Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia



Login:

Hasło:

Stoliki na tyłach
AutorWiadomość
First topic message reminder :

Stoliki na tyłach

W mniej uczęszczanej części Portera, tuż za toaletami, można odnaleźć kilka samotnych stolików ustawionych od siebie w dość dalekim dystansie. W kasetce umocowanej przy ciemnej ścianie spoczywają karty oraz zestawy kości do gry, z których skorzystać może każdy. W porównaniu do reszty lokalu słabo dociera tu dźwięk muzyki, pozwalając na skupienie myśli i poważniejsze prywatne rozmowy, jeśli zajdzie taka potrzeba. Na jednej ze ścian będących jednocześnie ścianą samego budynku wisi plansza przeznaczona do darta, z której można zdjąć lotki - nikt zazwyczaj nie umieszcza ich w kasetce.
Możliwość gry w kości, darta i czarodziejskie oczko
Mistrz gry
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : 99
UROKI : 99
ELIKSIRY : 99
LECZENIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Stoliki na tyłach - Page 2 Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki

Powrót do góry Go down


Wychodziło więc na to, że mogliby się witać bez końca, jakby to jednocześnie utwierdzało ich w przekonaniu, że są tu oboje i że rozmawiają ze sobą, a nie z kimś postronnym. Nie znaczyło to wcale, że udało im się uniknąć skrępowania — każde z nich wiedziało, co się stało, gdy spotkali się ostatni raz. Nie miała pojęcia, czy on do końca rozumiał, co tam zaszło, ale w zasadzie to chyba nie wiedziała nawet jak o to zapytać. Słowa, jakie wtedy padły, brzmiały w jej głowie tak prawdziwie i wiedziała też, że towarzyszyło jej takie uczucie, jakby naprawdę czuła coś więcej do tego młodzieńca. Jednocześnie wiedziała, że nie miała o nim pojęcia, a i on o niej nie wiedział wiele więcej. Kilka słów o aptece i mrzonki o własnej rodzinie.
Kto by ją teraz zechciał? Kto by ją chciał taką zbrukaną?
Czyż nie na własne niemal życzenie sprowadziła na swoją głowę nieszczęście? Jeśli dziecko okaże się ciałem, a nie jedynie słowem, to może ono przynajmniej zostanie przy niej. Nikt jeszcze nie wiedział — nie miała pojęcia, czy jej rodzice przypadkiem nie wyproszą jej za próg. Miałaby przecież 26 lat i dziecko… Żadnej chluby z córki by nie mieli, a jedynie wstyd i hańbę. Ale teraz musiała powiedzieć Marcelowi prawdę. Zasługiwał na nią. Nie był już dzieckiem pomimo wieku. Sama Aurora pamiętała, że nie lubiła, by ją traktowana w ten sposób. Byli wszak w jednakowym stopniu z Marcelem odpowiedzialni za sprowadzenie na świat małego człowieka. Jeśli nie chciał uczestniczyć w wychowaniu dziecka, zrozumie. Ale wiedzieć powinien i według własnego sumienia podjąć decyzję. Tak, jak Aurora podjęła swoją, tę o wysłaniu sowy do chłopaka.
- Tak ty… - Uśmiechnęła się ciepło, ale nie kpiąco. Widziała bowiem, że podobnie, jak ona był on zestresowany, co paradoksalnie dodało jej otuchy.
Widziała też, że na prezent niemal nie zareagował. Może powinna była zostawić to na koniec spotkania? Ale w zasadzie nie wiedziała, jak będzie wyglądać jego przebieg. Dlatego też zdecydowała się na taki, a nie inny krok. Cieszyła się, że chociaż pomarańczę przyjął, zupełnie jakby jej małe święta przyjmował.
- To prezent. - Chciała podkreślić. Zresztą, miała problem z tym, żeby przełknąć cokolwiek w ostatnim czasie. Nie był to najlepszy okres w jej życiu, więc chciała pomóc sobie, jedynym znanym sobie sposobem — pomagając innym. Tak radziła sobie z życiem i tak chciała życie spędzić. Czuła jednak gdzieś pod skórą, że Marcel łatwo nie odpuści, że będzie upierał się przy swoich racjach, jak mężczyzna niezależnie od wieku.
- Ale jeśli chcesz, to możemy zjeść ją teraz, w trakcie rozmowy. - Zaproponowała, bo wydało jej się, że może chociaż tym sposobem nakłoni go, żeby zjadł cokolwiek.
A potem niespodziewanie dla niej Marcel zaczął wyrzucać z siebie słowa, których sensu ona początkowo nie pojęła. Czemu miała nikomu nie mówić o czekoladzie?
Bo Aurora w przeciwieństwie do niego starała się całą sytuację odsunąć od siebie, możliwie najdalej. Odroczyć niczym wyrok, czy schwytanie, chociaż podświadomie wiadomo, że gonią cię ogary rzeczywistości. Mogła bowiem wciąż sobie wmawiać, że to wszystko nie jest prawdą, a ona sama ma jeszcze szansę na to, żeby ktoś ją pokochał, taką, jaką jest. Sobą i tylko sobą. A nie sobą z małym człowiekiem w sobie.
- Czekaj, Marcel, czekaj… Na co potrzebujesz kilku tygodni? - Zapytała, raczej odruchowo łapiąc jego dłoń, żeby wytrącić go na chwilę z tego potoku słów. Dotyk był krótki, ale musiała spróbować, czy zadziała. Ale odpowiedź przyszła sama.
- Marcel… To nie tak. Poczekaj. To jeszcze nic pewnego. - Wolała, żeby miał tego świadomość. Żeby nie zamartwiał się całymi dniami i nocami, bo do niczego dobrego to nie mogło doprowadzić.
Ale tego, co miało nadejść, Aurora się nie spodziewała. Jego imię chyba padło kolejny już raz, teraz jednak zupełnie bezgłośnie. Jeśli wziąć stu mężczyzn i pośród nich ustawić młodego Carringtona, to Aurora nie miała wątpliwości, że najwięcej odpowiedzialności miałby właśnie on. Że gdy inni szukaliby wymówek, on szukałby sposobu. Różnił się tak bardzo od wszystkich tych, których Aurora dotychczas spotkała na swojej drodze. I miała ochotę mu wykrzyczeć wiec bez zastanowienia tak! tak!
Ciepły letni dzień, wzbijał kurz pod małymi nóżkami złotowłosego chłopca, który biegł kilka kroków przed idącą za ręce parę. Chłopiec śmiał się radośnie, chociaż motyl, którego gonił, skutecznie umykał mu z pułapki małych dłoni. Pachniał zbliżający się wieczór, a wyczuwające to świerszcze grały swój najpiękniejszy koncert tylko dla nich. Aurora spojrzała na przystojnego Marcela, którego razem z synkiem odebrali z przedstawienia w cyrku. Światła ich domu majaczyły na końcu leśnej drogi. Ich dom.
Złapała jego dłoń już kolejny raz tego wieczoru i chociaż patrzenie w oczy nigdy nie było jej najmocniejszą stroną, upewniła się, że patrzą prosto na siebie. By nie tylko słowem, ale i spojrzeniem dostrzegł jej intencje.
- Nie boję się ludzi. Szydzili ze mnie już w szkole, szydzić będą ze mnie ze zawsze. - Mówiła mu o tym. Zawsze była tą dziwną Sprout. - I nie pozwolę ci spaść z nieba gwiazdo. A przynajmniej jeszcze nie ściągnę cię na ziemię. - Wolała doprecyzować, a nie bezpośrednio odrzucić. Bo tego nie chciała i nie umiała zrobić. Zgasły światła w wyobrażonym domu, a jego obraz rozmywał się z tyłu jej głowy .. - Pozwól mi się upewnić, że tak właśnie będzie. Że będziemy rodzicami. Wtedy wrócimy do tej rozmowy… Jeśli bowiem okaże się, że nie jestem brzemienna, nie chcę, byś się czuł zobowiązany niczym, wobec mnie. - Uśmiechnęła się łagodnie, chociaż twarz miała bladą. - Zasługujesz na to, co świat ma najlepszego Marcel. Pamiętasz, co mi mówiłeś? Że tam na górze jesteś szczęśliwy i wolny. - Powiedziała cicho. Cichł dziecięcy śmiech, trzepot motylowych skrzydeł i tupot małych nóżek. - A ja nie zwykłam rzucać słów na wiatr. Nie jestem ani najlepsza, ani nie dam ci szczęścia, ani wolności. A już, zwłaszcza jeśli dziecka miałoby nie być. Ty, który latasz do gwiazd, po co ci kula u nogi? Nie mówię ci jednak nie, chociaż dzisiaj tak, również ode mnie nie usłyszysz. Chciałam jedynie, żebyś wiedział. - Puściła dłoń, spuściła wzrok. Opadł kurz na polnej drodze. Przedstawienie w cyrku nigdy się nie skończyło.


Suddenly,
I'm not half the man I used to be.There's a shadow hangin' over me — Oh, yesterday came suddenly
Aurora Sprout
Aurora Sprout
Zawód : Uzdrowiciel
Wiek : 26
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna
nie prze­czu­łam w głę­bi snu,
że je­że­li gdzieś jest pie­kło,

to tu
OPCM : 10
UROKI : 0
ELIKSIRY : 15
LECZENIE : 15
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarodziej
Stoliki na tyłach - Page 2 D836eb438dea1946dc5bb9dd21fef622
Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t9381-aurora-sprout?nid=102#284845 https://www.morsmordre.net/t9435-duke-owlington#286919 https://www.morsmordre.net/t9436-i-walked-with-you-once-upon-a-dream#286936 https://www.morsmordre.net/f347-dolina-godryka-wrzosowisko https://www.morsmordre.net/t10010-skrytka-bankowa-2171#302538 https://www.morsmordre.net/t9438-a-sprout

Powrót do góry Go down

Uśmiechnął się, blado, kiedy podkreśliła, że ofiarowała mu prezent. Może jej wyjście było jakimś kompromisem, pewnie lepszym niż ten, który proponował on. Skinął głową na znak zgody, tak zróbmy, sprawnym ruchem dłoni wyciągnął z kieszeni kurtki nóż, który pochwycił w rękę i paroma kolejnymi gestami - szybkimi, miał wprawę - przekroił skórę pomarańczy, obierając owoc. Soczysty zapach cytrusów zawisł między nimi, na długo potem jeszcze kojarząc się z tą chwilą, z nią. Obraną pomarańczę rozdzielił na pół, rozrywając jej fragmenty, by wyciągnąć je w kierunku kobiety. Potrzebowała witamin. Zapowiadali srogą zimę, a z jedzeniem i tak był problem. To chyba najgorszy możliwy czas na dziecko. Miał zwyczaj uciekać od problemów, odkładać je jak najdalej, nie myśleć o przyszłości. Ale wizja sprowadzenia na świat dziecka, niechcianego dziecka, takiego, jakim był on, przeraziła go do cna. Nie chciał iść ślady własnego ojca, mieć na boku niechcianego bękarta, w którym będzie tylko nienawiść wobec własnego ojca. Długo nie oceniał Corneliusa, długo go idealizował, aż w końcu go poznał. Co pomyslałby jego syn, gdyby mógł go poznać za dwie dekady? Czy czuły dumę? Wątpliwe, Aurora miała stabilne normalne życie, on klepał biedę w cyrkowych namiotach. Pochodzili z dwóch różnych baśni, a do tego dzieliła ich duża różnica wieku. A dziecko... a dziecko nie było niczemu winne. Bezwiednie zacisnął mocniej palce w pomarańczy, rozdzierając ją niedelikatnie, skrzywił się, Rue byłoby najlepszą opcją, przecież o tym wiesz. Wiesz, prawda? On wiedział. Ale nie miał odwagi wypowiedzieć tych słów na głos, choć powtarzał je sobie przez pół drogi. Nie teraz, kiedy miał naprzeciw siebie jej sarnie oczy, kiedy słyszał jej ciepły głos i kiedy darzony był jej czułą opiekuńczością. Nadawała się na matkę, przypominała mu trochę jego. Nawet z twarzy.
A potem przypominał sobie, co stało się z jego matką, kiedy szwabski szmalcownik maltretował ją, dusząc ją jej własnymi flakami wyciągniętymi przez rozciętą skórę. To nie były czasy na zakładanie rodziny, nie dla niego. Jego matka była mugolką. Jego dziecko niosło mugolską krew. Umilkł, gdy dotknęła jego dłoni, choć przeszedł go paraliżujący zimny dreszcz, a może był ciepły? Jej skóra była przyjemna, ciepła, jak ciepło domowego ogniska, w którym jednak nigdy nie było miejsca dla niego. Nie był taki, nie był jak wszyscy. Ani ciałem ani duchem, ducha miał niespokojnego. Żądnego czegoś innego niż rodzina. Ściągnął brwi, zatrzymując w płucach powietrze, jakby jej słowa zatrzymały go w pół kroku i nie pozwalały ruszyć dalej. Nic pewnego? Co miała na myśli? Pominął w liście całkowicie słowa wskazujące na to, że Aurora mogła nie być wcale w ciąży, zbyt mocno i zbyt szybko uderzony potencjalnymi konsekwencjami tamtej rozkosznej chwili. Czy była tego warta? Jak bardzo egoistycznie się zachował, poddając się uczuciu i ryzykując w ten sposób życie nienarodzonego dziecka? Co był w stanie zapewnić im obojgu, Aurorze, dziecku, ciasny wagon, który nie należał nawet do niego i pensję, z której pieniędzy ledwie wystarczało tylko dla niego. Czy zdąży znaleźć lepszą pracę czy będzie musiał kraść? Przecież nic nie potrafił. Jak miał zaopiekować się rodziną, kiedy sam wciąż potrzebował opieki? Nie pytał jeszcze pana Carringtona o zgodę, ale był pewien, że kiedy przedstawi mu sytuację, zgodzi się bez zawahania. Przecież nie będzie mu kazał porzucić brzemiennej kobiety.
Udało jej się skupić jego spojrzenie - wpatrywał się w jej oczy, jego zdawały się drżeć, błyszczące, trochę chyba wodniste, zdradzały przerażenie, ale wpatrywały się w nią z odwagą, bo odwagą ponoć nie było nie bać się wcale, a stawiać swoim lękom czoła. Nie chciał uciekać. Nie potrafiłby spojrzeć sobie potem w oczy. I słuchał każdego wypowiedzianego słowa, gdy dopiero teraz dotarło do niego znaczenie tego, że jej ciąża nie była jeszcze pewna. Na pewno się nie przesłyszał? Na pewno miała to na myśli? Chciał podjąć temat, zapewnić ją, że nie ma powodów, by ktokolwiek z niej szydził, ale myśli jasno kierunkowały się teraz w tylko jedną stronę.
- Cz-czekaj, mówisz, że... że to nic pewnego, tak? Że j-jest szansa, że... - Że to dziecko wcale nie istnieje. Że go nie ma. Że to się nie wydarzyło. Że cała ta afera mogła być o nic. Nie nadawał się na ojca. Przystał do Zakonu Feniksa, by walczyć o lepsze jutro. Lepszy świat. Zwycięży lub zginie, nie widział innej możliwości. Być może zginie. Zakładać rodzinę teraz - to było szaleństwo.
To co mówiła, było niesprawiedliwe. Nazywała się kulą u nogi, nie chciała odbierać mu wolności, mówiła, że nie da mu szczęścia. Chciał zaprzeczyć tym słowom, tak należało, a jednak gdy rozchylał usta, nie potrafił odnaleźć odpowiednich słów. Znali się zbyt krótko, by mówić o uczuciu, a on nie chciał jeszcze zakładać rodziny. Nie oświadczył się wiedziony sercem tylko powinnością, choć spędzili razem piękne chwile. Choć dobrze się przy niej czuł i nawet teraz - czuł, że go rozumiała. Był blady jak ona, splecione dłonie nie szukały od niej ucieczki. Nie chciał jej zranić, ani teraz, ani jeśli jej brzemienność zostanie potwierdzona. Nie chciał, by czuła się ciężarem, nosiła konsekwencje ich wspólnej decyzji. - Kiedy... - Kiedy będzie wiadome? Nie wiedział, nie znał się na tym, skąd miał wiedzieć, nie miał przecież siostry. Nie miał już nawet matki, której mógłby zapytać. - Kiedy to będzie pewne? - Trudno było mu zebrać słowa, trudno wypowiedzieć myśli. Bał się. O nią, o siebie, o przyszłość, którą zmarnowali we dwójkę całej swojej trójce. Starałby się jak mógł być dobrym mężem - ale czy by potrafił? Czy opuściłby walkę? W tym momencie wydawało mu się, że tak należało. Że to zrobi. Ale nigdy nie miał silnej woli.
- Przepraszam - opamiętał się, przepraszam, że pytam, o to w ten sposób. Nie był dojrzały, te cechy chyba wychodziły dopiero w tym momencie. - Nie chciałem... - zachować się niezręcznie? Sam już nie wiedział. - Nieważne - Ściągnął brew, urywając urwane słowa, nie potrafił pozbierać myśli. Szybowały zbyt prędko. - Jak ty się czujesz, Auroro? Z tym wszystkim, z tym... - Z nami, z dzieckiem, z tym co się wydarzyło, mówił tylko o sobie, a to przecież ona miała zostać matką. Była przerażona? Załamana? Nie wyglądała na taką, a on nie rozumiał.


jeszcze w zielone gramy jeszcze nie umieramy, jeszcze się nam ukłonią ci co palcem wygrażali

Marcelius Sallow
Marcelius Sallow
Zawód : Akrobata
Wiek : 20
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler

young, scrappy and hungry



OPCM : 6
UROKI : 3
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 40
SPRAWNOŚĆ : 20
Genetyka : Czarodziej

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t8833-marcelius-sallow#263287 https://www.morsmordre.net/t8838-marcelius-sallow#263482 https://www.morsmordre.net/t8835-marcelius-sallow#263320 https://www.morsmordre.net/f319-arena-carringtonow-wagon-7 https://www.morsmordre.net/t8839-skrytka-bankowa-nr-2088#263495 https://www.morsmordre.net/t8841-marcelius-sallow#263502

Powrót do góry Go down

Wychodziło więc na to, że będą się witać tak cały wieczór. A przynajmniej tak się w tym momencie Aurorze wydawało. A może to jej umysł tak usilnie poszukiwał jakiegoś sposobu na oderwanie się od ciemnych scenariuszy, który wiły się w jej głowie, zatruwając nie tylko umysł, ale i całe ciało.
Dobrze jednak, że czwartek powitania nie było, a zamiast tego przyszedł moment zrozumienia. Nie tylko całej rozmowy, ale tego, jacy są naprawdę. Gdy ich twarz nie upiększa żadna magia. Aurora jednak z zaskoczeniem odkryła, że jego twarz wcale nie różniła się od tej, którą pamiętała z górskiego, szkockiego, schroniska. Piękne, choć wciąż młodziutkie rysy twarzy, bystre oczy. Jedynie na usta wstydziła się zerkać, jakby wspomnienie tego, co poczynali sobie, nie powróciło zbyt intensywnie. Właśnie przecież odbierali w pewnym sensie pokutę za to, że ostatnio żyli w takim niepohamowaniu.
A mimo wszystko czuła, jak w jakimś stopniu, jego obecność daje jej pociechę, bo nawet w takim momencie nie była sama. Kwaśno-słodka woń pomarańczy rzeczywiście wypełniła powietrze między nimi, a czyż nie było to lepsze, niż pospieszne oddechy, gdy ostatnio dali się ponieść?
Wsunęła jedną cząstkę pomarańczy do ust, pozwalając by i sam Marcel oddał się swoim własnym rozmyślaniom. Potrzebowali tego najwyraźniej oboje, żeby móc się ze sobą oswoić na nowo. Nie myślała jednak o tym, że są tak różni. Próbowała znaleźć drobne podobieństwa, które uczyniłyby ich życie lżejszymi, jeśli rzeczywiście mieliby żyć razem. Bo chociaż tak nie okazywała tego na zewnątrz, to przecież bała się okropnie. Mówiła mu, że jest postrzegana za dziwaczkę i w pewnym sensie naprawdę nauczyła się z tym żyć, ale z drugiej jednak strony… Co z jej małą, wymarzoną rodziną? Czy tak miała wyglądać reszta jej życia, jeśli odrzuci Marcela? Tylko ona i dziecko? Co mu powie, gdy skończy Hogwart? Że wychodząc z murów szkoły, był niewiele starszy, niż jego ojciec?
Co by zrobiła, gdyby jednak Marcel zaproponowałby jej wypicie Rue? Och, Aurora pamiętała, gdy kiedyś przez nieuwagę strąciła łokciem swój ulubiony kubek. Magiczny kubek, ręcznie pomalowany przez jej babcie. Zaklęcie naprawiające na nic się nie zdało, bo wciąż widać było ryski, a zaklęcie samomieszania cukru, nigdy nie powróciło. Tak samo byłoby z pewnością z sercem Aurory — z masą rys i bez krzty słodyczy w życiu. Potłuczone tak wiele razy, że mogłaby już zbierać je nie w ręce, a raczej zamiatać kurz.
Podniosła więc na niego błękitne spojrzenie, licząc, że nie wspomni o Rue. Chociaż w zasadzie nie mogła liczyć na to, bo jej samej nawet to do głowy nie przeszło.
Ich spojrzenia spotkały się. Bali się oboje. Bardziej to czuła, niż wiedziała. Jednak jeśli ziści się to wszystko, to czy będą na tyle odważni, by w takich czasach podjąć wyzwanie? A może któreś z nich uzna, że nie czas i nie miejsce.
Co by się stało, gdyby to Aurora uległa przerażeniu i zostawiła dziecko Marcelowi? Czy on znalazłby w kimkolwiek wsparcie? Nie sądziła jednak, że mogłaby tak o, porzucić swoje dziecko. Czy znaczyło to więc, że byliby oni w trójkę przeciwko światu?
Skinęła jednak głową, wybawiając go od domysłów.
- Pisałam ci przecież w liście… - Wyraźnie się speszyła, bo wbrew temu, jaka zdawać mu się mogła tamtej nocy, Aurora pozostawała równie zagubiona, jak i on. - Chciałam ci dać znać, że istnieją szansa na to, że nasza noc, może mieć swój owoc. Nie chciałam, żebyś podejmował decyzje gwałtowne, a miał czas na oswojenie się. - A może to ona nie chciała być sama ze strachem, który przejmował ją za każdym razem, gdy krwawienia wciąż nie było. Faktycznie, nadgarstki miała tak wątłe, że bez trudu można je było objąć dwoma palcami, ale był to wynik ciągłych zmartwień, do których właśnie w ostatnim czasie doszło kolejne.
- Z początkiem stycznia… tak mi się wydaje. - Jeszcze jeden cykl mógł minąć, jeszcze musiała podsuszyć ziarna zbóż, żeby nimi sprawdzać. Na koniec różdżka wycelowana w brzuch w poszukiwaniu bijącego serduszka.
- Ja też… - Powinna być starsza, mądrzejsza. Powinna umieć się opanować. - Ja też przepraszam, że to na ciebie sprowadziłam… - Był cud chłopcem. Jak ona, zwykła kobieta, mogła chcieć dotknąć gwiazd?
- Boje się… Bardzo się boję. - Wyznała szczerze. - Nie byłam gotowa na nic, co zaszło tamtej nocy. A co najgorsze, nadal nie wiem, co właściwie się stało… - Spojrzała na niego, jak siedzi tak blady naprzeciwko niej. - Czy… czy wiesz, że będą się z ciebie śmiać? - Pamiętała, jak Thomas Doe nazwał ją starą, a ona się obruszyła, ale nie dlatego, że była to nieprawda, a dlatego, że wypomniał jej coś, o czym doskonale sama wiedziała. - Czemu chcesz to zrobić? Czemu chcesz się poświęcić, chociaż mnie nie znasz? - Nie kochali się, chociaż z jakiegoś powodu rozumieli. Była między nimi nić zrozumienia, więc i teraz Aurora liczyła, że chłopak pojmie intencje jej pytania. Co nim kierowało, że gotów był zaryzykować swoją karierę dla kobiety, której nie znał i dziecka wpadki? Czyżby wciąż istnieli na świecie mężczyźni z honorem? A może to był rodzaj pokuty? Cóż takiego poczynił jednak Marcel, by musieć w tak okrutny sposób odpłacać się za winy.


Suddenly,
I'm not half the man I used to be.There's a shadow hangin' over me — Oh, yesterday came suddenly
Aurora Sprout
Aurora Sprout
Zawód : Uzdrowiciel
Wiek : 26
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna
nie prze­czu­łam w głę­bi snu,
że je­że­li gdzieś jest pie­kło,

to tu
OPCM : 10
UROKI : 0
ELIKSIRY : 15
LECZENIE : 15
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarodziej
Stoliki na tyłach - Page 2 D836eb438dea1946dc5bb9dd21fef622
Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t9381-aurora-sprout?nid=102#284845 https://www.morsmordre.net/t9435-duke-owlington#286919 https://www.morsmordre.net/t9436-i-walked-with-you-once-upon-a-dream#286936 https://www.morsmordre.net/f347-dolina-godryka-wrzosowisko https://www.morsmordre.net/t10010-skrytka-bankowa-2171#302538 https://www.morsmordre.net/t9438-a-sprout

Powrót do góry Go down

Skinięcie jej głowy niosło ulgę, nową nadzieję, tlącą się nieśmiało i niepewnie, ale jednak obecną, to wcale nie musiał być koniec. Jeszcze nie. Istniała szansa, że to wszystko okaże się tylko koszmarnym snem. Aurora była piękna, ale on nie nadawał się ani na męża ani na ojca. Nie tylko za sprawą dzielącej ich różnicy wieku, nie tylko dlatego, że do tego nie dorósł, ale przede wszystkim dlatego, że zawsze był inny. Nazywała się dziwaczką, ale była piękna i dobra, a on, on występował w cyrku.
- Przepraszam - wszedł w jej słowo, pisała mu przecież, być może. Zawsze czytał szybko, mało dokładnie, czasem uciekały mu litery, czasem słowa. Zwłaszcza w sytuacjach takich jak ta, gdzie kłębiło się mnóstwo emocji i nerwów. Gdzie się bał - bardziej, niż kiedykolwiek. Czas na oswojenie się. Żeby nie podejmował decyzji gwałtownie. Nikt nigdy nie traktował go w taki sposób, wyrozumiały i cierpliwy. - Ja... dziękuję, że mi powiedziałaś - wydusił w końcu, choć z zawahaniem, chyba wolały się denerwować krócej i mniej, niż przetrwać w ten sposób kolejne tygodnie. Wolałby wiedzieć na pewno, nie chciał myśleć o tym, ja mogła się czuć ona. A przecież znosiła większość ciężaru konsekwencji zdarzeń, które sprowokowali wspólnie. Pod wpływem głupiej chwili, lekkomyślnej zachcianki. Jak mógł być tak głupi? Kiwnął głową, kiedy wspomniała o styczniu, ściągając spojrzenie niżej, unikając nim jej twarzy. Nie potrafił na nią patrzeć. Była piękna i dobra, a on ją wykorzystał. Zniszczył jej życie. Nie wiedziała, co się wtedy stało - coś nieprzyjemnie zakłuło - ale i on przecież nie wiedział, nie rozumiał. Nigdy nie zachowywał się w taki sposób. Pamiętał tylko specyficzny smak ciastka.
- Śmiać? - zapytał z niedowierzaniem. - Dlaczego mieliby się ze mnie śmiać? - Bo była od niego starsza? Nie wyglądała, poza tym, nigdy nie obchodziło go to, co mówili inni. - Mówisz do błazna z cyrku - przypomniał, uciekając spojrzeniem za okno. Wolałby nim nie być. Wolałby - chociażby jak Steffen - mieć dobrą pracę, jako urzędnik, robić codziennie te same nudne rzeczy, ale zarabiać konkretne pieniądze, które pozwolą mu utrzymać rodzinę. Pozwolą w ogóle mieć rodzinę. Nie miał żadnej z tych rzeczy, której wymagano od przyszłego męża, nikt się po nim zresztą nie spodziewał, że kiedykolwiek będzie je miał. Nikt, kogo znał. Nikt, kto go znał. Aurora go tak naprawdę nie znała wcale, jedna noc to przecież za mało. - Całe życie się ze mnie śmieją, mam to gdzieś. - To, na czym mu zależało, to zachować się zgodnie z powinnością. Nie zostawić brzemiennej kobiety tak, jak jakiś gnojek zostawił Demelzę. Nie umiałby z tym żyć, nie umiałby żyć ze sobą, gdyby zachował się w taki sposób - zostawiając ją z przypiętą łatką latawicy, do tego ciężarną. Świat nie był sprawiedliwy. - Chciałbym, żeby z ciebie się nie śmiali. I obiecuję, że zrobię wszystko, żeby tak nie było. - Z tego, że miała młodszego męża, nieporadnego, takiego, który nie potrafił zadbać o rodzinę ani o nich dwoje. Biednego. Co mógł jej dać? Kim mógł się dla niej stać? Czy w ogóle był w stanie się nimi zaopiekować? - Nie mam wiele - W zasadzie nie mam nic. - Ale zapewnię wam tyle, ile będę w stanie. Nie obiecam ci bogactw, podróży dookoła świata ani nawet przytulnego domu nad jeziorem. Ale obiecam, że będę się starał. Że zrobię wszystko, co mogę, żeby nasze życie... jakoś wyglądało - Lepiej, niż teraz. - Jeśli zareagujemy szybko, nikt nie będzie wiedział, że to... że dziecko jest nieślubne - Znów uciekł wzrokiem, jego język się plątał. Źle czuł się, mówiąc o tym na głos, ale uciekać nie mógł, kiedy zadała swoje pytanie wprost. Naprawdę nie rozumiała? Powoli przeniósł ku niej błękitne spojrzenie, drżące, po części lękiem, po części przejęciem.
- Naprawdę mnie o to pytasz? - Nie chciał być chłopcem uciekającym przed odpowiedzialnością, chciał być mężczyzną. Nie chciał być potworem, jakim był jego ojciec, historia niepokojąco zataczała koło. Ale tu nie chodziło tylko o jego ojca, przecież bez niego nie zachowałby się inaczej. - Ty też mnie nie znasz, a jednak nie możesz nie ponieść konsekwencji - oznajmił, ściszonym tonem głosu. Nikt nie powinien wychwycić tutaj tej rozmowy. - To moje dziecko. Odpowiadam za twój stan. Pytasz mnie, dlaczego chcę wziąć odpowiedzialność za to, co zrobiłem? - Czy otaczali ją sami tchórze, że zadawała takie pytania? Nie honor i nie odwaga były przecież u mężczyzn zaskakujące, wszyscy tego od nich wymagali. Tak należało. Nie można było postąpić inaczej. Nie miał wyboru, tak jak nie miała go ona. Jego oburzenie było szczere, lecz nie pomyślał o tym, że nie niosło dostatecznej empatii. Pewnie wolałaby usłyszeć teraz coś innego, ale nie chciał jej okłamywać, a może nawet nie potrafił - nie w tych emocjach. - Chcę się wami zaopiekować - oznajmił ze zdecydowaniem, jak gdyby sam w to wierzył. Być może uwierzył. Tego przecież od niego wymagano. Takie przed mężczyznami stawiano oczekiwania.


jeszcze w zielone gramy jeszcze nie umieramy, jeszcze się nam ukłonią ci co palcem wygrażali

Marcelius Sallow
Marcelius Sallow
Zawód : Akrobata
Wiek : 20
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler

young, scrappy and hungry



OPCM : 6
UROKI : 3
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 40
SPRAWNOŚĆ : 20
Genetyka : Czarodziej

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t8833-marcelius-sallow#263287 https://www.morsmordre.net/t8838-marcelius-sallow#263482 https://www.morsmordre.net/t8835-marcelius-sallow#263320 https://www.morsmordre.net/f319-arena-carringtonow-wagon-7 https://www.morsmordre.net/t8839-skrytka-bankowa-nr-2088#263495 https://www.morsmordre.net/t8841-marcelius-sallow#263502

Powrót do góry Go down

Pokręciła tym razem głową. Przecież nie miał za co jej przepraszać. Raczej ona, z każdą mijającą chwilą poczuła, że popełniła błąd, pisząc do niego. Wystraszyła się w sposób zupełnie niepotrzebny i nie mając do kogo się zwrócić, napisała list do Marcela. Wystraszyła go, zepsuła prawdopodobnie kilka dni, które mógł spędzić w inny sposób, a w dodatku teraz nie będzie miał spokoju najpewniej nawet w nadchodzących dniach. I chociaż jeszcze kilka dni temu brzemię ewentualnej ciąży wydawało jej się nie do udźwignięcia samej, tak teraz patrząc na jego przystojną, acz młodą twarz, czuła wyrzuty sumienia. Zupełnie jakby była egoistką, która nie potrafiła znieść strachu w samotności. A jednak on nie złościł się i dziękował nawet za taką możliwość. Przyglądała mu się w lekkim zamyśleniu. Czyż nie taki wydał jej się przy pierwszym spotkaniu? Żywiołowy i nieco roztrzepany, a przy tym precyzyjny w niektórych czynnościach i ruchach. Nie znała go, a jednak tak bardzo chciała wiedzieć, czy nie skrzywdziła go przypadkiem listem.
- Chyba nie potrafiłam być z tym sama, chociaż jak teraz o tym myślę, to mam wrażenie, że było to dość egoistyczne z mojej strony. - Rozmawiała z nim szczerze. Zupełnie jakby nie dzieliła ich różnica wieku, a jedynie mieli przed sobą drobne kłopoty, które bez problemu pokonają. Byli w tym przecież razem, chociaż tak naprawdę osobno. Czy potrafiliby być razem jedynie ze względu na dziecko? Czy nie przekreślałoby to ich obojga pragnień? Jakiekolwiek one nie były? O czym bowiem marzył ten prawdziwy, wyrwany ze snu Marcel. Przecież nie o tym, żeby mieć aptekę razem z nią, czy zabrać taką starą kobietę jak ona do cyrkowej trupy.
W pewnym sensie wykorzystali siebie wzajemnie i Aurora była pewna, że jeśli kiedykolwiek o tym powie komukolwiek, wszyscy odbiorą to w ten sam sposób. Że to ona była winna. Że to ona wykorzystała niewinność Marcela.
Wysłuchała go jednak, pozwoliła, by przedstawił swój punkt widzenia. Nie sądziła, że ktoś taki mógłby mieć problemy tak podobne do jej własnych. Kariera cyrkowca wydawała się bowiem czymś, na co ktoś odważny i zarazem wolny mógłby się zdobyć. Czy kogoś takiego można wyśmiewać? To dla niej było zupełnie abstrakcyjne.
Szybko zaprzeczyła ruchem głowy.
- Błazna? Marcel… To, że pracujesz w cyrku, nie czyni cię błaznem. A nawet jeśli tym byś się właśnie zajmował, to zawsze lepsze niż kradzieże, czy rozboje. Zarabiasz uczciwą i ciężką pracą. Treningi wcale nie są błazenadą. - Nagle zrozumiała, że być może miała przed sobą kogoś, kogo ludzie podziwiali, gdy był gdzieś tam wysoko, a którego udawali, że nie widzą, gdy mijał ich na ulicy. Gdzie byli jego przyjaciele, że pozwolili mu, chociaż na chwilę zwątpić w to, że zasłużył w życiu na to, co dobre. Jak rózne to było w zestawieniu do wygodnego życia szlachciców, których przecież też znała. - Jeśli kochasz to robić, to chyba możesz nazywać się szczęściarzem. - Stwierdziła z pewnością w głosie. Podobną do tej, którą on użył, gdy mówił o zapewnieniu jej godnej przyszłości.
- Jesteś młody, to wiemy oboje, ale niezbyt młody, żeby zrozumieć, co teraz ci powiem Marcel...Nie wątpię, że dasz z siebie wszystko, jeśli przyjdzie co do czego. Nigdy w całym moim życiu nie zachował się w sposób tak honorowy wobec mnie. Ktokolwiek jest twoim wzorem, zrobił dobrą robotę. Jeśli boisz się o to, że nie pojedziemy daleko, odpowiem, że jak długo będziemy wszyscy bezpieczni, to miejsce będę nazywać domem. Nigdy nie zależało mi na tym, by pławić się w luksusach. - Ares wszak oferował, że postawi jej dom w Yorku, całkiem niedaleko od Sandal Castle. Chciał mieć na nią oko i mieć swoistą kontrolę. Jaką cenę musiałaby jednak zapłacić za to Aurora? Na zawsze być tą, do której chadza lord, gdy jego życie u boku małżonki mu się przykrzy? - Ale wiąże się to z tym, że musiałbyś się również nie narażać. W obliczu wojny zagrożenie czyha wszędzie i na wszystkich. Nie mogłabym cię zamknąć w domu, ale… liczyłabym, że wrócisz do domu. - Mówiła, patrząc na niego. Składał obietnice, że chciałby się nią zająć. Czy można się zajmować, walcząc aktywnie po którejkolwiek stronie konfliktu?
- Pytam, bo jak wspomniałam na świecie, jest niewielu dobrych mężczyzn. - Na brodę Merlina, a Marcel był w zasadzie jedynie chłopcem, który nawet nie mógł prosić jej o rękę bez zgody swojego ojca lub opiekuna, a miał więcej godności, niż niejeden kawaler około 30-stki. - Wiem, że chcesz dobrze, dlatego nie mówię nie twoim obietnicom. Ale równocześnie nie chce, żebyś był nieszczęśliwy… - Nie mogła oczekiwać od niego, że będzie jej wierny. Bez wątpienia miał wokół siebie wianuszek ślicznych panienek i każda byłaby dlań odpowiedniejsza niż Aurora.
Tym razem ona spuściła wzrok, skupiając je drobnych dłoniach pokrytych małymi draśnięciami od roślin, wciąż lekko różowymi od chłodu, teraz jednak drżącymi z przejęcia. Zawsze marzyła, że gdy założy rodzinę, będzie to z miłości. Że ona i pan ze snu będą oddani sobie po wsze czasy. A tymczasem wiedziała, że jeśli urodzi dziecka Marcela, to odbierze mu wolność w jakimś stopniu. Jedyne co mogła zrobić, to zostawić mu taką, która przynajmniej częściowo da mu szczęście, nawet za cenę jej poczucia wartości. Ona przecież już wiedziała, gdzie w tym świecie jest jej miejsce. On nie musiał się o tym przekonać.
- Sprzedam zapas eliksirów, który mam… - Apteka? Będzie musiała zaczekać. Wyprzeda wszystko teraz, podciągnie się nieco w galeonach, da im to trochę więcej czasu. - I zrobię trochę nowych. - Powinna wprawdzie uważać, niektóre eliksiry bywały niebezpieczne, ale czy gdyby spowodowały przypadkiem wybuch, to czy nie ulżyłoby i jemu? Rue nie mogłaby przyjąć z premedytacją. Ale wypadek przy pracy mógł zdarzyć się każdemu.


Suddenly,
I'm not half the man I used to be.There's a shadow hangin' over me — Oh, yesterday came suddenly
Aurora Sprout
Aurora Sprout
Zawód : Uzdrowiciel
Wiek : 26
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna
nie prze­czu­łam w głę­bi snu,
że je­że­li gdzieś jest pie­kło,

to tu
OPCM : 10
UROKI : 0
ELIKSIRY : 15
LECZENIE : 15
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarodziej
Stoliki na tyłach - Page 2 D836eb438dea1946dc5bb9dd21fef622
Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t9381-aurora-sprout?nid=102#284845 https://www.morsmordre.net/t9435-duke-owlington#286919 https://www.morsmordre.net/t9436-i-walked-with-you-once-upon-a-dream#286936 https://www.morsmordre.net/f347-dolina-godryka-wrzosowisko https://www.morsmordre.net/t10010-skrytka-bankowa-2171#302538 https://www.morsmordre.net/t9438-a-sprout

Powrót do góry Go down

Otworzył oczy szerzej, przyglądając się jej z niedowierzaniem. Jak mogła tak mówić? Jak mogła tak myśleć? Jakich ludzi spotykała w życiu, jeśli prowadziły ją podobne myśli? Do tańca trzeba było przecież dwojga, nie było sprawiedliwości w tym, że to ona ponosiła konsekwencje bezmyślnej nocy.
- Egoistyczne? - powtórzył za nią, ledwie rozchylając usta. - Egoistyczne byłoby nie mówić mi, że mogę zostać ojcem - Co gdyby dowiedział się za rok, pięć, za dziesięć lat, gdyby za dwadzieścia lat przyszedł do niego młody człowiek, targany takimi wątpliwościami, z jakimi sam stał przed własnym? Czy takim chciał być człowiekiem? Czy na to chciał skazywać kolejną osobę? Czy chciał widzieć w lustrze obrzydliwą mordę własnego ojca? - A jeszcze bardziej egoistyczne byłoby zostawić cię z tym samą - dodał bez zawahania, był jej winien wsparcie, którego potrzebowała. Był jej winien znacznie więcej. Nie miała ślubu, choć była od niego znacznie starsza, miał nadzieję, że nie był jej pierwszym, lecz czy miało to znaczenie, jeśli miał stać się tym ostatnim? Nie miałby śmiałości spytać, sugestie rozwiązłości dodałyby tej rozmowie większego okrucieństwa.
Uśmiechnął się gorzko, wielobarwny świat cyrku wyglądał z zewnątrz jak baśń, dobrze o tym wiedział, bo przecież nie urodził się na Arenie - dobrze pamiętał moment, w którym podziwiał ją po raz pierwszy; kiedy dostrzegł światła, usłyszał muzykę, błyszczące stroje artystów, ale wtedy był tylko dzieckiem. Z wiekiem człowiek zaczynał rozumieć więcej, odróżniać świat tradycyjnych rodzin, stabilnej codzienności, rozumieć wartość pieniądza, żadnego z tych aspektów nie mógł dać cyrk: cyrkowa bohema miała swój własny czar, obcy i zadziwiający dla osób z zewnątrz, ale też osobliwy i interesujący bardziej jak dziwaczna ciekawostka, niżeli dalekie pragnienie. Był artystą bez grosza, domu, pewności jutra, który gromadzi publikę ze wzgląd na własną dziwność - i choć ta dziwność zapierała dech w piersi, to nikt nie chciał takiej kariery dla swojego dziecka, tym bardziej dla męża swojej córki. Uniósł kąciki ust w udawanym uśmiechu, wiedział, co myśleli o nim ludzie. Nie potrzebował wcale pociechy, przyzwyczaił się.
Lepsze to niż kradzieże, czy nie taki był jego plan? Kraść więcej i częściej, bo z wypłaty, którą dostawał na Arenie, nie utrzyma dziecka. Nie był z tego dumny. A ona nie musiała wiedzieć. Nie odpowiedział nic, brała go za kogoś, kim nie był. Czy mógł nazwać się szczęściarzem? W kontekście ostatnich dni, tygodni, miesięcy? Był synem mugolki, brutalnie zamordowanej, profesja nie dawała i nigdy nie da mu powagi. Uganiała się za nim jego walnięta eks dziewczyna, nasyłając na niego zwolenników samego Voldemorta i urzędników Ministerstwa Magii. Jego ojciec był jeszcze bardziej walnięty od niej. Może i był szczęściarzem - w końcu wciąż żył.
Uniósł ku niej spojrzenie z powagą, wsłuchując się w słowa, których się podjęła. Próbował zrobić to, co do niego należało.
- Przykro mi - odpowiedział szczerze. - Przykro mi, że w przeszłości nie poznałaś człowieka z honorem - Jej słowa były dla niego przykre. Przykre było to, że spodziewała się po nim innego zachowania - nie mógłby, nie chciałby zachować się inaczej. Uczono go być mężczyzną, choć gdy zastanawiał się, kto był jego wzorem, o którym wspomniała, nie potrafił znaleźć odpowiedzi. Chyba poniekąd jego prawdziwy ojciec - i widok samotnej matki dzień po dniu zmierzającej się z codziennymi trudnościami.
Kiwnął głową.
- Postaram się dać wam wszystko, co najlepsze. Obiecuję. Ale... - powinnaś wiedzieć, że nie skończyłem nawet szkoły; nie przeszło mu to przez gardło, było mu wstyd. Pokręcił przecząco głową, nie było żadnego ale. Pieniądze się go nigdy nie trzymały, a on nie miał do tego smykałki, myśl, że miał komuś zapewnić codzienną stabilność, wydawała mu się potwornie odległa. Nie potrafił jej zapewnić nawet samemu sobie. Ale musiał. Dla niej, dla dziecka, dla nich obu. Nie do końca wierzył w jej słowa, nikt nie chciał żyć w biedzie, podobnie jak nie było kobiety, która nie chciała wygód dla swojego dziecka. Wydawało mu się, że nie do końca rozumiała, czym było cyrkowe życie. Akceptował jej deklarację, ale wiedział, że będzie musiał ciężko pracować na ich przyszłość. - Chciałbym cię prosić o cierpliwość. Ja... z dnia na dzień to trudne, ale będę robię, co mogę, próbuję, chcę, naprawdę... - Tak trudno było zebrać słowa, tak trudno było spełnić oczekiwania, których nawet nie stawiała. Sam je postawił, postawili je też ludzie wokół nich, wytyczające role społeczeństwo. Jej dalsze słowa sprawiły, że go zmroziło. Nie wiedziała, kim był, czy się domyślała - być może. Czy mógł coś z tym zrobić? Porzucić rebelię, by zająć się domem? Rozumiał jej słowa, rozumiał jej oczekiwania, dziecko potrzebowało ojca. Ale...
- Jaki mężczyzna pozwoli żyć swojej rodzinie w świecie, który daje więcej okrucieństwa niż radości? - Czy nie była to forma zadbania o rodzinę? Czy byłaby z niego bardziej dumna, gdyby był tchórzem stroniącym od udziału w konflikcie, który z dnia na dzień przybierał na sile? Czy wolałaby, żeby był człowiekiem bez honoru? W czasach takich ja te - front był obowiązkiem każdego mężczyzny zdolnego do walki. Nie zostanie w domu. Nie da jej pewności, że przeżyje. - Chciałbym, żebyś... żebyście - oboje - mieli pewność jutra. Nic wam po moim powrocie, jeżeli pewnego dnia zginiemy wszyscy. - Pomoże zwyciężyć tę wojnę, a oni będą ku temu kolejną motywacją. Jeśli przeżyje, to do nich wróci. Jeśli odejdzie, niech dziecko nie ma powodów do wstydu za własnego ojca - wystarczy, że wstydzić będzie się za dziadka.
- Wspólnie zbudujemy to szczęście - zapewnił ją, z przekonaniem wybrzmiewającym w głosie, naprawdę w to wierzył albo naprawdę chciał w to wierzyć. - Poznamy się, znajdziemy porozumienie i będziemy nad wszystkim pracować - urwał zdanie w spół słowa, przypominając sobie słowa Sheili. Nieświadomie powtarzał po niej opis aranżowanych małżeństw, które budziły w nim wtedy takie niezrozumienie. Odpowiadał jej, że prawdziwa miłość była inna. Czasem gwałtowna, czasem okrutna, nie zawsze trwała, ale zawsze niepowtarzalna. Otrząsnął się, uświadamiając sobie, że milczał zbyt długo. Co się zmieniło? Dorósł? - A praca zaowocuje domowym ogniskiem, które dziecku, jemu lub jej, powitać świat z zapałem, na jaki zasługuje. Chcę, żebyś wiedziała, że będę się starać co sił, żeby to, co zbudujemy, było trwałe - obiecał bez zawahania. Było mu wstyd, że doprowadził ją do tego stanu. Że przez niego zaszła w ciążę, postawiona pod ścianę musiała odłożyć na bok znacznie większe ambicje niż cyrkowa trupa, ale i mierzyć się z konsekwencjami odbierającymi jej możliwość wyboru. Otoczenie by ją zniszczyło, gdyby została samotną matką. Nie mógłby jej zostawić.
- Czy to bezpieczne? Nie wolno ci się teraz narażać ani przemęczać - wtrącił ze zdecydowaniem od razu. - Nie... nie przejmuj się tym. Pieniądze nie będą problemem - obiecał z większą pewnością niż wcześniej, bo jeśli stawiała sprawę w ten sposób - po prostu musiał je zdobyć. W jakikolwiek sposób. - To moje zadanie. Ty myśl teraz o sobie. I o dziecku. O tym, jak się czujecie.


jeszcze w zielone gramy jeszcze nie umieramy, jeszcze się nam ukłonią ci co palcem wygrażali

Marcelius Sallow
Marcelius Sallow
Zawód : Akrobata
Wiek : 20
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler

young, scrappy and hungry



OPCM : 6
UROKI : 3
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 40
SPRAWNOŚĆ : 20
Genetyka : Czarodziej

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t8833-marcelius-sallow#263287 https://www.morsmordre.net/t8838-marcelius-sallow#263482 https://www.morsmordre.net/t8835-marcelius-sallow#263320 https://www.morsmordre.net/f319-arena-carringtonow-wagon-7 https://www.morsmordre.net/t8839-skrytka-bankowa-nr-2088#263495 https://www.morsmordre.net/t8841-marcelius-sallow#263502

Powrót do góry Go down

Strona 2 z 2 Previous  1, 2

Stoliki na tyłach

Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach