Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia


Ekipa forum
Login:

Hasło:

Kuchnia
AutorWiadomość
Kuchnia [odnośnik]31.05.21 13:02
First topic message reminder :

Kuchnia

Przez okno można dostrzec o każdej porze dnia uroki życia w portowej dzielnicy - od dzieciaków biegających i krzyczących, po panów załatwiających swoje potrzeby fizjologiczne, szczególnie o tych późniejszych porach już. Sama kuchnia wymiarami jest w sam raz dla rodziny Doe nauczonej życia w jednym taborze. Z pewnością kłótnie o miejsce przy stole czy ostatnie resztki ciastek to norma w tym pomieszczeniu. Stół, każde siedzisko nie do pary - a w szafkach identyczna sytuacja z talerzami i innymi kubkami, które wyglądają jak zbiór przypadku.



Am I hurting? Am I sad? Should I stay, or should I go? Will there ever be a place for the broken in the light?
If I make another move there'll be no more turning back; If I find a way to change, if I step into the light...
then it all will fade away
Thomas Doe
Zawód : Złodziej, grajek
Wiek : 21
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
Things didn't go exactly as planned
but I'm not dead so it's a win
OPCM : 5
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 12 +5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 20
SPRAWNOŚĆ : 10
Genetyka : Czarodziej
Kuchnia - Page 3 AGJxEk6
Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t9764-thomas-doe?nid=5#297075 https://www.morsmordre.net/t9998-buleczka?highlight=Bu%C5%82eczka https://www.morsmordre.net/t9805-fircyk https://www.morsmordre.net/f358-doki-pont-street-13-7 https://www.morsmordre.net/t9797-skrytka-bankowa-nr-2234 https://www.morsmordre.net/t9798-thomas-doe#297380

Re: Kuchnia [odnośnik]18.12.21 22:16
Wiedziała, że Jamesa nie czekała dobra przyszłość, a karty najpewniej niewzruszenie szeptały o nieszczęściu. Pamiętała, gdy pierwszy raz powiedział jej o przeciągającym się milczeniu ze strony babki. Pamiętała, jak próbowała dowiedzieć się od starszej pani Doe, co takiego mówiły. Koniec końców pamiętała moment, kiedy zaczęła uczyć się wróżbiarstwa oraz stawiania tarota, by samej spojrzeć w zapisaną w nich przyszłość przyjaciela. I nigdy nie odważyła się rozłożyć ich dla Niego. Nauczona, co potrafiły pokazać, obawiała się tego, co mogłaby zobaczyć. Może dlatego będąc obok Jamiego, chciała kształtować z nim inną przyszłość. Nie lubiła kusić losu, świadoma, jak przewrotny jest, ale nie potrafiła zgodzić się na to, aby James upewniał się w swoim pechu i nieszczęściu. Zasługiwał na więcej, miał prawo być szczęśliwy, oboje mieli, nawet jeśli nie było to proste. Niestety, stojąc teraz przed nim, czuła, że nie dała rady. W stopniu w jakim on był przekonany, że zawiódł ją, ona widziała własną porażkę oblepioną goryczą. Nie wiedziała, jak mogłaby go przekonać, jak zmusić, aby spojrzał na to wszystko inaczej. Dotąd potrafiła wydobyć z niego emocje. Zawsze umiała w pokrętny sposób przebić się przez mur, jakim odgradzał się od świata. Ile lat miała przecież, aby poznać swego przyjaciela, zobaczyć chłopaka, którym był naprawdę. Przez dwa lata zrozumiała go nawet lepiej, upajając się tą samą nieufnością do ludzi i świata. Stopniowo wytworzyła w sobie poczucie, że otoczenie nie istniało po nic innego, tylko by skrzywdzić. W ten lub inny sposób, od razu lub z czasem. Zapomniała o tym dopiero przy nim, szukając spojrzenia ciemnych tęczówek, nawet kiedy z początku karmiła go dystansem i fałszem. Był jej ostoją i tym samym chciała być dla niego, lecz nie mogła go do tego zmusić. Błądziła więc spojrzeniem po jego sylwetce i próbowała, drobnymi gestami, własną słabością, mijającymi sekundami oraz minutami. Upór leżący w podstawach jej charakteru nie pozwalał się poddawać, nawet jeśli rozsądek podpowiadał inaczej. Nie potrafiła odpuszczać, nie kiedy mimo zranienia i złości, nadal zbyt mocno jej zależało. Łzy pozostawiające wilgotne ślady na policzkach były tego najlepszym dowodem. Czuła, że się gubi, naciskając na niego i cofając się w reakcji na jego gesty.
Słuchała go uważnie, przymykając na moment oczy, jakby nie chciała, aby chociaż jedno słowo umknęło jej. Kiedy wymieniał swe przewinienia, walczyła z rozlewającym się po ciele smutkiem, otulającym nieprzyjemnie myśli. Miał rację, chociaż nie całkiem.
- Zmusiłeś? Nie, Jamie. Nigdy tęsknota czy martwienie się o ciebie, nie były przymusem. Były moim wyborem, jeszcze zanim pomyślałeś o ślubie.- odparła, unosząc na niego spojrzenie.- Nie Ty pozbawiłeś mnie rodziny, tylko twój brat, łasząc się na coś, czego nie powinien ruszać. Nie bierz na siebie, jego winy.- dodała z lekkim grymasem. Zawsze to robił i zawsze ją tym denerwował, ale wiedziała dobrze, że nawet kiedy powie mu o tym, niewiele to zmieni.- Wziąłeś za żonę i pokochałeś... Jestem pewna, że nie jeden mężczyzna w taborze współczuł ci tej decyzji. Myślisz, że mnie tym skrzywdziłeś? – pokręciła głową z niedowierzaniem.- Zapomniałeś już, że zakochałam się w Tobie, jeszcze zanim zwróciłeś na mnie uwagę? – rozmawiali o tym krótko po ślubie, snując plany wspólnej przyszłości, która okazała się trudniejsza, niż wtedy mogli przypuszczać. Nie wierzyła, że mógł o tym zapomnieć o nieśmiałym przyznaniu do zauroczenia, chociaż wtedy nie miała już czego się wstydzić.
Patrzyła, jak opuszcza głowę po jej słowach. Cisza bolała, brak reakcji drażnił dotkliwie, ale milczała. Nie wiedziała, co mogłaby mu jeszcze powiedzieć. Skoro tak bardzo chciał ją odsunąć, skoro postanowił upokorzyć w taki sposób. Powinna być zła, ale nie potrafiła wykrzesać z siebie nawet iskry czystego gniewu. Nie, kiedy stał przed nią taki. Słabszy niż mogła się spodziewać, niż kiedykolwiek widziała. Drgnęła lekko, słysząc to stwierdzenie podszyte przepraszającym tonem. Nie odezwała się od razu, niepewna, co tak naprawdę się za tym kryje.- Wiem.- szepnęła w końcu.- I nie chcę, żebyś był inny.- mimo że czasami denerwowała się na to, jaki był, zaakceptowała przecież wszystkie jego wady i zalety. Nie mogła zrzucić niczego na własną niewiedzę, bo to, czym ją potrafił zaskoczyć, podejmując różne decyzje, było do przewidzenia po tylu latach. Nawet czas, gdy byli osobno, nie zmienił go aż tak.
Spięła się odrobinę, kiedy w końcu spojrzał na nią, a ciemne oczy spotkały się. Widząc łzę spływającą po jego policzku, poczuła, jak coś w niej pęka, rozpada się, rozdziera na kawałki. Tknięta impulsem, zbliżyła się do niego znów, by unieść rękę i opuszkami palców zetrzeć kroplę torującą sobie drogę przez chłopięcy policzek. Zostawiła dłoń przy jego twarzy ani na moment nie zrywając kontaktu wzrokowego, tonąc w znajomych tęczówkach.
Pokręciła powoli głową, reagując na jego słowa.
- Nie zabierzesz ani sam się tam nie znajdziesz. Tylko przestań trzymać cały ciężar na swoich barkach.- w głosie brzmiała prośba, cicha i jakby niepewna.- Masz prawo podejmować ryzykowne decyzje i nawet jeśli konsekwencje będą okropne, nie zachowuj się, jakbyś był z tym pozostawiony sam.- zsunęła dłoń z jego policzka na szyję, czuła pod palcami ciepło jego skóry. Nie wyglądał zdrowo, a kaszel, który słyszała wcześniej tylko to potwierdzał, ale dopiero teraz zawahała się, czy nie miał gorączki.



bałam się pogryzienia przez chorą na wściekliznę rzeczywistość, strzaskania iluzji, romantyzmu utopionego w ostatnich knutach
Eve Doe
Zawód : Tancerka, sroka łasa na wszystko
Wiek : 19
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Zamężna
To, czego chcesz, przychodzi do ciebie zawsze inaczej; wcześniej, później, w niedoborze, w nadmiarze.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarownica
Kuchnia - Page 3 W05eVlm
Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t9651-eve-doe https://www.morsmordre.net/t9728-raven https://www.morsmordre.net/t9727-magpie https://www.morsmordre.net/f358-doki-pont-street-13-7 https://www.morsmordre.net/t10225-skrytka-bankowa-nr-2211#311456 https://www.morsmordre.net/t9729-e-doe
Re: Kuchnia [odnośnik]19.12.21 1:16
Nie chciał jej dręczyć i skazywać na cierpienie. Nieoczekiwanego spotkania dało się uniknąć, wystarczyło, by nie wracał w znane strony. Pieniądze mógł zarobić, ukraść od przypadkowego mieszkańca byle jakiego miasteczka. A jednak wszedł mimo otwartych drzwi, by ogrzać się przy piecu, którego nie rozpalił. Wciąż stał w nieswoim płaszczu. Za drogim, za dużym, ciemnym, choć przez te tygodnie już zużytym, nieco brudnym. Ciepło ognia nie dało mu tego, czego tutaj szukał. Wiedział, że teraz, gdy tu była tylko ona mogła mu to ofiarować. A jednak wciąż się wzbraniał, naiwnie wmawiając, że tego nie chciał, ale z każdą upływającą sekundą miał coraz miej silnej woli. A może to wszystko było już jasne od chwili, w której zamiast wyjść z mieszkania udał się do kuchni, w poszukiwaniu jedzenia. Może już wtedy wiedział, że cokolwiek nie powie, cokolwiek nie zrobi, jeśli jej nie przepędzi sam już nie odejdzie. Ta wizja w jakiś sposób go paraliżowała. Odwrócenie się i ruszenie przed siebie, zostawienie jej za plecami. Niosła ze sobą pewną ostateczność, na którą nie miał odwagi. Walczył sam ze sobą, myślami, drocząc się pomiędzy podjęciem właściwej decyzji, o której tak wiele tak prosto mówił, a potrzebą zostania tu i znalezienia zrozumienia w jej oczach, ramionach, blisko serca. Wiedział, że nikt inny nie da mu tego, co ona, bo tylko ona potrafiła patrzeć tak głęboko. Dlatego obawiał się spotkania spojrzeń; widziała prawdę. Nagą, przerażającą i upadlającą.
— I jaki to był wybór?— spytał, unosząc brwi i kąciki ust, ale uśmiech nie tylko nie był długi, ale i szczery. Kwaśny, bo zbyt mało siły, a zbyt wiele przygnębienia na wargach osiadło, by mógł zmienić się w drwiący. Nie wybrała dobrze. Wiedział, że bywały chwile, w których musiała tego żałować, nawet jeśli nie robiła tego w tej chwili. Nie chciał pocieszenia, litości. Siąknął nosem, czując, że stawiał ją w sytuacji, w której brak zrozumienia wiązał się z bezdusznością. Był słaby, wycieńczony. Nie chciał, by widziała go takiego, by tak o nim myślała. Miał być jej podporą, wsparciem. Obiecał jej przecież tak wiele, gotów był to wszystko spełnić — a teraz nie był w stanie. Nie potrafił zamknąć oczu i wymazać z głowy tamtych zdarzeń, tych wszystkich myśli, które utknęły w jego głowie od tamtej pory. Jak to wszystko zrobi teraz? Jak mógł dotrzymać słowa? Stał przy niej wiedząc, co powinien zrobić w idealnym świecie, jak powinien się zachować i ją potraktować. Nie potrafił. Ręce były tak ciężkie ramiona ciągnięte grawitacją opadały nisko. Opierając się o blat za sobą próbował je unieść, ale zaraz znów podłoga ciągnęła go do siebie.
Powinien odpowiedzieć żartem, rozluźnić atmosferę. Zrobiłby to — zażartował z jej słów, obracając je do góry nogami. Ale nie był w stanie nawet tego. Pamiętał jej wyznania. Każde jedno, bo przecież to było nieprawdopodobne uczucie — być kochanym. Naprawdę i szczerze. Najswpanilsze uczucie pod słońcem. Budzić się u boku kobiety, którą się kochało. Tak smakowało szczęście, Vane. Dobrze o tym wiedział. Ale to było tak kruche i ulotne.
Chciał być inny. Chciał się zmienić. Być takim, jak wszyscy tego oczekiwali, by wszyscy byli zadowoleni. Umieć spełniać czyjeś potrzeby, żądania i oczekiwania, jak ci idealni synowie w idealnych dobrych domach. A jakimś trafem wszystko robił na przekór. Jej także. Kiedy uniósł na nią wzrok i ujrzał jej błyszczące oczy, ślady po łzach, czuł się jeszcze bardziej rozdarty między tym, co chciał, a powinien. Odrętwiały stał nieruchomo, nie potrafiąc wyciągnąć rąk do niej, by ją przytulić, chociaż wiedział, że tego w tej chwili potrzebowała najbardziej na świecie. Zapewnienia i oparcia. Patrzył jej w oczy, czując jak podłoga pod nim się zapada — za kilka chwil runie piętro niżej. Ale nic takiego się nie stało. Zbliżyła się, a on nie oderwał od niej wzroku, utrzymując jej spojrzenie, nie ruszając się i nie reagując kiedy dotknęła jego brudnego policzka, a potem karku.
— Nie zasłużyłaś na to a ja nie zasłużyłem na ciebie, dodał już w myślał, kiedy coś zatkało mu gardło; jak kamień utrudniło mówienie, oddychanie. Otworzył usta, jakby chciał jej wyznać prawdę o tym, co w nim tkwiło, ale żadne słowa nie przychodziły mu nawet na myśl. Jakby zabrakło mu języka; jakby była tylko pustka. Jak miał jej powiedzieć o tym wszystkim, co się wydarzyło? Jak miał jej powiedzieć o tym, co czuł, gdy sam nie wiedział? Jak opisać to, co tam się stało, by ująć całą prawdę? Jak ująć miejsce, w którym się znalazł teraz? Jego mrok, nicość, beznadzieję? Nie miał pojęcia. Nie potrafił.
Pochylił nieco głowę, oparł czoło o jej czoło, patrząc na nią jeszcze przez chwilę. Miała takie długie, ciemne rzęsy, zalotnie podkręcone, teraz posklejane od łez, oczy lekko opuchnięte i zaczerwienione. Błyszczący ślad wciąż zdobił jej policzek. Przesunął lekko głowę, policzkiem przytulając się do jej policzka, a później opuścił głowę na karku jeszcze bardziej, zatapiając twarz w jej gęstych, ciemnych słowach. Ręce bezwiednie sięgnęły ku jej ciału, w lekkim objęciu zamykając się wokół niej. Nie chciał, by się ruszała przez chwilę. Szukał w ciszy jej oddechu, bicia serca. znajomego, kojącego uczucia. Była ciepła, przyjemna. Tak bardzo za tym tęsknił. Za nią. Jej bliskość przypomniała mu o tym, jak wybiegał myślami ku niej będąc w Tower. Nie wiedział, jak długo tak stał, jak długo się przytulał. Kiedy otworzył oczy wciąż było tak samo. — Możemy... położyć się na chwilę?— spytał, spoglądając znów na nią, powoli nabierając dystansu. Był zmęczony. Ona była przybita. Chciał odpocząć. A może chciał odwlekać tą chwilę w nieskończoność, zawiesić decyzję i zostać tu, gdzie czuł się lepiej. Przy niej. Powoli ruszył się z miejsca, niechętnie zdejmując płaszcz, ale na wąskiej sofie zajmowałby zbyt dużo miejsca. Różdżka pozostał w kieszeni, kiedy rzucił wszystko na ziemię, tuż przy sofie i usiadł na niej, marszcząc brwi, wzrok wbijając w swoje dłonie. Nie wiedział na co czekał. Na nią, prawdopodobnie. Na to, że znajdzie się tuż obok, przy nim. Że wbrew temu, co chciał osiągnąć zostanie tu.


Czas także ulega potknięciom i wypadkom
i dlatego może się rozbić i zostawić
w jednym pokoju ułamek swojej wieczności.
James Doe
Zawód : grajek, złodziejaszek
Wiek : 19
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Żonaty
How do you love?

Like a fist. Like a knife.
But I want to be more like a weed,
a small frog trembling in air.
OPCM : 0
UROKI : 0 +2
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 12 +3
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 28
SPRAWNOŚĆ : 12
Genetyka : Czarodziej
 little unsteady
Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t9296-james-doe https://www.morsmordre.net/t9307-leonora https://www.morsmordre.net/t9300-skrzypek-na-dachu https://www.morsmordre.net/f358-doki-pont-street-13-7 https://www.morsmordre.net/t9776-skrytka-bankowa-nr-404 https://www.morsmordre.net/t9322-james-doe
Re: Kuchnia [odnośnik]19.12.21 19:29
Patrzyła na jego uśmiech, wygięcie kącików ust w sposób, który u niej wywołał kolejny raz grymas. Czy był świadom, jak wiele mówiła jego mimika? Przypuszczała, że tak. Łatwo było czytać jego emocje albo może tylko ona to potrafiła? Przejrzeć to, co prezentował otwarcie. Chociaż w tym przypadku nie wydawał się szczególnie starać, aby ukryć swą fałszywość. Może w innych okolicznościach zganiłaby go za to, jak nisko musiał się cenić, by uważać za zły wybór. Nigdy nie czuła, że traciła cokolwiek martwiąc się o niego, był ważny, był jej bliski. Zasługiwał na uwagę i cudzą troskę w podobnych chwilach, nawet jeśli miała świadomość, że nie przyjmował tego od obcych. Nie raz obserwowała jego reakcję w podobnych momentach, może tylko trochę mniej okropnych.
- Nadal najlepszy.- odparła po chwili. Nie szybko, nie od razu, wiedząc, że odruchową odpowiedzią nie wzbudziłaby w nim zaufania. Oczywiście, że czasami w to wątpiła, a przytłoczona wydarzeniami, zastanawiała się, dlaczego pośród tylu chłopców wybrała jego. Chyba najbardziej problematycznego i ściągającego na siebie wszelkie kłopoty, gnającego przed siebie z powodu kaprysu. Może taki był jego urok, coś, co ją ujęło jeszcze parę lat temu, a teraz nie odbierało mu ani odrobiny. Zwłaszcza że kiedy emocje opadały, nie wyobrażała sobie życia z kimś innym, u boku innego młodego mężczyzny. Nie wyobrażała sobie monotonii, nudnej codzienności na która nie mogła liczyć przy nim. Był obecnie najważniejszą osobą w jej życiu i nie chciała, aby się to zmieniło.
Obserwując go, widziała, że był w kiepskim stanie. Dostrzegała słabość ciała, ale nie uważała go za słabego w pełnym tego słowa znaczeniu. Była pewna, że to chwila, krótki moment, kiedy zwyczajnie nie dawał już rady przygnieciony ostatnimi doświadczeniami, lecz mijający czas miał umożliwić powrót do formy. Zamierzała mu w tym pomóc, jeśli tylko był w stanie to zaakceptować, a nie miała co do tego pewności. Odtrącał ją z sobie tylko znanych powodów, ale zamierzała cierpliwie poczekać, aż sam się zgodzi na jej obecność. Zwłaszcza kiedy wydawało jej się, że jakimś cudem przebrnęła przez jego niechęć, zbudowany mur za którym też się znalazła, jak i cały świat. Złapany w końcu kontakt wzrokowy był tego dowodem, mimo że bała się jeszcze dopuścić do siebie odrobinę więcej nadziei oraz szczęścia. Patrzyła w te ciemne oczy, tak bardzo znajome, a jednak teraz niepokojąco przygaszone. Zastanawiała się, co działo się z nim przez te dni i co działo się w Tower, że zniknął gdzieś butny chłopak do którego przywykła. Gdzie skryła się ta zadziorność w oczach, czasami głupia odwaga, która nie raz wywoływała u niej uśmiech. Uwielbiała go za cechy, których inni mogli nienawidzić. Faktycznie do pełni brakowało jedynie ramion zamykających się wokół niej, nawet jeśli nie mogły już nieść tego samego poczucia bezpieczeństwa. Od dnia jarmarku, nie chciała tak bardzo ufać, ukrywać się w ramionach z całkowitą pewnością, że nic jej nie grozi. Wiedziała, że to zbyt ulotne i łatwe do zniszczenia. Mimo to potrzebowała tego uścisku, ciepła znajomego ciała. Nie próbowała ponownie, skoro raz się odsunął, ustąpiła w tej jednej kwestii.
Kącik jej ust drgnął ledwo widocznie, kiedy w milczeniu zgodził się na ten ostrożny dotyk. Muskała palcami ciepłą skórę, rozgrzane gorączką ciało.
- Zasłużyłam na o wiele mniej, niż dostałam kiedykolwiek.- szepnęła. Miewała wrażenie, że dostawała za dużo, że niczym nie zasługiwała na aż tyle od życia. Robiła rzeczy, których nie akceptowała kultura w jakiej się wychowała, łamała zasady i reguły, bo chciała oraz mogła. Mając do tego kompana w postaci męża, zachłysnęła się nie raz tym, co było z góry zakazane. Nie powinno uchodzić jej to płazem, dlatego nie rozumiała czemu los i tak był dla niej łaskaw.
Przymknęła delikatnie oczy, kiedy oparł czoło o jej czoło. To był tak znajomy gest, cicha zachęta by to nie słowa wiodły prym. Milczenie było czasami przyjemne i mówiące więcej, niż składane zdania. Nauczyła się tego przy nim w czasach, kiedy nie potrafili rozmawiać ze sobą do końca i może nadal tak było. Czuła, jak jego sylwetka załamuje się, nieco przechyliła głowę, gdy przytulił policzek do jej, a później ugiął kark mocniej. Przesunęła dłoń z karku wyżej, wplatając smukłe palce w krótkie włosy. Drugą ułożyła na jego plecach, przytulając go do siebie. Syciła się tym momentem, mając go tak bardzo przy sobie. Nie liczyły się upływające sekundy, zobojętniała na czas. Cofnęła dłonie ze spokojem i uniosła wzrok, kiedy wyprostował się w końcu.
- Możemy.- przytaknęła cicho, była pewna, że obojgu się to przyda. Chwila odsapnięcia, odpoczynku. W przeciwieństwie do niego nie czuła się zmęczona fizycznie, lecz chaos emocji wywołał podobną słabość w psychice. Zanim dołączyła do niego na sofie, zabrała swój płaszcz zalegający tam i rzuciła na krzesło, by to samo zrobić z jego, który porzucił moment wcześniej na podłodze. Zabrała również koc, który upuściła na widok Jamesa, a o którym całkowicie zapomniała dotąd. Przerzuciła ciepły materiał przez oparcie sofy, aby był pod ręką i usiadła zaraz obok chłopaka. Ostrożnie złapała go za dłoń i pociągnęła w swoją stronę. Musnęła ustami jego policzek i kącik ust, lecz nie zdecydowała się na więcej, zamiast tego popchnęła go delikatnie, aby położył się. Nie miała pewności czy nie wchodzi na niepewny grunt, który zaraz załamie się pod nią, pozostawiając nieznośną pustkę. Nie mieli zbyt wiele miejsca, ale to w niczym nie przeszkadzało. Ułożyła się przy nim, przytulając nieco, by w międzyczasie pociągnąć na nich koc. Wiedziała, że chłód, który przenikał przez mury, odkąd opuścili mieszkanie, zacznie im dokuczać mimo piecyka w którym nadal płonął ogień. Wsunęła jedną z dłoni pod koszulkę chłopaka, muskając opuszkami palców nagą skórę.
- Powinieneś odwiedzić uzdrowiciela.- szepnęła, lecz bez nacisku. Nawet jej nie przypadało do gustu poleganie na obcych parających się tym zawodem, ale czasami nie było wyboru. Nie chciała, aby chorował i żeby, miała nadzieję, zwykłe przeziębienie zmieniło się w coś o wiele gorszego.



bałam się pogryzienia przez chorą na wściekliznę rzeczywistość, strzaskania iluzji, romantyzmu utopionego w ostatnich knutach
Eve Doe
Zawód : Tancerka, sroka łasa na wszystko
Wiek : 19
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Zamężna
To, czego chcesz, przychodzi do ciebie zawsze inaczej; wcześniej, później, w niedoborze, w nadmiarze.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarownica
Kuchnia - Page 3 W05eVlm
Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t9651-eve-doe https://www.morsmordre.net/t9728-raven https://www.morsmordre.net/t9727-magpie https://www.morsmordre.net/f358-doki-pont-street-13-7 https://www.morsmordre.net/t10225-skrytka-bankowa-nr-2211#311456 https://www.morsmordre.net/t9729-e-doe
Re: Kuchnia [odnośnik]20.12.21 10:48
Frustracja szybko przeradzała się w gniew, który dla niego był nie do powstrzymania. Czasem próbował się opanować, udowodnić samemu sobie, że potrafi okiełznać rosnące emocje i zachować zimną krew, ale po prostu nie potrafił. A czasem nie oszukiwał się w ten sposób, dążąc do konfrontacji, w której wystarczyłaby drobnostka, by obudzić potwora gotowego na najgorsze rzeczy. Łatwo było go doprowadzić na skraj, kiedy nosił w sobie wszystkiego tak wiele, zdecydowanie zbyt wiele. Łatwo było na jego twarzy rozpoznać emocje, lecz myśli? W chwilach, kiedy nie mówił nic, lub gdy kłamał — jak można było odczytać ludzkie myśli. Ona to potrafiła. Była prawdziwą czarodziejką. Zupełnie jakby wystarczyło jej jedno spojrzenie w oczy, parę szeptów, gestów, dźwięków, by wiedzieć, jakie niezwerbalizowane myśli chodziły mu po głowie. Dobre, złe, trudne i trywialne. Dziś nie było w nim ani gniewu, ani chaosu, w który się zmieniał, kiedy tracił nad sobą panowanie. Była cisza przerywana pojedynczymi oddechami w melodii złamanych serc. Ciężkie westchnienie opuściło jego płuca, kiedy mu odpowiedziała na pytanie. Nie zgadzał się z tym. Nie próbował użalać się nad sobą. Nauczono go pokonywać trudności z uniesioną głową, walczył, nie podawał się. Ostatnie tygodnie upewniły go jednak w przekonaniu, że to była zła droga, zły wybór. Nie mogło być już lepiej. Nie było dla nich miejsca w świecie, o którym marzyli.
Wojna, która rozszalała się dookoła stała się mało istotna, kiedy w głowach i sercach rozgrywała się najprawdziwsza tragedia.
Pokręcił głową, nie zgadzając się na to, o czym mówiła. Zasłużyła na wszystko, co najlepsze. Mógłby wymieniać bez końca przykłady, gdyby tylko miał więcej sił, miał energię, by zaprotestować — ale nie chciało mu się wchodzić z nią w dyskusje. Gdyby miał siły, udowodniłby jej, że potrafi jej to zapewnić, ale tego też nie zrobił. Nie było go stać na podniesienie argumentów, które miał; był pewien, że miał i pokonałby ją. Myśl, że pragnęła jego i tego, by to on jej to zapewnił zrzuciła na jego barki ciężar, którego nie chciał dziś dźwigać. Musiał zawalczyć z samym sobą, wyjaśnić, że to będzie możliwe tylko wtedy, gdy weźmie się w garść. Ale na to też nie miał sił.
Myślał tylko o tym, by zamknąć oczy i zapomnieć. Odepchnąć od siebie trudne wspomnienia i poczucie winy. Na chwilę odetchnąć pełną piersią. Nie tylko bez kaszlu, ale przede wszystkim bez tego uczucia deptania po klatce piersiowej i brzuchu, a ostatnio los po nim skakał dla zabawy. Poczekał na nią na twardej, wysłużonej kanapie i kiedy znalazła się tuż obok i oparł na nią ciałem, egoistycznie zrzucając na nią część swojego balastu. Przymknął powieki, poczuwszy na policzku i przy ustach jej drobne, czułe pocałunki. Nie protestował. Już nawet nie chciał. Nigdy nie był bohaterem. Nigdy nie umiał podejmować właściwych wyborów. Nie umiał jej nawet zostawić dla jej dobra, czując, że jeśli teraz wyjdzie zginie. Zginie bez niej. By przeżyć musiał wchłonąć jej ciepło, energię. Napoić się jej miłością i bezbrzeżnym oddaniem.
Położył się na sofie poddając jej rozkazom i otworzył oczy, gdy znalazła się przy nim. Błądził wzrokiem przez parę chwil po suficie, drewnianych belkach, między którymi musiały uciekać resztki ciepła. Nie zareagował na jej dłoń pod koszulką, choć poczuł jej palce tam, a to przywołało na myśl wspomnienia, które nie powinny pojawiać się w takich momentach. Zacisnął zęby, potem zakaszlał; źle oddychało mu się w tej pozycji, więc obrócił się na bok, przodem do niej, w pierwszej chwili zatrzymując wzrok na jakiejś przestrzeni bez znaczenia, tuż nad jej szyją, we włosach. Dopiero po chwili spojrzał jej w oczy.
— Nic mi nie będzie — odpowiedział po chwili, zbliżając do niej, by zniwelować dzielący ich dystans maksymalnie. Jego głos powoli pod kocem powędrowała ku niej, by przez talię dotrzeć na plecy i objąć ją, przycisnąć się do niej na tyle, na ile się dało. Vane mylił się też. Znał to uczucie patrzenia na kobietę i czucia się całkowicie bezbronnym i szczęśliwym jednocześnie. — Opowiesz mi coś? — spytał, otwierając oczy. Pachniała, jak ona — nie była senną marą. Trzymał ją, dotykał jej, czuł ją. Nie mogła być tylko snem. Pięknym snem zimowego poranka. Potrzebował jej, nie wiedział nawet jak bardzo. Przez te wszystkie dni — jej cichej obecności, oparcia, otuchy. Świadomości, że jest obok. W jego palcach znalazły się rozpuszczone kosmyki jej ciemnych włosów. Złapał je powoli na jej plecach, by owinąć sobie je delikatnie i pociągnąć. Słuchał jej cichego, miarowego oddechu, próbując dopasować się do niego ze swoim własnym, aż w końcu przymknął ciężkie powieki, licząc na to, że zdąży zasnąć zanim znów rozboli go głowa.

***

Zbudził go silny wiatr. Tak przynajmniej sądził. Otworzył powoli oczy słysząc jak wieje, przymyka tuż pod stropem, świszczy. Uderzał o okna. Leonora siedziała na parapecie i myła skrzydła, pióro po piórze skubała maleńkim, jasnym dziobem. Kiedy obrócił głowę w bok i zobaczył ją śpiącą na swoim ramieniu, sięgnął do jej twarzy dłonią, lekko palcami odgarniając jej kosmyki włosów z twarzy. Wyglądała pięknie, jak królewna z tych bajek, które opowiadało się dzieciom do snu. Kącik ust mu drgnął w lekkim uśmiechu, pogładził jej policzek opuszkami, ledwie muskając jej skórę. Bał się, że jeśli jej dotknie, zbudzi ją z tego snu. Powinna spać. Powinna odpocząć. Przełknął ślinę, myśląc o tym, co działo się wczoraj. Światło wpadające do mieszkania na ostatnim piętrze jasno sugerowało, że musiał przespać całe popołudnie i noc. Był spocony, koszula lepiła mu się do pleców i piersi, włosy do skroni i czoła. Musiał mieć w nocy gorączkę. Wysunął się spod Eve i koca jak najdelikatniej mógł, nie chcąc jej poruszyć, choć to było nieuniknione. Kiedy wstał, spojrzał na drzwi do mieszkania, zastanawiając się chwilę. Otulił się ramionami, czując jak zrobiło mu się zimno i ruszył wolnym krokiem do łazienki. Blaszana wanna, a może po prostu wielka miska, która za nią służyła, podstawiona była pod wystające, zardzewiałe rurki. Odkręcił kurki, rura chwilę się buntowała, drżąc, aż w końcu chlusnęła z niej woda. Rozebrał się, drżąc cały, wszedł do środka, by w końcu, po tych wielu dniach się umyć, zmyć z siebie to wszystko. Kiedy drzwi rozchyliły się ze skrzypnięciem obrócił głowę szybko, zatrzymując na niej wzrok na chwilę. Nie, jeszcze nie poszedłem, chciał usprawiedliwić się spojrzeniem, ale nie powiedział nic. Spojrzał tylko w wodę, która w końcu wypełniła całą wannę.
— Jak spałaś?


Czas także ulega potknięciom i wypadkom
i dlatego może się rozbić i zostawić
w jednym pokoju ułamek swojej wieczności.
James Doe
Zawód : grajek, złodziejaszek
Wiek : 19
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Żonaty
How do you love?

Like a fist. Like a knife.
But I want to be more like a weed,
a small frog trembling in air.
OPCM : 0
UROKI : 0 +2
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 12 +3
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 28
SPRAWNOŚĆ : 12
Genetyka : Czarodziej
 little unsteady
Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t9296-james-doe https://www.morsmordre.net/t9307-leonora https://www.morsmordre.net/t9300-skrzypek-na-dachu https://www.morsmordre.net/f358-doki-pont-street-13-7 https://www.morsmordre.net/t9776-skrytka-bankowa-nr-404 https://www.morsmordre.net/t9322-james-doe
Re: Kuchnia [odnośnik]21.12.21 0:55
Zignorowała jego sprzeciw, zaczynając doceniać fakt, że najwyraźniej aż tak bardzo brakowało mu sił. Nie chciała kłócić się z nim o takie kwestie, o własne zdanie. Może i podałby jej całą gamę argumentów, które uświadamiałyby błąd, ale dziś zamierzała mieć ostatnie słowo. Nie uważała, aby zasłużyła na to, co otrzymała przez całe życie, lecz była typową sroką, która zachłannie przyjmowała wszystko. Może dlatego nie zaskoczyło ją, że to właśnie ten ptak okazał się formą patronusa oraz animagiczną postacią. Pasował idealnie, bezbłędnie opisywał, jaka naprawdę była. Jimmy mógł ją idealizować, ale wcale tak krystaliczna nie była. Wiedziała o tym i akceptowała, czasami wypierała z pamięci, by się nie przejmować, by wymuszać słodki uśmiech na ustach. Teraz jednak cieszyła się ciszą, ominięciem konieczności spierania się o to. Kiedyś przyjdzie na to pora, lecz jeszcze nie dziś.
Nie przeszkadzało jej, gdy oparł na niej część własnego ciężaru. Była gotowa wspierać go, nawet w taki sposób. W końcu o to chodziło w małżeństwie i nie tylko ona mogła okazywać się zbyt słaba, aby radzić sobie z codziennością. Nigdy nie oceniała go, kiedy docierał do punktu w którym miał dość, nie zadawała pytań o powody, póki sam z siebie nie mówił. W milczeniu przyjmowała to, co się działo z nim, jeszcze zanim mogła określać go mężem. Szybko zrozumiała, że to najlepsza metoda i z czasem przestała się dziwić, że pojawiał się obok w podobnych momentach. Zdławiła w sobie niepokój, gdy nie zareagował na subtelne muśnięcie ust, ale poddał się ostrożnemu naciskowi, kładąc na kanapie. Czasami zapominała, jak to jest działać po omacku, gdy wydawał się oderwany od rzeczywistości, zakopany we własnych myślach, problemach... teraz bez wątpienia i koszmarach. Obserwowała dobrze znany sobie, męski profil. Mniej kotłowało się w niej wątpliwości, gdy teraz błądził gdzieś wzrokiem, jakby tam w górze miał jakieś odpowiedzi. Wiedziała, że ten dziwny dystans już został przełamany i nie musiał budzić takiego strachu. Poza tym miała go tuż obok, w czym upewniła się, dotykając jego boku, czując pod opuszkami nierówność jednej z wielu blizn, które wiedziała, że zdobią jego ciało. Znała je na pamięć, każdą drobną skazę, chociaż nigdy nie chciała ich zapamiętać.
Spięła się odrobinę, gdy zakaszlał ciężko, a ciemne oczy z lekką paniką błądziły po jego twarzy, kiedy obrócił się na bok. Zmarszczyła brwi, łapiąc jego spojrzenie i słysząc odpowiedź.
- Jimmy.- podjęła nieco surowiej.- Ten kaszel nie brzmi, jakby nic ci miało nie być.- w takich momentach była zła na siebie, że w porę nie zdobyła, chociaż odrobinę wiedzy mogącej teraz podpowiedzieć, co mu dolegało. Zamiast tego mogła zgadywać, a to nie był dobry pomysł i finalnie nic to nie dawało. Nie mogła mu pomóc. Po chwili dała jednak spokój, obiecując sobie, że później... może rano, wypchnie go albo zaciągnie do kogoś, kto będzie mógł określić, co dzieje się ze zdrowiem chłopaka.
Czuła, jak jego dłoń przesuwa się pod kocem, wędruje na plecy. Objęła go ostrożnie, kiedy przysunął się bliżej, znów przytulając do niej. To było tak dziwne, ale przyjemne, mimo że na ogół to ona wtulała się w niego. Uśmiechnęła się lekko, kiedy padło ciche pytanie. Zawahała się na moment, niepewna co mogłaby powiedzieć, jaką opowieść szeptać do snu. Coś tyczącego się zwykłej codzienności czy lżejszego, by pozwoliło zasnąć i ukoić nerwy. W końcu przypomniała sobie, jedną z wielu, które miała okazję słyszeć. Te piękne i barwne baśnie, które starsi cyganie opowiadali przy ogniskach późnymi wieczorami. Pełne dziwnych zwrotów akcji, jakich wtedy nie zauważała aż tak bardzo, zbyt zasłuchana. Dziś miała okazję snuć je sama. Mówiła cicho, prawie szeptem, smukłymi palcami przeczesując delikatnie krótkie kosmyki, ciemnych włosów Jamesa.
Umilkła, dopiero gdy jej uwagę zwrócił miarowy oddech chłopaka. Zamknęła oczy, próbując również zasnąć nawet na krótko.

***

Nie sądziła, że była tak zmęczona, by przespać obok Jamesa tyle godzin. Tylko raz obudziła się na moment, gdy jakiś dźwięk z zewnątrz okazał się zbyt głośny. Jednak wystarczyła chwila i wtulenie się w Jimmy’ego, by raz jeszcze zasnęła. Tym razem nie ruszało jej nic, jakby sama obecność chłopaka wystarczyła, aby wbrew rozsądkowi odrzucić czujny sen. Od jego zniknięcia nie spała dobrze, najcichsze szmery potrafiły wyrwać ją z objęć bezbarwnych snów, które towarzyszyły od dawna. Dziś było inaczej, zdecydowanie lepiej. Może dlatego, kiedy James postanowi wstać, mruknęła przez sen z niezadowolenia. Mimo że pod kocem było ciepło, zabrakło ciała obok, bezpiecznych objęć, którym nawet jeśli nie ufała to nieświadomie potrzebowała, tak jak wcześniej. Skuliła się, przesypiając jeszcze kilka minut. Dopiero wtedy niechętnie otworzyła oczy, przekręcając się na drugi bok. Potarła powieki, ziewając krótko i zatrzymując wzrok na piecyku, w którym nie palił się już ogień. Skrzywiła się na samą myśl o wstaniu, wiedząc, że zimno szybko osiądzie na rozgrzanym ciele. Potrzebowała paru długich minut, zanim myśli stały się na tyle czyste, by przypomnieć sobie o obecności Jamesa wczorajszego dnia. Właśnie to zmusiło ją do podniesienia się, szybkiego rozejrzenia po pomieszczeniu, by odszukać znajomą sylwetkę, której brakowało. Nie wierzyła, że mógł odejść bez słowa, znów uciec. Poczuła cień zawodu i strachu, nieprzyjemne uczucie porzucenia. Jednak chwilę później dotarł do niej szum wody, stare rury wyły, gdy zmuszone były spełnić swą funkcję. Odetchnęła cicho, próbując wyciszyć zdradliwe emocje. Chyba zbyt łatwo wątpiła w niego.
Podeszła najpierw do piecyka, by wrzucić do środka ostatnie dwa kawałki drewna, które mogły dać ciepło. Zimno już zaczynało dokuczać, muskając odsłoniętą skórę i wdzierając się pod pogniecioną sukienkę. Ciche Lacarnum Inflamare wystarczyło, aby niewielki płomień zajął drewno. Dopiero wtedy skierowała się do łazienki, powoli uchylając drzwi, które i tak zdradziły jej zamiar głośnym skrzypnięciem. Złapała spojrzenie chłopaka, zauważyła gwałtowną reakcję, przez która nieco zwątpiła, czy powinna tu być.
- Wyjątkowo dobrze.- przyznała z niepewnym uśmiechem. Weszła w głąb łazienki, by podejść do lustra, wyszczerbione na dole, pękło jakiś czas temu, zakrzywiając teraz odbicie. Mimo to wystarczyło nawet tyle, by zauważyła, że dzisiejsza noc nie skończyła się kolejnymi cieniami pod oczami. To był najlepszy dowód, jak bardzo wyspała się.- A ty? – spytała zaraz, odwracając się w jego stronę. Podeszła bliżej, by przysiąść na krawędzi wanny i pochylając się, złożyć krótki pocałunek na jego czole. Robiła to z pewną zadziornością, bo przecież pamiętała, że kiedy był młodszy, potrafił denerwować się za podobne gesty. Podobną czułość często okazywało się dzieciom, a ona lubiła obserwować, jak złościł się za takie traktowanie, zwłaszcza kiedy okazywana jej złość, była diametralnie inna od tej, jaką żywił czasami do świata.



bałam się pogryzienia przez chorą na wściekliznę rzeczywistość, strzaskania iluzji, romantyzmu utopionego w ostatnich knutach
Eve Doe
Zawód : Tancerka, sroka łasa na wszystko
Wiek : 19
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Zamężna
To, czego chcesz, przychodzi do ciebie zawsze inaczej; wcześniej, później, w niedoborze, w nadmiarze.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarownica
Kuchnia - Page 3 W05eVlm
Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t9651-eve-doe https://www.morsmordre.net/t9728-raven https://www.morsmordre.net/t9727-magpie https://www.morsmordre.net/f358-doki-pont-street-13-7 https://www.morsmordre.net/t10225-skrytka-bankowa-nr-2211#311456 https://www.morsmordre.net/t9729-e-doe
Re: Kuchnia [odnośnik]21.12.21 13:19
Woda okazała się być nawet ciepła. Wypełniła blaszaną wannę, zostawiając od góry jedną czwartą swojej głębokości. Siedział w niej z nogami podciągniętymi, przez chwilę obserwując pianę, która znikała, kiedy zakręcił kurki z powrotem. Gdy podeszła do lustra, uniósł na nią wzrok w naturalnym, wręcz instynktownym odruchu, ogarniając ją całą spojrzeniem bez zatrzymywania się na konkretnej części ciała. Jej obecność nadawała tej chwili pewnego poczucia normalności, jakby to wszystko się nie wydarzyło, jakby nie popełnił tych błędów; nie było ani wczoraj ani poprzednich tygodni. Miał deja vu; przypomniało mu to momenty sprzed tej całej gigantycznej katastrofy, na krótko przed nią, chwilę po sylwestrze, kiedy wszystko smakowało słodko, a najbardziej zapyziała nora potrafiła pachnieć świeżo i przyjemnie za jej sprawą. Wtedy, też tak stojąc przed lustrem jak teraz zsuwała z siebie powoli ubranie, upewniając się w lustrze, że obserwował ją pożądliwym spojrzeniem nienasyconego chłopca, gotów wyjść z wanny by tylko zamknąć ją w swoich obciach. Wtedy było cudownie, błogo. Ten stan zakochania i szczęścia upajał ich, jak najgorsza używka. Sprawiał, że czuł się silny i wszechmogący. Jej uczucie, kiedy uświadomił sobie, że zakwitło, wzmocniło jego pewność siebie i poczucie prawdziwego szczęścia. Nie chciał tego wspominać, odtwarzać przebiegu tamtych wrażeń; nie chciał katować się nieświadomością spragnionego miłosnych uniesień chłopca.
Wychylił się powoli z wanny, podtrzymując jedną ręką, by z podłogi podnieść zaschnięte mydło, które przez ten czas odkąd stąd uciekli zdążyło przyschnąć do podłogi. Namydlił porządnie dłonie, mocząc je w wodzie co chwilę; ta w wannie zmętniała, ale poza paronastoma pęczniejącymi bąbelkami nie zmieniła się w przyjemną, bielutką pianę. Milczał, nie wiedząc, co powiedzieć ani jak pociągnąć rozmowę.
Gdy pocałowała go w czoło przymknął na moment powieki. W tym geście było wiele czułości. Nie przeszkadzało mu dziś, że była inna od tej, którą chciał, by względem niego żywiła. Czuł się winny jej smutku. Temu, co zgotował jej poprzedniego dnia — był słaby, a jej widok zupełnie wytrącił go z równowagi. Czuł się zagubiony. Powinien się trzymać postanowień, ale nie potrafił. Nie potrafił żyć bez ludzi, na których mu zależało. Nie potrafił nawet odwrócić się i udawać. Powoli podniósł na nią wzrok, zatrzymując go na ciemnym, zadziornym spojrzeniu tej samej Eve, która lubiła go prowokować, wzniecać w nim emocje, odczucia, kusić. Zdał sobie sprawę, że jej gest mógł być formą prowokacji, ale nie był w stanie na niego właściwie zareagować.
— Dobrze — odpowiedział w końcu. Po wypowiedzeniu swoich słów kiwnąwszy głową, a dla potwierdzenia, powtórzył pewniej i bardziej zdecydowanie: — Dobrze. O dziwo, nic mi się nie śniło.— Uśmiechnął się lekko, choć krótko, starając się nadać swojej wypowiedzi, zachowaniu beztroskiej lekkości. Od tygodni miewał koszmary, migreny spowodowane tą całą legilimencja dopiero ustały, a wciąż nie udało mu się dobrze przespać całej nocy, nie było na tyle bezpiecznego miejsca.
Powinien z nią porozmawiać o tym, co się wczoraj wydarzyło? O słowach, które padły, własnym zachowaniu? Powinien wyjaśnić jej wszystko, co wydarzyło się od wyjścia z Tower, ale zamiast tego odchrząknął i wyjął z wody mydło, by namydlić nim ręce i szyję, porządnie wymyć uszy, włosy, twarz. Myjąc się nie zwracał uwagi na nic innego, jak doszorowywanie brudu. Nie było już zgnilizny z celi, trudnej do zidentyfikowania lepkości we włosach, zakrzepniętej krwi, a mimo to robił to z pełnym zaangażowaniem. Po wszystkim zanurzył się w wodzie cały, zanurkował, łapiąc na chwilę oddech i schodząc pod poziom brudnej wody.
Przypomniał sobie o listach, które wysłał mu Thomas, a które stały się świetną podpałką, kiedy poszukiwał ciepła niewielkiego ogniska. Zacisnął na moment zęby, by zerknąć na Eve w końcu nieco mętnym spojrzeniem, ale starał się. Naprawdę starał się zachowywać normalnie.
— Thomas i Sheila dalej są w dolinie? Znaleźliście bezpieczne miejsce?— spytał i spłukał z siebie ostatnie zamydlone bańki. — Sporo do mnie pisał, ale niewiele opowiadał — wyznał z nieco drwiącym uśmiechem i powoli, po chwili wahania, wstał z wanny i wytarł się starym ręcznikiem, który wisiał tu już niewiadomo jak długo. Wytarł najpierw kark, brzuch, nogi, na końcu włosy. Pojedyncze stróżki wody spływały mu po karku na plecy. — Co zamierzasz? — uprzedził ją, zerkając na nią przez ramię.


Czas także ulega potknięciom i wypadkom
i dlatego może się rozbić i zostawić
w jednym pokoju ułamek swojej wieczności.
James Doe
Zawód : grajek, złodziejaszek
Wiek : 19
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Żonaty
How do you love?

Like a fist. Like a knife.
But I want to be more like a weed,
a small frog trembling in air.
OPCM : 0
UROKI : 0 +2
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 12 +3
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 28
SPRAWNOŚĆ : 12
Genetyka : Czarodziej
 little unsteady
Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t9296-james-doe https://www.morsmordre.net/t9307-leonora https://www.morsmordre.net/t9300-skrzypek-na-dachu https://www.morsmordre.net/f358-doki-pont-street-13-7 https://www.morsmordre.net/t9776-skrytka-bankowa-nr-404 https://www.morsmordre.net/t9322-james-doe
Re: Kuchnia [odnośnik]26.12.21 20:32
Poczuła na sobie to spojrzenie, nadal nie rozumiejąc, jakim cudem jego wzrok prześlizgujący się po jej ciele, zdawał się wręcz fizycznie ją dotykać. Zwykle w pierwszej chwili czuła się zawstydzona, co próbowała zawsze ukryć za uśmiechem, ale dziś było inaczej. To nie było to samo spojrzenie, tak natrętnie pożądliwe pod którym, mimo wszystko spinała smukłe ciało. Lubiła wodzić go za nos, kiedyś i obecnie, gdy znów byli razem. Ale teraz... nie próbowała nawet złapać jego oczu w odbiciu lustra. Te parę sekund wpatrywała się we własne odbicie, patrzyła na ciemne tęczówki, pociemniałe przez rozszerzone źrenice, pełne usta zaciśnięte nerwowo i napięte mięśnie na żuchwie. Trwało to krótko, zanim uniosła kąciki ust w uśmiechu i odwróciła się w jego stronę. Przysiadając na krawędzi wanny, czuła cień niepewności, chociaż wiedziała dobrze, co zamierza zrobić. Cofając się nieco, spojrzała na jego twarz, na przymknięte powieki tuż po tym czułym pocałunku. Nie spodziewała się tak spokojnej reakcji, całkowicie ugodowej. Parę tygodni wcześniej, taka sytuacja bez wątpienia miałaby całkiem inny przebieg, była tego pewna. Najpewniej w tym momencie z pozornym niezadowoleniem zsuwałaby z siebie przemoczoną sukienkę, starając się nie uciec przy tym z jego ramion, sycąc się pocałunkami na zroszonej wodą szyi. Wiedziała, że zadziorność w jej oczach przygasa, aż znika całkiem. Wypuściła powoli powietrze z płuc, przyciągając znów uśmiech na usta, chociaż zdawał się jedynie cieniem tego, który wymusiła wcześniej. Wczoraj przyznała, że tęskniła za nim, a dziś mając go obok przez całą noc i teraz, nadal czuła tą samą tęsknotę, jakby wcale go nie odzyskała. Miała ochotę go przytulić, spytać, co działo się przez ten czas, co wydarzyło takiego, że nie mogła odzyskać swojego Jamesa. Obawiała się, bała ponownego spotkania z tym dystansem i chłodem, jaki zaserwował jej wczoraj. Nie chciała tego znów, nie chciała przebijać się przez mur, który najpewniej ponownie wzniósłby wokół siebie.
- O dziwo? – zmarszczyła delikatnie brwi.- Znów masz koszmary.- dodała, ale to już wcale nie było pytanie. Miał je w momencie, gdy spotkali się ponownie; pamiętała te kilka nocy, kiedy przesiadywali w ciszy, gdy nie mógł spać. Częściej jednak budziła się sama, dopiero z czasem rozumiejąc, że znikał nie wiadomo gdzie, bo tak było łatwiej. Nie miała mu wtedy tego za złe, jakoś musiał sobie radzić.
Obserwowała go w ciszy, kiedy sięgnął po mydło i skrupulatnie namydlił ciało, zmywając z siebie ostatnie dni. Nie mogły być łatwe, widziała to po jego ruchach.
Kiedy zanurzył się w wodzie, zamknęła oczy, zacisnęła powieki, chcąc odciąć się na moment od otoczenia. Nie mogła sobie na to pozwolić pod taflą wody, gdzie świat przestawał być wyraźny, a dźwięki stawały się stłumione. Poruszyła lekko barkami, rozluźniając ciało muskane chłodem, jaki panował w pomieszczeniu. Zerknęła na niego, kiedy wynurzył się i odezwał moment później.
- Tak, nadal. Nikt nie chciał siedzieć Steffenowi na głowie, ale udało nam się mimo wszystko znaleźć bezpieczne miejsce. Thomas wymyślił, że powinniśmy niedługo kupić wozy i tam się przenieść, stawiając je gdzieś w Devon... ale z tego, co mówił, wiesz o tym.- odparła, odruchowo opowiadając mu trochę, nawet jeśli oszczędnie. Spojrzała na niego nieco uważniej przy ostatnich słowach.- Pewnie się odgrażał? – prychnęła z cieniem uśmiechu.- Kiedy wrócił, powiedział, że zostałeś w Irlandii, ale kiedy mijały dni, wydawał się zdenerwowany za każdym razem, gdy wysyłał sowę.- nie mówiła wprost, że była świadoma już kłamstwa starszego Doe. To było przecież zbyt oczywiste po wczorajszym dniu.
Kiedy wstał z wanny, sama podniosła się z zajętego miejsca i odeszła kawałek, przystając na moment przy drzwiach.
- Nie wiem. Ty mi powiedz.- rzuciła mu krótkie spojrzenie, zanim popchnęła drzwi i poczuła nieco cieplejsze powietrze na twarzy.



bałam się pogryzienia przez chorą na wściekliznę rzeczywistość, strzaskania iluzji, romantyzmu utopionego w ostatnich knutach
Eve Doe
Zawód : Tancerka, sroka łasa na wszystko
Wiek : 19
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Zamężna
To, czego chcesz, przychodzi do ciebie zawsze inaczej; wcześniej, później, w niedoborze, w nadmiarze.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarownica
Kuchnia - Page 3 W05eVlm
Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t9651-eve-doe https://www.morsmordre.net/t9728-raven https://www.morsmordre.net/t9727-magpie https://www.morsmordre.net/f358-doki-pont-street-13-7 https://www.morsmordre.net/t10225-skrytka-bankowa-nr-2211#311456 https://www.morsmordre.net/t9729-e-doe
Re: Kuchnia [odnośnik]28.12.21 23:34
Czuł, że to, co robił to było za mało i ta świadomość wywoływała w nim ukłucie wyrzutów sumienia, choć nie na tyle dotkliwych, by w mgnieniu oka zareagować i zreflektować się, stając przynajmniej choć trochę podobnym do siebie sprzed kilku tygodni. Jego ciało odpoczęło, spał długo — było mu ciepło, wygodnie, dobrze. I czuł się bezpiecznie. Ale teraz, pomimo tych godzin przeznaczonych na regenerację wciąż czuł się ciężko. Nie potrafił zrzucić z siebie tego ciężaru, zmyć brudu z ciała, głowa wciąż wydawała mu się ciężka. A do tego wszystkiego dochodziła jeszcze myśl, że nie zasłużyła na takie traktowanie. Nie powinien zachowywać się w ten sposób. Zrób coś ze sobą, myślał, kiedy podnosił wzrok i napotykał ją przed sobą. Ale nie potrafił przez dłuższą chwilę. Wymuszona rozmowa zainicjowała wir kwestii, które wygodniej mu było przemilczeć; których nie chciało mu się opowiadać; których nie chciał obnażać przed nią w takich chwili i w takim stanie, a jednocześnie przeciągające się między wymianą zdań milczenie pozwalało mu na szybkie przemyślenia, a te zaś doprowadzały go do stwierdzenia, że jeśli nie chciał jej ranić, musiał coś zrobić. W końcu.
Westchnął.
— Miałem — sprecyzował, spuszczając wzrok niżej, na posadzkę. Ręcznik przez chwilę stanowił przyjemną barierę. Przed chłodem — przed nią, ale nie był wystarczająco duży, żeby go zakryć całego. — Dziś nie. Dziś nie miałem. Ale to nic, nie przejmuj się tym. Już jest w porządku. — Chciał dodać, że działa na niego kojąco, ale powstrzymał się w ostatniej chwili, jakby miał popełnić fatalną wpadkę tymi słowami. — W Devon?— spytał, a brwi mu nieco drgnęły. WIedział? Zapomniał? Patrzył na nią chwilę, jakby poszukiwał odpowiedzi na to pytanie na jej pięknej twarzy, ale już nie był pewien. Rozmawiali o tym, naprawdę? Devon było tak daleko. Londyn, pomimo wszystkich swoich ponurych zakamarków i ciemnych stron wciąż wydawał mu się bezpieczniejszy dla nich. Dla Sheili, dla Eve. Dla ludzi, którzy nie próbowali mieć na pieńku z prawem. — Wysyłał mi interesujące rebusy — mruknął, siląc się na żartobliwy ton i uśmiechnął lekko, oplatając ręcznik wokół bioder. — Cóż, mówił prawdę… — mruknął po chwili, przypominając sobie jednak szybko kłamstwo, którym je uraczył. Poinformował go o tym w pierwszym swoim liście. — Byłem w Irlandii, ale nie u Vane’a — sprostował ostrożnie, wychodząc razem z nią z łazienki; pół kroku z tyłu. W głównej części było cieplej i przyjemniej dzięki ogniu w piecyku. Powoli skierował się w stronę pokoju, który zajmował, licząc, że kiedy wyjeżdżały nie zabrały ze sobą wszystkiego. Kiedy się tu wprowadził szafy były pełne ubrań poprzednich lokatorów, na pewno coś zostało. — Zaproponował nam pomoc i naukę, ale nie dogadaliśmy się. Ale miał rację, co do jednego — przyznał gorzko, otwierając dużą szafę, na pozór pustą. — Nie umiem się zająć sobą, a co dopiero wami— dodał ciszej, bez pretensji, żalu do samego siebie, czy smutku. Sucho, beznamiętnie. Miał wiele dni na to, żeby dokładnie przeanalizować te wszystkie słowa, które padły wtedy i robił to wielokrotnie. W wielu kwestiach Vane się mylił. Wyszedł wtedy bo był zły, aż w końcu zaczął kwestionować swoje przekonania i zastanawiać się — a może jednak miał rację? Może nie wiedział nic o miłości. Nie wiedział nic o prawdziwej stracie, samotności? Może egoistycznie wznosił na piedestał własne doświadczenia, ale tak naprawdę ból tylko wydawał się tak monumentalny. Może ludziom przytrafiały się gorsze rzeczy, niż jemu? Może jego tragedie były tylko pyłkiem prawdziwych dramatów rozgrywających się we wszechświecie. Może naprawdę nie umiał się nimi zająć. I może naprawdę byłoby im lepiej bez niego.
Znalazł jakieś ubrania w jednej z szuflad, wyciągnął je i powoli zaczął się ubierać, czując, że go słucha, chociaż stał do drzwi tyłem. Naciągnął na siebie wszystko, założył, koszulę i cienki, szary, pleciony sweter. Pytanie, które sam zadał, a które skierowała w jego stronę dławiło go, ale przeciągając milczenie nie ściągał na siebie poczucia ulgi. Wręcz przeciwnie. Kłuło go coraz mocniej.
Nie wiedział. Co zrobić, co dalej, co sam zamierzał. Odwrócił się powoli, mierząc z ciężkością jej obecności. Myślał prze chwilę, ale nie wymyślił żadnego nowego super planu. Wciąż nie miał pojęcia, co powinno się wydarzyć.
— Mam coś dla ciebie — powiedział w zamian, opuszczając pokój, by dotrzeć do płaszcza Jaydena, który musiała powiesić, po tym jak rzucił go na podłogę. Sięgnął do wewnętrznej kieszeni i wyciągnął z niej srebrną, ozdobną spinkę do włosów, którą zabrał z mieszkania z Birmingham. Przeć chwilę oglądał ją w dłoni, aż w końcu niepewnie do niej podszedł i kiedy znalazł się tuż przed, wyciągnął dłoń w jej kierunku. — Mogłaby należeć do mojej mamy — zaczął, unosząc na nią spojrzenie. — Ale nie sądzę, że należy — dodał i uśmiechnął się nieco kwaśno; kiedy pierwsze słowa straciły sens.


Czas także ulega potknięciom i wypadkom
i dlatego może się rozbić i zostawić
w jednym pokoju ułamek swojej wieczności.
James Doe
Zawód : grajek, złodziejaszek
Wiek : 19
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Żonaty
How do you love?

Like a fist. Like a knife.
But I want to be more like a weed,
a small frog trembling in air.
OPCM : 0
UROKI : 0 +2
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 12 +3
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 28
SPRAWNOŚĆ : 12
Genetyka : Czarodziej
 little unsteady
Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t9296-james-doe https://www.morsmordre.net/t9307-leonora https://www.morsmordre.net/t9300-skrzypek-na-dachu https://www.morsmordre.net/f358-doki-pont-street-13-7 https://www.morsmordre.net/t9776-skrytka-bankowa-nr-404 https://www.morsmordre.net/t9322-james-doe
Re: Kuchnia [odnośnik]29.12.21 1:07
Pokiwała powoli głową, kiedy sprecyzował, ale niekoniecznie było to pociechą. To, że znów pojawiły się takie kłopoty, martwiło ją bardziej, niż podnosiła na duchu świadomość, że kiedy spali obok siebie, zdołał odpocząć.- Wiesz dobrze, że i tak będę się przejmować.- westchnęła cicho. Taka już była, mogła nie raz zadzierać dumnie głowę, chadzać własnymi ścieżkami i pozornie trzymać się z daleka, ale o bliskich zawsze troszczyła się wręcz przesadnie. Za to względem niego, było to tylko mocniejsze, bo znaczył więcej niż ktokolwiek inny.
- Nic o tym nie wiesz, prawda? – nie była zła, może za bardzo przywykła, że Thomas był okropnym krętaczem. A Jimmy, nawet jeśli zwykle trzymał jego stronę, tym razem przypuszczenia okazały się trafne.- Nie podoba mi się ten pomysł, by zatrzymywać się tam.- przyznała cicho, ale nie wchodziła w szczegóły. Nie zdecydowała się teraz skonkretyzować, co budziło wątpliwości, a było tego wiele. Zamieszkanie na wozach, powrót do tego, co znała cała czwórka, było piękną wizją przyszłości, ale do bólu kruchą. Wątpiła, aby dali sobie radę i nic się w tej kwestii nie zmieniało z biegiem czasu.
Zaśmiała się pod nosem, gdy James wspomniał o rebusach, jakie miał słać najstarszy z Doe.
- Znając jego umiejętności artystyczne, musiały być niepowtarzalne.- cień rozbawienia wkradł się do jej głosu, nadając mu znów tego pogodnego brzmienia, lecz na krótko. Przekrzywiła delikatnie głowę, poważniejąc znów, kiedy tylko w pewnym sensie potwierdził słowa brata.- Jeśli nie u Vane’a to u kogo? Co się z Tobą działo przez cały ten czas? – spytała, nabierając nieco odwagi, aby nacisnąć na niego i skłonić do powiedzenia czegoś więcej. Była gotowa cofnąć się w każdej chwili i odpuścić.
Kiedy opuścili łazienkę, a Jamie poszedł do pokoju, sama przystanęła w drzwiach. Próbowała dać mu trochę przestrzeni mimo wątpliwości. Ponad wszystko nie chciała, aby zbyt przytłoczony jej obecnością, naprawdę próbował uciec. Wystarczy, że po przebudzeniu posądziła go o to.
- Nie dogadaliście się... – była gotowa obstawiać, jakie mogło być nastawienie Jamesa do oferowanej pomocy. Wiedziała, jak trudny miał charakter i jak ciężko czasami było dotrzeć do tej rozsądnej części jego osoby, ale nie karciła go za to. Rzadko próbowała ostro negować jego decyzje, częściej radząc coś innego lub akceptując, gdy się na coś upierał. Zaskoczyło ją jedynie, jak łatwo było i tym razem, przytaknąć temu i przemilczeć własne wnioski wyciągnięte szybko.- Przestań, James.- rzuciła w końcu, by zaraz pokręcić głową z dezaprobatą.- Naprawdę jedna rozmowa z tym człowiekiem, sprawiła, że aż tak zwątpiłeś w siebie? Czemu? – nie rozumiała tego, nie pojmowała, dlaczego tak bardzo wziął do siebie słowa obcego.- Potrafisz zająć się i sobą i innymi, ale nie jesteś nieomylny, więc popełniasz błędy. To nie sprawia, że jesteś gorszy.- dodała podchodząc do niego o krok, ale rezygnując, kiedy zaczął się ubierać.
Milczała, gdy cisza zaczęła uciążliwie przeciągać się. Wbiła wzrok we własne dłonie, lekko splecione przed sobą. Gonitwa myśli nie ułatwiała niczego, sprawiała, że czuła się przytłoczona tym, co chciałaby zrobić, a co mogła w danym momencie. Rozsądek i naiwność, ścierały się mocno, powodując, że stała w miejscu nie mogąc podjąć decyzji co z nim zrobić. Nigdy nie czuła się, aż tak niepewnie w towarzystwie tego konkretnego chłopaka.
Spojrzała na niego ponownie, kiedy odezwał się i wyszedł z pokoju. Ciemne tęczówki podążyły za nim, sylwetka lekko obróciła się jego śladem, ale nie zrobiła ani kroku. Czekała cierpliwie, patrząc na przedmiot, który trzymał w dłoniach i nie do końca wiedząc co to. Dopiero kiedy zbliżył się, domyśliła się co miał. Wzięła od niego spinkę, obróciła ją w palcach, przyglądając się delikatnym zdobieniom.
- Dziękuję, jest bardzo ładna.- szepnęła, podnosząc zaraz wzrok na niego. Złożyła lekki pocałunek na jego ustach, by zaraz uśmiechnąć się odrobinę.- Dlaczego nie? Jest piękna, więc nie mogła należeć do przypadkowej kobiety... tylko wyjątkowej, jak twoja mama.- szepnęła.



bałam się pogryzienia przez chorą na wściekliznę rzeczywistość, strzaskania iluzji, romantyzmu utopionego w ostatnich knutach
Eve Doe
Zawód : Tancerka, sroka łasa na wszystko
Wiek : 19
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Zamężna
To, czego chcesz, przychodzi do ciebie zawsze inaczej; wcześniej, później, w niedoborze, w nadmiarze.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarownica
Kuchnia - Page 3 W05eVlm
Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t9651-eve-doe https://www.morsmordre.net/t9728-raven https://www.morsmordre.net/t9727-magpie https://www.morsmordre.net/f358-doki-pont-street-13-7 https://www.morsmordre.net/t10225-skrytka-bankowa-nr-2211#311456 https://www.morsmordre.net/t9729-e-doe
Re: Kuchnia [odnośnik]21.01.22 0:31
Nie powinna była, nie chciałby tego. Nie w dalszej przeszłości, może w najbliższej przyszłości. Wiedział to. Wolałby wtedy mieć świadomość, że towarzyszył jej spokój, a jej usta wykrzywiał ten słodki, uroczy uśmiech, który zwykle sprawiał, że on sam się uśmiechał, nie potrafiąc powstrzymać tego naturalnego instynktu. Wolałby wtedy myśleć, że radziła sobie bez konieczności dźwigania jego brzemienia. Nie miał siły go nieść teraz, nie chciał obarczać jej wątłych pleców tym ciężarem. Po tym wszystkim co się stało zasługiwała na coś innego. Nie mógł jej tego dać. Patrzył jej w oczy drżąc na myśl, że nigdy nie będzie w stanie, nie będzie jej wart — patrzył jej w oczy ze świadomością, że nie będzie w stanie dotrzymać złożonej obietnicy i wynagrodzić jej tego, co straciła i co jeszcze straci. Ale nie miał odwagi powiedzieć tego głośno ze świadomością, że postawi ją przed kolejnym wyborem — pogodzenia się z losem albo pozwolenia mu odejść. To on powinien był podjąć tą decyzję wczoraj, zdobyć się na odwagę. Ale był tchórzem. Potrzebował jej. Potrzebował jej ciepła, dotyku, cichego oddechu prosto do ucha, który pozwalał na niemą świadomość, że ktoś był obok, nie zadawał pytań. Wiedziała? Przeczuwała? Nie. Nikt nie był takim masochistą. Ona też nie. Jeśli się dowie, jeśli miarka się przebierze i zrozumie — odejdzie. A to zaboli mocniej. Ten, który zostawał zawsze, niezależnie od powodu, cierpiał mocniej. I jeszcze wczoraj, w dobrej wierze — tak? — gotów był to zrobić.
Spuścił wzrok na moment, nie wiedząc, co jej odpowiedzieć. Nie chciał jej okłamywać, a jednocześnie nie potrafił wkopać własnego brata. Przełknął ślinę, nie potrafiąc na poczekaniu wymyśleć żadnej wymówki ani odpowiedniego, godnego rozpraszacza. Zupełnie tak jakby stracił rezon, albo rzeczywistość docierała do niego wolniej. Coś w nim rosło. Jakaś trucizna płynęła w żyłach, nie mógł się jej pozbyć, wrócić na odpowiednie tory. Wyrzuty sumienia, własny ból, chęć-niechęć czucia czegokolwiek. Nie wiedział. Nie wiedział już nic.
— Nie musimy — odpowiedział jej pokornie, nie dodając już będzie jak tylko zechcesz, chociaż niewypowiedziane słowa zawisły gdzieś między nimi, w niepewnym tonie głosu; brzmieniu które zwykle go nie traciło. Dziś bezradnym, monotonnym, stłumionym.
— Posłużyły mi za podpałkę — przyznał jednak szczerze, zachęcony jej lekkim rozbawieniem rozbrzmiewającym w głosie. Spojrzał jej w oczy. Błyszczące, zmęczone — wiedział, że była zmęczona przez niego. Martwiła się, tęskniła. Była zraniona. Chciał jej powiedzieć, że nie umiał inaczej, a może zupełnie się pogubił, nie wiedział, co zrobić, ale nie powiedział nic. Złapał tylko jej spojrzenie, wydychając powietrze z cichą ulgą. Zastanawiał się, czy powiedzieć cokolwiek. Prawdę? Półprawdę? Trochę prawdę? Istniało coś takiego w ogóle? Stali tak, we dwoje, w chłodnym mieszkaniu, w nienaturalnie niezręcznej ciszy, jakby zamarznięci. — Miał dla nas świstoklik do Doliny, ale... Nie odpalił — nie potrafił go aktywować, nigdy wcześniej tego nie robił, nie wiedział, jak, ale wstyd było mu przyznać. — Próbowałem przedostać się z Irlandii do Anglii, a kiedy się udało... Przestałem próbować wrócić do Londynu.— Mógł się deportować, ale nie chciał. Stracił swój cel, chęć i potrzebę. Zrozumiał — a może tak naprawdę stracił w to, w co wierzył i co nakazywało mu wrócić do domu. — Snułem się, to tu, to tam... Byłem w Birmingham. Podróżowałem po naszych obozowiskach... — Śladem taboru, drogami, które kiedyś obierali. Odwiedził miejsca znajome, dawno zapomniane. Bliskie sercu, choć niczego tam nie szukał, niczego więc nie odnalazł. Powinien jej powiedzieć? Że wrócił tu by spotkać się z Marcelem? By wyrzucić z siebie to wszystko, czego jej nie mógł — nie potrafił — powiedzieć? Wzruszył ramionami. Nie powiedział. Zbyt wiele słów padło wczoraj, został — decyzja zapadła, niosła ze sobą odpowiedzialność. Prawda niczego nie zmieni, nikogo nie uskrzydli.
— Może miał rację — spojrzał na nią powoli, szukając w jej oczach odbicia własnej miłości do niej. Spinka — nie wiedział, czy była ładna. Czy miała jakąkolwiek wartość. Nadał ją sam, w chwili, gdy ją znalazł, łudząc się skrycie, że to mogła być prawda; że mogła należeć do niej. Jakby dziś to miało jakiekolwiek znaczenie. Po tylu latach, w dorosłym życiu, w progu dojrzałości. Progu, którego nie był w stanie dziś przekroczyć i było mu z tego powodu okrutnie wstyd. Jej usta były miękkie, ciepłe. Przymknął na moment oczy, przyjemne ciepło rozeszło się wewnątrz niego; pogłębiło się, kiedy się uśmiechnęła. Nie miała pojęcia, ile ten uśmiech dziś znaczył, nawet jeśli był cieniem tego, czym potrafiła go dawniej uraczyć.
Opuścił wzrok po chwili, objął ją w milczeniu, choć tak wiele słów wisiało w powietrzu. Wiele niewypowiedzianych — tych, które powinny paść i tych, których nigdy nikt nie powinien usłyszeć. Wtulił się w jej włosy; ciemne, gęste pukle, cygańskie loki. I poczuł się jak w domu.

| zt mompls


Czas także ulega potknięciom i wypadkom
i dlatego może się rozbić i zostawić
w jednym pokoju ułamek swojej wieczności.
James Doe
Zawód : grajek, złodziejaszek
Wiek : 19
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Żonaty
How do you love?

Like a fist. Like a knife.
But I want to be more like a weed,
a small frog trembling in air.
OPCM : 0
UROKI : 0 +2
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 12 +3
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 28
SPRAWNOŚĆ : 12
Genetyka : Czarodziej
 little unsteady
Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t9296-james-doe https://www.morsmordre.net/t9307-leonora https://www.morsmordre.net/t9300-skrzypek-na-dachu https://www.morsmordre.net/f358-doki-pont-street-13-7 https://www.morsmordre.net/t9776-skrytka-bankowa-nr-404 https://www.morsmordre.net/t9322-james-doe
Re: Kuchnia [odnośnik]21.01.22 19:23
Cisza z jego strony była wystarczającą odpowiedzią, więc nie musiał już łgać ani kombinować. Nie denerwowała się, dostając takie potwierdzenie. Teraz nie liczyło się, co zrobił Thomas, istotniejsze pozostawało, że obok miała Jamesa. Nie ważne, że dziwnie przytłumionego, trochę obcego w reakcjach. To nadal był jej Jimmy. Uśmiechnęła się delikatnie na jego słowa, bo miała taką nadzieję, że ten jeden raz mąż nie podąży za wymysłem rodzeństwa, a przemyśli to... albo weźmie pod uwagę jej zdanie. Nie mogli bezmyślnie przeć na przód, to już się nie sprawdzało i było niepotrzebnym ryzykiem. Prychnęła cicho, kiedy James przyznał, jak skończyły listy od brata. No cóż, może w tej postaci były przydatniejsze. Zima nie rozpieszczała, a już zwłaszcza, gdy brakowało ciepłego kąta w którym można było się skryć.
Nie uciekła spojrzeniem, kiedy ich oczy się spotkały. Wpatrywała się w ciemne tęczówki, szukając w nich czegoś znajomego, tych wszystkich emocji, jakie wcześniej potrafiła odnaleźć w nawet przypadkowym spojrzeniu. Nadal zdawało się tego brakować. Czekała na jego słowa, jakiekolwiek wyjaśnienia, ale nie naciskała. Dawała mu czas jak zawsze. Była wyrozumiała jak zawsze. Cokolwiek się działo, zawsze było tak samo. Nie musiał mówić jej wszystkiego od razu, nie musiał zrobić tego nigdy, ale za każdym razem była gotowa słuchać o wszystkim, co chciałby powiedzieć. Czuła, że w pewnym momencie jego problemy ją przerosną i przytłoczą, że będzie tego za dużo, ale usilnie odtrącała ów myśl. Z wyczekiwaniem i cierpliwością, czekała, stawiając jego samopoczucie ponad swoje... jak zawsze.
Posmutniała, kiedy przyznał, że przestał starać się powrócić do Londynu, że naprawdę nie chciał wracać do nich. Do Niej. Zaczęło zastanawiać ją, dlaczego w takim razie znalazł się w mieszkaniu, co go tutaj sprowadziło.- Jeśli nadal chcesz odejść...- urwała. Nie, nie pozwoli mu. Nie zgadzała się, aby został całkiem sam z głupiego poczucia, że tak będzie lepiej dla wszystkich. Wcale nie będzie. Potrzebował rodziny, tak jak każdy Doe potrzebował jego.- Mało ci jeszcze podróży, nie starczyły ostatnie dwa lata.- nie pytała jednak, tylko wymusiła słaby uśmiech, by ukryć smutek.
Zadarła nieco głowę do góry, spoglądając raz jeszcze prosto w ciemne oczy chłopaka. Tonęła w nich, chociaż teraz jakby inaczej, nie bezmyślnie, a ostrożnie. Mimo że przebiła się przez dystans już wczoraj, nadal gdzieś z tyłu głowy pozostawała niepewność, na ile mogła sobie pozwolić. Kącik ust drgnął nieco mocniej, kiedy widziała, jak przymknął oczy przy tym lekkim pocałunku. Musnęła palcami kark chłopaka, palce drugiej cały czas zamykając na ozdobnej spince, która dopiero dostała. Sama zamknęła na moment oczy, kiedy objął ją, zamykając w potrzasku ramion. Czuła jego oddech muskający skórę policzka, więc przytuliła się mocniej.- Kocham Cię.- szepnęła. Pamiętaj o tym, zawsze. Cokolwiek mogło się wydarzyć, jakkolwiek jeszcze ich życie wywrócić do góry nogami, to pozostawało czymś niezmiennym. Czasami tego nie pojmowała, rozsądek odrzucał, ale uczucia do męża były takie same. Oby tylko nie były zgubne.

| zt :pwease:



bałam się pogryzienia przez chorą na wściekliznę rzeczywistość, strzaskania iluzji, romantyzmu utopionego w ostatnich knutach
Eve Doe
Zawód : Tancerka, sroka łasa na wszystko
Wiek : 19
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Zamężna
To, czego chcesz, przychodzi do ciebie zawsze inaczej; wcześniej, później, w niedoborze, w nadmiarze.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarownica
Kuchnia - Page 3 W05eVlm
Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t9651-eve-doe https://www.morsmordre.net/t9728-raven https://www.morsmordre.net/t9727-magpie https://www.morsmordre.net/f358-doki-pont-street-13-7 https://www.morsmordre.net/t10225-skrytka-bankowa-nr-2211#311456 https://www.morsmordre.net/t9729-e-doe

Strona 3 z 3 Previous  1, 2, 3

Kuchnia
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach