Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia


Ekipa forum
Szpital Świętego Munga, 9 XI 1956
AutorWiadomość
Szpital Świętego Munga, 9 XI 1956 [odnośnik]16.03.21 17:54
za dużo się zdarzyło żeby się zachwycaćSzpital Świętego Munga, 9 XI 1956 r.


Pierwszego dnia po powrocie ze zwolnienia wszystko wydawało mu się obce. Limonkowa szata, na jego wymiar, noszona przez niego już wcześniej, przesiąknięta znajomymi zapachami. Korytarze, którymi podążał już nie raz, które znał jak własną kieszeń nawet po tym, gdy całkowicie o nich zapomniał. Jego własne ciało, wciąż osłabione po skrajnym wychłodzeniu, blade, momentami drżące. I ludzie, których mijał, których tak wiele razy widział, a których wcześniej nigdy nie postanowił naprawdę poznać.
Czuł, jak wstyd pali jego uszy mimo tego, że najprawdopodobniej nikt nie wiedział o tym, co zdarzyło się tydzień temu. Najprawdopodobniej, bo nie wiedział, co z wiedzą, którą posiadła, zrobi Ida. Że też ze wszystkich osób na świecie musiał na tym moście spotkać akurat ją, kogoś kogo i owszem, znał z widzenia, ale o kim nie był w stanie powiedzieć nic więcej ponad ta prześliczna młoda czarownica, która była z nim na roczniku stażowym w Mungu. Mógł co prawda powiedzieć więcej, coś by się znalazło: wiedział, że miała niezwykły dryg do magii leczniczej, jak to mawiają prawdziwy talent. I dobrze, bo im więcej zdolnych czarodziejów i czarownic, którzy faktycznie powinni zabierać się za uzdrowicielstwo decydowało się na nauki magimedyczne, tym lepiej. Tylko czemu musiała być to akurat ona? Czemu nie mógł trafić na kogoś kompletnie nieznajomego? Albo jeszcze lepiej, kogoś, kto nie orientowałby się, że jego życie nie tak dawno temu przeszło gwałtowne zmiany. Jego wydziedziczenie odbiło się soczystymi plotkami w ścianach szpitala, a on nie próbował ich jakkolwiek dementować czy też wyjaśniać. Milczał, a to zdawało się być na tyle wymowne, że podsycało domysły. Bał się, jakie wnioski mogła wyciągnąć z jego niedoszłej próby samobójczej. Wróć, nie bał się wniosków tylko tego, że najpewniej były prawdziwe: a nie chciał, by ktoś +znał zbyt wiele prawdy.
Pierwsze godziny dyżuru wlokły mu się niemiłosiernie. Nie do końca był skupiony, tylko jakimś niebotycznym szczęściem wiedział, o co zapytał go uzdrowiciel Howard przy obchodzie. Pierwsze miesiące specjalizacji równały się ekspresowemu tempu nabierania wiedzy, jak najskrupulatniejszemu kształceniu się w obranej dziedzinie. Porażki na tym etapie mogły równać się uznaniu za lenia, który spoczął na laurach, a to niewątpliwie nie miało pomóc jego przyszłej karierze uzdrowiciela: nawet jeżeli z dnia na dzień swoją nieuchronnością nadciągającej wojny sytuacja w Anglii zdawała się coraz bardziej zagrażać wszelkim planom i założeniom.
W końcu nastała jednak wyczekiwana przez Alexandra godzina: przerwa w południe przeznaczona na lunch. Ledwo wybrzmiało miarowe bicie dzwonu, za Farleyem zamykały się już drzwi kiedy pędził schodami w dół, zatrzymując się przy wyjściu na klatkę schodową na poziomie wypadków przedmiotowych. Splótł palce za plecami, nerwowo raz po raz je zaciskając i rozkurczając kiedy jego oczy strzelały przez przeszklony portal z otwartymi skrzydłami drzwi, obserwując kilka zbliżających się ku niemu sylwetek. Prędko ją rozpoznał, trudno byłoby jej nie rozpoznać, a i ona zdała się go dość prędko zauważyć. Nim zdołałaby się wycofać Alexander prędko zmniejszył dzielący ich dystans do odległości na ledwie wyciągnięcie ramienia.
Dzień dobry, Ido – powiedział, uśmiechając się nieco nerwowo, z nutą niepewności. – Panie – skinął głową dwóm towarzyszącym jej uzdrowicielkom, lecz prędko wrócił spojrzeniem do panny Lupin. – Miałabyś coś przeciwko wspólnemu spędzeniu przerwy? Chciałbym z tobą pomówić – powiedział i pod intensywnością jego szaroniebieskiego spojrzenia ciężko było się nie domyślić, o czym tak właściwie chciał z nią porozmawiać.


Alexander Farley
Zawód : Uzdrowiciel
Wiek : 22
Czystość krwi : Zdrajca
Stan cywilny : Zaręczony

Alex, you gotta fend for yourself

OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Metamorfomag
Szpital Świętego Munga, 9 XI 1956 9545390201fd274c78230f47f1eea823
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t927-alexander-farley https://www.morsmordre.net/t999-fumea https://www.morsmordre.net/t937-lubisz-moze-teatr#4917 https://www.morsmordre.net/f223-dolina-godryka-kurnik https://www.morsmordre.net/t3768-skrytka-bankowa-nr-277 https://www.morsmordre.net/t979-a-selwyn#5392
Re: Szpital Świętego Munga, 9 XI 1956 [odnośnik]17.03.21 0:00
To był długi, przeciągający się dzień, w którego polepszeniu nie pomagała nawet pogoda na zewnątrz. Praktycznie od rana niebo zasnuwały szybko płynące chmury, zza których tylko co jakiś czas wyłaniało się słońce. Ponoć naprzemiennie ze zrywami zacinającego, przelotnego deszczu, ale w tym wypadku wierzyła na słowo osobom, które miały czas obserwować pogodę. Ich oddział był jak istny kocioł albo jak mrowisko. Za pierwszym przypadkiem pojawiał się kolejny i kolejny, i kolejny, i kolejny - każdy wymagający uwagi i odpowiadania na pytania, które sprawiły, że pod koniec myślała tylko o tym, żeby wyjść z oddziału i napić się mocnej, czarnej herbaty. Całe szczęście, miała mieć ze sobą dwie najbardziej rozgadane koleżanki, więc nie musiała przejmować się siedzeniem w ciszy, która skłoniłaby ją do powrotu do myślenia o ostatnim tygodniu. Betty i Agatha zapewniały nieustanny dostęp do wszystkich tematów - tych o Mungu i tych pozostałych. Wystarczyło, że zeszły razem na przerwę i skierowały się w stronę drzwi. Dokładnie tak jak to zwykle robiły. Z tą jedną kluczową różnicą, że tym razem nie przystanęły przy nich same.  
Alexander. Od razu go rozpoznała, chociaż nie dała po sobie poznać, co przebiegło jej przez myśl - a było tego dużo. Tyle, że zanim odezwała się na przywitanie, on już to zrobił. Ba. Nie tylko to. Zdążył także przejść do tego, co go tu sprowadzało. To pytanie trochę wybiło ją z rytmu - zważywszy na to, że w dalszym ciągu działała według pewnego wyrobionego schematu, ale to nie oznaczało, że miała stać w miejscu, próbować analizować sytuację (szczególnie, że wiedziała, o co mogło mu chodzić) i pozwalać świdrować się wzrokiem, jakby była częścią podręcznika akademickiego dla zaawansowanych.
- Mhm, tak - odruchowo odmruknęła, prawie natychmiast czując przypływ potrzeby uściślenia, bo w myślach już słyszała komentarze koleżanek o tym, jak to kuguchar odgryzł jej język na widok uzdrowiciela. - To znaczy: dzień dobry i nie, nie mam nic przeciwko - tak, teraz te słowa brzmiały nieco lepiej. Nie za dobrze -  trochę, jakby robiła mu łaskę, ale lepiej niż początkowo. Nie chciała być gburem, tylko nie do końca wiedziała, jak powinna zareagować na jego obecność. Nawet bez palącego spojrzenia Alexandra, domyślała się, że to nie była nagła chęć zapoznania. Spędzili razem trochę czasu podczas stażu i nigdy nie odczuli potrzeby socjalizacji. Normalnie nie byłoby powodu, żeby to zmieniać... tyle, że był i nie należał do najprzyjemniejszych. Można go było zamieść pod dywan. Wepchnąć do szafy razem z siedzącymi tam trupami (całe szczęście, tylko takimi, które były tam od dawna). Oślepnąć, ogłuchnąć, dostać amnezji. Właściwie, Ida planowała zrobić każdą z tych rzeczy. Po tym jak dyskretnie upewniła się, że był u siebie w jednym kawałku, zamierzała nie być natrętem i poczekać na rozwój sytuacji. To była rozmowa, która musiała się odbyć, ale nie spodziewała się, że tak szybko. Może to i lepiej. Spojrzała w stronę koleżanek, dając im znać, że zamierzała dołączyć do nich trochę później. Chwilowo kiwnęła głową w stronę otwartych drzwi.
- Idziemy? - tak właściwie, to nie było pytanie, bo nie czekała na odpowiedź, zanim ruszyła do wyjścia z oddziału. Początkowo zostawiając Alexandra krok za sobą. - Zgaduję, że nie chodzi o niezwykły przypadek, w sprawie którego chcesz się skonsultować, żeby zabłysnąć, ale możemy udać, że tak - odezwała się, nienachalnie zerkając na niego przez ramię. Jednocześnie omiotła wzrokiem korytarz, żeby sprawdzić, kto jeszcze był z nimi na klatce schodowej (nikogo nie dostrzegła) i nie przeszywać mężczyzny spojrzeniem. - Agatha i Betty pewnie już i tak snują scenariusze - dodała, po czym wzruszyła ramionami. Powiedziała to tylko po to, żeby rozluźnić atmosferę, ale nigdy nie była dobra w zagadywaniu ludzi, którzy mieli do niej jedną konkretną sprawę, po której planowali znowu gdzieś przepaść. A tak bez wątpienia było z Alexandrem. Tamten wieczór był skomplikowany. Wszystkie wypowiedziane słowa i reakcje miały swoją wartość - to bez wątpienia, ale tylko w tamtej chwili, bo teraz już nie. Nie zdziwiłaby się, gdyby po tej jednej rozmowie (bardzo nieuniknionej i chyba koniecznej) udali, że ich oddziały dzieli jakaś ogromna przestrzeń. Tak duża, że po prostu nie będzie po drodze się spotkać. Nigdy. Przenigdy, bo wyobrażała sobie, że tak wyglądały takie sytuacje.
- Herbaciarnia? - przystanęła w połowie kroku, uświadamiając sobie, że nie spytała o to wcześniej. Automatycznie założyła, że to było dostatecznie dobre miejsce... a może nie było. W zmieszaniu poprawiła rękaw szaty, żeby nie stać tak jak drąg od miotły.
Ida Lupin
Zawód : Uzdrowicielka w lecznicy Farleya
Wiek : 22
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Zaręczona
The rest is confetti.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Półwila

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t9502-ida-lupin https://www.morsmordre.net/t9578-burzuj#291578 https://www.morsmordre.net/t9588-zycie-jest-jak-pudelko-fasolek#291631 https://www.morsmordre.net/f223-dolina-godryka-kurnik
Re: Szpital Świętego Munga, 9 XI 1956 [odnośnik]17.03.21 2:47
W żadnym wypadku nie spodziewał się takiej reakcji. Utkwiło mu w głowie przeświadczenie, że oboje będą zakłopotani tym, co wydarzyło się przed sześcioma dniami i w naturalny sposób pojawi się spięta, formalna atmosfera: sam zresztą ją wprowadzał swoim jakże ograniczonym w ramie powitaniem, nawleczoną na szkielet umownego konstruktu propozycją. I jej odpowiedź, właściwie jakby mimochodem rzucona, roztargniona, wybiła go z rytmu. Podkrążone oczy zamrugały gwałtownie, patrząc na nią z nagłym zaskoczeniem jakby co najmniej odezwała się w jakimś całkiem niezrozumiałym języku. Odzyskał trochę rezon po rozbudowaniu przez nią odpowiedzi, jednak miał wrażenie że cały wydźwięk sytuacji uległ diametralnej zmianie. Nie potrafił uchwycić tej wcześniejszej nuty, zdawała się jakaś... ponad tym wszystkim. Może ją to po prostu... nie obeszło? Może postanowiła o tym zapomnieć i on też powinien? Może właśnie burzył jakąś umowę, którą bez wypowiedzenia na głos między sobą zawarli?
Zamyślił się, jej pytanie wyrwało go z tego chwilowego zawieszenia. Musiał dociągnąć ten element do końca, kiwnąć głową na pytanie Idy, uśmiechnąć się do dwóch uzdrowicielek, które zdążyły już wymienić między sobą znaczące spojrzenia, i ruszyć z miejsca zamiast stać jak ten słup soli. I tak zareagował z opóźnieniem, pozwalając jej tym samym być o krok przed sobą. Może i nie tylko w fizycznym sensie? Ta sytuacja bardzo prędko zaczęła tworzyć dla niego zbyt wiele niewiadomych by miał jeszcze wrażenie, że wszystko znajduje się u niego pod kontrolą. Szedł jak ciągnięty na sznurku nim nie przyspieszył, pod jej spojrzeniem zrównując się z nią krokiem.
Wydają się kimś, z kim czas całkiem miło płynie – odparł w miarę lekko, neutralnie, z nie nazbyt szerokim i odpowiednio uprzejmym uśmiechem na ustach. Nie odniósł się jednak do jej poprzednich słów, milcząco przyjmując jej sugestię. Na razie. Kolejnym skinięciem potwierdził ich kierunek, ruszając po schodach w górę. – Nie wydajesz się zmartwiona tym, że mogłyby coś sobie pomyśleć – zaobserwował, lustrując jej profil spojrzeniem, prędko jednak przenosząc go na szybę, w która bębnił deszcz. Szli rzadziej uczęszczaną klatką schodową, tą, która znajdowała się na rogu jednego ze skrzydeł szpitalnego budynku: odgłosy rozmów i krzątaniny docierały więc do nich tutaj jakby z oddali. Nie do końca pozostawił jej jednak przestrzeń na odpowiedź. – Zresztą, ich domysły są zapewne na tyle dalekie od prawdy, że faktycznie nie ma się czym przejmować – stwierdził, przelotnie tylko na nią zerkając, zaraz spuszczając wzrok na stopnie, które odruchowo wręcz przeliczał w myślach. Na ostatnie piętro musieli ich trochę pokonać, znajdowali się dopiero przy połowie drogi. Wziął głębszy oddech, zbierając się do dalszego meandrowania słowami, które jednak nie nadeszło. W jednej chwili wyraz jego twarzy zmienił się, stając się o wiele bardziej zmęczonym i bezsilnym. Nikt w ich wieku nie powinien być aż tak zmęczony życiem.
Nie jestem zadowolony, ani dumny z tego, co się stało – powiedział dość cicho, łapiąc się poręczy i nieznacznie podciągając się przy wspinaczce klatką schodową. Siedemdziesiąt cztery. Tak, zdarzało mu się być bezpośrednim i nie kręcić wokół tematu. – W żadnym wypadku nie chciałem żebyś coś takiego ujrzała i bynajmniej nie tylko dlatego, że obawiam się, że mogłoby się to roznieść, choć, oczywiście, tego wolałbym uniknąć – spojrzał na nią dłużej, intensywniej i bardziej rozpaczliwie niż wcześniej. Nie było tajemnicą ani to, jaką specjalizację wybrał, ani jakie powinno się do niej spełniać wymogi, które choć niewypowiedziane to obowiązywały. Teoretycznie żaden uzdrowiciel o zdrowych zmysłach nie decydował się na magipsychiatrię, lecz w przenośni: jeżeli miało się problemy takiej natury dosłownie to nie patrzono na to ze zrozumieniem. – Zdajesz sobie sprawę, że najprawdopodobniej widziałaś mnie w najbardziej żałosnym momencie w całym moim życiu? – zapytał, tym razem zatrzymując się i powracając do uważnego wpatrywania się w niezwykle urodziwą czarownicę. Na moście w pierwszej chwili zdała mu się marą, a patrząc na nią teraz całkowicie rozumiał, dlaczego. Pytanie zawisło jednak między nimi, ciężkie i nabrzmiałe niczym burzowa chmura elektryzująca swoją obecnością gęste i kleiste powietrze letniego popołudnia.


Alexander Farley
Zawód : Uzdrowiciel
Wiek : 22
Czystość krwi : Zdrajca
Stan cywilny : Zaręczony

Alex, you gotta fend for yourself

OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Metamorfomag
Szpital Świętego Munga, 9 XI 1956 9545390201fd274c78230f47f1eea823
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t927-alexander-farley https://www.morsmordre.net/t999-fumea https://www.morsmordre.net/t937-lubisz-moze-teatr#4917 https://www.morsmordre.net/f223-dolina-godryka-kurnik https://www.morsmordre.net/t3768-skrytka-bankowa-nr-277 https://www.morsmordre.net/t979-a-selwyn#5392
Re: Szpital Świętego Munga, 9 XI 1956 [odnośnik]17.03.21 17:35
- O tak. Zdecydowanie - przytaknęła, bo gdyby nie one, oddział byłby dużo bardziej pusty i ponury. Razem z trzecią koleżanką, której tego dnia nie było w Mungu, skutecznie rozpogadzały atmosferę. Po części żałowała, że nie mogły tego zrobić w tym przypadku. Tu musiała poradzić sobie sama. - Och - mruknęła z jednoczesnym niezręcznym uśmiechem - do końca dnia na pewno znajdą świeższy temat - nie chciała sugerować, że jej najbliższe koleżanki były sępami, gdy chodziło o jakiekolwiek nowinki, ale w rzeczy samej - okrążały swoje ofiary, czekając na pikantne szczegóły. Jedyna różnica w tym, że nie ruszały padliny. Żerowały na najświeższych okazjach do plotek a takich Ida nie miała im dostarczyć. Była pewna, że po tej rozmowie ona i Alexander znowu zaczną krążyć wokół innych orbit. Ewentualnie mogli zacząć się unikać. To miała być któraś z tych opcji, bo okoliczności nie sprzyjały budowaniu relacji. Lekko kiwnęła głową. Wiedziała, że miał to zauważyć.
- Nie przejmuję się tym. Ty też nie musisz - zapewniła. Nie wiedziała, czy miał powód, żeby to robić. Poza słowami, które padły wtedy na moście i tym, co mówiono przy okazji zmiany jego... statusu... nie znała żadnego szczegółu z życia Alexandra. Mogła tylko spekulować, co robiła, bo kto by tego nie robił, ale to było jak zgadywanie na oślep. Bez wątpienia miał znacznie większe problemy niż garść głupich plotek rozsiewanych ku uciesze paru młodych uzdrowicielek. Nie musiała pytać. Wiedziała, że cokolwiek to było, nie zmalało ani tym bardziej nie odpuściło. Starała się nie obserwować go jak zwierzę na wybiegu, dlatego odwróciła wzrok, skupiając go na stopniach. Nigdy nie zastanawiała się, ile ich było między piętrami, ale nagle takie rozważania wydały się bardziej na miejscu niż cała ta rozmowa. Nie znosiła, kiedy ktoś próbował tłumaczyć się ze słabości - czegoś, do czego miał pełne prawo. Poczucie wstydu nieprzyjemnie wdzierało się w kości. Zamiast odciągać - przyciągało z powrotem w to samo miejsce. W ten stan. Do tych samych decyzji. Nie chciała odwieść go od tamtej decyzji i jednocześnie bezwolnie być powodem kolejnej.
- ...i dlatego mówimy o tym pośrodku klatki schodowej? - spytała z powątpiewaniem. Nie po to, żeby go karcić, ale po to, by zwrócić mu uwagę na to, że sam sobie przeczył. Nie mieli nieograniczonego wyboru, ale zdecydowanie mogli wybrać jedno z kilku innych, lepszych miejsc. Na przykład stolik z herbatą, na którą przestawała liczyć. W tym tempie mieli zakończyć rozmowę co najmniej piętro albo nawet dwa przed herbaciarnią. - Wiem - przytaknęła cicho, ale nie mogła nic poradzić na to, że im bardziej zagłębiali się w tę rozmowę, tym bardziej chciała mieć to za sobą. - Co pozwala ci myśleć, że nie pamiętam tego jednego razu na początku stażu? Szczególnie po tym, jak kazał nam to zapamiętać? - uniosła brwi, posyłając mu lekki uśmiech. Chyba znowu chciała wpłynąć na tę gęsta, duszącą atmosferę, bo od początku wyglądał dokładnie tak jak ona się czuła - na zmieszanego. A przecież nie była nikim więcej niż przypadkowym człowiekiem z przypadkowego miejsca. Wątpiła, że szukałby jej po całym Londynie, gdyby nie pracowała w Mungu. Rozumiała, co nim kierowało, ale z jej strony to było jasne. Nie potrzebowała tych wszystkich wyjaśnień. Były zbędne. Sprawiały, że czuła się jak ktoś decydujący o cudzym życiu i śmierci a była tylko sobą - kimś, kto dotrzymywał obietnic. Nawet tych niewypowiedzianych. - Tylko ja, ty i ryby znamy ten sekret. Nie jest mój, tylko twój, więc ja go nie wydam. Aczkolwiek nie ręczę za anchois - powiedziała, opierając się o poręcz kilka stopni nad Alexandrem.
Ida Lupin
Zawód : Uzdrowicielka w lecznicy Farleya
Wiek : 22
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Zaręczona
The rest is confetti.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Półwila

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t9502-ida-lupin https://www.morsmordre.net/t9578-burzuj#291578 https://www.morsmordre.net/t9588-zycie-jest-jak-pudelko-fasolek#291631 https://www.morsmordre.net/f223-dolina-godryka-kurnik
Re: Szpital Świętego Munga, 9 XI 1956 [odnośnik]17.03.21 20:33
Uniósł brew w nieznacznym zaciekawieniu i zainteresowaniu tym, co Ida mówiła o swoich koleżankach, lecz nie skomentował tego na głos, swoje myśli pozostawiając dla siebie. Jak to było, że Ida nie poczuwała się wraz z tamtą dwójką do ich zadania, nie szukała nowinek i dodatkowych rozrywek? Oczywiście mogło jej to nie ciekawić albo po prostu przed nim się nie przyznawała, bo i po cóż, ale zdawała się po prostu nie przywiązywać do tego wagi. Przytaknął jej więc i wzruszył ramionami.
Nie będę więc zaprzątał sobie tym głowy – przyznał, uśmiechając się nieco i pozostawiając temat tamtych dwóch czarownic za sobą.
Nie zawsze bywał cierpliwy, zwłaszcza w ostatnim czasie, a jej w punkt uwaga sprawiła, że były Selwyn przystanął i spojrzał po klatce schodowej, tym samym pozwalając jej wyprzedzić się o kilka kroków. Zza poły szaty o barwie limonki dobył hikorowej różdżki i machnął nią w powietrzu, ściągając nieco brwi w skupieniu na niewerbalnej inkantacji. Sylwetka Idy rozbłysła mu na moment jasnym światłem, lecz żadna inna w najbliższym otoczeniu nie chciała mu ukazać swojej obecności, poza leżącymi u i tam pacjentami; dopiero piętro niżej za ścianą ktoś krzątał się na drugim końcu jednej z sal.
Tak, dokładnie, dlatego mówimy o tym na środku klatki schodowej, która o tej porze dnia omijana jest szerokim łukiem. Nikogo tu nie ma – przewrócił oczami, opierając się o balustradę. Panna Lupin znalazła się wyżej niż on, toteż przez chwilę przynajmniej role w patrzeniu z góry miały zostać odwrócone. – Ale słuszna uwaga – przyznał jej rację, dłońmi sięgając do twarzy i przecierając ją z wolna, opuszkami zataczając przez moment niewielkie kółka na zamkniętych powiekach. Odetchnął jednak zaraz i wyprostował się nieco, spojrzeniem znów odnajdując Idę. Jego wzrok zaraz naznaczyła konsternacja, a między ciągnącymi w dół brwiami pojawiła się nieznaczna pionowa kreska. Nie musiał długo się zastanawiać nad tym, czy wiedział o czym mówiła: tak naprawdę nie miał pojęcia. Tak prędko jak to tylko pojął jego oblicze wygładziło się, a prawie że słyszalny bieg myśli ustał. Uniósł lewą, zabliźnioną dłoń do skroni i wyciągniętym wskazującym palcem dwukrotnie poklepał się po skroni.
Amnezja. Nie pamiętam – pokręcił głową i uśmiechnął się przepraszająco, tak jak robił to już od ponad czterech miesięcy. Zaraz jednak pod wpływem jej kolejnych słów uśmiech Alexandra poszerzył się, kąciki ust zadrżały, aż w końcu prychnął cicho. To w jaki sposób podchodziła do tego tematu... zapewniało mu pewne poczucie bezpieczeństwa, czuł się potraktowany na poważnie mimo tego, że w rozmowę wplatała żarty.
Może powinienem wrócić tam i schwytać każdą z tych plotkarskich płotek? – zapytał, udając zamyślenie. – Chociaż chyba nie mam się co martwić, mawiają, że ryby głosu nie mają. To samo mówią jednak o dzieciach, więc może jednak na wszelki wypadek zaopatrzę się w wędkę – powiedział, rzucając jej spojrzenie noszące ślady rozbawienia. Odepchnął się zaraz od balustrady i  wymijając ją zgrabnie ruszył znów w górę, długimi nogami pomijając co drugi stopień, jakby nagle zaczęło mu się spieszyć żeby z tej klatki schodowej się wydostać. Zatrzymał się jednak o pół piętra dalej i przechylił przez balustradę, zgiętym w pół zawisając nad Lupinówną.
Herbata – stwierdził, uśmiechając się z lekka i gestem dłoni zachęcając żeby ruszyła za nim. Aż do dotarcia do herbaciarni na ostatnim piętrze nastała między nimi cisza, lecz bardziej komfortowa niż ta, która rozsiadła się między dwójką młodych uzdrowicieli wcześniej. Otoczył ich ciepły aromat ziół, szmer rozmów przy zajętych stolikach i nienachalna muzyka niosąca się z ustawionego pod oknem gramofonu. Alexander zatrzymał się przed ladą, unosząc spojrzenie na wiszące na ścianie za nią tablice, na których kredą wypisane zostały mieszanki dnia, specjalności zakładu i parę innych pozycji, które zmieniały się co jakiś czas, sezonowo lub w zależności od okazji.
Co bierzesz? – zapytał, przenosząc na nią burzowe tęczówki, brzmiąc przy tym jakby sam podjął już decyzję, choć tak naprawdę nie zdawał się nad nią wcześniej w ogóle namyślać, tak jakby wszedł do przybytku już zdecydowany.


Alexander Farley
Zawód : Uzdrowiciel
Wiek : 22
Czystość krwi : Zdrajca
Stan cywilny : Zaręczony

Alex, you gotta fend for yourself

OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Metamorfomag
Szpital Świętego Munga, 9 XI 1956 9545390201fd274c78230f47f1eea823
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t927-alexander-farley https://www.morsmordre.net/t999-fumea https://www.morsmordre.net/t937-lubisz-moze-teatr#4917 https://www.morsmordre.net/f223-dolina-godryka-kurnik https://www.morsmordre.net/t3768-skrytka-bankowa-nr-277 https://www.morsmordre.net/t979-a-selwyn#5392
Re: Szpital Świętego Munga, 9 XI 1956 [odnośnik]18.03.21 0:00
Rzeczywiście. Dotychczasowa rozmowa utwierdzała ją w przekonaniu, że nie było sensu za bardzo analizować tego, kto co sobie pomyśli. Tym bardziej, że przerwa była zbyt krótka na wszystkie inne kwestie, które prawdopodobnie powinni poruszyć - przynajmniej tak sądziła, zanim Alexander nie postanowił wystrzelić prosto z, ekhem, mostu. To nie było w jej stylu. Zazwyczaj powolutku zrywała plasterek. Nie zdzierała go razem ze skórą, ale skoro sam postanowił to zrobić - nie było powodu się cofać. Zamiast tego posłała mu badawcze spojrzenie, nie komentując wyciągnięcia różdżki, ale dostrzegalnie wyglądając na pełną podziwu. To była naprawdę szybka reakcja, o której sama Ida zwyczajnie nie pomyślała. Przynajmniej upewnili się, że byli sami a ona wciąż mogła złapać go za słówka, uśmiechając się pod nosem.
- Bujda. Są tu co najmniej dwie osoby. Twoje założenie właśnie runęło - odpowiedziała, zakładając ręce na piersi i unosząc brwi. To nie było aż tak ważne. Wbrew pozorom, nie potrzebowała mieć ostatniego słowa i była gotowa oddać mu honor, bo nie miała zamiaru udawać, że umknęło jej, że to sprawdził. W zupełności wystarczyło, że zapomniała o czymś tak istotnym i będącym tematem godnym uwagi Agathy i Betty przez dłużej niż dwie godziny - jego amnezji. A przecież to było jasne jak słońce. Takie stany nie zawsze zanikały.
- Czyli musisz żyć w niewiedzy - podsumowała lekko i bez zakłopotania, moment później wzruszając ramionami. - Ale nie martw się. Nikt inny ci tego nie zapomni - dodała równie raźnie. Oczywiście, mogła być tak uczynna i przywołać wspomnienie, ale przez chwilę całą postawą ciała pokazywała, że nie wierzyła w to, żeby był w stanie udźwignąć ciężar czegoś tak ż e n u j ą c e g o. Po prawdzie, to nie było aż tak złe jak Ida sugerowała. Była pewna, że każdy na jego miejscu zrobiłby dokładnie to samo a ona pewnie byłaby pierwsza w kolejce. Po prawdzie, nie raz miała ku temu okazję i chyba nawet byłaby skłonna ucieszyć się, że przynajmniej jedna osoba o tym nie pamiętała - gdyby amnezja Alexandra nie była na swój sposób przykra. Ida nawet nie próbowała wyobrazić sobie, jakie to musiało być uczucie. Teraz rozmawiali w trochę luźniejszy sposób, ale mimo wszystko obserwowała go kątem oka, żeby wiedzieć, kiedy przestać. Nie trudno było pamiętać, że każdy z tych tematów mógł być naprawdę drażliwy nawet dla przyjaciela - a oni kompletnie się nie znali. Ryzykowała samymi żartami, które balansowały na cienkiej granicy.
- Płotkom nikt nie wierzy - pokręciła głową. - Gorzej ze śledziami - nie miała bladego pojęcia czy któraś z tych ryb faktycznie występowała w Tamizie, ale to było bez znaczenia, bo najwyraźniej on też nie był jakimś wybitnym rybologiem. - Obawiam się, że już za późno. Zdążyły spłynąć do Atlantyku - dodała, śledząc Alexandra spojrzeniem, kiedy wymijał ją na schodach. Rozchyliła przy tym wargi i wykonała urwany ruch ręką, jakby chciała złapać go za rękaw szaty, ale opuściła ją wzdłuż ciała. Spoważniała. Już się nie uśmiechała, ale na wspomnienie o herbacie kiwnęła głową, znowu unosząc kąciki ust. Nie potrzebowała drugiego zaproszenia. Herbaciarnia była jednym z jej ulubionych miejsc w Mungu. To było stwierdzenie na wyrost, bo smaczne napary i pozytywną atmosfera nie miały zbyt wielkiej konkurencji, ale to była pozytywna przesada.
- Czarną z nagietkiem - odpowiedziała bez zastanowienia. To nie był pierwszy wybór, ale czuła, że potrzebowała czegoś zwyczajnego i niewymyślnego. To było całkiem śmieszne, ale Ida lubiła ten okruszek stabilności w niestabilnych okolicznościach. Co by się nie działo, czarna z nagietkiem zawsze była na samym dole tablicy - pozycja napisana dokładnie tymi samymi zawijastymi literami, prawdopodobnie nawet nie wycierana. - Niech zgadnę: to, co zwykle? - nie wiedziała, co to było, ale wyglądał, jakby nie planował studiować menu, więc musiał być już zdecydowany. Całkiem jej to odpowiadało. Mieli szansę spędzić sporą część przerwy przy stoliku.
Ida Lupin
Zawód : Uzdrowicielka w lecznicy Farleya
Wiek : 22
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Zaręczona
The rest is confetti.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Półwila

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t9502-ida-lupin https://www.morsmordre.net/t9578-burzuj#291578 https://www.morsmordre.net/t9588-zycie-jest-jak-pudelko-fasolek#291631 https://www.morsmordre.net/f223-dolina-godryka-kurnik
Re: Szpital Świętego Munga, 9 XI 1956 [odnośnik]24.03.21 2:41
Spojrzał na nią z zaskoczeniem, niczym lustro odbijając jej uniesienie brwi, a następnie zaplecenie rąk na piersi. Właściwie to miał nadzieję, że ta rozmowa – której żadne z nich przeprowadzić nie chciało, a jednak nie było w stanie przeskoczyć faktu, że musieli ją odbyć – zakończy się prędko, nie do końca spodziewając się, że miała zaprowadzić ich gdzieś dalej.
Słyszę, że czepiamy się słówek – oznajmił z lekką nutą zadziorności, zdecydowany nacisk kładąc na poprawny czasownik. Nie daj Merlinie żeby teraz zainsynuował swoją wypowiedzią, że widzi dźwięki, ponieważ nigdy nie wyszliby z tej spirali.
Alexander czuł jednak jak powoli ta rozmowa wyczerpuje jego pokłady energii i sił do tego, by zachowywać się normalnie. I tak był zdziwiony tym, że Ida jakkolwiek wyciągnęła go z całkowitego tragizmu i bezbrzeżnego braku czucia, które chwytało go za wnętrzności i osiadało na umyśle lepką siecią antydepresyjnych mieszanek. Wił się w niej jak śnięta ryba, której brakowało oddechu, co rusz przechylająca się to w stronę śmierci, to znów życia. Tak, ryba była tu adekwatnym porównaniem, bo choć zdawali się oderwać od głównego tematu to wciąż oscylowali wokół tego felernego poranka na moście. Dlatego zdecydował się popłynąć – ha! – dalej.
Tak wiec musimy wypłynąć na Atlantyk. Pomożesz mi z wyciąganiem sieci gdy będziemy je odławiać – ruszając dalej w górę po schodach stwierdził dość poważnie, jednak drgnięcie kącika ust zdradziło go, że żartował. Oboje jednak opadli zaraz w ciszę nieco głębszą i cięższą, niczym ciemne morskie wody. Farley potrzebował tego po temu, by na spokojnie ułożyć sobie w myślach fakt, że jedna z jego głównych obaw tak naprawdę nie istniała. Ida nie zamierzała zdradzić jego sekretu, a być może nawet będzie chciała mu pomóc: choćby rozmową, taką normalną, w której nikt od niego niczego nie wymagał, nikt go nie oceniał, nie oczekiwał niczego. Tak, pomimo okoliczności, które doprowadziły do tej chwili mógł stwierdzić, że czuł się dość zwyczajnie. Nie jak Gwardzista Zakonu Feniksa dzierżący w swoich dłoniach losy świata, a jak młody czarodziej, przed którym było jeszcze całe życie do odkrycia; mogło być to po prostu kolejną rolą którą przyjmował w tej rzeczywistości przed Idą, lecz była na tyle lekka, że opadał w nią z pewną ulgą, chwilą oddechu. Na psychiczny fitness nad skomplikowaniem jego żyć i wcieleń przyjdzie czas później.
Zerknął na nią z uwagą kiedy składała zamówienie, zastanawiając się nad nagietkiem. Dość uniwersalna roślina lecznicza, lecz nie był w stanie stwierdzić czy kiedykolwiek przyszło mu wypić napar z jego dodatkiem. Uniósł nieco kąciki ust na jej założenie względem jego preferencji, bowiem było bardzo zręcznym sposobem na wywiedzenie się czegoś o jego osobie.
Poniekąd – stwierdził, po czym odwrócił się do przyjmującego zamówienie starszego czarodzieja. – Poproszę ósemkę – powiedział, po czym z kieszeni szaty wydobył prędko mieszek, z którego dwie monety wylądowały zaraz na kontuarze. – Za mnie i nadobną pannę – oznajmił, po czym gestem wskazał Idzie aby ruszyła wraz z nim do stolika w kącie herbaciarni, pod oknem, na którego parapecie stały trzy żółte doniczki z paprotką, fiołkiem i śniedkiem. Jak na chłopca z dobrego domu przystało odsunął wpierw krzesło dla czarownicy, a kiedy zajęła miejsce sam opadł na siedzisko po przeciwnej stronie okrągłego stolika, gdzie oczekiwać mieli na swoje zamówienia.
Zielona herbata z suszoną cytryną i bławatkiem jest moim zdaniem jedną z najlepszych, o ile nie najlepszą – przyznał, zerkając za ostrzeliwane deszczem okno i podpierając się pod brodę. – Przychodzę tu praktycznie codziennie, starając się przypomnieć samemu sobie, która jest moją ulubioną. Ale nie miałem jeszcze okazji sprawdzić menu wiosennego, to może wszystko zmienić – powiedział z zastanowieniem, spoglądając znów na Idę tak, jakby był w stanie z niej niczym z książki wyczytać. – Wcześniej też nie znaliśmy się za dobrze, prawda? – zapytał, przechylając nieco głowę. Miał wrażenie, że faktycznie niezbyt był w stanie nazwać ją kimś kogo znał, miał raczej bardzo mętne i szczątkowe odczucia kotłujące się gdzieś za mostkiem. W pewnej chwili musiał jednak oderwać od niej spojrzenie, mając wrażenie, że im dłużej na nią patrzył tym trudniej miałoby przyjść mu przestanie. Patrzył więc znów na szybę, w którą nieregularnie bębnił deszcz mimo tego, że zza poszarpanych gnającym wiatrem chmur raz po raz wychylało się słońce.


Alexander Farley
Zawód : Uzdrowiciel
Wiek : 22
Czystość krwi : Zdrajca
Stan cywilny : Zaręczony

Alex, you gotta fend for yourself

OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Metamorfomag
Szpital Świętego Munga, 9 XI 1956 9545390201fd274c78230f47f1eea823
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t927-alexander-farley https://www.morsmordre.net/t999-fumea https://www.morsmordre.net/t937-lubisz-moze-teatr#4917 https://www.morsmordre.net/f223-dolina-godryka-kurnik https://www.morsmordre.net/t3768-skrytka-bankowa-nr-277 https://www.morsmordre.net/t979-a-selwyn#5392
Re: Szpital Świętego Munga, 9 XI 1956 [odnośnik]24.03.21 22:02
- Bardzo możliwe - potwierdziła, uśmiechając się pod nosem. Widziała (a właściwie słyszała - skoro byli tacy poprawni), co zrobił i musiała przyznać, że wypadało to całkiem zabawnie. Nie spodziewała się tego, że ich rozmowa powoli przestanie być tak bardzo niezręczna, nawet jeśli wciąż okrążali ten pierwotny temat.
- To jednoosobowa misja - pokręciła głową z nieznacznym uśmiechem i przepraszającym wzruszeniem ramion.- Tonę jak kamień. Wybacz - wyjaśniła. Gdyby się postarała, mogłaby utonąć w kałuży, bo po dziecięcych doświadczeniach z wodą nie ciągnęło jej do nauki pływania. Poza tym - była prawie pewna, że cierpiała na wszystkie możliwe rodzaje choroby morskiej i niespecjalnie chciała testować prawdziwość tego przekonania. W zupełności wystarczyło, że z podejrzliwością patrzyła na wszystkie chybotliwe kładki nad potokami sięgającymi jej lekko powyżej kostek a drewniane pomosty nad jeziorami były wielkim "no-no". Gdyby tak pomyślała, okoliczności ich spotkania przez to były jeszcze bardziej ironiczne. Kochała wodę, ale nie była to łatwa miłość.
- Tajemniczo - uśmiechnęła się nieznacznie, sięgając ręką do kieszeni, żeby wyjąć z niej pieniądze, ale zatrzymując się w pół ruchu, kiedy Alexander ją w tym wyprzedził. - Dzięk...uję - nie brzmiała na specjalnie przygotowaną na to, co zrobił. Tak właściwie - była wdzięczna, ale zmieszana i dokładnie tak brzmiała, utrzymując uśmiech na twarzy, chociaż czuła się trochę głupio. Szczęśliwie ruszyli w kierunku stolika, przy którym kolejnym uśmiechem podziękowała za ten jakże szarmancki gest, siadając na krześle i przez chwilę wpatrując się w kwiatki.
- Słodka herbata z kwitnącego groszku. Wygląda jak wieczorne niebo, smakuje jak... jak chmurka - westchnęła, mimochodem patrząc na zachmurzone niebo za oknem i te wątłe przebłyski błękitu pomiędzy siwym klębiskiem chmur i deszczu. Brakowało jej przejrzystego nieba, jasnego słońca i pierzastych obłoków o nieregularnych, czasami nawet całkiem zabawnych kształtach. Nie miała nic przeciwko deszczowej pogodzie - wtedy mogła nosić swoją ulubioną kolorową parasolkę, odnosząc wrażenie, że na ułamek sekundy zawiesza się na niej w powietrzu, gdy skakała przez kałuże. Mimo to, o ile weselej byłoby dzisiaj w szpitalu, gdyby korytarze wypełniało ciepłe, pogodne światło słoneczne. Ida miała wrażenie, że dobra pogoda rozwiązywała wiele problemów - przynajmniej te, które dało się odeprzeć odrobiną optymizmu. Dokładnie tego, którego coraz bardziej brakowało ludziom w jej otoczeniu i czasami samej Idzie, chociaż do tego ostatniego było trudno się przyznawać. - Ale nie widziałam jej tu od dawna - dokończyła po chwili przerwy, wracając spojrzeniem do Alexandra. Nie potrzebowali tu tej melancholii - i tak zbyt często im towarzyszyła, a przecież nie chodziło o nic poważnego. To była herbata. Tylko kolorowa herbata. Nic więcej, ale z jakiegoś powodu wydawała się ważna. Zupełnie tak, jakby jej zniknięcie coś zwiastowało - trudniejsze czasy, odejście przeszłości, a może żadną z tych rzeczy i jutro miała zagościć pod zwyczajową trzynastką.
- Yhy - potwierdziła zamyślonym kiwnięciem, przez chwilę zastanawiając się nad tym, co mogłaby dodać. - Inne kręgi towarzyskie - - dopowiedziała, zbytnio się nie rozgadując, bo tak właściwie, to nie miała bladego pojęcia, z kim z Munga trzymał się Alexander. Nigdy nie zauważyła go w czyimś towarzystwie - przynajmniej nie na dłużej i bez związku ze stażem, ale to nie znaczyło, że miała go za odludka. Po prostu nie rzuciło jej się to w oczy, bo... rzeczywiście - nie znali się. Praktycznie ani trochę. Nawet teraz była w stanie powiedzieć o nim tylko to, jaką herbatę prawdopodobnie lubił. Szczególnie, że całą niewygodną resztę zamierzała pominąć zgodnie z ich umową, więc... tak. Był wyjątkowo smutnym, lubiącym herbatę człowiekiem o melancholijnych oczach nasuwających Idzie na myśl doga niemieckiego. Ze stażu wnioskowała, że byli w podobnym wieku. Z plotek, pogłosek i potwierdzonych wiadomości - że nie był tym, kim był wcześniej. To nadal było niewiele.
- Widzisz tam coś ciekawego? Za oknem - spytała, zauważając, że wpatrywał się w nie przez większą część ich rozmowy.
Ida Lupin
Zawód : Uzdrowicielka w lecznicy Farleya
Wiek : 22
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Zaręczona
The rest is confetti.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Półwila

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t9502-ida-lupin https://www.morsmordre.net/t9578-burzuj#291578 https://www.morsmordre.net/t9588-zycie-jest-jak-pudelko-fasolek#291631 https://www.morsmordre.net/f223-dolina-godryka-kurnik
Re: Szpital Świętego Munga, 9 XI 1956 [odnośnik]26.03.21 23:00
Prychnął tylko na kolejny z żartów, tym razem jednak czując się nie do końca komfortowo. O rybach jeszcze był w stanie żartować, jednak kwestia samego wspomnianego wprost tonięcia wywołała u niego nieprzyjemny ucisk za mostkiem i odwrócenie wzroku. Tak, to była jednoosobowa misja. Był sam przeciwko sobie i choć potrzebował się na kimś oprzeć to walka wciąż była jego i nikogo innego. Bił się o to z myślami, między innymi o to, w czasie ich krótkiej wędrówki po schodach. Nie zdawał sobie sprawy z tego, że i dla panny Lupin morskie przestrzenie nie były łatwym tematem do dywagacji, bo skąd by miał? Później zresztą zaprzątnęła go herbata i niepewne podziękowania Idy, na które odpowiedział niewymuszonym, choć nie za szerokim uśmiechem.
Przyjemność po mojej stronie – powiedział, eskortując ją do stolika, przy którym zamierzał spędzić resztę przerwy, mając nadzieję, że nie odstraszy Idy w międzyczasie jakimiś zbyt markotnymi słowami czy zachowaniem. Teraz jednak na jej opis naparu zaczynał uśmiechać się coraz szerzej, na moment pozwalając sobie docenić te niewyszukane porównania do codzienności, nad którą rzadko kiedy miał się czas pochylić i pozachwycać.
Często kosztujesz chmur? – zapytał nieco rozbawiony, zastanawiając się, jaką to odpowiedzią zaskoczy go tym razem. Była w tym temacie nieprzewidywalna, tak samo jak fluktuacje nastrojów Farleya. Łatwo mu było popaść w smętne klimaty, co nietrudno była zauważyć przy zmianie tonu rozmowy, który choć pozostawał lekki to zahaczał o kwestie, które w zależności od tego jak się potoczą z ich ust słowa mogły zaprowadzić ich w dość grząskie grunty. – Pewnie wiedziałbym czy często czy nie, gdybyśmy obracali się w bardziej zbliżonych kręgach – stwierdził oczywistość, w myślach po cichu dodając: szkoda. Może gdyby miał tu w Mungu bliższych znajomych, gdyby kiedyś poświęcił czas na zacieśnianie relacji to może nie byłoby mu tu tak trudno po, niejako, powrocie? Może teraz tak jak Ida miałby kogoś pokroju Agathy i Betty, z kim każdy kolejny dzień byłby nieco bardziej znośny, kiedy jego byt wydawał się tak ciężkim?
Przywołany pytaniem spojrzał znów na pannę Lupin, mając nadzieję, że nie zachowywał się nieuprzejmie tym uciekaniem spojrzeniem ku szybie.
Niespecjalnie ciekawego, choć to zależy od tego, co uznasz za ciekawe. Jeżeli sądzisz, że takimi są krótkie trasy kropli po szybie w dół, niemożliwe do odtworzenia przez jakąkolwiek inną kroplę w całkowicie dokładnym odwzorowaniu to wtedy owszem, widzę coś ciekawego – odparł, przerywając na moment i unosząc wzrok na tacę, która podleciała do ich stolika. Pomiędzy nimi znalazły się dwa czajniczki dymiące wonnymi parami naparów, oraz dwie filiżanki na spodkach z podstawowym zestawem herbacianych dodatków. Alexander powiódł jednak znów wzrokiem do Idy, tym razem ignorując całkowicie swój poprzedni obiekt zainteresowania, którym było okno. – Na dobrą sprawę jest to po prostu widok powtarzalny i kojący, rzekłbym... hipnotyzujący – powiedział, przechylając nieco głowę i przyglądając się jej znad uniesionych kącików ust. Zaraz jednak poruszył się i skupił się na dzbanuszku, w którym znajdował się zamówiony przez niego napar. Spróbował ująć go w dłonie, jednak lewa prędko cofnęła się kiedy bardziej wrażliwa na nagłe zmiany temperatury bliznowata skóra zetknęła się z gorącem. Alexander jednak tylko ściągnął brwi i zmienił układ rąk, lewą łapiąc za uszko, zaś prawą przytrzymując w wyuczonej i dość eleganckiej manierze pokrywkę. Zaraz herbata popłynęła strumieniem do filiżanki, jednak jej kolor nie był standardowy: była niebieska.
Ponadto – ciągnął po napełnieniu filiżanki i odstawieniu czajniczka na bok – rzadko kiedy zdarza się deszcz z przebłyskami słońca. Taki pogodowy śmiech przez łzy, nie sądzisz? – zapytał, na moment odlatując znów oczami ku szybie, prędko jednak powracając do swojej rozmówczyni. Kiedy jednak się odezwał to całkowicie zmienił temat. – Myślisz, że nie jest za późno żeby spróbować trochę się poznać? O ile nie masz nic przeciwko, nie chciałbym się narzucać – dodał prędko, zdając sobie sprawę z tego, że niekoniecznie panna Lupin może mieć ochotę na bliższe poznanie nieco szalonego chłopaka lubującego się w spacerach po mostach.


Alexander Farley
Zawód : Uzdrowiciel
Wiek : 22
Czystość krwi : Zdrajca
Stan cywilny : Zaręczony

Alex, you gotta fend for yourself

OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Metamorfomag
Szpital Świętego Munga, 9 XI 1956 9545390201fd274c78230f47f1eea823
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t927-alexander-farley https://www.morsmordre.net/t999-fumea https://www.morsmordre.net/t937-lubisz-moze-teatr#4917 https://www.morsmordre.net/f223-dolina-godryka-kurnik https://www.morsmordre.net/t3768-skrytka-bankowa-nr-277 https://www.morsmordre.net/t979-a-selwyn#5392
Re: Szpital Świętego Munga, 9 XI 1956 [odnośnik]27.03.21 17:49
Zazwyczaj nie poświęcała dużej uwagi brzmieniu cudzych słów. Wolała obserwować postawę rozmówcy i to, co przekazywał ciałem - miną, drganiem mięśni, mimowolnymi ruchami palców i całą resztą. Wbrew wcześniejszemu czepianiu się słówek, w tym momencie też tak robiła. Obserwowała Alexandra kątem oka, starając się zgadnąć, co kryło się pod tą uprzejmą, kulturalną, ale trochę wycofaną postawą.
- Nie uważasz, że to bardzo kuriozalne - to, jak bez zastanowienia mówimy, że wydawanie pieniędzy na kogoś, kogo możemy więcej nie spotkać sprawia nam przyjemność? - spytała z zamyśleniem, może bardziej zadając pytanie samej sobie niż rozmówcy. Nie chciała wprawić go w zmieszanie. Po prostu czasami tak miała. Myślała na głos, nie zastanawiając się nad wypowiadanymi słowami, o słodka ironio. Otwierała usta, marszczyła czoło i brwi, posyłając pełne zastanowienia spojrzenie w przestrzeń przed sobą - zupełnie tak, jakby szukała tam tych niewypowiedzianych słów. Bo przecież unikanie się wzajemnie było w tym wypadku całkowicie naturalne - nie miałaby mu tego za złe i wciąż byłaby wdzięczna za herbatę. Szkoda tylko, że nie tę, o której powrocie do sprzedaży marzyła.
- Każdego lata - odpowiedziała, unosząc kąciki ust. Faktycznie - to brzmiało zabawnie, trochę absurdalnie i dziecinnie, ale nie przykładała do tego tyle uwagi, żeby przejmować się tym, co teraz sobie o niej pomyślał. "Kosztowanie chmur" było jednym z najlepszych wspomnień, jakie miała z dzieciństwa. Kiedy dorosła, myślała, że już nigdy tego nie doświadczy, ale obecność małego, pełnego życia dziecka w rodzinie pozwoliła Idzie odtworzyć tę część młodości. Chciała, żeby Christa też miała do czego wracać, gdy czasy zrobią się cięższe. - Prawdopodobnie tak, ale to nie coś, co całkiem przepadło - wzruszyła ramionami. Dopóki oboje żyli i potrafili rozmawiać, nie istniały rzeczy, o których nie dało się powiedzieć i wspomnienia, których nie można było opisać. Co prawda, te ostatnie były dosyć okrojone w przypadku Alexandra, ale to też nie stanowiło aż tak dużej przeszkody. Wszystko było kwestią rozmowy - może tylko trochę głębszej niż ta, którą właśnie prowadzili.
- Och! - rzuciła, ignorując pojawienie się tacy przy ich stoliku, bo to, co powiedział mężczyzna, wzbudziło w niej coś na kształt zachwytu. Nieczęsto słyszała podobne słowa. - Rzeczywiście. Wyścigi kropli są naprawdę hipnotyzujące - energicznie pokiwała głową. Kiedy miała na to czas, lubiła śledzić bieg wody po szybie - te wszystkie zaskakujące zmiany toru płynięcia, łączenie się kropelek, wpływ powiewów wiatru albo drgania przezroczystej powierzchni, po której czasami bębniła opuszkami palców.
- Po takim deszczu powstają najładniejsze tęcze - uśmiechnęła się łagodnie, kiwając głową. To mogło zabrzmieć tak, jakby mu coś sugerowała albo starała się zabrzmieć tak, żeby podnieść go na duchu i rzeczywiście - dokładnie tak było. Wątpiła, że mogło wiele zmienić w jego podejściu, ale to nie znaczyło, że nie było warto spróbować. Szczególnie po propozycji, jaka padła z ust Alexandra, odrobinę ją zaskakując, bo spodziewała się, że prędzej nie zechce mieć z nią zbyt wiele do czynienia, żeby nie rozdrapywać świeżych wspomnień z tamtej nocy.
- A więc - Ida. Po prostu Ida. Ciężko stworzyć z tego coś więcej - powiedziała zamiast bezpośrednio odpowiadać na któreś z pytań. - Jestem średnim dzieckiem, mam starszego brata, mój ojciec jest emerytowanym uzdrowicielem a z kolorów najbardziej lubię... hm... tęczowy - uśmiechnęła się figlarne, rozkładając ręce nad płaszczyzną blatu i parującą herbatą - bo trzeba mieć nie po kolei w głowie, żeby selekcjonować kolory od najlepszego do najgorszego - to było ryzykowne twierdzenie, ale zamierzała przyjąć każdy rodzaj sprzeciwu. Nie wszyscy byli tak otwarci względem równości kolorów. Większość widziała świat tylko w szarych, ponurych barwach, kiedy tak naprawdę wszystko miało swój wyjątkowy odcień - nawet zaskakująco niebieska herbata w filiżance mężczyzny.
Ida Lupin
Zawód : Uzdrowicielka w lecznicy Farleya
Wiek : 22
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Zaręczona
The rest is confetti.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Półwila

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t9502-ida-lupin https://www.morsmordre.net/t9578-burzuj#291578 https://www.morsmordre.net/t9588-zycie-jest-jak-pudelko-fasolek#291631 https://www.morsmordre.net/f223-dolina-godryka-kurnik
Re: Szpital Świętego Munga, 9 XI 1956 [odnośnik]28.03.21 16:56
Prawa brew Farleya powędrowała po czole ku górze, a bystre spojrzenie skupiło się na czarownicy z uwagą. Jej głośne przemyślenia odebrał jako zaproszenie do tego aby i samemu podzielić się z resztą świata tym, co kłębiło się pod tą kędzierzawą czupryną.
Czyli z góry zakładasz, że się więcej nie spotkamy? Mimo wszystko byłoby ciężko, pracujemy w jednym szpitalu – odparł nieco zaczepnie, zaraz jednak zamyślając się. – Ale podążając tym tropem myślowym: sądzę, że to nie chodzi tylko o wydawanie pieniędzy w tę nieznajomość, a raczej o tego skutki – stwierdził w końcu, przechylając głowę w drugą stronę. – Czujemy się dobrze z tym, że zrobiliśmy dla kogoś coś miłego. Przez chwilę patrzymy na siebie przez pryzmat tego objawu bezinteresowności względem dóbr materialnych i napawamy się własnym altruizmem, który w takim ujęciu jest po prostu najbardziej pożyteczną społecznie formą egoizmu – stwierdził, opadając głębiej w krzesło i opierając się o podłokietniki, a na jego usta wstąpił uśmiech. – Możesz śmiało nazwać mnie egoistą, w tym przypadku uznam to za komplement. O i widzisz, jeszcze więcej korzyści dla ego z jednej herbaty – rzucił pół żartem, pół serio, swoimi słowami w pewien sposób puszczając do niej oczko. Jego zachowanie wynikało jednak w dużej mierze z przyzwyczajenia i tego jak to już w społeczeństwie było ułożone: chcąc nie chcąc za jego szarmancją, kierowaną u niego tylko i wyłącznie chęcią zachowania się uprzejmie, kryły się wieki patriarchalnej tradycji.
Za wszystkim zresztą skrywało się drugie dno: Alexander już dawno temu przestał przyjmować wszystko na pierwszy rzut oka i równie pierwsze wrażenie. Dało się w ten sposób pozyskać tylko okruchy rzeczywistości, po których śladzie tylko wytrwali byli w stanie dotrzeć do sedna.
Każdego lata? – powtórzył po niej jak echo. – Mogłabyś mi to wyjaśnić? – zapytał zaraz, wyraźnie zaciekawiony. Nie mogła w końcu mówić o faktycznym kosztowaniu chmur, musiało być to porównanie inkluzywne dla niej, tym samym całkiem niezrozumiałe dla niego. Mimo wszystko nie był jednak w stanie powstrzymać wizji lecącej przez chmury Idy, która od czasu do czasu dłonią zagarniała nieco tego osobliwego przysmaku, przez co jego oblicze się nieco rozchmurzyło. Tak jak potrafiło zahipnotyzować atakowane deszczem okno, tak samo zaczynała pochłaniać go bez reszty rozmowa, która się między nimi wywiązała. Zdawał się jednak mniej w niej zanurzony niż Ida, bo jeszcze zwracał uwagę na to co działo się w ich najbliższym otoczeniu, a po nalaniu herbaty do swojej filiżanki zauważył, że panna Lupin nie wykonała żadnego ruchu w tym kierunku. Słuchając jej złapał więc za drugi z czajniczków, napełniając także i czarkę należącą do czarownicy. Jej przedstawienie się wywołało u niego kolejny rozbawiony uśmiech, który wtłaczał życie w generalnie zmęczone rysy czarodzieja.
Czemu zaraz od najlepszego do najgorszego, przecież żaden nie musi być zły – niby się oburzył, jednak robił to żartobliwie. – W takim razie jestem Alexander, Alex, Lex, Xander, cokolwiek wymyślisz – machnął dłonią, nie było to w końcu jakieś wybitnie istotne – i według twojej definicji mam nie po kolei w głowie, bo choć nie uważam, że są złe kolory to mam w tym temacie preferencje o odcieniach pomarańczu i błękitu – odparł, po czym sięgnął po filiżankę i do swoich jakże barwnych słów dodał dystyngowany, nieco przerysowany gest eleganckiego picia herbaty z filiżanki. Jak na jego gust była jeszcze ciut za ciepła, ale nie była już wrzątkiem. – Moja rodzina jest skomplikowana – dodał, odstawiając filiżankę znów na spodek – dorastałem jako jedynak, ale mój kuzyn Archibald jest kimś na wzór mojego starszego brata, którego nigdy nie miałem, a dla kuzynek byłem ulubioną lalką – wypiął dumnie pierś, nie mając pojęcia gdzie podział się ten ciężar przygniatający jego ciało, umysł i ducha jeszcze pół godziny temu. – Uczyłem się w Beauxbatons i choć mógłbym być pianistą to na przekór tradycjom politycznym Selwynów od małego chciałem zostać uzdrowicielem, jak Archibald i wielu z rodziny mojej matki – powiedział następnie, tym razem już nieco poważniej. Nie była to wiedza tajemna, jednak nieco dziwnym i poniekąd wyzwalającym było z kimś w taki sposób porozmawiać. Nie była to wiedza tajemna co jej opowiadał, jej ujawnienie nic by mu nie zrobiło gdyby do kogoś dotarła i samo to nie przejmowanie się swoimi słowami było czymś, co właściwie nie pamiętał jak smakuje. Tutaj nie był Gwardzistą, tu był po prostu Alexandrem, którym czasami zapominał jak było być; czy w ogóle pozostawało w nim coś poza walką.


Alexander Farley
Zawód : Uzdrowiciel
Wiek : 22
Czystość krwi : Zdrajca
Stan cywilny : Zaręczony

Alex, you gotta fend for yourself

OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Metamorfomag
Szpital Świętego Munga, 9 XI 1956 9545390201fd274c78230f47f1eea823
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t927-alexander-farley https://www.morsmordre.net/t999-fumea https://www.morsmordre.net/t937-lubisz-moze-teatr#4917 https://www.morsmordre.net/f223-dolina-godryka-kurnik https://www.morsmordre.net/t3768-skrytka-bankowa-nr-277 https://www.morsmordre.net/t979-a-selwyn#5392
Re: Szpital Świętego Munga, 9 XI 1956 [odnośnik]28.03.21 21:25
- Zaskoczyłoby cię, ile można zrobić, żeby kogoś uniknąć - odpowiedziała z uśmiechem, chociaż trochę bardziej gorzkim niż te wcześniej. Normalnie mijanki były całkiem zabawne. Ida pamiętała próby podejmowane przez Betty w celu uniknięcia bardzo upartego pracownika sprzątającego korytarze Munga i to jak śmiesznie to wyglądało. Niestety, jednocześnie pamiętała również o własnych staraniach związanych z nieco mniej pociesznymi okolicznościami, przez które na własnej skórze przekonała się, że nawet w takim małym miejscu można było znaleźć drogę ucieczki. Aczkolwiek nie było to coś, o czym chciałaby mówić (ani teraz, ani kiedykolwiek), więc wzruszyła ramionami i posłała Alexandrowi szerszy uśmiech. - Chociaż założę się, że im bardziej staralibyśmy się unikać, tym częściej byśmy na siebie wpadali, więc może nie kuśmy losu - mogli trochę porozmawiać, wypić herbatę i rozejść się w porozumieniu, żeby w przyszłości kiwać do siebie głową na korytarzach szpitala. To nie było takie trudne. Wbrew wcześniejszym słowom, które mogły zabrzmieć nadmiernie racjonalnie, Ida doceniała te przejawy kultury. Być może tym bardziej dlatego, że zazwyczaj nie były tak szczere jak w przypadku Farleya - a przynajmniej tak pomyślała, zanim wyskoczył z analizą egoistyczności fundowania komuś herbaty. Pokręciła głową, wyraźnie rozbawiona takim pociągnięciem dyskusji. A to zdecydowanie nie był koniec.
- Och, nie dosłownie - pokręciła głową, zakładając sobie kosmyk włosów za ucho i mimowolnie sięgając po serwetkę z pojemniczka na stoliku. - To taki zwyczaj. Zaczepiamy watę cukrową na drzewie i próbujemy dosięgnąć do niej z huśtawki, żeby urwać kawałeczek zanim znajdziemy się na dole - wyjaśniła, przypominając sobie poprzednie lato. Była starsza, nie była już dzieckiem i nie patrzyła na świat w taki sposób jak kiedyś, ale zabawy na zewnątrz nadal sprawiały jej frajdę. To Ida była tą osobą, która uparła się uporządkować ogródek, posadzić tam nowe rośliny, naprawić huśtawkę, którą naruszył ząb czasu. Teraz to było jej zadanie - jej ogród, w którym mogła siedzieć w bielonym, słomkowym kapeluszu, przyglądając się naturze. Żałowała, że miała na to tak mało czasu a pogoda coraz mniej sprzyjała długiemu przebywaniu na zewnątrz. Całe szczęście, wewnątrz było naprawdę miło - nawet jeśli na chwilę zapomniała o herbacie, na którą przyszła i dopiero odgłos nalewania naparu do filiżanki sprawił, że spojrzała w tym kierunku, kiwając głową z milczeniem.
- Jeśli tak to przedstawiasz, jestem skłonna wybaczyć ci kolorystyczną ignorancję - stwierdziła poważnie, patrząc na niego z uwagą. - Dlaczego akurat pomarańcze i błękity, Alex, Lex, Xander, Alexander, cokolwiek wymyślę? - te kolory kojarzyły się z wakacjami - słońcem, bezchmurnym niebem, morskimi falami na plaży, mewami skrzeczącymi nad głową. W pierwszej chwili powiedziałaby, że nie pasowały do tego, kto siedział po drugiej stronie stolika. W drugiej chciała wiedzieć, co sprawiło, że nie wybrał kolorów kojarzących się ze światem, w którym się wychował - złota, srebra, granatu, nasyconej zieleni, głębokiego brązu. Błękity i pomarańcze były takie subtelne i delikatne, tak bardzo tam nie pasowały - może dlatego? Parsknęła rozbawiona, obserwując ruch filiżanki i minę mężczyzny, ale wewnątrz nadal usiłowała skleić fragmenty układanki.
- Obiło mi się o uszy - bąknęła, bo ukrywanie tego faktu byłoby całkowicie bzdurne. Powiedziałaby nawet, że jeszcze gorsze od przyznania, że słyszała to i owo o nim i jego rodzinie - i że nie były to zbyt pozytywne rzeczy. Jasne, mogłaby udawać kogoś, kto zawsze stronił od wszelkich plotek, ale jej bliska znajomość z Betty i Agathą raczej temu przeczyła. Ida była tylko człowiekiem. Oczywiście, że słuchała i w tym konkretnym momencie zastanawiała się, jak brzmiała jego wersja tego, o czym mówili ludzie. Była tylko na tyle taktowna, że postanowiła w to nie wnikać, przy okazji zajmując dłonie darciem papierowej serwetki na drobne kawałeczki. - Powiedziałabym, że prawdziwi starsi bracia - tacy, których masz na co dzień, są trudni - uniosła kąciki ust, ciągnąc - ale bez nich byłoby nudno. Robiliście dużo nierozsądnych rzeczy? - spytała, nagle wracając do tej części tematu, w której wspominał o swoim dzieciństwie. Mimo mnogości dobrych wspomnień, nie lubiła rozmawiać o własnym, więc powrót do słuchania opowieści Alexandra był dla niej tak naturalny jak to, co powiedziała mimochodem. - Nie dziwię im się. Masz ładne włosy. Trochę jak Benji. Wiązałam mu na nich kokardki, kiedy byliśmy mali - powiedziała, jakby to tłumaczyło absolutnie wszystko - od tego, kim był Benji po to, dlaczego czuła się zupełnie naturalnie z komplementowaniem cudzej fryzury. Skoro można to było robić w przypadku kobiet, czemu nie w drugą stronę. - Niech to sobie poukładam. Uzdrowiciel-buntownik z duszą artysty? Interesujące - uniosła brwi, posyłając mu zaciekawione spojrzenie. - A ta specjalizacja?

[bylobrzydkobedzieladnie]
Ida Lupin
Zawód : Uzdrowicielka w lecznicy Farleya
Wiek : 22
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Zaręczona
The rest is confetti.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Półwila

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t9502-ida-lupin https://www.morsmordre.net/t9578-burzuj#291578 https://www.morsmordre.net/t9588-zycie-jest-jak-pudelko-fasolek#291631 https://www.morsmordre.net/f223-dolina-godryka-kurnik
Re: Szpital Świętego Munga, 9 XI 1956 [odnośnik]30.03.21 20:31
Jej gorzki uśmiech wywołał równie gorzkie widmo tego gestu na jego twarzy, po czym westchnął i tylko kiwnął jej głową: zdawał sobie sprawę. Wiedział jak wiele energii można było włożyć w to by kogoś unikać, jak sam wielokrotnie lawirował pomiędzy korytarzami i gabinetami, ile to razy w rozmowach musiał uważać aby nawet o kimś nie wspomnieć, jakby samym tym był w stanie przywołać kogoś w swoje pobliże. Zwłaszcza kiedy mieszkał jeszcze z rodziną, ukrywając przed wszystkimi swoje sekrety, umykając z pałacu, zasłaniając się obowiązkami, które były zgoła inne od tego, co mogli wyobrażać sobie jego bliscy. Praca uzdrowiciela, jako ta niezwykle wymagająca pod kątem czasu i energii była idealnym wręcz parawanem osłaniającym jego rzeczywiste poczynania.
Zaśmiał się bardzo cicho i krótko na jej wnioski, raz jeszcze przyznając jej rację.
Pewnie nie moglibyśmy się uwolnić od swojego widoku do tego stopnia, że i tak znaleźlibyśmy się razem na tej herbacie, tyle że w bliższej bądź dalszej przyszłości – stwierdził, zastanawiając się nad tym czy, a raczej kiedy byłby na tyle zdesperowany by listownie poprosić Juliena aby zapytał kart o pannę Lupin. – Wątpię, by ta sprawa dała mi spokój – stwierdził ostatecznie z miną wskazującą na to, że już przerabiał coś podobnego. Zresztą załatwienie męczących go spraw bezpośrednio i jak najszybciej niezwykle ułatwiało życie, które i tak było już dostatecznie przez niego i resztę świata skomplikowane. Jeszcze tego brakowało aby Alexander zwykłym dziecięcym uporem dokładał sobie absorbujących jego uwagę elementów.
Na jego usta zaczął za to wstępować kolejny prawdziwy, niewymuszony uśmiech. Wata cukrowa na gałęziach drzewa... Było w prozaice tej sceny coś, co czyniło ją całkowicie nieprozaiczną, wyjątkową. Budziło w nim to tęsknotę za normalnością i wszystkim tym, czego nie poznał i co go ominęło. Przez myśl przemknęło mu tylko, że przy domu też miał huśtawkę, która zwisała z gałęzi na skraju lasu. Nie, nawet o tym nie myśl, jesteś dorosły, odezwał się gdzieś w głębi jego świadomości głos, a Farley westchnął tylko cicho. Mimo to nie przestał się całkowicie uśmiechać, wciąż oczarowany wizją roztoczoną przez Idę. – Nie spodziewałem się takiej odpowiedzi, ale satysfakcjonuje mnie bardziej niż mógłbym się tego spodziewać – stwierdził, a choć bał się wyciągać pochopne wnioski z tak niewielkiej ilości informacji to zaryzykował stwierdzenie, że dzieciństwo Idy zdecydowanie miało piękne chwile warte wspominania. On jednak nie miał za wiele w pamięci, więc może tak właściwie jego wcześniejsza myśl o huśtawce nie była aż tak oderwana? Może po prostu potrzebował nadgonić nieco straconych lat i może w ten sposób też sobie pomóc?
Przez chwilę zastanawiał się czy nie spróbować zapytać jej o coś jeszcze, o jakiś inny fragment szczęśliwych urywków z dzieciństwa, lecz powstrzymał się przed tym. Nie chciał być nachalny ani wścibski, stłumił więc w sobie te chęci i pozwoli rozmowie przepłynąć dalej.
Dziękuję za okazaną mi łaskę, o pani – skłonił się, wciąż siedząc przy stole. – Twe wybaczenie jest dla mnie cenniejsze niźli pół, a nawet całe królestwo – oznajmił, z dramatycznym wyrazem twarzy przykładając dłoń do piersi. Zaraz jednak wyszczerzył się krótko i upił z filiżanki kolejny łyk. – Pomarańcz jest ciepły, jak ogień buzujący w kominku lub zachodzące słońce, a błękit po prostu dobrze mi się kojarzy, może przez szkołę, komfortowo się z nim czuję – wzruszył ramionami. – Nie masz jakiegokolwiek koloru, który kojarzyłby ci się najlepiej, po-prostu-Ido? Bez oceniania, uporządkowywania, po prostu bazując na tym, jak silnie do ciebie przemawia, oddziałuje na ciebie? – niestrudzenie nie chciał odpuścić tego tematu, nie do końca wierząc w to, że naprawdę, ale to naprawdę żaden kolor nie sprawiał, że czuła się tak, jakby świat się do niej nieco uśmiechał. Naprawdę nic nie budziło w niej wyjątkowo ciepłych wspomnień? – A może za każdą z barw kryje się u ciebie jakaś miła myśl, stąd to odrzucenie koncepcji posiadania ulubionego koloru? – drążył dalej, naprawdę zaintrygowany tym, co kryło się za jej tokiem myślowym: ludzie przecież słynęli z oswajania elementów świata, w tym nieożywionego, musiał więc istnieć jakiś powód. Może po prostu go nie odkryła? A może po prostu przesadzał z tym doszukiwaniem się ukrytych motywów i nie za wszystkim musiały się one kryć?
Zwrócił uwagę na jej dość ostrożną reakcje na wspomnienie jego rodziny, wyczuwając w tym grząski grunt. Choć nie lubił plotek na jego temat to nie próbował w jakikolwiek sposób ich komentować czy podważać, po prostu pozostawiając je samym sobie. Ludzie snuli swe domysły i zawsze snuć je będą, toteż nie zamierzał nikogo oceniać jeżeli gdzieś się z nimi zetknął. Co innego czy w nie wierzył...
Spojrzenie skupił na jej dłoniach, które z uporem rozdzierały serwetkę na coraz drobniejsze fragmenty, samemu palcem odnajdując rant spodka pod filiżanką, delikatnie suwając po nim opuszką paca raz w jedną, a raz w drugą stronę.
Archibald, ten którego znasz jako uzdrowiciela Prewetta z zatruć eliksiralnych, jest ode mnie osiem lat starszy. Kiedy byłem już dostatecznie duży na czynienie nierozsądnych rzeczy z rozmysłem i buntowniczą premedytacją, od niego wymagano nie czynienia takich głupstw – odparł całkiem neutralnie i spokojnie, jednak na kolejne jej słowa odpowiedzi już nie znalazł. Spojrzał na nią nieco zaskoczony, dłonią mimowolnie przeciągając przez skomplementowane właśnie włosy. Całkowicie się tego nie spodziewał, rzadko kiedy ktoś komplementował go w ten sposób. Owszem, przyjmował komplementy kiedy ktoś gratulował mu jego umiejętności, osiągnięć, ale nie urody. Spojrzał zaraz na idę nieco inaczej, bo ruszyło go to, że ja pewnie pierwsze co to chwalono za wygląd, który...
Oderwał znów od niej oczy, prędko ukrył swój tok myślowy uśmiechając się i zerkając na zwoją filiżankę. – Dziękuję. Ale tak, miały ze mną sporo zabawy – stwierdził, nie przyznając się do tego, że na myśli miał jeszcze fakt swojej metamorfomagii, którą starał się nie przechwalać na prawo i lewo: nie chciał aby był to powszechnie znany fakt. – Benji jak Benjamin, twój brat jak rozumiem? – ryzykując spojrzenie na nią upewnił się jeszcze tylko, choć był prawie pewien, że tak właśnie było. Nie do końca rozumiał czemu przed chwilą aż tak się speszył, lecz wolał tego teraz nie roztrząsać. Co mu zresztą ułatwiała, kolejną piłeczkę odbijając mu z niezwykłą łatwością.
Beauxbatons zaczynasz o rok wcześniej niż Hogwart właśnie po to by wychowankowie Akademii poza kompetencjami magicznymi posiadali także umiejętności w dowolnie wybranej przez siebie dziedzinie sztuki. Artysta-buntownik to już nie takie odległe połączenie, nie sądzisz? – uśmiechnął się przelotnie, zaraz jednak wzdychając ciężko i spoglądając znów na szybę, w którą bębniło coraz mniej kropel. – Uzdrowicielstwo jest czymś co wybrałem samodzielnie, to była całkowicie moja decyzja. Magipsychiatria zaś pomaga zrozumieć ludzi, także tych, których nikt inny nie może pojąć – uśmiechnął się bardzo smutno, szaroniebieskie oczy przenosząc znów na pannę Lupin. Nie chciał jej mówić, że szukał wyjaśnienia  dlaczego jego matka postanowiła odebrać sobie życie gdy był jeszcze małym chłopcem, że chciał nie dopuścić do tego aby gdzieś taki mały Alexander musiał przeżyć to, czego doświadczył on sam. – A ty, Ido? Znalazłaś się tu z powodu ambicji ojca czy właśnie im wbrew? – zapytał, podparłszy się łokciem o stolik i jedną dłonią podtrzymując podbródek, spojrzenie całkowicie przyklejając do czarownicy przed nim, przypatrując się jej z nieskrywaną ciekawością. Intrygowała go i nie zamierzał się z tym ukrywać.


Alexander Farley
Zawód : Uzdrowiciel
Wiek : 22
Czystość krwi : Zdrajca
Stan cywilny : Zaręczony

Alex, you gotta fend for yourself

OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Metamorfomag
Szpital Świętego Munga, 9 XI 1956 9545390201fd274c78230f47f1eea823
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t927-alexander-farley https://www.morsmordre.net/t999-fumea https://www.morsmordre.net/t937-lubisz-moze-teatr#4917 https://www.morsmordre.net/f223-dolina-godryka-kurnik https://www.morsmordre.net/t3768-skrytka-bankowa-nr-277 https://www.morsmordre.net/t979-a-selwyn#5392
Re: Szpital Świętego Munga, 9 XI 1956 [odnośnik]02.04.21 21:58
- Nawet teraz? - spytała łagodnie, dużo bardziej miękko i na swój sposób dyskretnie. Tak, na pewno wylądowaliby na tej herbacie. Lepiej teraz niż w dalszej przyszłości, w której oboje najpewniej podchodziliby do siebie z narastającym dystansem. Nadmierne myślenie o stresujących chwilach i tłumienie w sobie tego lęku było najprostszą drogą do niewłaściwego nastawienia - dlatego cieszyła się, że mogli to rozwiązać w inny sposób, nawet jeśli ta drobna uwaga trochę ją zmartwiła. Prośba o zaufanie w tak drażliwej sprawie, gdy praktycznie się nie znali, była czymś naprawdę dużym, ale chyba oboje tego potrzebowali. Nie tylko Alexander musiał zdać się na jej obietnicę. Ida też na swój sposób mu zawierzała - w to, że cokolwiek się stanie i czy ona będzie akurat w okolicy, ta sytuacja więcej się nie powtórzy. Rozsądne byłoby zgłoszenie tego, dopilnowanie, ale nie chciała niszczyć mu przyszłości. Dokładnie tak samo jak nie chciała mieć nikogo na sumieniu, czując, że mogła zainterweniować w bardziej poważny sposób, zanim stało się najgorsze. Musieli zbudować nić porozumienia... a opowiastki z przeszłości brzmiały jak dobry punkt zaczepienia.
- Bo brzmi tak, hm - zamyśliła się, poszukując właściwych słów, bo żadne z tych, o których myślała nie wydawało się odpowiednie - nietypowo? Fantazyjnie? Absurdalnie? - posłała mu uśmiech, unosząc brwi w oczekiwaniu na odpowiedź, która nie była dla niej aż tak ważna jak interesująca. Próbowała rozgryźć tok myślenia, który kotłował się w jego głowie. Co było tak satysfakcjonujące w czyjejś opowieści o rodzinnych zwyczajach? Przecież każda jakieś miała. Choć może... podejrzewała, że może chodziło o jego pamięć i brakujące wspomnienia dawnych dni. Nie spytała o to. Chciała - nawet wbiła spojrzenie w twarz Alexandra, rozchylając wargi, ale wycofała się z tą samą chwilą, w której dostrzegła gest wyglądający na nerwowy. Może dlatego tak bardzo jej ulżyło, gdy usłyszała te kolejne słowa w jakże teatralnej oprawie?
- Te słowa radują me serce. Szczególnie w konieczności przekazania ci, o panie, ze wszech miar rozczarowującej wieści: nie uświadczysz tu królestwa. Ani całego, ani połowy. Nie oddam ci też ręki córki - pokręciła głową. - Więc zaiste. Przebaczenie i kobiałka truskawek w lecie to najwięcej, na co możesz liczyć - oczywiście, do lata mogli zostać dobrymi znajomymi, neutralnymi pracownikami szpitala mijającymi się na korytarzach albo odwiecznymi wrogami - choć w to ostatnie trochę powątpiewała, to wszystko było możliwe. Bezwiednie pokiwała głową, przytakując sobie na te niewypowiedziane słowa, zanim wróciła wzrokiem do Alexandra. Tak, to co mówił miało sens. Była w stanie wyobrazić sobie, dlaczego było tak jak mówił. - Ta...ak - odpowiedziała z wahaniem, mrużąc oczy w zamyślonym wyrazie. - Chociaż... nieee - trudno to było jednoznacznie stwierdzić. Miała wiele takich kolorów. Praktycznie każdy kojarzył jej się z jakimiś sytuacjami, wydarzeniami, miejscami, osobami i tak dalej. Mogłaby je wymieniać bez jakiegokolwiek końca, ale czy powiedziałaby, że któreś barwy szczególnie się wyróżniały? I tak, i nie. - To zależy od... och... praktycznie... od wszystkiego - wzruszyła ramionami, nie do końca wiedząc, jak to rozwinąć. - Od myśli, nastroju i całej reszty. Czasami jakiś kolor po prostu mi pasuje. W innym czasie nie, ale na koniec dnia to tylko... światło. A kto w tych czasach wybrzydza ze światłem? - spytała, posyłając mu spojrzenie, które aż się prosiło o podniesienie rzuconej rękawicy. Tak, nadal sugerowała, że uprawiał zaskakująco niestrudzoną segregację kolorystyczną i chociaż mu to wybaczyła, to nie miała zapomnieć. A musiał wiedzieć, że skoro zapamiętała tamtą sytuację z początku stażu, jej pamięć była w bardzo dobrym stanie.
- To brzmi - zaczęła ze zmarszczonymi brwiami, przerywając na chwilę, żeby znaleźć jak najlepsze słowo - przygnębiająco. Nikt nie powinien ci mówić, kiedy masz prawo do buntu - tak, mogła sobie mówić, że to było takie proste i zrozumiałe, ale żyła na tyle długo, żeby zrozumieć, że tylko jej się wydawało. Nawet nie musiała głęboko poznawać tamtej części magicznego świata. Wystarczyło trochę pobieżnych obserwacji wraz z wyciągniętymi na ich podstawie wnioskami. Może to brzmiało jak przesada, ale Ida miała wrażenie, że nie wytrzymałaby z tymi ludźmi dłużej niż to było konieczne. Robiła to w związku z pracą, ale definitywnie nie chciała rozszerzać swoich uzdrowicielskich usług - tak jak to robił jej ojciec zanim skupił się na lokalnej, biedniejszej społeczności, w której nie obowiązywały przestarzałe, sztywne zasady. Benji miał inne podejście - jemu nie przeszkadzała bliska współpraca z rosyjską szlachtą, ale on... był specyficznym typem człowieka.
- Yhy, starszy - przytaknęła, kiwając głową. - Skończony bubek, ale wszyscy go kochają - ona nie była wyjątkiem od tej reguły. Cokolwiek by zrobił, zawsze miała stanąć po jego stronie i wiedziała, że z wzajemnością. Mogły dzielić ich setki, nawet tysiące mil, ale odległość nie miała tak dużego znaczenia jak więź, która mieli. Mimo to nie wzbraniała się przed nazwaniem go bubkiem, bo nim był. Proste jak dwa plus dwa. Uśmiechnęła się do Alexandra, wzruszając ramionami i choć dostrzegła dziwny wyraz w jego spojrzeniu, całkowicie to zignorowała. Rozmawiali o tyłu rzeczach na raz, że nie dziwiła się tym zmiennym reakcjom. Sama także je miała - teraz unosząc kąciki ust w lekkim niedowierzaniu.
- A myślałam, że po to, żeby móc się tym przechwalać przed uczniami ze zwykłego, zupełnie standardowego Hogwartu - uśmiechnęła się przekornie, sięgając po filiżankę i upijając łyk przyjemnie gorącej herbaty. - Ale faktycznie, całkiem łatwo to sobie wyobrazić - pasował do tego obrazu. Nie wiedziała, co takiego było w Alexandrze, ale nie raziło jej to spostrzeżenie. - W końcu większość artystów jest buntownikami - nie, Ida nie znała zbyt wielu artystów i nie, większość tych znanych nie miała w sobie nazbyt wiele nonkonformizmu - po prostu to stwierdzenie brzmiało nadzwyczaj dobrze i z pewnością miało w sobie jakąś prawdę. Dlatego postanowiła wypowiedzieć je na głos, oczekując reakcji ze strony Alexandra. Jakiejś - na pewno nie tej. - To na pewno - odpowiedziała, kiwając głową. Wewnątrz chciała wiedzieć, co powodowało tę melancholię - prócz tego, o czym wiedziała, bo to nie mogło być wszystko. Ale nie chciała go zmuszać do mówienia. To było dużo prostsze. Jeśli chciałby rozwijać swoje słowa, zrobiłby to, bo dotykali wielu tematów. Musiała przyznać, że prócz tych cichszych momentów, ich rozmowa była naprawdę zajmująca. Do tego stopnia, że herbaty w filiżance wcale nie ubywało, bo Ida była zbyt zaabsorbowana dyskusją. Często tak miała: pochłonięta konwersacją z ojcem, nie zawsze jadła śniadanie, wielokrotnie zostawiając nadgryzionego tosta i łapiąc cząstkę jabłka na drogę. To doprowadzało starszego pana do szaleństwa, ale jednocześnie nie mogli darować sobie kolejnych wymian myśli.
- Och. Nie, nie - parsknęła z szerszym uśmiechem. - Absolutnie nie przez jego ambicję. To moja osobista tragedia. Gdyby chodziło o niego, zostałabym zielarką albo kimś podobnym. Najlepiej gdziekolwiek na wsi, byleby jak najdalej od wszelkich niebezpieczeństw - musiała przyznać, że ojciec bywał naprawdę nadopiekuńczy. Szczególnie wtedy, kiedy Benjamin wyprowadził się z domu, a oni zostali we dwójkę. Zanim ich rodzina znowu się rozrosła, chorobliwie się o nią obawiał. Teraz nie było inaczej - wciąż próbował traktować ją jak swoją małą, bezbronną dziewczynkę, ale z niechęcią zaakceptował jej decyzję. Czasami zastanawiała się, czy postąpiła słusznie, stawiając go pod ścianą. Wiedziała, że się przejmował, nawet jeśli starał się tego nie pokazywać. A przecież miał swoje lata. Choroba nie odpuściła do samego końca - nadal czaiła się w ukryciu. Ale tego nie chciała mówić na głos.
Ida Lupin
Zawód : Uzdrowicielka w lecznicy Farleya
Wiek : 22
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Zaręczona
The rest is confetti.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Półwila

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t9502-ida-lupin https://www.morsmordre.net/t9578-burzuj#291578 https://www.morsmordre.net/t9588-zycie-jest-jak-pudelko-fasolek#291631 https://www.morsmordre.net/f223-dolina-godryka-kurnik
Re: Szpital Świętego Munga, 9 XI 1956 [odnośnik]04.04.21 21:38
Przymknął nieco jedno oko i zmarszczył nos, uciekając spojrzeniem gdzieś na bok, nie do końca widząc to na co patrzył.
To nie tak, że mi w tej chwili źle. Po prostu nawet jeżeli na moment się odrywam to to wciąż tu siedzi – mruknął, palcami bezwiednie przejeżdżając po szyi jakby próbował podrapać coś, co swędziało go pod skórą, czemu nie do końca można było przynieść ukojenie – a na pewno nie teraz, nie od razu. To był powolny proces, jak wspinanie się po skarpie. Wiedział, że wiele razy będzie powijać mu się noga, będzie patrzył na odległy szczyt, upadał, staczał się znów w dół. Ale miały być też momenty jak ten, gdy po prostu robił krok za krokiem, nie skupiając się na nich, idąc. Zaraz jednak zarzucił ten temat, dał rozmowie popłynąć dalej, zaraz odnajdując się w chwili zastanowienia nad odpowiednim epitetem dla niewinnych wspomnień z czasów dzieciństwa Idy. Zamyślił się na moment, zerkając ku sufitowi, który w tej części szpitala był wyjątkowo odmalowany i niepopękany.
Powiedziałbym, że bajkowe – zadecydował, zerkając na nią pytająco żeby oceniła jego umiejętności w doborze słów. – Zgaduję jednak, że żadna ilość słów nie wystarcza do opisania tego, jakie towarzyszy ci uczucie przy tych wspominkach. Zbyt wiele ładunku emocjonalnego – uśmiechnął się, przez krótki moment starając się stworzyć w swoim umyśle ten obraz: zapach nagrzanego, letniego powietrza, delikatny wiatr niosący zapach zboża i listowia, promienie słońca na twarzy, gdy cały świat unosił się i opadał w rytm huśtawki i to lekkie uczucie oderwania, kiedy ciało rwało się do chmurki na gałęzi, a ziemia zaczynała ściągać je znów do siebie. Wziął głęboki oddech czując się ukojonym przez tę krótką wycieczkę w nieistniejącą krainę, chwilowym ćwiczeniem na to aby nie zwariować i próbować przypominać sobie to, jak wyglądało normalne życie. Posłał jednak Idzie zaciekawione spojrzenie, gdy wyraźnie chciała go o coś zapytać, ale widząc jak się wycofuje postanowił nie drążyć. Nie musiał wiedzieć wszystkiego, czasem było lepiej pozostawić pole do domysłów. Podejrzewał, że prędzej czy później powie co chciała, jeżeli była to dostatecznie nurtująca ją kwestia.
Nie musiał zresztą martwić się o to, że rozmowa miałaby z powodu niedopowiedzeń zginąć śmiercią naturalną. W zadziwiająco łatwy sposób udawało im się odnajdywać nici porozumienia, z których tkali obraz tego spotkania przy herbacie. A było ono wyjątkowo jasnym punktem wśród tego, co działo się w życiu Alexandra ostatnimi czasy. Farley przyłapywał się co rusz na tym, że skupiał się aż nadto na tym jak gestykulowała, albo jak drgały jej kąciki ust tuż przed tym, jak miała się uśmiechnąć. Ida była niesamowitą towarzyszką rozmowy. Czuł, ze mógłby siedzieć tak z nią godzinami, zapominając o całym świecie na zewnątrz tak, jak gdyby ten się zatrzymał i zasłuchał w wymianie zdań między tym dwojgiem.
Milady, na cóż by mi było całe królestwo? Kobiałka truskawek z twych dłoni to aż nadto, nie jestem godzien – kontynuował dalej z błyskiem w oku, jednak zaraz zarzucił teatralność, wybuchając szczerym śmiechem, który ugasił jednak zaraz w filiżance z herbatą.
Był niezmiernie ciekaw jej myśli, te bowiem zdawały się kluczyć ścieżkami zgoła innymi niż wielu, których poznał. I choć nikt nie posiadał dokładnie takich samych toków myślenia tak ten panny Lupin był mu niezwykle miłym, lekkim, podnoszącym na duchu, a jednocześnie tak bardzo... satysfakcjonujący, spełniający, zadowalający. Czuł się całkowicie ukontentowany, że za piękną twarzą i kaskadą złotawych włosów kryła się równie nadobna osobowość.
Pod wpływem tej myśli Alexander jednak znów nieco się wycofał, nieznacznie zamknął oblicze wracając do tego bardziej pilnowanego uśmiechu, grzeczniejszego, okiełznanego, którego utrzymanie okazało się jednak niemożliwe. Po pierwsze jej zawahanie było całkowicie zabawne. Po drugie, mówiła o kolorach z jednej strony z prostotą, z drugiej właśnie to nieskomplikowanie było niezwykle urzekające. – Zdaje mi się, że rozumiem co masz na myśli – przytaknął, bo jak już ustalili to wcześniej, słowa nie zawsze były w stanie wszystko opisać. – Jednak wydaje mi się, że choć to niezwykle piękny sposób postrzegania świata to jednak nie wszyscy mają szansę aby pozwolić sobie na taką wyrozumiałość. Czasami nie da się walczyć z przyzwyczajeniami, złymi bądź dobrymi wspomnieniami, konotacjami które mimo woli tworzymy. Coś może nam całkiem obrzydnąć w wyniku traumy, czasem coś może zadziałać na nas uzależniająco. To trochę jak z uczuciem zakochania, trudno z tym walczyć – wzruszył ramionami, wiedząc, że oboje mieli rację i najprawdopodobniej żadne z nich nie będzie mieć tu ostatniego słowa. Miało to pozostać jedną z tych dyskusji, które nie prowadziły do ostatecznego rozwiązania, albowiem kryło się ono w jego braku. Rozmowa dla rozmowy i swobodnego podążania drogami, które odkrywały dla nich nowo rodzące się myśli: jedna po drugiej, krok za krokiem.
Uśmiechnął się tylko na jej sprzeciw względem ograniczenia wolności do buntu, bowiem nie mogła tak naprawdę zrozumieć tego, w czym go wychowano. Byłoby to dla niej być może jak opowieść, historia przeczytana w książce, której treść pozostawała całkowicie oderwana od rzeczywistości. – Jestem żywym przykładem na to, że nie wszyscy tak sądzą – kącik ust powędrował zawadiacko ku górze, bo znów orbitując wokół tematu swojego wydziedziczenia nie ukrywał dumy z tego, że został usunięty z rodziny. Rodzina. Nie można było jej wybrać, nie tej w której się na świat przychodziło: czasem najlepiej było więc się rozejść, pomimo niezmierzonego tragizmu takich końców.
Okazało się jednak, że Alexander nie był jedynym przy tym stole, który stawał naprzeciw własnym krewnym.
Proszę proszę, czyli nie tylko ja jestem buntownikiem – stwierdził, zakładając ręce ne piersi i mierząc Idę uważnym spojrzeniem. – Choć właściwie to nie jestem zdziwiony, nie mówisz jak ktoś pokorny. Jest w tobie wiele.... ciebie. Jeśli miałbym być szczery to wydajesz mi się kimś niezwykle świadomym tego, ile jest w stanie zdziałać i zawziętym w dążeniu do zakończenia tychże działań względem własnych planów. Chyba nie chcę z tobą zadzierać – stwierdził, uśmiechając się nieco zadziornie, lecz z żywym zainteresowaniem. Upił znów łyk herbaty, całkiem chłodnej już – i dopiero po krótkiej chwili rozumiejąc, co to oznaczało.
Oczy Farleya otworzyły się szerzej, kiedy dość gwałtownie obrócił się przez ramie, wzrokiem odnajdując wiszący na ścianie zegar. – Na płonący stos Wendeliny, jesteśmy spóźnieni prawie dziesięć minut – spojrzał na Idę z lekkim przejęciem, wstając zaraz i odruchowo wyciągając ku niej dłoń, aby pomóc jej powstać z siedzenia. Odrobinę się przy tym zarumienił na bladej twarzy, lecz łatwo byłoby to zrzucić na przejęcie spóźnieniem, bo były arystokrata niezwykle poważnie podchodził do swoich obowiązków. Zaraz kiedy ruszyli od stolika puścił jednak dłoń panny Lupin, zaciskając palce i skinieniem głowy żegnając się z herbaciarzem. – Obawiam się, że przez to twoje koleżanki nieco dłużej będą się tym interesować – zaśmiał się cicho kiedy prędko schodzili klatką schodową, dopiero wtedy rozumiejąc jak intensywnie przez ostatnie pół godziny się uśmiechał. Nie pamiętał czy przez ostatnie pięć miesięcy łącznie zebrałoby się tyle minut co dziś. Nie zatrzymał się jednak na trzecim piętrze, schodząc wraz z Idą niżej, na jej oddział. Dopiero tam przystanął i raz jeszcze uniósł kąciki ust nieco ku górze.
Bardzo miło mi się z tobą rozmawiało, panno Ido. Chciałabyś to może kiedyś powtórzyć, czy wolałabyś jednak unikać się na korytarzach? – zapytał, nieco rozbawiony, jednak powaga w jego oczach zdradzała, że odpowiedź miała być dla niego wiążąca i niezwykle istotna. Nie chciał żeby był to jeden jedyny raz kiedy gdy rozmawiali razem przy herbacie. Mogli się praktycznie nie znać, lecz czas spędzało mu się z nią milej niż z wieloma osobami, które znał zdecydowanie dłużej. A przynajmniej takie miał wrażenie, kiedy pozwalał sobie spojrzeć na jej niebieskoszare oczy.


Alexander Farley
Zawód : Uzdrowiciel
Wiek : 22
Czystość krwi : Zdrajca
Stan cywilny : Zaręczony

Alex, you gotta fend for yourself

OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Metamorfomag
Szpital Świętego Munga, 9 XI 1956 9545390201fd274c78230f47f1eea823
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t927-alexander-farley https://www.morsmordre.net/t999-fumea https://www.morsmordre.net/t937-lubisz-moze-teatr#4917 https://www.morsmordre.net/f223-dolina-godryka-kurnik https://www.morsmordre.net/t3768-skrytka-bankowa-nr-277 https://www.morsmordre.net/t979-a-selwyn#5392

Strona 1 z 2 1, 2  Next

Szpital Świętego Munga, 9 XI 1956
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach