Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia


Ekipa forum
Login:

Hasło:

Gabinet Romulusa
AutorWiadomość
Gabinet Romulusa [odnośnik]07.06.21 12:34

Gabinet Romulusa

Jasne pomieszczenie stworzone nie tylko z myślą o pracy w samotności, lecz również po to, by przyjmować ewentualnych gości. Ściany zdobią liczne obrazy, przedstawiające członków rodziny - żywych, jak i również tych, którzy odeszli. Wnętrze dekorują kolumny w stylu jońskim, utrzymujące klasycystyczny duch charakterystyczny dla całej posiadłości. Światło słoneczne definiuje kolorystykę pomieszczenia - w pochmurne dni, gabinet wydaje się otulony chłodną bielą, zaś w te cieplejsze, gdy promienie słońca bezpośrednio wpadają przez mleczne zasłony, można zanurzyć się w przyjemnym cieple barwy podobnej do kości słoniowej.
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : 99
UROKI : 99
ALCHEMIA : 99
UZDRAWIANIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Gabinet Romulusa Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Gabinet Romulusa [odnośnik]07.07.21 16:18

29 listopada 1957

„Tylko ignorant gardzi nauką”
- Publiliusz Syrus

Długo go nie widział, a przez co trudniej było mu przyjąć do wiadomości fakt, jego powrotu. Nie spodziewał się wiele, nawet nie sądził, że lord Weasley zaangażuje się w inicjatywy bezpośrednio mogące wpłynąć na stan wojny. Jednak jeśli chciał porozmawiać, Abbott nie miał oporów, by dać Reginaldowi szansę, na którą być może wcale nie zasłużył.
Uważnie wodził spojrzeniem za krzątającym się skrzatem, próbującym w skupieniu donieść poczęstunek na wskazany dużo wcześniej stolik. – Zabierz poduszki, niech nie czuje się zbyt wygodnie – wypowiedział do skrzata bez większej emocji, analizując całą przestrzeń wokół, aby postarać się o zapanowanie nad nią w pełni. Rozkazał również przewiesić kilka portretów, aby te przyglądały się swoim dosyć tradycyjnym okiem lordowi Devon, który niebawem miał się zjawić. – Lordzie Urienie Reginaldzie Weasley – przywitał go oficjalnie, wstając od biurka. Dłonie natychmiast powędrowały do guzika rozpiętej marynarki, aby zapiąć go i skierować z powagą do wejścia. Wystawił dłoń w kierunku rudowłosego w powitalnym geście, lecz na próżno było szukać na ustach uśmiechu czy entuzjazmu. Oczy chłodno oceniały przybyłego, dostrzegając nowe blizny i zmarszczki, których przybyło przez cały ten czas, w którym nie mieli sposobności się spotkać. – Zapraszam – pozbawiony negatywnych emocji ton podążył za dłonią, która wskazała białe kanapy i stolik z przygotowaną aromatyczną herbatą kwiatową, sokiem malinowym oraz ciastem marchewkowo-dyniowym. Domowy skrzat stał jeszcze chwilę przy drzwiach, aż odesłany gestem, ukłonił się należycie i zniknął z pomocą pstryknięcia.
Był niedostępny, a jednak uprzejmy, cały czas obecny, analizujący przybyłego szlachcica, już nie tak młodego, jak niegdyś. Przypominał mu odrobinę jego syna, równie rudy i piegowaty, jednakże przechrzczony doświadczeniami życiowymi wypisanymi na twarzy. Tylko czy adekwatnymi do stanu oraz pochodzenia? Dwadzieścia osiem lat wypisanych na licu – brak żony, brak zdroworozsądkowego podejścia do życia, którym obarczyło go szlachectwo. Jego syn wydawał się być bardziej dojrzały do lordowskiej roli, chociaż może było to kwestią wychowania, a nie wieku. Weasleye wszak nigdy nie przykładali nadto uwagi do szlachectwa oraz obowiązujących reguł arystokracji zdając się na zawsze pozostawać duchem ze swoimi celtyckimi przodkami. Ogniste temperamenty wywleczone na światło dzienne, rzucające językami płomieni cień w blasku ostrego słońca. Przynajmniej nie pracował już dla Ministerstwa Magii oplecionego wicią kłamstw Cronusa Malfoya. Zresztą, któż pracowałby jeszcze dla fałszywej władzy w czasach wojny? Przemknął spojrzeniem po twarzy szlachcica oceniając czy wraz ze zdolnościami, które mu towarzyszyły, byłby w stanie wciąż utrzymywać się w szeregach Ministerstwa. Ale co wówczas z moralnością? Z drugiej strony czynnie zaangażował się w projekt, jaki niespełna kilka tygodni temu przedstawił samemu Abbottowi naukowiec Doliny, w który zresztą lord prędko się zaangażował, decydując na spotkanie z właścicielami rozgłośni. – Urienie, o czym konkretnie chciałeś rozmawiać? – zapytał uprzejmie i spokojnie, rozsiadając się na kanapie, naprzeciw tej, na której miał spocząć lord Devon. Dał mu przestrzeń oraz czas, nie ponaglał, nie napierał, sam sięgnął po herbatę i upił jej łyk w oczekiwaniu na odpowiedź.

| herbata kwiatowa, sok malinowy, składniki z I domyślnej kategorii na ciasto dyniowe


Kto zatem czyni postępy?
Ten z was, kto machnąwszy z pogardą ręką na rzeczy zewnętrze, wszelkim staraniem otacza swą wolną wolę, tak ją zaprawia, tak ją hartuje i w rezultacie doprowadza ją do stanu takiej doskonałości, iż jest ona zgodna z naturą, prawdziwie wzniosła, wolna, niezależna od wszelkich trudności i przeszkód, wierna i skromna.


Romulus Abbott
Zawód : Radca prawny
Wiek : 39
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Żonaty
sprawiedliwości musi się stać zadość, choćby niebo miało runąć
OPCM : 26
UROKI : 6
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 1
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 6
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t9935-romulus-abbott#300392 https://www.morsmordre.net/t9965-minerva#301345 https://www.morsmordre.net/t9966-quo-vadis#301348 https://www.morsmordre.net/f204-dolina-godryka-norton-avenue-dunster-castle https://www.morsmordre.net/t9968-skrytka-bankowa-nr-2258#301376 https://www.morsmordre.net/t9969-romulus-abbott#301428
Re: Gabinet Romulusa [odnośnik]18.07.21 15:45
Treść listu wuja nie była w żaden sposób pokrzepiająca. W pewnym sensie rudzielec starał się nie doczytywać pomiędzy wierszami szczególnych znaczeń, ale dobrze wiedział, że Romulus mógł być zawiedziony jego postawą. Nigdy nie chciał nikogo zawodzić, a ewidentnie robił to praktycznie na każdym swoim kroku! Straszna niesprawiedliwość świata albo jakby to niektórzy powiedzieli - typowy rudy. W pewnym sensie nawet cieszył się z tego, że przyciągał tak wiele niepowodzeń, trzymał się nawet pewnej nadziei, że dzięki niemu rodzina nie posiadała tak dużych problemów! Mógł ściągać je wszystkie, jeśli tylko oni żyli szczęśliwie.
W papierowej torbie trzymał zawiniętą niemalże pierwszej jakości węgorza, którego zamierzał podarować Lordowi Romulusowi. Z każdym krokiem zbliżając się do posiadłości w Dunster Castle, powtarzał sobie w głowie pełen tytuł wuja, do którego przywykł mówić właśnie... wuju! Szybka wymiana numerologicznych cyferek i ćwiczenie, które od pewnego czasu zaczął wykorzystywać, uspokoiły tętno w jego żyłach, choć wciąż czuł pulsujące serce w okolicach gardła. Stresował się bardziej niż na spotkania z dziadkiem nestorem, który przecież nie miał mu za złe pomijanie wszystkich tych tytułów, które dla Abbottów liczyły się ponad wszystko, takie przynajmniej miał wrażenie. Skrzat niemalże od razu otworzył mu drzwi w umówionej godzinie i co więcej, pozwolił sobie na wyciągnięcie rąk w kierunku ryby, kiedy rudzielec ściągał płaszcz. Szybkim ruchem złapał w dłonie papierowy pakunek, nie pozwalając słudze zabrać tego, co było bezpośrednio dla pana domu. Przez chwilę stał tak, gromiąc spojrzeniem skrzata, żeby zaraz opamiętać się z całym tym kodeksem dobrego wychowania. Stworzenie patrzyło na niego z lekką przestrogą, jakby był świrnięty i chyba naprawdę nie powinien inaczej, bo było to co najmniej dziwne. Rumieńce pojawiły się na jego twarzy, kiedy wyciągnął dłoń z prezentem w stronę skrzata, dziękując mu cicho za pomoc. Stworzenie rzuciło na niego tylko zdezorientowanym wzrokiem i wpuściło do gabinetu Romulusa.
Cze.. - Dzień dobry Wuju Lordzie Romulusie - zaczął z przytupem niegodnym szlachcica, chciał go nawet przytulić z tego długiego okresu niewidzenia się, ale widok surowej miny szybciutko go ustawił w pozycji prostej z mocno ściągniętymi plecami. Wyciągnął prawą dłoń i zamknął ją w porządnym uścisku właściciela włości. Zdecydowanie nie posiadał przyjaznej skóry szlachcica, chropowate ręce naznaczone były pracą, którą dość intensywnie wykonywał w porcie, kiedy tylko nadarzyła się okazja. Ciężko byłoby go nazwać tym, kim nazywał go Wuj, że on niby lordem, zabawne. Niestety nikomu nie było do śmiechu, nawet portretom, które spoglądały surowo zza swoich ram. Czuł się mocno obserwowany i osaczony, a to przecież dziwne, bo był u swojego, nawet jeśli dalekiego, to jednak krewniaka! Przecież nawet pracując w Ministerstwie, nie miał problemu z tym, żeby rozmawiać do niego w ten swój mało szlachecki sposób, tylko teraz wszystko się zmieniło. Nie było już dwudziestodwuletniego roztrzepania i rozbieganego wzroku. Mieli wojnę i każdy musiał dorosnąć we własnym zakresie. Usiadł na wskazanym miejscu, odczuwając brak komfortu z całej wykwintności, która go spotkała już na samym wejściu. Kolorowy sweter nijak pasował do całego wnętrza i sytuacji, w której się znaleźli, ale tym starał się nawet nie przejmować, bo przecież dobrze wiedział, że nie jest odpowiednią osobą na odpowiednim miejscu, ta świadomość nieco pomagała mu w przetrwaniu do samego końca rozmowy w tym surowym miejscu. Wydawało się, że gabinet idealnie oddaje usposobienie Wuja, nie pamiętał już jaki charakter posiadał Abbott.
Skrzywił się lekko, siadając, bo nieodpowiedni kąt usadowienia przypomniał mu o źle zrośniętym żebrze, co szybko zbył swoją uśmiechniętą miną. Od początku spotkania nie był w stanie się nie uśmiechać.
- Wspaniale Cię widzieć Wuju. - stwierdził już na wstępie, kiedy tylko tamten zaczął dopytywać go o sprawę, w jakiej przyszedł. - Przepraszam, że nie pojawiłem się wcześniej, ale... - zawahał się na chwilę, spuszczając wzrok gdzieś do swojej herbat, by po chwili wrócić do błękitnych tęczówek. - nie było ku temu sposobności. - dokończył dość koślawo, bo przecież jak mógł mu powiedzieć to wszystko, co się stało? Nie potrafił jakoś wykrzesać z siebie wystarczająco dużo odwagi i przyznać się, że w Londynie nie posiada tak dużo wolnego czasu, jakby się wydawało. - To tak na wstępie oczywiście, bo głównie chodzi o projekt wu... Pana Becketta. - szukał słów odpowiednich do opisania tego, co w rzeczywistości jest tak bardzo potrzebne i co posiada właśnie on, ale proszenie o pieniądze nie było tak proste, szczególnie u takich postaci jak były zastępca szefa Departamentu Przestrzegania Prawa Czarodziejów... - Tak dokładnie to inwestycję. - nie wytrzymał w końcu pod naporem całej tej ciszy zbudowanej przez swojego rozmówcę. - Badania kosztują, a nie zdążyliśmy jeszcze zebrać odpowiedniej kwoty, chociaż mój szwagier się już dołożył, to wciąż są pewne braki i w rzeczywistości, to mogę wszystko nawet odpracować, bo to nie jest żaden problem, ale jeśli chcemy zacząć, to... to musimy już zacząć. Czas nas nagli i naprawdę nie prosiłbym o to, gdyby nie fakt, że to dla tych ludzi, co gdzieś się plączą po Brytanii w poszukiwaniu dobrego słowa... - niemalże na jednym wydechu wyżalił się Abbottowi, starając się przy tym nie palić zbyt dużego buraka, bo przecież w tym momencie nienawidził siebie bardziej, niż był w stanie to sobie wyobrazić. Zacisnął jedną z dłoni na kolanie, czując, jak to zaczyna drżeć z niewytłumaczalnego powodu. Szukał w jasnych oczach jakiegoś potwierdzenia, które byłoby w stanie mu podpowiedzieć, czy jego prośba mogła zostać wysłuchana. Nigdy nie był specjalnie uzdolnionym mówcą, a już na pewno nie pośród tych, których znał, a oni znali jego. - przyniosłem szczupaka... - wtrącił nagle ni z gruszki i pietruszki. Próbował jakoś odciągnąć własną uwagę od faktu, że starał się wyciągnąć od Romulusa pieniądze na badania. Było mu strasznie głupio.

| Oddaję wędzonego szczupaka :thplz:


Serce mnie bije
Dusza zapije

Żyję

Reggie Weasley
Zawód : Prace dorywcze
Wiek : 28/29
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Kawaler
... here we go again
OPCM : 25
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 1
TRANSMUTACJA : 17
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 11
SPRAWNOŚĆ : 13
Genetyka : Metamorfomag

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t8733-regi-weasley https://www.morsmordre.net/t9176-poczta-uriena#278014 https://www.morsmordre.net/t9054-moze-mnie-kojarzysz#272989 https://www.morsmordre.net/f378-devon-okolice-plymouth-krecia-nora https://www.morsmordre.net/t9072-skrytka-bankowa-2069#273565 https://www.morsmordre.net/t9055-u-r-weasley#273095
Re: Gabinet Romulusa [odnośnik]26.07.21 23:59
Zawsze był świadom tego, jakie wrażenie chciał wywierać na swoich gościach czy po prostu w kontaktach towarzyskich. Nie bez kozery praktykował przez tak wiele lat techniki perswazji oraz opanowanie na salach sądowych, by zniweczyć nieodpowiednim zachowaniem swoją reputację. Nie odpowiadał wszak jedynie za siebie, a za całą rodzinę i każdy członek szlacheckiego rodu, niezależnie po której stronie wojennej barykady stał, winien być świadom niesionego ciężaru na barkach. Również ci, którzy nosili nazwisko Weasley.
I wkroczył właśnie TEN Weasley. Ścisnął jego dłoń, wyczuwając te nierówności, tę całą pracę, którą wykonywał – ciężką, ewidentnie uczącą życia, lecz nie w ten sposób, który powinien poznawać je arystokrata. Nie był jednak jego ojcem, więc zbędne komentarze zostawił dla siebie. Względem ubioru też zaniechał zbędnych słów – chyba było znamienne dla Weasleyów, te kolory i swetry.
- Ciebie również dobrze widzieć, Urienie – odwzajemnił pozdrowienie, jednak w przeciwieństwie do Weasleya, na próżno było szukać jakichkolwiek przejawów uśmiechu, nawet tego grzecznościowego, który był raczej charakterystyczny dla tych fałszywych Blacków czy Crouchów. Dla Abbotta najbardziej odpowiednim było neutralne podejście wiodące drogą środka, która w jego mniemaniu wykazywała się największą tendencją spajania się ze sprawiedliwością. Następnie w ciszy wysłuchał dosyć marnego tłumaczenia z powagą. Nie chciał przerywać, więc dopiero gdy młodszy czarodziej skończył, lord postanowił się odezwać. – Niektórzy powiadają, że gdy brak sposobności, to wówczas należy taką sposobność stworzyć – zauważył, możliwe, że nawet nieco żartobliwie, chociaż w neutralnym tonie ciężko było wyczuć jakąkolwiek nutę rozbawienia. Nie żeby był przesadnie zły na czarodzieja, niemniej jednak bycie lordem nakładało pewne obowiązki, już nie tylko te tyczące się ziem, włości, zarządzania, ale przede wszystkim chodziło o obowiązki towarzyskie, które niejako odgrywały najważniejszą rolę w arystokratycznej części społeczeństwa. Wolał, aby ten miał świadomość, że zbywanie pewnych członków socjety – szczególnie tych bliskich – może być odebrane, jako bardzo niegrzeczne oraz nietaktowne zachowanie. Bacznie przyglądał się gościowi, analizując wyraźnie jego zachowanie, mowę i całą prezencję jako lorda. Owszem, był Weasleyem, ale nawet pomimo tego winien wiedzieć, jak się należycie zachować. – Projekt rozgłośni? – uniósł lekko brew, dopytując tym samym czy oboje mieli to samo na myśli. Wsłuchiwał się w pokraczną mowę Reginalda, nieco sztywniejąc na wspomnienie o szwagrze. O tak, doskonale zdawał sobie sprawę za kogo wyszła siostra Weasleya. Anthony Macmillan, kolejny pijak i alkoholik, który nie dość, że wszczynał burdy na progu Dunster Castle, to w swoim życiorysie posiadał wiele zastanawiających aspektów, które z pewnością lordowskie nie były – przynajmniej z tego co pamiętał. Tyle lat spędzonych za granicą… chociaż Urien również wydawał się iść w ślady powrotów po długiej nieobecności. Niemniej jednak był to czas na schowanie dumy do kieszeni, waśń rodów nie była tak ważna, jak ogólne dobro narodu. Mugole, mugolacy i przeróżni czarodzieje potrzebowali pomocy oraz dobrego słowa, by przeciwstawić się tyranii wiedzionej pod przewodnictwem marionetki Lorda Voldemorta. – Mhm… Rozumiem – wyrzekł zagadkowym tonem, potarł się delikatnie po brodzie, podpierając łokieć o podłokietnik. Widoczne zastanowienie przemykało w jego spojrzeniu, jednak powaga zdawała się ujarzmiać, każdy przebłysk nadmiernego zaciekawienia tematem. Przecież właściwie wiedział wszystko – może poza konkretnymi naukowymi szczegółami i lokacja, o jakiej Beckett miał mu wspomnieć. Czuł emocje wypływające ze słów Uriena, jednak nie śmiał wdawać się w żadną emocjonalną polemikę, właściwie nie było o czym tu rozmawiać, oczywiste było, że przekaże pieniądze na pomoc w projekcie, obiecał ją już znacznie wcześniej. Błękitne tęczówki podążyły za dłonią na drżące kolano, które chyba zdradzało więcej, niż Romulus chciał wiedzieć. Bez najmniejszego gestu czy reakcji na ten widok, na powrót spojrzał na twarz Uriena i dopiero na kolejne słowa uniósł brew. Czyli tym było zawiniątko, które trzymał skrzat? – Szczupaka? – powtórzył chłodno, a cisza wydawała się podbijać napięcie, które narosło wraz z pytaniem. – Sam go złowiłeś? – zapytał wciąż z powagą, jednocześnie wstał od stolika i skierował się do biurka, gdzie przez chwilę wydawał się szukać wzrokiem jakiegoś przedmiotu, aż wreszcie, gdy go odnalazł, ścisnął w dłoni, przechodząc przez gabinet z dosyć posągową miną. To był żart, cichy i skryty, który najwyraźniej miał bawić tylko jego, chociaż przechodząc obok Weasleya uśmiechnął się porozumiewawczo. – Zaraz wrócę – rzucił w kierunku Uriena, po czym zniknął za drzwiami, pozostawiając czarodzieja w osamotnieniu wielu obrazów, wciąż badawczo łypiących na niego okiem.
Skrytka w rodowym domu Abbottów była zabezpieczona na wiele różnorakich sposobów, powstrzymująca domniemanych złodziejów przed rabunkiem. Klucz zabezpieczający zaskrzeczał w dziwacznym mechanizmie zamka i chociaż nie było to porównywalne do tego co stworzyły goblińskie umysły w gringottcie, tak musiało być to wystarczające. Wypełnił cztery mieszki sowitą ilością galeonów, niemal tak dużą, jak posag, który lata temu otrzymał za swoją ukochaną żonę od rodu Prewettów. Równowartość swoich miesięcznych zarobków – przez krótką chwilę zaświtało mu w głowie, że może to zbyt wiele? Lecz kogo mieli prosić o pomoc? Weasleyowi zawsze nie mieli grosza przy duszy, a Macmillanowie cenili bardziej swoje zapasy alkoholu od ogólnego dobra. Archibald miał swoje problemy przy granicy z hrabstwami antymugolskimi, zaś Ollivanderowie, Greengrassowie oraz Longbottomowie byli zbyt oddaleni od półwyspu. Zresztą to właśnie w Dolinie Godryka narodził się pomysł, więc jak Abbottowie mogliby nie przekazać funduszy na tak szlachetny cel?
Zawiązał ciasno sznureczki na końcówkach mieszków i zamknął za sobą prowizoryczny skarbiec, kierując swe kroki z powrotem do gabinetu. Skrzat pojawił się niemal natychmiast, aby uchylić drzwi, zaś lord skierował się do biurka, odkładając klucz na miejsce. Potem powoli podszedł do stolika i kolejne zaczął układać mieszki wypełnione galeonami na jasnym drewnie. – Raz. Dwa. Trzy. Cztery. Urienie, czterysta galeonów powierzam w twoje ręce na projekt. Wierzę, że tyle pozwoli wam ruszyć natychmiast. Ludzie potrzebują tego radia – oznajmił, chociaż na usta cisnęła mu się również przestroga o tym co się stanie, jeśli dowie się, że pieniądze nie trafiły do Becketta, jednak powstrzymał słowa, skupiwszy się na rudowłosym lordzie. Czy byłby w stanie rzec takie upomnienie w kierunku Hadriana? Przecież byli dorośli i odpowiedzialni. Powiedziałby tak do własnego syna? W jakiś sposób ta ruda czupryna nieustanie przypominała mu o młodym Abbocie, tylko że wychowanek Abbottów wiedział, jak należało się wysławiać i jak przynosić honor własnej rodzinie. Romulus też wiedział, że zachowanie Uriena nie było do końca spowodowane samymi błędami wychowawczymi jego rodziców, chociaż on sam również za wzór rodzicielstwa uznawać się nie mógł. Dał więc szansę Reginaldowi, traktując ten obowiązek przekazania pieniędzy, jako swoisty test na zaufanie, po tak wielu latach nieobecności czarodzieja. Również celowo usytuował mieszki na stoliku, będąc ciekawym jak szybko ręce Weasleya sięgnął po galeony – bo może wcale to nie był Urien? Ale czy wspominałby wtedy o projekcie radia, który nie był szerzej znany? I to przemknęło przez głowę czarodzieja. Tak czy inaczej, przybrał już pewną strategię, razem z obrazami obserwując młodszego mężczyznę. – Rozmawiałem z właścicielami rozgłośni – zaczął, sięgnąwszy po filiżankę z herbatą. Nie był pewien czy lord Devon zdawał sobie sprawę z zaangażowania, którym wykazał się Romulus na prośbę Steviego Becketta. W każdym razie chciał go w pewien sposób o tym uświadomić lub przypomnieć, że całe przedsięwzięcie nie było mu obce i stąd tak dosyć prędkie zdecydowanie się na wyłożenie pieniędzy. – Włożyli wiele serca w swój wynalazek, szkoda byłoby marnować taką okazję. Powiedz mi Urienie, jak to się stało, że się w to zaangażowałeś? – zapytał z ciekawości, chcąc zacząć rozmowę o czymś w miarę neutralnym, a skoro był to temat, z którym Reginald przybył, wydało się Abbottowi zasadne, by go kontynuować. – Przetransportowaliście już sprzęt do miejsca docelowego?    

| Przekazuję 400PM Urienowi Reginaldowi Weasleyowi na projekt Steviego Becketta     


Kto zatem czyni postępy?
Ten z was, kto machnąwszy z pogardą ręką na rzeczy zewnętrze, wszelkim staraniem otacza swą wolną wolę, tak ją zaprawia, tak ją hartuje i w rezultacie doprowadza ją do stanu takiej doskonałości, iż jest ona zgodna z naturą, prawdziwie wzniosła, wolna, niezależna od wszelkich trudności i przeszkód, wierna i skromna.


Romulus Abbott
Zawód : Radca prawny
Wiek : 39
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Żonaty
sprawiedliwości musi się stać zadość, choćby niebo miało runąć
OPCM : 26
UROKI : 6
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 1
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 6
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t9935-romulus-abbott#300392 https://www.morsmordre.net/t9965-minerva#301345 https://www.morsmordre.net/t9966-quo-vadis#301348 https://www.morsmordre.net/f204-dolina-godryka-norton-avenue-dunster-castle https://www.morsmordre.net/t9968-skrytka-bankowa-nr-2258#301376 https://www.morsmordre.net/t9969-romulus-abbott#301428
Re: Gabinet Romulusa [odnośnik]05.08.21 20:20
3 października 57
Chronione silnym sojuszem Somerset skutecznie odbierało możliwość kręcenia się ministerialnych urzędników po terenach objętych protektoratem sojuszu. Gorzej zaś było z ziemiami należącymi do Greengrassów, Longbottomów oraz Ollivanderów, które oddzielała znaczna część hrabstw opanowanych przez antymugolską politykę rządu. Tam ziarno reżimu kiełkowało – liczne przedsiębiorstwa nękały problemy z Ministerstwem Magii, inne zamykały się przez obawy właścicieli, a jeszcze kolejne faktycznie plądrowano. W szczególności narażone były te, których właścicielami stawały się osoby o niepewnym nazwisku, figurującym wśród tych, należących do buntowników. Innym problemem okazywała się, rzecz oczywista, krew przedsiębiorcy, a im brudniejsza wedle ideałów czystokrwistego społeczeństwa, tym większe problemy i wymyślne oskarżenia padały na nieszczęsnych cywili, którzy poza tym, że chcieli po prostu przeżyć, nie robili nic zdrożnego. Jeszcze nie. Wielka Brytania nigdy nie była krajem mlekiem i miodem płynącym, a do rzeczywistej sprawiedliwości było daleko, niemniej jednak całość i kształt ogólny sytuacji, wydawał się znacznie gorszy od tego co dane było doświadczać Anglikom dotychczas. Właśnie w Staffordshire funkcjonowało wiele firm oraz przedsiębiorstw, często rozszerzające swoją działalność na cały kraj, a jedną z nich była dobrze prosperująca manufaktura piwna, należąca do przybyłego z Kanady kilkanaście lat temu czarodzieja półkrwi oraz jego mugolskiej żony.
- Pierwsze piwo sprzedaliśmy, och, lordzie Abbott, pamiętam to jak dziś, sprzedaliśmy w tysiąc dziewięćset pięćdziesiątym drugim roku... Od tego czasu wszystko, ale to wszystko było zgodne z prawem! Szanowaliśmy każde rozporządzenie! J-ja naprawdę nie zrobiłem nic złego, nie wiem, dlaczego dostałem te pisma. T-to wszystko jest wyssane z palca! Te zarzuty nie mają absolutnie żadnego poparcia w rzeczywistości, nawet nie złożyli żadnej wizyty, nikt do nas nie przyszedł. Po prostu zaczęły napływać te przeklęte listy… - mężczyzna nieprzystosowany do etykiety ułożył łokcie na biurku, a twarz zatopił w dłoniach, z dziwnych jęknięciem mrucząc coś jeszcze pod nosem. Pogrążony w matni, zaszachowany przez piony ministerialnych sługusów, wytykających każdy kruczek i defekt, mogący przyczynić się do zamknięcia manufaktury, zarządzanej przez kogoś, kogo żona wedle ministerialnych praw stanowiła zagrożenie. Przywiezione przez mężczyznę listy, smutno spoglądały z wymiętych kopert na sylwetkę lorda, który badał treści bredni nadesłanych przez urząd. To już nie była kwestia zarzutów, a przede wszystkim tego kim ten mężczyzna był, jego żona i cała rodzina, spowinowacona blisko z mugolami. - Panie Farling, postaram się zrobić co w mojej mocy, aby panu pomóc – zapewnił rozgorączkowanego mężczyznę, spokojnym tonem, choć pozbawionym znamion uśmiechu, tak ewidentnie godnym zaufania. Powolnym ruchem wysunął kolejny list, który brzmiał podobnie do poprzednich, z tym że jego data była nie tak odległa od dnia dzisiejszego, a upomnienia zyskiwały już delikatne znamiona groźby, taki był ich cel, przerazić niczego niespodziewającego się cywila. – Kwestie prawne tego konfliktu, tyczą się zarządzeń, których siła jest wykorzystywana, aby działać na niekorzyść tych, którzy mogą przeciwstawić się nowemu ułożeniu świata, wedle rządów Cronusa Malfoya. Przynajmniej to wynika z dostarczonych przez pana dokumentów – wyrzekł, marszcząc brwi w zastanowieniu. – Nie wiedzę absolutnie żadnych rzeczowych pism, które mogłyby zagrozić pańskiej działalności wedle praw respektowanych przez dawny Wizengamont, jednak teraz... Cóż, z pewnością musi pan być świadom, że większość niedopłat, o których wspominając pierwsze listy, wiąże się z nowymi przepisami, jednak największym problemem, jaki się pojawia dla ministerstwa, który może doprowadzić do faktycznej… cóż, wizyty służb, jest fakt wykorzystywanie mugolskich technik – oświadczył. – Nie jesteśmy jednak w pozycji, aby wszczynać protesty, które mogłyby temu zaradzić. Widzi pan, ministerstwo poszło w ślad za terrorem, który sięga całego naszego kraju – mówił, przeglądając dalej pisma, poświadczające o tym, że jedynym problemem, tak naprawdę było tutaj pochodzenie i współpraca z mugolami. Fakt faktem sam nie był fanem, niektórych wynalazków, ale kto wie, być może w przyszłości współpraca mugoli oraz czarodziejów zaowocowałaby sporym postępem? Nigdy w tym układzie nie powinien być niewolnikiem, ani panem, a tego najwyraźniej starało się dowieść parszywe ministerstwo, nawet przez takie urzędnicze pisma. – Nastała wojna, panie Farling, niestety poza półwyspem kornwalijskim, związanym silnym sojuszem mego szwagra, nie jesteśmy w stanie bronić czynnie takich miejsc. Wiele biznesów zostało zamkniętych w ten sposób, więc wydaje mi się, że możemy mieć niewiele rozwiązań w tej sytuacji, jeśli wciąż pragnie pan utrzymać działalność. Jedną z opcji, byłoby pozbycie się mugolskiego sprzętu, natomiast musi pan liczyć się z możliwą wizytą, jaka nastąpi, gdy wystosujemy pismo, w którym zaprzeczymy o jakichkolwiek narzędziach mugoli wykorzystywanych do produkcji alkoholu – tłumaczył, zdając sobie sprawę, że w tej chwili łamał prawo. Jednakże prawo zbrodniarzy, okupantów i terrorystów, prawem prawdziwym nie było, dlatego chciał walczyć z nimi, starając się bazować na swojej wiedzy i radzić, tym którzy znaleźli się w wyjątkowo niekorzystnej sytuacji. – Wizyta będzie się najpewniej wiązała z ogólnym przeszukaniem pańskiej manufaktury i niewykluczone, że również domu. Kto wie, może nawet pańska żona wówczas znajdzie się w wielkim niebezpieczeństwie. Inną opcją będzie prowadzenie… dyskusji z urzędnikami, która pozwoli nam na przedłużenie możliwych decyzji do podjęcia, co nie będzie wykluczało, że pewnego dnia nadleci pismo, a raczej zaproszenie na przesłuchanie, związane z postawionymi zarzutami, a do tego wątpię, abyśmy chcieli dopuścić. Wiele osób… cóż, nie wyjdzie bez odpowiedniego przedstawiciela z pułapki, w jaką wpakować potrafią czarodzieja urzędnicy Malfoya. Niestety w obecnej sytuacji, nie jestem w stanie polecić panu nikogo z Londynu, kto mógłby panu pomóc na miejscu. Trzecim rozwiązaniem byłoby przeniesienie manufaktury. Będzie się to wiązało z kosztami, a także oczywistą przeprowadzką. Osobiście proponowałbym Irlandię, jednakże nie wiadomo, jak długo pozostanie ona poza wpływami Ministerstwa Magii – przedstawił swoje propozycje, woląc uświadomić, w jak paskudnym położeniu znajdował się właściciel. Nie było łatwym wyrzekać, jak niewiele można było zrobić, a także, że kroki do podjęcia wiązały się ze stratami. Najważniejszym było jednak uporanie się z dyszącym na karku widmem pojmania i wtrącenia do Tower za brak prawdziwej winy. Właściciel zaciskał usta, wpatrując się we wszystkie przywiezione ze sobą papiery, czując, jak opuszcza go nadzieja. Jego wiązanie technik warzenia piwa – mugolskich oraz magicznych, stanowiło poniekąd trzon produkcji, jaki nadawał trunkowi specyficzny posmak.
W tej samej chwili do gabinetu lorda wpadła dwójka najmłodszych dzieci, kłócąc się między sobą o coś, co tylko ich tato najwyraźniej mógł rozwiązać. Padły hasła o rozdartej sukni i sądach, jednak dzieci gdy tylko spostrzegły ojcowskie spojrzenie, nie potrzebowały słów proszących o opuszczenie gabinetu. Cassius wraz z Livią wycofali się natychmiast do korytarza, a drzwi zamknął za nimi skrzat, który pojawił się, jak i zniknął w nieprzeciętny, tajemniczy sposób. – Proszę wybaczyć – rzekł lord, na co pan Farling machnął ręką, a zaraz potem jego wzrok przykuło coś za oknem.
– Dlaczego nie dobrali się do mojego biznesu wcześniej? Dlaczego to nasiliło się dopiero teraz? – zapytał mężczyzna, wodząc po pustej przestrzeni spojrzeniem. Romulus westchnął na te pytania, zbierając listy w jeden stosik, a następnie przyciągając czyste papiery, a także kałamarz z piórem.
– Ponieważ Londyn został w pełni przejęty, co daje uzurpatorom władzy możliwość zajęcia się hrabstwami. W innych okolicznościach najpewniej miałby pan mniej problemów lub nie byłoby ich w ogóle – wyjaśnił, mając na myśli inne okoliczności, jako czasy, w których na fotelu Ministra Magii zasiadał nie kto inny, jak Harold Longbottom. Właściciel manufaktury westchnął ciężko, przenosząc spojrzenie na listy, a potem na znawcę prawa, kręcąc lekko głową, jakby chciał zaprzeczyć, że to, co stało się ze światem, było rzeczywistością. Szlachci odsunął się od biurka i przeszedł przez gabinet do jednej ze ścianek, gdzie znajdowała się spora kolekcja ksiąg traktujących o magicznym prawie. Wybrał kilka z nich, a następnie wrócił na swoje miejsce, poczynając poszukiwania konkretnego rozdziału, jaki przyszedł mu jeszcze na myśl.
- Zdaje mi się, że mam dla pana jeszcze jedno rozwiązanie…

| zt (1266)


Kto zatem czyni postępy?
Ten z was, kto machnąwszy z pogardą ręką na rzeczy zewnętrze, wszelkim staraniem otacza swą wolną wolę, tak ją zaprawia, tak ją hartuje i w rezultacie doprowadza ją do stanu takiej doskonałości, iż jest ona zgodna z naturą, prawdziwie wzniosła, wolna, niezależna od wszelkich trudności i przeszkód, wierna i skromna.


Romulus Abbott
Zawód : Radca prawny
Wiek : 39
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Żonaty
sprawiedliwości musi się stać zadość, choćby niebo miało runąć
OPCM : 26
UROKI : 6
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 1
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 6
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t9935-romulus-abbott#300392 https://www.morsmordre.net/t9965-minerva#301345 https://www.morsmordre.net/t9966-quo-vadis#301348 https://www.morsmordre.net/f204-dolina-godryka-norton-avenue-dunster-castle https://www.morsmordre.net/t9968-skrytka-bankowa-nr-2258#301376 https://www.morsmordre.net/t9969-romulus-abbott#301428
Re: Gabinet Romulusa [odnośnik]06.08.21 2:59
Znajdując się pomiędzy czystymi ścianami, których bogactwo dopieszczały portrety postaci wodzących za nim wzrokiem, ani trochę nie czuł się komfortowo. Obecność Wuja Lorda również nie napawała uciechą, choć działo się to tylko wtedy, kiedy spoglądał na niego nawet tak „zwyczajnie”, co w słowniku nazywało się poważnym wzrokiem. Mgliste wspomnienia sprzed kilku lat zamazywały postać lorda Abbotta jako wysoko postawionego pracownika Ministerstwa, który z naganą wypisaną na twarzy potrafił ukrócić jego młodzieńczy entuzjazm. Nie zmieniło się wiele, oprócz tego, że rudzielec zwyczajnie cieszył się z możliwości spotkania, przeżycia, a nawet i obrania wspólnego celu! Potrafił wyczuć, że nie pasuje, nie był to pierwszy raz, kiedy bez słów wyłapywał coś w atmosferze, choć w rzeczywistości lord jeszcze nic nie powiedział… a tak na serio, to zaczął z tym całym tytułowaniem… w porcie z pewnością by się zaśmiali. Jednak tutaj nie było nikogo po stronie zwyczajnych śmiertelników, oj nie. Wyczuwało się cały ciężar historii i przodków, którym należało się o wiele więcej niż pamięć, należało budować dziedzictwo. Nic dziwnego, że Wuj był tak spięty i poważny. Nosił na barkach o wiele więcej, niż było widać i właśnie to pozwalało mu trzymać wzrok na jego twarzy, bo przecież podziwiał go i szanował.
Przez minione miesiące, a nawet i lata zwyczajnie zapomniał, jak działały wszystkie te spotkania z arystokracją, dla której tytuły nie były zwyczajnymi błahostkami. Przyłapany na niezdarności i małym poziomie ogłady powstrzymał palące poczucie wstydu, które momentalnie objęło jego szyję, kark i uszy. Starał się powstrzymywać ciało, które reagowało na słowa Wuja z potężnym przejęciem. Zależało mu, nawet jeśli nie pojawił się wcześniej, to przecież lord Abbott z pewnością to wiedział, że postarałby się wcześniej, gdyby tylko nie te przeklęte okoliczności… wcześniej też nigdy nie udało mu się wejść do jego gabinetu. Można powiedzieć, że mieli dosyć uszczuplony kontakt, który polegał głównie na wymianie grzecznościowych zdań gdzieś w Ministerstwie lub przy spotkaniu Wuja Lorda z jego ojcem.
Kiwnął wcześniej głową na znak potwierdzenia pytania o rozgłośnię. Niestety w całym tym natłoku myśli, które pędziły do przodu, wypowiadając również litery składające się na określenie Macmillana szwagrem, nie zauważył szczególnej zmiany w postawie swojego rozmówcy, a raczej słuchacza. Zbyt skupiony na precyzyjnym oddaniu tego, co w głównej mierze przywiało go, aż do posiadłości w Dolinie Godryka i jak bardzo ukryć fakt, że wcale nie było mu wygodnie prosić o cokolwiek. Wolał własną pracę, której się nie bał. Utwardzone opuszki dłoni powinny powiedzieć to same przez się, jednak to zdecydowanie nie wystarczyło. Wciąż zbierał przecież na chatkę, która wydawała się idealna do przetrwania tam zimy. Zamiast tego otrzymał pomruk i zastanowienie, które przyprawiło go jedynie o rewelacje żołądkowe, jakby coś tam się obróciło? Nie mógł przecież nawalić, wujek Beckett na niego liczył, a on… a on wypalił z tym szczupakiem! Głupiec, bałwan, imbecyl jeden, nawet nie wiedział jakie epitety określiłyby odpowiednio jego stan umysłowy, bo co to był za tekst? Dobrze, że nie powiedział mu, co jadł na obiad, choć dzięki zdolnościom Philippy mógł faktycznie zjeść przepyszną kurę nadzianą czosnkiem z papryką, marchwią i grochem, więc de facto chyba też nie byłoby tak źle.
Yyyy – odpowiedział bardzo składnie, czując, jak również na jego polikach powoli pojawiają się rumieńce. Rozmówca zaczął wstawać, a serce rudzielca zabiło bardzo mocno w piersi, to tyle? Już po rozmowie? Czy szczupak zatopił możliwość pomocy radiu? Wujek Stevie będzie zawiedziony… nie mógł do tego doprowadzić i już nabierał powietrza, żeby zacząć coś tłumaczyć, kiedy zauważył uśmiech skierowany w jego stronę. Cała para zeszła z jego piersi i nawet nie starał się ukrywać, jak mu jest lekko, że był to tylko żart. Faktycznie przejął się całą tą sytuacją, bo przecież z Wujem Lordem nigdy nie było wiadomo. Słowa niby poważne, ale no właśnie, żart. Niby rozluźniony, kiedy tamten skierował się do wyjścia, czuł na sobie wzrok wszystkich obrazów. Niektóre z facjat zdawały się mało pocieszone, jeden chyba mruknął pod nosem skandal, ale równie dobrze mogła to być psotna myśl, że właśnie tego by się spodziewał. Poprawił się na siedzeniu, czując dyskomfort w każdym kawałku swojego ciała. Pewnie oni byli tutaj przyzwyczajeni do tych obserwacji, ale on? Nigdy w życiu.
Niedługo musiał się pokręcić na miejscu, aż Wuj Lord wrócił do gabinetu. Dobrze, nie zauważył jak kawałek ciasta dyniowego, ubrudził końcówkę swetra. Było pyszne, faktycznie trochę cieszyło, że nie musiał obserwować, jak jadł, bo pewnie nawet łyżeczkę trzymał nieodpowiednio – jeden z obrazów chyba zmierzył go wzrokiem, kiedy sięgnął po filiżankę z herbatą. Pychota.
Pierwszy, drugi, trzeci i czwarty mieszek kolejno pojawiły się przed jego oczami. Wiedział, że Abbottowie mają galeony, ale żeby, aż tyle? Tak po prostu? Na wyciągnięcie ręki? Przerażające. Musieli mieć tu dobre zabezpieczenia, z pewnością kuzyni Skamander się tym zajęli. Przeniósł wzrok z mieszków z monetami na Wuja Lorda z niemałym zmartwieniem na twarzy, które przemieniło się wraz z jego ostatnim zdaniem. Musiał sobie poradzić z tym brzemieniem, bo faktycznie, to było potrzebne.
Tak, ludzie potrzebują tego radia. – powtórzył po nim mocno, nawet nie starając się o pokwitowanie, bo dobrze wiedział, że działają we wspólnym celu i chyba głównie to powodowało, pozostanie w jednym miejscu. Niby normalne, a jednak każdy ruch był śledzony czujnymi oczami z portretu, wyczuwał to dość intensywnie. Został mu jeszcze jeden kęs ciasta, czy tym razem zdoła go zjeść bez rozciapywania jedzenia na swetrze? Wstydem byłoby wykazać się takim nieporządkiem w oczach Wuja Lorda, musiał poczekać, aż odwróci wzrok, chyba trochę go peszył. Nawet w szkole nikt nie był w stanie wypracować sobie w jego oczach takiego szacunku. Poważna mina Romulusa wcale nie pomagała. Łykając ten nadpity łyk herbaty, wyczuł posmak dyniowego ciasta, które tak wspaniale rozpływało się w jego ustach. Szkoda, żeby ten ostatni gryz się zmarnował. Ani przez chwilę w jego głowie nie pojawiły się myśli o tym, ile takich smakołyków zdołałby kupić za te pieniądze, bo one były przecież przeznaczone do czegoś innego. Zaskoczony wyznaniem odnośnie do rozmowy z właścicielami rozgłośni spojrzał na niego z nieco podniesionymi brwiami. Tego się nie spodziewał, choć był to bardzo dobry znak, na widok Lorda Abbotta z pewnością chcieli współpracować! Wysłuchał jego pytań, które faktycznie miały w sobie pewną łatwość w rozmowie, bo właśnie to mogli kontynuować dosyć swobodnie. Bał się, że Wuj Lord zacznie go pytać o… życie.
Zaangażować, to trochę za dużo powiedziane ja… – zawahał się przez chwilę, próbując sobie przypomnieć, jak to wszystko się zaczęło – Wprawdzie napisałem list do wu… Pana Stevie… znaczy Becketta i jakoś tak wyszło, że powiedział o swoim pomyśle, na który wpadł gdzieś w trakcie naszej korespondencji o tym, jak mało słyszy się z rozgłośni i jaka wielka szkoda, że już większość z nich jest zamknięta. Wspominała mi o tym kuzynka, Neala, pomyślałem, że wu… Pan Beckett z pewnością znajdzie sposób, żeby jakoś rozwiązać taką zagwozdkę, to bardzo zdolny czarodziej. – stwierdził bez zawahania, nawet nie orientując się, że w rzeczywistości wychodziło na to, że mógł mieć całkiem niezły udział w wymyśleniu całego tego zgiełku. W finalnym rozrachunku i tak była to praca wspólna ku większemu dobru, a to było najważniejsze. Wujek Stevie powinien spróbować tego ciasta, na pewno by mu posmakowało. – Wczoraj w sumie przetransportowałem część aparatury, a reszta z tego, co kojarzę, jest w rękach Anthonego. – zagalopował się nieco, wspominając o szwagrze, który również miał nieco do wykazania się. Wspaniale było odnaleźć wspólny język z mężem siostry, wszystko wydawało się powoli klarować w bardzo jasnych barwach, nawet przeprowadzka, którą planował już od jakiegoś czasu, zaczynała nabierać coraz ładniejszych kolorów. – Mam nadzieję, że nie zabieram za dużo czasu i nie zanudzam. – zreflektował się momentalnie, wracając do rzeczywistości, która przypominała mu, jak niewygodnie siedziało się nie tylko z braku puf, ale przede wszystkim ze świadomością, że wciąż czekał na niego ten ostatni kęs nałożonego na talerzyk ciasta. Odnalazł wzrok swojego rozmówcy, uśmiechając się do niego przepraszająco.


Serce mnie bije
Dusza zapije

Żyję

Reggie Weasley
Zawód : Prace dorywcze
Wiek : 28/29
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Kawaler
... here we go again
OPCM : 25
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 1
TRANSMUTACJA : 17
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 11
SPRAWNOŚĆ : 13
Genetyka : Metamorfomag

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t8733-regi-weasley https://www.morsmordre.net/t9176-poczta-uriena#278014 https://www.morsmordre.net/t9054-moze-mnie-kojarzysz#272989 https://www.morsmordre.net/f378-devon-okolice-plymouth-krecia-nora https://www.morsmordre.net/t9072-skrytka-bankowa-2069#273565 https://www.morsmordre.net/t9055-u-r-weasley#273095
Re: Gabinet Romulusa [odnośnik]06.08.21 5:34
Nieskładny dźwięk wydobywający się z gardła Weasleya, potwierdził jedynie pewne przypuszczenia Romulusa. Wierzył jednak, że młodszy czarodziej był na tyle bystry, aby zrozumieć całość sytuacji, co zresztą dostrzegł, gdy po raz ostatni obrzucił piegowatą twarz spojrzeniem. Pieczę nad gabinetem sprawowały obrazy, które poza stresowaniem i ocenianiem gościa, dopilnować miały, aby podczas nieobecności Abbotta nic nie zostało naruszone czy tknięte. Wszelkie nieścisłości w zachowaniu, wkrótce i tak miały dotrzeć do uszu lorda, gdy tylko ruda czupryna zniknie z murów posiadłości. Czy wciąż była to przezorność czy może już szpiegowanie? Dla Romulusa stanowiło to raczej codzienność, skoro nawykł, że do swojego miejsca pracy począł przyjmować tak wiele osób. Inaczej sprawa wyglądała w Ministerstwie Magii, jednakże te czasy minęły i nieprędko miały wrócić, nawet jeśli Zakon Feniksa zwyciężyłby wojnę, wówczas odbudowanie struktur zajęłoby więcej czas niżeli faktyczne przejście do porządku dziennego w sprawach pracy.
Musnął ostatni mieszek końcem palca, odkładając go na stolik, a słowa wypowiedziane przez młodego czarodzieja, identyczne do tych, które sam wyrzekł, przywiodły mu na myśl papugę. Nieco zmarszczył brwi, rozważając, czy młodzian po prostu zapomniał języka w gębie, aby wyrzec cokolwiek sensowniejszego czy może po prostu próbował okpić lorda i wyciągnąć od niego pieniądze. Z drugiej strony, wiedziała przecież, jaki Weasley był i być może pokładał w nim zbyt wielkie nadzieje, licząc na dystyngowane zachowanie i elokwentne słowa, zaplatające stosowny dialog, do którego powinno dojść między szlachetnie urodzonymi dżentelmenami. A może to on już nie nadążał za tym młodszym pokoleniem?
Widoczne zaskoczenie wskazało mu na fakt, że najwyraźniej młody Urien niewiele wiedział o zaangażowaniu w sprawę ze strony Abbottów, co z jednej strony go zadowalało, wszakże im mniej osób było w pełni świadomych każdego z punktów przedsięwzięcia tym lepiej. Potencjalne wrażliwe informacje pozostawały bezpieczne w przypadku nieszczęścia, którym można było nazwać ministerialnych szmalcowników, czarnoksiężników, rycerzy i śmierciożerców albo kogokolwiek innego pracującego na zlecenie tychże. Beckett doskonale potrafił zaprząc potrzebne osoby do pracy, kierując w sensowny sposób poczynaniami, stąd zaskarbił sobie szacunek i zaufanie lorda. Nie odmawiał mu pomocy – pieniężnej czy tej bardziej praktycznej, chociaż nigdy nie uważał się za kogoś, kto mógłby stawać w szranki w otwartej wojnie. Przyuczany od lat był gotów stawać nad planami strategii, rozważać, teoretyzować, szukać rozwiązań, które wymagały przemyślenia, a nie działania tu i teraz. Angażując się w takie działania z brakiem stosownego przygotowania lub wsparcia, mógłby narazić nie tylko siebie, a przede wszystkim rodzinę oraz newralgiczne informacje. Dlatego właśnie niespełna kilka dni temu, gdy późnym wieczorem pomagał pannie Clearwater odbić więźniów przetrzymywanych przez szmalcowników, skupił się na dostosowaniu taktyki, zdobyciu przewagi jeszcze przed walką, gdyż ta niekoniecznie mogła pójść po ich myśli, gdyby nie ukształtowanie terenu. Ciekawym jednak było również zestawienie dwójki wiedźmich strażników, gdy we wspomnieniach wciąż majaczyła mu panna Clearwater, tak rzeczowa, kulturalna i stosowna oraz Urien… którego plama na krańcu swetra nie umknęła uwadze Romulusa. Szlachcic od dłuższej chwili spoglądał na splamioną część materiału, rozważając zaoferowanie Weasleyowi czystego odzienia, ostatecznie jednak spróbował z ciężką myślą dręczącą pedantyczną chęć porządku, zignorować plamę, aby skupić się na opowiadanej historii. Wsłuchując się, upił kolejny łyk herbaty, stosownie odstawiając filiżankę na stolik, tuż obok leżących mieszków pełnych galeonów. Nie przerywał monologu czarodzieja, pozwalając mu całkowicie i w pełni dokończyć swoją wypowiedź, przygotowując w głowie listę pytań, które pojawiały się w trakcie. – Czyli ta rozgłośnia to poniekąd twój pomysł? – dopytał wreszcie, zastanawiając się, czy dobrze zrozumiał całą garść uplecionych słów. Był przyzwyczajony do wysłuchiwania czyichś historii, a także zadawania stosownych pytań, które umożliwiały, jak najlepsze wyklarowanie sytuacji, aby przedstawić ją w pełnej krasie, bez zatajonych szczegółów czy niedopowiedzeń. – W takim razie umniejszasz swoje zasługi, Urienie – zauważył, wskazując młodzieńcowi, że jego poczynania względem rozgłośni radiowej wcale nie były czymś, co można określać hasłem „to trochę za dużo powiedziane”. Czy może jednak Weasley był po prostu tak skromnym mężczyzną? A może łasym na komplementy narcyzem, sprytnie odgrywającym teatrzyk? Irracjonalność drugiej myśli rozbawiła lorda wewnętrznie, gdy brał pod uwagę te wszystkie nerwowe gesty i czerwieniejące policzki na frasobliwe uwagi. – Ach, Neala. Livia opowiadała o ostatnim spotkaniu młodych dam – napomknął, przyglądając się uważnie Urienowi, zastanawiając się, jak ten zareaguje w kwestii młodej Weasleyówny. Zdawał sobie sprawę, jak wyglądała sytuacja w rodzinie, toteż tym bardziej był zaintrygowany, jak wiele czasu było poświęcane młodej damie o iście lisiej kicie. Nie chciał wybiegać w przód z zarzutami, chociaż jego córka zdążyła mu kilkakrotnie szepnąć opowieści ze spotkań z lady Weasley, które zwykle posiadały w sobie jakieś ziarno niecodzienności. Może tak to już było z władcami Devon? Równie zastanawiające dla szlachcica wciąż było niewypowiedziane słowo, które ciągle pojawiało się przed nazwiskiem Steviego. W tej kwestii nie zamierzał się, aż tak powstrzymywać i gdy omiótł spojrzeniem portret córki, przypomniał sobie jej opowieści o lekcjach numerologii. – Rozumiem, że całkiem dobrze znasz się z panem Beckettem? – zagaił niezobowiązującym tonem, chociaż gdy jasne oczy wylądowały ponownie na licu rudowłosego czarodzieja, widoczna w nich powaga, poświadczała, że beztroskość była pozorna, a odpowiedź winna zostać udzielona. Brakowało jedynie, aby gdzieś z boku zasiadała drobna stażystka departamentu przestrzegania praw czarodziejów, notując każde pytanie oraz odpowiedzi dla późniejszego wglądu Abbotta, do dogłębnej analizy przedstawionych faktów. Tęsknił za rozprawami sądowymi, za dreszczem towarzyszącym w dociekaniu prawdy i walczeniu o sprawiedliwe wyroki. Czy przez ten cały czas zmiękł w jakimś stopniu? Powątpiewał, chociaż żona twierdziła, że dostrzegała te drobne różnice, zagłębienia i szlify, pojawiające się po czasie jego na krystalicznej postury przykładnego aspirującego sędziego.
Zerknął na ciasto, rozważając jego skosztowanie, jednak po zadanym pytaniu i otrzymanej odpowiedzi miał wrażenie, że nagle stracił apetyt. Chłodne spojrzenie utkwione w rudowłosym czarodziej, przez krótki moment analizowało lico w poszukiwaniu oznak żartu, jednak gdy go nie znalazło, westchnął z nieskrywanym ciężarem. – Anthony… Macmillan? – dopytał, niestety skaza nieprzychylności pozostała na nazwisku, wydawała się zbyt gorzko smakować w ustach. Oczywiście, była wojna, topory waśni między rodami winny zostać zakopane na rzecz ogólnego dobra, lecz przecież… kto śmiał powierzyć taki sprzęt w ręce alkoholika? – Czy ktoś jest w stanie dopilnować jego części działań? – zapytał dla pewności, obawiając się negatywnej odpowiedzi. Miał o mężczyźnie nienajlepsze zdanie, szczególnie po jego burzliwej wizycie na progu Dunster Castle, którą zdołał słyszeć nawet we własnym gabinecie. Cieszyło go, że Lucan miał tak wiele rezonu, aby nie stracić resztek cierpliwości do tego błazna. Zamrugał wymownie, wreszcie przecierając brwi, a potem czoło, jak gdyby naprawdę akceptacja szkockiego nazwiska wymagał od niego więcej sił, niżeli złowienie krnąbrnego szczupaka. Gdyby to zależało od niego, nie powierzyłby w ręce tego młokosa o szlacheckim pochodzeniu żadnego obowiązku. Nie był w stanie przetrawić również wydarzeń ze Stonehenge czy faktu, o rzekomym włamaniu się do rezerwatu znikaczy z końcem października. Bez dowodów nadal nie posłał listu do Kornwalii, co wydawało się ujmą na jego własny honorze, lecz przecież nie będzie sam wędrował po gęstych zaroślach w poszukiwaniu śladu awanturnika. Z zamyślenia pełnego zażenowania wyrwał go głos Weasleya. – Ależ skąd, dzisiejsze popołudnie mam zarezerwowane dla ciebie, Urienie. Nie widzieliśmy się przez… cóż, ile to minęło? – zapytał ciekaw, czy młodzieniec zdawał sobie z tego sprawę. – Opowiesz, co takiego działo się w twoim życiu, gdy brakowało cię w Anglii? – starał się, aby jego głos stał się łagodniejszy, mniej spaczony zażenowaniem na myśl o parszywym Macmillanie. Wciąż jednak miał u siebie gościa, dosyć specyficznego, a z racji własnych powodów chciał dowiedzieć się mimo wszystko czegoś o nim, aby przede wszystkim zrozumieć, co zaczęło kierować działaniami Weasleya, by przyjął taką, a nie inną postawę, którą raczył mu prezentować.


Kto zatem czyni postępy?
Ten z was, kto machnąwszy z pogardą ręką na rzeczy zewnętrze, wszelkim staraniem otacza swą wolną wolę, tak ją zaprawia, tak ją hartuje i w rezultacie doprowadza ją do stanu takiej doskonałości, iż jest ona zgodna z naturą, prawdziwie wzniosła, wolna, niezależna od wszelkich trudności i przeszkód, wierna i skromna.


Romulus Abbott
Zawód : Radca prawny
Wiek : 39
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Żonaty
sprawiedliwości musi się stać zadość, choćby niebo miało runąć
OPCM : 26
UROKI : 6
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 1
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 6
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t9935-romulus-abbott#300392 https://www.morsmordre.net/t9965-minerva#301345 https://www.morsmordre.net/t9966-quo-vadis#301348 https://www.morsmordre.net/f204-dolina-godryka-norton-avenue-dunster-castle https://www.morsmordre.net/t9968-skrytka-bankowa-nr-2258#301376 https://www.morsmordre.net/t9969-romulus-abbott#301428
Re: Gabinet Romulusa [odnośnik]06.08.21 15:00
Gdyby tylko wiedział, jak wiele uwag i myśli Wuj Lord poświęcał właśnie jemu, z pewnością jego poliki objęłaby czerwień, a tak? Nieświadom mógł błądzić słowami i umysłem po ścieżkach już zmierzonych, ale niekoniecznie takich samych jak starszy mężczyzna. Rzadko kiedy zdarzało się, aby tor jego myśli faktycznie podążył za tym samym co kilkadziesiąt lat starsi panowie. Niby jego rozmówca był stosunkowo młody, jednakże sposób wysławiania się i sam fakt tej powagi godnej stuletniego posągu, a nie żywego mężczyzny sprawiała, że momentalnie przywodził on na myśl respekt. Z pewnością był tego świadom, szczególnie gdy Weasleyowi odbierało mowę albo zaczyna dukać jak uczeń z drugiej klasy przyłapany na gorącym uczynku. Zdecydowanie nawet w szkole nie czuł takiego respektu. Praca z kolei rządziła się własnymi zasadami, tam sędziowie zawsze mieli w sobie jakiś pierwiastek wyższości, o którym nie mówiło się głośno, ale czuło przy każdym spojrzeniu. Lord Abbott również takie posiadał. Ciężkie, choć jasne tęczówki w kolorze błękitnego nieba; przebijało się w nich wewnętrzne dobro, które Weasley zauważał jakoś tak mimowolnie. Inaczej chyba nie potrafiłby wytrzymać tego spojrzenia, choć i tak było trudno nie uciekać wzrokiem. Czasy gówniarza się już skończyły. Pewne sytuacje należało wytrzymywać i brać na klatkę. Jeden wyjazd, a tak wiele zmian. Kiedyś z pewnością spłoszyłby się i dukał słowa, zamiast faktycznie coś mówić w pełni, bo na pewno nieskładnie.
Nie zauważył wzroku, który przypatrywał się plamie na jego swetrze, a raczej nie patrzył w taki sposób, aby odwrócić swój tor myślenia. Temat dotyczący rozgłośni był ważniejszy niż ufajdane ubranie, choć Wuj Lord z pewnością miałby całkowicie inne zdanie, już miał, ale to pozostawało już w wesołym braku świadomości rudzielca z rodziny płomiennowłosych.
Tso, chciał już wydusić z siebie na pierwsze pytanie zadane w swoim kierunku, jednakże powstrzymał się świadom tego, jak by to straszliwie zabrzmiało. – Nie, znaczy może trochę, tak w małym stopniu… po prostu podsunąłem, że dobrze byłoby usłyszeć coś dla pokrzepienia ludzi w innych hrabstwach… – próbował wyjaśnić – żeby nie czuli się samotni – nie potrafił mówić tych słów bez myśli o tym, że sam był równie zagubiony i opuszczony ze swojej własnej winy. Mógł wrócić do rodziny, mógł stawić czoła wszystkim pytaniom, z którymi borykano się w trakcie jego nieobecności, a zamiast tego zniknął jak pieprzony tchórz. – Pan Beckett dał mi znać, że znalazł sposób na spełnienie tego, o czym mu wspominałem. – powiedział w końcu, powstrzymując się już od nazywania Steviego wujkiem, trochę to nie przystoi tak przy Wuju Lordzie. Drugi raz ktoś mu mówił, że umniejsza swoje zasługi i wciąż jak ten ślepy, mały cielak, nie potrafił w to uwierzyć. Nigdy nie był pyszałkiem, stąd każdy czyn i myśl wydawały mu się bardzo naturalne. – To on zdecydowanie ma największe zasługi w tym wszystkim, ale przecież chodzi o efekt, prawda? – było to bardziej pytanie retoryczne niż faktyczne oczekiwanie na odpowiedź ze strony lorda Abbotta.
Słysząc imię swojej kuzynki, serce jakby zamarło mu w piersi. Martwił się, że do uszu lorda dotarły straszliwe plotki dotyczące tamtego haniebnego wydarzenia sprzed ponad miesiąca, jednak zaraz odetchnął na wieść o spotkaniu dwóch panien. Nawet lekko się uśmiechnął, bo dobrze było wiedzieć, że dziewczęta zawężały więzi. Nigdy nie sądził, żeby towarzystwo prostych ludzi mogło być złe, jednak z czasem zaczynał poważnie powątpiewać, w jakim towarzystwie obracała się Neala. Martwił się o nią, szczególnie gdy docierała do niego świadomość, w jakie kłopoty mogłaby ją wplątać ferajna z Londynu i… Anne? Nie do końca był pewien, czy dziewczęta poszły wtedy za namową chłopców, choć właśnie tak zakładał, może dobrze, może źle, wydawało mu się, że był oszukiwany, a to sprawiało, że ufność spadała do bardzo niskiego poziomu. – Livia… z pewnością ma dobry wpływ na Nealę. – stwierdził krótko, trochę odnosząc się do wiedzy, której na szczęście lord Abbott nie posiadał. Nie, żeby właśnie dał mu następny powód do kolejnych pytań. Nie był jej opiekunem, nie powinien też przejmować się tym, w jaki sposób nastolatka z rodziny powinna być wychowywana, jednak rodzice nie wiedzieli wszystkiego. Młoda Weasley’ówna potrafiła zamydlić oczy, jak jemu przy pierwszym spotkaniu, choć czy faktycznie powinien czuć się tak zmieszany po tym wszystkim? Przecież była tylko nastolatką, na pewno chciała czasem wyrwać się z domu i czy to faktycznie było takie złe? W głowie kotłowało się zbyt wiele pytań dotyczących spraw, na które niestety nie miał odpowiedzi; jedno było pewne, jej spotkania z Livią miały z pewnością bardzo dobry efekt. Takie miał nadzieje. Kątem oka złapał wzrok Wuja Lorda, który wpatrywał się w portret swojej córki. Z pewnością był dumny, sam również zerknął w kierunku obrazu. – Musisz być z niej dumny, to wspaniała młoda dama. – powiedział sympatycznie, choć zaraz wpadł w speszenie, bo przecież nie w jego gestii było strzelanie takimi uwagami, a raczej komplementami! Chyba. Skąd miał wiedzieć? Dawno już nie rozmawiał z tak poważnym czarodziejem o wysokim statusie.
To kolega mojego taty, pomagał mi również w zaopatrywaniu się w świstokliki, zanim… wyjechałem. – odpowiedział szczerze, nawet na chwilę nie dając zbić się z pantałyku, bo przecież o to pytał, prawda? – Znam go przez dobrych kilkanaście lat, jeśli nie więcej. – zdziwił się na własne słowa, bo przecież nie spodziewał się, żeby relacja z wujkiem Steviem miała tak głębokie korzenie; może właśnie dlatego wierzył, że tamten nie piśnie ani słowa o używce, którą przypadkiem mu podarował zamiast odpowiedniego proszku…
Twardość kolejnego spojrzenia, które zostało na nim skupione, przymroziło w miejscu. Wiedział, że Abbottowie nie pałają pozytywnymi odczuciami do Macmillanów, ale… Anthony nie był wcale taki zły! Cała jego rodzina była bardzo miła… zgarbił się trochę, kiedy rozmówca wypowiedział imię i nazwisko jego szwagra, jakby tamten był jakimś kryminalistą. Na kolejne pytanie wyprostował się lekko, czując jakąś wewnętrzną potrzebę obronienia męża swojej siostry. Z pewnością nie wychodziłaby za jakąś łachudrę, która nie potrafi zadbać o obowiązki, szczególnie tak istotne dla innych czarodziejów. Był przekonany co do porządnej postawy Anthonego, dlatego bez cienia wątpliwości odpowiedział – Nikt nie musi sprawdzać jego części działań, z pewnością sobie poradzi. Działamy wspólnie. – przypomniał bez jakichś nagan w głosie, po prostu uważał, że należało powiedzieć, jakie miał ku temu stanowisko. – Na dniach z pewnością pójdę jeszcze pomóc w remoncie, więc gdyby cokolwiek się wydarzyło, będziemy reagować. – dodał po chwili, mając na myśli oczywiście tylko i wyłącznie jakieś niepowodzenie związane ze sprzętem, nie fakapem, jaki mógł zafundować Macmillan, bo niby co by zrobił? Uprowadził aparaturę? Nie mieściło się to pod rudą, krótką czupryną Weasleya. Niestety również nie wiedział on o sporej części niechlubnej historii, jaką Anthony splamił swoją własną postać w oczach lorda Abbotta, z pewnością nie pierwszy i nie ostatni raz nie wiedział wszystkiego. Wszyscy naokoło opowiadali mu, jak wspaniałym i bohaterskim czarodziejem jest szwagier, jak miał im nie uwierzyć? Faktycznie, strzelił mu w nos, ale to nie znaczyło, że się nienawidzili!
Prawie… prawie dwa latasir, niemal wyrwało się z jego ust, kiedy pytanie sięgnęło jakiegoś tonu, który przypominał mu pracę. – Przepraszam, że nie zgłosiłem się wcześniej, trochę zbyt dynamicznie to wszystko ruszyło do przodu. – powiedział z ciężarem na piersi, kompletnie nieświadom tego, że marszczy brwi i spogląda na Wuja Lorda z szeroko otwartymi, szczenięcymi wręcz oczami. Naprawdę było mu przykro, że tak zaniechał nie tyle obowiązków, ile zwyczajnego zapewnienia, że wciąż żyje, choć czy faktycznie kogokolwiek to obchodziło? Wciąż nie potrafił rozgryźć, co faktycznie myślał Wuj Lord.
Musiałem wyjechać z powodów… z powodów służbowych – zaczął powoli, zachęcony do opowieści o swojej nieobecności, lord Abbott zasługiwał przecież na jakieś wytłumaczenie – po przedostatnim Sabacie wysłano mnie i przełożonego do Norwegii w ślad… za kimś – nie wiedział, jak wiele mógł powiedzieć, dlatego ograniczał się jedynie do pewnych ogólników – nasze zadanie skończyło się… – zatrzymał się na chwilę, starając się znaleźć odpowiednie słowo, które nie zraniłoby szlacheckich uszu, bo sam przecież ani trochę nie uważał się za lorda – fiaskiem. – dokończył finalnie, próbując zebrać się w dalszej opowieści, która mogłaby go już tylko pogrążyć. – Nie byłem w stanie wrócić do Anglii, słyszałem o tych anomaliach, które tu panowały i gdzieś w międzyczasie okazało się, że mój raport wraz z listami nie dotarły do miejsca docelowego… – kontynuował niezrażony faktem, że omijał pewne kwestie, choć nie sądził, aby one jakkolwiek interesowały Wuja Lorda. Nie mogły, bo wiedział, że za tym łagodniejszym tonem w pytaniu czaił się sędzia sprawiedliwy, który za dobre wcale nie wynagradzał, a za złe skazywał. – i wróciłem do Londynu pod… inną postacią. Nie mogłem narażać nikogo, więc do czasu uspokojenia się sprawy czekałem na ujawnienie się, że wciąż żyję. – nie wiedział jak, innymi słowy, streścić cały ten czas swojej nieobecności, ale wszystko było przecież prawdą. Nie musiał nawet specjalnie kłamać, a z pewnością Wuj Lord nie zamierzał słuchać o tym, jak wił się na ulicy po bójce, którą sam sprowokował w Oslo jako karę za śmierć towarzysza, bo przecież wciąż uważał, że to była jego wina…


Serce mnie bije
Dusza zapije

Żyję

Reggie Weasley
Zawód : Prace dorywcze
Wiek : 28/29
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Kawaler
... here we go again
OPCM : 25
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 1
TRANSMUTACJA : 17
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 11
SPRAWNOŚĆ : 13
Genetyka : Metamorfomag

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t8733-regi-weasley https://www.morsmordre.net/t9176-poczta-uriena#278014 https://www.morsmordre.net/t9054-moze-mnie-kojarzysz#272989 https://www.morsmordre.net/f378-devon-okolice-plymouth-krecia-nora https://www.morsmordre.net/t9072-skrytka-bankowa-2069#273565 https://www.morsmordre.net/t9055-u-r-weasley#273095
Re: Gabinet Romulusa [odnośnik]06.08.21 20:48
Nie przerywał, nawet gdy pozornie bezsensowna paplanina wciąż tańczyła po języku Weasleya. Trochę. W małym stopniu. Nieco szokowało go, w jak niskim położeniu stawiał się Urien, całkowicie niwecząc możliwą okazję do zabłyśnięcia, niemniej jednak nie pozwalał sobie na jawne okazanie tej mieszaniny zdziwienia i zaniepokojenia. Czyli Urien był skromny, chociaż w jego odpowiedziach wiele poczynało składać się na możliwie niską samoocenę, która wkradała się zaraz za bagatelizowaniem własnych zasług. Szacunek do innych był jedną stroną medalu, drugim zaś był ten do samego siebie. Nie jest on dany ot tak, wbrew pozorom najciężej było prawdziwie zasłużyć na szacunek do własnego ja – czy też od własnego ja. Krok po kroku, dążyć samodoskonaląc wewnętrzną potrzebę akceptacji i nie zafałszowując tego wszystkiego czczym narcyzem, który zaledwie pozornie mógłby poświadczać o dojrzałości pogodzenia dwóch ścieżek oglądu na świat. Może nawet wszechświat, będący nie tylko odbieranym bodźcami w percepcji wielorakiej, tego co otaczało byt, ale równie tego co w samym bycie się kryło. Na jakim etapie tego wszystkiego znajdował się Urien? Czy nie wydawał się przedkładać dobra innych ponad swoje? Uznawane to było za altruizm, ale jak wiadomo powszechnie, wszystko w nadmiernych ilościach było niekorzystne. Poczynając nawet od wody lub powietrza, kończąc na ludzkich zachowaniach, które wkraczać mogły w rewiry niebezpiecznie blisko płatające się pośród ślepego podążania za ideami. Fanatyzm i głupota wyrastały z tych samych korzeni. Nawet jeśli był to fanatyczny altruizm. Skinieniem głowy wyraził aprobatę do całej opowiedzianej historii, sięgając po filiżankę i racząc się kolejnym łykiem ciepłego napitku. Weasley wydawał się wewnętrznie dobrym i prawym człowiekiem, o ile nie próbował kłamać lub odgrywać czegoś na kształt znamiennych zdolności, tylko bez przybrania innej facjaty. W umyśle Romulusa wciąż kłębiły się notatki, odnoszące się do tego, jakim wydawał się być bardzo daleki krewny. Analizował, oceniał i słuchał, próbując na nowo skonstruować sobie opinię o człowieku, którego tak dawno nie widział. Chcąc nie chcąc młodszy czarodziej był lordem i to nie tym młodym, roztrzepanym, który mógł potykać się wciąż o wyżyny arystokratycznego środowiska, nawet jeśli nosił nazwisko powszechnie odrzucające piastowane przez szlachtę konwenanse. Jeśli Romulusa pamięć nie myliła, Reginald zbliżał się coraz prędzej do trzydziestki, która nieubłaganie winna wskazywać na zawzięcie się do wykonania należytych obowiązków – małżeństwa, dzieci i pracy. Ale… była wojna, a więc wszystko komplikowało się jeszcze bardziej. Stąd chyba Abbott wydawał się móc przymknąć oko, na, chociażby tego całego szczupaka, który najpewniej w tej chwili znajdował się już w jednym z pieców, przygotowywany na kolację przez kucharza.
Retoryczne pytanie w istocie wywołało na ustach szlachcica coś na kształt uśmiechu, poświadczającego o zadowoleniu z usłyszanej odpowiedzi. Efekt stanowił główny cel, pokrzepienie serc i ich poruszenie. Czym właściwie jednak było poruszanie serc innych ludzi? Co oznaczało? Tak często spotykał się z tym stwierdzeniem podczas swoich przemów na salach sądowych. „Poruszyłeś serca, Romulusie” – ale czym jest samo serce? Organem, swego rodzaju mechanizmem, który czasem bije szybciej, czasem wolniej. Czasem całkowicie zamiera. Nie znaczy wiele, poza swoją rolą w organizmie, a jednak tak wielu uparcie trzyma się poetyckiego wyrażenia, przypisując mistycyzm tkance mięśniowej. Więc co tak naprawdę oznacza poruszenie czyjegoś serca? Czy nie jest to zaledwie branie we władzę uczuć? I czy tymi uczuciami władali przywódcy świata, by porwać za sobą tłum? Tym była władza, niczym innym. Kontrolą emocji – innych emocji. Strachem, radością, miłością, smutkiem – władając nad tym, można było pokierować każdym w dowolną stronę. Nawet pozornie ci, których emocje nie opanowywały w ferworze zamieci losu, ostatecznie łamali się przez nie, bo to one były podstawą każdej jednostki. Co z tym, którzy naprawdę ich nie odczuwali? Kuriozum, które należało zbadać, lecz to nie było zajęciem Romulusa – wyjątki potwierdzały zaledwie regułę, a skuteczność perswazyjnego podejścia do innych stanowiła problematykę jego specjalizacji, której wyrzec się nie mógł nawet w prywatnych sytuacjach, jak chociażby ta.
W istocie Livia wydawała się jedną z najlepiej wychowanych młodych dam pośród części szlachty opowiadającej się za polityką promugolską. Nawet jeśli tak by nie było, dla własnego ojca taką by pozostawała – rzecz jasna, dopóty nie spróbowałaby w żaden sposób zhańbić przysługującej jej opinii od rodziciela. Słowa Uriena wydawały się utwierdzać Romulusa w fakcie, jakoby z młodą Weasley’ówną mogły być… pewne problemy w kwestiach wychowawczych. Córka zdążyła mu opowiedzieć, jak to Neala siadała sama do siodła, przypominając bardziej leśnego duszka niżeli damę, jak raczyła to określać młoda lady Abbott. Drobne informacje zasiewały ziarna wątpliwości, których nie można było odrzucić. Niebawem obie dziewczęta miały dostąpić zaszczytnego wieku, w którym należało wprowadzić je na salony, a tym samym rozpocząć poszukiwania małżonka godnego ręki, tudzież rozważać napływające oferty zamążpójścia. – Opowiadała mi, jak to poczuwa się w obowiązku zrobienia lady z Neali – zauważył, wskazując tym samym, że coś w zachowaniu młodej Weasley’ówny było nie tak. Zwykle bardziej angażował się w wychowywanie synów, ponieważ nad damami powinny sprawować pieczę ich matki. Różnicą w tym wszystkim był jednakże fakt braku obojga rodziców Neali, pozostawionej przez los. Być może brakowało jej odpowiedniego wzorca tudzież impulsów. Ostatecznie jednak pozwolił sobie pominąć te kwestie wraz ze zmianą tematu na jego własną córkę, poniekąd zdziwiony kurtuazją młodszego czarodzieja. – Jestem dumny z każdego mojego dziecka – nadmienił, chociaż Cassius zawsze nadwyrężał ojcowską cierpliwość. Te dąsy z piekła rodem przy brukselce w obiedzie potrafiły być nie do zniesienia. Wierzył jednak, że w towarzystwie swojego rodzeństwa wkrótce najmłodszy syn nabierze stosownej ogłady, przestając sprawiać tak wielkie problemy, mogące zawstydzić całą rodzinę. Ostatecznie wszyscy czujemy się śmiesznie. Wszyscy byliśmy zawstydzeni. Wstyd nie prowadzi jednak do porzucenia, ale do jedności i z tą myślą właśnie lord spoglądał na Uriena, rozważając jego nerwowe gesty.
Na wspomnienie Becketta pokiwał głową, przysłuchując się otrzymanej odpowiedzi. Najwyraźniej numerolog był szerzej znany nie tylko w Dolinie, posiadając liczne znajomości. Niesamowite więc było, że starszy czarodziej wciąż pozostawał taki sam – nie pysznił się, skupiony na swym rzemiośle, pochłonięty nauką, zaskarbiał sobie sympatię wielu osób i to najwyraźniej również tych o wyższym statusie. Ceniony naukowiec, który podobnie, jak Urien wydawał się zapominać o samym sobie. Może stąd wynikała postawa Weasleya? Tropów było wiele, a analityczny umysł ciągle próbował znaleźć rozwiązania. Względnie przyjemna atmosfera wywołana sylwetką numerologa rozmyła się na rzecz parszywego Macmillana. – Poradzi, o ile nie będzie miał w ręce kolejnej butelki z alkoholem – nieco ostrzejszy ton rozbrzmiał w gabinecie, uciszając nawet jeden z obrazów, na którym dwójka przodków wydawała szeptać do siebie wymianę opinii w kwestii przebiegu spotkania. – Miej na niego oko, Urienie. Nie chcę, aby ponownie zataczał się pijany na czyimś progu – wyraził prośbę, wierząc, że Reginald miał w głowie na tyle rezonu, by pojąć niebezpieczeństwo płynące z alkoholizmu charakteryzującego sylwetkę Macmillana. Przez krótką chwilę nawet sam rozważał wybranie się w miejsce rozgłośni, ale zdając sobie sprawę z piętrzących się obowiązków, wolał odpuścić.
Dwa lata minęły od ich ostatniego spotkania. Dwa lata, które wzburzyły krajem ponad miarę, niwecząc wartości dotychczas panujące w londyńskiej i ministerialnej społeczności. Żal mu było Wielkie Brytanii i tego co się działo, nie mogąc nawet sprawić, aby nikczemnicy ponieśli karę za swe czyny. Przedkładał prawo nade wszystko, piastując rodzinne tradycje, jednakże jedna z prawd była niezaprzeczalnie niezmienna – najprawdziwszą karę odczuwano nie w więzieniu, a w duszy. Wierzył więc gdzieś głęboko, że ta już zdążyła doścignąć pierwszych zwyrodnialców, jednak może zbyt wiele nadziei pokładał w ludziach. Ostatecznie ukoił myśli, pozwalając sobie wsłuchać się całkowicie w opowieść wiedzioną na północ Europy. Przeprosiny, zostały kurtuazyjnie przyjęte wymownym skinięciem głowy i chociaż gest był niewielki, tak jednocześnie oznaczał ni mniej, ni więcej zaniechanie dalszego powracania do tematu nieobecności i oczywistego przeciągania pierwszego spotkania po nieobecności Weasleya. – Errare humanum est – podsumował całą wypowiedź Uriena, a zaraz potem odchrząknął, by przetłumaczyć sentencją wypowiedzianą przez Senekę Starszego. – Błądzić jest rzeczą ludzką – nie chciał wygłaszać swojego monologu, co sądził o postępowaniu młodszego czarodzieja, zresztą gdybanie co zrobiłby na jego miejscu, było bezcelowe, niemniej jednak nie zostało to wszystko ukierunkowane we właściwe tory, przynajmniej w jego opinii. Nie było to lordowskie. Obcym były mu wydarzenia, które spotkały młodszego szlachcica, a i również nie wiadomo, ile przyniosłyby pożytku lub zguby poprowadzone inaczej. – Od jak dawna byłeś w Londynie? – zapytał, a w tonie zarysowało się zaintrygowanie. – Jak tam teraz jest? – kolejne pytanie opuściło usta lorda. Był ciekaw, niedane mu było odwiedzać stolicy od… czy to rok już minął? Po tragedii w Stonehenge zbyt wiele się zmieniło, aby mógł swobodnie postawić nogę na progu Londynu. Nawet jeśli znalazłby odwagę, aby to uczynić, to miasto zostało przesiąknięte plugastwem do reszty. Poprawił się na białym materiale, dopijając resztkę herbaty w oczekiwaniu na odpowiedź.


Kto zatem czyni postępy?
Ten z was, kto machnąwszy z pogardą ręką na rzeczy zewnętrze, wszelkim staraniem otacza swą wolną wolę, tak ją zaprawia, tak ją hartuje i w rezultacie doprowadza ją do stanu takiej doskonałości, iż jest ona zgodna z naturą, prawdziwie wzniosła, wolna, niezależna od wszelkich trudności i przeszkód, wierna i skromna.


Romulus Abbott
Zawód : Radca prawny
Wiek : 39
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Żonaty
sprawiedliwości musi się stać zadość, choćby niebo miało runąć
OPCM : 26
UROKI : 6
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 1
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 6
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t9935-romulus-abbott#300392 https://www.morsmordre.net/t9965-minerva#301345 https://www.morsmordre.net/t9966-quo-vadis#301348 https://www.morsmordre.net/f204-dolina-godryka-norton-avenue-dunster-castle https://www.morsmordre.net/t9968-skrytka-bankowa-nr-2258#301376 https://www.morsmordre.net/t9969-romulus-abbott#301428
Re: Gabinet Romulusa [odnośnik]08.08.21 0:53
Od samego początku wiedział, że rozmowa z Wujem Lordem będzie jedną z cięższych w ostatnim czasie. Miniony miesiąc wydawał się składać tylko z takowych, a to powodowało nabywanie wprawy w rozmowach o problemach, które pojawiały się gdzieś po drodze. Czy był w tym dobry? Raczej wątpliwe, choć niezaprzeczalnie łatwiej było mu wypowiadać jakiekolwiek słowa, bo przecież wiadomo, że wcześniej nigdy nie pozwoliłby sobie na branie kwestii zbierania pieniędzy na podobny projekt w swoje ręce. Nie był postacią odpowiedzialną, a jednak w głowie urodziły się pewne kwestie zmuszające do coraz to większej ogłady. Nie próbował osądzać, czy było to dobre, czy też złe, po prostu działał, bo to właśnie takie mądre głowy jak ta sędziowska zajmowały się taktyką i strategią, aby jego ręce miały robotę do zrobienia. Podobał mu się ten układ, tylko dlaczego poczuwał się momentami w obowiązku? Gdzie były te młodzieńcze czasy, podczas których mógł skupiać się jedynie na zadaniach otrzymanych ze strony przełożonych i nawet więcej, pracować po godzinach – tworząc dodatkowe tożsamości, które miesiącami po powrocie z Oslo wykorzystywał dla własnego użytku w postaci przeżycia.
Rozluźnił się na moment uświadomiony, że wcale nie chodziło o problematyczne towarzystwo, w jakim się obracała nastolatka. Krótki śmiech wyrwał się z ust Weasley’a, kiedy tylko usłyszał, jak to kuzynka postanowiła zrobić z Neali lady, dobre sobie. Rzadko się zdarzało, aby dziewczę o tym samym nazwisku co on, była w stanie wykazać się sympatią do reguł dotyczących wszystkich zasad szlacheckich. Przecież znaleźli się w tym tworze lorda Nott’a tylko i wyłącznie przez przypadek, bo jaki mógł być inny powód? – Myślę, że to bardzo szczytny cel, który niestety nie jest prosty do osiągnięcia. Dziewczęta o nazwisku Weasley to… – niezłe ziółka, lisice, ogniste serca? Niezależnie od nazwy zabrzmiałoby to źle i zorientował się oczywiście w momencie, kiedy już miał kończyć swoje słowa. Zastygł na chwilę z tym lekkim uśmiechem na twarzy, bo nie zamierzał przecież robić jakiejś przypadkowej gafy przed Wujem Lordem! Wciąż musiał się pilnować, a raczej powinien! Spoważniał na moment, wyczuwając ciężar spojrzenia swojego rozmówcy. – Wierzę, że Livia potrafi przekonać do swojego. – nie wiedział, czy była to dość dyplomatyczna odpowiedź, choć jedno było pewne – nie zamierzał pozostawić córki Romulusa bez żadnego komplementu. Młoda, dobrze wychowana dama prezentowała wszystko, co najlepsze względem zachowania szlacheckiego, problem polegał na tym, że Neala, tak jak i on – nie dostawała strawy ze złotej misy. Nie ważne jak bardzo by się starano, ich rodzina wciąż pozostawała pewnego rodzaju wyrzutkiem z perspektywy choćby samego faktu, że mugolska wojna zniszczyła bardzo dużo z ich ziem. Efekty po bombardowaniach wciąż były widoczne w Devon, nawet miejsce, gdzie miała powstać rozgłośnia, posiadało niezatarte ślady i nędzny widok ich możliwości na odbudowę poszczególnych miejsc. Kiwnął jedynie głową na słowa o dumie ze swoich dzieci. Z pewnością musiało to rozpierać pierś takie wspaniałe uczucie, że jest się kim opiekować. On swoją uwagę od obowiązków oczekiwanych od szlachcica, przeniósł na Pont Street i cieszył się jedynie zadowoleniem Wuja Lorda, choć ani na sekundę nie zamieniłby tego, co odnalazł pomiędzy swoimi drzwiami a balkonem miesiąc wcześniej. Nie zdając sobie z tego sprawy, uśmiechnął się do siebie. W towarzystwie lorda Abbotta nie musiał przecież udawać… chyba.
Momentalnie z twarzy zniknął przyjazny wyraz, kiedy dotarło do niego, do czego pije Wuj Lord. Zgarbił się lekko, obniżając własną posturę na niewygodnym siedzeniu. Ciążył na nim już nie tylko błękit spojrzenia sędziego, ale również portretów, które z pewnością zauważyły jego reakcję. Czy Anthony mógł mieć jakiś problem z alkoholem? Może… może należało mu powiedzieć o Archibaldzie, który… dość systematycznie pomagał mu w jego… sytuacji. Starał się obronić okropną myśl, którą jakby zdradzał zaufanie do postaci Macmillana, ale przecież znał poszczególne symptomy i… co jeśli Anthony kiedyś przesadzi i podniesie rękę na Rie? Przerażająca myśl zmroziła jego krew, która również zmusiła go do zaciśnięcia pięści. Wierzył w słowa lorda Abbotta, ale wierzył również w porządną postawę twórcy whisky, nie potrafił jedynie pozbyć się myśli, że na pewne sytuacje nie ma się wpływu. Pamiętał własne przerażenie, kiedy obudził się i pomyślał, że zrobił komuś krzywdę. Faktycznie niechwalebny czyn z Celine miał swoje skutki, jednakże pamiętał, jak pognał do drugiej kamienicy na Pont Street, starając się dojrzeć tych śladów, które mógł przypadkiem zostawić. Odpuszczenie samokontroli oznaczało wiele przerażających rzeczy. Anthony mógłby pozwolić sobie na tak wiele jak on? Był wprawdzie tylko mężczyzną, ale uzależnienia… one rządziły się swoimi prawami. Dzięki Merlinowi za Archibalda, który przybliżył mu cały problem. Nie oznaczało to wcale, że wieczorem nie spróbuje znaleźć jakiejś otwartej butelki, którą zdołałby dokończyć na… dobry sen. Philippa była zajęta, więc mógł pozwolić sobie w końcu na jeden z tych wieczorów, co z tego, że przeczyło to wszystkiemu, co omawiał z Prewett’em, kiedy perspektywa, że gardło zaszczypie w ten charakterystyczny sposób była… przerażająca. Od miesiąca już borykał się ze świadomością tego, jak łatwo przychodziło mu sięganie po flaszkę. Powoli starał się to ograniczać. Philippa nie powinna wiedzieć. Ręce na udach zacisnęły się w pięści, szukając w tym jakiegoś ujścia złości? Niepewności? Ciężkiej do rozwiązania zagwozdki? Nic nie odpowiedział.
Lekki uśmiech przeciął zmartwioną wcześniejszym tematem twarz rudzielca, którego dłonie powoli zaczęły się rozluźniać. Błądzenie w istocie było rzeczą ludzką, dlatego przyjmował, że nawet Wuj Lord pomimo swojego nieocenionego doświadczenia i znajomości ludzkich zachowań też mógłby popełnić błąd w ocenie Anthonego. Starał się uwierzyć w to, że szwagier nie jest takim czarodziejem, jak sugerował lord Abbott, bo jeśli tak to… starał się nie pokazywać ponownego zdenerwowania na własne myśli, które uderzyły go szarą rzeczywistością. Pewnie i tak asekuracyjnie napisze jeszcze do siostry, podpytując o Macmillana, bo z nim musiał się zwyczajnie spotkać. Zmianę tematu nawet na tak nieprzyjemny, jak jego powrót do Londynu sprawił, że spięte mięśnie nieco się rozluźniły. Podświadomie czekał, aż padnie również wyrok na niego i jego pojedyncze przygody po flaszce, czy Wuj Lord mógł wiedzieć? – Od marca tego roku. – odpowiedział zwięźle, nie starając się wchodzić w szczegóły, choć kolejne pytanie drążyło kwestię Londynu, pozwolił sobie na kolejne rozluźnienie, bo przecież nie musiał mówić o sobie. – Szaro, ponuro, miejscami wręcz pusto. Ludzie walczą o przetrwanie, ale zdarzają się też uchodźcy. Jakiś czas temu trafiłem na… – zaczął historię, urywając w połowie, bo już jego wzrok powędrował w stronę portretów, które wykazywały duże zainteresowanie torem ich rozmowy. Odnalazł błękit nieba w tęczówkach rozmówcy i wziął się w garść. Nie był na plutonie egzekucyjnym tylko u Wuja Lorda. – starszą charłaczkę i jej siostrzeńca, którzy próbowali uciec poza granice stolicy. Port wygląda, jakby działał pod dyktando Ministerstwa, magiczna milicja wysypała się na ulice i robią łapanki dla tych, którzy nie posiadają zarejestrowanej różdżki. Wprowadzono jakiś dziwaczny obowiązek zgłaszania się do rejestracji. Imię, nazwisko, miejsce zamieszkania i rodzaj różdżki, a do tego cały wykaz dwa pokolenia wstecz co do krwi. – wyjawił informacje, które wydawały mu się najważniejsze, bo przecież od tego huczał cały Londyn. – Ostatnio Ministerstwo weszło również do portu. Nie próbują przebierać w ludziach, których aresztują. Ludzie są głodni i zziębnięci, bo mimo wszystko mało kto przejmuje się tymi, którzy są na samym dole – przemilczał fakt, gdzie znajdował się on, choć po śladach na wewnętrznych częściach rąk wydawało się to dosyć oczywiste. Magia nie zawsze była dozwolona, a nawet pomocna, zdarzało się, że szybciej było coś przenieść lub podnieść, bo nie każdy bosman lubił machanie różdżką przy statku. Skupił się jednak na plotkach i informacjach zasłyszanych w porcie. – chociaż słyszałem, że w grudniu oprócz jarmarku ma odbyć się jeszcze jakaś akcja charytatywna z ramienia dam. Primrose Burke, Aquila Black i Evandra Rosier, to organizatorki, przynajmniej tak słyszałem. Mieszkańcom zaproponowano jedzenie, więc wydaje się, że jednak widzą problemy, które powodują, że nie tylko dzieci żebrzą na ulicach. – powiedział z pewnym rodzajem ulgi, bo przecież Londyńczykom, którzy zdecydowali się nie porzucać własnych dorobków na rzecz sytuacji politycznej i reżimu należało się coś od tych, którzy pławili się w dobrach. Każdy przecież domyślał się, że tamci wiedli wystawne życie, nawet ten gabinet poświadczał jedynie o statusie majętności szlachty. Nie wiedział, czy tylko oni w Devon wiedli równie proste życie, któremu daleko było od bogactwa. Obrazy osób stojących w kolejkach do sklepów, gdzie półki były praktycznie puste, wyryły się w jego pamięci na całe życie; głód w błyszczących oczach dzieciaków, które plątały się na poszczególnych ulicach również. Ktoś powinien się nimi zająć, a skoro mieli środki, to pomimo nienawiści do historycznych ekscesów wolał już, żeby ich karmiono z ręki dobrych panów. Potrafił schować dumę do kieszeni, bo chodziło przecież o przetrwanie. Zapasy żywności dostępnej dla mieszkańców nie powalały swoją liczbą. Widział malejące dostawy, które przypływały dla ludności. W ustach wciąż pozostawał niesmak z wypowiedzianych słów, a jednak potrafił przyznać jedno. – Mam nadzieję, że zdołają bardziej zaopiekować się Londyńczykami, którzy zostali. – stwierdził trochę jakby oddalonym głosem, bo zatopił się we własnych myślach. Czy dobrze było jeść z ręki niegodziwców? Warto byłoby umierać z głodu? Momentalnie przypomniała mu się scena z Oslo, kiedy jego kompan skonał na jego dłoniach… nie chciał widzieć kolejnych śmierci, nawet jeśli były one spowodowane czymś innym niż zaklęciami. Dobrze jest oddychać i właśnie wtedy zrobił głęboki wdech, czekając na werdykt lorda Romulusa.


Serce mnie bije
Dusza zapije

Żyję

Reggie Weasley
Zawód : Prace dorywcze
Wiek : 28/29
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Kawaler
... here we go again
OPCM : 25
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 1
TRANSMUTACJA : 17
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 11
SPRAWNOŚĆ : 13
Genetyka : Metamorfomag

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t8733-regi-weasley https://www.morsmordre.net/t9176-poczta-uriena#278014 https://www.morsmordre.net/t9054-moze-mnie-kojarzysz#272989 https://www.morsmordre.net/f378-devon-okolice-plymouth-krecia-nora https://www.morsmordre.net/t9072-skrytka-bankowa-2069#273565 https://www.morsmordre.net/t9055-u-r-weasley#273095
Re: Gabinet Romulusa [odnośnik]08.08.21 5:41
To…? – uniósł brew, chociaż zrobił to raczej z czystej chęci rozbawienia Uriena, gdyż doskonale zdawał sobie sprawę, o czym młodszy czarodziej mówił. – Jak to się mówi… żywe srebro, czyż nie? – dokładnie tak postrzegał nie tylko panny, ale każdego Weasleya. Ogniste głowy, ogniste temperamenty. Lord nigdy nie uważał, by kwestię odpowiedniego zachowania można było przypisać do tego, z jakiego półmiska się jadało – złotego, srebrnego, miedzianego czy drewnianego. Nawet jeśli takowej misy mogło brakować, człowiek wewnątrz pozostawał wierny samemu sobie. Nasuwała mu się zawsze wówczas na myśl panna Isabella, wydziedziczona przez zawistną ciotkę, próbująca odnaleźć się pośród żywota między nieszlacheckim towarzystwem. Pomimo mijających miesięcy, wciąż pozostawała damą i on to dostrzegał, za każdym razem gdy ją widywał, nie wierzył więc, by usprawiedliwiać można było usytuowaniem pewne zachowania. Jednocześnie podobnym przypadkiem był Alexander, tak wymownie odznaczający się swoimi wyuczonymi gestami i obyciem, że ciężko było odmówić mu lordowskiego zachowania.
Na kolejne miłe słowa o córce zlustrował uważnie Uriena, może nawet nieco podejrzliwe, po czym pokiwał głową, przyznając rację. Młoda lady Abbott posiadała wiele cech ojca, jednak dar przekonywania leżał w dużej mierze po matczynej stronie. W końcu nikt inny nie potrafił wpłynąć na Romulusa tak jak jego żona.
Wealsey nic nie odpowiedział. Lord nie dostał potwierdzenia, ani zaprzeczenia od młodszego czarodzieja względem wystosowanej prośby. Zgarbienie i dziwaczna reakcja, emanująca z Weasley’a zaniechały również kolejnych słów, które mogły pojawić się wobec możliwych odpowiedzi. Nastała cisza, działająca najsilniej na zmysły. Głośniejsza od krzyku, drażniąca delikatnie włoski na karku poczuciem niepokoju. Co w ciszy mogło się kryć, jakie tajemnice oraz opinie skrywała? Tak wiele pytań przynosiła, gdy otulała bezdźwięcznym szeptem koniuszki nerwów słuchowych. Ten jeden, krótki moment, w którym lord dopuścił się odarcia z kart perswazji i pozwolił, aby emocje uwiodły nim samym, a nie zaś jego rozmówcą. Dlatego nastała cisza, bo nie poczynił odpowiednich ruchów pionami szachownicy, pozwalając się przeciwnikowi wymsknąć niczym śliska ryba z rąk nieuważnego wędkarza. Cisza. Nieprzyjemna towarzyszka, gdy traciło się nad nią pieczę. Zrywała się ze smyczy niespostrzeżenie, polując bez ataku i sycąc się zaledwie procesem. Zatrważająco niewygodna, gdy następująca w niezaplanowany sposób, naznaczona nutą niepewności w obserwacji reakcji siedzącego naprzeciw czarodzieja. Czyżby uświadomił sobie zagrożenie płynące z możliwej nieodpowiedzialności nalanej do szklanicy wraz z macmillanowskim trunkiem? Sprzęt, którym zajmowała się cała kompania powołana przez Steviego Becketta, został udzielony przez właścicieli rozgłośni, wierząc, że nikt go nie zepsuje, ani nie uszkodzi i być może lord mniej skupiałby się na tym aspekcie, gdyby nie fakt, że to na swoje dobre imię obiecała uchować sprzęt od zniszczenia. Ostatecznie to jemu zaufano, jego słowom i argumentom, wystosowanym w towarzystwie pana Rinehearta, a nie facjacie pijanego Macmillana. Nie chciał zawieść ludzi, którzy powierzyli mu dorobek życia, przystając na propozycje, a jeśli do ewentualnego niepowiedzenia miał przyczynić się Anthony, w Abbocie narastał wówczas niewytłumaczalny rodzaj gniewu i… zażenowania? Nie potrafił ubrać w słowa tego dziwacznego stanu. Na szczęście dość już było o tym, a chociaż kolejne tematy nie mogły pretendować do nagrody najprzyjemniejszych, tak u obu lordów najwyraźniej nastąpiło ewidentne rozluźnienie, porzuciwszy temat alkoholika z rodu alkoholików.  
Nigdy nie twierdził, że każdy czyn, którego się dopuścił, był bezbłędny. Czyste płótno osobowości posiadało rozdarcia i plamy, których nie mógł się pozbyć, ani zacerować. Każdy je posiadał, a ci, którzy fabrykowali dowody, by jawić się najprawdziwszym kryształem, byli bardziej podejrzani od najgorszych mętów społeczeństwa. Kłamstwa zawsze były piękniejsze, dobrane należycie fakturą do świadków, oczarowując i przedstawiając dokładnie to czego chcieli być świadkami. Prawda taka nie była; prawda, choć nie tak piękna, to szczera, prosta, przejrzysta. Miała wyzwalać, prowadzić do sprawiedliwości, która górowała i świeciła nad oceanem wszechrzeczy, prowadząc zbłąkane statki wędrowców do brzegu obietnic wiecznego ukojenia. Szanował więc tych, którzy nie bali się mówić o błędach, nawet gdy mogły ich zawstydzić lub odkryć plamy, wcześniej, tak skrzętnie przysłaniane. Ludzie uczyli się na błędach, to błędy pozwalały wspinać się coraz wyżej, a tylko ignoranci gardzili taką nauką. Weasley mógł się obawiać, drżeć przed odkryciem przykrych faktów swych wojaży, a jednak zyskiwał na tym, zaskarbiał sobie szczerością więcej niżeli obłudnymi historiami, którymi mógłby uraczyć go każdy inny. To był dobry, młody mężczyzna. Zagubiony, możliwe, że nieokrzesany i stąpający zbyt blisko krawędzi, tak niezaprzeczalnie miał w sobie wewnętrzną siłę, tylko należało ją oszlifować i ukierunkować.
Westchnienie uleciało w eter z kiwnięciem głowy, na usłyszaną datę pojawienia się w Londynie. Marzec… Kto jeszcze pamiętał o całym marcu, gdy tak wiele mówiono o bezksiężycowej nocy, która splamiła ulice stolicy krwią? Uważne spojrzenie zostało wbite w Uriena, by zaraz za nim podążyły słowa, pragnące upewnić się w możliwym fakcie, którego wydźwięk nie był do końca pozytywny. – Byłeś tam w bezksiężycową noc? – Chciał go słuchać, dowiedzieć się i zrozumieć, a jak mógł to zrobić bez zadawania pytań? Czujny błękit styku nieba i morza, przetoczył się pomiędzy ciemnymi mleczami na łące tęczówki szlachcica. Nie chciał napominać mu, jak niebezpiecznym wówczas był pobyt – ile złego mogło przynieść zaginięcie jednego z dziedziców Devon.
Opisy londyńskich ulic próbowały wizualizować się w głowie lorda, potwierdzając tym samym doniesienia, o których słyszał od dawna. Nie żeby nie dostawał innych informacji z pierwszej ręki, jednak chciał dokładnie usłyszeć co miał do powiedzenia na ten temat Urien, jak on widział tamten świat, a skoro posiadał tak wiele twarzy, to z pewnością zdążył zasłyszeć i ujrzeć wiele historii. Nie odstępował Weasley’a spojrzeniem, towarzysząc mu, niczym kulawy prowadzony przez ślepego. Kulał i ubolewał nad historiami kalającymi Londyn. Kochał ten kraj, kochał stolicę, wyrażał się ponadprzeciętnym patriotyzmem, a każda szrama i rysa na sercu państwa, gorała również na nim samym. – Hm… Zarejestrowałeś w takim razie różdżkę? – rzucił mimowolnie, gdzieś między słowami młodszego czarodzieja, pragnąc odnotować kolejne, dokładne potwierdzenie faktów. Słyszał o tym procederze, co więcej musiał się z nim zaznajomić, by pomagać innym, odpisując na urzędnicze pisma nadsyłane przez ministerialne pionki. – Oczywiście, że wymagają newralgicznych danych. Dwa pokolenia wstecz… Nie zdziwię się, gdy nagle czarodzieje półkrwi staną na celowniku tych zwyrodnialców – napomknął w zastanowieniu. – Przepraszam, kontynuuj, Urienie – nadmienił po swoich wtrąceniach. Kręcił głową zamyślony nad kolejnymi słowami. Podejrzewał, że aresztowania mogą być tylko po to, aby wzbudzić strach i respekt, niekoniecznie doszukując się faktycznej winy podejrzanych. Jednak dobrze to wyglądało, prawda? Łapano przestępców i buntowników w czynny sposób, nadmieniając, jak wielki zagrożeniem wciąż pozostawali. Istnie wybornie przeprowadzana propaganda, która jednak wciąż posiadała swoje nieścisłości. Ciekaw był, jak ten cały Sallow, którego kojarzył z ministerialnych korytarzy, miał zamiar wybrnąć. Wówczas padły słowa o akcji charytatywnej, na co mężczyzna ściągnął nieco brwi, poprawiając się na fotelu. Lady Black, córka Polluxa Blacka, której debiut obserwował na jednym z sabatów. Miłośniczka historii magii, córka wprawnego polityka, ucząca się dopiero, jak obracać słowami oraz czynami. Lady Burke, krnąbrna miłośniczka trzymania się własnego zdania, intrygujące zjawisko pośród dam. I wreszcie lady doyenne Rosier o nieprzemijającej urodzie, godnej mitycznej istoty. Kojarzył je wszystkie, tak młode i odznaczające się należytą prezencją podczas sabatów noworocznych. Pokiwał głową ze swego rodzaju aprobatą, chociaż nie był pewien czy inicjatywa wyszła od dam czy może osób postronnych, dla jakich tylko wizerunek młodych szlachcianek pasował do takiego przedsięwzięcia. – Mhm, zaiste ktoś wydaje się dostrzegać problemy. Szkoda, że patrzą na to tak krótkowzrocznie. Tego typu okazje zamknąć mają krzyk tłumu zaledwie na chwilę, po tej akcji charytatywnej, najpewniej w przeciągu kilku tygodni głód powróci, chyba że będą powtarzać to cyklicznie, co poniekąd może wywołać efekt, o który im chodzi, chociaż nie jestem pewien czy lord Malfoy pozwoliłby sobie na takie… wybacz za słownictwo, wypasanie biedoty, jaka krzywi obraz jego wizji Londynu – zauważył dosyć chłodno. – Fałszywy altruizm, wykorzystujący te jednostki, które są przyparte do muru – objaśnił, gdyby ta strona medalu wciąż pozostawała dla Reginalda nieodkryta. Niezaprzeczalnie jednak takie okazywanie dobroci mogło nieść z pewnością ulgę dla głodujących Londyńczyków, którzy bez grosza przy duszy, próbowali przeżyć z dnia na dzień. Napełnienie żołądka ciepłą miską zupy, mogło uratować czyjeś życie, pomóc przetrwać najtrudniejszy okres, jaki być może dla niektórych był kluczowy, bo potem… może będzie lepiej? – Jednakże… – pokiwał głową z westchnieniem. – Najważniejsze jest ludzkie życie, ci ludzie pozostawieni na pastwę losu, naznaczeni znamieniem wojny potrzebują jedzenia. Zima już dawno za pasem, dobrze, że dostaną tę żywność, mam nadzieję jedynie, że nikt nie będzie im kazał się płaszczyć i całować butów za kawałek chleba – zauważył, widząc obawę w przesadnym pokazywaniu władczości przez panujące rządy. – Ludzie mają swoją godność – pogładził się po brodzie, analizując twarz swojego rozmówcy, jakby chciał poznać historie malujących się tu i ówdzie blizn. – Chociaż jeśli przeprowadzać to mają damy, tak jak wspomniałeś, myślę, że powinno obejść się bez takowego teatru. Kobiety mają wrażliwe serca – delikatnie uśmiechnął się na myśl o własnej żonie. – Dobre serca, pełne troski i czegoś jeszcze, czego nam, mężczyznom, ewidentnie brak – roześmiał się uczciwie, kończąc tym samym swoją przydługą wypowiedź. Drzwi od gabinetu skrzypnęły, uchylając się delikatnie, na tyle by przez niewielkie przejście zdołał przecisnąć się mały skrzat. Płócienna szatka – bo szatą nazwać tego zwisającego materiału nie można było – okalała drobne ciałko stworzenia, niwelując nieco znaczącą dysproporcję między wielką głową z gigantycznymi oczami, błyszczącymi posłuszeństwem, a chuderlawym ciałkiem. Mimowolnie błękitne spojrzenie, pomknęło między skrzatem a Reginaldem, a kąciki ust wzniosły się delikatnie na porównanie, które w szyderczy sposób mimowolnie zabłysnęło między myślami. Odchrząknął, skinąwszy głową do skrzata, aby udzielić mu możliwości przerwania konwersacji lordom, na co ten złożywszy dłonie przed sobą, pochylił się, kłaniając delikatnie i zerknąwszy najpierw na Uriena, niepewnie postąpił kilka kroków do przodu, ostatecznie wracając spojrzeniem na Abbotta. – P-panie, podwieczorek został przygotowany, za-zapraszam do jadalni – zająknął się Bławatek, na co Romulus kiwnął głową, przyjmując do wiadomości fakt przygotowanego jedzenia. – Chodźmy, Urienie. Spróbujemy tego twojego szczupaka – stwierdził, podnosząc się z kanapy i zapinając guziki marynarki. Tym samym dał znać, że ani myślał przyjmować odmowy, zresztą, to było jego prawo gościnności, ażeby gościa odpowiednio ugościć, szczególnie po takiej przeprawie, którą z pewnością zapewnił młodemu lordowi.

| zt
i widzimy się po nowym roku z kolejną rybką, Urienie Reginaldzie Weasley


Kto zatem czyni postępy?
Ten z was, kto machnąwszy z pogardą ręką na rzeczy zewnętrze, wszelkim staraniem otacza swą wolną wolę, tak ją zaprawia, tak ją hartuje i w rezultacie doprowadza ją do stanu takiej doskonałości, iż jest ona zgodna z naturą, prawdziwie wzniosła, wolna, niezależna od wszelkich trudności i przeszkód, wierna i skromna.


Romulus Abbott
Zawód : Radca prawny
Wiek : 39
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Żonaty
sprawiedliwości musi się stać zadość, choćby niebo miało runąć
OPCM : 26
UROKI : 6
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 1
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 6
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t9935-romulus-abbott#300392 https://www.morsmordre.net/t9965-minerva#301345 https://www.morsmordre.net/t9966-quo-vadis#301348 https://www.morsmordre.net/f204-dolina-godryka-norton-avenue-dunster-castle https://www.morsmordre.net/t9968-skrytka-bankowa-nr-2258#301376 https://www.morsmordre.net/t9969-romulus-abbott#301428
Re: Gabinet Romulusa [odnośnik]28.08.21 17:40
4 stycznia, noc

Delikatny materiał białej sennej sukni sunął po alabastrowym drewnie, gdy bosa i cicha stąpała przez korytarze Dunster Castle niczym duch. Rdzawe pukle opadały bajeczną kaskadą na plecy, a w szmaragdowych oczach błyszczała pewna podniosłość, gdy spoglądała na dzierżony w dłoniach podarek skryty pod wiekiem eleganckiego pudełka; nadszedł bowiem czas odpłacić się za lata szczodrości stosowanej wobec niej przez ukochanego rodzica, nadszedł czas obdarować również i jego, co by początek roku nadszedł w akompaniamencie zdumionego uśmiechu. Nie sprawiła tego sama - nauczyciele ruszyli jej z pomocą, za powierzone w ich dłonie galeony zdobywając to, czego zażyczyła sobie młoda lady. Tyle dla niej czynił. Przez cały żywot chronił przed złem, otulał mężnym skrzydłem sprawiedliwości i bezpieczeństwa, kojąc serce, gdy była zbyt już samotna, by modlić się o piękny poranek dnia następnego. Był dla niej wszystkim, on, ojciec, ten, który wraz z małżonką sprowadził ją na ten świat, który rozpieszczał ją w swej dobroci i pielęgnował niczym najdelikatniejszy z kwiatów kiełkujący w zaczarowanym ogrodzie.
Stanąwszy przed drzwiami prowadzącymi do jego gabinetu, Livia spojrzała na skrzata kroczącego u jej boku. Niepewnie pstrykał palcami, otwierając zamek, którego otwierać bez pozwolenia nigdy nie powinien - lecz ona brała winę na siebie, bez cienia zawahania wkraczając do środka, do pomieszczenia skąpanego w cieniu późnej nocy. Ze ścian spoglądali na nią przodkowie uwiecznieni na niemagicznych portretach, oczy rzeźbionych popiersi zdawały się śledzić każdy ruch, zwiewny i ulotny jak falująca na wietrze firana otwartego balkonu; lady Abbott zastygła na chwilę, wpatrzona w malowidła. Rozświetlał je jedynie blask księżycowej łuny dostający się do środka przez niezasłonięte okno. Tylu wspaniałych czarodziejów, tyle wybitnych czarownic - czy miała szansę pewnego dnia zaskarbić sobie ich przychylność? Ich zadowolenie?
Przeszła później do masywnego biurka, za którym zwykle zasiadał pan ojciec, najmądrzejszy z lordów, najbardziej sprawiedliwy, najsilniejszy spośród nich wszystkich. Wyobrażała sobie dłoń dzierżącą eleganckie pióro zamaczające stalówkę w kałamarzu z atramentem, kreślące później litery na pergaminie, spisując decyzje, rozkazy i instrukcje, których znaczenia nawet nie pojmowała. Była ledwie marnym puchem, oderwana od politycznych układów niczym znikacz beztrosko tańczący z wiatrem - ale to właśnie tam pozostawiła opakowane prezenty. Dopasowany pas z nakładką na sakwy, sygnet dzierżący w swoim oczku Oko Ślepego, woreczek skrywający srebrny gwiezdny pył, a także wszystko to, co w grudniu udało jej się utworzyć pracą własnych rąk. Kilka kadzideł, eliksirów. Czy okażą się one przydatne? Musiał pokazać to czas, pewna była jednak, że lord Romulus uczyni z nich pożytek w taki czy inny sposób, był przecież tak błyskotliwy.
Zanim odeszła, poprawiła jeszcze złożoną notatkę przytwierdzoną do białej kokardy na wierzchu pudełka, ledwie króciutki list przeznaczony dla oczu najważniejszej w jej życiu osoby. Sprawiedliwości musi się stać zadość, choćby niebo miało runąć. Kocham cię. Rozpozna jej pismo, rozpozna na pewno - czy się uśmiechnie? Czy poczuje dumę? Livia obróciła się powoli, raz jeszcze patrząc na obrazy, którym nagle, delikatnie - pokłoniła się z szacunkiem, nim wyszła, gabinet pozostawiając takim, jakim go zastała.

zt
przekazuję Romulusowi: nakładkę na pas z sakwami, oko ślepego, srebrny gwiezdny pył, kadzidło odprężające (żywica: ladanum); kadzidło cierpiącej duszy (żywica: olibanum), mieszankę antydepresyjną (1 porcja) i eliksir słodkiego snu (1 porcja)


slipping out of notice,
the beats of the heart chime, they are unmistakeably a sign of life. painted as far as the heavens reach, the sky is tinted in a shade of blue. endlessly it repeats itself, almost as if it were atop a boxed garden.
Livia Abbott
Zawód : działaczka na rzecz rezerwatu znikaczy, młoda dama
Wiek : 16
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Panna
So I won't testify the crimes you're keeping score of. Why don't you throw me to the wolves? I thought you were one.
OPCM : 10
UROKI : 2
ALCHEMIA : 12
UZDRAWIANIE : 3
TRANSMUTACJA : 3
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 12
SPRAWNOŚĆ : 4
Genetyka : Zwierzęcousty

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t9963-livia-abbott#301228 https://www.morsmordre.net/t9971-wenus#301492 https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/f204-dolina-godryka-norton-avenue-dunster-castle https://www.morsmordre.net/t9973-skrytka-nr-2260#301500 https://www.morsmordre.net/t9972-livia-abbott#301494
Gabinet Romulusa
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach