Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia



Login:

Hasło:

Pracownia
AutorWiadomość
Pracownia [odnośnik]09.03.21 21:24

Pracownia

Krawiecka pracownia Tessy to właściwie niewielki pokoik upchnięty na poddaszu, do którego można się dostać wyłącznie przez klapę w suficie, ulokowaną w wąskim korytarzyku na piętrze. Zamknięta, pozostaje praktycznie niewidoczna - dopiero po rzuceniu zaklęcia otwiera się, a ze środka wysuwa się drewniana drabinka, po której można wspiąć się na górę. Pomieszczenie znajduje się bezpośrednio pod dachem, przez co strop jest miejscami niski, a latem robi się tu dosyć duszno; sytuację ratuje umieszczone w dachu okno, dzięki któremu pracownia jest niemal przez cały dzień zalana jasnym światłem. Na jej wyposażenie składa się stolik na metalowych nogach, na którym stoi maszyna do szycia, wygodne krzesło i nieco wysłużona kanapa. Pod ścianami i na półkach piętrzą się materiały, zarówno te czarodziejskie, jak i zwyczajne, z których Tessa szyje proste koszule, czapki i płaszcze; te gotowe czekają na zapakowanie na specjalnie do tego przeznaczonym, niskim stoliku w kącie, gdzie czasami znaleźć można też już przygotowane do przekazania paczki, owinięte starannie w brązowy papier.

Zaopatrzenie pracowni


- skóra kelpii
- skóra garboroga
- pióra świergotnika
- futro demimoza
- skóra wsiąkiewki
- wełna kudłonia
- wełna lunaballi x2
- tkanina z włókien sierści przyczajacza x2
- skóra widłowęża
- czaroprzędza x2



she's still here fighting
better know there's life in her yet
{...........................}


Ostatnio zmieniony przez Tessa Skamander dnia 07.11.21 14:09, w całości zmieniany 3 razy
Tessa Skamander
Tessa Skamander
Zawód : opiekuję się aetonanami i tworzę magiczne szaty
Wiek : 25
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna

wild hearts
don't break;
they burn

OPCM : 5
UROKI : 0
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 5
TRANSMUTACJA : 15
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 15
SPRAWNOŚĆ : 10
Genetyka : Czarownica

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t9273-tessa-skamander-buduje https://www.morsmordre.net/t9348-chaos#284283 https://www.morsmordre.net/t9341-tessa https://www.morsmordre.net/f321-somerset-okolice-exford https://www.morsmordre.net/t9350-skrytka-bankowa-nr-2158 https://www.morsmordre.net/t9349-tessa-skamander

Powrót do góry Go down

21 XII

Ścieżka wiła się między drzewami okrytymi jedynie koronką śnieżnej bieli; być może już dawno nikt nie przemierzał tej drogi, bądź też świeży opad zdołał sprawnie ukryć każdy ślad ludzkiej bytności - efekt pozostawał jednak ten sam. Nie miał pojęcia, czy zmierza w dobrą stronę; gdziekolwiek nie spojrzeć, wszędzie zalegały jedynie hałdy bieli. Zawahał się, próbując przebić się wzrokiem przez jasne tony, by doszukać się potwierdzenia, że gdzieś tam, za rogiem albo pagórkiem, kryje się stary, murowany dom.
I choć w Somerset zdarzało mu się przecież bywać nie aż tak rzadko, to tu, w tej okolicy, wszystko pozostawało nieznane. Wszystko - poza chłodem. Zimno ciasno otulało go z każdej strony, uwierając w te same miejsca, które rozżarzone przemarzniętym bólem po pamiętnej grudniowej nocy nie dawały o siebie zapomnieć.
W przygarbionej pozie z wolna dokuśtykał jednak w końcu tam, gdzie pośród śnieżnej bieli prześwitywała kamienna ścieżka, prowadząca aż do schodków niewielkiej werandy.
Zatrzymał się, pozwalając sobie zachować dystans; jako niezapowiedziany gość w czarodziejskim domu mógł spodziewać się powitania bubonem i zawieruchą, bądź czymkolwiek innym z repertuaru zabezpieczeń. Pozostał na tyle daleko, by znaleźć się co najwyżej na granicy ewentualnych pułapek; jednocześnie wystarczająco blisko, aby Tessa? poniosło się przez przestrzeń, wdzierając się przez ramę okna, uchylonego nieznacznie.
- Carpiene - inkantacji towarzyszył wyćwiczony ruch nadgarstka, swobodnie przecinającego powietrze w dobrze znanej sekwencji. Zaraz potem Keat wyprostował się karykaturalnie, jedno z ramion opadało koślawo przekrzywione, nie chciał jednak zmuszać się do przybierania pozy, która wciąż sprawiała mu sporo bólu - acz po nim akurat nie było ani śladu w uśmiechu, który zamajaczył na twarzy chłopaka, kiedy drzwi w końcu się otworzyły.
- Nie przynoszę żadnych złych wieści - wyrzucił z siebie niemal od razu, gdy tylko skrzyżowały się ich spojrzenia; chciał jej tego oszczędzić, pierwszej myśli, która mogłaby nasunąć się na jego widok - bo skoro nie widzieli się już tak długo, to jaki miałby powód, by odnaleźć ją pośród niczego; by pojawić się bez zapowiedzi na jej krańcu świata; by zadać sobie naprawdę sporo trudu, aby w ogóle zdobyć ten adres. - Jedynie herbatę... - gwoli ścisłości doprecyzował; niewielki pakunek zwinięty był w ciasną kulkę, wybrzuszał jedną z kieszeni kiepsko skrojonego płaszcza, w którym kryło się kilka dziur - on jednak nie zwykł szukać dziury w całym, przedarty fason nieszczególnie mu przeszkadzał - miętową - udało mu się nawet nie skrzywić, dopowiadając to po chwili, w której zaczerpnięty oddech umościł się w żłobieniach świeżo scalonych żeber - o złamaniu przypominał sobie za każdym razem, gdy powietrze wypełniało klatkę piersiową.
- I gargulki - dorzucił szybko, odwlekając w czasie zwyczajowy ceremoniał ostrożności, stąpania wokół siebie na czubkach palców - z tą ręką, która włada magią, ułożoną gdzieś w pobliżu (już schowanej) różdżki. Nie chciał mierzyć się spojrzeniami, nie chciał wymieniać hasłami, nieufnie dopytywać o to, jaką książkę czytali wspólnie w jej poprzednim lokum ani w jaki sposób się poznali.
Ten jeden raz. Tylko dzisiaj - mogli chyba obyć się bez tego wszystkiego. Szukał tu wyłącznie kilku chwil spędzonych w jej towarzystwie. Kalki dni, w których było inaczej niż teraz - nie diametralnie, ale na tyle znacząco, że oscylowały wciąż wokół zamierzchłej, wytęsknionej normalności - właściwie nie powinienem był tego zdradzać, bo to akurat prezent dla ciebie... no wiesz, na święta - tak się przecież robi w grudniu. Odwiedza się ludzi (niekoniecznie bez zapowiedzi?). Przychodzi z prezentem. Wymienia się życzeniami - szczerymi, i jednocześnie zakłamanie złudnymi (co można przemilczeć).
Normalności przybrała dzisiaj formę wręczenia komuś bezwartościowego podarunku - czegoś, czego Tessa nie nazwałaby przydatnym czy praktycznym. Lubił obdarowywać ludzi niepotrzebnymi drobiazgami, bez których mogliby się obyć - do momentu, w którym nie znaleźli się w posiadaniu owej rzeczy i nie okazywało się, że tak właściwie to ta bzdura jest czymś, czego zawsze im brakowało.
- Nie takie zwykłe - unikając jak się masz i czy wszystko u ciebie dobrze kontynuował zapalczywie wywód tak samo pozbawiony sensu, jak sam koncept sprezentowania Tessie gargulek - zamiast opluć cię przekleństwami rzucają motywacyjne komentarze, mówią ci, że możesz więcej niż podpowiada ci twój umysł i tego typu bzdury, aż sama masz ochotę na nie napluć, kiedy znowu przegrywasz, a one nie ustają w dopingowaniu... poza tym wszystkie są w kształcie magicznych stworzeń... - dopowiedział z taką dumą, jakby osobiście je stworzył - właściwie mogłabyś też po prostu zobaczyć to sama - właściwie mogłaby; dłoń powędrowała do niechlujnie przerzuconego przez jedno ramię plecaka, wyjmując z niego zawartość - prezent choć wciąż zapakowany, to odarty już z wszelkiej tajemnicy. Chyba nie tak powinno się wręczać podarunki; próbował jednak zapełnić swoimi słowami ciszę, która mogłaby niespodziewanie zapaść, i w której istniało niebezpieczeństwo pojawienia się pytań, na które dzisiaj nie miał ochoty odpowiadać. A przynajmniej nie tak od razu, sprowadzając z marszu wszystko wyłącznie do tego, że tam, poza murowanymi ścianami i z dala od śnieżnych bezludzi toczy się wojna.
- I jeszcze to - przypomniał sobie o kolejnej paczce szeleszczącej już pod opuszkami; tym razem powstrzymał się jednak od wyjawienia choć rąbka tajemnicy - acz rąbków, brzegów oraz skrawków było tam sporo. O nieregularnych kształtach, z najróżniejszych materiałów - głównie pozostałości po starych żaglach, które wysłużyły się już i zostały zastąpione innymi - pewnie będziesz potrafiła zrobić z tego niezły użytek - gdzieś pomiędzy wzmiankami o kolejnych drobiazgach nieznacznie zbliżył się do werandy, a niepewność wkradła się w jego spojrzenie. - Dobrze cię widzieć - do tego w gruncie rzeczy ten cały monolog się sprowadzał - do tych kilku słów, do ulgi, którą poczuł, gdy zobaczył ją całą. Nie mógł przecież mieć pewności, że tak właściwie będzie. Że gargulki, mięta i stare materiały znajdą nowy dom. Że on sam jej dom w ogóle odnajdzie.


mam ze sobą: skórę szpiczakax3; sporo niewielkich skrawków najróżniejszych materiałów; 50g herbaty miętowej z zaopatrzenia; motywacyjne gargulki



from underneath the rubble,
sing the rebel song
Keat Burroughs
Keat Burroughs
Zawód : rebeliant
Wiek : 24
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
some days, I feel everything at once, other - nothing at all. I don't know what's worse: drowning beneath the waves or dying from the thirst.
OPCM : 25
UROKI : 16
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 13
SPRAWNOŚĆ : 23
Genetyka : Czarodziej
I will survive, somehow I always do
Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t7770-keaton-burroughs https://www.morsmordre.net/t7784-sterta-nieprzeczytanych-listow#217101 https://www.morsmordre.net/t7786-casting-shadows#217131 https://www.morsmordre.net/f128-oaza-chata-nr-69 https://www.morsmordre.net/t7785-skrytka-bankowa-nr-1866#217105 https://www.morsmordre.net/t7787-keaton-burroughs#217189

Powrót do góry Go down

The member 'Keat Burroughs' has done the following action : Rzut kością


'k100' : 28
Morsmordre
Morsmordre
Zawód : Mistrz gry
Wiek :
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
OPCM : 99
UROKI : 99
ELIKSIRY : 99
LECZENIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Pracownia Tumblr_lqqkf2okw61qionlvo3_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki

Powrót do góry Go down

W pierwszej chwili byłam pewna, że się przesłyszałam.
Zamarłam w bezruchu, wstrzymując oddech w tym samym momencie, kiedy ucichły ciche dźwięki pracującej maszyny do szycia; wypełniając pracownię od dobrych kilku godzin, zdążyły całkowicie wtopić się w tło, nagłe milczenie mechanizmu wydało mi się więc nienaturalne, a pomieszczenie: jakby puste, nieprzyjazne. Odsunęłam się lekko od niskiego stolika, wypuszczając z dłoni skrawek materiału, z którego miała powstać czapka; cały stos identycznych, bliźniaczych, piętrzył się już w kącie, gotowy do przekazania ludziom, którzy ich potrzebowali. Chciałam je skończyć przed świętami, całą partię – ale moje własne imię zmieszane z rytmicznymi dźwiękami nie dawało mi spokoju; podeszłam więc do wąskiego okienka, uchylonego lekko, żeby wpuścić nieco powietrza do ciepłego pokoju – i serce zabiło mi mocno, gdy tuż przed domem dostrzegłam znajomą sylwetkę Keatona.
Nie jestem pewna, dlaczego właściwie rozpoznałam go od razu. Ubrany w ciemny płaszcz, mógł być właściwie kimkolwiek: nieznajomą postacią odcinającą się wyraźnie od warstewki zalegającego na ścieżce śniegu, sąsiadem, jednym z łączników z bojówkami, którzy pojawiali się pod naszymi drzwiami regularnie, żeby zabrać zapakowane w brązowy papier paczki; w gorszym scenariuszu – wrogiem, szukającym tutaj Samuela albo mnie. Pewnie nie powinnam była otwierać drzwi przed sprawdzeniem tego, mój brat nazwałby to nieodpowiedzialnym – ale było coś znajomego w tym profilu, w nieco zgarbionych plecach, w dłoniach wepchniętych do kieszeni; coś, co przywodziło na myśl porzucony dom pod Londynem i długie godziny wypełnione jedynie milczeniem i szelestem kartek, zwinięty w rulon egzemplarz Proroka Codziennego, albo charakterystyczny śmiech, rozlegający się bez zapowiedzi i sprawiający, że nie potrafiłam również się nie roześmiać.
Tęskniłam za nim.
Na tyle, że schodząc na dół, nie zabrałam ze sobą nawet różdżki; otulając się mocniej długim swetrem, ruszyłam prosto do drzwi, wysuwając się przez nie i przystając na ganku, a później schodząc dalej, jeden schodek za drugim. Coś nerwowo szarpnęło się w mojej klatce piersiowej, ukłucie niepokoju, które ostatnio towarzyszyło mi niemal nieustannie, ale nim zdążyłabym zapytać, dotarło do mnie wypowiedziane przez Keatona zaprzeczenie. – Keat – wyrzuciłam z siebie na wydechu, przelewając w głoski wszystko, co kotłowało się gdzieś za moim mostkiem: ulgę, że go widziałam; zaskoczenie, że nas odnalazł; troskę – bo czy mi się wydawało, czy poruszał się jakoś ostrożnie, był ranny?; i rozbawienie, kiedy zaczął mówić coś o herbacie i gargulkach. Pokręciłam głową, schodząc z ganku i przechodząc kilka metrów ścieżką, żeby bez większych wyrzutów sumienia przerwać mu w pół słowa i objąć go ramionami. – Dobrze cię widzieć – powiedziałam szczerze, wypowiadając te słowa gdzieś na wysokości jego obojczyka i dopiero potem się odsuwając; miałam wrażenie, że przez ostatnie miesiące nabrały zupełnie innego wydźwięku – w miarę, jak to, że ponownie zobaczę moich bliskich, przestało być takie oczywiste. – Jak nas znalazłeś? – Podejrzewałam, że przez kogoś z naszych zaufanych znajomych. – Chciałam do ciebie napisać, ale po tym, jak musieliśmy uciekać – zawahałam się; wciąż nie wiedziałam, jak mówić o tym, że mój brat zginął i że przez długi czas nie myślałam o niczym oprócz tego, żeby wbrew wszelkiemu rozsądkowi go odnaleźć – wszystko się pokomplikowało – dokończyłam koślawo, przygryzając wewnętrzną stronę policzka. Przełknęłam ślinę, skupiając się wreszcie na tym, co mówił. – Gargulki? – powtórzyłam, unosząc wyżej brwi; minęło mnóstwo czasu – kilka lat chyba – kiedy po raz ostatni w nie grałam, a nawet wtedy nie byłam w nie zbyt dobra. – Nie musiałeś nic mi przynosić – powiedziałam, naprawdę nie musiał – ale chyba tym bardziej doceniałam, że to zrobił. – Ale dziękuję. Nie stój już tylko na tym zimnie, chodź – ponagliłam go, trochę też dlatego, że mnie samej zaczęło się robić porządnie chłodno; wychodząc, nie narzuciłam na siebie płaszcza i przeciskający się przez ścianę drzew wiatr prześlizgiwał się bez trudu przez szerokie oka swetra.
Zrównałam się z nim, ruszając w stronę nadal uchylonych drzwi, pilnując, czy szedł za mną – po drodze słuchając dokładnego opisu gargulków. Na usta cisnęło mi się co najmniej kilka pytań, o to, jak się czuł, i co robił przez ostatnie miesiące – ale chociaż chciałam, nie potrafiłam znaleźć na nie miejsca; może Keatowi właśnie o to chodziło, może ten wywód o plujących kulkach nie był przypadkowy – ale nie potrafiłam stwierdzić tego na pewno. Mogłam tylko iść wytyczoną przez niego ścieżką. – Chętnie je zobaczę – przytaknęłam, wyciągając dłonie, żeby zabrać od niego pakunek. Ramieniem popchnęłam drzwi do przedpokoju, przystając, żeby go przepuścić, a później idąc dalej, do kuchni. – Są tam też aetonany? A smoki? – zapytałam z ciekawością, starając się nie pokazać po sobie, że bardziej niż gargulki interesował mnie on sam – i ostrożnie odwinęłam zapakowany prezent, żeby wyciągnąć z niego zestaw do gry. Rzeczywiście był niezwykły – i kiedy brałam w palce małą figurkę garboroga, poczułam jakąś dziwną melancholię. – Przypomnisz mi, jak się w nie grało? – zapytałam, choć chyba pamiętałam jeszcze zasady.
Na widok skrawków materiałów skinęłam głową, wszystkiemu można było dać drugie życie – a reakcji na pozdrowienie uśmiechnęłam się ciepło. – Zaparzę tej herbaty – zaproponowałam, wyciągając z szafki dwa kubki, ale wahając się krótko przed wsypaniem listków – mam też czarną, jeśli wolisz – dodałam, rzucając w stronę Keata pytające spojrzenie. – Tata dostał ją od jednego z kupców – wyjaśniłam, nie rozwodząc się jednak nad tym, że przyjął ją w ramach brakującej części zapłaty za aetonana. Nie mówił o tym wiele, ale podejrzewałam, że miał trafić do jednego z kurierów, łączników; coraz więcej ludzi nie ufało sowom.
[bylobrzydkobedzieladnie]



she's still here fighting
better know there's life in her yet
{...........................}
Tessa Skamander
Tessa Skamander
Zawód : opiekuję się aetonanami i tworzę magiczne szaty
Wiek : 25
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna

wild hearts
don't break;
they burn

OPCM : 5
UROKI : 0
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 5
TRANSMUTACJA : 15
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 15
SPRAWNOŚĆ : 10
Genetyka : Czarownica

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t9273-tessa-skamander-buduje https://www.morsmordre.net/t9348-chaos#284283 https://www.morsmordre.net/t9341-tessa https://www.morsmordre.net/f321-somerset-okolice-exford https://www.morsmordre.net/t9350-skrytka-bankowa-nr-2158 https://www.morsmordre.net/t9349-tessa-skamander

Powrót do góry Go down

Zamilknął, lecz tylko na chwilę, na te kilka oddechów zamkniętych w jednym uścisku; on również ją objął, lewą ręką - prawa pozostała nieruchoma, z lekka zesztywniała. Zanurzył palce w miękkim swetrze, który nasiąknął jej ciepłem; po początkowym uczuciu dyskomfortu wywołanym taką zwykłą, ludzką bliskością, od której zdążył już przez ostatnie miesiące odwyknąć, szala przechyliła się, a on odnalazł w tym geście coś, czego - chyba nieświadomie - bardzo mu brakowało.
I jeśli jeszcze kilka godzin temu zastanawiał się, czy w ogóle bez uprzedzenia powinien się tu pojawić, to teraz już myśli te stały się odległe, wyblakły całkiem.
- Armie się wygadał... - ten sam Armie, którego pamiętał jako niższego o głowę; jeden z pierwszych bojówkarzy, których przedstawił mu Caleb, wciągając go do rebelianckiego półświatka - był tu u ciebie ostatnio, odebrać paczkę z ubraniami - mógł się tylko domyślać, komu miały służyć, i jak wielu osobom zdążyła już pomóc - ale nie miej mu tego za złe, znamy się od dawna, no i męczyłem go naprawdę długo, zanim się złamał - nie chciał pytać jej o adres listownie, poza tym, gdyby to zrobił, zdradziłby tym samym, co planuje, a tak - poszedł drogą na około, ale udało mu się dotrzeć do celu.
- Od razu trafiliście właśnie tutaj? Do tego domu? - jak długa była ich tułaczka, ile czasu zajęło im dobicie do brzegu, który mógł okazać się nowym schronieniem? Nic nie wiedział o tym, ile rodzinnej historii kryje się w tych murach. - Co z aetonami? - one przecież też były dla niej rodziną; jeśli czegokolwiek mógł być pewien, to tego, że nie byłaby w stanie porzucić ich na pastwę wojennego losu.
- Merlinie, ty przecież jesteś w samym swetrze - w przypływie chwilowego olśnienia wyrwały mu się te odkrywcze słowa, a zaraz potem pokonał kilka ostatnich schodów, które dzieliły ich od wejścia - chodź, chodź - niemalże zapraszając ją do jej własnego domu przytrzymał przez chwilę drzwi - te zamknęły się za nimi ciężko, w porę odgradzając ich od kolejnego zimniejszego podmuchu.
Gdzieś w przedpokoju zawiesił swój płaszcz, zostając już tylko w przydługawym swetrze z odzysku; naciągnął butelkowozielone rękawy na zaczerwienione od chłodu dłonie, chcąc odrobinę je ogrzać - z miesiąca na miesiąc coraz bardziej żałował, że notorycznie zapominał o sprawieniu sobie rękawiczek. Niedbałym ruchem zsunął z nóg także buty, a potem podążył za Tessą, wręczając jej pierwszy z pakunków. Ten z gargulkami.
- Gdzie masz pracownię? - był ciekaw, jak się tu urządziła; jak na niewielkiej przestrzeni udało jej się rozmieścić te wszystkie wymyślne sprzęty i drobiazgi, które składały się na miarowy, niemal uspokajający stukot - rytm powolnej, starannej pracy.
- Jest coś, co miało wyglądać jak smok, ale przypomina bardziej belkę ze skrzydłami, a same skrzydła powinny umożliwiać mu zrobienie małego kółka w powietrzu... ale na razie to taki nielot, który czasem podskoczy, jakby szykował się do lotu, a zaraz potem opadnie na swoje miejsce... zresztą sama zobaczysz - nie są to dzieła sztuki, dopracowane do perfekcji; sama koncepcja brzmiała o wiele ciekawiej niż to, jak prezentował się finalny efekt - być może dlatego odkupił je po takiej, a nie innej cenie.
- W sumie zupełnie mi obojętnie... albo wiem, inaczej, zamknij na chwilę oczy - poprosił, jednocześnie sięgając ręką po dwa pierwsze gargulki, które znalazły się pod jego palcami, gdy tylko zanurzył rękę w papierze. - Dobra, to mamy tu chyba psidwaka... albo sklątkę tylnowybuchową z dwoma odwłokami, w każdym razie powiedzmy, że to herbata czarna... a... nundu to mięta - szybkim ruchem dłoni zamienił ze sobą kilkukrotnie trzymane gargulki - tak, żeby nie mogła dostrzec, które znajdowały się w poszczególnej ręce, gdy tylko zamarł, z dwiema wyciągniętymi przed sobą, zaciśniętymi w pięści. - Wylosujesz? - może przynajmniej do tego przyda się ta cała kolekcja.
W kuchni nie do końca potrafił znaleźć sobie swoje miejsce, zbyt wiele elementów wyposażenia chciał po prostu dotknąć, niby przypadkiem, przechodząc tuż obok, badając fakturę i wszystko, co wyglądało intrygująco tajemniczo. Pochwycił jakiś dziwaczny sprzęt, który być może byłby doskonale znany bliźniakom, jeśli to coś z akompaniamentu cukierniczych narzędzi tortur, zaraz jednak jego uwagę przykuło jedno z wielu zdjęć, którymi ozdobione były ściany.
- Czekaj... czy to jest... - kącik ust zadrżał nieznacznie, kiedy zaczął się wnikliwie przypatrywać fotografii rodzinnej, na której ktoś uwiecznił również jasnowłosego chłopca, do złudzenia przypominającego Anthony'ego - zacięte spojrzenie, niemal marsowe, poważny wyraz twarz małego dorosłego. To chyba mógł być on, gdzieś w pobliżu małej Tessy i... jej brata?
Rozbawienie rozmyło się szybko, ustępując czemuś innemu, powadze w jakiś sposób korespondującej z tą, która widniała na twarzy uwiecznionego na zdjęciu dziecka.
- Byłem tam u was - dopiero teraz nawiązał do tego, co powiedziała mu na werandzie; oparł się o jeden z blatów, jednocześnie błąkając się wzrokiem po wnętrzu pomieszczenia - uciekliście... zanim ktokolwiek się tam pojawił? - upewnił się, nieco nerwowo akcentując ostatnie słowo; gdy je wypowiadał, bolesna pętla zasupłała się na chwilę wokół jego grdyki, utrudniając przełknięcie śliny. Nie było śladów walki, stąd wnioskował, że tak, lecz to jeszcze nie oznaczało, że do żadnego starcia nie doszło. - Zacząłem rozpytywać, udało mi się tylko dowiedzieć, że jesteście bezpieczni, że macie się gdzie podziać. Też miałem się odezwać, ale... - urwał, nieświadomie wbijając mocno opuszki palców w blat, o który się opierał - wszystko mocno się pokomplikowało - świadomie zrobił kalkę jej słów, pozwalając sobie przy tym na smutny uśmiech. - Co się stało, Tess? - niemal na tym samym wydechu wyrwało mu się to pytanie, wypowiedziane pod wpływem impulsu. To był też sygnał - że nawet jeśli dryfował gdzieś daleko, poza horyzontem Somerset, to jeden list wystarczyłby, aby znalazł się tu wcześniej. O ile nie było to coś, z czym musiała poradzić sobie sama - z czym nikt nie mógł jej pomóc; jak wtedy, gdy niczym najwątlejszy cień snuła się pośród bliskich sobie czterech ścian, zaledwie pozwalając mu na to, by był tuż obok - wtedy sama jego obecność niewiele mogła zmienić, potrzeba było głównie czasu; być może jednak teraz jest inaczej.

k3 na losowanie; w wybranej przez Tessę dłoni znajduje się:
1. gargulek w kształcie psidwaka; czarna herbata
2. gargulek w kształcie nundu; miętowa herbata
3. choć mogłaby przysiąc, że w każdej z dłoni schował po jednej figurce, to gdy rozłożył palce, uchwycić spojrzeniem dało się tylko powietrze; zdążył schować gargulka do drugiej dłoni, musi podjąć decyzję sama


[bylobrzydkobedzieladnie]



from underneath the rubble,
sing the rebel song


Ostatnio zmieniony przez Keat Burroughs dnia 05.08.21 11:04, w całości zmieniany 1 raz
Keat Burroughs
Keat Burroughs
Zawód : rebeliant
Wiek : 24
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
some days, I feel everything at once, other - nothing at all. I don't know what's worse: drowning beneath the waves or dying from the thirst.
OPCM : 25
UROKI : 16
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 13
SPRAWNOŚĆ : 23
Genetyka : Czarodziej
I will survive, somehow I always do
Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t7770-keaton-burroughs https://www.morsmordre.net/t7784-sterta-nieprzeczytanych-listow#217101 https://www.morsmordre.net/t7786-casting-shadows#217131 https://www.morsmordre.net/f128-oaza-chata-nr-69 https://www.morsmordre.net/t7785-skrytka-bankowa-nr-1866#217105 https://www.morsmordre.net/t7787-keaton-burroughs#217189

Powrót do góry Go down

The member 'Keat Burroughs' has done the following action : Rzut kością


'k3' : 3
Morsmordre
Morsmordre
Zawód : Mistrz gry
Wiek :
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
OPCM : 99
UROKI : 99
ELIKSIRY : 99
LECZENIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Pracownia Tumblr_lqqkf2okw61qionlvo3_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki

Powrót do góry Go down

Pamiętam – odpowiedziałam, kiwając głową instynktownie, jakby dla potwierdzenia słów Keatona – chociaż nie było to konieczne. Uśmiechnęłam się lekko, lubiłam Armiego – zawsze miał w kieszeni jakiś żart, którym potrafił mnie rozbawić, a nad odchodnym kłaniał się w pas, pozwalając, żeby czapka zsunęła mu się na nos – ale łapiąc ją w ostatniej chwili, nim zdążyłaby upaść w piasek czy kałużę. Miał też smutne oczy, niepasujące do trzymającego się ust uśmiechu, i czasami miałam ochotę zapytać, dlaczego – ale coś mi podpowiadało, że nie chciał o tym rozmawiać. – Zostawił mi paczkę herbatników – dodałam, samej nie wiedząc, dlaczego. Mogłabym też bez trudu wymienić zawartość odebranego przez niego pakunku, kilka peleryn z magicznie powiększonymi kieszeniami i specjalnymi miejscami na eliksiry; wyszyte od środka gładkim materiałem, żeby łatwiej było po nie sięgnąć. – Wszystko u niego w porządku? – zapytałam, jednocześnie kręcąc głową i wykonując przeczący gest dłonią – nie miałam mu niczego za złe, musiał wiedzieć, że Keatowi można było ufać – inaczej z pewnością nie powiedziałby mu ani słowa. Niepisana umowa o dyskrecji działała w obie strony, członkowie bojówek polegali na mojej tak samo, jak ja polegałam na ich.
Na pytanie o dom odwróciłam się odruchowo, spoglądając na murowane ściany, uchylone drzwi, okna; kiwnęłam głową. – To dom moich dziadków. Aetonany trzymamy na tyłach, mają tam wybiegi i stajnie – przygotowywaliśmy je na kilka tygodni wcześniej, zanim walki zaczęły toczyć się na ulicach. Samuel mówił, że musimy być gotowi, byliśmy za blisko Londynu, a nasze nazwisko – to podobno była kwestia czasu – powiedziałam gorzko, pozwalając by ostatnie sylaby zabarwiła też złość; bezcelowa, uparta – na tę niesprawiedliwość i bezsilność; na to, że my musieliśmy uciekać, podczas gdy ci, którzy wymordowali połowę miasta, chodzili jego ulicami z wysoko podniesionymi głowami.
Pozwoliłam mu poprowadzić się dalej do domu i zamknąć za nami drzwi, na powrót odcinając nas od chłodu, gdzieś pomiędzy przedpokojem a kuchnią poświęcając chwilę na obejrzenie niewielkiego pakunku. – Na górze, na poddaszu – odpowiedziałam na jego pytanie o pracownię, unosząc wzrok do góry, jakbym chciała spojrzeniem przeniknąć przez dwie warstwy stropu; rzecz jasna, wcale mi się to nie udało. – Nie jest duża, ale dzięki temu łatwo ją ogrzać i z całego domu chyba tam jest najcieplej. Udało mi się ocalić twój ulubiony fotel – przypomniałam sobie, odrywając wzrok od sufitu i przenosząc go na Keata; w międzyczasie odkładając paczkę na stół i ostrożnie odwijając papier. – Możesz sprawdzić, czy dalej jest tak samo wygodny, trzeba go będzie tylko trochę odkopać – uprzedziłam. Nie byłam nigdy mistrzynią porządku i rzadko zdarzało mi się utrzymywać go też w pracowni; projekty gotowe i te niedokończone najczęściej zaścielały każdą dostępną płaską powierzchnię, czekając cierpliwie na to, aż znajdę chwilę, żeby się nimi zająć. Czasami o nich zapominałam – odnajdując je pod stertami materiałów po paru miesiącach i dziwiąc się, skąd w ogóle się tam wzięły.
To na pewno bardzo uroczy nielot – odpowiedziałam, przyglądając się zawartości pudełka i starając się odnaleźć wspomnianego smoka. Coś dotknęło mnie w tym jego niezdarnym ruchu, w rozpaczliwych próbach wzbicia się w powietrze, ale nie potrafiłam uchwycić, dlaczego. Może momentami trochę też się tak czułam – szczególnie, gdy spoglądałam w stronę szybujących wysoko aetonanów, a moje wnętrzności zaciskały się boleśnie w jednoczesnej tęsknocie i odległym strachu, którego nie potrafiłam od siebie odpędzić bez względu na to, ile czasu by nie minęło. Czasami wydawało mi się, że nie pozbędę się go już nigdy.
Słysząc nietypową prośbę o zamknięcie oczu, najpierw uniosłam brew w niedowierzaniu, ale po chwili zawahania przymknęłam powieki posłusznie. – Zamknięte – oświadczyłam, pilnując się, żeby nie podglądać, podczas gdy Keat wyjaśniał zasady wyliczanki. Na pytanie o losowanie kiwnęłam głową, dopiero po sekundzie uświadamiając sobie, że nadal nic nie widziałam. – Ale mogę już otworzyć? – upewniłam się, zanim uchyliłam najpierw jedno, a potem drugie oko. Zatrzymałam spojrzenie najpierw na twarzy mężczyzny, a później na jego zaciśniętych w pięści dłoniach – i wskazałam na prawą. Była pusta. – To znaczy, że nie pijemy wcale, czy?.. – zapytałam, spoglądając na niego pytająco, ale finalnie kręcąc głową. – Nieważne. Niech będzie miętowa – zdecydowałam więc, odwracając się, żeby nalać wody do czajnika i postawić go na żeliwnym piecyku. Sięgnęłam po różdżkę, żeby go rozpalić, ale kiedy moje palce natrafiły na pustkę, zorientowałam się, że zostawiłam ją na górze. – Mógłbyś? – zapytałam Keata, wskazując na palnik, a samej stając na palcach, żeby wyciągnąć z szafki dwa kubki z grubej porcelany. Torebkę z herbatą otworzyłam ostrożnie, wdychając przyjemny, ziołowy zapach. Wsypując zasuszone liście, na chwilę straciłam go z oczu, odwracając się dopiero, kiedy dotarło do mnie urwane w połowie pytanie.
Uśmiechnęłam się. Z tej odległości nie byłam w stanie dostrzec postaci na fotografii, ale nie potrzebowałam jej widzieć, żeby wiedzieć, kogo przedstawiała. – To Anthony – przytaknęłam, zawiązując starannie torebkę z resztą herbaty. – Chodziłam za nimi krok w krok – dodałam. Przez chwilę na moim języku tańczyła historia zrobienia tego zdjęcia, ale zanim zdążyłabym ubrać ją w słowa, rozproszyło mnie coś innego; zmiana tonu, wyrwane z kontekstu stwierdzenie, które zrozumiałam jednak od razu, nie potrzebując dodatkowych wyjaśnień. Przełknęłam ślinę, odwracając się w stronę blatu – wcale nie po to, żeby uciec przed przenikliwym spojrzeniem Keata – i przesuwając po nim dłonią, żeby strącić z niego nieistniejące resztki liści. – Tak – odpowiedziałam krótko, zaraz potem czując jednak w ustach coś nieprzyjemnego; potwierdzenie zabrzmiało jak kłamstwo, a choć w teorii nim nie było – to nie było też całą prawdą. Co się stało, Tess?Zaatakowali nas, kiedy byliśmy w drodze – odezwałam się po chwili, ze spojrzeniem utkwionym w jednym z drewnianych słojów wyrysowanych na wysłużonej szafce; zaskoczyło mnie to, jak spokojnie brzmiał mój głos – bo miałam wrażenie, że moje wnętrzności zacisnęły się w mocny supeł. Tamto popołudnie wciąż wracało do mnie w koszmarach; tych najgorszych, mieszających się ze wspomnieniami, realnych, prawdziwych – z którym budziłam się bez pewności, czy przypadkiem nie wydarzyły się naprawdę. – Samuel został z tyłu, żebyśmy mogli uciec. Widziałam jak…Jak umarł, jak chwiał się w przesiąkniętej krwią koszuli, żeby wreszcie postawić stopę poza krawędzią stromego klifu i za nią zniknąć; jak wtedy myślałam: na zawsze. – Myśleliśmy, że nie żyje. Nie znaleźliśmy ciała, ale nie było z nim żadnego kontaktu. Dopiero w październiku – nie jestem pewna, co się działo przez cały ten czas, nie chciał o tym mówić – zakończyłam szybko, nieświadoma, jak bardzo chaotycznie to brzmiało – ale myśli uciekały mi spod palców, rozpierzchały się na boki. Wypuściłam powoli powietrze z płuc. – A ty? – zapytałam po chwili, odnajdując wreszcie odwagę, żeby się odwrócić. – Gdzie byłeś, Keat? – Co robiłeś przez cały ten czas?



she's still here fighting
better know there's life in her yet
{...........................}
Tessa Skamander
Tessa Skamander
Zawód : opiekuję się aetonanami i tworzę magiczne szaty
Wiek : 25
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna

wild hearts
don't break;
they burn

OPCM : 5
UROKI : 0
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 5
TRANSMUTACJA : 15
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 15
SPRAWNOŚĆ : 10
Genetyka : Czarownica

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t9273-tessa-skamander-buduje https://www.morsmordre.net/t9348-chaos#284283 https://www.morsmordre.net/t9341-tessa https://www.morsmordre.net/f321-somerset-okolice-exford https://www.morsmordre.net/t9350-skrytka-bankowa-nr-2158 https://www.morsmordre.net/t9349-tessa-skamander

Powrót do góry Go down

- Ma je zawsze poupychane po wszystkich kieszeniach - a przynajmniej kiedyś tak robił, kiedy jeszcze zdobycie składników do wypieków nie było czymś porównywanym do spełniania absurdalnej zachcianki - sam je piecze, takie, jakie... - zawahał się przez chwilę, bo to nie była jego historia do opowiedzenia - lubiła... lubi jego córka - Armie mógł mieć maksymalnie osiemnaście lat, kiedy urodziła się Ulla; wziął ją kiedyś na spotkanie bojówkarzy, nie mając jej z kim zostawić. Blondwłosy skrzat, który ledwie wystawał czubkiem głowy ponad blat zakropionego piwem stołu, łypał ciekawskim spojrzeniem po wszystkich twarzach. - Ulla zaginęła tamtej nocy - już bez większego dookreślenia, z samego tonu, jakim wymówił tamtej, mogła najpewniej domyślić się, do czego nawiązywał - w bezksiężycową noc... - londyńskie obrazy kalejdoskopem krwawych wspomnień przesunęły mu się przed oczami; gdzieś w ciemności absolutnej, nasączonej ludzkim strachem, bólem i śmiercią musiała utorować sobie drogę ucieczki. Bo co do tego, że uciekła, nie miał najmniejszych wątpliwości. Tak jak Armie nie wierzył w to, że cokolwiek mogło jej się stać. - Ma je przy sobie zawsze, na wypadek gdyby się spotkali - w takich drobnych gestach kryła się cała bezbrzeżna miłość - zostawia czasem pojedyncze w przypadkowych miejscach, na wysokości dziecięcego wzroku - zupełnie tak, jakby to miała być wiadomość dla niej - jeśli kiedyś gdzieś zobaczy takiego herbatnika, będzie wiedziała, że wciąż jej szuka; wabi ją okruchami rozrzuconymi po całej Anglii - tak, jak robi się płochą zwierzyną - przywołuje do siebie. - Jest bezpieczny - na tyle bezpieczny, na ile może być ktokolwiek, kto działa w kontrze do czystokrwistego reżimu. Wszystko u niego w porządku jakoś nie potrafiło mu przejść przez usta, nie w kontekście tego, o czym właśnie odpowiedział.
- Czekaj, czyli wcześniej to właśnie w Somerset twoi dziadkowie hodowali aetonany? - a ona wraz z rodziną niejako wróciła do swych korzeni? - Dobrze im tu chyba - im, a Tobie? - kiedy trochę się zazieleni, będą miały do poznania sporo przestrzeni - sielskiej, urokliwej, poprzecinanej niewielkimi wzniesieniami, pełnej czystego nieba, w które wzbiją się szeroko rozpostarte skrzydła. Choć przez te kilka miesięcy wiele mogło się zdarzyć, nie chciał myśleć o tym, że i w tym zakątku ziemię spopielą wojenne zgliszcza. Ale iskrząca się w jej oczach złość była mu doskonale znana; te same drobinki błyskały z zacietrzewieniem i w nim, kiedy tylko konfrontował się z tym, co stało się z jego domem. Z portem.
- Odebrali nam Londyn - wiele dni upłynęło, zanim przyznał przed samym sobą, że to właśnie miało miejsce; zanim dostrzegł, że nie tylko kurz osiada na londyńskim bruku jakby inaczej, inaczej niż kiedyś, że to nie zdewastowane zabudowania i wyrwy w ulicach stanowią największą zmianę, lecz to, co kryło się teraz w wyczerpanych, ludzkich twarzach tych nieuprzywilejowanych - w twarzach zwierzęco wygłodniałych, pozostających na skraju wyczerpania - ale to dopiero początek - wybrzmiała w tym stwierdzeniu zaledwie naiwność czy też samozwańcza sprawczość? - może była to czcza obietnica, a może przyrzeczenie, które zamierza za wszelką cenę spełnić.
Bo to naprawdę był dopiero początek. Jeden punkt na mapie całej Anglii. Przyjdzie czas i na ich ziemie, na ich domy, ulice - na zmiany zarysowujące się na ich twarzach. Na wyrok na ich nazwiska. Na czas rozliczeń z bestialskich czynów. Jeśli jest jakakolwiek sprawiedliwość na tym świecie, to zapłacą swoją cenę za każdą kroplę przelanej krwi. Każdą jedną.
Uniósł wzrok ku górze, za jej spojrzeniem; wtedy też zbłąkana myśl owinęła się wokół jego uwagi - to przypadek, czy znowu zaczęło ją ciągnąć tam, ku górze, jak najbliżej nieba tylko się da - choć na razie wciąż na stabilnym gruncie.
- Jest tam? - szeroki uśmiech wypłynął na jego twarz - muszę go odwiedzić, sprawdzić, czy nie łamie go w wiklinie - usiąść na nim i zobaczyć, czy wybrzuszające się w siedzisku wgłębienie wciąż jest tej samej głębokości. - Z tym akurat może być trudno, prędzej uda nam się go dodatkowo zakopać, bo przyniosłem ci coś, co pewnie będziesz chciała upchnąć gdzieś w pracowni - na razie pozostał w enigmatycznym tonie.
- Nie mają jeszcze imion - gargulki - gdybyś się zastanawiała - bez wątpienia tak właśnie było - a to mi przypomniało o czymś, co zawsze mnie interesowało. Skąd pomysły na imiona dla waszych aetonanów? Skąd pewność, że to wybrane będzie do niego pasować? Staracie się, żeby wszystkie były ze sobą jakoś powiązane? - nadawała je ona? Wymyślali wspólnie? - I czy raz nadane imię można tak po prostu zmienić? Jeśli ktoś, kto chce od was kupić aetonana, ma takie życzenie? - z jakiegoś powodu w przypadku zwierząt i magicznych stworzeń kwestia dopasowania imion tak, by jak najlepiej pasowały do właścicieli, zdawała mu się szalenie istotna. Natomiast do tych ludzkich nigdy nie przykładał większej uwagi.
Jedna z dłoni wciąż zaciśnięta była w pięść, kiedy druga ukazała pustkę; chochliczy uśmiech przemknął przez jego twarz - los przemówił, ciężar decyzji spoczywa na twoich barkach - rzekł poważnie, w kontraście do rozbawienia widocznego na twarzy; zaraz też ruszył ku wskazanemu przez nią żeliwnego piecykowi. Jedno zaklęcie i języki ognia zaczęły na nim tańczyć, z początku rozbuchane, by chwilę później pozwolić poskromić się jego woli - opadły, uspokoiły się. Refleksy padające od ognia migotały na szkle, w które ubrane były ramy fotografii; przyglądał się tym wspomnieniom z uwagą, poznając je bez krępacji; wychwytywał ułamki jej życia, z najróżniejszych okresów. To była rodzina, dosłownie, jak z obrazka - modelowo prezentowali się nawet na grupowych zdjęciach. Nie zazdrość poczuł, lecz smutek, kiedy próbował sobie wyobrazić, jak taka ściana pamięci wyglądałaby u nich w domu. Nic w niej do siebie by nie pasowało.
Chodziłam za nimi krok w krok.
Gdzie była granica? Kiedy się zatrzymałaś?
- Myślałaś choć przez chwilę, by tak jak oni udać się na kurs aurorski? - zapytał, odwracając się plecami do fotografii i przesuwając nieco bliżej blatu. Cała trójka wydawała się naprawdę zżyta. To Anthony był tym, którego w jakimś stopniu znał - Samuel pozostawał dla niego jedynie bratem Tessy i człowiekiem z plakatów; przez chwilę był też ocalonym więźniem, lecz w tamtym mężczyźnie, któremu podsunął buty, nie rozpoznałby tego uwiecznionego na zdjęciach.
Jeszcze mocniej wbił w spodnią część blatu opuszki palców, kiedy podjęła temat, o który zagadnął, nie do końca spodziewając się takiej odpowiedzi; chyba myślał, że naprawdę udało im się dotrzeć tu w porę. Wszystkim.
Wiedzieli o planowanej ucieczcie? Czy czas ataku był przypadkowy? Kim dokładnie byli oni? Nie potrafił wydusić z siebie tych pytań, nie chciał zmuszać jej do tego, żeby przechodziła przez to raz jeszcze; bo choć spokojna, to w jej głosie była pustka, jakby słowa odbijały się od szklanej powierzchni, nie napotykając na żaden opór emocji - te musiały jednak gdzieś się kryć.
W spokojnym rozemocjonowaniu dobrnęła do końca. Tamtego dnia. A pozostały jeszcze wszystkie te dni, które spędziła w oczekiwaniu na jakiekolwiek wieści. Dobre lub złe. Próżnia bez informacji potrafi doprowadzić do szaleństwa.
Nie był pewien, co miał jej powiedzieć; jak skomentować coś takiego. Krótkim pytaniem o to, jak się czuje? I czy czuje się tu bezpieczna? Czy lepiej, odkąd wie już, że jej brat żyje?
Pozwolił ciszy nasycić się.
- W wakacje ciągle byliśmy w drodze, kursowaliśmy między Londynem a Francją... - urwał, podchwytując jej spojrzenie - wiedziała, do czego się odnosił? Przywykł do tego, by mówić półsłówkami tak bardzo, że nie potrafił się od tego odzwyczaić nawet w miejscach tak bezpiecznych, jak to. Zaciął się, próbując powiedzieć coś więcej; zdał sobie sprawę z tego, że właściwie nawet nie do końca potrafi ubrać w słowa to, czego doświadczył. Opadł więc tylko na jedno z krzeseł, ciężkim ruchem zgarniając ku sobie bliższy kubek, przesiąkający już powoli zapachem liści rozsypanych na dnie. - Właściwie nie chodzi nawet o konkretne zdarzenie, ale o sumę tego wszystkiego, o nawarstwiające się problemy, o to, że mam wrażenie, że krążę w kółko po omacku... - zaczepił paznokciem o leżący na stole róg papieru, w który owinięte były skrawki materiałów; zaczął bawić się bezwiednie pakunkiem - kryła się w nim także skóra szpiczaka.


przekazuję skórę szpiczaka x3



from underneath the rubble,
sing the rebel song
Keat Burroughs
Keat Burroughs
Zawód : rebeliant
Wiek : 24
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
some days, I feel everything at once, other - nothing at all. I don't know what's worse: drowning beneath the waves or dying from the thirst.
OPCM : 25
UROKI : 16
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 13
SPRAWNOŚĆ : 23
Genetyka : Czarodziej
I will survive, somehow I always do
Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t7770-keaton-burroughs https://www.morsmordre.net/t7784-sterta-nieprzeczytanych-listow#217101 https://www.morsmordre.net/t7786-casting-shadows#217131 https://www.morsmordre.net/f128-oaza-chata-nr-69 https://www.morsmordre.net/t7785-skrytka-bankowa-nr-1866#217105 https://www.morsmordre.net/t7787-keaton-burroughs#217189

Powrót do góry Go down

Nie spodziewałam się usłyszeć tej historii – pytanie o Armiego opuściło moje usta jakoś naturalnie, bez głębszego przemyślenia, być może stanowiąc echo czasów, w których odpowiedziałoby mi jedynie przytaknięcie; czasami wciąż jeszcze się na tym łapałam: na instynktownym oczekiwaniu wyłącznie dobrych wieści; na cichym przekonaniu, że u moich sąsiadów, przyjaciół i znajomych wszystko było w porządku. Rzadziej niż kiedyś – opowieści takie jak ta o Ulli docierały do mnie coraz częściej, malując klarujący się z każdym dniem obraz nowej czarodziejskiej rzeczywistości, w której nic nie było już pewne – ale gdzieś w głębi ducha chyba wciąż liczyłam na to, że to wszystko było przejściowe. Że przyjdzie dzień, kiedy zaginieni ludzie się odnajdą, plakaty z moją rodziną poznikają z murów, a Prorok Codzienny przestanie drukować niekończące się listy zmarłych oraz ludzi, o których słuch zaginął. Że herbatniki wypiekane przez Armiego trafią kiedyś znów do rąk jego córki, zamiast do tych przypadkowych. – Nie miałam pojęcia – przyznałam cicho, mając wrażenie, że zabrzmiało to jak usprawiedliwienie. Nie potrzebowałam dookreślenia, o jaką noc chodziło – o tej bezksiężycowej słyszeli chyba wszyscy, a w naszej rodzinie odbiła się szczególnie szerokim echem, bo każdy Skamander, który służył w Departamencie Przestrzegania Prawa Czarodziejów poszedł tamtej nocy za Haroldem Longbottomem. Niektórzy, w tym nasza kuzynka, zapłacili za to najwyższą cenę. – Ale słyszałam, że dużo dzieci oddzieliło się wtedy od rodzin. Mogła uciec z inną grupą – powiedziałam, starając się odepchnąć od siebie myśl, że było to mało prawdopodobne; że gdyby Ulla rzeczywiście trafiła do kogoś, kto pomógł jej się wydostać – to do tej pory odnalazłaby drogę powrotną do ojca.
A może nie – może wciąż była nadzieja. Ja, ze wszystkich ludzi, powinnam nie mieć wątpliwości, że była.
Na pytanie o dziadków przytaknęłam. – Są od dawna zaprzyjaźnieni z Abbottami – potwierdziłam, nie wchodząc jednak dalej w temat rodzinnej historii; w kontekście tego, co działo się dzisiaj, wydawała mi się nieistotna, zawiła – choć czasami podnosiła mnie na duchu. – Na pewno mają tu spokojniej. – Aetonany. Nie byłam pewna, czy ja się tak czułam – spokojniejsza – bo chociaż echa walk, toczących się na ulicach Londynu jeszcze kilka miesięcy wcześniej nie miały szans tutaj dotrzeć, to nie potrafiłam pozbyć się wrażenia, że wcale przed nimi nie uciekliśmy; że schroniliśmy się jedynie – tymczasowo, na chwilę – tak naprawdę przez cały czas tkwiąc w zacieśniającej się ciągle pułapce. – Musimy ich tylko pilnować, żeby nie próbowały wracać. – Wichura próbowała – ściągałam ją z powrotem co najmniej kilka razy, zanim Sam zdecydował się zabrać ją ze sobą. Wiedziałam, że będzie miała z nim lepiej.
Wiem – odparłam cicho, kiedy wspomnienie utraconego Londynu zawisło na moment w kuchennej przestrzeni; kiwnęłam milcząco głową, to był dopiero początek – i ta myśl przerażała mnie każdego dnia. – Byłeś tam, odkąd?.. – wyrwało mi się. Miałam oczywiście na myśli stolicę – oraz dzień, w którym Walczący Mag ogłosił nad nią zwycięstwo. Od tamtej pory nie ośmieliłam się przestąpić murów miasta, chociaż myśl o zarejestrowaniu różdżki na panieńskie nazwisko mamy korciła mnie nieustannie, tym bardziej, im mocniej odbijało się na nas odcięcie od Londynu. Zaczynało wszystkiego nam brakować – nie tylko żywności, ale głównie materiałów, skór; potrzebowałam ich – bez nich stawałam się bezużyteczna.
Gdyby nie ta mała pracownia na poddaszu, nie wiem, jak dałabym radę przetrwać ostatnie miesiące bezczynności i oczekiwania. – Stęsknił się za tobą – powiedziałam, nie potrafiąc nie odwzajemnić uśmiechu Keatona; miałam oczywiście na myśli fotel – choć nie tylko. Mi też go brakowało: rozmów, opowieści, ciszy; zwyczajnej, kojącej obecności, którą wnosił razem ze sobą. – Co jeszcze przyniosłeś? – zapytałam, unosząc wyżej brwi; zaczynało mi się robić niezręcznie ze świadomością, że ja mogłam mu zaoferować niewiele – ale nie spodziewałam się tej wizyty.
Uśmiechnęłam się, słysząc pytanie o aetonany, a moje spojrzenie odruchowo oderwało się od sufitu i powędrowało w stronę okna. – Zazwyczaj wymyślamy wspólnie – przytaknęłam; uwielbiałam te momenty. – Staramy się dopasować imię do charakteru, chociaż czasami jest to trudne, bo aetonany zmieniają się w miarę, jak dorastają. Zdarza się, że gdzieś po drodze dostają inne przydomki, które zastępują te pierwsze imiona, chociaż rzadko. – Zerknęłam na niego. – Nowy właściciel może je zmienić, jeśli chce – dodałam, wzruszając ramieniem. – Ze smokami jest podobnie? – zagadnęłam po chwili, zaciekawiona. Wspomnienia o smoczych bestiach żyjących w rezerwacie zawsze mnie fascynowały, nawet pomimo (a może właśnie tym bardziej) faktu, że nigdy nie widziałam żadnej na własne oczy. Wydawały mi się odległe, potężne; istniejące ponad tym wszystkim, co działo się w czarodziejskim świecie.
Nad wyborem miętowej herbaty nie zastanawiałam się zbyt długo; lubiłam jej zapach: świeży, ziołowy; mgliście kojarzący mi się z pracownią ciotki, która po raz pierwszy nauczyła mnie trzymać igłę, szyć, obchodzić się z delikatnymi materiałami i obrabiać je tak, by nie utraciły swoich magicznych właściwości. – O tak – przyznałam z rozbawieniem, wsypując liście do dwóch bliźniaczych kubków. – Jeszcze zanim poszłam do Hogwartu. Dopiero później dotarło do mnie, że moje miejsce było przy aetonanach. – Dzisiaj wydawało mi się to oczywiste, a myśl, że mogłabym robić coś innego, była dziwna, niewłaściwa; rozbrzmiewała w głowie dysonansem, zupełnie innym od momentów, gdy pracowałam przy wierzchowcach – rozumiejąc je na całkowicie odmiennym poziomie niż rozumiałam ludzi.
Nawet jeżeli w pamięci wciąż ostrą zadrą tkwił moment, w którym przeklinałam ten dar.
Wypuściłam powoli powietrze z płuc, wdzięczna, że nie zapytał. Nie chciałam o tym opowiadać: o długich miesiącach poszukiwań, i o listach, które wracały do mnie nieodczytane; o tym, ile razy czułam się naiwna, słaba albo po prostu głupia – gdy wszyscy mówili mi, że Samuel już odszedł, a ja uparcie wracałam wciąż i wciąż na ten sam klif, szukając wskazówek, które nie istniały. – My? – podłapałam, posyłając mu pytające spojrzenie, ale zaraz potem odwracając je w stronę czajnika, dostrzegając buchające z niego kłęby pary. Z kuchennego wieszaka ściągnęłam lnianą ścierkę, owinęłam wokół dłoni i chwyciłam za żeliwny uchwyt; przechyliłam go ostrożnie, nalewając gorącego płynu do obu kubków; wdychając przyjemny, miętowy zapach, który niemal natychmiast rozniósł się po kuchni. – Jakie problemy? – zapytałam, odstawiając ostrożnie czajnik i podchodząc do stołu z kubkami. Podsunęłam mu jeden z nich, a sama usiadłam obok, na krawędzi drewnianego krzesła; opuszkiem palca gładząc gorącą krawędź porcelany. Nie pytałam o oczywistości – o policyjne patrole, puste półki w sklepach i konieczność nieustannego oglądania się przez ramię – ale o to, co naprawdę go trapiło; o powody, dla których czuł się bezsilny; napędzające to błędne koło, w którym utknął. – Mogę ci pomóc, jakoś? – Szczerze chciałam. Spojrzałam na niego z ukosa, mając nadzieję, że nie usłyszę zaprzeczenia, choć się go spodziewałam. Ciche stuknięcie odwróciło moją uwagę, przeniosłam więc wzrok na małego smoka, który – wciąż uwolniony z pudełka z gargulkami – podjął właśnie kolejną rozpaczliwą próbę wzniesienia się w powietrze, ale zamiast wskoczyć na górę paczki, wylądował na szeleszczącym kawałku pergaminu.



she's still here fighting
better know there's life in her yet
{...........................}
Tessa Skamander
Tessa Skamander
Zawód : opiekuję się aetonanami i tworzę magiczne szaty
Wiek : 25
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna

wild hearts
don't break;
they burn

OPCM : 5
UROKI : 0
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 5
TRANSMUTACJA : 15
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 15
SPRAWNOŚĆ : 10
Genetyka : Czarownica

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t9273-tessa-skamander-buduje https://www.morsmordre.net/t9348-chaos#284283 https://www.morsmordre.net/t9341-tessa https://www.morsmordre.net/f321-somerset-okolice-exford https://www.morsmordre.net/t9350-skrytka-bankowa-nr-2158 https://www.morsmordre.net/t9349-tessa-skamander

Powrót do góry Go down

Wiele takich historii kryje się za niewinnymi pytaniami; choć część pozostaje przemilczana, w (dys)komforcie ciszy jest też fałsz, a przy niej nie czuł takiej potrzeby, by chronić się za kolejnymi warstwami owijanych w półprawdy słów; jedyne zawahanie spowodowane było zastanowieniem, czy Armie chciałby, aby sekret herbatników poznała jeszcze jedna osoba - lecz w tym przypadku jeszcze jedna osoba oznaczała przecież kolejnego strażnika tajemnicy, kolejnego poszukiwacza okruchów dziecięcych wspomnień. On sam słysząc to imię, zatrzymywał się wpół kroku, chyba sprawdzając, czy ta, która je nosi, nie jest zgubą bezksiężycowego nieba.
Lecz jeśli i ona zgasła tamtej nocy, może lepiej, by Armie nigdy się o tym nie dowiedział - mówią, że prawda wyzwala, ale w niektórych przypadkach jest tylko ciężkimi kajdanami wżynającymi się w kostkę nogi, ściągającymi na samo dno odmętów niezapomnienia. On wolałby nigdy nie dowiedzieć się, że jego córka nie żyje; w każdym z tych herbatników i dziecięcych cieni pozostawała nadzieja, iż gdzieś tam, obok, w świecie nasiąkniętym złem czyjeś dobro okazało się ratunkiem.
Z lekka pokręcił tylko głową, jakby w niemym zaprzeczeniu, gdy coś na kształt winy zabrzęczało w jej głosie - a może była to tylko refleksja?
Nie mogła mieć pojęcia.
- Tak - zgodził się, choć z lekkim zawahaniem; to była ta dobra wersja, w którą każdy chciał wierzyć, ale okrywający ją cień wątpliwości zwalczyć dało się jednym istotnym faktem - nie odnaleziono ciała - to nie dowód ostateczny, ale przynajmniej fakt. Poza tym, kto lepiej niż ona mógł wiedzieć, że tylko spojrzenie w martwe oczy może być świadectwem końca. I że do końca też trwać należy przy nadziei, jakkolwiek płonna by ona nie była.
- Byłem, zarejestrowałem się na nieswoje nazwisko - i wciąż zastanawiał się, jak duży koszt przyszło mu zapłacić za to, by móc legalnie przypatrywać się zmianom zachodzącym w Londynie; czy głupstwem - choć wtedy jeszcze o tym nie wiedział - nie było umożliwienie im grzebania w swojej różdżce - tam już nic nie jest takie samo - brzmiało jak banał, bo i nim właśnie to stwierdzenie było, ale wypowiedział te słowa z taką goryczą, jakby żegnać mu przyszło się z kimś bliskim; domem stało się dla niego to miejsce przez ludzi właśnie, a teraz... - nie ma w nim już nic - poza wspomnieniami - kiedy zaczną się zacierać? - naszego - ile czasu minie, zanim kolejne miasto zostanie całkowicie wyzwolone?
- A ty? - z lekka przekrzywił głowę, może zaczepnie, a może jedynie w zaciekawieniu - czujesz się tu spokojniej? - choć dom należał do jej rodziny od dawna, to przecież ona wychowywała się gdzieś indziej; tu musiała się dopiero odnaleźć - jeśli jeszcze tego nie zrobiła.
- Ja za nim też - za krzesłem, oczywiście; pamiętał, jak uciekał do jej domu z Parszywego, nie mogąc znaleźć w porcie ani jednego cichego kąta; to nie spokoju najczęściej w swoim życiu szukał, ale przeciwko temu, który mieszkał w niewielkich czterech ścianach, nie miał nic przeciwko, potrzebował go wtedy - goszczącego między kolejnymi stronami podręcznika, od którego odrywał się ochoczo, gdy tylko znajomą nić ciszy przecięło pierwsze pytanie.
- Właściwie śmieci; ale takie, którym tylko ty będziesz potrafiła podarować nowe życie... - wtrącił lekkim tonem - nic za nie zapłaciłem, dostałem je od kobiety, z którą zamieniałem się za żywność - handel wymienny kwitnął - miała na zbyciu resztki niesprzedanych materiałów, skrawki starych masztów z portu - i coś, co zaplątało się w nie przypadkiem; trzy sztuki magicznych skór - to właściwie odpadki, których nikt już nie chciał kupić - wytłumaczył się pospiesznie, nie chcąc, by poczuła się niekomfortowo z powodu czegoś, co miało znikomą wartość. O ile jakąkolwiek.
Było coś kojącego w tym, że choć o aetonanach mówiła jak zawsze, zdradzając swe przywiązanie do nich, pozwalając, by w opowieść wkradła się niemal emfaza; uśmiechnął się z lekka, choć zaraz też uśmiech ten przygasł. To tylko zwykłe pytanie, ale przywiodło mu na myśl smoczą ostoję; jak zawsze wypierał wszystko to, czego sam nie potrafił przepracować - tęsknotę za bliskim sobie Peak wepchnął gdzieś na samo dno myśli, zasypując je stosem ważniejszych spraw.
- Chyba zależy od tradycji danego kraju, a właściwie nawet poszczególnych rezerwatów - bo i samo Peak District hołdowało wielu swoim, zapoczątkowanym przez kolejne pokolenia rodu Greengrass - kiedyś, jeszcze w dawnych czasach, przed inkubacją smoka przyzywano do rezerwatu Proroka Imienia, zupełnie jak w przypadku brzemiennych czarownic z tych bogatszych rodzin - trzecie oko przebijało się przez skorupę przyszłości - wróżbita widział, jakie usposobienie będzie miało wyklute smoczątko - nie w najbliższej przyszłości, lecz za kilkanaście lat, już jako dorosły samiec bądź samica; i choć to nie on nadawał im imię, wskazywał dominujące cechy i ułatwiał wybór. Bo w przeciwieństwie do aetonanów raz wybranego smoczego imienia nie można już zmienić, przynajmniej w teorii. Szybko się do swoich przywiązują, z początku zwracają uwagę jedynie na intonację, z jaką się je wymawia, ale z czasem reagują już na samo imię - jest dla nich ważne, staje się częścią ich tożsamości, więzi pomiędzy smokologiem a istotą, o którą dba - teraz nie korzysta się z Proroków, o dobór imion troszczy się ród Greengrass, choć oczywiście często robią to za nich również ich smokologowie.
Obrócił kubek, zahaczając palcem o ucho; przesuwał naczyniem jak tarczą zegara, zajmując dłonie czymkolwiek, by znaleźć ujście dla emocji; a więc nie wiedziała - o tym, co dokładnie stało się z jej bratem. To również nie była jego historia do opowiedzenia - abstrahując od zakonnych tajemnic, nie był pewien, czy kiedykolwiek powinna się o tym dowiedzieć; podejrzewał, czym byłaby dla niej świadomość, że przez wszystkie te miesiące Samuel tkwił za kratami więzienia. Że mógłby zostać tam już na zawsze.
- Jak on się czuje? - zapytał więc tylko. Jeszcze jeden łyk - a dno odsłoniło się, ukazując fusy, które układały się w jakąś bezkształtną masę; niczego w niej nie dostrzegał.
My.
- W Londynie utknęło sporo osób, trzeba było ich wyciągnąć, zanim... - scenariuszy finalnych mogło być wiele - każdy jednak tak samo ostateczny. Wiele z nich zresztą widział, gdy przybywali zbyt późno - to przecież od początku była jakaś chora gra na czas, w której nie zawsze udało się zdążyć dotrzeć w odpowiednim momencie. I właściwie o to chodziło.
- Nie masz wrażenia, że cokolwiek robimy, to wciąż za mało? Że przybywamy jedynie gasić pożary? Grzebać zmarłych? - nie chodziło o to, że to nie ma znaczenia; że jest bezcelowe - ale że to wszystko nie wystarczy. Że jedynie opóźniają nieuchronne. - Nie wiem, co musiałoby się stać, żeby uratować setki, które giną każdego dnia - to już nie były morderstwa, tylko ludobójstwo. Czystka niemagicznych.
Jego problemem było poczucie winy, od którego nie potrafił się uwolnić. Bezradność. Niepewność. I lęk.
Podniósł wzrok, jeszcze chwilę wcześniej dryfujący gdzieś po tafli ledwie przykrywającej miętowe fusy. Z porcelaną w dłoni ruszył do kosza, wyrzucając do niego zawartość naczynia, a potem z przesadną uwagą zaczął szorować szklankę; zajęło mu to stanowczo za dużo czasu.
Ale gdy wrócił na swoje miejsce, stężałe rysy twarzy rozluźniły się nieco; bez słowa przesunął pakunek z materiałami nieco dalej, robiąc miejsce na planszę dla gargulków.
- Jedna dobra wiadomość za każdą złą? - rzucił, zaczynając układać pierwsze zwierzęce figury. Może to jakiś pomysł na uratowanie świątecznej atmosfery. - Ale powrót Samuela się nie liczy, to musi być coś, o czym jeszcze nie słyszałem - coś dobrego w jej życiu, albo po prostu normalnego, pozbawionego ciężaru dramatu.



from underneath the rubble,
sing the rebel song
Keat Burroughs
Keat Burroughs
Zawód : rebeliant
Wiek : 24
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
some days, I feel everything at once, other - nothing at all. I don't know what's worse: drowning beneath the waves or dying from the thirst.
OPCM : 25
UROKI : 16
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 13
SPRAWNOŚĆ : 23
Genetyka : Czarodziej
I will survive, somehow I always do
Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t7770-keaton-burroughs https://www.morsmordre.net/t7784-sterta-nieprzeczytanych-listow#217101 https://www.morsmordre.net/t7786-casting-shadows#217131 https://www.morsmordre.net/f128-oaza-chata-nr-69 https://www.morsmordre.net/t7785-skrytka-bankowa-nr-1866#217105 https://www.morsmordre.net/t7787-keaton-burroughs#217189

Powrót do góry Go down

Nie odnaleziono ciała – nie miałam pojęcia, ile razy używałam tego stwierdzenia jako argumentu, powtarzanej w nieskończoność mantry która przez długie miesiące nie pozwoliła mi stracić nadziei, nawet kiedy wszyscy dookoła przekonywali mnie, że jej nie było; niezatapialnego koła ratunkowego, jednocześnie utrzymującego mnie na powierzchni i chroniącego przed upadkiem, jak i niepozwalającego odpuścić; więżącego mnie gdzieś pomiędzy, w miejscu, które z czasem zaczęło kojarzyć mi się z więzieniem, pułapką bez wyjścia. Słysząc je teraz, przez moment poczułam się prawie tak, jakbym znowu tam była – a moja dłoń odruchowo wsunęła się do kieszeni swetra, gdzie – złożony na czworo – niemal zawsze tkwił tamten list od Sama; stanowiąc materialny dowód na to, że nie wymyśliłam sobie rzeczywistości, w której naprawdę do nas wrócił.
Przełknęłam powoli ślinę, stopniowo wygrzebując się ze ślepego zaułka myśli, wracając nimi do zagubionej dziewczynki i do miasta, którego kolorowe ulice kiedyś budziły we mnie zachwyt – a które dzisiaj stanowiło jedynie pustą, wypaloną przez nienawiść skorupę, wypełnioną pozostałościami po ludzkich tragediach. – Czy to było… – zaczęłam, wahając się, czy w ogóle powinnam zadawać to pytanie; miałam wrażenie, że już samo wypowiedzenie go na głos zdradzało moje zamiary – i narażało na dezaprobatę; a może nie – trudne? – Rzuciłam mu pytające spojrzenie, nie mając rzecz jasna na myśli samej decyzji, a przejście przez wymyśloną przez ministerstwo procedurę. – Te dane są weryfikowane na miejscu, czy… później jakoś? – Jakie były szanse, że urzędnicy, którzy przebrnęli już przez setki formularzy, wyłapią jedno zmienione nazwisko w drzewie genealogicznym? Nie potrzebowałam zmienić wiele; nie posiadałam mugolskich krewnych, na których ukryciu by mi zależało, a moje dane – byłam tego pewna – ani razu do tej pory nie trafiły do urzędniczej kartoteki. O ile nie zdecydowaliby się na sprawdzenie szkolnych roczników, raczej nie powinni zorientować się, że Theresa Goshawk nigdy nie przekroczyła progów Hogwartu ani nie zakupiła różdżki na ulicy Pokątnej. A może mogli? Utkwiłam pytające spojrzenie w Keatonie, myśląc o tym, że skoro jemu się udało, to być może ja też miałam szansę. Tylko jedną – nie miałam wątpliwości co do tego, jak w moim przypadku skończyłaby się udaremniona próba oszustwa.
Moje myśli częściowo krążyły jeszcze wokół Londynu, gdy jego pytanie przyciągnęło mnie z powrotem do Somerset; zamrugałam szybko, unosząc spojrzenie. Nie miałam gotowej odpowiedzi – i nie widziałam potrzeby, żeby ją wymyślać. – Nie wiem – przyznałam szczerze, wahając się przez kilka chwil, a później wypuszczając powietrze z płuc. – Powinnam czuć się spokojniej? – Kiedy wszystko dookoła płonęło? – Czuję się trochę tak, jakbyśmy źle zrobili. Poddając się bez walki. Wiem, że to nie ma sensu – dodałam szybko; nie mieliśmy szans, jeśli byśmy tam zostali – zabiliby nas na miejscu, albo stracili na Connaught Square; czytałam w Proroku o odbywających się tam regularnie egzekucjach – ale chyba po prostu chciałabym móc zrobić coś więcej niż ukryć się tu i czekać na koniec wojny, alboalbo aż nas tu znajdą, zatańczyło mi na wargach, bałam się jednak kusić los; zacisnęłam wargi, kręcąc głową. Nie byłam pewna, do czego właściwie zmierzałam, nie potrafiłam walczyć.
Uśmiechnęłam się, słysząc odpowiedź Keatona, a później zerknęłam na przyniesioną przez niego paczkę, przebiegając palcami po krawędzi pergaminu. – Zrobię z nich dobry użytek – powiedziałam z wdzięcznością, nie miały się zmarnować; bez względu na to, jak bardzo pocięte by nie były, maszyna do szycia i odrobina magii mogła zrobić z nich chusty, może proste koszule, albo okienne zasłonki; zaklęciami i czarodziejskimi nićmi mogłam nawet nadać im nieco kolorów, sprawić, żeby wyglądały jak nowe, nienadgryzione czasem i morskim wiatrem.
Słuchając o smoczych imionach usiadłam wygodniej, opierając się o oparcie kuchennego krzesła i przyciągając jedną nogę do siebie; uwielbiałam, gdy opowiadał, a historie o Prorokach Imienia wydawały mi się równie magiczne, co same smoki. Zamyśliłam się na moment, wyobrażając je sobie: ogromne sylwetki szybujące po niebie, tak potężne, że były w stanie zasłonić światło słońca. – Myślisz, że ci prorocy naprawdę znali przyszłość, czy może to nadane imię finalnie ją dyktowało? – zastanowiłam się, przenosząc spojrzenie na Keatona; ciekawa, co o tym myślał. – Skoro są tak mocno z nim związane – dodałam, uzasadniając swój tok myślenia. Nie byłam pewna, co myślałam o przepowiedniach; wydawały mi się dziwnie ostateczne, na pewien sposób może niesprawiedliwe – zdecydowanie bardziej wolałam wierzyć, że nasz los nie był przesądzony, że w każdym punkcie mogliśmy coś zmienić – że nasze decyzje niosły za sobą ciężar odpowiedzialności. Musiałam w to wierzyć – w innym wypadku poddałabym się już dawno.
Chwyciłam za ucho kubka, przyciągając go do siebie, żeby wypić łyk przestygniętej już herbaty; bezwiednie obserwując ten obracający się na stole, wzdłuż jednego z drzewnych słojów. – Nie jestem do końca pewna – odpowiedziałam nieco niechętnie, myśląc o dniu, kiedy Samuel pojawił się po raz pierwszy pod naszym domem, odmawiając choćby wejścia do środka. – Twierdzi, że sobie poradzi, i że wszystko jest w porządku, ale mam wrażenie, jakby… – Zawahałam się, szukając odpowiednich słów. – Nie do końca tu był. Z nami. Chciałam, żeby się wprowadził, ale mówi, że to zbyt niebezpieczne. Zawsze był wolnym duchem, ale teraz jest tak, jakby nie chciał zatrzymać się nigdzie, do niczego się przywiązać. Nie wiem, czy to przez to, co się stało, czy po prostu próbuje nas chronić. – Obie wersje wydawały mi się równie prawdopodobne; być może prawda – jak zwykle – leżała gdzieś pośrodku.
Zapatrzyłam się w resztki zielonkawego płynu, przyjmując do wiadomości słowa Keatona. To, że wyciągał z Londynu ludzi, którzy utknęli tam po Bezksiężycowej Nocy, w jakiś sposób składało się w całość ze wszystkim, co już o nim wiedziałam, ale i tak zrobiło to na mnie wrażenie. Nie potrafiłam sobie nawet wyobrazić, jak musiał się narażać – ile istnień uratować przed egzekucją – i być może dlatego tym bardziej zaskoczyły mnie jego następne słowa. Uniosłam na niego wzrok, starając się odnaleźć w strapionej twarzy parę szarozielonych tęczówek, odczytać z nich to, czego nie mówił. – Czasami – przyznałam; wydawało mi się, że wszystkich nas w końcu dopadały wątpliwości, byliśmy tylko ludźmi – ale przeraża mnie myśl, co by się stało, gdybyśmy nic nie robili. – Nie wierzyłam, by bierność była najlepszą opcją, jakąkolwiek opcją. Moi pradziadkowie pewnie przewróciliby się w grobach, gdyby coś podobnego w ogóle opuściło moje usta. – Nie uratujemy wszystkich – przyznałam gorzko; to nie było możliwe – ale mam nadzieję, że wystarczająco, żeby miało to znaczenie. Że jeśli się nie poddamy, to wytrzymamy na tyle długo, że w końcu coś się zmieni, odwróci. – Zdawałam sobie sprawę, że brzmiałam naiwnie; moje słowa były pozbawione konkretów, bo właściwie nie miałam pojęcia, co mogłoby się stać – ale może właśnie na tym polegała nadzieja; na wypatrywaniu świtu, mimo że dookoła wciąż trwały nieprzeniknione ciemności.
Obserwowałam kątem oka jego wędrówkę do blatu, w milczeniu wsłuchując się w szum rozbijającej się o szklankę wody; samej dopijając powoli herbatę, teraz już letnią. Kiedy wrócił, opuściłam powoli stopy na posadzkę, przysuwając się bliżej stołu; uśmiechając się w odpowiedzi na jego pytanie. Nie musiałam zastanawiać się długo. – Spotkałam się ostatnio z dawno niewidzianą przyjaciółką. Nie wiedziałam, czy żyje, ale okazało się, że jest bezpieczna – powiedziałam, wspominając wizytę Charlene; czując ulgę na myśl, że po tych wszystkich miesiącach niepewności, odnalazła się cała i zdrowa. – A ty? – Czy też przydarzyło mu się coś dobrego? Spojrzałam na niego pytająco, odsuwając na bok kubek i wyciągając dłonie, żeby pomóc mu w rozstawieniu gargulkowej planszy. Nie mogłam się doczekać, żeby zobaczyć resztę rzeźbionych zwierzątek.



she's still here fighting
better know there's life in her yet
{...........................}
Tessa Skamander
Tessa Skamander
Zawód : opiekuję się aetonanami i tworzę magiczne szaty
Wiek : 25
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna

wild hearts
don't break;
they burn

OPCM : 5
UROKI : 0
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 5
TRANSMUTACJA : 15
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 15
SPRAWNOŚĆ : 10
Genetyka : Czarownica

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t9273-tessa-skamander-buduje https://www.morsmordre.net/t9348-chaos#284283 https://www.morsmordre.net/t9341-tessa https://www.morsmordre.net/f321-somerset-okolice-exford https://www.morsmordre.net/t9350-skrytka-bankowa-nr-2158 https://www.morsmordre.net/t9349-tessa-skamander

Powrót do góry Go down

W tej skorupie nie ziała już pustka - zapełniały ją nie tylko ludzkie tragedie, znalazła się tam przestrzeń na rozwój paskudnej ideologii, na kolejne pomniki ku chwale wyzwolicieli, na dumne obnoszenie się zwycięstwem na festiwalach próżności; jak bardzo Londyn był mu drogi, tak samo intensywnie nienawidził już w tym momencie tego miejsca - wszystkiego tego, co zaczął uosabiać.
Coś w tym pytaniu go zaalarmowało; a może czujność wzbudził drobny gest, którym się zdradziła (któremu niepotrzebnie przypisał jakieś znaczenie - choć tego wcale nie było, wcale nie należało się żadnego doszukiwać?). Przez chwilę po prostu się jej przyglądał - a w jego spojrzeniu nie było oskarżenia, raczej zastanowienie.
Jeśli to pytanie miało drugie dno, nie potrzebowała moralizatorstwa i jakichkolwiek pouczeń; wiedziała, co się stanie, jeśli ktokolwiek ją rozpozna - jeśli wyjdzie na jaw, jakie nazwisko nosi. Mogą jej użyć - by dotrzeć do nich; później - by ich złamać?
Gdzieś przez jego myśli przemknęło jego własne pytanie, jego własny niepokój; co, gdyby kiedyś znalazł się w takiej sytuacji - gdyby przyszło mu żyć ze świadomością, że pochwycili jego siostrę, byle tylko dotrzeć do niego? Ile dni by wytrzymał, i ile nocy, pełnych koszmarów ziszczających się gdzieś dalej - koszmarów, których może być tylko świadom w bezczynności i szaleństwie rozpaczy.
- Było - oderwał się od kolejnej niechcianej wizji i potwierdził podejrzenia Tessy; choć w jego przypadku trudność miała chyba więcej wspólnego z desperackim dochodzeniem i wciąż ciążącym mu na sumieniu człowiekiem, którego najpewniej wpakował w spore kłopoty - myślę, że teraz może to być jeszcze trudniejsze - nie chciał odwieść jej od tego, co - i o ile w ogóle - planowała; ale w tym przypadku cisza niewiele mogła jej pomóc - może jego słowa okażą się przydatne - wtedy, na początku kwietnia, ludzie szturmowali Ministerstwo, kolejki nie miały końca, a pracownicy mocy przerobowych, żeby to wszystko dokładnie sprawdzić. Łatwiej pewnie było się prześlizgnąć, nie sądzę, by dali radę zweryfikować wszystkie zeznania, nawet jeśli w teorii powinni to byli robić. To wyglądało bardziej jak składane oświadczenie, niejako poświadczało się, że mówi się prawdę, coś pewnie pobieżnie sprawdzali, ale nie doszli do tego, że Hobart Boyle to tylko wytwór mojej wyobraźni. Kłamałem na temat tego, czym się zajmuję, natomiast rzekomi przodkowie, których wymieniłem, naprawdę istnieli, choć nie byli aż tak bliską mi rodziną - zamyślił się przez chwilę, próbując przypomnieć sobie każdy szczegół rozmowy - pytali też o czystość krwi, moją i moich przodków, o miejsce zamieszkania i dotychczasowe konflikty z prawem; jeśli mnie sprawdzali, to niewystarczająco dokładnie - a może tylko pozwolili mu wierzyć w to, że wcale tego nie zrobili? Pozwolili poczuć się pewnie, na tyle, by stracił czujność? Czemu jednak miałoby to służyć? - Teraz mogą także dociekać, czemu nie zarejestrowano się wcześniej, chyba dobrze mieć jakąś wiarygodną bajeczkę przygotowaną zawczasu - i sfabrykowane dowody? - Tessa... - zaczął, w porę jednak powstrzymał się od powiedzenia tego, co pierwsze przyszło mu na myśl; niepokój dotarł i do nerwów dłoni, zgiął je i rozprostował, na chwilę tylko spuszczając na nie wzrok, odrywając go od niej - miałem wtedy ze sobą eliksir, żeby poczuć się pewniej; żeby wszystkie kłamstwa brzmiały wiarygodniej - a ja potrafię kłamać; czy w jej przypadku eliksir by wystarczył? Gdyby zaczęto zadawać niewygodne pytania, gdyby mowa ciała zaczęła ją zdradzać? Eliksir działał tylko chwilę; w razie przedłużającego się śledztwa... - Myślisz o tym? - ubzdurał sobie coś - czy naprawdę byłaby skłonna zaryzykować; a jeśli tak - to w imię czego? Co w Londynie było aż tak ważne, by się na to zdecydowała?
Czy on czułby się tu spokojniej? W miejscu, gdzie wojna zdawała się jeszcze nie dotrzeć? Chyba, paradoksalnie, odnalazłby tu jedynie niepokój - pozostawałby w wiecznym oczekiwaniu na moment, w którym pojawi się pierwsza oznaka zmiany - okręgu ognia wojny zakleszczającego się wokół, coraz ciaśniej.
- Nie wiem, czy gdziekolwiek można sobie pozwolić na taki komfort - na odczuwanie prawdziwego spokoju; jego pytanie było naiwne. Znalazła się tu przecież z powodu niepokoju, ucieczki, na którą zdecydowali się dosłownie w ostatniej chwili; spokój nie miał z tym nic wspólnego, nie tego tu szukała. - Nie bez walki - bo przecież walczyli; całą noc, do ostatniej gwiazdy, która zgasła. - Ale czasem zastanawiam się, jak to wszystko mogłoby wyglądać, gdybyśmy o ich planach dowiedzieli się wcześniej, i gdyby była szansa, żeby skoordynować działania, zebrać szybciej ludzi - uniemożliwić im stworzenie z Londynu swojego bastionu. - Wszyscy musimy się ukrywać - nie pozwoli jej na zdyskredytowanie samej siebie - a ty robisz więcej, niż ci się wydaje - zdobywając materiały, szyjąc po nocach, tworząc ubrania, które chroniły nie tylko przed zimnem, lecz także magią, ułatwiając walkę niezliczonej liczbie czarodziejów; to nie było za mało. - Chcesz walczyć także w inny sposób? - o to chodziło? Chciała wrócić na tę samą ścieżkę, którą już wcześniej podążała? Ścieżkę wydeptaną przez brata i kuzyna?
- Nigdy tego nie rozumiałem - przyznał, przez chwilę w ciszy zastanawiając się nad tym pytaniem - może tak właśnie było... w końcu, czy nie podobnie jest w przypadku wszystkich przepowiedni? Czy nie jest tak, że gdy się jakąś usłyszy, to zaczyna się ona spełniać? - czy do jej spełnienia doprowadzały wybory wszechświata, czy to, że sami zaakceptowaliśmy wyrok - trudno orzec.
- Jeśli tego właśnie potrzebuje, nie zatrzymuj go na siłę - w jego przypadku nigdy się to nie sprawdzało - próba zatrzymania go na dłużej w jednym miejscu; choć wynikało to z innych pobudek, bez wątpienia sam mechanizm działania mógł być dość podobny. - Znasz go jak nikt inny, ale pewnie z twojej perspektywy niektóre zdarzenia wyglądają inaczej, może on wciąż rozpamiętuje przeszłość, czuje się odpowiedzialny za tamto - za tamten dzień, pościg, ucieczkę; za sprowadzenie niebezpieczeństwa na swych bliskich - za cenę, którą przyszło zapłacić i im, choć to on podejmował decyzje. Tak słuszne, jak i niebezpieczne.
Nie był pewien, gdzie powinno się nakreślić granicę; ile uratowanych żyć to jeszcze niewystarczająco, a ile - wystarczająco; nie potrafił przestać rozliczać się z każdego jednego, które ocalałoby, gdyby tylko na jakieś płaszczyźnie nie zawiódł. On - bądź walczący w opozycji do reżimu Malfoya.
- Pytanie tylko, czy upór i determinacja wystarczą - nie zawsze można liczyć na szczęśliwe zakończenie; każda wojna ma swój koniec - długo jednak nie dopuszczał do siebie myśli, że może znajduje się po tej stronie, która w ostatecznym rozrachunku przegra. Że pomimo walki, pomimo poświęcenia - przegrana nie jest nierealna.
Jeśli strategią miało być wytrzymanie, pozostanie w defensywie - jak długo będą się bronić?
- Problem polega na tym, że jakkolwiek chore nie są ich poglądy, oni też są cholernie uparci. I zdeterminowani - pycha sprawiła, że popełnił błąd, nie doceniając ich od samego początku; im jednak częściej przyszło mu stawać do walki z wyznawcami fanatycznych mrzonek, tym szybciej pokorniał, na własnej skórze czując, jak potężna była czarna magia - i jak trudno się z nią konfrontować.
Odcinając się od myśli o wojnie, uśmiechnął się z lekka słysząc o jej przyjaciółce; kolejne zniknięcie - i kolejny powrót. Kolejne nie znaleziono ciała zakończone szczęśliwym spotkaniem. Oby więcej takich zdarzeń. Jeśli cokolwiek jeszcze trzymało go w ryzach, to właśnie ci wszyscy, którymi się otaczał; i jeśli cokolwiek mieli zdziałać, to tylko razem.
- Poznałem miłość swojego życia - pozwolił sobie na tajemniczy uśmiech, choć palił się cały, by jak najszybciej zdradzić jej wszystko - ma na imię Szanta, to prezent, od siostry, psidwak - dopowiedział w końcu - jest prawdziwą damą z portu, nie wiem, skąd jej się to wzięło, ale z gracją potrafi nawet pogryźć twojego buta - a to, na samym początku ich docierania się, zdarzało się zdecydowanie często - i może to przez wybrane dla niej imię - kącik ust uniósł się szelmowsko ku górze; czy rozbudzone na chwilę trzecie oko Phillie nakreśliło psidwaczą przyszłość? - jest najbardziej muzykalnym psidwakiem, jakiego kiedykolwiek spotkałem, wystarczy tylko, że ktoś zacznie nucić, a ona już zaczyna się wiercić, merdając do rytmu ogonami - perorował w zachwycie typowym dla właściciela zakochanego w swoim czworonogu. Jednocześnie dłonie wciąż błądziły po blacie stołu, rozkładając na nim ostatnie gargulki. - To co, zaczynamy? - pierwszy ruch powinien należeć do niej.
- Uwierz w siebie, moja droga, a zwycięska przyszłość już nie będzie ci wroga - zakrzyknęła jedna z figurek, która walczyć miała po stronie Tessy; bezgłośne a nie mówiłem opuściło jego usta.



from underneath the rubble,
sing the rebel song
Keat Burroughs
Keat Burroughs
Zawód : rebeliant
Wiek : 24
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
some days, I feel everything at once, other - nothing at all. I don't know what's worse: drowning beneath the waves or dying from the thirst.
OPCM : 25
UROKI : 16
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 13
SPRAWNOŚĆ : 23
Genetyka : Czarodziej
I will survive, somehow I always do
Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t7770-keaton-burroughs https://www.morsmordre.net/t7784-sterta-nieprzeczytanych-listow#217101 https://www.morsmordre.net/t7786-casting-shadows#217131 https://www.morsmordre.net/f128-oaza-chata-nr-69 https://www.morsmordre.net/t7785-skrytka-bankowa-nr-1866#217105 https://www.morsmordre.net/t7787-keaton-burroughs#217189

Powrót do góry Go down

To nie było tak, że bezsensownie trzymałam się przeszłości – zdawałam sobie sprawę z tego, że powrót do Londynu był już w tym momencie niemożliwy, a słowa Keatona tylko utwierdziły mnie w przekonaniu, że nie miałam do czego ani do kogo już tam wracać; początkowo nawet nie planowałam – sylwetka miasta, kiedyś droga, kojarzyła mi się wyłącznie z utratą: domu, rodziny, przyjaciół; nie tęskniłam za swobodnymi przechadzkami po portowym rynku ani za zatłoczoną ulicą Pokątną, bo wszystkie te wspomnienia spowił trudny do przejrzenia, gryzący dym. Im więcej jednak mijało czasu, tym mocniej do mnie docierało, że nie byłam w stanie schować się przed światem – a murowane ściany wznoszące się wokół mnie nie miały być bezpiecznym azylem wiecznie. Siedząc w kryjówce i czekając na to, aż ludzie przyjdą sami, docierałam jedynie do garstki; mogłam zrobić więcej – pomóc bardziej – ale świadomość, że każdy policyjny patrol mógł aresztować mnie za coś tak błahego, jak brak dokumentów, sprawiała, że czułam się jak w potrzasku.
Dlatego zapytałam – i dlatego czekałam w przedłużającym się milczeniu na odpowiedź, mimo że przenikliwe spojrzenie Keatona wprawiało mnie w zdenerwowanie; prawie się wycofałam – nim jednak zdążyłabym machnąć ręką i wymówić lekceważące słowa, tańczące niepewnie na końcu języka, siedzący naprzeciwko mnie czarodziej się odezwał – a ja mimowolnie nachyliłam się nad stołem, z uwagą wsłuchując się w każde zdanie. Potwierdzające moje przypuszczenia; wiedziałam, że czekałam zbyt długo, że gdybym wybrała się do Ministerstwa Magii już z pierwszą falą rejestrujących się czarodziejów, miałabym większe szanse na zgubienie się w tłumie – ale wtedy, tuż po zaginięciu Samuela, było to ostatnie, o czym myślałam; świeżo wydrukowane listy gończe skutecznie mnie zresztą wystraszyły, sprawiając, że mimo iż na ruchomych fotografiach nie widniała moja twarz, to poniekąd i tak ją dostrzegałam – w układających się w znajome nazwisko literach, w rysach twarzy, oczach; miałam wrażenie – irracjonalne, ale uporczywe – że wszyscy inni również mogli dostrzec to podobieństwo, że alarmy zawyłyby w sekundzie, w której przekroczyłabym próg urzędowego budynku. Dzisiaj nie byłam odważniejsza, kotłujący się we wnętrznościach lęk nie zniknął – ale miałam chyba więcej uporu, a może złości i determinacji; byłam też zmęczona bezczynnością.
Moje własne imię wyrwało mnie z zamyślenia, rozproszyło pojedyncze nitki układającej się już w głowie wymówki; Keaton miał rację, potrzebowałam jej – choć wciąż jeszcze wmawiałam sobie, że nie podjęłam ostatecznej decyzji; że to były tylko rozważania, teoretyczne i niegroźne. – Jaki eliksir? – zapytałam, mając wrażenie, że brzmiałam jak winowajca; zdobycie mikstury nie było problemem, mogłam zwrócić się z tym do Charlie; byłam pewna, że cokolwiek to nie było, była w stanie to uwarzyć. – Ja… – zaczęłam, gdy bezpośrednie pytanie zawisło w powietrzu, nie pozwalając mi już na udawanie, że podjęłam temat bez powodu; przygryzłam wewnętrzną stronę policzka, palcami sięgając do luźnej nitki swetra – szarpiąc ją bezwiednie, metodycznie. – Zastanawiam się, Keat – przyznałam wreszcie, odszukując spojrzeniem parę oczu w kolorze iglastego lasu. – To już nie jest tylko Londyn. Za chwilę to może być cała Anglia. – Wojna rozlewała się coraz szerzej, raczej nikt nie łudził się już, że wrogowie poprzestaną na przejęciu stolicy; przyznał to sam, to był dopiero początek.
Wypuściłam nitkę spomiędzy palców, przez chwilę mając ochotę zaprzeczyć. Miał rację, Londyn nie poddał się bez walki – ale ja tak; czułam się z tym źle, nawet jeśli bitwa, przed którą uciekliśmy, byłaby od samego początku skazana na porażkę. Może jej niewarta; może powinnam po prostu cieszyć się z tego, że ocaliliśmy siebie – a mury nie były ważne, bez względu na to, iloma wspomnieniami nie byłyby przesiąknięte. Pokręciłam głową. – Chcę być tam, gdzie mogłabym być potrzebna. – To nie musiało być pole walki; to pewnie nawet nie powinno być pole walki, bo jeśli walka ze szmalcownikami w dniu naszej ucieczki czegokolwiek mnie nauczyła, to tego, że w samym środku chaosu gubiłam się zupełnie, nie potrafiąc zachować jasności myśli ani zimnej krwi – ale potrafiłam inne rzeczy.
Może w moim przypadku też chodziło o nazwisko; może tak, jak smoki z czasem dorastały do imienia, które im nadano, tak ja coraz mocniej czułam potrzebę pokazania, że mimo wszystko byłam Skamanderem. – Nigdy nie potrafiłam się zdecydować, czy w nie wierzę. W przepowiednie – przyznałam, przesuwając spojrzenie w stronę okna, na przysypane cienką warstewką śniegu pola. – Nie wiem, czy bym chciała. – Żyć ze świadomością, że wszystko, co robiłam, było skazane na porażkę – albo że moja przyszłość była już zapisana w kamieniu.
Nie planowałam – powiedziałam, odwracając się z powrotem w stronę Keatona. Wiedziałam, że miał rację. – Pewnie i tak osiągnęłabym odwrotny efekt, poza tym – ufam mu. Że wie, co robi, i czego potrzebuje. Po prostu się martwię. – Nie chciałam go stracić – nie po raz kolejny, nie przetrwałabym tego raz jeszcze. – To nie była jego wina – dodałam, choć pewnie niepotrzebnie – bo w głosie Keatona nie kryły się nuty oskarżenia. Uśmiechnęłam się lekko, byłam mu wdzięczna; że tu był, i że chciał słuchać – choć dopiero teraz docierało do mnie, jak bardzo niektóre rzeczy potrzebowałam z siebie wyrzucić.
Milczałam przez chwilę, przesuwając opuszkami palców po blacie stołu, zastanawiając się nad odpowiedzią – i nad tym, skąd dokładnie brała się gorycz, pobrzmiewająca między wypowiadanymi przez Keata głoskami. Czy stało się coś, co podkopało jego wiarę, czy może była to zwyczajnie suma wszystkiego, co musiał oglądać przez ostatnie miesiące – starając się uratować jak najwięcej ludzi, ochronić niewinne istnienia, finalnie dochodząc do wniosku, że i tak nie ocali wszystkich? – Może nie – odezwałam się w końcu cicho, nie chcąc wygłaszać pustych zapewnień. – Ale nie wierzę, że to wszystko – że to może pójść na nic. Że jest bez żadnego znaczenia. – Jak mogłabym zaakceptować, że ci wszyscy ludzie, który pojawiali się pod naszymi drzwiami, wojownicy, aurorzy, zwyczajni chłopcy pełni młodzieńczego zapału, czarodzieje, którzy rzucili na szalę całe swoje życie – poświęcali się na marne? Żeby koniec końców dotrzeć do takiego samego finału, jak gdyby od samego początku się poddali? Może byłam naiwna – ale i tak wydawało mi się to niemożliwe.
Wciąż przecież istniały dobre momenty, jaśniejsze punkty lśniące w ciemności; uśmiechnęłam się, unosząc wyżej brwi w reakcji na wspomnienie o odnalezieniu miłości życia, a później się roześmiałam – wyobrażając sobie merdającego ogonem psidwaka. – Powinieneś ją tu kiedyś przyprowadzić, chętnie bym ją poznała – powiedziałam szczerze; miałam nadzieję, że to nie był ostatni raz, kiedy widziałam Keatona – choć tygodnie ciszy by mnie już nie zdziwiły. Pod pewnymi względami był taki, jak Sam – kiedy gnał go wiatr, nic nie mogło go zatrzymać. – Mogłaby się wybiegać za wszystkie czasy. – Jeśli było coś, czego im nie brakowało, to była to przestrzeń.
Przysunęłam się bliżej do stołu, kiwając głową; byłam gotowa. – Nie bądź dla mnie zbyt okrutny – rzuciłam żartobliwie, odrywając jeszcze spojrzenie od planszy, żeby zatrzymać wzrok na figurkę, wydającą z siebie motywacyjne okrzyki. Gdyby to tylko było takie proste.

| zt :pwease:



she's still here fighting
better know there's life in her yet
{...........................}
Tessa Skamander
Tessa Skamander
Zawód : opiekuję się aetonanami i tworzę magiczne szaty
Wiek : 25
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna

wild hearts
don't break;
they burn

OPCM : 5
UROKI : 0
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 5
TRANSMUTACJA : 15
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 15
SPRAWNOŚĆ : 10
Genetyka : Czarownica

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t9273-tessa-skamander-buduje https://www.morsmordre.net/t9348-chaos#284283 https://www.morsmordre.net/t9341-tessa https://www.morsmordre.net/f321-somerset-okolice-exford https://www.morsmordre.net/t9350-skrytka-bankowa-nr-2158 https://www.morsmordre.net/t9349-tessa-skamander

Powrót do góry Go down

{ luty 1958 }

Nie pamiętałam, by kiedykolwiek wcześniej w naszym domu – a raczej w domu dziadków, bo ten nasz, prawdziwy, wciąż znajdował się na obrzeżach Londynu, bez względu na to, ile czasu by nie upłynęło – było tak zimno; fala mrozów, które nadciągnęły nad Anglię tuż po nowym roku nie oszczędziła półwyspu, od kilku dni śnieg zalegał grubą warstwą na skośnym, dachowym oknie, odcinając pracownię od głównego źródła światła – a wciskający się przez szczeliny wiatr sprawiał, że praktycznie nie zdarzało mi się pracować już bez grubego swetra, naciągniętego na ramiona. Początkiem lutego w kącie pokoiku pojawił się przenośny piecyk, w którym mogłam rozpalić – ale nieuzasadniona obawa przed zaprószeniem ognia w pomieszczeniu pełnym skór i drogich tkanin sprawiała, że robiłam to rzadko. Tego dnia jednak – gdy na moim parapecie pojawiła się sowa niosąca dwa ciężkie, spakowane starannie tobołki – w żeliwnym grzejniku tlił się ogień, rzucając na ściany przyjemny blask o ciepłej, pomarańczowej barwie, kojarzącej mi się mgliście z jesiennymi liśćmi.
Nie brakowało mi zajęć, im surowiej zima panoszyła się na wyspach, tym więcej osób potrzebowało ciepłych ubrań, koców, ocieplanych butów – zwłaszcza tych, którym brakowało stałego miejsca zamieszkania – otrzymawszy zamówienie na aurorski płaszcz zabrałam się jednak do pracy od razu, kubek popołudniowej herbaty zanosząc na górę – razem z naręczem szat i beli wełny; wejście z tym wszystkim po pionowej drabince stanowiło wyzwanie samo w sobie, udało mi się jednak niczego nie rozlać i nie zachlapać – i już chwilę później klęczałam na podłodze, ściągając miarę z rozłożonej na płasko szaty. Materiały, z którymi przyszło mi tym razem pracować, należały szczęśliwie do tych łatwiejszych – miękka, wytrzymała wełna łatwo poddawała się obróbce, nie przeciwstawiając się ani krawieckim nożycom, ani igle – wykrojenie formy i wycięcie odpowiednich fragmentów poszło mi więc gładko, choć nie szczędziłam czasu; pracowałam dokładnie, dbając o wykończenie i pilnując, by szata była nie tylko praktyczna, ale i trwała. Wełny pochodzącej z ciemnobrązowych czarowiec miałam najwięcej, to z niej stworzyłam więc podstawę płaszcza, wykańczając ją o odcień jaśniejszą, ale również brązową, wełną kudłonia – z niej doszyłam powiększone magicznie kieszenie, wzmocniłam materiał na łokciach i przy rękawach, oraz dodałam szeroki pas, którym można było dla wygody ściągnąć całość. Płaszcz miał kołnierz, który w razie niepogody można było postawić, ale po namyśle doszyłam do niego również kaptur – głęboki, taki, który dało się naciągnąć na tyle, by twarz pozostawała ukryta w cieniu. Chociaż nie znałam pana Fredericka, widywałam jego twarz na plakatach – tych samych, z których spoglądał na mnie mój brat – domyślałam się więc, że może mu zależeć na zachowaniu anonimowości.
Kiedy wykończyłam ostatnie z elementów, starannie zapakowałam płaszcz w płaską paczkę, w drugą – podobną – pakując stary; ten, z którego ściągałam miarę. Rzucone dwukrotnie zaklęcie pomogło mi pomniejszyć ciężar paczek, tak, by nie stanowił zbytniego obciążenia dla Chaosu, którego wysłałam do nowego właściciela ubrania, skreślając również krótką odpowiedź na list.

| szyję płaszcz z wełny czarowcy (x2) oraz wełny kudłonia;
rzuty:
1) wykonanie - ST 120 (bonus do rzutu 120);
2) 2k6 - bonus do żywotności



she's still here fighting
better know there's life in her yet
{...........................}
Tessa Skamander
Tessa Skamander
Zawód : opiekuję się aetonanami i tworzę magiczne szaty
Wiek : 25
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna

wild hearts
don't break;
they burn

OPCM : 5
UROKI : 0
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 5
TRANSMUTACJA : 15
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 15
SPRAWNOŚĆ : 10
Genetyka : Czarownica

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t9273-tessa-skamander-buduje https://www.morsmordre.net/t9348-chaos#284283 https://www.morsmordre.net/t9341-tessa https://www.morsmordre.net/f321-somerset-okolice-exford https://www.morsmordre.net/t9350-skrytka-bankowa-nr-2158 https://www.morsmordre.net/t9349-tessa-skamander

Powrót do góry Go down

The member 'Tessa Skamander' has done the following action : Rzut kością


#1 'k100' : 38

--------------------------------

#2 'k6' : 6, 4
Morsmordre
Morsmordre
Zawód : Mistrz gry
Wiek :
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
OPCM : 99
UROKI : 99
ELIKSIRY : 99
LECZENIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Pracownia Tumblr_lqqkf2okw61qionlvo3_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki

Powrót do góry Go down

Strona 1 z 2 1, 2  Next

Pracownia

Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach