzmiała tak dwuznacznie. Znając jej naturę, nawet nie wie, co powiedziała.
- Wolałbym, prawdę mówiąc, żebyś znalazła sobie inne zajęcie na noc. Nie wiem... szydełko? - zaśmiał się lekko, bo chociaż Aurora to prawdziwa królewna słodkości, to jednak widok jej z szydełkiem w kontekście nocy przypomina bajkę z której, jak wnioskuję, zostało zaczerpnięte jej imię. Tym samym chcę rozładować tę odrobinę niepokoju, która zagościła we mnie, bo dowiedziałem się, że chodzi sama nocą po lesie. - Otóż wilkołak. Chociaż kiedy teraz tak się zastanawiam, to faktycznie mało ich w Irlandii. Może to po prostu poligreist, albo ghul, no nic, zagadka się rozwiąże, jak się przejdziemy - zatopiłem się w tych warzywach, słuchając jej opowieści o tym gdzie mnie zaprowadzi. Dość szybko porzuciła strach o własne życie, co niewątpliwie robiło na mnie wrażenie. Z jednej strony miło jest się czuć potrzebnym, z drugiej, taka zaradna kobieta to skarb. Uniosłem powoli spojrzenie, nie rozumiejąc do końca o co jej chodzi ze wspinaniem sie. Czy umiał się wspinać? Cóż, wspinał się w Alpach, nawet w Himalajach. Ale czy wspinanie się na drzewo to to samo. - Oczywiście ... - odpowiedział tak, że czujna Aurora mogłaby mieć wątpliwości.
Kiedy opowiadałem o sprawie z rosjaninem, mówiłem prawdę, ale również trochę jej nie mówiłen. Tak do końca, to nie musiałem wyjeżdżać w tym tygodniu. Uparłem się, a jak to baran, jak się uprę to nie ma przebacz - że załatwię te sprawę teraz. Wiem jednak, że klient będzie tak pijany, że nie zauważyłby mojej absencji. Mógłbym zostawić to Danielowi, mógłbym zostwić to Francisowi.. kiedy Aurora całuje moją dłoń, zaczynam się przekonywać, że pozostawienie tej sprawy komuś innemu to na prawdę dobry pomysł. Przecież zamiast obowiązków, mógłbym sadzić z nią... cebulę.
- Jem, jem, pyszne te twoje dania. Nie myślałaś nigdy, żeby założyć restaurację? Mogłabyś zostać najlepszym szefem kuchni w całym Londynie - zastanawiałem się czasami czy Aurora ma jakiś plan B. Czy ja jestem jej planem A i nie pamięta już o swoim życiu, o tym, że chciałaby kimś zostać. Kiedy się poznaliśmy, musiała mieć jakiś plan. Kiedyś nawet mi o nim opowiadała. Kiedy się tutaj przeprowadziła, mam wrażenie, ze poświęca mi cały czas. To miłe, ale gdzieś w głębi mnie, to mnie boli. Bo zaczynam orientować się, że jeżeli coś pójdzie nie tak, że jeżeli jednak nasza bajka nie będzie mogła wiecznie trwać... to zostanie z niczym.
Ares Carrow
Zawód : biznesman, zarządca w stajniach
Wiek : 31
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Kawaler
Hard work and ambition are vulgar.
OPCM : 6
UROKI : 23
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 13
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t8988-ares-carrow https://www.morsmordre.net/t9000-cooper#270633 https://www.morsmordre.net/t9001-ares#270653 https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/t9139-skrytka-nr-2118#276166 https://www.morsmordre.net/t9066-a-carrow#319475
Re: Irlandia, maj 1955 [odnośnik]12.06.21 2:51
Aurora zapatrzona była w Aresa, chociaż w dziwny sposób nie idealizowała go. Wiedziała doskonale, że miał wady i zalety, jak każdy żywy człowiek. Owszem był lordem, ale był nim na salonach, w teatrach, w operach, czyli tych wszystkich miejscach, które lubił, ale które nie dawały mu potrzebnej wolności.
Dla niej był Aresem — mężczyzną mądrym, oczytanym, który nauczył ją odróżniać widelec do ryby od innych. Który wskazał jej, jak najlepiej dosiadać konia, chociaż przed jego poznaniem nieco bała się tych zwierząt. Zawdzięczali sobie swoiste przepustki, które pozwalały im zajrzeć za kulisy przedstawienia dla innej klasy.
On przy niej mógł być chłopakiem z sąsiedztwa, który karmił się kanapki z serem, czy sałatką, którą szykowała dla niego.
Ona dla niego mogła grać damę, chociaż jej ciepły i częsty śmiech, gdy udawała, że nosi drogą i ozdobną suknię, często podobno psuł efekt.
Żartowali wtedy, że wszystkie lady mają tak idealną twarz, bo umierały dokładnie z taką samą twarzą, jak się rodziły. Nawet jako niemowlaki nie płakały, bo przecież damie nie przystoi. Razem spełniali się i dopełniali. Ucząc i słuchając siebie nawzajem.
- Z czego się śmiejesz? - Zapytała, gdy zauważyła, że znów musiała palnąć coś niemądrego, żeby zauważyć ten wyraz jego twarzy. - Czy znów powiedziałam coś wspólnego z… No wiesz.. - Zarumieniła się momentalnie. Zupełnie jakby ktoś oblał jej twarz sokiem malinowym. Bo chociaż w jej głowie istniała świadomość seksu, to było to pojęcie czysto teoretyczne. A wolałaby jednak wiedzieć, gdy może się stać obiektem śmiechu. Z jego ust to jeszcze nie tak straszne, ale gdyby jakimś cudem powiedziała coś wśród miejscowych?
Imponował jej jednak, że tak dzielnie podjął się zadania, żeby zbadać teren i upewnić się, że pod jego nieobecność jest bezpieczna. Rzecz jasna Aurora wolałaby, żeby to on sam spędzał z nią tygodnie, ale przyzwyczaiła się pomału do swojej samotni. Może rzeczywiście powinna kupić szydełko? Do zimy podobno daleko, ale zanim się nauczy cokolwiek coś robić, to jednak minie trochę czasu. A Ares, czy raczej Lord Carrow, wyglądałby naprawdę z klasą, nosząc rękawiczki, czy szalik od niej.
Uśmiechnęła się do swojej myśli, pewna, że uda jej się znaleźć specjalne zaklęcie, a potem będzie je ćwiczyć. Och Ares z pewnością się ucieszy z takiego prezentu!
- W takim razie spróbujemy się wspiąć. - Zarządziła, gdy on pomału kończył swoje danie. Rzeczywiście jednak musiało być mu trudno zapomnieć o tym, że jednak w życiu trzeba coś robić. Aurora w Dolinie przyzwyczajona była do tego, że drobna rodzinna plantacja dyń przynosiła swoiste zyski, bo ich owoce sławne były w całej Anglii i nierzadko wielcy lordowie przyjeżdżali do nich po dynie. Nikt nie miał lepszych niż Sproutowie i wszyscy to wiedzieli.
Nie znaczy to, że bała się pracy. Gotowa była pójść do jakiejkolwiek, która byłaby za zgodą Aresa. Nie, żeby on miał wybierać. Nie, nie. To byłaby sprawa do ewentualnego przegadania.
- Restauracje? Nie… Wolę gotować dla kogoś, kogo cieszą moje dania. Ale zawsze chciałam mieć swoją aptekę. - Stwierdziła z lekkim rozmarzeniem w głosie, pozwalając na moment zajrzeć mu do przedziwnych myśli Aurory Sprout. - Byłaby moja i Castora. I mogłabym wybrać, kto za leki, by płacić, a kto nie… Każdy biedniejszy mógłby przychodzić po eliksir. - Dopowiedziała z przejęciem, a po chwili spojrzała na niego uważnie. - Ale czemu pytasz? Czyżbyś chciał, żebyśmy wrócili do Londynu? - Ona nie była specjalnie zagrożona tak długo, jak jej romans z Lordem Carrow pozostawał skryty przed innymi czarodziejami. Czy groziły jej realne kłopoty? Nie wiedziała. Dlatego poczuła lekki niepokój. Jednak nawet w tym momencie nie przyszło jej do głowy, że chociaż dopiero całkiem niedawno przyszło im wspólnie zamieszkać w Aresowej głowie już pojawiła się myśl o rozstaniu. Dla niej Ares zupełnie niespodziewanie stał się częścią świata tak integralna, że w jej małych marzeniach, to nikt inny, jak właśnie on, pomaga jej przy obowiązakach związanych z apteką. Ona nie miała pojęcia o ekonomii, więc stąd pomysły o rozdawaniu leków biednym. Nie działa jednak z głupoty, a chęci pomocy. Naiwność ją zgubi prędzej, czy później… Tylko czekać na to. Ale przecież przy niej był Ares, prawda? Każdy, kto chciałby zrobić jej krzywdę, musiałby się mierzyć z jego gniewem, ciętymi ripostami spojrzeniem tak przejmującym, że zapadłby się pod ziemię ze wstydu.
- A ty Aresie? Co planujesz robić w Irlandii? - Bo przecież kiedyś ta rozłąka się skończy i już zawsze będą razem. I będzie się budzić obok niego w dni powszechne i świąteczne. W urodziny i bez okazji. - Mógłbyś mieć własną hodowlę… Niezależną od tej rodzinnej. - Powiedziała, nie wątpiąc ani przez sekundę, że idealnie spełniałby się w tej roli.


Suddenly,
I'm not half the man I used to be.There's a shadow hangin' over me — Oh, yesterday came suddenly
Aurora Sprout
Zawód : Uzdrowiciel
Wiek : 26
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna
nie prze­czu­łam w głę­bi snu,
że je­że­li gdzieś jest pie­kło,

to tu
OPCM : 10
UROKI : 0
ALCHEMIA : 20
UZDRAWIANIE : 15
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarodziej
Irlandia, maj 1955 D836eb438dea1946dc5bb9dd21fef622
Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t9381-aurora-sprout?nid=102#284845 https://www.morsmordre.net/t9435-duke-owlington#286919 https://www.morsmordre.net/t9436-i-walked-with-you-once-upon-a-dream#286936 https://www.morsmordre.net/f347-dolina-godryka-wrzosowisko https://www.morsmordre.net/t10010-skrytka-bankowa-2171#302538 https://www.morsmordre.net/t9438-a-sprout#328488
Re: Irlandia, maj 1955 [odnośnik]18.08.21 18:43
Czerwona twarz Aurory jest sygnałem, żeby zaprzestać dalszego nabijania się z niej. Ale faktycznie powiedziała znów coś związanego z seksem. Z tą sferą o której nam rozmawiać nie wypada, więc kiedy pierwszy raz usłyszałem jej porównanie, myślałem, że robi sobie ze mnie jaja i jest do tego trochę sprośna. Może to właśnie sprawiło, że zostałem przy niej? Dopiero po jakimś czasie okazało się, że Aurora nic nie udawała, a jej słowa były sto procent niewinne.
- Zastanawiam się czasami, jak to jest możliwe, że jesteś jednocześnie tak niewinna i tak zmysłowa - przychylić się chce do jej ust, rękę mam na jej policzku, oczy już spuszczone są na jej usta i czuję wibracje, które mi wysyłają. Same usta wołają mnie jak zbłąkanego żeglarza wołałyby syreny na środku morza. Przyśpiesza oddech, chciałem się dać porwać tej myśli, ale na całe szczęście w porę się opamiętałem. Zaciskam powieki i uśmiecham się do siebie. - Wybacz, to nie miało tak zabrzmieć. Nie chodziło mi o to, powiedziałaś że nie jesteś na to gotowa i... - odsunąłem się od Aurory, powtarzając tę myśl, która ostatnio coraz częściej nie daje mi spać. To też z tego powodu tak często opuszczam ją po dwóch dniach. Moje serce nie jest gotowe odejść, ale wiem, że trudno mi się będzie przy niej zachowywać dłużej odpowiednio, kiedy czasami przy większej ilości wina chcę ją prosić o to, by pozbyła się swoich zasad. A to przecież nie wypada. Aurora nie jest byle jedną dziewczyną z klubu Wenus. I do nich trzeba się czasami zalecać, a ramiona tak samo chętnie jak Aurora zarzucają mi na szyje. Tylko, że ich przyszłością się nie martwię. Przyszłość Aurory, ta mnie bardzo przejmuje. - Że jesteś porządną dziewczyną, która zachowuje się dla męża
To właśnie to popchnęło kolejne moje myśli i dlatego spytałem o Londyn. Gdzieś w dalekiej przyszłości właśnie to było równoznaczne z naszym końcem. Londyn i Aurora u boku innego mężczyzny. Dobrze urodzonego, wysokiego urzędnika. Nie wyobrażam sobie, żeby trafiła na kogokolwiek niskiego pochodzenia. Jest z dobrej, znanej na całą Anglię, rodziny. Gdyby nie to, że tak młodej, mogłaby bez problemu zostać moją żoną. Niestety, linia Sproutów nie sięga na tyle daleko, by mogli zostać uznanych za ród szlachetny.
- Nie, nie chcę żebyśmy tam wracali. Narazie jest mi dobrze tutaj z Tobą, Rory - posyłam jej ciepły uśmiech, odganiając wizje w której widujemy się z Rory na przyjęciach dla szlachty i pozdrawiamy się uprzejmymi skinięciami głowy trochę mnie zmroziła.
Niezwykle przyjemnie się jednak słuchało o jej planach na aptekę, którą mogłaby z Castorem prowadzić. Zanotowałem sobie w głowie, że na prezent na rozstanie kupię jej witrynę w Londynie, żeby sobie mogła otworzyć swoją własną aptekę marzeń. Szkoda, ze nie przewidziałem wojny.
- Co nowego u Castora? Dawno nie słyszałem nowych wieści o Twoim bracie. Podoba mu się na tym kursie alchemicznym? - a skoro tylko doszliśmy do Castora, to ostatnia część warzywnego obiadu została zjedzona a ja popijałem jedzenie i spoglądałem sobie to za okno, to znów do piecyka.
No i w tym momencie Aurora wykazała się jeszcze większą nawinością, bo kiedy ja przepełniony szczęściem, układałem sobie naszą ewentualną koniec znajomości, ona wierzyła że jednak jest dla nas przyszłość. I jakoś jej nawet wierzyłem.
- Nie wiem, czy byłoby mnie na to stać. Utrzymanie takiej hodowli bez kapitału i ludzi... Nie wiem czy by to wyszło. Ale mógłbym się wtedy poświęcić pracy naukowej. W końcu skończyłbym almanach koni skrzydlatych nad którym pracowałem z Panią Sallow... cóż, kilka lat temu. - odkrywam przed nią jakąś kartę mojej przeszłości, dotąd skrytej za zasłoną "podróży zamorskich" i uśmiecham się do niej. Czasami lubiłem jej objaśniać świat. Była urocza i słodka, ale o pewnych sprawach nie miała pojęcia. - Aurora, ale wiesz, że nie możesz rozdawać za darmo swoich eliksirów? Przecież nim byś się zorientowała, to całe wioski by cie zapewniały, że ich na to nie stać i że masz im za darmo robić eliksiry. Jesteś zbyt zdolna, żeby się tak poświęcać. Pamiętaj, że musisz się cenić, kochana
Ares Carrow
Zawód : biznesman, zarządca w stajniach
Wiek : 31
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Kawaler
Hard work and ambition are vulgar.
OPCM : 6
UROKI : 23
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 13
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t8988-ares-carrow https://www.morsmordre.net/t9000-cooper#270633 https://www.morsmordre.net/t9001-ares#270653 https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/t9139-skrytka-nr-2118#276166 https://www.morsmordre.net/t9066-a-carrow#319475
Re: Irlandia, maj 1955 [odnośnik]16.09.21 19:11
Trudno oczekiwać by miała pojęcie o zbliżeniach inne, niż można było wynieść z lekcji anatomii. Wiele słyszała, raz widziała, ale w tym wieku wciąż pozostawała czysta. Błędne pojęcie Aresa rzecz jasna było czymś, o czym panna Sprout nie miała pojęcia. Wymykające się czasem słowa o dwojakiej naturze, czasem po prostu padały, zostawiając być może odebrane jako sugestię, a czasem przemieniały się w westchnienia. Ale nie tylko on walczy z pragnieniami ciała. Za każdym razem, gdy jego twarz jest tak blisko, a dłonie drgają tak leciutko, że być może nawet nie jest świadom tego, że tak się dzieje, ma świadomość, że granica ich wytrzymałości jest napięta do samego końca.
I tylko on mówił do niej w ten sposób, i tylko on potrafił myśli wzbudzić takie, a nie inne, które do tej pory zdołała jakoś opanować. No właśnie. Do tej pory…
Majowy deszcz uderzał w okno miarowo, sprawiając, że przynajmniej jeszcze chwilę będą musieli pozostać w czterech ścianach.
Gdy więc wycofywał się z zasięgu jej ramion, przytrzymała go na chwilę, rumiany i zdrowo rumiany policzek wtulając w zagłębienie dłoni. Źle zrozumiała, och jak bardzo źle zrozumiała teraz jego słowa, gdy wspomniał o trzymaniu czystości dla męża. Czyż nie on przecież miałby zostać jej mężem? Mówił o tym jej rodzicom i bratu… Uśmiechnęła się więc rozczulona, w jakimś stopniu odbierając jego słowa tak, że to on na nią poczeka. A to niemal jak zaręczyny prawda? Niemal byli już po słowie, a przynajmniej w to chciała wierzyć.
- Nie musimy tam wracać nigdy. - Powiedziała kilka chwil później, gdy znów dzieliło ich kilka oddechów, gdy mogła nieco rozsądniej myśleć o tym, co ma nastąpić. Ale nawet w najdalszych i najśmielszych snach nie pomyślała o tym, że on już snuje plany rozstania, mówiąc jednocześnie jak dobrze mu z nią. Zupełnie tego nieświadoma, uprzątnęła więc stolik, okruszki zbierając do chusteczki — gdy przyjdzie jej upiec ciasto, będą idealne na spód. Niby przy Aresie nie brakowało im jedzenia, ale Aurora nigdy nie patrzyła na niego w kwestii wypłat, czy też nie pytała, ile złota zalega w skarbcu posiadłości. Czy widziała go w największych obawach z kimś innym? Nigdy. Nie potrafiła sobie wyobrazić tego, że mógłby patrzeć na inną w ten sposób, mówić do innych w ten sposób. Wierzyła, że była dla niego jedyna tak jak on dla niej.
- Dobrze u niego. Rozwija się, wysyła listy. Jego szef… - Zamilkła niespodziewanie, bo uznała, że to nie moment na takie wyznania. - Dobrze go traktuje. Jego dziadek znał się z naszym ojcem. - Zawahała się, ale nie umiała kłamać, a już zwłaszcza nie jego. - Próbowali nas zeswatać. - To było rzecz jasna, zanim Aurora poznała Aresa. W grę wchodziły nawet rozmowy o terminie ślubu, ale ostatecznie wszystko rozeszło się po kościach. Chyba nigdy wcześniej nie mówiła mu o tym, że gdyby doszło co, do czego, to już dziś byłaby najpewniej mężatką.
- Możemy odkładać na twoją własną hodowlę. Przecież, nawet jeśli część ludzi nie płaciłaby za eliksiry, to pozostała część by to robiła, prawda? Do tego czasu z pewnością i ty mógłbyś odłożyć jakąś sumę i miałbyś środki na to, żeby być niezależnym. - Czy w szlachcie tak właśnie bywało? Że zostawało się na rodzinnych dworkach bez konieczności myślenia o tym, co samemu chce się robić w przyszłości?
Czasem trudno jej było pojąć jego tok myślenia, a czasem i on nie do końca ją rozumiał. - Dlaczego nie mogę? - Zdziwiła się szczerze, siadając na niewielkim stołeczku tak, że plecami wsunęła się pomiędzy jego uda. Jasną główkę zadarła tak, żeby móc spojrzeć mu w oczy. - Zdrowie nie ma ceny, ale niestety niektórzy kładą na to plakietkę z wartością. Pomyśl tylko Aresie, jeśli udałoby mi się wyleczyć chorego gospodarza, to może w zamian dostarczałby mi mleko od swych krów? Albo pszczelarza, który mógłby dać mi miód. Albo zwykłą staruszkę, która uśmiechałaby się do mnie przez długie lata. Czy to nie jest warte tych wszystkich składników? - Uśmiechnęła się i wyciągnęła dłoń tak, by wciąż opierając się głową o jego udo, móc musnąć jego policzek.
- Przy tobie mogłabym jeść suchy chleb już do końca mych dni, a nie skarżyłabym się ani razu. - Wysnuła nieśmiałą, acz pełną przekonania deklarację. - Ale takie życie nie jest dla ciebie, więc wspólnie możemy sprawić, żebyś chciał tu zostać jak najdłużej… - Dodała znacznie ciszej, gdy jej dłoń zawędrowała w okolice jego ust. Był najpiękniejszym mężczyznom, jakiego widziała, a zgodnie z jego wcześniejszymi słowami, miał być również kiedyś jej mężem. Czy mogła pragnąć od życia czegoś więcej? Byłaby zbyt zachłanna, prosząc los o, chociażby odrobinę więcej.


Suddenly,
I'm not half the man I used to be.There's a shadow hangin' over me — Oh, yesterday came suddenly
Aurora Sprout
Zawód : Uzdrowiciel
Wiek : 26
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna
nie prze­czu­łam w głę­bi snu,
że je­że­li gdzieś jest pie­kło,

to tu
OPCM : 10
UROKI : 0
ALCHEMIA : 20
UZDRAWIANIE : 15
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarodziej
Irlandia, maj 1955 D836eb438dea1946dc5bb9dd21fef622
Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t9381-aurora-sprout?nid=102#284845 https://www.morsmordre.net/t9435-duke-owlington#286919 https://www.morsmordre.net/t9436-i-walked-with-you-once-upon-a-dream#286936 https://www.morsmordre.net/f347-dolina-godryka-wrzosowisko https://www.morsmordre.net/t10010-skrytka-bankowa-2171#302538 https://www.morsmordre.net/t9438-a-sprout#328488
Irlandia, maj 1955
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach