Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia



Login:

Hasło:

wieś Farleigh Hungerford
AutorWiadomość
First topic message reminder :

wieś Farleigh Hungerford

Mała, skromna wieś na północnym-wschodzie Somerset, położona blisko granicy z hrabstwem Wiltshire, zamieszkała przez mugoli, jak i czarodziejów trudniących się rolnictwem oraz hodowlą bydła. Zabudowania ciągną się wzdłuż głównej ulicy oraz rzeki Frome, a krajobraz wieńczą ruiny rozległego zamczyska. Można tam spotkać pałętające się duchy, opowiadające historie z czternastego wieku tyczące się budowli i okolic, a także najważniejszych wydarzeń historycznych tego regionu. Wokół wsi znajduje się pełno pól rolnych, przecinanych pastwiskami, po których pałętają się stada krów. Od wschodu ziemie przylegają do rozległego lasu, gdzie znajduje się niebezpieczny, skalisty wąwóz powstały w wyniku dawnego pojedynku między dwójką potężnych czarodziejów.
[bylobrzydkobedzieladnie]
Mistrz gry
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : 99
UROKI : 99
ALCHEMIA : 99
UZDRAWIANIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
wieś Farleigh Hungerford - Page 2 Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki

Powrót do góry Go down


Gdyby tylko wiedział, że wśród przybranego bądź co bądź rodzeństwa Trixie posiadał aż tak specjalne względy! Rozpromieniłby się chyba natychmiast, zza szalika, który zawiązał sobie tak, by chronił przed mrozem nie tylko szyję, ale także szczękę i część policzków. Uniesione w radosnym odkryciu brwi z pewnością poruszyłyby jasną czapką z pomponem wetkniętą na czubek głowy, spod której wydostawały się przydługie kosmyki miodowych loków, a dzień ten, jakże uroczysty, bo przygotowania do niego trwały już od jakiegoś czasu, stałby się jeszcze bardziej specjalny.
Tkwili jednak w iście Beckettowskim milczeniu, do którego przywykł Sprout całkiem gładko i bez większych oporów. Bywały takie kwestie, których poruszenie mogłoby przynieść więcej kłopotów i smutków niż korzyści. I właśnie takimi były problemy, które dosłownie trawiły już i tak marnej postury twórcę talizmanów lub głód, który zaglądał coraz to śmielej w progi Warsztatu. Z ulgą dostrzegł jednak, że jego siostrojaciółka (słowo to wymyślił na poczekaniu i uznał za całkiem genialne) nie nosiła widocznych śladów przygód, w wyniku których spotkali się kilkanaście dni temu w Devon.
Dobrze. Bardzo dobrze.
— Oczywiście, że ważne. Ale też jakie ekscytujące... — przytaknął jej ściszonym głosem, chudymi palcami odsuwając nieco fragment przylegającego do ust szalika, by posłać jej przy tym zadowolony uśmiech. Cała sprawa z Ptasim Radiem po raz kolejny udowodniła, że wujek Stevie nie mógł być lekceważony, gdy chodziło o siłę umysłu. Znał go niemal przez całe swoje życie, a wciąż był zaskakiwany kolejnymi wspaniałymi pomysłami. Zresztą zdolność do zaskakiwania młodego Sprouta musieli mieć we krwi, bo Trixie nie ustępowała w tym aspekcie swemu ojcowi nawet na krok. — A tutaj jest w ogóle ratusz? To mała mieścina, zamiast tego wpadnijmy lepiej do świetlicy, tam się zawsze kręci sporo osób.
Nie było jednak tak, że porzucił myślenie o ratuszu; ten w Yeovil nadawał się przecież idealnie do odwiedzin, co zanotował gdzieś w pamięci pomiędzy powtarzaniem informacji, które otrzymał w liście przekazanym mu przez Trixie. Część pluskiew schowane miał w wewnętrznej kieszeni płaszcza, część czekała bezpiecznie na swoją kolej w niemal nieśmiertelnej skórzanej torbie. Gdy tylko przekroczyli próg karczmy, Sprout najpierw ostukał swoje buty, żeby nie nanieść więcej śniegu i ściągnął czapkę.
— Dzień dobry — powiedział wesoło, zamykając drzwi za sobą i panną Beckett. Przez resztę spotkania właściwie skupił się na słuchaniu tego, jak Trixie przekazywała informacje oraz sprawianiu dobrego wrażenia. Widać było, że znała się z krępym właścicielem karczmy, dlatego uznał, że nie będzie wciskał się między ich rozmowy. Na sam koniec uśmiechnął się szeroko do właściciela, jednocześnie mówiąc — Jakby co, to urządzenie można wyjąć zwykłym accio. A tymczasem co złego to nie my, do widzenia!
Przepuścił Trixie przodem, a gdy oczekiwał na jej wyjście, znów wcisnął na głowę swą czapkę. Po zamknięciu drzwi odetchnął głęboko świeżym powietrzem, kierując swe kroki ku wiejskiej świetlicy. W połowie drogi szturchnął lekko ramię dziewczyny, unosząc jednocześnie podbródek ku górze w geście przepełnionym zadowoleniem.
— Bardzo dobrze Ci poszło. W sumie to nawet lepiej, że robiłaś to pierwsza, teraz przynajmniej mamy mniejsze szanse, że to ja się nie pomylę — zaśmiał się krótko, a jego oddech przybrał postać kilku jasnych obłoków, które rozmyły się w powietrzu prawie tak prędko, jak się w nim pojawiły.
Świetlica, w której mieli mieć swój kolejny przystanek była średniej wielkości budynkiem, w którym według najlepszej wiedzy Castora, czas spędzali zarówno czarodzieje, jak i mugole. Był w niej już raz, z okazji rozgrywanego rokrocznie na jesieni konkursu na największą dynię w hrabstwie. Zabrała go ze sobą jego ukochana mama, prywatnie fascynatka dyń, która sama stanęła w konkursowe szranki, zdobywając nawet piąte miejsce. Gdy tylko uchylił drzwi, jego oczom ukazała się wysoka, szczupła kobieta o wyjątkowo przyjemnej pomimo nasilających się z wiekiem zmarszczek aparycji.
— Dzień dobry, pani Campbell! Nie przeszkadzamy? — zawołał niemal od progu, słowa swe kierując ku kobiecie, którą zapamiętał z tamtego spotkania. Była przewodniczącą lokalnego stowarzyszenia kobiet i także dziś pachniała jak maślane ciasteczka. Ciekaw był, czy Trixie też to wyczuła. — Wpadliśmy z niespodzianką. Prezentem z okazji nowego roku, ale trochę się nam przedłużyła dostawa, sama pani rozumie — raz jeszcze otrzepał buty, a jego dłoń odruchowo jakoś odnalazła tę należącą do Trixie, by pociągnąć ją za sobą wgłąb pomieszczenia.
— Oj, czyż to nie nikt inny jak Castor Sprout! Jak się miewa mama? — dobroduszne pytanie kobiety trafiło prosto w serce blondyna, który uśmiechnął się wpierw nieco niemrawo, choć udało mu się skupić uwagę na zaparowanych prędko okularach.
— Dalej jest chora, ale chyba będzie lepiej. Mam nadzieję, że Pani zdrowie dopomaga, bo powiem pani szczerze, że to, co dziś dla pani mamy to naprawdę wspaniała rzecz. Możemy do głównej sali? — kobieta skinęła tylko głową na znak zgody, prowadząc ich z przedsionka do miejsca, którym świetlica żyła najczęściej. To wśród tych ścian odbywały się wszystkie największe imprezy okolicznościowe w okolicy, to tutaj od czasu do czasu organizowano potańcówki i tutaj również dynia Sproutów została Piątą Dynią Somerset. Szarobłękitne spojrzenie Sprouta prędko wyłapało stojące na stoliku pod oknem radio, a usta same wygięły się w radosnym uśmiechu.
— Słucha go pani czasem?
— Słucham, bo słucham, ale czasem nawet słuchać ciężko...
— O, widzi pani. Bo my właśnie w tej sprawie — sięgnął ręką do kieszeni płaszcza, w której zatrzymał się na chwilę, ruchem głowy dając znać kobiecie, by podeszła bliżej. — Pani tylko zobaczy, o.
Otworzywszy wolną ręką pokrywę radia i upewniwszy się, że kobieta widziała dokładnie, cóż takiego robił, Castor umieścił w urządzeniu pluskwę. Wszystko robił dość powolnie, dla zachowania pełni uwagi swej słuchaczki oraz by mieć pewność, że sam czegoś nie pokręci, choć z informacji mu przekazanych wynikało, że były na to raczej małe szanse. Widząc pytający wzrok kobiety, potrząsnął lekko głową, wciąż uśmiechnięty od ucha do ucha.
— To prezent od Zakonu Feniksa, pani Campbell. Roznosimy je wszystkim tym, których sercom bliskie jest dobro i troska o sąsiada, którzy patrzą w przyszłość z nadzieją i nie mogą pozostać obojętni na zbrodnicze działania "Ministerstwa". Od trzydziestego pierwszego stycznia, gdy tylko ustawi pani to radio na częstotliwość 101,1 ORAZ, to bardzo ważne, tą samą gałką, którą ustawia pani częstotliwość, wybierze numery 10, 07, 19, 55, dokładnie w takiej kolejności, powinna pani zostać jednym z odbiorców nowego Ptasiego Radia. Ta druga część z liczbami jest o tyle ważna, że bez tego słyszeć będzie pani tylko szum. Dlatego jakby nie daj Merlinie, coś się wydarzyło, ktoś tu wpadł — radio może zostać na częstotliwości 101,1, ale kodu proszę za żadne skarby nie zdradzać. W razie czego, można też wyciągnąć to urządzenie, widziała pani, jak prosto się je montuje. To sprytna bestia, choć nieożywiona.
Oho, kogoś trzymały się dzisiaj żarty?
Na sam koniec, jakby chcąc potwierdzić swe słowa, wyjął Castor ostrożnie pluskwę, robiąc to ręcznie. Wręczył ją następnie kobiecinie, wcześniej zamykając pokrywę radia.
— Pani spróbuje sama, dobrze? — kobieta skinęła głową, by zabrać się do montażu trzymanego w dłoniach urządzenia. Nawet pomimo jej słusznego wieku poszło to całkiem sprawnie, toteż wszelkie obawy Castora odnośnie ewentualnego montowania przez osoby niezaznajomione szczególnie z techniką rozwiały się prędko, a on sam posłał podekscytowane spojrzenie w kierunku Trixie.
— Widzi pani? Bardzo proste, prawda? Wyjąć to można też przez accio, jakby była taka potrzeba. Ale no, na nas już pora, tylko jakby pani mogła powtórzyć to, co już powiedziałem...?
— Częstotliwość 101,1, na gałce 10, 07, 19, 55 i nikomu to kodzie nie mówić. Ale spokojnie, kochanieńki, dam sobie radę. Koleją parową jechałam, to i z radiem sobie poradzę... — spokojny głos kobiety uspokoił bijące szaleńczo serce Sprouta. Dzisiejsza wizyta w Farleight Hungerford była tylko początkiem, mieli jeszcze tyle do zrobienia.
— Tylko niech pani nie zapomni o naszej pierwszej audycji! Trzydziesty pierwszy stycznia! — powiedział na pożegnanie, gdy wraz z Trixie znów znaleźli się w przedsionku.
Biały puch raz jeszcze powitał dzieci Somerset, gdy Castor uniósł głowę w górę i wcisnął ręce w kieszenie płaszcza, wyraźnie sobą zadowolony.
— Następny przystanek mamy w Yeovil.

| Castor i Trixie z/t, przechodzimy tutaj[bylobrzydkobedzieladnie]


From my rotting body
flowers shall grow
and i am in them, and that is

eternity


Ostatnio zmieniony przez Castor Sprout dnia 12.10.21 21:50, w całości zmieniany 1 raz
Castor Sprout
Castor Sprout
Zawód : Twórca talizmanów, właściciel sklepu "Bursztynowy Świerzop"
Wiek : 23/24
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
If there is a liberty in this clear blue sky
I won’t mind tearing up these wings of pride
OPCM : 5
UROKI : 0
ALCHEMIA : 30
UZDRAWIANIE : 8
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 6
SPRAWNOŚĆ : 4
Genetyka : Wilkołak

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t9918-castor-sprout#299830 https://www.morsmordre.net/t9950-irys#300995 https://www.morsmordre.net/t9949-i-will-keep-my-flowers-safe#300972 https://www.morsmordre.net/f347-dolina-godryka-wrzosowisko https://www.morsmordre.net/t9952-skrytka-bankowa-nr-2255#301004 https://www.morsmordre.net/t9951-c-sprout#300999

Powrót do góry Go down

noc 19/20 stycznia 1958, miasto Taunton, Somerset

Deportował się na teren, na którym panował chaos. Porozrzucany gruz, kilka desek i niepokojąca cisza w okolicy, nad którą zawisł Mroczny Znak. Numerolog na chwilę wstrzymał oddech, przyglądając się wiszącej na niebie czaszce i wijącego się węża. Symbol nienawiści i chorej determinacji podpalonej rządzą niesienia zniszczenia. I o to stał właśnie na dziele tej brutalnej siły, która wyrywała ludziom z serc jakiekolwiek poczucie bezpieczeństwa. Cała akcja musiała rozegrać się niedawno, zostali szybko poinformowani, więc ruszyli przed siebie, ale szkód było zbyt wiele, aby móc mówić po łagodzeniu sytuacji. Należało ją brutalnie naprawić. Przerażenie wypisane na twarzach mieszkańców Taunton jasno obrazowało ich rozerwane serca. Sprawców trzeba było złapać... Podzielili więc siły na mniejsze grupki gotowe zająć się większą ilością spraw w krótszym czasie, a Stevie został tam sam, w oczekiwaniu aż dołączą do niego Richard i Louis, którzy właśnie zmierzali nieco mniej magicznymi sposobami w to miejsce. Mieli jak najszybciej sprawdzić stan miasta, a właściwie jego głównej części, w której mogło dojść do znacznych uszkodzeń. - Przekaż Moorowi i Bottowi, że jak się zjawią... Że tu będę czekać - wspomniał do jednego z sojuszników Zakonu, by sam ruszyć do środka budynku.
Stary zakład produkcyjny, najpewniej kiedyś zajmujący się obróbką szkła, a przynajmniej tak się zdawało po szyldach, teraz niemal do połowy był zniszczony, zapewne przez wybuch zaklęcia obszarowego. Na pierwszy rzut oka widać było, że właściwie grozi zawaleniem i samo wejście tam jest niebezpieczne, jednak musiał sprawdzić to miejsce. W zakładach tego typu wykorzystywane były maszyny, które przy uszkodzeniu mogły okazać się równie niebezpieczne. Na niebie zgasła czaszka, która straszyła tam obywateli tego hrabstwa. Cisza po burzy, czy jeszcze przed? Gdzie było najgorsze? Niewiele myśląc, albo właściwie rzucając się w paszczę tego miejsca, przeszedł przez na wpół zniszczony łuk, w środku odnajdując wiele gruzu i jeszcze trochę dymu, który unosił się po zawaleniu.
- Czy jest tu ktoś? - powiedział głośniej, różdżkę wyciągając przed siebie jakby w obawie, że za rogiem może czaić się wróg, jednak nikt mu nie odpowiedział. W miejscu unosiła się dziwna woń, a wszędzie leżało potłuczone szkło, czyniąc z małej fabryki widok godny pola bitwy, która nawet się tu nie rozegrała. Skoro odpowiedziała mu cisza, to sięgnął po różdżkę, chwytając się magii. - Homenum Revelio - padło z jego ust, ale nic się nie stało. - Homenum Revelio - wypowiedział głośniej i czar rozlał się po pomieszczeniu, odsłaniając swoje tajemnice. Jasna sylwetka z początku przypominała martwą, ale im dłużej się w nią wpatrywał, tym bardziej w to wątpił. Minęło kilka sekund dziwnego spokoju, bo dopiero wtedy oczy otworzyły mu się szerzej, bo dopiero wtedy numerolog zorientował się, że to tam pod gruzami uwięziony jest człowiek. Wokół nie było innej rozświetlonej, tak więc zakopany pod stertą kamieni był teraz najważniejszym celem. - Słyszy mnie pan... pani? Słyszysz mnie? - powiedział, zbliżając się w stronę kamieni, było ich zbyt wiele. O ile zaklęcie mogło odnaleźć sylwetkę, tak dokładna jej lokalizacja w tym bałaganie wydawała się być wręcz niemożliwa. Myśl, myśl szybciej, no już. Musiał mu pomóc, ale przekopywanie się przez tę stertę wydawało się być więcej niż syzyfową pracą. Mogło przygnieść go dodatkowym ciężarem. Należało zachować ostrożność.

rzuty, ekwipunek wysłany do mg, em: 44


Am I going crazy? Would I even know? Am I right back where I started forty years ago?
Wanna guess the ending? If it ever does... I swear to God that all I've ever wanted was
A little bit of everything, all of the time, a bit of everything, all of the time
Apathy's a tragedy, and boredom is a crime. I'm finished playing, and I'm staying inside.
Stevie Beckett
Stevie Beckett
Zawód : twórca świstoklików, wynalazca
Wiek : 57
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Wdowiec
The blues ain't nothing but a good man feelin' bad.
OPCM : 15
UROKI : 5
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 26
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 6
Genetyka : Czarodziej

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t9282-stevie-beckett https://www.morsmordre.net/t9293-einstein https://www.morsmordre.net/t9292-wujek-stevie#282938 https://www.morsmordre.net/f318-dolina-godryka-warsztat https://www.morsmordre.net/t9294-skrytka-bankowa-nr-2137 https://www.morsmordre.net/t9295-stevie-beckett

Powrót do góry Go down

Kolejny raz jego noc wypełniona była koszmarami – nic dziwnego, nic nowego, po raz kolejny nie przesypiał snem spokojnym, męcząc się tak, jakby znów przeżywał to samo. W jakimś sensie jego umysł wciąż pozostał gdzieś na polu bitwy, pośród dymu z dział, który owiewał okolice, posmaku błota i brudu w ustach, z widokiem ciał porozrzucanych niczym szmaciane lalki, z pustymi twarzami skierowanymi gdzieś w stronę sojuszników, przeciwników, albo i samego nieba, tak jakby dla nich nadzieja i ratunek miały być gdzieś indziej. Dopiero łomotanie do drzwi i szczekanie Precla, gotowego obudzić całą okolicę gdyby tylko miało się okazać, że gość jest niepożądany.
Podnosząc się z miejsca, niemal po omacku, jeszcze w malignie, wyszukiwał opuszkami palców tkaninę koszuli, narzucając też na szybko pierwsze przewieszone przez krzesło spodnie – nie miał w zwyczaju sprzątać zbytnio swojego domu, a goście i tak nie witali do jego sypialni, więc cóż to za różnica? W tym momencie jednak chodziło o coś więcej – każąc psu zamilknąć, przecisnął się do drzwi w korytarzu i spojrzał na gościa, którego się zdecydowanie nie spodziewał. W myślach zanotował sobie, że powinien kupić jakąś strzelbę albo broń, przynajmniej w takim wypadku umiejąc się jakoś obronić.
Chwilowa konsternacja po zobaczeniu czupryny Louisa szybko zmieniła się, kiedy zorientował się, że ich usługi potrzebne były już teraz. Wpuścił Botta do środka, pozwalając mu na schowanie się przez chwilę w ciepłym miejscu (zwłaszcza, że Precel, gdy tylko rozpoznał, kim jest gość, nie mógł pogodzić się z odpuszczeniem sobie prób przywitania się i wyżebrania chociaż paru drapnięć za uchem), szybko ubierając się nieco porządniej, zaraz też zgarniając ze sobą narzędzia i to, co na ten moment wydawało się potrzebne, tak aby mieć pod ręką to, co się przyda. Zaraz też zgarnął się do samochodu, z góry przepraszając, że nie zaproponował nic do picia, ale czas był tutaj najważniejszy.
Po zajechaniu na miejsce, kiedy to podczas podróży Precel siedział grzecznie na kolanach Louisa, zaraz też wyszli z samochodu, rozglądając się za Beckettem który kręcił się po okolicy. Na całe szczęście zajął się tym ktoś kompetentny – w takich czasach nie trudno było, aby przy miejscu zdarzenia albo jakiejś tragedii pojawili się ciekawscy, a uszkodzone budynki potrafiły same w sobie być zaskoczeniem. Dla wszystkich cudowności i magicznych działań, zawsze Richarda dziwiło, że czarodzieje nie umieli zrozumieć czegoś takiego jak instalacja gazowa albo przewody elektryczne. To naprawdę nie było takie trudne.
- Panie Beckett? – zagadnął pytająco, rozglądając się po okolicy kiedy Precel znów wystrzelił, tym razem z zainteresowaniem podbiegając do Steviego na przywitanie. Przy wyjmowaniu narzędzi z auta miał czas, aby dowiedzieć się, co dokładnie się zadziało.
Richard Moore
Richard Moore
Zawód : Budowlaniec, złota rączka
Wiek : 36
Czystość krwi : Charłak
Stan cywilny : Kawaler
Śmierć będzie ostatnim wrogiem, który zostanie zniszczony.
OPCM : 0
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 10
Genetyka : Charłak

Niemagiczni
Niemagiczni
https://www.morsmordre.net/t10538-richard-moore https://www.morsmordre.net/t10644-listy-do-rysia#322337 https://www.morsmordre.net/t10651-rysiu#322691 https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/t10649-szuflada-r-m#322600

Powrót do góry Go down

Było za spokojnie.
Święta i Nowy Rok przeszły jakoś łagodnie i w miłym gronie przyjaciół. Ciepła atmosfera odegnała ode mnie myśli o wojnie i okropnościach, z którymi wiele osób musiało się teraz mierzyć. Miałem ten przywilej, że mogłem niemal zapomnieć o chłodzie, głodzie, chorobach, walkach o przetrwanie... ale nie na długo. Ostatnio było za spokojnie, więc gdzieś w kościach przeczuwałem, że prędzej czy później znów stanie się coś złego.
Krótka informacja w środku nocy, że ktoś z nas jest w tej chwili potrzebny, nie była niczym dziwnym w Kurniku. Lex dostawał takie dość często, czasami zabierał ze sobą także mnie, więc byłem przygotowany na tego typu okoliczności. Nawet przebierać się nie musiałem, bo znów ślęczałem do późna nad książką. Zanurkowałem tylko w grubszy sweter, narzuciłem na grzbiet skórzaną kurtkę, a czapkę naciągnąłem na uszy i z kocem, termosem i narzędziami pognałem do pani Spencer zastanawiając się czy właścicielka sklepu w Dolinie Godryka będzie bardzo zła, że zakłócam jej spokój w środku nocy.
- Weź go, ale ma wrócić w nienaruszonym stanie! I nie łomocz więcej do drzwi, bo wszystkich budzisz... Wiesz gdzie odłożyć kluczyki.
- Dziękuję, pani Spencer! - zawołałem z szerokim uśmiechem już porywając jej klucze do samochodu z ręki. - Jestem pani dłużnikiem!
- Coraz większym - dodała i choć chyba miało to brzmieć groźnie, to błysk rozbawienia w jej oczach zanim zamknęła mi drzwi przed nosem zdradzał, że nie musiałem się bać. Wystarczyło, że będę na jej zawołanie, kiedy będzie potrzebowała moich usług.
Silnik nie chciał od razu odpalić na mrozie, pojazd zakrztusił się ze dwa razy, ale w końcu zaskoczył i ruszyłem dostawczakiem przez zaśnieżone ulice Doliny. Zatrzymałem się całkiem niedaleko, bo pod domem Ricka, by wystrzelić z samochodu i znów zacząć się dobijać do drzwi. Tym razem bez wyrzutów sumienia. Richie też był potrzebny - tak było napisane w krótkiej notce, którą ciężko było nazwać listem.
- Dzieeeeń dobry, śpiąca królewno! - zawołałem na powitanie, kiedy psie szczekanie umilkło nagle, a drzwi się przede mną otwarły. To było całkiem radosne powitanie biorąc pod uwagę okoliczności, w których się znaleźliśmy, ale to chyba głównie przez adrenalinę, która już zdążyła mi uderzyć do głowy. - O, ty serio spałeś - zauważyłem z zaskoczeniem widząc ciut zaspane oblicze Moore'a. - Słuchaj, jesteśmy potrzebni. Teraz-zaraz w Taunton, więc weź najpotrzebniejsze rzeczy i spadamy. Tylko błyskiem, serio - wyrzuciłem z siebie już poważniejąc, a kiedy wpuścił mnie do środka, skorzystałem z okazji i zabrałem się za tarmoszenie Precla. Oczywiście, że nie mogłem sobie podarować wygłaskania psiaka. Przy okazji rzucałem jakimiś szczątkowymi informacjami, jakie otrzymałem, że chodzi o zabezpieczenie budynków, prace naprawcze, wzmocnienia... Sam za wiele nie wiedziałem. Na szczęście Moore doskonale pojęcie "błysku" i już po chwili siedzieliśmy w ciężarówce. Teraz odpalenie jej było ciut łatwiejsze niż za pierwszym razem.
Starałem się wyciskać z maszyny ile się dało, ale warunki na drodze trochę studziły moje zapędy. Mimo wszystko ważniejsze od szybkiego dojechania na miejsce, było samo dojechanie na miejsce. I w dodatku bezpieczne, bo przecież nie byliśmy sami - przez całą drogę leżący mi grzecznie na kolanach Precel zdawał mi się o tym przypominać. I dobrze.
Sprawnie dotarliśmy do Taunton, a pokierowany przez kogoś "od nas" zaparkowałem blisko budynku, w którym ponoć czekał na nas pan Beckett. No, blisko, ale jednocześnie w miarę bezpiecznej odległości, gdyby porządnie uszkodzony zakład szklarski postanowił się jednak zawalić.
Złapałem Precla już niemal w powietrzu, kiedy chciał wyskoczyć z samochodu od razu po otwarciu drzwi. Niby zaspa śnieżna mogła zamortyzować jego lądowanie... ale mimo wszystko wolałem nie ryzykować, więc wysiadłem z wozu razem z nim i postawiłem bezpiecznie na ziemi. Dopiero wtedy wyciągnąłem z wnętrza dostawczaka także skrzynkę z narzędziami i ruszyłem za psiakiem, który już biegł na swoich krótkich łapkach do budynku.
- Oho, chyba zwietrzył pana Becketta - zauważyłem szybko maszerując w tamtą stronę. W nocnym półmroku przyglądałem się zniszczeniom nie tylko tym, które dotknęły zakład obróbki szkła, ale także najbliższej jego okolicy. Wzdrygnąłem się lekko na samą myśl o tym co, albo właściwie kto, je spowodowało i szybko odsunąłem od siebie te wizje.
- Panie Beckett? - zawtórowałem Moore'owi zaglądając do wnętrza na wpół zrujnowanego budynku i włączyłem latarkę wyciągniętą wcześniej ze skrzynki z narzędziami.


Make love music
Not war.
Louis Bott
Louis Bott
Zawód : Drugi Kogut Kurnika, dorywczo może coś naprawić
Wiek : 22
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
Look up at the night sky
We are part of this universe,
we are in this universe,
but more important than both of those facts is that
OPCM : 0
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 6
Genetyka : Mugol
universe is in us
Niemagiczni
Niemagiczni
https://www.morsmordre.net/t1671-louis-bott https://www.morsmordre.net/t1846-niemugolska-poczta-lou#24237 https://www.morsmordre.net/t1672-louis-bott#17379 https://www.morsmordre.net/f223-dolina-godryka-kurnik https://www.morsmordre.net/t5152-louis-bott

Powrót do góry Go down

Gruz jednej ze ścian budynku całkowicie zdemolował jedną stronę pomieszczenia, rozsypując się na resztę podłogi. Kilka maszyn hutniczych zostało uszkodzonych, co widocznym było już na pierwszy rzut oka. Chociaż biała sylwetka widoczna była pod gruzami, tak nie był w stanie zlokalizować jej bez ryzyka, że kamienie zawalą się bardziej i docisną ledwo oddychającego człowieka do ziemi, ostatecznie odbierając dech. Nikt nie odpowiedział na wołanie, mógł nie mieć siły, nie usłyszeć, lub nawet nie był przytomny. Cud, że o tej porze ktoś tam był, być może sprzątacz lub sprzątaczka, szykująca zakład pracy do jutrzejszej produkcji, o ile w ogóle funkcjonował w czasie wojny. Przez zniszczenia ciężko było rozpoznać. Stevie musiał myśleć szybko i logicznie, a przede wszystkim nie panikować. Wtem z oddali coś nadjechało, świecąc reflektorami prosto w niego, rozpoznał te dwie sylwetki, ale pierwszą, która do niego przyszła była trzecia... Psa? Ten wyjątkowy skoczny zwierz widocznie chciał się przywitać, lecz zanim jeszcze otarł się o nogi numerologa, wyskoczył w stronę gruzu.
- Tutaj, Louis, panie Moore - pomachał im ręką nad głową, obserwując czworonoga... Wtem olśnienie! To on mógł wyczuć woń człowieka uwięzionego w pułapce. - Był atak na Taunton... Nie wiem, ilu zginęło, ale zawalił się ten budynek. Pewnie wysadzili go... Tam jest ktoś uwięziony - wskazał na miejsce, w którym jeszcze przed chwilą rozświetlała się sylwetka, a w które teraz zmierzał Precel. Numerolog mówił szybko, był wyraźnie zestresowany, jednak w środku aż gnał do działania. Obserwował psa niepewnie, jakby oczekując najgorszego, jednak za chwilę ten zaczął merdać ogonem szczekając głośno przy miejscu, w którym coś było. Kamienie wyglądały na zbyt ciężkie, aby bez problemu móc je przesunąć. Małe kawałki gruzu nie były zmartwieniem, ale te większe... Siła ich trzech powinna wystarczyć, ale Beckett nie miał jeszcze tyle siły w rękach, miesiąc temu spotkanie z olbrzymem i jego cios znacząco przeważyły na kiepskiej sprawności fizycznej mężczyzny. Ramion czasem się trzęsły, a zagojona rana na głowie pulsowała przy wysiłku.
- Odciążę was... Będą lżejsze. Je nie dam rady... - powiedział tylko, przepraszająco spoglądając na Louisa i Richarda, bo naprawdę chciałby zrobić więcej. - Libramuto - powiedział wskazując na większy kawał betonu, a następnie powtórzył zaklęcie Libramuto na drugim. Największy, który ważył spokojnie ponad sto kilogramów zostawił na koniec. - Libramuto - wypowiedział ponownie, ale czar zadziałał bez problemu. Chłopcy byli w stanie ściągnąć teraz przeszkody, aby wydostać człowieka, zaś Stevie usiłował chociaż odrobinę odgruzować im drogę. Wokoło panowała nieznośna cisza, jakby coś wyrwało z tego miasta całe życie. Potworny atak na ten teren musiał zostać odparty, załagodzony jak najszybciej. Problemem jednak mogło być kolejne niebezpieczeństwo, musieli mieć się na baczności.
- Szybko dotarliście. Dziękuję. Macie narzędzia? To huta szkła, jeśli coś uszkodziło instalacje... - mruczał pod nosem, obserwując ich i uświadamiając sobie, co mogło się stać. Co może się stać. Zarówno Bott, jak i Moore musieli wiedzieć, obydwoje mieli zmysł majsterkowicza, znali się na technice. Magia mogła tu wcale nie pomóc, jedynie posłużyć za tarczę, a jeśli nastąpiłby wybuch, tak ten mógłby zmieść okolice kamienice z powierzchni ziemi, a przecież wciąż chowali się tam ludzie. Zabezpieczenie ruiny było więc niezbędne.

rzuty, em: 41


Am I going crazy? Would I even know? Am I right back where I started forty years ago?
Wanna guess the ending? If it ever does... I swear to God that all I've ever wanted was
A little bit of everything, all of the time, a bit of everything, all of the time
Apathy's a tragedy, and boredom is a crime. I'm finished playing, and I'm staying inside.
Stevie Beckett
Stevie Beckett
Zawód : twórca świstoklików, wynalazca
Wiek : 57
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Wdowiec
The blues ain't nothing but a good man feelin' bad.
OPCM : 15
UROKI : 5
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 26
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 6
Genetyka : Czarodziej

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t9282-stevie-beckett https://www.morsmordre.net/t9293-einstein https://www.morsmordre.net/t9292-wujek-stevie#282938 https://www.morsmordre.net/f318-dolina-godryka-warsztat https://www.morsmordre.net/t9294-skrytka-bankowa-nr-2137 https://www.morsmordre.net/t9295-stevie-beckett

Powrót do góry Go down

Zaspane oczy wydawały wciąż się kleić do siebie, nie mógł jednak narzekać – w sumie to nie robił tego praktycznie nigdy, nieczęsto dając poznać swoje prawdziwe emocje. Nie znaczyło to, że trwał niewzruszenie, wolał jednak jak już prezentować spokojniejszą i bardziej zadowoloną stronę. Złapał byle jaki sweter, płaszcz zapinając krzywo i byle jak, parskając na słowa Louisa, który oczywiście przepadł już spojrzeniem w puchatym ogonie i jasnym futrze Precla, wyciągając ręce aby złapać go w karku i rozczochrać jego jasne włosy, żeby sobie nie myślał zbytnio, że może mu coś takiego umknąć jakkolwiek.
- Nie każdy ma dwanaście lat jak ty, Louie…znaczy przepraszam, w sumie to dziesięć. – Puścił kolegę, odsuwając się od niego aby złapać swoje narzędzia. Chociaż każdego dnia sprawdzał wyposażenie skrzynki, teraz również otworzył ją, na szybko sprawdzając, czy mają to co najpotrzebniejsze. Jeżeli w tym momencie potrzebne było, aby zjawili się na miejscu najszybciej jak to możliwe, tak spodziewał się, że sprawa musiała być poważna. Mimo to, musiał przypilnować aby nikt nie ucierpiał po drodze, aby też dotarli na miejsce, dlatego gdy znaleźli się w aucie, zapakowani ze wszystkim, nie mógł się oprzeć wrażeniu, że czegoś zapomniał, ale wiedział, że musieli ruszać. Precel chciał się zabrać, a po krótkiej chwili namysłu, Richard doszedł do wniosku, że miał czym się martwić – pies był wytresowany i nie poddawał się zbytniej samowolce, a lepiej było go zabrać niż pozostawić go, aby szczekał całą noc i denerwował sąsiadów.
Na miejscu zjawili się po przejechaniu drogi, która wydawała się ciągnąć w nieskończoność, ale pośpiech zbytni też nie był wskazany. Mimo to, nie mógł powstrzymać parsknięcia kiedy tylko spojrzenie spoczęło na Bottcie, który „ratował” psa skaczącego z auta, samemu też łapiąc się na tym, że przez chwilę zasiedział się, wpatrując się w ciemność, dopiero po paru uderzeniach serca zbierając się z siedzenia. Sam też włączył swoją latarkę, ostrożnie kierując się po rumowisku, sprawdzając co ma pod nogami, aby nie wyłożyć się na gruzie tu i teraz. Odruchowo spoglądał jeszcze na swojego towarzysza, psem nie martwią się zbytnio – Precel był małym, sprawnym diabłem i na pewno dałby sobie radę i bez tego.
- Spokojnie, panie Beckett, wszystko w porządku, już jesteśmy. – Uśmiechnął się pokrzepiająco, wiedząc, że nie musiał uspokajać go w tym momencie, ale mężczyzna musiał pewnie stresować się, czekając na nich, stąd słowa Richarda, pragnące uspokoić pana Becketta. – Precel? Co tam znalazłeś? Dobry pies – przykucnął przy psie, klepiąc go po głowie, zaraz też wskazując mu miejsce w którym miał usiąść. Póki co nie było powodów, aby przeszkadzał w przenoszeniu kamieni, a póki co też mógł ostrzec ich, gdyby ktoś nadchodził.
Wyciągnął ze skrzynki dwie pary rękawic, rzucając jedną Louisowi z delikatnym uśmiechem.
- Łap, bo pewnie znowu zapomniałeś – parsknął, nie mogąc sobie darować przekomarzania się, nawet jeżeli tylko raz się zdarzyło, aby Bott zapomniał ochrony dla dłoni. Tym razem jednak, nawet jeżeli Stevie pomagał im magią, musieli się pilnować, zwłaszcza, że było to miejsce potencjalnie niebezpieczne. Skinął głową, odliczając do trzech zanim nie przeniósł z Louisem pierwszego gruzu, ostrożnie odsuwając je na bok, tak aby im to nie przeszkadzało.
- Proszę się nie przejmować, damy sobie radę. Zajmijmy się cięższymi kamieniami, abyśmy mogli się potem podzielić. Lou, zerkniesz na instalację i ocenisz ją wstępnie? – Być może zachowała się w całości, ale jeżeli nie, to potrzebowali się zająć tematem jak najszybciej.
Richard Moore
Richard Moore
Zawód : Budowlaniec, złota rączka
Wiek : 36
Czystość krwi : Charłak
Stan cywilny : Kawaler
Śmierć będzie ostatnim wrogiem, który zostanie zniszczony.
OPCM : 0
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 10
Genetyka : Charłak

Niemagiczni
Niemagiczni
https://www.morsmordre.net/t10538-richard-moore https://www.morsmordre.net/t10644-listy-do-rysia#322337 https://www.morsmordre.net/t10651-rysiu#322691 https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/t10649-szuflada-r-m#322600

Powrót do góry Go down

No patrzcie państwo jaki z Moore'a żartowniś! Odruchowo zawołałem w pełnym sprzeciwu "eeej!", kiedy bezczelnie złapał mnie za kark. Próbowałem mu się przy tym odwinąć, ale wyszło jak zawsze... czyli wcale. Ech.
- No tak, niektórzy mają ich sto i zapomnieli już, że kiedyś potrafili zarywać nocki - odparłem z rozbawieniem dopiero kiedy mnie puścił i mogłem odskoczyć, gdyby chciał zaatakować ponownie. Zapewne mój odskok i tak by niewiele dał i zaplątałbym się we własne nogi, ale nieważne, bo już czym prędzej zmierzałem do samochodu.

Pan Beckett do nas zawołał dzięki czemu łatwiej było go zlokalizować w tym rumowisku. Uśmiechnąłem się do niego na powitanie, choć pewnie i tak nie widział w półmroku, a kiedy podszedłem (potykając się po drodze kilka razy, bo przecież nie patrzyłem uważnie pod nogi) zaraz spoważniałem na jego słowa.
- Uwięziony? - powtórzyłem za nim marszcząc lekko brwi. Momentalnie jednak zakasałem rękawy patrząc na miejsce, które wskazywał pan Beckett i... Precel. Musieliśmy działać jak najszybciej, to wiedział doskonale każdy z nas.
Właśnie odstawiałem swoją skrzynkę z narzędziami na ziemię (w tej chwili raczej nie będzie mi potrzebna), kiedy znienacka oberwałem rzuconymi mi rękawicami. Spróbowałem posłać Rickowi mordercze spojrzenie... ale nie byłem w tym najlepszy. Nawet nie do końca wiedziałem jak miałoby ono wyglądać, więc po prostu zmrużyłem lekko oczy.
- Tak się składa, że wcale nie zapomniałem - odburknąłem sięgając mimo wszystko po rękawice, które teraz leżały przede mną na ziemi.
Tak naprawdę to nie - tak naprawdę to zapomniałem, ale nie chciałem mu dawać tej satysfakcji i się do tego przyznawać, co nie?
Naciągnąwszy rękawice na dłonie ruszyłem w stronę rumowiska starając się nie patrzeć w stronę pana Beckett'a, który nas wspomagał. Magią, oczywiście. Ale spoko, nie było źle! Nic strasznego się nie wydarzyło, więc tylko profilaktycznie wymieniłem kilka gwiazdozbiorów w myślach, zapobiegając atakowi paniki. Szczerze mówiąc wychodziło mi to już coraz lepiej. Chociaż... nie mówiłem jeszcze "hop".
Ustawiwszy latarkę tak, by chociaż w miarę oświetlała nasze miejsce pracy, złapałem za pierwszy z głazów i na dany mi przez Moore'a znak spróbowałem z nim podnieść kamień... Dobrze, że w porę zdałem sobie sprawę z tego, że przyłożyłem do tego za dużo siły... Kawał ściany był dużo lżejszy niż wyglądał! Ach, no tak...!
Zerknąłem na pana Becketta z mieszaniną zaskoczenia i podziwu. No... to faktycznie była duża pomoc!
- Tak to można pracować... - mruknąłem, chwytając za kolejny głaz. Kiedy i ten odłożyliśmy na bok, wydało mi się, że w gruzie i pylę coś faktycznie dostrzegłem... A właściwie - kogoś.
- Jeszcze to - ruszyłem do kolejnego fragmentu ściany czy sufitu. Normalnie sam nie byłbym w stanie go udźwignąć, z pomocą Ricka, byłoby to wciąż bardzo trudne, ale magia i tym razem zdała egzamin i kiedy podnieśliśmy kolejny głaz, odsłoniliśmy leżącego bezwładnie człowieka.
- Jest! Miałeś rację, wujku! - zawołałem do pana Becketta.
Ciało otulone grubą warstwą pyłu było ciężkie do zidentyfikowania. Poszkodowany prawie na pewno był nieprzytomny, ale... żył. A przynajmniej wydawało mi się, że usłyszałem cichy jęk lub westchnięcie.
- Musimy go stąd zabrać - powiedziałem do Moore'a, łapiąc najpierw za latarkę, a potem... a potem przypomniałem sobie, że takie tachanie osoby po wypadku może być bardzo niebezpieczne. Tak naprawdę to przydałyby się nosze... ale ich nie miałem w dostawczaku.
- Dajcie mi chwilę! Dosłownie minutę! - zawołałem do Moore'a i Steviego, po czym prawie zabijając się po drodze pognałem przez zgliszcza do samochodu, żeby faktycznie wrócić dosłownie po chwili z kocem pod ręką.
- Nosze to nie są... ale może być pomocne - skwitowałem z lekkim uśmiechem. Wgramoliwszy się z powrotem do Moore'a poinstruowałem go co zrobić, żeby poszkodowany znalazł się na kocu jak na noszach, żeby łatwiej i stabilniej było go przenieść w bezpieczniejsze miejsce. Przy okazji dziękowałem Kerstin za lekcję pierwszej pomocy jakiej mi udzieliła. Ekspertem z dziedziny medycyny się może przez to nie stałem, ale byłem jakiś spokojniejszy i w miarę ogarniałem.
- Trzeba pilnie wezwać lekarza - spojrzałem po moich towarzyszach. Zapewne nasz poszkodowany nie był jednym, który potrzebował dzisiaj i tutaj jak najszybszej opieki medycznej, ale... cholera, miał i tak kupę szczęścia, że go znaleźliśmy i wyciągnęliśmy spod zgliszcz... musiał się znaleźć ktoś, kto go teraz faktycznie uratuje!
Co do sprawdzenia instalacji, kiwnąłem od razu głową. Faktycznie, Stevie miał rację, tu wciąż było niebezpiecznie. Ułożyłem jeszcze poszkodowanego tak jak pokazała mi Kerstin i licząc na to, że któryś z nich wezwie pomoc, sam ruszyłem z latarką na poszukiwanie instalacji, by sprawdzić czy była cała.
-Przydałoby się sprawdzić czy prąd jest odłączony od budynku - rzuciłem jeszcze do nich przez ramię, chociaż bardziej pro forma.


Make love music
Not war.
Louis Bott
Louis Bott
Zawód : Drugi Kogut Kurnika, dorywczo może coś naprawić
Wiek : 22
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
Look up at the night sky
We are part of this universe,
we are in this universe,
but more important than both of those facts is that
OPCM : 0
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 6
Genetyka : Mugol
universe is in us
Niemagiczni
Niemagiczni
https://www.morsmordre.net/t1671-louis-bott https://www.morsmordre.net/t1846-niemugolska-poczta-lou#24237 https://www.morsmordre.net/t1672-louis-bott#17379 https://www.morsmordre.net/f223-dolina-godryka-kurnik https://www.morsmordre.net/t5152-louis-bott

Powrót do góry Go down

Był spokojny, przynajmniej na powierzchni, oddech jednak miał ciężki, a wizja tego, że tuż obok niego pod gruzami zginie człowiek, przytłaczała i rozrywała serce. Musieli reagować szybko, tak więc opierając się o transmutację, spróbował odciążyć swoich niemagicznych druhów. Ci jednak znali się na majsterkowaniu, a to w przypadku zakładu produkcji szkła i niepewnej elektryki miało większe znaczenie niż magia. Razem jednak mogły sporo zdziałać na tym terenie. Gdy chłopcy zajmowali się odgruzowaniem, aby wydobyć jeszcze dychające ciało spod resztek kamieni, Stevie rozglądał się po pomieszczeniu, szukając czegokolwiek, co mogłoby go zaalarmować o niebezpieczeństwie, gdy rozległ się głos Louisa, wyraźnie ucieszony. Numerolog odwrócił się gwałtownie, faktycznie pod stertą dostrzegając kawałek człowieka. Całe szczęście. Wtem młody Bott wybiegł, rzucając się do auta, a potem wrócił z kocem pod ręką. - Mądre, Louisie - potężny uśmiech spłynął na twarz Steviego, młodzieniec myślał szybko i logicznie, był z niego dumny. Dzięki kocowi przeniesienie mężczyzny spod gruzów było łatwiejsze i bezpieczniejsze dla niego samego. Nie znał się co prawda zupełnie na magii leczniczej, dopiero poznawał same kwestie anatomii, po to, aby w przyszłości móc pomóc, ale jeszcze nie był na etapie, który pozwoliłby mu rzeczywiście to zrobić. Spotkanie z Castorem i parę książek pomagały jednak lepiej zrozumieć temat. - Periculum - wypowiedział czar wskazując w niebo, a ten uformował się, lecz nie z całym swoim potencjałem. Wysunięte w górę czerwone iskry powinny jednak wystarczyć, aby zaalarmować resztę sojuszników i, aby któryś z nich przejął ofiarę tego rumowiska.
- Tobias, Tobias! - Stevie zawołał do jednego z mężczyzn, który wcześniej pomagał przy wynoszeniu ciał. - Mamy tu żywego - ten kiwnął mu głową, zapewniając, że już z chwilę przyśle medyków. Chociaż tyle... Na oko czterdziestoletni mugol leżał na kocu, ledwo oddychał, ale nadchodziła pomoc, miał to przeżyć.
Teraz musieli sprawdzić instalacje. Zwarcie mogło doprowadzić do pożaru, nie do końca mogli wiedzieć, co dokładnie znajdą w tym miejscu. Kiwnął więc tylko głową, potwierdzając słuszność tych słów. - Trzeba sprawdzić i prąd, i gaz, a hydraulikę możemy sobie odpuścić - podrapał się po brodzie, na chwile zamyślając. Jeśli doszło do uszkodzeń, całe to miejsce mogło za chwile się zawalić i wybuchnąć. Przełknął nieco głośniej ślinę. Byli w zagrożeniu, ale nie chciał mówić tego głośno. Zapewne zdawali sobie sprawę. - Poszukajcie instalacji, dobrze? Ja sprawdzę, jak długo możemy tu zostać. Dajcie znać i uważajcie na siebie... Lumox maxima - wypowiedział, ale czar, tak samo jak poprzednio, nie zadziałał tak, jak powinien. Kula światła była bledsza, nie raz musiał wytężyć wzrok, aby upewnić się, co widzi. Budynek groził zawaleniem. Usiłował wzrokiem objąć całą konstrukcję, aż w końcu dostrzegł drewniane bele, które siłą jakiegoś uderzenia zdawały się chwiać, może nawet kruszyć. Wysokie na trzy metry i szerokie nie stanowiły już podpory dla dachu.
- Acus - skierował różdżkę, aby zamienić dąb w kamień tego samego kształtu. Ten powoli podlegał transmutacji, ostatecznie zamieniając się w stabilną kolumnę. To wystarczyło, ale nie na długo, musieli się spieszyć.

em: 38


Am I going crazy? Would I even know? Am I right back where I started forty years ago?
Wanna guess the ending? If it ever does... I swear to God that all I've ever wanted was
A little bit of everything, all of the time, a bit of everything, all of the time
Apathy's a tragedy, and boredom is a crime. I'm finished playing, and I'm staying inside.
Stevie Beckett
Stevie Beckett
Zawód : twórca świstoklików, wynalazca
Wiek : 57
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Wdowiec
The blues ain't nothing but a good man feelin' bad.
OPCM : 15
UROKI : 5
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 26
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 6
Genetyka : Czarodziej

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t9282-stevie-beckett https://www.morsmordre.net/t9293-einstein https://www.morsmordre.net/t9292-wujek-stevie#282938 https://www.morsmordre.net/f318-dolina-godryka-warsztat https://www.morsmordre.net/t9294-skrytka-bankowa-nr-2137 https://www.morsmordre.net/t9295-stevie-beckett

Powrót do góry Go down

Miał ochotę z jednej strony wywracać lekko oczyma na te wywrócenia się i potknięcia Lousia, niczym starszy brat podenerwować go lekko na ten moment, chociaż sytuacja nie była najlepsza, z drugiej po prostu go przenieść, tak aby młodszy kolega po prostu nie zrobił sobie nic po drodze. Mimo to, musiał się opanować – Louie nie był już dzieckiem i nie mógł go traktować jako takiego, nawet ze sporą różnicą wieku pomiędzy nimi. Wszelkie rozważania jednak zniknęły, kiedy tylko poświęcić się mieli uwięzionej osobie, a chociaż z medycznego punktu widzenia nie mieli co pomóc, liczyło się przede wszystkim to, aby tego człowieka wyciągnąć. Żałował, że nie mieli rzeczywiście czegoś, co mogłoby robić za prowizoryczne nosze albo jakiś wyciągnik. Miał wrażenie, że paradoksalnie, brakowało mu wielu użytkowych rzeczy z wojny, nawet jeżeli nigdy by sobie nie życzył powtórki z jej samej.
Precel wyczuwał niepokój Louisa lepiej niż wszyscy inni w otoczeniu – już wcześniej nauczył się na to, by wyczuwać nadchodzące ataki paniki ze strony Richarda, kiedy wspomnienia wojenne przejmowały władzę nad ciałem i umysłem, sprawiając, że przez długie chwile nie był w stanie nawet się poruszyć. Teraz zaś, kiedy pies rozglądał się za nowościami i rzeczami do obszczekania, wyczuł nowy lęk i niepokój, dlatego ostrożnie podszedł do Botta, delikatnie kładąc łapę na jego nodze i siadając tuż obok, na wypadek gdyby jednak była potrzebna jego pomoc.
Ostrożnie i powoli podnosił kamienie ze swoim towarzyszem, ciesząc się, że ma możliwość współpracy z mężczyznami, którzy dawali sobie radę i potrafili uzupełniać się nawzajem. Kątem oka obserwował jeszcze działania Steviego, wiedząc, że to on mógł pomóc, nie oni jemu, a mimo tego odruchowo jakoś martwiąc się o pana Becketta. I Precla. I Louisa. Nie mogli się jednak martwić aż tak, zaraz też poświęcając się wyciągnięciu rannej osoby spod gruzowiska. Wstępnie obejrzał mężczyznę, szybko też ściągając własny płaszcz, tak aby ściągnąć jeszcze sweter. Dopiero ten owinął dookoła największej rany, tak aby chociaż na chwilę do przybycia pomocy zatamować krwawienie.
- Louie, sprawdzisz elektrykę? Ja odetnę całą instalację i sprawdzę gazowe rzeczy. – Chciałby wybrać coś bezpieczniejszego dla swojego kolegi, ale na ten moment nie było tutaj „bezpieczniejszej” opcji. Podniósł się ze swojego miejsca, łapiąc skrzynkę i na chwilę starając się podnieść ze swojego miejsca, przynajmniej dopóki nie stanął na chwilę przy Steviem.
- Jeżeli potrzeba coś pomóc, proszę wołać, ale niech się pan też nie przemęcza. I gdyby coś się stało… - zniżył głos, tak aby ich kolega nie mógł ich teraz słyszeć. - …proszę ratować Louisa i Precla, dobrze? – Najlepiej by było uratować wszystkich, ale on swoje już przeżył i to właśnie o nich martwił się najbardziej. Nie dając zbytnio czasu na odpowiedź, skierował się w stronę miejsca, gdzie widoczna mogła być instalacja, odgarniając najpierw gruzy i sprawdzając, co mogło się tam znaleźć. Znalazł jeszcze skrzynkę zasilającą, ciesząc się, że nie była uszkodzona, co znaczyło, że po użyciu przecinaka mógł rzucić kłódkę na bok i wyłączyć wszystko, tak aby na ten moment zabezpieczyć ich miejsce - chociaż jeżeli gdzieś doszło do przecieku albo jakiegoś zwarcia, wciąż mogło być niebezpiecznie.
Richard Moore
Richard Moore
Zawód : Budowlaniec, złota rączka
Wiek : 36
Czystość krwi : Charłak
Stan cywilny : Kawaler
Śmierć będzie ostatnim wrogiem, który zostanie zniszczony.
OPCM : 0
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 10
Genetyka : Charłak

Niemagiczni
Niemagiczni
https://www.morsmordre.net/t10538-richard-moore https://www.morsmordre.net/t10644-listy-do-rysia#322337 https://www.morsmordre.net/t10651-rysiu#322691 https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/t10649-szuflada-r-m#322600

Powrót do góry Go down

Mimo lekkiego podenerwowania uśmiechnąłem się na słowa Steviego, kiedy docenił mój pomysł z kocem. Sam byłem zaskoczony własnym opanowaniem i trzeźwością umysłu w tej chwili, choć sądziłem, że to w dużej mierze zasługa szkolenia, jakie mi przeprowadziła Ker. I tego, że już swoje w życiu widziałem, także pokiereszowanych ludzi w ciężkim stanie.
Właśnie położyliśmy poszkodowanego na ziemi w oddaleniu od rumowiska. Rick ściągnął płaszcz, żeby swetrem zatamować krwawienie i już otwierałem usta, żeby pochwalić ten pomysł, kiedy nagle nocny półmrok rozświetliły czerwone iskry.
Nie zdążyłem się choćby zastanowić - moje ciało zareagowało błyskawicznie odruchowo chcąc się cofnąć od źródła magicznego blasku. Szurnąłem nogami, ale przez to, że wciąż kucałem pochylony nad poszkodowanym, straciłem równowagę i dość komicznie wylądowałem na tyłku zanim w ogóle do mnie dotarło co się stało. Serce waliło mi w piersi jak młotem, cały spięty drżałem jak przerażony szczeniak i nie mogłem pozbierać myśli. Właściwie nic oprócz czerwonego blasku się nie wydarzyło, nie powinienem był zareagować tak absurdalnie gwałtownie na taką błahostkę, a jednak... Rozbieganymi oczami szukałem kryjówki przed tym, co miało nastąpić. Przed czymś bardzo, bardzo, bardzo złym. Zachłysnąłem się powietrzem i cały aż podskoczyłem, kiedy coś zimnego dotknęło mojej dłoni. Dopiero po chwili zorientowałem się, że był to po prostu psi nochal, a potem ciepły, wilgotny język. Precel znów przyszedł mi na ratunek nim ktokolwiek inny zdążył zareagować. Z trudem podniosłem rękę i pozbawioną rękawicy, drżącą dłoń zanurzyłem w psim futerku.
Niech to czarna dziura! A żeby mnie tak teraz zbombardował deszcz meteorów, syknąłem na siebie w myślach, które teraz, w miarę głaskania psiaka zacząłem zbierać do kupy. Co to, do jasnej komety, było?! I nie, wcale nie chodziło mi w tej chwili o te iskry, tylko o swoją żałosną reakcję. Nawet nie chciałem podnosić wzroku na Ricka i wujka. Było mi tak kosmicznie wstyd jak chyba jeszcze nigdy w życiu. Że też mi się odpaliło coś takiego akurat przy nich! Akurat w takiej chwili?! Byliśmy na cholernej akcji!
I tak, byłem dla siebie niezwykle wymagający - to były słowa Alexa. Miałem być dla siebie wyrozumiały, jeśli się rozchodziło o ataki paniki, ale... światło? Głupie czerwone iskry?
Czym prędzej się podniosłem i otrzepałem z kurzu i śniegu wciąż blady i wciąż nie patrząc na żadnego z nich. Ani na Tobiasa, bo jak się okazało, byli też postronni świadkowie mojej żałosnej reakcji.
Miałem ochotę się spalić ze wstydu.
Nic dziwnego, że wystarczyło jedno słowo na temat elektryki, a chwyciłem swoją skrzynkę z narzędziami i latarkę i pognałem do środka. Tak naprawdę powinienem się przyjrzeć jak i czy w ogóle kable dochodzą do budynku z zewnątrz, ale... już trudno. Chciałem jak najszybciej zniknąć im z oczu, skupić się na robocie i zapomnieć o całym incydencie. Wpadłem więc do środka i oddaliłem się jeszcze od wyjścia, zanim pospiesznie zacząłem oświetlać kolejne fragmenty ścian i sufitu. Ruszyłem śladem okablowania, które, o dziwo, trzymało się całkiem nieźle... Przynajmniej tu, gdzie widziałem. Żeby zobaczyć resztę, musiałem się wgramolić, a potem zejść z rumowiska na drugą stronę budynku.
- Hydraulika uszkodzona! - krzyknąłem do chłopaków zza gruzowiska dostrzegając mini fontannę tryskającą z dziury w podłodze. Zdążyła już stworzyć tak rozległą kałużę na podłodze, że nie było mowy, żebym dał radę ją przeskoczyć. Wyglądała niewinnie, bo woda nie miała jeszcze nawet centymetra wysokości, ale na wszelki wypadek wyciągnąłem ze skrzynki woltomierz i sprawdziłem czy nie jest pod napięciem. Nie była. Snopem światła podążyłem za kablami, które doprowadziły mnie do najbardziej zrujnowanej części budynku. Musiałem odwalić trochę cegieł (przy okazji orientując się, że zgubiłem jedną z rękawic Ricka), żeby się dostać do dziwnej plątaniny kabli. Dziwnej, bo miałem wrażenie, że było ich za dużo jak na taką ilość maszyn hutniczych. Z drugiej strony... nie znałem się na maszynach hutniczych.
- Część instalacji elektrycznej jest pod zgliszczami! - relacjonowałem dalej. - Nie dostanę się do niej, ale chyba nie jest źle! Rick, odłączyłeś już prąd?! - zawołałem. Poświeciłem jeszcze wokół, a moją uwagę przykuł jeden z kabli. Zdecydowanie najgrubszy i splątany z pozostałymi. Był podłączony rozwidleniami do wszystkich maszyn, które miałem w zasięgu wzroku. Kiedy prześledziłem dokąd biegnie zorientowałem się, że nie został poprowadzony jak reszta instalacji, tylko...
- Agregat...? - mruknąłem do siebie z niedowierzaniem, bo nie sądziłem, że zakład obróbki szkła będzie wyposażony w coś takiego. - Czekaj, Rick, nie...! - zacząłem krzyczeć, ale nie zdążyłem. Dokładnie w momencie, kiedy Moore odciął całe zasilanie, coś zgrzytnęło, warknęło, a potem zaczęło buczeć.
- Niech to wszystkie galaktyki... - sarknąłem. Teraz dopiero, podążając snopem światła za dźwiękiem zauważyłem stojący w kącie po drugiej stronie wielkiej hali agregat prądotwórczy. Dranie musieli się zabezpieczyć na wypadek awarii prądu i wyposażyli się w zasilanie awaryjne.
- Generator się odpalił! - próbowałem przekrzyczeć warczenie silnika ruszając w jego stronę. Coś zaskrzypiało, jakby jedna z maszyn nieśmiało próbowała się odpalić... i to w ostatniej możliwej chwili zatrzymało mnie przed wlezieniem jak ostatni cep w kałużę, żeby przedostać się na drugą stronę. W tej samej chwili bowiem pod gruzami, gdzie ginęło okablowanie, trysnęły iskry, a ja poczułem smród topionej gumy.
- Szlag! Rick, wujku! - krzyknąłem. - Trzeba wyłączyć generator! Ja nie dam rady!
Kręciłem się nerwowo odcięty od części budynku, w której znajdował się agregat, zarówno wodą pod napięciem (co już zdążyłem sprawdzić, na szczęście przyrządem, a nie własną osobą) jak i gruzowiskiem. Po swojej stronie za to miałem uszkodzoną instalację elektryczną, do której nie miałem w tej chwili nawet jak się dostać. I, szczerze? Nawet nie chciałem tego robić, póki chodził generator i ją zasilał.
- Pospieszcie się! - zawołałem jeszcze, starając się znaleźć jakieś w miarę bezpieczne przejście na drugą stronę zgliszcz, ale woda wciąż wypływająca z uszkodzonej rury z każdą chwilą utrudniała mi to zadanie. I tylko błagałem Wszechświat, żeby instalacja gazowa była cała, a iskry pod gruzami nie natrafiły na nic łatwopalnego.


Make love music
Not war.
Louis Bott
Louis Bott
Zawód : Drugi Kogut Kurnika, dorywczo może coś naprawić
Wiek : 22
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
Look up at the night sky
We are part of this universe,
we are in this universe,
but more important than both of those facts is that
OPCM : 0
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 6
Genetyka : Mugol
universe is in us
Niemagiczni
Niemagiczni
https://www.morsmordre.net/t1671-louis-bott https://www.morsmordre.net/t1846-niemugolska-poczta-lou#24237 https://www.morsmordre.net/t1672-louis-bott#17379 https://www.morsmordre.net/f223-dolina-godryka-kurnik https://www.morsmordre.net/t5152-louis-bott

Powrót do góry Go down

Nic się nikomu nie staniea jeśli już to wy ratujcie siebie, jesteście młodzi i o wiele więcej warci. Uśmiechnął się nieco szerzej, próbując własną postawą wprowadzić więcej spokoju, choć sytuacja wcale mu nie sprzyjała. Gruzy, błyski, odnalezione ledwo co ciało pod gruzami, to wszystko czyniło wojnę tylko bardziej realną, każdy z nich miał prawo się jej bać. W tym wszystkim jednak umysł pochłonięty od lat smutkiem zdawał się nie przejmować najgorszą konsekwencją tego konfliktu, która mogła dotknąć jego samego. Śmiercią. Chciał tylko nieco szczęścia i wspomnień po cudownej Mary Jo, chciał nie skrzywdzić jej tak dotkliwie, chciał odzyskać swoje dziecko... Swoje dzieci. Na krótki moment błysk w oku posmutniał i jeśli Richard przyjrzałby się dostrzegłby historię życia Steviego okrojoną i zamkniętą w jednym słowie. Ból. Musieli jednak ruszać, w całym tym smutku nie było czasu na to, aby ginęli niewinni. Kiwnął jeszcze porozumiewawczo głową i ruszył w głąb opuszczonego zakładu, świecąc sobie różdżką. Wokół leżało porozbijane w drobny mak szkło, na które starał się uważać, aby nie pokaleczyć nóg, a przede wszystkim nie zniszczyć butów od Trixie.
Louis dał znać, że hydraulika uszkodzona. Miało to sens, skoro wzbierała się tam powoli kałuża wody. Trudno, raczej nie groziła im powódź. Naprawiona belka powinna wytrzymać jeszcze sporo cennych godzin, ale i tak czas odgrywał tu kluczową rolę. Przyglądał się reszcie konstrukcji, obserwując czy ta nie drga, czy nie rusza się nadto i czy zwyczajnie są tam w miarę bezpieczni, a wtem usłyszał głos Louisa. Przerażony, zmęczony i zmartwiony głos chłopaka, który nie powinien nigdy znaleźć się w tej wojnie. Był doskonałym pomocnikiem w Warsztacie, na mechanice znał się jak mało kto, a jednak los doświadczał go zbyt mocno. Coś było nie tak, coś było bardzo nie tak. Chwytając mocniej różdżkę, pognał więc w stronę głosu, niemal przewracając się po drodze, aż w końcu dostał się do pomieszczenia gdzieś z tyłu, jakby wilgotnego, gdzie stała woda. Smród palonej gumy, jakaś iskra, przerażenie w oczach Louisa i tam z tyłu generator.
O cholera — rzucił tylko pod nosem, przyglądając się tej scenie. Myśl... No myśl. Bez problemu mógłby zmienić tę kałużę w parę wodną, to nawet prosta transmutacja, ale patrząc na to, ile centymetrów wody tam stało, para mogłaby doprowadzić wilgoć bezpośrednio go generatora, a wtedy... Nie, lepiej o tym nie myśleć. Był jeszcze Mobilicorpus. Ot proste zaklęcie, ale co jak nie wyjdzie? Samo utrzymanie jej w górze zajęłoby dobre parę minut, jeśli ktoś z nich miał wyłączyć ten generator, co jeśli nie utrzyma zaklęcia? Co jeśli wpadnie do wody? MYŚL. Poczekał jeszcze, aż dołączy do nich Richard i zaczął krążyć w kółko, szukając rozwiązania. — Panowie — zaczął spokojnie. — Mogę albo wyparować stąd tę wodę, ale wtedy dostanie się do generatora... To głupi pomysł, albo... Albo przelewituję kogoś z was — spojrzał na mężczyzn z niepokojem, czy któryś na to zgodzi. To było bezpośrednie użycie magii na kimś i, owszem, ryzykowne, ale ostatecznie jakie mieli wyjście? Ten zaraz mógł się spalić i wybuchnąć, a posyłanie kogoś na porażenie prądem było wyjątkowo durne. Chociaż myślał, czy nie iść w przód. Czy nie stanąć stopą i zobaczyć co się stanie, czy przypadkiem serce to wytrzyma? Ale nie mógł w ten sposób zakończyć tego wszystkiego, przecież miał jeszcze nadzieję. W okolicy nie dostrzegł żadnej deski, nic, po czym dałoby się przejść do celu, który chyba zaczynał się iskrzyć. Sprawa była ryzykowna. Było już zbyt późno, aby próbować z Confundusem. Chodziło o jeden przełącznik, a jednak tak odległy. Może mężczyźni mieli jeszcze inny pomysł, może mogło się udać? Wtedy doszedł... — Merlinie — palcem wskazał na kanister, z którego wylewał się akurat tęczowy płyn o specyficznym zapachu... Nafta... Musieli wiedzieć, co to znaczy. Jedna iskra i będzie nie tylko po nich, ale i po całym budynku, a i pewnie kamienicach w okolicy, gdzie dalej kryli się ludzie. — Uciekajcie — powiedział szybko, wzroku nie odrywając od sprzętu, gotów zostać tam i usiłować odłączyć w porę generator, aby tylko nic im się nie stało.


Am I going crazy? Would I even know? Am I right back where I started forty years ago?
Wanna guess the ending? If it ever does... I swear to God that all I've ever wanted was
A little bit of everything, all of the time, a bit of everything, all of the time
Apathy's a tragedy, and boredom is a crime. I'm finished playing, and I'm staying inside.
Stevie Beckett
Stevie Beckett
Zawód : twórca świstoklików, wynalazca
Wiek : 57
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Wdowiec
The blues ain't nothing but a good man feelin' bad.
OPCM : 15
UROKI : 5
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 26
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 6
Genetyka : Czarodziej

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t9282-stevie-beckett https://www.morsmordre.net/t9293-einstein https://www.morsmordre.net/t9292-wujek-stevie#282938 https://www.morsmordre.net/f318-dolina-godryka-warsztat https://www.morsmordre.net/t9294-skrytka-bankowa-nr-2137 https://www.morsmordre.net/t9295-stevie-beckett

Powrót do góry Go down

Nie mógł opanować zmartwienia, gdy tylko zaklęcie sprawiło, że w Louisie obudziła się panika. Nie umiał ocenić, bo w końcu sam często zastygał w przerażeniu gdy tylko słyszał coś, co chociaż w najdrobniejszym odgłosie przypominało wystrzał z broni. Głupie trzaśnięcie gałęzi potrafiło sprawić, że wykładał się na ziemi, ale wiedział, że w tym wypadku było to niezwykle męczące, a Richard cieszył się, że teraz przy nich był również Precel. Wyczulony już na takie wypadki, pies ostrożnie przykucnął przy Bottcie, nosem delikatnie trącając jego dłoń, językiem też starając się dotrzeć do jego skóry, w ramach pocieszenia. Dawał się tarmosić, głaskać, pozwalał niemal na wszystko, tak aby mężczyzna mógł się uspokoić.
Richard poczekał na spokojnie, odsyłając Precla do auta dopiero wtedy, kiedy miał pewność, że Louie mógł stanąć o własnych siłach. Chciał mu coś powiedzieć, ale widząc, jak mocno wydaje się unikać jego wzroku, uśmiechnął się tylko pokrzepiająco i poklepał go po ramieniu. Przeszedł już w stronę skrzynki, z której mógł odciąć zasilanie – plan, który w założeniu powinien być dobry. W założeniu, bowiem wołanie doszło go zbyt późno jak na to, co właśnie miało się wydarzyć.
Cholera jasna.
Musiał ocenić sytuację jak najszybciej, nieco wdzięczny, że przykopanego gruzami człowieka udało się wynieść już wcześniej. Mieli teraz parę kwestii kryzysowych i nie mieli co z nimi zwlekać. Spojrzenie skierował najpierw na Louiego, którego przecież znał jeszcze jako chłopca, teraz zaś mężczyznę, który tak jak on próbował sobie radzić w świecie bardziej nieprzyjaznym niż by się mogło to wydawać. I Stevie…Stevie który przygarnął ich, pomagając im jakby byli jego dziećmi, chociaż tak naprawdę byli zupełnie obcy. Nie mógł ich zawieść, nie mógł teraz rzucić wszystkiego i uciekać. A skoro nie uciekł, kiedy wystawiał się na pociski obcych, tak nie zamierzał uciekać teraz.
- Panie Beckett! – Złapał ostrożnie Steviego za ramiona, gdy tylko znalazł się tuż obok niego. Panika na pewno nie służyła im teraz, musieli więc zająć się tym opanowując swoje emocje. Sam czuł, że jego serce bije jak szalone, ale działanie pod presją nie było niczym nowym i na szali mieli znacznie więcej, niż swoje życie. – Panie Beckett, może mnie pan unieść magią? Jeżeli tak, proszę zrobić to jak najszybciej, Louis, postaraj się zająć wyciekającą naftą, łap z moich narzędzi co będzie ci potrzebne. – Musieli działać, sam złapał też parę rzeczy, gotowy na to dziwaczne uczucie, kiedy przestawał mieć kontrolę nad swoim ciałem. Rodzeństwo parę razy zabawiło się jego kosztem, wysyłając go w powietrze swoją magią dziecięcą, teraz jednak sytuacja miała być inna. I wolał, aby to był on, wiedząc jak przed chwilą Bott zareagował na zaklęcia.
Nie był zbyt religijny, nie tak jak ojciec, ale w tym wypadku w jego myślach pojawiały się wszelkie znane modlitwy, byleby tylko wszyscy wyszli z tego cali.
Richard Moore
Richard Moore
Zawód : Budowlaniec, złota rączka
Wiek : 36
Czystość krwi : Charłak
Stan cywilny : Kawaler
Śmierć będzie ostatnim wrogiem, który zostanie zniszczony.
OPCM : 0
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 10
Genetyka : Charłak

Niemagiczni
Niemagiczni
https://www.morsmordre.net/t10538-richard-moore https://www.morsmordre.net/t10644-listy-do-rysia#322337 https://www.morsmordre.net/t10651-rysiu#322691 https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/t10649-szuflada-r-m#322600

Powrót do góry Go down

Na szczęście przybiegli szybko, a razem... a razem na pewno uda nam się coś wymyślić. I nie myliłem się: pan Beckett błyskawicznie zaczął snuć plan, a nawet dwa jego warianty. W takich chwilach jak ta, jeszcze bardziej żałowałem, że nie umiem czarować. To tak ułatwiało wiele rzeczy! I nieważne, że jeszcze przed chwilą niemal poddałem się atakowi paniki, to wcale nie sprawiało, że przestała mi się marzyć ta umiejętność...
I już właściwie, kiedy mieliśmy opracowany jakiś plan działania... gdy Stevie ze strachem wskazał coś, czego absolutnie i pod żadnym pozorem nie powinienem był przeoczyć, a, niech mnie czarna dziura pochłonie, właśnie TO zrobiłem! Idiota! - warknąłem na siebie w myślach widząc niedaleko mnie uszkodzony kanister, z którego wyciekała tęczowa ciecz.
Nie było dobrze, ale... ucieczka nie wchodziła w grę.
- Nie, wujku, damy radę! - odpowiedziałem pewnie (sam nie wiedziałem skąd wzięła się w moim głosie ta pewność siebie) i zerwałem się na równe nogi ruszając w stronę kanistra z naftą.
Ja to nawet specjalnie nie miałem dokąd uciekać, bo wciąż od wyjścia oddzielała mnie rosnąca z każdą chwilą kałuża pod napięciem. Poza tym... cholera, to ja zawaliłem! No i wciąż dało się to wszystko uratować, zapobiec eksplozji - byłem tego pewny. Chociaż trzeba było działać szybko, nie mieliśmy czasu do stracenia.
Kiwnąłem jeszcze głową na słowa Ricka, ale narzędzi nie chciałem. Miałem swoje, a i tak wciąż nie wiedziałem jak je w takiej sytuacji wykorzystać. No nic, będę improwizować.
Najważniejsze było teraz dobiec jak najszybciej do kanistra, ułożyć go w taki sposób, żeby zminimalizować wypływ substancji i... jakoś zatamować dziurę.
Nie byłem zbyt twórczy, jeśli o to szło. Jako-tako zatamowałem dziurę w kanistrze tym, co miałem pod ręką, czyli w dużej mierze drobniejszym gruzem. Prowizorka, ale działała.
Niestety miałem inny problem: część nafty bowiem zdążyła się już dostać do kałuży, a woda wydobywająca się wciąż z rury mimowolnie popychała tęczową ciecz w kierunku uszkodzonej instalacji elektrycznej. Co zrobić?
W pierwszym odruchu miałem ochotę zacząć wrzucać gruz do wody i zrobić coś w postaci tamy, ale... nie miałem na to wystarczająco dużo czasu, a odpryski wody i nafty mogły być jeszcze groźniejsze niż zostawienie tego w spokoju.
Co robić? Co robić?
Z latarką rozglądałem się chaotycznie wokół i wtedy mnie olśniło. Przecież byliśmy w zakładzie obróbki szkła, tak? Obróbki. Szkła! Że też wcześniej na to nie wpadłem!
Rzuciłem jeszcze okiem na naftę oceniając ile mam czasu przed katastrofą, po czym gorączkowo zacząłem rozglądać się wokół. Jeśli miałbym szczęście... choć odrobinę, maleńką odrobinę szczęścia... I chyba miałem. W kącie po mojej stronie kałuży stały wciąż w zaskakującym ładzie mniejsze i większe bele czegoś co wyglądało na pierwszy rzut oka jak materiał.
Nawet się nie zastanawiałem, ale pobiegłem prosto do nich modląc się do Wszechświata, żeby po drodze nie wyrżnąć i żeby zdążyć. Fart mi dzisiaj sprzyjał. Chwyciłem za jedną z mniejszych i pognałem z powrotem. Nafta już prawie dotarła w zasięg iskier, nie widziałem jak radzili sobie Rick i Stevie, nawet nie patrzyłem w ich stronę skupiony na własnym zadaniu. Nie wiedziałem które z nas zdąży i czy w ogóle którekolwiek z nas zdąży, kiedy pociągałem za koniec włókna szklanego (bo tym właśnie był ów "materiał") i wraz z nim po prostu rzuciłem się na źródło iskier przykrywając je.


Make love music
Not war.
Louis Bott
Louis Bott
Zawód : Drugi Kogut Kurnika, dorywczo może coś naprawić
Wiek : 22
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
Look up at the night sky
We are part of this universe,
we are in this universe,
but more important than both of those facts is that
OPCM : 0
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 6
Genetyka : Mugol
universe is in us
Niemagiczni
Niemagiczni
https://www.morsmordre.net/t1671-louis-bott https://www.morsmordre.net/t1846-niemugolska-poczta-lou#24237 https://www.morsmordre.net/t1672-louis-bott#17379 https://www.morsmordre.net/f223-dolina-godryka-kurnik https://www.morsmordre.net/t5152-louis-bott

Powrót do góry Go down

Budynek nie dość, że groził zawaleniem, tak jeszcze w środku stwarzał większe niebezpieczeństwo. Stevie nawet pogodził się z wojennym losem, ale nie mógł przecież pozwolić, aby cierpieli niewinni. Louis i Richard mieli przed sobą całe życie. CAŁE! Stali teraz jakby na rozdrożu. Wokół woda, nafta i te potworne iskry. Przez chwilę się wstrzymał. Chciał ich odesłać, załatwić to sam możliwie jak najszybciej i, o ile Merlin pozwoli, ujść z tego mniej więcej z życiem. Szybko dojrzał spojrzenie Botta, przerażonego, ale jednak zdroworozsądkowego, a zaraz potem pana Moora, gotowego reagować i nie mrugać. Nie byli już dziećmi, ale nie mógł przyzwyczaić się do tej myśli, w młodych oczach dostrzegając jednak poświęcenie. Kiwnął więc głową.
Tak. Dobrze, dobrze... — odpowiedział szybko, chwytając mocniej za różdżkę, jednak zaraz potem spojrzeniem zmierzył odległość od brzegu do generatora. Na wyłączenie go potrzebne będzie co najmniej dziesięć sekund, a on przez cały ten czas będzie musiał utrzymać mężczyznę w górze, aby nie wpadł w naelektryzowaną kałużę pod jego stopami. Dodatkowo naglił czas. Nafta mogła łatwo zapalić się od iskry, a o ile pożar dało się ugasić, tak instalacja elektryczna ciągnąca się przez cały budynek zwyczajnie mogla wybuchnąć, pozbawiając życia nie tylko ich, ale i okolicznych mieszkańców, którzy dalej skrywali się w kamienicach. Zawalenie się budynku to jedno, siła uderzenia miałaby pociągnąć za sobą niewinnych. Czas grał kluczową rolę. Stevie na sekundę przymknął powieki, a następnie wskazując różdżką na Richarda, wypowiedział czar.
Mobilicorpus — a chłopak uniósł się parę centymetrów w górę. — Proszę ostrożnie, tak jakby pan płynął, sunął przez przestrzeń, o tak! — powietrze nie stawiało wielkiego oporu, lecz samo przeniesienie go w stronę generatora wymagało uwagi, nie dlatego, że było daleko, a dlatego, że jakiekolwiek dotknięcie kałuży pod jego stopami zakończyć by się mogło wstrząsem. Tylko spokojnie...
Gdy spojrzenie na chwilę odwrócił na Louisa, ten akurat rzucał się w stronę kanistra, tego samego, który znajdował się niebezpiecznie blisko iskier. Syknął tylko, ale różdżka mu nie drgnęła, aby nie poruszyć gwałtownie Richardem, a ten mógł w spokoju odłączyć zasilanie, które prowadziło powoli do katastrofy. Otoczenie zdawało się być dziwnie głośne, w tym samym czasie będąc dziwnie cichym. Tak, jakby ktoś wstrzymał przestrzeń dookoła, zostawiając jedynie ich w tym mokrym i zimnym pomieszczeniu w zakładzie produkcji szkła. Tak jakby obok była ledwie ciemna przestrzeń, jakby nie było obok nic.
Uważaj, Louisie! — wysapał jeszcze, a jaźń wróciła szybko z tej krótkiej wędrówki po małym kosmosie w Taunton. — Panie Moore, jak idzie? Niech pan mówi kiedy, to pana zawrócę... Nie chcę pospieszać, ale nie zostało dużo czasu — wysapał, czując, jak moc w zaklęciu się kończy, jak słabnie i wiązki powoli kończą swoje działanie. Mógł więc mieć jedynie nadzieję, że był gotowy wracać na miejsce, że było już bezpiecznie, a Bottowi udał się zabezpieczyć naftę. Na wszelki wypadek zaparł się mocno nogami, gotów chwycić ich i zamknąć pod Protego Horribilis, jeśli byłaby taka absolutna konieczność, chociaż czar był niezwykle trudny.


Am I going crazy? Would I even know? Am I right back where I started forty years ago?
Wanna guess the ending? If it ever does... I swear to God that all I've ever wanted was
A little bit of everything, all of the time, a bit of everything, all of the time
Apathy's a tragedy, and boredom is a crime. I'm finished playing, and I'm staying inside.
Stevie Beckett
Stevie Beckett
Zawód : twórca świstoklików, wynalazca
Wiek : 57
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Wdowiec
The blues ain't nothing but a good man feelin' bad.
OPCM : 15
UROKI : 5
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 26
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 6
Genetyka : Czarodziej

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t9282-stevie-beckett https://www.morsmordre.net/t9293-einstein https://www.morsmordre.net/t9292-wujek-stevie#282938 https://www.morsmordre.net/f318-dolina-godryka-warsztat https://www.morsmordre.net/t9294-skrytka-bankowa-nr-2137 https://www.morsmordre.net/t9295-stevie-beckett

Powrót do góry Go down

Chciał wierzyć w naprawdę wiele rzeczy – na przykład w to, że kiedyś będzie już spokojnie. Że Louis nie będzie bał się magii, bo nie będzie też sytuacji, w której ta mogła by być dla niego jakimkolwiek zagrożeniem. Że po prostu to wszystko się skończy, a tym samym miejscu o tej samej porze spotkają się raczej na spotkanie. No dobrze, może nie tak dosłownie o tej porze, bo godzina była dość późna, ale wolał aby Stevie sam mógł teraz nie martwić się albo nie stresować o swoich…w sumie nie do końca nawet wiedział, jak określić siebie i Louisa w tym momencie. Doceniał każdą dyskretnie przekazaną wiedzę, czas, w którym w momencie stresu Richarda Stevie mu obdarowywał, pozwalając siedzieć w warsztacie. A Louis? Był dla niego jak młodszy brat – taki trochę droczący się, taki, którego się irytowało, ale mimo wszystko, ktoś, kogo chciał chronić. Nie umiał się skupiać na niczym innym niż na tych krótkich przebłyskach kiedy cały plan powstawał, a Richard czekał na ostateczną decyzję.
Zacisnął powieki, nie wiedząc, na co dokładnie miał liczyć, ale uniesienie za pomocą magii…cóż, było o wiele bardziej łagodne, niż mógłby się tego spodziewać. Wisiał lekko nad ziemią, podniesiony przez siłę której określić nie mógł, za to obecnie znajdował się w powietrzu, trzymany tak pewnie jakby był kierowany przez formę, nie żywą istotę. Zachwiał się, mając wrażenie, że zaraz panika z nieznanej sytuacji weźmie nad nim górę, udało mu się jednak odetchnąć. Cud, że trzymał mocno swoje narzędzia, inaczej bałby się, że coś upuści.
Ostrożnie, tak jakby pan płynął.
Cóż, dobrze, że letnie dni nad jeziorami miały przynieść chociaż minimalny efekt. Nie taki, jakiego kiedykolwiek by się spodziewał, ale mało kto mógł być teraz wybredny. Wysunął się, próbując poruszać ciałem tak, aby dotrzeć mimo wszystko do samego generatora, w pełni wypuszczając powietrze w momencie, gdy zawisł już bezpośrednio nad swoim celem. Ręce sprawnie i szybko najpierw odśrubowały rogi, potem odczepiły panel, tak jak robił to już wiele razu, bardzo ostrożnie rzucając ja gdzieś na bok, mając szczerą nadzieję, że nic dodatkowo tym nie uszkodził.
Ostrożnie wsunął dłoń do środka, mając nadzieję, że rękawice postanowią ochronić przynajmniej część jego skóry. Wiedział, że przy takich wydarzeniach nawet panel nie był najbezpieczniejszym miejscem, bo wystające elementy i przewody potrafiły poranić skórę, a niezabezpieczone działania mogły być o wiele bardziej problematyczne, przy niewiedzy niektórych zakładających albo przy oszczędnościach.
Czas jednak tykał, na narzekanie o stanie instalacji mógł przemyśleć sobie w drodze powrotnej – spróbował wyłączyć przełącznikiem, ale nie zadziałało. Zaklął głośno, otwierając klapkę aby sięgnąć do przewodów. Nie mógł się śpieszyć, z tego nigdy nic dobrego nie wynikało, dlatego ostrożnie przesuwał przewody pomiędzy palcami, czasem ciągnąć za jeden aby zobaczyć gdzie dokładnie się udaje. Musiał przeciąć kilka z nich, ale nieodpowiednie mogły porazić go prądem albo spowodować pożar przez zwarcie, czego nikt z nich sobie nie życzył.
Kiedy miał pewność (prawie pewność?) że to były te właśnie przewody, szybko sięgnął do narzędzi, przecinając to, co trzymał w dłoni i czekając w napięciu. Przez parę krótkich sekund oczekiwał w napięciu, ale generator zaburczał cicho, ostatecznie gasnąc. Głęboka ulga rozlała się w Richardzie, a gdy jeszcze trwał chwilę, upewniając się, że nic nie zamierzało włączyć się na nowo, „dopłynął” do Steviego, nie mając pewności, czy aby na pewno mógł sam wylądować.
- Louie? Panie Beckett? Wszystko w porządku? – Nikt z nich nie krzyczał, on nie upadł, więc chyba było dobrze, prawda? Modlił się, że tak.
Richard Moore
Richard Moore
Zawód : Budowlaniec, złota rączka
Wiek : 36
Czystość krwi : Charłak
Stan cywilny : Kawaler
Śmierć będzie ostatnim wrogiem, który zostanie zniszczony.
OPCM : 0
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 10
Genetyka : Charłak

Niemagiczni
Niemagiczni
https://www.morsmordre.net/t10538-richard-moore https://www.morsmordre.net/t10644-listy-do-rysia#322337 https://www.morsmordre.net/t10651-rysiu#322691 https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/t10649-szuflada-r-m#322600

Powrót do góry Go down

Strona 2 z 3 Previous  1, 2, 3  Next

wieś Farleigh Hungerford

Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach