Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia


Ekipa forum
Login:

Hasło:

C. Sprout
AutorWiadomość
C. Sprout [odnośnik]30.05.21 11:24

Wsiąkiewka

Żywotność
Wartość żywotności postaci: 172
żywotnośćzabronionekarawartość
81-90%brak-5139 - 154
71-80%brak-10122 - 138
61-70%brak-15104 - 121
51-60%potężne ciosy w walce wręcz-2087 - 103
41-50%silne ciosy w walce wręcz-3070 - 86
31-40%kontratak, blokowanie ciosów w walce wręcz-4053 - 69
21-30%uniki, legilimencja, zaklęcia z ST > 90-5036 - 52
≤ 20%teleportacja (nawet po ustaniu zagrożenia), oklumencja, metamorfomagia, animagia, odskoki w walce wręcz-60≤ 35
10 PŻPostać odczuwa skrajne wycieńczenie i musi natychmiast otrzymać pomoc uzdrowiciela, inaczej wkrótce będzie nieprzytomna (3 tury).-701 - 10
0Utrata przytomności

żywotność bez szaty:

Żywotność (postać wilcza)
Wartość żywotności postaci: 295
żywotnośćzabronionekarawartość
81-90%brak-5238 - 265
71-80%brak-10209 - 237
61-70%brak-15179 - 208
51-60%potężne ciosy w walce wręcz-20150 - 178
41-50%silne ciosy w walce wręcz-30120 - 149
31-40%kontratak, blokowanie ciosów w walce wręcz-4091 - 119
21-30%uniki, legilimencja, zaklęcia z ST > 90-5061 - 90
≤ 20%teleportacja (nawet po ustaniu zagrożenia), oklumencja, metamorfomagia, animagia, odskoki w walce wręcz-60≤ 60
10 PŻPostać odczuwa skrajne wycieńczenie i musi natychmiast otrzymać pomoc uzdrowiciela, inaczej wkrótce będzie nieprzytomna (3 tury).-701 - 10
0Utrata przytomności

Ekwipunek


Prezenty

Zaczarowana parasolka
Będąca efektem złapania Zaczarowanego Mikołaja w trakcie Wigilii Wigilii 1957 w Warsztacie, parasolka ma uchwyt stylizowany na cukrową laskę. Jej magiczne właściwości objawiają się dopiero wtedy, gdy Castor chce ochronić przed deszczem więcej niż jedną osobę — parasolka rozszerza się bowiem tak, by objąć nią wszystkie osoby, którym właściciel chce udostępnić schronienie.

Zegarek
Podarowany przez Volansa zegarek na rękę jest szczególnym prezentem. Poza wskazywaniem godziny ukazuje właścicielowi także obecną fazę księżyca. Bardzo użyteczny przy warzelnictwie eliksirów oraz alchemii w ogóle, czasami przypomina jednak Castorowi o ciążącym na nim przekleństwie. Mimo to Castor dba o zegarek najlepiej, jak tylko potrafi.


Różności


Listy
1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | 7 | 8 | 9 | 10 | 11 | 12 | 13 | 14 | 15 | 16 | 17 | 18 | 19 | 20 | 21 | 22 | 23 | 24 | 25 | 26 | 27 | 28 | 29 | 30 | 31 | 32 | 33 | 34 | 35 | 36 | 37 | 38 | 39 | 40 | 41 | 42 | 43 | 44 | 45 | 46 | 47 | 48 | 49 | 50 | 51 | 52 | 53 | 54


[bylobrzydkobedzieladnie]


Ostatnio zmieniony przez Castor Sprout dnia 02.05.22 16:12, w całości zmieniany 21 razy
Castor Sprout
Zawód : Twórca talizmanów, właściciel sklepu "Bursztynowy Świerzop"
Wiek : 24
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
muszę to przespać
p r z e c z e k a ć
przeczekać trzeba mi
OPCM : 5
UROKI : 0
ALCHEMIA : 30
UZDRAWIANIE : 8
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 6
SPRAWNOŚĆ : 4
Genetyka : Wilkołak

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t9918-castor-sprout#299830 https://www.morsmordre.net/t9950-irys#300995 https://www.morsmordre.net/t9949-i-will-keep-my-flowers-safe#300972 https://www.morsmordre.net/f177-wybrzeze-exmoor-somerset-wrzosowa-przystan https://www.morsmordre.net/t9952-skrytka-bankowa-nr-2255#301004 https://www.morsmordre.net/t9951-c-sprout#300999
Re: C. Sprout [odnośnik]30.05.21 11:25
RozgrywkaDawniej
początek listopada 1951 | Finella MacFusty & Castor Sprout | Pokój wspólny Puchonów
Jak bardzo nie chciał się spóźnić.
Wszystkie komórki jego ciała postanowiły przypomnieć mu zgodnie, że ten dzień nie mógł należeć do dni zwykłych; stał bowiem w obowiązku spełnienia raz danej obietnicy, którą swoją drogą złożył bardzo ochoczo i ofiarnie. Nie mógł bowiem przejść obojętnie wobec zgarbionej nieco sylwetki młodziutkiej puchonki, która ślęcząc nad zapisanymi pergaminami do późnej pory, przykładała się chyba tylko i wyłącznie do przyszłego nadwyrężenia wzroku. Na samą myśl odruchowo podniósł palec wskazujący ku górze, by zetknąć go z mostkiem okularów. Płynny ruch wsunął je wyżej nosa, na odpowiedni poziom, bo zdarzały się chwilę, gdy nie zauważał nawet — objęty natłokiem obowiązków prefekta naczelnego — że okrągłe oprawki zsuwały się wraz ze szkłami coraz to bardziej, finalnie lądując na samym czubku jego nosa. Ale to przecież nie wszystko; nie mógł przejść obojętnie i w istocie nie przeszedł. Usiadł najpierw, zupełnie niezauważony na fotelu po jej prawej stronie, przyglądając się dziewczynie z nieukrywanym zaciekawieniem, w szczególności co do tego, jak szybko zorientuje się, że nie jest sama. Po kwadransie spędzonym na wyczekiwaniu westchnął nieco głośniej, niż zazwyczaj, po czym stuknął kilkukrotnie w ramię dziewczęcia opuszkami własnych palców, chcąc skupić na sobie jej uwagę. Już późno, mówił wtedy, głosem miękkim i ciepłym, w akompaniamencie trzaskającego w kominku ognia. O tej porze nie idzie się już niczego nauczyć. Leć do łazienki i pod kołdrę, a przed kolejną lekcją z zielarstwa pokażę ci, czym różni się skacząca bulwa od figi abisyńskiej, dobrze?

kwiecień 1956 | Michael Tonks & Castor Sprout | Stadion Quidditcha
Kurs szedł całkiem składnie. Tylko dwa miesiące pozostały do końcowych egzaminów; do ostatniego papierka, który potwierdzi wszem wobec, że Castor Sprout był na tyle zdolny, by zostać dyplomowanym alchemikiem! Żadnym domorosłym twórcom bez dowodu na posiadaną wiedzę. Prawdziwym, wykształconym przez Św. Munga specjalistą od mikstur wszelakich. Czy też nie o tym marzył od czasu, gdy miał piętnaście lat i stwierdził, że grzechem byłoby zaprzepaszczenie szans, jakie dawało mu obycie się z roślinami od wczesnego dzieciństwa. Jego rodzina była właścicielami apteki na Pokątnej, spoglądał na to miejsce często, całkiem radośnie, zupełnie pewny, że kiedyś i jemu przyjdzie stanąć za kontuarem, zagadywać klientów i doradzać im w wyborze najlepszego specyfiku. Zbierać będzie zamówienia, spisywać je małym ołówkiem na małej kartce, a potem odda się zupełnie pracy, do ciemnej nocy ślęcząc nad kociołkiem, by osiągnąć jak najlepszy rezultat.

Październik
4 października | Castor Sprout | Poczekalnia
Rejestracja różdżki w dzisiejszych czasach okazała się być smutną koniecznością. Castor najchętniej nie wyjeżdżałby z Doliny, lecz zmartwione spojrzenie matki i niema prośba ojca wystarczyły, by szarpnąć delikatnymi strunami sumienia. Jeżeli Aurora czuła potrzebę wyprawy do Londynu — a co za tym idzie także rejestracji różdżki — kim byłby, nie zapewniając jej odpowiedniej opieki i swoistej obstawy?
Nawet kosztem swego komfortu psychicznego.

15 października | Livia Abbott & Castor Sprout | Salon
Możliwość odwiedzenia Dunster Castle okazała się być dla Castora zupełnym zaskoczeniem. Nie spodziewał się bowiem, że podszepty o jego umiejętnościach dotrą aż tutaj, do samych uszu lady Livii Abbott. Szczerze powiedziawszy, gdy tylko Irys dostarczył mu list podpisany szlachecką ręką, nie mógł wyzbyć się wrażenia, że był to swego rodzaju żart, psikus wymierzony w jego osobę. Jakże bowiem ludzie pokroju panów i pań Somerset mogli zainteresować się akurat jego osobą? Czyżby talizmany, które w domowym zaciszu tworzył od przeszło miesiąca, zdążyły zyskać aż taki rozgłos? Z drugiej strony oparcie dzisiejszej wizyty na nauce astronomii przede wszystkim wydawało się być idealną okazją do pokazania rodziny Sprout w jak najlepszym świetle.

31 października | Thomas Doe & Castor Sprout | Grób Caleba Macnaira
Nagłe pojawienie się na Wrzosowisku nikogo innego jak Thomasa Doe we własnej osobie szybko przypomniało Castorowi, jak silna jest pamięć emocjonalna. Choć cieszył się z nagłego odnalezienia dawnego kolegi w progach własnego domu, tylko przez ułamek sekundy układając w głowie kolejną prośbę do siostry, by ze względu na wojenną zawieruchę nie przyprowadzała — w miarę możliwości — do ich domu każdej napotkanej znajdy, o tyle dał się ograć, tak jak dawał się ogrywać przez cały swój pobyt w Hogwarcie, ulegając całkiem prędko przyjaznym motywom siostry i urokowi osobistemu byłego już Gryfona.

31 października | Thomas Doe & Castor Sprout | Spiżarnia
Nagłe pojawienie się na Wrzosowisku nikogo innego jak Thomasa Doe we własnej osobie szybko przypomniało Castorowi, jak silna jest pamięć emocjonalna. Choć cieszył się z nagłego odnalezienia dawnego kolegi w progach własnego domu, tylko przez ułamek sekundy układając w głowie kolejną prośbę do siostry, by ze względu na wojenną zawieruchę nie przyprowadzała — w miarę możliwości — do ich domu każdej napotkanej znajdy, o tyle dał się ograć, tak jak dawał się ogrywać przez cały swój pobyt w Hogwarcie, ulegając całkiem prędko przyjaznym motywom siostry i urokowi osobistemu byłego już Gryfona.



Listopad
4 listopada | Michael Tonks & Castor Sprout | Stara szopa
Nie lubił jesieni. Jesień pachniała wilgocią, wciskała się podstępnie w każdą szczelinę powstałą między ubraniem a skórą. Jesień była czasem przygotowania się na śmierć. I choć od maleńkości obserwował krąg życia, zdążył przyzwyczaić się do myśli, że wszystko ma swój początek i koniec, konieczność obserwowania tego ostatniego nigdy nie była dla niego przyjemna. Wczesną, wrześniową jesień mógł obserwować z mniejszą niechęcią. Wciąż była bowiem kolorowa, iskrzyła się w barwach ciepłych, bliskich jego sercu. Jesienią przypadał także ostatni czas zbiorów, co oznaczało, że prawdziwy odpoczynek nadchodził dopiero zimą.

7 listopada | Michael Tonks & Castor Sprout | Ścieżka w lesie
Świat wirował.
Wirował od kilku dni, lecz Castorowi całkiem dobrze szła sztuka spychania myśli poza granice świadomości. Dni spędzał zamknięty w szopie od rana do nocy, zgarbiony nad roboczym blatem do tego stopnia, że przeciążenia odpokutowywał wieczorem w łóżku, gdy nie mógł znaleźć pozycji, w której całe ciało mogłoby odpocząć i nie dawać o sobie znać. W przedpełniowym szaleństwie stworzył kilka prototypów następnych talizmanów, przypominając sobie, że przecież obiecał ich stworzenie kilku osobom, znanym i bliskim, których zawiedzenie nie pojawiało się nawet jako jedna z dostępnych opcji.

8 listopada | Justine Tonks & Castor Sprout | Korytarz na piętrze

Był zmęczony. Piekielnie, cholernie zmęczony.
Nie do końca pamiętał, jak w ogóle znalazł się we Wrzosowej Przystani. Wiedział tylko, że wcześniej ustalili z Michaelem, że nie wrócą na odpoczynek do Wrzosowiska, choćby niebo miało runąć. Nie ważne, co mogłoby się im przydarzyć, gdy srebrzysta tarcza spoglądała w wilcze pyski. Dopiero dzięki towarzystwu starszego wilkołaka Castor w pełni zrozumiał zagrożenie, które im groziło. Do tej pory działalność brygady była tylko ciekawostką, kolejnym zawodem dostępnym dla czarodziejów. Nie myślał o tym, jak faktycznie wyglądały szczegóły podobnych akcji, że brygadziści nader często przekraczają granice, nie widzą człowieka, czarodzieja skrytego za wilczą świadomością. Często przerażonego, a mimo wszystko starającego się zrobić jak najwięcej, by zabezpieczyć swe otoczenie przed skutkami klątwy.

12 listopada | Castor Sprout | Salon
Choć wujek wskazywał w liście, że nie musi się spieszyć, pakunek, który złożył w dłonie Sprouta za pośrednictwem Einsteina musiał ciążyć wytwórcy talizmanów na sumieniu, dopóki nie zabierze się do pracy. Wciąż odchorowując dopiero—co—przebytą pełnię, wodził spojrzeniem za zamkniętymi drzwiami szopy, w której to zazwyczaj zajmował się podobnymi sprawkami. Obawiał się jednak, że panujące wewnątrz zimno nie podziała na niego dobrze w połączeniu z pełniowym zaziębieniem.

14 listopada | Åsbjørn Ingisson & Castor Sprout | Pracownia w szopie
Nie było drugiego takiego języka — czy to w świecie czarodziejów, czy mugoli — który mógł ukochać bardziej; który łączył często mocniej, niż więzy krwi, niż szeptane czule półsłówka. Nauka bowiem nie była tylko celem, była też drogą. Drogą, którą szaleńcy obierali mniej lub bardziej świadomie, bowiem zdarzało się, że to ona wybierała ich. Była to cierpliwa kochanka, wyczekująca nawet najmniejszych starań, gdy chciano do niej powrócić, bo rozkapryszenie zostawiała tylko tym, którzy spalili cały zapas swego zapału. Dbać trzeba było nie tylko więc o chłonność umysłu, czy szerokość horyzontów, a jeszcze o regularne dokładanie drzewiny do scjentystycznego entuzjazmu. Iskra przechodziła w płomień, płomień w pożar, a żeby stało się nowe, należało zniszczyć stare.

16 listopada | William Moore & Castor Sprout | Szmaragdowy staw

Pomyślałby kto, że Sprout wreszcie przestał stawać okoniem przeciw wszelkim zmianom, które wpadały do jego życia niczym kamyki dorzucane codziennie do ogródka przez złośliwego sąsiada. I pomyliłby się ów ktoś, choć sam Castor starał się jak mógł wychodzić ze swej strefy komfortu. Powoli, metodycznie, bez powielania błędów sprzed kilku lat, gdy rzucił się w wir stołecznych wydarzeń bez żadnego przygotowania.
Dziś padło na Oazę. Miejsce, w którym zjawił się po raz pierwszy, z misją do wykonania i ciążącym na nim poczuciu obowiązku, by zrobić to jak najlepiej potrafił. Bowiem i cel był szczytny, i osoba, która poprosiła go o pomoc nieposzlakowanej opinii. Gdy dowiedział się, że w całym tym planie najważniejsze są dzieci, po prostu nie mógł odmówić. Nie, żeby miał w zwyczaju odmawiać. Nie on, Sprout z sercem na dłoni i regularnie wykorzystywanymi niedoborami asertywności.

19 listopada| Aurora & Castor Sprout | Sypialnia Castora
Każda kolejna lordowska wizyta była kolejnym kamyczkiem wrzucanym do Castorowego ogródka. Pukającym w okno jego sypialni, podobnie do deszczu, którego symfonia stanowiła dziś idealną towarzyszkę zaśnięcia. Miarowe dudnienie kropel, gdy tylko się na nim skupił, ułatwiało unormowanie oddechu, pozwalało ciężkim powiekom wreszcie spocząć, długim rzęsom połaskotać wciąż tracące na pucułowatości poliki.

20 listopada | Nora Fletcher & Castor Sprout | Arena Carringtonów
Londyn.
Cholerny Londyn.
Nigdy nie lubił tego miejsca. Może przez pierwszy miesiąc kursu alchemicznego był nim zachwycony — duże miejsce, dużo ludzi, absolutnie dużo mugoli wraz z ich przerażającymi wynalazkami, dużo nowych perspektyw, wiedza, wiedza, masa wiedzy, ona przecież płynęła przez to miasto, podobnie energii czarodziejskiej, strumieniem szerszym i bardziej rwącym od Tamizy! Pierwszy miesiąc prędko prześlizgnął się przez palce, zachwyt, podobny do pyłu po wyburzeniu budynku opadł, jego resztki osadziły się w miodowych lokach, na kołnierzu białej koszuli, ramionach beżowego płaszcza, wcisnął się w nos, zakręcił w nim porządnie i zmusił do kichnięcia tak dużego, że kolejne miesiące poświęcił Sprout na doprowadzanie się do porządku i pozbywanie wszystkich jego resztek.

21 listopada | Finley Jones & Castor Sprout | Alejka nad brzegiem rzeki
Dzień wreszcie nadszedł. Ten dzień, do którego prowadziły wszystkie sekundy chylącemu się ku końcowi miesiąca.
Zjawił się w Londynie wczoraj, miał zostać do jutra. Pośrodku trzydniowego wypadu stała ona.
Nieznajoma. Blondynka. Szkotka. O nieco topornym humorze i nogach rwących się do tańca, który miał zaprzeć mu dech w piersiach. Młodsza od niego. Piękna, dodał jeszcze później Thomas, w odpowiedzi na Sproutowe wątpliwości. Choć w ich rozmowie, a później w listach padały konkrety, ich natura była tak specyficzna, że mogła znaczyć zarówno wszystko, jak i nic. Castor nie miał zazwyczaj problemu z wyobraźnią, w szczególności przestrzenną, potrafił przecież wyobrazić sobie, jak wygląda dana osoba na podstawie przynajmniej kilku cech.

22 listopada | Perseus Black & Castor Sprout | Herbaciarnia
Jedno musiał mu oddać.
Dobrze wybierał miejsca przyszłych konfrontacji.
Choć ciężko było w ogóle uznać ich spotkanie za konfrontację, przynajmniej ze strony Castora. Pragnął w końcu jedynie porozmawiać. Wytłumaczyć swe wątpliwości w sposób jak najbardziej klarowny, a jednocześnie na tyle dosadny, by nawet bogaty lord przypomniał sobie, że są granice, których nie należy przekraczać. Już pal licho granice Somerset, jego kochanego Somerset... W grę wchodziła reputacja jego siostry, jej serce, spokój i kolejne litry łez gotowych do przelania. Po prostu musiał załatwić to prędzej niż później.


Grudzień
1 grudnia | Isabella Presley & Castor Sprout | Pracownia eliksirów
Dzisiejszy dzień od samego początku jawił się wyjątkowo. Jakże bowiem inaczej określić mógł Castor odwiedziny nikogo innego jak panny Isabelli w skromnych progach Wrzosowiska? Zgoda na wspólne spędzenie czasu została przez Castora przyjęta z olbrzymią wręcz dumą — znali się od wielu lat, ziarno ich znajomości padło na wyjątkowo żyzny grunt szkolnej szklarni, zaś dwoje uzdolnionych alchemików (Sprout nie miał trudności w uznaniu talentów alchemicznych złotowłosej, uważał nawet, że w jego powinności jako kolegi po fachu było odpowiednie do okazji zachęcanie do dalszych eksperymentów) dało radę uchronić plon od zadeptania pod ciężkim butem braku czasu, wzajemnych niesnasek czy jakichkolwiek innych przykrości, o które nie śmiał oskarżać damy, czyniąc zatem wszystko w swej mocy, by zapobiec takowym ze swojej strony.

2 grudnia | Michael Tonks & Castor Sprout | Miasto Lancaster
— Mike, ty naprawdę we mnie nie wierzysz.
Oskarżycielski ton nie pasował zupełnie ani do okazji, ani do niepokojącej lekkości, którą Castor czuł w swojej głowie. Jednak skupił się, starając zepchnąć zawroty głowy gdzieś na dalszy tor, by wbić swe spojrzenie (cholera, ostatnimi czasy naprawdę stawało się coraz to bardziej szare, jakby naśladowały pochmurne, późnozimowe niebo) w postać przyjaciela.
Bladoróżowe usta niemal odruchowo zacisnęły się w wąską kreskę, jak robiły to niemal zawsze, gdy czuł ostrzegawcze mrowienie irytacji w czubkach swych palców. Tonks znał tę minę, w dodatku całkiem dobrze — towarzyszyła Castorowi za każdym razem, gdy uczył się czegoś nowego, a materia nie chciała poddać się zrozumieniu. Wpływała na lineaturę twarzy wtedy, gdy Sprout powstrzymywał się od umoralniających uwag, gdy starał się nie naruszać autorytetu bądź co bądź mentora, ale jednocześnie fundamentalnie nie zgadzał się z jego zdaniem.

3 grudnia | Castor Sprout | Stara szopa
Długo nosił się z koniecznością zmierzenia się z kolejną mieszanką. Ostatnie tygodnie poświęcił przede wszystkim na talizmany, lecz przedwczorajsze spotkanie z Isabellą znów przypomniało mu o tym, co właściwie rozpoczęło jego przygodę z tą dziedziną nauki. Pierwsza lekcja eliksirów, choć z każdym kolejnym dniem oddalał się od niej coraz to dalej, choć minęło już ponad dwanaście lat od pierwszego stanięcia przed kociołkiem, wciąż była wspomnieniem żywym.
Szopa przepełniła się ekscytacją nowicjusza. Wisiała w powietrzu, wylewała się ze spojrzenia Castora, skrzyła w miodowych kosmykach. Castor dobrze wiedział, czego szukał; w lewej ręce ciążyło mu opasłe tomiszcze, które podebrał z pracowni eliksirów, a z którego uczył się jeszcze jego ojciec. Marginesy strony opisujących eliksir szkiele—wzro pokryte były notatkami sporządzonymi przez dwa pokolenia Sproutów.

9 grudnia | Castor Sprout | Akwarium z ośmiornicą
Ale pamiętaj, Cas, jak wpadniesz do Londynu, od razu idź do portu! Znajdziesz tam takie wielkie akwarium z ośmiornicą i ogromną kolejkę. Nawet bez okularów się odnajdziesz. Stań grzecznie, czekaj na swoją kolej i nie zaczepiaj obcych. I koniecznie powiedz, co ci się trafiło!
Głos Thomasa odbijał się w ścianach jego czaszki prawie równie intensywnie, jakby szatyn stał teraz obok niego, zalewając go kolejnym wodospadem słów. Wargi Castora drgnęły lekko ku górze, gdy po krótkim spacerze w towarzystwie woni świeżo patroszonych ryb dotarł wreszcie w miejsce, które odpowiadało opisowi. Nigdy nie był przekonany do podobnych rozrywek, ale dziś obiecał sobie, że zrobi wyjątek. Wcale nie dlatego, że brak jakiegokolwiek dowodu na jego udział w loterii mógłby posłużyć najstarszemu z rodzeństwa Doe do kolejnej dawki dokuczania Sporutowi, choć trochę też. Przede wszystkim uznał, że po przeżyciu ostatnich napiętych tygodni nawet marny prezent od losu mu się po prostu należał.

9 grudnia | Thomas Doe & Finley Jones & Nora Fletcher & Steffen Cattermole & Castor Sprout | Skwerek
Wciąż świeże wspomnienia nie tak dawnej wizyty na loterii w porcie powracały jak zaklęte, za każdym razem, gdy nieco większy krok powodował, że zamknięta kulka z losem, teraz prawie bezpiecznie trzymana w kieszeni, ocierała się o powierzchnię jego spodni. Kilka godzin temu głos Thomasa również mu towarzyszył, choć nawet go tam nie było; teraz Castor mógł niemal spokojnie przyglądać się mu, szatkować każdy gest szarobłękitem spojrzenia i uśmiechać się przy tym na tysiące różnych sposobów.
Przez lata zmieniały się uśmiechy. Zmieniał się kształt loków, które to pojawiały się i znikały na ich głowach, zmieniały się tony głosu, ubrania. Zmieniał się ich skład, role, które w nich pełnili (Nie jesteś już prefektem, Cas brzmiało prawie złowrogo, jakby mówiący chciał odrzeć Sprouta z bezpieczeństwa ustalonych i kultywowanych z piekielną zażyłością powiązań), wreszcie nowością był też niemal eteryczny dotyk dziewczęcej dłoni o długich palcach w zgięciu jego ramienia, przebijający się nieśmiało przez materiał płaszcza.

12 grudnia | Michael Tonks & Castor Sprout | Wrzosowisko, Derbyshire
Miał spędzić ten dzień w pełni bezpieczny, we własnej szopie, stosując się do poleceń, które przecież wydawał mu sam Tonks.
Jedz więcej. Uważaj na siebie. Szalik ciepły włóż, bo cię przewieje... Nie, to ostatnie to jednak była jego mama, nie Michael, choć wszystkie pokazy troski z jakiegoś powodu zaczynały zlepiać mu się w jedną masę, z której coraz ciężej było wydobyć cząstkę przypisaną do konkretnej osoby i sytuacji. Część winy ponosił sam Castor, który uparcie szastał własnym samopoczuciem już od dłuższego czasu, nawet przed ugryzieniem, część z kolei wciąż obecna nadopiekuńczość spoglądająca na niego z każdego kąta domu. A mógł się przyzwyczaić do bycia najmłodszym członkiem rodziny i wiecznej łatki dzieciaka.
Mógł, ale wejście pomiędzy jeszcze młodszych prędko weryfikowało życiowe postawy, zmuszając go do objęcia roli opiekuna, nie zaś czekającego na polecenia i dobre słowo młodzika. Jedynym mankamentem powstałym po jego stronie było to, że po prostu nie potrafił jednocześnie zadbać o kogoś i o siebie.

16 grudnia | Castor Sprout | Stara szopa
Sowa otrzymana od Volansa Moore'a była zaskoczeniem. Zaskoczeniem przyjemnym w swej niespodziewanej naturze, bowiem Castor znał już nieco tę rodzinę, właściwie to udało mu się spędzić w ostatnich miesiącach czas z połową z braci, a teraz, przez zamówienie złożone w lekkich słowach kreślonych na pergaminie mógł porozmawiać jeszcze z trzecim, choć najstarszym.
Sowa Volansa zastała Castora — a jakże — w szopie, ulubionym miejscu na terenach rodziny Sprout, warsztacie, który z dnia na dzień tracił na swej pierwotnej prowizoryczności. Niestety jednak piętnastego grudnia przypadał dzień porządków, dlatego też spełnienie prośby o wykonanie talizmanu musiało poczekać przynajmniej dobę. Blondyn należał bowiem do tego rodzaju rzemieślników, który nie znosił bałaganu poza chaosem wykonawczym; oznaczało to, że nim rozpoczął jakąkolwiek próbę majstrowania przy czymś wymagającym użycia kociołka, musiał upewnić się, że wszystko znajdowało się w należytym porządku. Może to wina — lub zasługa, jak kto woli — dyscypliny pracy, którą nabył w trakcie kursu alchemicznego, bojąc się kontaminacji szeregu mikstur. Nawet domorosły alchemik, bez odpowiedniego wykształcenia wiedział bowiem, że naruszenie delikatnej struktury proporcji, składu i mocy zbliżało nieostrożnego czarodzieja do granicy niebezpieczeństwa.

18 grudnia | Volans Moore & Castor Sprout | Salon
Nadal nie mógł pozbyć się niesmaku z ust, gdy wieczorem tego samego dnia, w którym tworzył talizman, okazało się, że jednak będzie to błyskotka pozbawiona specjalnych właściwości. Co prawda Volans w swym liście określił, że biżuteria sama w sobie również zadowalałaby jego gusta, jednakże młody Sprout był człowiekiem wielkich ambicji, głodnym równie wielkich czynów, toteż porażka — zwłaszcza na gruncie prezentu dla kogoś tak mu bliskiego, jak Trixie Beckett (choć to oczywiście nie on miał go wręczać) bolała w sposób przedziwny.

21 grudnia | Thomas Doe & Castor Sprout | Stara szopa
Perspektywa kolejnej wizyty Thomasa na Wrzosowisku powoli urastała do rangi okoliczności stresującej. Za każdym razem bowiem, gdy Doe zjawiał się u niego w domu, działo się coś przynajmniej specyficznego. Od konsumpcji alkoholu na cmentarzu przez listy głoszące o nagłych zaręczynach jego siostry z nikim innym jak Marcelem... Jednakże czy Castor Sprout byłby Castorem Sproutem, gdyby odmówił przyjacielowi w potrzebie? Oczywiście, że nie. Zwłaszcza że ta zawarta na pergaminie listu, który przyniosła dziwnie wyglądająca sowa Thomasa, nie była znowuż taka wielka. Ot, miał użyczyć mu kwiatów z własnej szklarni, aby przygotować wianki dla dziewczyn.

23 grudnia | Przyjaciele | Jadalnia
Osoby pierwszych gości mogły nieco zaskoczyć gospodarzy, lecz hej! Zbliżał się naprawdę magiczny czas, czas pełen niespodzianek, a pojawienie się jako pierwszych niespodziewanego chyba duetu składającego się z Castora Sprouta i Volansa Moore'a stanowiło tylko ich początek.
Cały dzień, szumnie obwołany nazwą Wigilii Wigilii, rozpoczął się chaotycznie, jednak słyszał kiedyś — teraz za żadne skarby świata nie mógł przypomnieć sobie, kto to powiedział — że w każdym szaleństwie jest metoda. Zamiast więc walczyć o uporządkowanie nastałego chaosu, starał się wpleść w jego nitki, stać się jego częścią i tak oto doprowadzić do pozytywnych rezultatów.

24 grudnia | Michael Tonks & Thalia Wellers & Castor Sprout | Plac główny
I chyba tylko on jeden wystawał spomiędzy nich jak spuchnięty palec.
— Niczego się nie nauczyłeś w Lancaster? — szorstkie pytanie wypadło w przestrzeń, gdy czujne spojrzenie odnalazło raz jeszcze szalik, którego widoku nie mógł znieść. Żołądek ścisnął się niemal natychmiast, trochę wbrew jego woli. Nie chciał być zły, nie chciał być zły w ten jeden dzień. Bo nie miał powodu. Po wczorajszym spotkaniu w wąskim zaufanym gronie był przecież przepełniony nadzieją na lepsze jutro, wiarą w dobro kryjące się w każdym człowieku stąpającym po tym świecie.
A jeden szalik wprowadził go prędko w stan nieracjonalnego zirytowania.
Zupełnie tak jakby cała magia prysła.

24 Grudnia | Przyjaciele | Jadalnia
Wrzosowisko. Dom rodzinny Sproutów w przeciągu ostatnich kilku miesięcy nie mógł narzekać na nudę i brak gości. Ukoronowaniem wszystkich tych wizyt miało być urządzenie uroczystych obchodów Wigilii Bożego Narodzenia. Pomysł zorganizowania ich właśnie tutaj i przez rodzinę bądź co bądź czystokrwistą wydawał się być takim, który co do zasady nie powinien się udać. Jednakże serca Elwooda, Cassiopei, Aurory i Castora były na tyle pojemne, że nie musieli oni do końca rozumieć, o co właściwie chodzi z całym tym obrządkiem, by zapewnić odpowiednią gościnę. Castor jednak nie zamierzał spoczywać na laurach oraz bardzo mglistym wyobrażeniu, czym właściwie są święta. Ostatnie kilka dni spędził bowiem na intensywnej lekturze, próbując lepiej zrozumieć tę konkretną tradycję. Ukoronowaniem wysiłków stała się kolacja nazwana szumnie i pięknie wigilią wigilii, którą odbył dzień przed wigilią właściwą. Czuł się zatem nawet pewnie, a przynajmniej przygotowany z punktu widzenia naukowego. Dodatkowej radości dodawało mu przeczucie, że nawet gdyby coś w tej ich idealnie chrześcijańskiej wigilii poszło nie do końca po myśli, zgromadzeni goście należeli do bardzo bliskiego dla domowników grona i z pewnością poratują ich z opresji.

30 Grudnia | Kucharki | Kuchnia
Nietypowa okazja przywiodła na Wrzosowisko również nietypowych gości. Castor od samego rana czuł się nietypowo wręcz poddenerwowany. Nigdy wcześniej nie przychodziło mu goszczenie aż dwóch zacnych panienek we własnym domu — właściwie to dom rodzinny Sproutów w Dolinie Godryka ostatnimi czasy stał niemalże otworem dla każdego, kto zaplątał się w śniegu pokrywającym okoliczne wzgórza. Castor, podobnie jak reszta rodziny, nigdy nie był w stanie odmówić potrzebującemu, choć jednocześnie klął na siebie w myślach, szczególnie skupiając się na sproutowej uprzejmości, która — jeżeli wszystko poszłoby według jego czarnej myśli — będzie pierwszym krokiem do wpędzenia go do grobu.

30 Grudnia | Sprzątaczki | Salon
Zabawne były te wszystkie przygotowania. Stanowiły coś tak niecodziennego, jednak przepełnionego jakimś dziwnym, domowym wręcz ciepłem, że zazwyczaj sceptycznie podchodzący do podobnych pomysłów (w szczególności, gdy do ich realizacji zaangażowany był Thomas i reszta chłopięcej ferajny) Castor musiał przyznać, że dobrze zrobił, podejmując trud przygotowania się jak najlepiej na nadchodzącą... zabawę? Uroczystość? Obchody? Cokolwiek to było, rozlewało na jego klatce piersiowej przyjemne ciepło podobne do tego, które czuł w trakcie obchodów wigilii Wigilii. Już mówił Thalii i Michaelowi, że było to uczucie podobne do posiadania drugiej rodziny, lecz wtedy czuł się raczej jak jedno z najmłodszych dzieci, a teraz? Teraz górnolotnie wyobrażał się raz jeszcze w roli opiekuna, odruchowo przybierając ponownie ton głosu prefekta, choć spojrzenie miał zdecydowanie łagodniejsze i rozmarzone.



[bylobrzydkobedzieladnie]


Ostatnio zmieniony przez Castor Sprout dnia 05.09.21 20:06, w całości zmieniany 2 razy
Castor Sprout
Zawód : Twórca talizmanów, właściciel sklepu "Bursztynowy Świerzop"
Wiek : 24
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
muszę to przespać
p r z e c z e k a ć
przeczekać trzeba mi
OPCM : 5
UROKI : 0
ALCHEMIA : 30
UZDRAWIANIE : 8
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 6
SPRAWNOŚĆ : 4
Genetyka : Wilkołak

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t9918-castor-sprout#299830 https://www.morsmordre.net/t9950-irys#300995 https://www.morsmordre.net/t9949-i-will-keep-my-flowers-safe#300972 https://www.morsmordre.net/f177-wybrzeze-exmoor-somerset-wrzosowa-przystan https://www.morsmordre.net/t9952-skrytka-bankowa-nr-2255#301004 https://www.morsmordre.net/t9951-c-sprout#300999
Re: C. Sprout [odnośnik]17.08.21 18:07
RozgrywkaDawniej
We śnie | Hector Vale & Castor Sprout | Take my heart, pull it apart
Z przeciwnego kąta komnaty Hectorowi i pająkowi przyglądała się kolejna para nieruchomych oczu. Punktowe światło padające na stół nie docierało do oczu skrytych za szkłami okularów, przez co trudno było dojść do tego, jakiej barwy były nieruchome tęczówki, w tej chwili dodatkowo w zdecydowanej większości ustępujące swego miejsca rozszerzonym w ciemności źrenicom. Oliver siedział nieruchomo — na krześle z ciemnego drewna, które zazwyczaj przystawiane było do znajdującego się za jego plecami biurka.

Styczeń
31 grudnia/1 stycznia| Bękarty | Salon
Przygotowania na Wrzosowisku nie zwalniały tempa. Impreza organizowana u niego w domu dopiero się zaczynała, gdy wraz z Demelzą upewniali się, że jedzenie, którego przygotowaniem zajmowała się ekipa kucharska, nadawało się do spożycia. Właściwie to upewniała się właśnie Demelza, która uznawszy, że chyba wszystko jest w porządku, wysłała go z pakunkami na miejsce imprezy. I wyruszył Castor w podróż, grzecznie udostępniając przyjaciółce dobrodziejstwa wrzosowiskowej łazienki, choć przed ostatecznym wystąpieniem poza granice wrzosowiska wstąpił jeszcze do rodzinnej szklarni, pamiętając o prośbie, którą wystosowała do niego Sheila. Ech, dziewczęta i ich chęć do wyglądania pięknie... Bardzo dobrze, w końcu to jedyna taka noc w roku!
Po zostawieniu jedzenia w kuchni pojawił się wreszcie w salonie. Miał na sobie czarną koszulę i równie czarne spodnie, jednakże to czerwona apaszka zawiązana na szyi zwracała największą uwagę; no poza przydługimi włosami, które hodował trochę nieświadomie, ale miodowe loki dziś zostały nawet uczesane tak, by nie wpadały mu od razu w oczy, umożliwiając wyraźniejsze widzenie i czasowe uchronienie od umazanych okularów.

2 stycznia | Castor Sprout | Pracownia zielarska
Pierwszy dzień Nowego Roku przeleciał mu przez palce tak prędko, że nim się obejrzał, nastał wieczór oraz konieczność złożenia się do snu. Cały dzień odpokutowywał efekty sylwestrowej zabawy, wciąż jeszcze nieprzyzwyczajony do tak mocnego wpływu alkoholu na jego ciało — mógłby poprzysiąc, że jeszcze kilka miesięcy wcześniej nie poddawał się tak łatwo jego mocy, lecz przynajmniej od września nic nie było tak, jak być powinno. Świat stawał na głowie, on z każdą mijającą pełnią stawał się coraz bardziej czymś niż kimś. Tak już po prostu musiało być, Castor nie zamierzał z tym walczyć.

3 stycznia | Anthony Macmillan & Castor Sprout | Pokój kwiatowy
Istnieli tacy, którzy szczerze wierzyli w prawdziwość powiedzenia nowy rok, nowy ja. Dla nich początki stycznia stanowiły idealną okazję do zmian, podejmowania nowych założeń i postanowień oraz gorących prób dotrzymywania tychże. Castor należał jednak do nieco innej kategorii osób — zmiany dostrzegał w każdej sekundzie swojego życia. Nad jednymi rozpaczał, inne przyjmował z niezdolną do wyrażenia w słowach ulgą. Każda jednak zmiana wpływała na niego w jakiś większy lub mniejszy sposób, nigdy nie pozostawiając go obojętnym. Wojna nauczyła wzmożonej czujności, pokazała wyraźne zależności między czynem a konsekwencją, ale również pomogła w zrozumieniu pojęć "odpowiedzialność" i "służba".

5 stycznia | Michael Tonks & Castor Sprout | Głębia Lasu
Irys musiał mieć go dość; biedna sowa latała we wszystkie możliwe strony, bo świat się walił, świat przestawał istnieć, obumierał z każdym kolejnym listem, z każdą mijającą sekundą.
A on chciał. Tak bardzo chciał umrzeć razem z nim.
Pierwszy list złapał go przy próbie przepicia wrzątkiem pustego żołądka, tak z okazji poranka i próby powrotu do normalnych rytuałów porannych. Wciąż nie chciał marnować herbaty, którą uznawał za towar niezwykle wręcz luksusowy, przeznaczony dla tych, którzy faktycznie na nią zasługiwali. Czemu ją kupił przy ostatnim wypadzie do Yeovil, skoro nie zamierzał z niej korzystać? Chyba po to, by przyjmować innych, dla innych tworzyć namiastkę normalności, malować ten sam obraz, który malowali wszyscy w jego życiu. Sąsiedzi, rodzina, przyjaciele... Dobrodusznie oszukujący siebie i innych, że przecież wcale nie jest tak źle, że to tylko chwilowe, a gdy wykażą się wystarczającą pewnością siebie i wolą do zaryzykowania własnym bezpieczeństwem dla dobra innych, sytuacja z pewnością się poprawi. Sam tkwił w podobnym położeniu, skrzętnie wykorzystując porozrzucane po końcówce grudnia i początku stycznia okruchy normalności. Dawno przecież nie czuł się tak lekko, jak na kilka dni przed Sylwestrem, gdy z przyjaciółmi zamieszany był w przygotowania. Jak kilka dni po, gdy życie powoli zaczęło się układać, gdy w spokoju tworzył talizmany i kadzidełka, gdy warzył mikstury, o których przyszłym zastosowaniu nawet nie myślał. Gdy spotkał się wreszcie z lordem Macmillan, naprawdę przyjemnym człowiekiem, i nawet on, choć wyraźnie poturbowany, napoił serce młodego Sprouta nadzieją, że przecież nie musi być tak źle. Że będzie zdecydowanie lepiej, tylko jeszcze trochę się pomęczą. Tu siniak, tam rozdarta warga, krzywy uśmiech, schnąca krew, ale wszystko dla dobra sprawy i z myślą, że nigdy nas nie dorwą.

6 stycznia | Ollie Marlowe & Castor Sprout | Leśna droga
Świat zawsze wirował przed.
Później uspokajał się na momenty, ulotne chwile, minuty, które przelatywały przez palce jak ziarenka piasku, których nie mógł utrzymać w drżących dłoniach pomimo najszczerszych chęci.
Był słaby. Śmiesznie, tragicznie słaby.
Ale mimo to szarpnął się, by zwlec się z łóżka najszybciej, jak tylko potrafił. Jak przez mgłę pamiętał zapach świeżej pościeli, który towarzyszył mu rankiem, gdy zmęczone ciało, zmęczony umysł złożył do snu i nie miał już siły nawet pamiętać. Nie, żeby znowu chciał; miniony dzień należał do jednych z najgorszych, które miał okazję przeżyć w ostatnim czasie. Kontrast obrzydliwej rzeczywistości ze wciąż utrzymującym się w powietrzu świąteczno—noworocznym rozluźnieniem złapał go zupełnie nieprzygotowanego. Sam przecież pozwolił wszystkim spływającym co chwila informacjom wciskać się w jego trzewia, ostrza noży ślizgające się pomiędzy zrośniętymi po złamaniu żebrami. Gdyby był rozsądniejszy... Gdyby przewidział... Nie spychał ostrzegawczych sygnałów na granice świadomości...

6 stycznia | Finley Jones & Castor Sprout | Sypialnia Castora
Wszystko było obce. Choć spoglądał w te same kąty przez wszystkie lata swojego życia, na pamięć znał każde złączenie podłogowych desek, zaznajomiony był ze szczękami belek sufitowych niemal tak bardzo jak z rytmem własnego serca, tak dziś... Dziś wszystko było obce.
Obca była droga do Wrzosowiska, którą — na całe szczęście — przebył już o własnych siłach. Wysuszone nieco skarpety w rozklekotanych butach zdążyły namoknąć raz jeszcze, ale tym razem chociaż płaszcz miał zapięty na wszystkie możliwe guziki. Droga od domu, który zajmował Ollie do bram Wrzosowiska zajmowała mu zazwyczaj nie więcej jak czterdzieści minut zwykłego marszu. Dzisiaj jednak podróż rozciągnęła się w czasie, którego zmęczony umysł Castora nie potrafił odpowiednio określić. Ile przedzierał się przez śniegi, zanim dopadł do klamki drzwi wejściowej? Czterdzieści minut? Pół godziny? Dwa razy dłużej niż zazwyczaj? Wszystkie sekundy zlewały się w jedną, gęstą masę, oddechów nie potrafił liczyć, bo wydawało mu się, że jego klatka piersiowa w ogóle się nie poruszała. Tylko myśli, że musiał być silny — dla wszystkich tych, którzy migotali w jego umyśle przez ostatnie dwadzieścia cztery godziny — pchały go do przodu. To, że musiał być silny i to, że k t o ś na niego czekał. A taką przynajmniej miał nadzieję.

8 stycznia | Castor Sprout | Pracownia eliksirów
Kto by pomyślał, że początek miesiąca będzie tak intensywny we wrażenia. Castor musiał jednak odpowiednio przygotować się do spędzenia reszty miesiąca. A jakże inaczej, niż poprzez oddanie się pasji i pracy w jednym? Miał przecież kilka eliksirów do uwarzenia, myśli do poskładania, ręce do zajęcia. A nigdzie indziej nie mógł się czuć równie pewnie, co w jednym z domowych pomieszczeń, w których minimum trzecie pokolenie Sproutów oddawało się trudnej sztuce alchemii.

9 stycznia | Silas Macaulay & Castor Sprout | Stary klub gargulkowy
Do tej pory nie był w stanie określić, którego Silasa lubił najbardziej. Czy szelmę tak prędko popadającą w miłosne uniesienia, jakby tylko w nich odnalazł cień szczęścia tak potrzebny do życia, czy może zjawę z londyńskich ulic, której nikt nie mógł przejrzeć, pomimo tego, że był niemal półprzezroczysty... A może tego młodzieńca, którym się stawał, gdy rozchylał bladoróżowe wargi i odsłaniał swą diastemę? Bywał wtedy nawet uroczy — ze swymi odstającymi uszami i wydatnym nosem, nawet ta blizna co ciągnie się przez szczękę do prawego ucha, dodawała mu uroku. Wiedział tylko jedno — te przykre uczucie, ściśnięcie żołądka, impuls do zgrzytnięcia zębami i wbicia półksiężyców paznokci we wnętrze dłoni budził w nim wyłącznie raz. Gdy tajemnica kochanków wylała się poza nich, lekkomyślnie niszcząc życie biednemu dziewczęciu.

9 stycznia | Silas Macaulay & Castor Sprout | Dom kluczy
Zamknął oczy. Zamknął, choć lepiej było powiedzieć, że zacisnął powieki z całych sił, bo wszystko, co zadziało się w tamtej sekundzie, było dziwnie odrealnione. Stało się, co do tego nie było wątpliwości — Castor czuł bowiem ciepło dłoni przyjaciela przebijające się przez materiał koszuli i czuł, jak pozostawia po sobie niemal palące gorąco, gdy przesuwał się po żłobieniach, których nigdy nie miał poczuć. Starczyło mu wtedy odwagi na jeden, skromny i płytki wdech, powietrze zatrzymane w płucach nie mogło starczyć na długo, a chwila ta ciągnęła się niespodziewanie mocno, długo, sekundy podobne latom i minuty wchodzące w milenia.

10 stycznia | Daniel Wroński & Castor Sprout | Fish & Chips
Zawsze powtarzał, że nie lubił tego miasta.
A jednak co rusz go do niego ciągnęło. Zbyt duża siatka znajomości nie pozwalała zapomnieć o tym przeklętym miejscu nawet na moment, na kilka sekund, bo przecież zawsze ktoś tam był. O tyle, o ile zdarzały się jednostki faktycznie zaopiekowane, którym pobyt w stolicy zapewniał przynajmniej cień bezpieczeństwa, zdecydowana większość jego ludzi była tam czymś w rodzaju zakładnika. Niepewna przyszłość, jeszcze mniej pewne zarobki i tylko smród noszący się ulicami.
A jednak zgodził się na spotkanie z Wrońskim, mężem Frances, choć miał nieco złe przeczucia. Może to tylko naturalna drażliwość na bycie traktowanym protekcjonalnie. Może to te "bystrzaku" w drugim liście, a może sugerowanie, że Londyn z jego nazwiskiem był niebezpieczny. Gdyby faktycznie tak było, aresztowaliby go i Aurorę przy pierwszej możliwej okazji, jeszcze na początku października, gdy zarejestrowali swoje różdżki.

11 stycznia | Perseus Black & Castor Sprout | Salon
Jeden, spokojny dzień.
Czy pragnął za dużo?
Roztrzęsienie wydarzeniami ostatnich dni wciąż nie pozwalało na poprawne funkcjonowanie. Co prawda Ollie dwoił się i troił, by przywrócić go do względnej normalności lub przynajmniej stanu, w którym jego zmęczenie wszystkim dookoła nie rzucało się w oczy aż tak bardzo. Tę noc udało mu się nawet przespać bez udziału koszmarów — kolejny mały sukces, o którym musiał poinformować przyjaciela. Sen miał ciężki i ciemny, bez obrazów, które mógłby zapamiętać o poranku, ale to może lepiej, bo przynajmniej nie wierzgał się w pościeli jak dzikie zwierzę, tylko naprawdę pozwalał ciału wypocząć. Było ono jednak na tyle niewdzięczne, że zamiast z wdzięcznością odnieść się do Castora, podziękować za to, że nie zamierza katować się kolejnymi bezsennymi godzinami spędzonymi w szopie, domagało się ono tylko więcej odpoczynku. Wszystkiego więcej, więcej, więcej.

11 stycznia | Michael Tonks & Castor Sprout | Szopa
Wciąż jeszcze nie mógł przetrawić tego, co wydarzyło się w jego własnym salonie zaledwie godzinę temu. Wolał chyba wierzyć, że wszystko to było jakąś dziwną marą, snem, w który jego umysł wciskał się sam, bo snu mu ostatnio brakowało, pomimo ciepłych słów i zapewnień, że poradzą z tym sobie, że będzie lepiej.
Nigdy nie było.

15 stycznia | Tęgie głowy | Alkierz
Listy niesione przez Einsteina oraz Steviego (sowę, nie wujka) zawsze przysparzały mu olbrzymiej radości. Uwielbiał bowiem Beckettów, tak było od zawsze i nic nie wskazywało na to, żeby sytuacja miała ulec zmianie. Biedne sowy nie wiedziały jednak, że na swych skrzydłach niosły też dziwny rodzaj ukojenia, którego Castor pragnął od równo dziesięciu dni.
Wiadomość o ogłoszonym poborze do obowiązkowej służby magowojskowej i wyznaczony termin stawienia się w Londynie wisiał nad jego głową niczym katowski topór. Mącił, przeszkadzał, doprowadzał do przekraczania kolejnych granic, ale chyba wraz z nadejściem piętnastego stycznia wreszcie odnalazł w sobie resztki spokoju. A może to rezygnacja popchnęła go wreszcie do pogodzenia się ze straceńczym losem i skupienia się na tym, co tu i teraz? Przecież odpisał wujkowi nader entuzjastycznie, z komplementów i wiedzy, że talizman sprawował się, jak należy, potrafił tygodniami cieszyć się jak dziecko, ale teraz, w perspektywie nieuniknionego...

17 stycznia | Trixie Beckett & Castor Sprout | Krzywy most
To nie był pierwszy raz, gdy Castor zjawił się w tym miejscu.
Był razem drugim, bo udało mu się przez niego przebrnąć kilka godzin wcześniej, gdy wezwany został do załatwienia pewnych niecierpiących zwłoki sprawunków. Dalej trzymał wypisaną starannie na czymś, co stanowić mogło odpadek z papeterii rodu Macmillan listę mocnym uścisku dłoni. Spisanie jej zajęło mu zdecydowanie więcej czasu niż zazwyczaj, obiecał bowiem Belli, jeszcze na początku grudnia, że zabierze się solidniej za pracę nad własnym pismem, by nie bazgrolić jak kura pazurem. Lista nie była co prawda długa, zawierała sześć pozycji, obok których widniał starannie kreślony kwadrat opatrzony odhaczeniem.

18 stycznia | Havelock Ollivander & Castor Sprout | Salon
Nie zjawiał się w Lancashire po raz pierwszy; miał okazję odwiedzić hrabstwo wcale nie tak dawno temu, może około miesiąca wcześniej, gdy razem z Michaelem odwiedzali katedrę w niedalekim Lancaster i przypadkowo wpadli na mugola w żelaznej bestii. Przygoda zakończyła się pomyślnie — udało im się dotrzeć z ładunkiem w odpowiednie miejsca, w tym do katedry, w której udzielili pomocy potrzebującym mugolom. Wielu z nich ciepło wypowiadało się o rodzie Ollivander, panach ziem, wśród których poszukiwali schronienia. Te właśnie słowa, pozytywny sentyment gminu, do którego sam przecież należał, w połączeniu z wcześniejszymi rozmowami toczonymi w trakcie lekcji anatomii z niezwykle łaskawą lady Livią Abbott, pozwoliły Castorowi na wykonanie kroku, o który nigdy się nie podejrzewał. Finał krótkiej, ale treściwej korespondencji wymienionej z lordem Havelockiem Ollivanderem pozwolił mu na stawienie się tego mroźnego, późnostyczniowego poranka w Lancaster Castle.

18 stycznia | Laurel Ollivander & Castor Sprout | Alejki w Ogrodzie
Nowa różdżka leżała w dłoni niemal idealnie. Nie wiedział, ile czasu minie, nim przyzwyczai się do jej obecności zupełnie. Gdzieś na skraju świadomości pojawiła się myśl, że przecież różdżka ta jest prawdziwą bliźniaczką jej poprzedniej towarzyszki, a w związku z tym dogranie się z nią, zrozumienie istoty jej magii i humorków nie powinno być szczególnie trudne. Przygryzł lekko wnętrze policzka, próbując dostać się na skraj włości Ollivanderów, bowiem tam właśnie pozostawił swoją miotłę, nie chcąc targać jej do środka. Zresztą, z miotłą na plecach nie prezentowałby się nawet w połowie tak oficjalnie, jakby chciał, a w dodatku naniósłby pewnie jeszcze więcej wilgoci.

19 stycznia | Thalia Wellers & Castor Sprout | Sklepik Zielarski Pani Giddery
Niezależnie od pory roku, Dolina Godryka odbijająca się w szaroniebieskim spojrzeniu Castora Sprouta wyglądała absolutnie przepięknie. Choć zimno szczypało w policzki, bladą skórę coraz zachłanniej pokrywając czerwienią krwi krążącej w setce naczyń krwionośnych ukrytych pod cienką warstwą, na bladych ustach Sprouta panował utrzymywany z trudem uśmiech. Wydarzenia ostatnich tygodni nie wpłynęły na jego stan pozytywnie — wręcz przeciwnie, podkrążone oczy dawały wyraźny sygnał, że coś było nie tak, a w połączeniu z jeszcze bardziej fioletowymi sińcami, które nie odstępowały od jego postaci od dobrych kilku miesięcy, dawały delikatny obraz nędzy i rozpaczy.

19/20 stycznia| Trixie Beckett, Sheila Doe & Castor Sprout | Miasteczko Yeovil (Taunton)
Żaden z mieszkańców Somerset nie mógł chyba przewidzieć tego, co stało się w nocy. Pojawieniu się Mrocznego Znaku nad Taunton towarzyszyło coś dziwnego, niepokojącego wręcz, co ze snu — niespokojnego od samego początku, choć był to po prostu zwykły zbieg okoliczności — wyrwało także Sprouta. Lecz gdy tylko odgarnął włosy z twarzy, a na nos wsunął okulary, wszystko zaczęło stawać się jasne.
Wspomnienia — najgorsze, Londyńskie wspomnienia — uderzyły w niego falą, na którą nie potrafił się przygotować. Przez kilkanaście sekund siedział więc nieruchomo wśród pościeli, przyglądając się zielonemu obrzydlistwu ślizgającemu się po niebiosach, lecz gdy wreszcie zimny dreszcz realizacji przywrócił go na ziemię, doskonale wiedział, że nie może pozwolić na powtórkę. Należało działać, jak najprędzej.

22 stycznia | Castor Sprout | Kawałek plaży
Okoliczności przeprowadzkowe okazały się nie być dla Castora szczególnie... udane. Chociaż spędził w domu Tonksów dopiero drugą dobę, już zdążył natknąć się na pewną niedogodność związaną z jego dotychczasowymi przyzwyczajeniami i stylem życia. Pracując w przydomowej szopie miał przynajmniej odrobinę komfortu psychicznego, który pozwalał mu tym samym na nieco większą ekstrawagancję w swoim rzemiośle. Nie musiał się bowiem bać, że w przypadku nieprzyjemnego zbiegu okoliczności i omsknięcia w alchemicznej precyzji wysadzi dom i narazi innych jego mieszkańców na niebezpieczeństwo. Choć Michael zarzekał się poważnie, że kiedyś wreszcie uprzątnie szopę, perspektywa ta oddalała się z dnia na dzień. Castor dostawał coraz więcej zamówień, cieszyło go to niezmiernie, lecz jak tu pracować, gdy zaraz za progiem mógł spotkać swoją potencjalną ofiarę?

23 stycznia | Państwo młodzi i przyjaciele | Ogród
Nie lubił zwierzać się ze swoich marzeń, czy snutych ukradkiem, najczęściej wśród półsennych nocy idei. Jednakże im bliżej było do ślubu Isabelli i Steffena, tym częściej łapał się na myślach, że właśnie ta jedna okoliczność była z nim chyba najdłużej. Marzył bowiem wiele, lecz uwagę miał bardzo płochliwą, do tego stopnia, że gubił wątek już w ćwierci pierwszej z mar, płynnie przeskakując do drugiej. A jednak zawsze, gdzieś z tyłu głowy, miał zakotwiczoną myśl, że tego właśnie wydarzenia nie mógł przegapić. Że stanowiło ono ukoronowanie pewnej epoki, początek nowych, miejmy nadzieję, lepszych czasów. Tego właśnie życzył młodej parze, to było motywem przewodnim wszelkich jego rozważań, włącznie z tymi, z których wyrwała go Finnie, pojawiająca się przed Szczurzą Jamą niedługo po nim.

25 stycznia | Prudence Macmillan & Castor Sprout | Jadalnia
Gdy tylko dowiedział się o pewnym problemie, który dotknął lady Prudence Macmillan wiedział, że polecenie otrzymane od lorda Anthony'ego nie należało do tych, z którym mógłby dyskutować. Nie, żeby w przeciągu tych trzech tygodni, które mijały mu na służbie u jednego z lordów Puddlemere zdążył urosnąć w piórka na tyle, by w ogóle podejmować się jakiejkolwiek dyskusji. Materia, która została przed nim postawiona, stanowiła problem delikatny, dotyczący kobiecej urody, a w dodatku urody szlacheckiej! Należało działać więc prędko, a przy tym na tyle dyskretnie, na ile się dało.

26 stycznia| Stevie Beckett & Castor Sprout | Pracownia numerologiczna
Był wyraźnie spokojniejszy niż jeszcze kilka dni wcześniej, gdy każdy dzień i każda aktywność podjęta na Wrzosowisku jawiła się w jego umyśle jako ostatnia. Zamknął już jednak ten rozdział. Otwierał nowy, zmuszał się do kolejnych uśmiechów, bo nie wypuszczano go z domu bez przyrzeczenia, że nie będzie się szlajał w podejrzanych miejscach, że wróci w umówione miejsce o konkretnej godzinie i nie nadwyręży zaufania. Nawet jeżeli czasami ćmiły go myśli głupie, niedorzeczne, skrajnie nieodpowiedzialne... Miał na nie jedno rozwiązanie. Niezmiennie to samo, powtarzane od lat w momentach nagłego wzrostu poziomu stresu.

27 stycznia | Trixie Beckett & Castor Sprout | Somerset
Gdyby tylko wiedział, że wśród przybranego bądź co bądź rodzeństwa Trixie posiadał aż tak specjalne względy! Rozpromieniłby się chyba natychmiast, zza szalika, który zawiązał sobie tak, by chronił przed mrozem nie tylko szyję, ale także szczękę i część policzków. Uniesione w radosnym odkryciu brwi z pewnością poruszyłyby jasną czapką z pomponem wetkniętą na czubek głowy, spod której wydostawały się przydługie kosmyki miodowych loków, a dzień ten, jakże uroczysty, bo przygotowania do niego trwały już od jakiegoś czasu, stałby się jeszcze bardziej specjalny.
Tkwili jednak w iście Beckettowskim milczeniu, do którego przywykł Sprout całkiem gładko i bez większych oporów. Bywały takie kwestie, których poruszenie mogłoby przynieść więcej kłopotów i smutków niż korzyści. I właśnie takimi były problemy, które dosłownie trawiły już i tak marnej postury twórcę talizmanów lub głód, który zaglądał coraz to śmielej w progi Warsztatu. Z ulgą dostrzegł jednak, że jego siostrojaciółka (słowo to wymyślił na poczekaniu i uznał za całkiem genialne) nie nosiła widocznych śladów przygód, w wyniku których spotkali się kilkanaście dni temu w Devon.

27 stycznia | Neala Weasley, Ollie Marlowe, Virginia Macmillan & Castor Sprout | Kents Cavern
List otrzymany od Neali był sporym zaskoczeniem, to prawda; z drugiej jednak strony, uśmiechał się w duchu na myśl, że jego zachowanie na sylwestrze mogło wskazywać na to, że mógł jej nie pamiętać. Jakże to tak? Rude włosy w istocie były wskazówką, ale wspomnienie własnego zmieszania tym, że oto prawdziwa lady jeszcze dzień wcześniej przygotowywała w jego rodzinnej kuchni posiłek, którym mogli napełnić brzuchy całej tej zgrai, było dziwnie ciepłe i w pewien sposób rozczulające. Nie mieli dużo czasu na wdanie się w jakieś głębsze interakcje, ale z tego co widział, Nela była naprawdę uroczą młodą damą, zupełnie różną od tego, co sobie o arystokratkach w podobnym wieku wyobrażał. Ale to chyba na plus?

28 stycznia | Michael Tonks & Castor Sprout | Wioska Lavedale
— Byłem wczoraj na tej akcji z Trixie — w naciągniętej niemal na brwi i całe uszy czapce z pomponem Castor wyglądałby nawet uroczo, czy nawet ujmująco, gdyby nie jeden szczegół. Wciąż postępujące chudnięcie, pomimo tuszowania dobrym humorem, odbijało się na jego aparycji dość wyraźnie. I choć usta skryte za jasnym szalikiem miał wygięte w szerokim uśmiechu, przez całą ich podróż, choć miał może szczątkowe informacje o tym, że Staffordshire nie należy do najbardziej bezpiecznych miejsc, tak nic nie mogło przygotować go na widok, jaki zastaną po wylądowaniu.

30 stycznia | Jenny Moore & Castor Sprout | Wyke Regis
Zimowe powietrze wiszące nad Wyke Regis pachniało zgoła inaczej niż te, które oplotło Dolinę Godryka. Może to bliskość morza i unoszący się w atmosferze jod, może to wpływ klimatu nadmorskiego, a może to ekscytacja kręciła w nosach dwójki przyszywanego rodzeństwa nadciągającego do wioski od strony lądu?
— I widzisz, Jenny, poradziłbym sobie z tym sam, ale pomyślałem, że ostatnio poszło nam tak dobrze, a poza tym znasz się jeszcze na gotowaniu... — młody Sprout trajkotał jak najęty, co mogło zdradzać, że był niezwykle przejęty postawionym przed nim zadaniem. Chude palce, nieskryte przed mrozem przez rękawiczki czy jakikolwiek inny materiał, ściskały mocno list nakreślony przez włodarza wioski, której dachy widzieli już całkiem wyraźnie. Śnieg chrzęścił pod nogami, ale na całe szczęście uniknęli losu z Weston—super—Mare i mogli liczyć na całkiem słoneczny poranek. — ... to pewnie będziesz miała więcej do powiedzenia w kwestii kulinarnej. O, popatrz! To musi być pan Edwards.

30 stycznia | Archibald Prewett & Castor Sprout | Pokój muzyczny
Wizyta w Wyke Regis okazała się być sukcesem, choć nie należała do najprostszych. Ale na nic innego Castor nie mógł liczyć — chcąc nazywać się człowiekiem rozsądnym, musiał kierować się swą najlepszą wiedzą oraz logicznymi przewidywaniami. Wprowadzające słowa sołtysa o zatruciu grzybami w okolicznej wiosce również postawiły jego zadanie w odpowiedniej perspektywie. Myślami wracał czasami do Roratio, który skupiał w sobie zaskakującą dualność; z jednej strony był przecież lordem tych ziem, z drugiej jego dobrym przyjacielem, którego po prostu nie chciał zawieść. Ale gdy myśli zbaczały mu na tory rodu Prewett, przypominał sobie zawsze o innym z lordów. Lordzie nestorze Archibaldzie, który od dawna stanowił dla niego milczący, bardzo odległy wzór. A dziś, wreszcie, mógł spełnić jedno ze swych małych marzeń. Rozmowa z t y m panem lordem Archibaldem Prewett! Cóż za wspaniała okoliczność!

30 stycznia| Michael Tonks & Castor Sprout | Sypialnia gościnna
Gdy wrócił do domu po wyjątkowo owocnym w emocje dniu, musiał jeszcze splunąć sobie w brodę, że po wykonywaniu wczorajszego zamówienia znów posprzątał swoje surowce. Ucieszyłby, gdyby dzisiaj mógł sobie darować ich ponowne ustawianie, lecz prawda była taka, że dodatkowa praca fizyczna była jednocześnie obowiązkiem i karą. Obowiązkiem, ponieważ właściwe składowanie surowców zapobiegało ich przypadkowej kontaminacji, a karą z tego prostego powodu, że mógł to sobie równie dobrze przygotować z ranka, gdyby tylko pamiętał. Krótka pamięć i roztrzepanie zbierało swoje żniwa w postaci konieczności dodatkowej pracy.
Ale mimo wszystko humor Sprouta nie opuszczał.

Luty
2 luty | Roselyn Wright, Ollie Marlowe, Louis Bott & Castor Sprout | Wzgórza Quantock
List otrzymany od Roselyn nie mógł zastać go w paradoksalnie lepszym momencie na podobne przypadki.
Od kilku tygodni był pod stałą obserwacją żywieniową Michaela, który nie pozwalał mu odchodzić od stołu, zanim nie posilił się właściwie czymkolwiek. Czuł, że dzięki opiece przyjaciela siły mu wracały, w pewnym sensie odżywał, miał też wrażenie, że myślenie przychodzi mu jakoś prościej, było zdecydowanie lepiej niż w analogicznym czasie miesiąc wcześniej. Gdyby wezwanie przybyło do niego wtedy, nie wiedziałby, czy miałby siłę wpakować się wraz z resztą do samochodu, nawet w tej swojej czapce z pomponem i szalikiem owiniętym ściśle wokół szyi. Przywitał się ze wszystkimi — dobrze było widzieć Olliego, który mógł już na pierwszy rzut oka stwierdzić, że jego przyjaciel prezentował się znacznie lepiej niż gdy ostatnim razem odwiedzał Cichy Domek. Louis mógł liczyć na wciąż jeszcze nieświadome tego, co zobaczą na miejscu, a przez to przepełnione nadzieją spojrzenie podarowane mu przy skinieniu głową, podobnie zresztą jak Roselyn, która chyba najbardziej oddawała uzdrowicielskie doświadczenie. Choć nie widziała jeszcze tragedii na własne oczy, wydawało się, że przygotowuje się na najgorsze.

7 luty | Steffen Cattermole & Castor Sprout | Ruiny Stonehenge
Zdążył odpocząć po pełni.
Zdążył również zapoznać się z wynikami zwiadu Steffena. Dzięki zachodzącemu księżycowi potrafił nad sobą zapanować, oddzielić uczucia od planu, który miał do wykonania. Za długo na to czekał, za długo wyobrażał sobie treść listu, który pochłonęły płomienie, za bardzo chciał udowodnić, że jest w stanie działać dla dobra ogółu, że nie jest tylko słabym Sproutem i naukowcem, którego miejsce było w pracowni, z daleka od wojny.

8 luty | Herbert Grey & Castor Sprout | Pracownia
Coś ostatnio coraz mocniej pchało go w kierunku Dorset, choć zawsze mówił o sobie jako o człowieku Somerset. Dziś jednak miał powód na odwiedziny sąsiadującego hrabstwa i to powód zupełnie nielichy. W kieszeniach zimowego płaszcza upchnął bowiem kilka odpowiednio zabezpieczonych fiolek, których zawartość zamierzał pokazać starszemu kuzynowi. Herbert był w jego oczach człowiekiem odpowiednim do pokazania mu tych specyficznych znalezisk. Cechował się nie tylko siłą charakteru, ale także lotnym umysłem. Dodatkowo posiadał coś, czego Castorowi brakowało — wiedzę o świecie. Przejechał jego kawał, znał wiele języków, mógł na własne oczy oglądać te gatunki roślin, które Castorowi pokazywano wyłącznie w podręcznikach lub odpowiednio ususzone. Z wiekiem, choć nie lubił tego wypominać, szło także doświadczenie, z którego szkoda byłoby nie skorzystać

10 luty | Steffen Cattermole & Castor Sprout | Piwnica
— Nawet nie wiesz, jak jestem ci wdzięczny — Castor gadał, a wraz z jego słowami, wokół nich pojawiały się chmurki wodnej pary. Blondyn już któryś raz poprawiał zsuwające się z nosa okulary, ale wydawało się, że nie wpływało to w żaden sposób na jego dobry humor. Od placu głównego w Dolinie Godryka spacerowali już wspólnie — po ostatniej akcji Castor był co prawda nieco niewyspany, ale zmęczenie zeszło z jego postaci w momencie otrzymania kolejnego listu od Ministra. O tym porozmawia ze Steffenem dopiero w miejscu bezpiecznym, a tym była z pewnością zamieszkana przez młodszego specjalistę do spraw zabezpieczeń, midasa transmutacji i dobrego przyjaciela Sprouta Szczurza Jama.

11 luty | Steffen Cattermole, Marcelius Sallow & Castor Sprout | Ruiny Stonehenge
Słońce już dawno skryło się za horyzontem, śnieg pokrywający pagórki otaczające spichlerz oddzielał je od ciemnej nocy, odbijając srebrne światło księżyca. Jeszcze trochę, myślał Castor, wznosząc oczy ku niebu, zatrzymując je na znikającej z nocy na noc tarczy, i nie będzie widać go wcale. Dobrze, że akurat robimy to dzisiaj. W ciemnej nocy nie czułby się równie pewien, nie ze swoim słabym wzrokiem i raczej pozostawiającą wiele do życzenia koordynacją ruchową, o kondycji nie wspominając. Miał dziś na sobie swój ulubiony ostatnimi czasy płaszcz i buty, pod szyją zawinięty ciemny szalik i czapkę wciśniętą na głowę, która przyklepywała mu włosy, to prawda, ale przynajmniej chroniła uszy przed odmarznięciem. Okropnie chłodna, rekordowa temperaturowo zima nie była dla nikogo łaskawa, a oni — zwłaszcza oni — nie powinni ryzykować.

12 luty | Prudence Macmillan, Thomas Doe & Castor Sprout | Port Newquay
Otrzymane od lady Prudence wezwanie należało do tych, które Castor zwykł nazywać nietypowymi. Nie tylko dlatego, że było dość niespodziewane, ale również przez fakt osoby, od której pochodziło. Lady Macmillan dała już się poznać jako szlachcianka odrobinę niekonwencjonalna, nielubiąca pośrednictwa i klarownie wyrażająca swoje emocje, bez szczególnego przywiązania do manier, których z kolei przestrzeganie było mocno wpisane w osobę Sprouta od samego urodzenia. Nie mógł jednak zignorować wezwania, gdy dowiedział się, że dotyczy ono portu. Nie był może żeglarzem, jednakże jako stawiający pierwsze kroki w świecie ekonomii młody człowiek bardzo dobrze wiedział, jak ważnym elementem dla rozwoju regionu jest możliwość swobodnego operowania w strefie morskiej. Sam w trakcie wielu swych wypraw po jedzenie zachodził nawet tutaj, przecież najlepsze ryby można było dostać właśnie w Newquay.

26 luty | Amelia Eberhart & Castor Sprout | Charnwood, Leicestershire
Leicestershire stanowiło miejsce szczególne na mapie kraju. Znajdujące się w centrum Anglii hrabstwo nie było częstym miejscem wędrówek Sprouta, lecz życie nie stanowiło monolitu. Plany zmieniały się, ewoluowały zgodnie z aktualnymi potrzebami nie tylko jego, czy nowo odnalezionej w Tonksach rodziny, ale także Zakonu Feniksa jako takiego. Dziś odwiedzał to miejsce, aby upewnić się, że nawet na ziemiach podzielających w większości reżim Malfoya znajdowali się ludzie zdolni do wsparcia ich sprawy. W okolicach Charnwood mieszkał zresztą kolega Castora z kursu alchemicznego. Wyjątkowo uzdolniony Andy, czarodziej półkrwi, który zatrzymał się w Mungu dłużej niż Castor, ale ostatecznie zdecydował się na wyprowadzkę z Londynu. Sprout mógł tylko domyślać się, co stanowiło punkt zapalny i główną przyczynę tej decyzji. W ramach przyjacielskiej wizyty pragnął zorientować się trochę w nastrojach, jakie powstały w ich starej grupie. Jeżeli Andy utrzymywał dalszy kontakt z resztą, mógł okazać się całkiem przydatnym informatorem. Albo przynajmniej ewentualnym wsparciem, gdyby dodatkowe siły rzemieślnicze były pilnie potrzebne. Zawsze cierpieli na niedobór ludzi, ale kryzysowe sytuacje wyłącznie to uwypuklały.

Marzec
7 marca| Hector Vale & Castor Sprout | Gabinet Hectora Vale
Jeszcze nigdy cisza nie była tak niewygodna. Castor uwielbiał zatapiać się w nią, gdy tylko mógł. Robił tak przecież od zawsze — gdy tylko świat na zewnątrz był zbyt głośny, zamykał się w swoim małym, cichym świecie. Chyba dlatego tak bardzo lubił przesiadywać całe dnie w szklarni, w małych mieszkankach w Londynie, później też w szopie. Czasami miewał mgliste wrażenie, że on sam nosił w sobie za dużo dźwięku. Że każde zatrzymane w gardle słowo (czy przez grzeczność, czy umyślnie, dobrodusznie lub może po prostu przez towarzyszącą mu nieodłącznie, choć poddawaną cierpliwej tresurze złośliwość) nawarstwia się, rezonuje w całym jego ciele, że wreszcie wypełza z gardła, schodzi w dół, do żołądka, wypełniając go nieistniejącą przecież materią, wchodzi w górę, rozpycha się między kośćmi czaszki, pulsuje złowrogo. Nauczony obserwacją wszystkich mężczyzn, których z czystym sumieniem mógł brać za wzór do naśladowania, tkwił w tym naturalnym dla swej płci stanie, czasem tylko wyłamywał sobie palce ze stawów, znacznie częściej płakał przy najmniejszym niepowodzeniu, kilkukrotnie krzyczał, gdy miał pewność, że był zupełnie sam.

13 marca| Herbert Grey & Castor Sprout | Pracownia
Jeszcze nigdy cisza nie była tak niewygodna. Castor uwielbiał zatapiać się w nią, gdy tylko mógł. Robił tak przecież od zawsze — gdy tylko świat na zewnątrz był zbyt głośny, zamykał się w swoim małym, cichym świecie. Chyba dlatego tak bardzo lubił przesiadywać całe dnie w szklarni, w małych mieszkankach w Londynie, później też w szopie. Czasami miewał mgliste wrażenie, że on sam nosił w sobie za dużo dźwięku. Że każde zatrzymane w gardle słowo (czy przez grzeczność, czy umyślnie, dobrodusznie lub może po prostu przez towarzyszącą mu nieodłącznie, choć poddawaną cierpliwej tresurze złośliwość) nawarstwia się, rezonuje w całym jego ciele, że wreszcie wypełza z gardła, schodzi w dół, do żołądka, wypełniając go nieistniejącą przecież materią, wchodzi w górę, rozpycha się między kośćmi czaszki, pulsuje złowrogo. Nauczony obserwacją wszystkich mężczyzn, których z czystym sumieniem mógł brać za wzór do naśladowania, tkwił w tym naturalnym dla swej płci stanie, czasem tylko wyłamywał sobie palce ze stawów, znacznie częściej płakał przy najmniejszym niepowodzeniu, kilkukrotnie krzyczał, gdy miał pewność, że był zupełnie sam.

15 marca | Hector Vale & Castor Sprout | Kraina Jezior
Cumberland, czy jak kto wolał Kumbria kojarzyła mu się tylko z listopadową szarlotką Aurory, choć powinna zgoła inaczej. Słyszał przecież o pięknych jeziorach, które przetykały krajobraz kryształowymi tarczami, ale nigdy nie znalazł czasu, by się tam odnaleźć. Im dalej od Somerset, tym mniej pewnie się czuł. Wydarzenia, które popchnęły go na ścieżkę wojenną z całym impetem, sprawiały, że czuł się jeszcze bardziej odpowiedzialny za to, co robi, z kim rozmawia i gdzie przebywa.

16 marca | Cynthia Skamander & Castor Sprout | Główne Wejście II
Nigdy nie spodziewał się, że będzie lecieć ze zmarłym na miotle z cholernego Cumberland do Somerset.
Przez całą Anglię.
A jednak zrobił to. Musiał zapewnić temu chłopakowi przynajmniej minimum godności. Gdy dopadli do niego przed Leśną Lecznicą, nie potrafił wydusić z siebie słowa. Nie musiał. Widzieli nie takie rzeczy, nie w takich rzeczach pomagał im na przełomie stycznia i lutego. Miał świadomość tego, że zostawia go w dobrych rękach, świadomość tego, że nawet odpowiednie, poprawne reakcje magiuzdrowiciela nie były w stanie uratować go przed pocałunkiem dementora.
Starał się mrugać krótko i prędko. Za każdym razem gdy zamykał oczy, widział oczy koloru chmurnego nieba wpatrujące się w przestrzeń, zamglone i puste.
Gdy głośniej pociągał nosem — wydawało mu się, że wciąż czuje zapach śmierci.

17 marca | Hector Vale & Castor Sprout | Błękitny Staw, Gabinet Hectora Vale, Sypialnia Hectora
Nie mógł wrócić do domu, zanim nie upewnił się, że to tylko jednorazowy przypadek. Że gdzieś wokół Krainy Jezior nie roiło się od ludzi bez duszy, których podły los złapał nieprzygotowanych, zupełnie tak jak i c h dwa dni temu. Nie potrafił spojrzeć sobie w oczy, bo chyba nie zasługiwał. Ciocia Cynthia zaopiekowała się nim porządnie, dała miejsce do spania i trochę ciepłego jedzenia, z którego nic nie mógł przełknąć. Czuł, że musiał tam wrócić.

26 marca | Percival Blake & Castor Sprout | Miasteczko Liskeard
Bywał w Kornwalii znacznie częściej, niż kiedykolwiek mógłby to przewidywać; rozpoczęło się od niemalże noworocznej wizyty w samym Puddlemere, gdzie owocna rozmowa z lordem Macmillan przybliżyła go do pozycji osobistego asystenta. Póki co współpracę tę można było określić jako bardzo luźną; zdecydowanie częściej widywał się z kuzynką lorda Anthony'ego, lady Prudence, która po odzyskaniu pełni uzębienia wydawała się polubić Sprouta na tyle, by zwrócić się do niego z pomocą w sprawie marmitów w pierwszej połowie lutego. To wtedy po raz pierwszy świadomie odwiedzał portowe miasteczka, już z głową pełną ideałów, z duchem wzbijającym się w powietrze na skrzydłach powinności i ideałów. Marmity nie stanowiły już zagrożenia, stworzona przez niego zapora z roślin morskich pozwoliła ukrócić ich tendencje do przemieszczania się, a przez to ułatwiła również połów tych niebezpiecznych stworzeń. Czasami wracał myślami do tamtego momentu, za zgodą lady Macmillan odwiedzał port jeszcze kilka razy, najpierw zajmując się odwracaniem efektu rzucanych przez siebie zaklęć, potem chyba pchany był czystą ciekawością, koniecznością sprawdzenia, jak ma się roślinność, którą poddał działaniu magii. Może działał nieco nadgorliwie, ale dbałość o szczegóły zawsze była jego mocną stroną.


[bylobrzydkobedzieladnie]


słońce nadal jest tuż nad głową, deszcz dotyka jeszcze mnie. wiatr odbija się mi o dłonie, noc pozwala zbliżyć się. jeszcze mamy odwagę, siłę i oddechu starczy nam. Niebo wisi wciąż tuż nad głową, jeszcze mamy czas.
Castor Sprout
Zawód : Twórca talizmanów, właściciel sklepu "Bursztynowy Świerzop"
Wiek : 24
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
muszę to przespać
p r z e c z e k a ć
przeczekać trzeba mi
OPCM : 5
UROKI : 0
ALCHEMIA : 30
UZDRAWIANIE : 8
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 6
SPRAWNOŚĆ : 4
Genetyka : Wilkołak

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t9918-castor-sprout#299830 https://www.morsmordre.net/t9950-irys#300995 https://www.morsmordre.net/t9949-i-will-keep-my-flowers-safe#300972 https://www.morsmordre.net/f177-wybrzeze-exmoor-somerset-wrzosowa-przystan https://www.morsmordre.net/t9952-skrytka-bankowa-nr-2255#301004 https://www.morsmordre.net/t9951-c-sprout#300999
Re: C. Sprout [odnośnik]14.05.22 20:25
RozgrywkaDawniej
KIEDY? | KTO? | GDZIE?
OPIS

Kwiecień
2 kwietnia | Thomas Doe & Castor Sprout | Grób Caleba Macnaira
Thomas jak zwykle trajkotał, a oni dziwnym zbiegiem okoliczności (lub zupełnie specjalnie, z Thomasem nie było wiele wiadome) odnaleźli się na tym samym cmentarzu, na którym ponownie zawiązali swą znajomość w ostatni Dzień Duchów. Nie wiedział właściwie jakim cudem zdołał namówić się na to wyjście, ale od samego początku miał wrażenie, że każde nagięcie się do woli najstarszego z rodzeństwa Doe wiązało się z jakimś stopniem jego własnego dyskomfortu.

2 kwietnia | Hector Vale & Castor Sprout | Gabinet Hectora Vale
Spokój, który spadł na niego po odpowiednio rzuconym, mimo roztrzęsienia zaklęciu wystarczył, by mógł skupić się wystarczająco, by poddać się ciągnięciu w dół pępka. Wystarczyło, by skupił się, zamknął oczy, a gdy je otworzył, zamiast lodowatego — to tylko wyobraźnia? — powiewu z okolicy cmentarza w Dolinie Godryka uderzyła go słona, morska bryza. Pióro w wewnętrznej kieszeni płaszcza, kryształ ściskany w lewej ręce, rozgrzany od ciepła, którego tak mocno mu brakowało. Wszystko było przecież tak realne, szeroko otwarte, szarawe oczy lustrowały najbliższe otoczenie, wybrzeże Rhyl, z zaskakującą, nawet jak na niego, dokładnością. Wcisnął kryształ do tej samej wewnętrznej kieszeni płaszcza, w której spoczywało już pióro, po czym sięgnął chudymi palcami do zapadniętego, choć ogolonego na gładko policzka.
Pulsowanie krwi pod palcami, napięta skóra twarzy.
Żył.

4 kwietnia | Yvette Baudelaire & Castor Sprout | Exeter, Devon
Powodzie, które dotknęły Devon z końcem marca były czymś innym, niż to, co na łamach swego szmatławca przedstawiała redakcja Walczącego Maga. Castor znał pana Rinehearta, Jackie trochę mniej, ale przecież Vincent był częstym gościem Wrzosowej Przystani i w żadnym wypadku nie sprawiał wrażenia, jakby jego najbliższa rodzina mogła być w stanie poświęcić życie nie tylko swoje (w to był w stanie uwierzyć, byli przecież Zakonnikami, ludźmi związanymi przysięgą, obowiązkiem i moralnością), ale także i niewinnych mieszkańców Devon. Pewność co do fabrykacji przebiegu zdarzeń przyniosły mu inne rewelacje, które czytał przy śniadaniu, ryzykując przy tym śmiercią z zachłyśnięcia się herbatą. Michael Tonks, czarnoksiężnik? Trójka aurorów rzucająca Szatańską Pożogę w Lancashire? Zmarli w pożarze? Jak na zwęglonego od czarnomagicznego zaklęcia Mike tamtego ranka trzymał się całkiem nieźle i humor mu nawet dopisywał. Oczywiście, konieczność zweryfikowania kolejnych wieści dalej była palącą potrzebą, ale pozostałych znali Tonksowie — nie on, może za wyjątkiem Williama, ale jemu i jego rodzinie postanowił chwilowo oszczędzić listów, pewnie dostali ich wystarczająco dużo. Napisze do Aidana przy następnej okazji, może nawet nie czytał tych bzdur. Oby.

5 kwietnia | Thalia Wellers & Florean Fortescue & Castor Sprout | Flamborough (Leeds)
Dementorzy.
Słowo cierpko pływało po języku, czasami przylepiając się do niego, do podniebienia, a wraz ze śliną wciskając się w każde wymyślone zagłębienie na ściankach gardła. Dementorzy od prawie miesiąca zaprzątali mu głowę, swą intensywnością wpływając na i tak niezbyt pozytywny umysł Castora z siłą pomnożoną... Dwukrotnie? Trzykrotnie? Może nawet dziesięciokrotnie? Pojawiające się regularnie w Cumberland stanowiły zagadkę, zapowiedź czegoś złego. Zjawiające się w Dolinie Godryka, niemal odbierające mu życie — były już zbyt realne, zbyt blisko by odwracać od nich wzrok. Śmiejąca się czaszka śniła mu się po nocy, a choć od tego czasu minęły trzy dni — dużo i mało jednocześnie — Castor próbował zawziąć się w sobie. Nie dopuścić, by strach, nawet ten paraliżujący, odebrał mu moc do działania, odebrał siłę, zatrzasnął drzwi przed bezpieczeństwem innych ludzi. Dwa razy udało mu się ujść z życiem. Raz dlatego, że dementor tylko zjawił się w pobliżu, nie obierając go na atak. Za drugim jednak uratował go, co do tego nie miał wątpliwości, feniks. Fawkes? Może to był on? Pióro ognistego ptaka nosił przy sobie zawsze, w wewnętrznej kieszeni płaszcza, tak było i teraz. Poza tym, pojawiając się w Leeds, z czystej ostrożności zabrał ze sobą jeszcze kilka eliksirów — dwie porcie maści z wodnej gwiazdy, eliksir przeciwbólowy i — na wszelki wypadek — jedno antidotum podstawowe. Strzeżonego Merlin strzeże, a zadanie, w które wplątała go Thalia, należało przeprowadzić z odpowiednią ostrożnością. Kto wie, jakie jeszcze kontakty mógł posiadać Goshawk.

7 kwietnia | Zakonnicy | Ratusz
List od Williama zaskoczył. Przyjemnie. Choć przez słowa przebijały się trudne emocje — jakże mogłyby nie? — to jednak wiadomość, że żyje, on też, była w pewnym sensie pokrzepiająca. Castor wstrzymywał się z pisaniem listów kondolencyjnych przez pierwsze kilka dni po wydaniu Walczącego Maga z jednego prostego powodu. Ciężko było brać na poważnie informację o śmierci przyjaciela, brata, aurora w wyniku rzuconego razem z innymi aurorami czarnomagicznego zaklęcia, gdy ów przyjaciel siedział właśnie naprzeciw niego, żując kanapkę z razowego chleba i czegokolwiek, co z początkiem miesiąca udało się szeroko pojętym Tonksom dopaść na tym czy owym targu. A skoro Michael żył, prawdopodobnie ten sam los spotkał i resztę.

8 kwietnia | Everett Sykes & Castor Sprout | Bursztynowy Świerzop
Ile to już będzie? Drugi miesiąc? Tak, jeszcze dwa dni dzieliły go od dziesiątego kwietnia, dwóch pełnych miesięcy funkcjonowania "Bursztynowego Świerzopu". Castor chyba nawet w najśmielszych snach nie spodziewał się, że odzew ze strony mieszkańców Doliny Godryka będzie taki pozytywny. Może nie codziennie spotykał nowych ludzi chcących zasilić zapasy zgromadzone w mieszkaniach eliksirami wychodzącymi spod jego ręki, może nie wszyscy do końca potrafili zrozumieć moc drzemiącą w talizmanach, ale mimo wszystko nie było dnia, który przesiedziałby w sklepie sam. Cieszył się właściwie z każdych odwiedzin — nawet tych przypadkowych, gdy jedna z okolicznych babć zajrzała do niego tylko dlatego, że myślała, że wciąż w tym miejscu znajduje się ta sama piekarnia, po której przejął lokal. Rozmawiali ze starszą kobietą naprawdę długo, na dobrą sprawę o wszystkim i o niczym, i choć wyszła ze sklepu z pustymi rękami, blondyn widział, że była zadowolona. I to, póki co, mu wystarczało.

14 kwietnia | Aurelia Moore & Castor Sprout | Różany plac
Och, jak okropnie nie lubił podróży długodystansowych.
Ostatnimi czasy stawały się one jednak koniecznością. Dwa razy w tygodniu wybierał się przecież z Somerset do Walii i niekoniecznie chciał ryzykować spędzenia czasu w towarzystwie pewnego magipsychiatry na paniczne próby zaleczenia rozszczepień teleportacyjnych. Z niechęcią sięgał więc po swoją miotłę — najzwyklejszą na świecie, na której poruszał się raczej bez gracji i wyjątkowo zachowawczo, mocno ściskając trzonek nie tylko palcami o pobielałych knykciach, ale także nogami, w obawie przed upadkiem. Do Irlandii niestety nie mógł dostać się inaczej niż na miotle właśnie. Niby z wybrzeża Półwyspu Kornwalijskiego dało się dopłynąć doń na jakichś statkach, ale zachowawczy Sprout miał wrażenie, że takie rozwiązanie, przy okazji swojej zdecydowanie większej czasochłonności, może zakończyć się jeszcze poważnym rozstrojem żołądka i spędzeniem całej podróży albo w toalecie, albo wychylonym przez burtę. A nie było nic mniej męskiego od dawania wyraźnych sygnałów, że podróż jakimś środkiem transportu stanowiła wyzwanie dla całego organizmu.

Maj
15 maj | MG & Alfie Summers & Castor Sprout | Szarodrzewo z Nuneaton
Alfred był jednym z jego ciekawszych klientów. Castorowi ciężko było wskazać, co właściwie sprawiło, że odrobinę wbrew logice wyczekiwał jego powrotu. Może to, że był synem, który pomagał matce w gorączce — blondyn był przecież równie mocno związany z własną matką, poproszony przez ojca o zebranie ziół w pełnię nie pomyślał, że wystawia się na śmiertelne niebezpieczeństwo. Nie wiedział wiele o samym Summersie, nie znał nawet jego nazwiska, ale zawsze czuł, że większość osób odwiedzających "Bursztynowy Świerzop" była dobrymi ludźmi. Dolina Godryka bardzo prędko weryfikowała zamiary przybyłych, a Castor, jej wierny mieszkaniec, znał wszystkich swych sąsiadów i tych mugolskich, i tych władających magią. W pewnym sensie myślał więc, że Alfred musiał ryzykować, skoro wybierał akurat jego sklep. Mógł przecież kupić leki w którejś ze sławnych aptek w Londynie, prawda? Ale zdecydowana większość Anglii była pod kontrolą czarodziejów prorządowych, którym widok płynące po ulicach krwi przestawał już przeszkadzać. W Somerset nie było na coś takiego miejsca. Rozumiał, że nikt poważny nie będzie zapuszczał się w niebezpieczeństwo. Sam nie był w stolicy od czasu przestrogi usłyszanej przez lorda Ollivandera. Nie mógł tylko pozwolić, by strach zupełnie go sparaliżował. Miał przecież tyle rzeczy do zrobienia, tyle miejsc do zobaczenia, tyle osób, którym miał pomóc.

KIEDY? | KTO? | GDZIE?
OPIS

KIEDY? | KTO? | GDZIE?
OPIS

Czerwiec
KIEDY? | KTO? | GDZIE?
OPIS

KIEDY? | KTO? | GDZIE?
OPIS

KIEDY? | KTO? | GDZIE?
OPIS




słońce nadal jest tuż nad głową, deszcz dotyka jeszcze mnie. wiatr odbija się mi o dłonie, noc pozwala zbliżyć się. jeszcze mamy odwagę, siłę i oddechu starczy nam. Niebo wisi wciąż tuż nad głową, jeszcze mamy czas.
Castor Sprout
Zawód : Twórca talizmanów, właściciel sklepu "Bursztynowy Świerzop"
Wiek : 24
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
muszę to przespać
p r z e c z e k a ć
przeczekać trzeba mi
OPCM : 5
UROKI : 0
ALCHEMIA : 30
UZDRAWIANIE : 8
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 6
SPRAWNOŚĆ : 4
Genetyka : Wilkołak

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t9918-castor-sprout#299830 https://www.morsmordre.net/t9950-irys#300995 https://www.morsmordre.net/t9949-i-will-keep-my-flowers-safe#300972 https://www.morsmordre.net/f177-wybrzeze-exmoor-somerset-wrzosowa-przystan https://www.morsmordre.net/t9952-skrytka-bankowa-nr-2255#301004 https://www.morsmordre.net/t9951-c-sprout#300999
C. Sprout
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach