Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia



Login:

Hasło:

wieś Farleigh Hungerford
AutorWiadomość
First topic message reminder :

wieś Farleigh Hungerford

Mała, skromna wieś na północnym-wschodzie Somerset, położona blisko granicy z hrabstwem Wiltshire, zamieszkała przez mugoli, jak i czarodziejów trudniących się rolnictwem oraz hodowlą bydła. Zabudowania ciągną się wzdłuż głównej ulicy oraz rzeki Frome, a krajobraz wieńczą ruiny rozległego zamczyska. Można tam spotkać pałętające się duchy, opowiadające historie z czternastego wieku tyczące się budowli i okolic, a także najważniejszych wydarzeń historycznych tego regionu. Wokół wsi znajduje się pełno pól rolnych, przecinanych pastwiskami, po których pałętają się stada krów. Od wschodu ziemie przylegają do rozległego lasu, gdzie znajduje się niebezpieczny, skalisty wąwóz powstały w wyniku dawnego pojedynku między dwójką potężnych czarodziejów.
[bylobrzydkobedzieladnie]
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : 99
UROKI : 99
ALCHEMIA : 99
UZDRAWIANIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
wieś Farleigh Hungerford - Page 3 Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki

Powrót do góry Go down


Czas jakby zwolnił, kiedy trzymając mocno włókno szklane skoczyłem na kupę gruzu, spod którego iskrzyła uszkodzona instalacja elektryczna. W półmroku widziałem wciąż rosnącą kałużę wody i nafty, pana Becketta trzymającego różdżkę skierowaną na, jak mogłem się domyślać, Ricka, choć zza zawalonej części budynku nie widziałem Moore'a, ani tego jak sobie poczynał.
Przez myśl mi przeszło, że to w sumie trochę lekkomyślne rzucać się na gruz w ten sposób, bo cholera wie czy nie ma tam jakichś sterczących prętów, na które nadzieję się jak szaszłyk, ale było już za późno na odwrót. Ciężko rąbnąłem klatką piersiową i brzuchem na kawałki betonu, kamienia i innego syfu, aż uszło ze mnie chyba całe powietrze, a w płucach nieprzyjemnie zapiekło. Obite (miałem nadzieję, że tylko obite) żebra pulsowały bólem, ale nie to było najważniejsze. Najważniejsze w tej chwili było to, że udało mi się zabezpieczyć źródło iskier przykrywając je niepalnym materiałem.
Głośno i chciwie zaczerpnąłem pierwszy haust powietrza po upadku, na chwilę przed tym jak usłyszałem głos Ricka. Czyli udało im się. NAM się udało.
- ...tak - odpowiedziałem, ale stanowczo za słabo, żeby ktokolwiek usłyszał. Kolejny oddech i zacząłem gramolić się z gruzów, żeby ponownie stanąć na nogach i ocenić swój stan.
- Tak! - zawołałem już głośniej tylko trochę zanosząc się przy okazji kaszlem przez kurz i pył, które dostały mi się do gardła. Oprócz tego chyba nie było źle. Nic mnie nie przebiło w każdym razie. Byłem poobijany, owszem, a kiedy schyliłem się po swoją skrzynkę z narzędziami uderzone wcześniej żebra zaprotestowały silnym bólem, ale to w sumie nic takiego. Syknąłem tylko cicho i już zdecydowanie łagodniejszym ruchem się wyprostowałem ze swoimi rzeczami w ręce.
Rozglądnąłem się jeszcze raz wokół mając nadzieję, że nie czekają nas już żadne inne, niebezpieczne niespodzianki. Generator wyłączony, elektryka odcięta... Instalacja gazowa była w porządku... a pozostałe ściany wyglądały całkiem stabilnie. Powinny wytrzymać, a zakład nie wybuchnąć w najbliższym czasie. Odetchnąłem i ruszyłem z powrotem do chłopaków. Kiedy przeskakiwałem przez kałużę wody znów zapomniałem o obitych żebrach, czego błyskawicznie pożałowałem. Stęknąłem cicho lądując piętami butów w wodzie. Na szczęście nie była już pod napięciem.
- Widzieliście gdzieś zawór wodny? - zapytałem jeszcze spoglądając to na wujaszka, to Ricka. W sumie to wodę też przydałoby się odciąć.
Kiedy wyszliśmy i odetchnąłem mroźnym powietrzem poczułem ulgę. Niebo powoli się różowiło na wschodzie, wioska wciąż wyglądała jak pobojowisko i czuć było w powietrzu dojmujący strach i smutek jej mieszkańców, ale... powoli nad całym tym miejscem panowanie zaczynały przejmować: cisza, spokój i zmęczenie. Najgorsze mieliśmy za sobą. Przynajmniej na tą chwilę.
Spojrzałem na samochód, a później w dół na swoje ubranie całe w pyle. Kiedy zacząłem się otrzepywać, zauważyłem nowe rozdarcie na kolanie spodni. Ech.
- Jeszcze coś? Są inne budynki, które oberwały? - zwróciłem się do wujka, bo był zdecydowanie najlepiej obeznany w sytuacji miasteczka niż ja czy Rick. - Robimy obchód?
Trzeba było zdziałać jak najwięcej póki tu byliśmy, zresztą... jakoś nie chciałem póki co myśleć o prowadzeniu ciężarówki z powrotem. Dokuczały mi te żebra. Na szczęście w Kurniku ktoś na pewno mi z nimi pomoże.


Make love music
Not war.
Louis Bott
Zawód : Drugi Kogut Kurnika, dorywczo może coś naprawić
Wiek : 22
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
Look up at the night sky
We are part of this universe,
we are in this universe,
but more important than both of those facts is that
OPCM : 0
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 6
Genetyka : Mugol
universe is in us
Niemagiczni
Niemagiczni
https://www.morsmordre.net/t1671-louis-bott https://www.morsmordre.net/t1846-niemugolska-poczta-lou#24237 https://www.morsmordre.net/t1672-louis-bott#17379 https://www.morsmordre.net/f223-dolina-godryka-kurnik https://www.morsmordre.net/t5152-louis-bott

Powrót do góry Go down

Zdawało się jakby czas stanął w miejscu, albo przyspieszył gwałtownie? Było równocześnie głośno i cicho, a serce dygotało mu jak szalone, gdy do mózgu dochodziła w końcu świadomość, że wybuch może ich zwyczajnie zabić. Nie jego, ich. Wstrzymywał więc oddech, gdy Richard sunął przez powietrze, aby zbliżyć się do generatora. Z początku mógł bać się reakcji mężczyzny, nie każdy reagował dobrze na magię, Louis nie za bardzo za nią przepadał, co z resztą było zrozumiałe... Pan Moore radził sobie jednak doskonale, chociaż Stevie w duszy podejrzewał, że ta sytuacja dla każdego z nich była stresująca. Musiał jednak skupić całą swoją uwagę na czarach, aby przypadkiem magia nie zerwała się, a mężczyzna nie wpadł do wody, przez którą przechodził prąd. To mogłoby skończyć się tragicznie, więc tak nie mogło się stać! Pod żadnym pozorem.
Trwało to krótką chwilę, a może całą wieczność, gdy z jego ust wydobyło się przekleństwo, a numerolog aż spiął mięśnie, wzrok szybko odwracając na Louisa, aby upewnić się jak radzi sobie najmłodszy z nich wszystkich. Rzucenie się na kupę gruzu było niebezpieczne i absolutnie głupie, ale prawdopodobnie w tym momencie Stevie zrobiłby dokładnie to samo. Eksplozja i pożar, które zbliżały się do nich z kolejną sekundą, doprowadzały do działania pod ekstremalną presją. Numerolog nie tracił czujności, obserwował otoczenie, szukał w nim czegokolwiek co będzie pomocne, gdy nagle coś szarpnęło i Richard rozpoczął sus w jego stronę. Ściągnął go magią do siebie. Czyżby?
Udało się? — spytał, a w sercu poczuł jedynie ulgę. Kiwając jeszcze głową, na to, że wszystko w istocie jest w porządku, odetchnął. Cichy głos Louisa, gdzieś z boku nie pozostawiał wątpliwości, wyszli z tego cało. Widać było, że jest w bólu, ale mógł się ruszać. Alexander na pewno mu pomoże, obok będzie Lecznica i wszystko będzie w porządku... Wszystko będzie dobrze.
Jest przy wyjściu... Zbierajmy się stąd — mówił spokojnie, gdy wychodzili w stronę powietrza. Te było wyjątkowo zimne, ale po adrenalinie, którą wręcz kipieli jeszcze przed chwilą, wydawało się zbawiennie orzeźwiające. Stevie przymknął na krótki moment oczy. Dym opadał, po walce nastała tylko cisza. Wtargnięcie na ten teren kosztowało zbyt wiele, musieli znacznie lepiej się zabezpieczyć. Somerset wciąż było zagrożone, jak widać. — Już to zrobiliśmy, zanim przyjechaliście — spojrzał na Louisa. — Ta część miasta oberwała czymś podobnym do bomby, ale zakład wyglądał najgorzej — pozostałe kamienice stały niewzruszone, zwłaszcza teraz, gdy temu miejscu nie groził już wybuch uszkodzonej instalacji elektrycznej. Wszystko było dobrze. Stevie podszedł jeszcze do zaworu, a potem zakręcił go, upewniając się, że woda została odcięta.
Odjazd z tego miejsca miał być oddechem, upewnieniem się, że reszcie Somerset nic nie grozi, że Dolina jest bezpieczna, że jego córka jest bezpieczna w Dolinie. Przez chwilę Beckett obserwował samochód. Widział już przecież je nie jeden, nie dwa razy. — Zabierzecie mnie tym? — wskazał nagle, chowając różdżkę w kieszeń. — Zawsze chciałem się takim przejechać... — i dopiero wtedy roześmiał się cicho, czując, jak ulatują z niego wszystkie zebrane wcześniej emocje. Ryzyko, które nie było walką z wrogiem, a walką z efektami jego poczynań. — To była dobra robota — spojrzał na obydwu mężczyzn, gdyby nie oni, kto wie, co stałoby się z tą okolicą, kto wie, jak szerokie pole miałby wybuch zakładu produkcji szkła?


Am I going crazy? Would I even know? Am I right back where I started forty years ago?
Wanna guess the ending? If it ever does... I swear to God that all I've ever wanted was
A little bit of everything, all of the time, a bit of everything, all of the time
Apathy's a tragedy, and boredom is a crime. I'm finished playing, and I'm staying inside.
Stevie Beckett
Zawód : twórca świstoklików, wynalazca
Wiek : 57
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Wdowiec
The blues ain't nothing but a good man feelin' bad.
OPCM : 15
UROKI : 5
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 26
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 6
Genetyka : Czarodziej

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t9282-stevie-beckett https://www.morsmordre.net/t9293-einstein https://www.morsmordre.net/t9292-wujek-stevie#282938 https://www.morsmordre.net/f318-dolina-godryka-warsztat https://www.morsmordre.net/t9294-skrytka-bankowa-nr-2137 https://www.morsmordre.net/t9295-stevie-beckett

Powrót do góry Go down

Jego serce biło zbyt szybko – starał się najlepiej jak mógł, aby zachować spokój, bo to nie był pierwszy raz, kiedy lądował w niebezpiecznej sytuacji. Teraz jednak wiedział, że tu nie chodziło tylko o niego, ale też o los ludzi w okolicy. Ludzi, którzy nic nie zawinili i mieli jedynie pecha, który sprawił, że mieszkali w okolicy. Chodziło też o życie pana Becketta. O życie Louisa. O życie Precla, którego zabrał ze sobą, plując sobie teraz w brodę, chociaż pies spokojnie oczekiwał przy aucie, uważnie patrząc w przestrzeń i od czasu do czasu poruszając nozdrzami, jakby w niepokoju próbując dostrzec, czy powrócą do niego jego ludzie, czy zostanie tutaj sam.
Odetchnął kiedy się udało i spojrzenie skierował w stronę Louisa – przez chwilę zamarł, widząc, jak ten krzywi się z bólu, podchodząc do niego ostrożnie i zarzucając jego rękę na swoje ramię. Nie mógł powstrzymać się, aby wolną dłonią nie sięgnąć aby roztrzepać mu włosy. Znowu, tak jakby czuł, że przyda mu się odrobinę tego braterskiego przekomarzania.
- Dobra robota, młody. – Uśmiechnął się, zgarniając ze sobą narzędzia po drodze, wręczając Louisowi jego własne, aby nie musiał się po nie schylać. Na pewno było to o wiele łatwiejsze i sam wiedział, że nie było mowy o tym, żeby teraz nagle miał prowadzić w drodze powrotnej. – Dobra, młody, słuchaj uważnie – masz teraz zająć się głaskaniem Precla. Będzie o wiele spokojniejszy jak będzie na twoich kolanach, bo jak jedzenie na moich to się strasznie rozprasza i próbuje wtykać swój nos wszędzie, zwłaszcza pod łokieć kierowcy. – Chciał podejść do tego w bardziej humorystyczny sposób, nie robiąc z młodszego kolegi kaleki. Dopiero kiedy wpakował go na siedzenie, odbierając od niego narzędzia i je chowając do bagażnika. Pozwolił jeszcze Steviemu wsiąść do środka, zanim nie usiadł na miejscu kierowcy, uśmiechając się, kiedy Precel od razu wpakował się na kolana Botta, połową ciała próbując uwiesić się na Beckettcie.
- Każdego z was odwieźć do domów? – Wiedział, gdzie mieszkają, pytanie może i było nieco naiwne, ale w tym momencie…nie chciał zakładać, czy powinni pojechać tam gdzie miał ich odwieźć. Może potrzebowali gdzieś indziej? Odpalił auto, ruszając w drogę i pozostawiając za nimi miasteczko. – Bez pana, panie Beckett, by się nie udało.
Widział, że miał rację. Starał się zrobić, co mógł, ale oczywiście, gdyby nie magia, byłoby z nimi o wiele gorzej.
- Jak pan chce…myślę, że z Louisem możemy nauczyć pana, jak się jeździ taką maszyną. Nie jest to trudne. – Chyba w jakiś sposób rozumiał chęć Steviego w prowadzeniu auta. Było to…naturalne. Poznać to, co nie było poznane do tej pory.
Najpierw odwiózł Louisa, rzucając przepraszające spojrzenie Beckettowi, ale ich towarzysz zdecydowanie potrzebował natychmiastowej opieki. Dopiero potem odwiózł Steviego, tłumacząc mu jeszcze parę istotnych informacji odnośnie samochodów, by na końcu oddać samochód i wrócić do domu, zaspanego Precla niosąc w jednej ręce.

ztx3
Richard Moore
Zawód : Budowlaniec, złota rączka
Wiek : 36
Czystość krwi : Charłak
Stan cywilny : Kawaler
Śmierć będzie ostatnim wrogiem, który zostanie zniszczony.
OPCM : 0
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 10
Genetyka : Charłak

Niemagiczni
Niemagiczni
https://www.morsmordre.net/t10538-richard-moore https://www.morsmordre.net/t10644-listy-do-rysia#322337 https://www.morsmordre.net/t10651-rysiu#322691 https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/t10649-szuflada-r-m#322600

Powrót do góry Go down

Strona 3 z 3 Previous  1, 2, 3

wieś Farleigh Hungerford

Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach