Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia


Ekipa forum
Login:

Hasło:

[sen]I'd suffer Hell if you’d tell me
AutorWiadomość
[sen]I'd suffer Hell if you’d tell me [odnośnik]17.11.21 18:22
n o c i’d gladly stay with you, die and decay to a handful of bones


To była cicha noc - jedna z tych nocy, które wydają się wielkie jak oceany, ciemne jak ich głębie; jedna z tych nocy, które zdają się ciągnąć w nieskończoność - w całe tuziny nieskończoności, nigdy nie kończyć. Londyn owinął się w mgłę i spał płytkim snem żołnierza na froncie - oddech miał głęboki lecz nierówny, gotów poderwać go ku gotowości w każdej sekundzie. Wraz z miastem spali wiec ludzie, choć nie wszyscy, bo tak wielu z nich uginało się w ciemnych zaułkach ratując ostatki ciała przed śmiercią, tak wielu krążyło po domach w bezsennym niepokoju, tak wielu leżało w pościeli sztywno i ciężko niczym zwłoki, wpatrując się w wiszące nad nimi nisko sufity. Myśleli - o śmierci, o niebezpieczeństwie, o głodzie. Myśleli - o przyszłości, o ogniu, o strachu. Słońce było tak daleko, wydawało się jedynie wspomnieniem czegoś, co zniknęło dawno temu; zginęło gdzieś w pyle wojny.
Pyl wojny miał zresztą w zwyczaju pochłanianie wszystkiego, osadzanie się na każdej drobnej rzeczy, wchodzenie w oczy nawet wtedy, gdy te były zamknięte. Nie uchowała się przed nim kamienica na Old Compton Street, choć jej stary mugolski właściciel podobno gdzieś jeszcze żył. Numer trzynasty, wąska sylwetka budowana z bordowej cegły, białe ramy okien i granatowe drzwi, które nigdy się nie domykały, wiec do środka wdzierał się zewnętrzny świat - mróz, śnieg, koty, krzyki i nieszczęście. Strome schody prowadziły w mglistą pustkę, piętro po piętrze, deska po desce, aż w końcu gdzieś w tych chmurach pojawiały się dwuskrzydłowe drzwi.
Spał i nie spał jednocześnie. Gdy zamykał oczy, koszmary wracały - wyciągały ku niemu długie palce, wpatrywały się w niego tymi jasnymi oczami. Ich ciała były powyginane bardziej niż zwykle, mniej ludzkie niż zwykle. Budził się więc znów, choć budził się nadal śniąc i odnajdywał swoje ciało na zużytym materacu pojedynczego łóżka wciśniętego pod skos strychu. Uderzał głową w żeliwną ramę, wtulał twarz w poduszkę, aż w końcu usiadł i rozejrzał się z dezorientacją.
Poddasze było takie jak zwykle. Małe mieszkanie podzielone seriami niskich ścian, przypominało drobny, ciemny labirynt osobliwości. Obrazy zajmowały każdy wolny kawałek podrapanych ścian, patrząc na wprost na niego postaciami z jego własnych snów, czasem ze snów innych ludzi. Drewniane podłoga, porysowana latami tutejszego istnienia, była pokryta plamami - czerwonymi palmami olejnej farny - która w nieprzyjemny sposób przypominała krew. Sypialnia była jednocześnie pracownią i przedpokojem. Dwie sztalugi, kilka półek, stół. Kurz z kradzionych książek unosił się w powietrzu, wraz z nim drapiący w gardło zapach terpentyny, kwaśny papierosowy dym i jałowiec, który był z nim zawsze. Zamrugał, gdy doszło do niego, że okno jest otwarte, a chłód wdziera się do środka wraz z mętnym światłem księżyca. Wstał, chciał je zamknąć, ale wtem odezwało się pukanie.
O tej porze?
Gdy szedł w stronę ciężkich drzwi, jego spojrzenie złapał obraz wiszący przy nich. Na niej szczupły, młody mężczyzna, dziwnie enigmatyczny, jakby nieswój. Rozpięta na piersi biała koszula, na kołnierzu krwista plama, ciemne loki w nieładzie, zaskakująco jasne oczy i zaskakująco zaróżowione policzki - minęło kilka sekund i kilka kolejnych uderzeń w drzwi nim doszło do niego, iż patrzy w lustro. Musiał otworzyć.
- Co ty tu robisz? Nie powinieneś, coś mogło ci się stać. - Był tu. Cały owiany nocą i jakimś dziwnym spokojem, którego Silas nie rozumiał. Jasne włosy opadały mu na jedno oko i trochę śniegu zaplątało się w kosmyki a on nie był w stanie przez kilka sekund oderwać wzroku. Musiał wpuścić go do środka, nie mógł jednak oprzeć się wrażeniu, że coś jest nie tak. - Zmarzłeś. - drzwi zamknęły się za nimi cicho, Silas przyłożył dłoń do chłodnego policzka.




the voice that urged Orpheus
When her body was found, I'd be the choiceless hope in grief that drove him underground

Silas Macaulay
Zawód : Malarz koszmarów
Wiek : 24
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
i who am
haunted and haunting
OPCM : 0
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : -
SPRAWNOŚĆ : -
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t10513-silas-macaulay https://www.morsmordre.net/t10556-desdemona#319901 https://www.morsmordre.net/t10557-malarz-widmo#319932 https://www.morsmordre.net/f405-old-compton-street-13-6 https://www.morsmordre.net/t10690-s-macaulay?highlight=S++Macaulay
Re: [sen]I'd suffer Hell if you’d tell me [odnośnik]19.11.21 15:30
Nigdy nie czuł się dzieckiem ciemności.
To pocałunki słonecznych promieni składane na policzkach od późnej wiosny do wczesnej jesieni zawsze były jego żywiołem. Te same, które powodowały wysyp jasnych piegów, ledwo przecież odróżnialnych od koloru skóry. One sprawiały, że czuł się naprawdę sobą; właściwie gdzieś w nim, bardzo głęboko, poza zasięgiem świadomej jaźni, kwitło przekonanie, że bez słońca nie potrafiłby żyć. Że podobny był zbyt bardzo do własnych roślin, układanych w równej linii na parapecie zdecydowanie zbyt wąskim, by móc pomieścić nawet niewielki ułamek jego kolekcji.
A jednak dziś wniknął w nią zupełnie tak, jakby stała się jego drugą naturą. Przemykał przez oświetlone słabym światłem dochodzącym z okien tych nieszczęśników, którzy jeszcze nie zdołali zapaść w sen ulice, momentami zatrzymywał nawet własny oddech, tak długo, jak tylko było to możliwe. Aż płuca nie zaczynały piec go żywym ogniem, aż nie musiał wypuścić kłębu pary z ust, aż nie zrobiło się dziwnie, półprzyjemnie lekko. Cisza, jaka zapadała nad miastem, jaka zapadła tego wieczoru, była niesamowita. A on z kolei nie był człowiekiem godnym jej zakłócania.
Mimo to parł dalej.
Śnieg i wiatr naprzemiennie próbowały wedrzeć się w każdą szczelinę ubrania, szczególnie wybierając sobie jedno miejsce, w którym zawinięty wokół szyi szalik nie przylegał do skóry tak mocno, jak powinien. Do kąsająco—słodkich pocałunków mrozu na własnych chudych i długich palcach przyzwyczaił się najprędzej, nie zwracając zbytnio uwagi na brak rękawiczek. Musiał je zostawić na szafce przy drzwiach, gdy sięgał po klucze. Gdy sięgał po coś jeszcze, co trzymał w tych dłoniach jak największy skarb, bo tym w istocie było. Wojenne marzenia nie pozwalają na skarby nadzwyczajne.
Gdyby spytać go, jak przecisnął się przez ciemne klatki schodowe, jak odnalazł się wreszcie na skrzeczących schodach, jak zapukał w dwuskrzydłowe drzwi — nie zdołałby odpowiedzieć. Niewiele właściwie widział, a jeszcze mniej wiedział. Czuł tylko — czuł całym sobą, praktycznie całość ciężaru wszechświata, wszystkie bodźce, jakie ten miał mu do zaoferowania.
Delikatne wibrowanie w palcach, które zabrane z siarczystego mrozu ponownie zapraszały do siebie krew.
Lekki stukot kroków. Podłogi miejsc takich jak to wydawały mu się przeraźliwie lekkie; do tego stopnia, że nie był daleki od wyobrażenia sobie tego, jak pękłyby gdyby on sam ledwo podskoczył.
Odryglowany zamek.
Drżący z ekscytacji oddech, któremu w ruchu wtórowała dolna warga.
Kosmyki miodowych loków wchodziły mu w oczy. Niekoniecznie miał ochotę o to zadbać.
— Nie mogłem spać — odparł natychmiast, jakby nie musiał nawet słyszeć pierwszych słów gospodarza. Szeroki uśmiech wystąpił na jego wargi, światło wpadające zza pleców Macaulaya znalazło odbicie w jego oczach, prosta, srebrna smuga księżycowych pozostałości na ziemi. — Mam ciasto — dodał chwilę później, wyciągając zmarznięte dłonie przed siebie. Biszkopt z brzoskwiniami i kremem, zupełnie nierealny. Nieprzystający do tego miejsca, miasta, do wojny klejącej się do ścian, a jakoś dziwnie pasujący do enigmatycznego, noszącego sznyty niepewności i krępującego wyczekiwania Silasa oraz jego towarzysza, który chętnie przekroczył próg mieszkania.
Nie tylko przekroczył próg, stuknął lekko drzwi lewym biodrem, a słodkie szczęknięcie zamku dało im obu pewność, że przynajmniej na chwilę byli bezpieczni.
— Trochę — przyznał mu rację; w normalnych okolicznościach martwiłby się, że dotknięcie zimnego policzka może być niekoniecznie przyjemnym doświadczeniem w środku nocy. Jednakże ochoczość, z którą Silas przechodził do fizycznego kontaktu, spotkała się z nietypowym (tej nocy wszystko było nietypowe) jak na Castora poczuciem, że m u s i odpowiedzieć. Przekrzywił głowę w bok, policzek składając wprost w ciepłą dłoń malarza. Przymknął nawet powieki. Długie, jasne brwi załaskotały w policzki. — Ale już lepiej. Zjesz ze mną?
Nie spytał o krwawą plamę na kołnierzu, nie pytał również o obrazy spoglądające na nich z każdego kąta, nie zapytał nawet o to, dlaczego nie śpi. Odpowiedzi na wszystkie te pytania były zbyt proste, zbyt przewidywalne. Zbyt ukorzenione w tym, co z każdym rankiem przypominało o tragizmie ich położenia.
W nocy mogli być kimkolwiek, nawet ludźmi jedzącymi biszkopt z kremem i brzoskwiniami.


słońce nadal jest tuż nad głową, deszcz dotyka jeszcze mnie. wiatr odbija się mi o dłonie, noc pozwala zbliżyć się. jeszcze mamy odwagę, siłę i oddechu starczy nam. Niebo wisi wciąż tuż nad głową, jeszcze mamy czas.
Castor Sprout
Zawód : Twórca talizmanów, właściciel sklepu "Bursztynowy Świerzop"
Wiek : 24
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
muszę to przespać
p r z e c z e k a ć
przeczekać trzeba mi
OPCM : 5
UROKI : 0
ALCHEMIA : 30
UZDRAWIANIE : 8
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 6
SPRAWNOŚĆ : 4
Genetyka : Wilkołak

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t9918-castor-sprout#299830 https://www.morsmordre.net/t9950-irys#300995 https://www.morsmordre.net/t9949-i-will-keep-my-flowers-safe#300972 https://www.morsmordre.net/f177-wybrzeze-exmoor-somerset-wrzosowa-przystan https://www.morsmordre.net/t9952-skrytka-bankowa-nr-2255#301004 https://www.morsmordre.net/t9951-c-sprout#300999
Re: [sen]I'd suffer Hell if you’d tell me [odnośnik]19.11.21 20:40
Być może tym byli właśnie, w tym dziecięcym, idealistycznym uproszczeniu - cieniem i światłem, nocą i dniem. Może jeden z nich był księżycem, a drugi słońcem. W ruchomej, sennej rzeczywistości myśl ta wydawała się taka realna; bo jeden żył gdy drugi spał, bo jeden patrzył na świat z ciepłą nadzieją, szukając w ludziach dobra podczas gdy drugi zatracał się w ciężkiej beznadziei. Gdyby byli obrazem, przypominaliby dwie kontrastujące figury - fale w odcieniu złotego miodu, ciemna czupryna roztrzepanych loków; delikatne rysy księcia z olejnych portretów i te ostre, prawie ptasie. Gdyby byli obrazem, ale teraz świat był obrazem - dziwnym, ruchomym, impresjonistycznym. Pełnym plam - ciemnych i ciepłych, choć noc była mroźna; pełnym drobnych świateł i wyraźnych cieni. Wszystko było i nie było jednocześnie, a uczucie to emanowało tym rodzajem lekkości, który Silas znał tylko z tych nocy pełnych alkoholu, narkotyków i cudzych ciał. Tyle, że teraz było jakoś lepiej, jakoś bezpieczniej i był on.
Uśmiechał się, tym uśmiechem, którego Macaulay nie umiał zapomnieć, a światło nocnego Londynu obejmowało jego twarz w lekkiej, perlistej mgle. Było wiele rodzajów piękna i każde z nich Silas uwielbiał obserwować, dotykać, każde z nich pragnąłby namalować. Oszronione płatki kwiatów, zielone lasy o miękkich ściółkach i wielkie komnaty o malowanych sufitach, nocne niebo nad szkockimi wzgórzami, świąteczne światełka w Hogwarcie, stare książki obite w niszczejącą skórę. Tyle piękna było w ludziach - w dziewczynach o dołeczkach w policzkach i miękkich udach, mężczyznach o ciepłych dłoniach i mocnych ramionach, chłopcach o głośnym śmiechu i piegowatym nosie, kobietach które malowały usta na czerwono. Ale Castor, Castor musiał być inny - w tym jak się uśmiechał, jak marszczył brwi, jak sczesywał włosy z oczu. Silas nie umiał tego opisać, ująć tego nie umiał, bo nie było jak. To nie był ten rodzaj piękna, który można było skrócić do kilku zdań, nawet do całych poematów.
Mam ciasto.
Przez chwilę patrzył na niego szeroko otwartymi oczami, nim w końcu wzrok przesunął się ku dłoniom jego gościa. Nie rozumiał jak i dlaczego, czemu śnieg nie zebrał się na biszkopcie, kto go upiekł, skąd Castor wziął się w środku nocy pod jego drzwiami z tak niecodziennym w tej sytuacji prezentem. Zamiast tego powiedział tylko:
- Brzoskwinie? W lutym?
Zaśmiał się krótko, ciepło i szczerze. Był luty? Sam nie wiedział. Być może po prostu bardzo śnieżny i zimny lipiec. To nie było tak naprawdę istotne, nie teraz. Teraz drzwi mieszkania zamykały się za plecami jego przyjaciela, a on wtulał twarz w jego dłoń. Byli sami. Pierwszy raz tak zupełnie, bezsprzecznie sami w miejscu, gdzie nikt nie miał prawa ich widzieć ani słyszeć. Bez sąsiadów, bez przechodniów, bez wyrzutów sumienia. Pogładził kciukiem gładką skórę na kości policzkowej, zaraz pod szkłem okularów. Mógłby przytrzymać go teraz bliżej - między swoim ciałem, a ciężkim skrzydłem drzwi; mógłby całować go tak długo, że w końcu słońce wstałoby nad dachami kamienic na Old Compton, a on musiałby zaparzyć kawę.
Teraz jednak musiał zjeść z nim ciasto, bo przecież poprosił.
Wyprostował się więc, palcami zaczesał włosy do tyłu i odebrał od Castora jego skarb. Błysnął ku niemu tym typowym dla prawdziwego Silasa, szerokim, szelmowskim uśmiechem zdobionym roziskrzonymi oczami, przerwą między zębami i łobuzerskim uniesieniem podbródka. Nie odszedł daleko, w tej ciasnej przestrzeni niecałe dwa kroki dzieliły go od poplamionego farbami i poprzypalanego papierosami stołu, na którym postawił ciasto. Palec wskazujący dotknął przy tym jasnego kremu, więc zlizał go szybko, opierając się przy tym biodrami i blat stołu, tak by stać przodem do Castora. Chwilę patrzył, milczał, ale cisza była przyjemna i bezpieczna. W końcu wyciągnął ku niemu rękę, palcami łapiąc się jego płaszcza i przyciągając do siebie.
- Chodź - mruknął jedynie, ale widomym było przecież, iż przyjdzie. Zawsze jakoś w końcu do siebie przychodzili. - Powinieneś bywać tutaj częściej - głos miał ściszony, oczy wbite w twarz Sprouta w jakimś marzycielskim oczekiwaniu. Powinien, ale nie mógł, chociaż teraz takim realnym wydawał się scenariusz, w którym zostają tutaj ze sobą na zawsze; teraz żaden inny scenariusz nie wydawał się Silasowi równie sensowny i równie piękny. Odgarnął jeszcze włosy z jego twarzy, wtykając kosmyki za ucho, nim obrócił się lekko, by chwycić kawałek karmelizowanej brzoskwini, która powinna być zimna i mokra od śniegu. Nie była. Pachniała przypalanym cukrem, kremem i wanilią. Pył, kurz i smród miasta dawno zniknął.
- Tęskniłem za tobą - szept wybrzmiał prawie sennie, gdy gdy zbliżał kawałek owocu do ust Castora. Byli tak blisko i Silas przestał dawno czuć wstyd, który tak często go spalał i strach, który go pożerał. Wsunął rugą dłoń pod ciężki materiał płaszcza, ułożył ją w jego pasie i oddychał spokojnie. Nic nie było w stanie och tu teraz znaleźć.




the voice that urged Orpheus
When her body was found, I'd be the choiceless hope in grief that drove him underground

Silas Macaulay
Zawód : Malarz koszmarów
Wiek : 24
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
i who am
haunted and haunting
OPCM : 0
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : -
SPRAWNOŚĆ : -
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t10513-silas-macaulay https://www.morsmordre.net/t10556-desdemona#319901 https://www.morsmordre.net/t10557-malarz-widmo#319932 https://www.morsmordre.net/f405-old-compton-street-13-6 https://www.morsmordre.net/t10690-s-macaulay?highlight=S++Macaulay
Re: [sen]I'd suffer Hell if you’d tell me [odnośnik]25.11.21 18:24
Świat był obrazem, a dzisiejszej nocy oboje podnieśli pędzel. Castor trzymał go w swym mniemaniu pewnie, choć zawsze powtarzał, że nie przystawał do świata sztuki, że to nie było jego powołanie. Bycie rzemieślnikiem — człowiekiem działającym według instrukcji, nawet jeżeli robił to pięknie — to właśnie jego przeznaczenie. Życie ograniczone formułami, przepisami i wskazówkami, bez miejsca na powiew zachcianek. Zachcianek takich jak ta, która podszepnęła mu, że powinien dorwać to ciasto, brzoskwinie w lutym, a może wyjątkowo mroźnym lipcu i ten biszkopt jeszcze, z kremem oczywiście, bo brzoskwinie stanowiły z nim duet idealny.
Noc spowiła miasto, spowiła także mieszkanie Silasa, które dzięki srebrnym wstęgom księżyca było jaśniejsze, pozwalało młodszemu z mężczyzn spoglądać tęsknie za sylwetką malarza, wyszukiwać spojrzeniem jasnej zieleni jego oczu; tych samych, które na wieść o owocach otworzyły się szeroko, jakby mu nie dowierzał. A jednak byli tu we troje. Macaulay, Sprout i biszkopt, nierealni i prawdziwi zarazem.
Uśmiech zafalował na pełnych wargach, w tym samym momencie, gdy chwilową ciszę przerwał ciepły śmiech gospodarza. Gotów był słuchać go o każdej porze dnia i nocy, w każdą pogodę, przez wszystkie dni swego życia i pewien był przy tym, że nigdy, przenigdy by mu się nie znudził. Przymknął powieki, gdy kciuk mężczyzny gładził jego policzek. Tak delikatnie, jakby był porcelanową lalką, o którą trzeba było dbać, bo jeden podmuch wiatru zdolny zrzucić ją na ziemię i roztrzaskać. A był przecież człowiekiem, z krwi i kości, serce wybijało mu rytm miarowy, choć nieco prędki, ale niebezpieczeństwo zostawili za sobą. Za zamkniętymi drzwiami.
Jakaś dziwna niemoc opadła na jego ramiona, podobna ciężkiemu, zimowemu płaszczu, choć jeden wciąż miał na sobie. Gdy dłonie uwolniły się od ciężaru ciasta, jasne, chude palce majstrować zaczęły przy dużych, okrągłych guzikach, rozpinając je jeden po drugim. Choć była zima, choć byli na strychu, było tu przyjemnie ciepło. W świetle księżyca biała koszula zlewała się niemal z jasną skórą, choć kołnierz oddzielał się od niej, obszyty miał złotą nitką, w wzór przypominający pnącza winorośli. Nie zdążył nawet zrzucić z siebie nadprogramowego materiału, gdy dłonie artysty zacisnęły się na nim, przyciągnęły go do siebie prędko i chętnie, a on nie oponował.
Jakże by mógł?
Nogi poniosły go więc bez najmniejszego zawahania się ku poplamionemu stołowi, na którym triumfalnie ułożono ich ciasto.
— Powinienem? — przekrzywił głowę ku prawemu ramieniu, jedno z bioder oparło się o krawędź stołu, wtórując przy tym dłoni spoczywającej na blacie. Kolejna pieszczota, kolejny słodki, niewinny, tak pasujący do niego dotyk... Tym razem nie przymknął oczu, tym razem spoglądał w te drugie, lśniące wyczekiwaniem, przyjemnie jasne, tak ciepłe w swym wyrazie. Klatka piersiowa unosiła się i opadała w płytkich oddechach, a przez umysł przeszła myśl, że mógłby tu zostać. Może nawet na zawsze? Nie pasował do tego świata, ale nikt nie pasował do niego od razu. To ten świat przecież wżynał się w postacie tego czy owego, ciosając życiorysy splecionych z nim ludzi tak, by jak najbardziej doń pasowały. Z Silasem... Z Silasem nie byłoby przecież tak źle, czyż nie? — Może masz rację?
Perlisty śmiech odbił się od tych fragmentów ścian, które wolne były od twórczości Macaulaya. Nie mógł się od niego powstrzymać, zwalony z nóg samym tylko gestem zagarnięcia kosmyków za ucho. A teraz malarz trzymał w palcach kawałek karmelizowanej brzoskwini, wciąż jeszcze soczystej. Castor zaś był całkiem posłuszny. Odcięty od strachu przed konsekwencjami otworzył usta chętnie, ostrożnie chwytając owoc w zęby.
Jak się okazało, niewystarczająco ostrożnie. Soki wydostały się z owocu, popłynęły lepką strużką po brodzie Sprouta, spłynęły w dół palców Macaulaya. Castor przyłożył jedną ze swych dłoni pod własny podbródek, tamując jeden z potoków. Uśmiechnął się rozbawiony, szybko przegryzł resztę owocu, wolna dłoń chwyciła mocniej nadgarstek Szkota.
— Poczekaj... — wreszcie przełknął słodycz brzoskwini. Jasne zęby błysnęły w rozbawionym uśmiechu, gdy przysuwał rękę Silasa bliżej własnej twarzy. — Trochę narozrabiałem... — nie spuszczał z niego oczu, gdy schylił się nieco, aby koniuszkiem języka zebrać uciekającą kroplę. Sunął nim w górę, po lepkim śladzie. Powoli, jakby sok cieknący po jego ręce smakował zupełnie inaczej, lepiej nawet, choć nigdy się tego nie spodziewał. Wreszcie wyprostował się ponownie. Ucieszony z efektu swej pracy, odetchnął z wyraźną ulgą. Jedna dłoń przed ustami, druga pod materiałem płaszcza.
— Dalej za mną tęsknisz? Ja za tobą nigdy nie przestałem — cichy szept rozlał się w niewielkiej przestrzeni pomiędzy nimi, gdy Castor przestąpił ostatni — finalny — krok do przodu. Nie dzieliło ich więcej niż ćwierć kroku, Silas był taki piękny, taki wyrazisty w swej nocnej postaci, a blondyn przyglądał mu się, oblizując własne palce z soku. Powoli, dokładnie, bez pośpiechu. Mieli przecież wszystkie godziny świata, a tak dobrych brzoskwini nie znajdywało się w każdą lutową datę. — Z twojej dłoni jest jeszcze słodsza, wiesz?


słońce nadal jest tuż nad głową, deszcz dotyka jeszcze mnie. wiatr odbija się mi o dłonie, noc pozwala zbliżyć się. jeszcze mamy odwagę, siłę i oddechu starczy nam. Niebo wisi wciąż tuż nad głową, jeszcze mamy czas.
Castor Sprout
Zawód : Twórca talizmanów, właściciel sklepu "Bursztynowy Świerzop"
Wiek : 24
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
muszę to przespać
p r z e c z e k a ć
przeczekać trzeba mi
OPCM : 5
UROKI : 0
ALCHEMIA : 30
UZDRAWIANIE : 8
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 6
SPRAWNOŚĆ : 4
Genetyka : Wilkołak

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t9918-castor-sprout#299830 https://www.morsmordre.net/t9950-irys#300995 https://www.morsmordre.net/t9949-i-will-keep-my-flowers-safe#300972 https://www.morsmordre.net/f177-wybrzeze-exmoor-somerset-wrzosowa-przystan https://www.morsmordre.net/t9952-skrytka-bankowa-nr-2255#301004 https://www.morsmordre.net/t9951-c-sprout#300999
Re: [sen]I'd suffer Hell if you’d tell me [odnośnik]29.11.21 2:49
Czuł się jak w bajce, jak we śnie - tym dobrym śnie, tym który odwiedzał go niezwykle rzadko; nigdy w zasadzie. Opuścił go lęk, opuściła cała ta ciężka beznadzieja dręcząca go noc w noc, dzień w dzień. Nagle poczuł się wolny. Bez koszmarów, bez trupów, bez śmierci ciągnącej go za kostki - tylko ta cicha, bezpieczna rudera; tylko on i Castor. Jego Castor. Jego miękki głos uczonego, jego bystre oczy, smukłe palce i ciepły zapach skóry. Jego Castor, którego mógłby zamknąć tutaj ze sobą i nigdy nie wypuszczać, bo nie było dla nich miejsca lepszego niż obok siebie. Byli przyjaciółmi - myślał zawsze i wiedział, iż wiele było w tym prawdy. On go chciał nawet wtedy, gdy Silas tak się zepsuł, gdy zaczął gnić i rozkładać się na ciemnych, śmiertelnych ulicach. Nadal go chciał, nadal się martwił, nadal pisał do niego i tęsknił, i mówił żeby na siebie uważał; że uciekną, mogą uciec. Daleko. Leżeć na wrzosowiskach, śmiać się z tego przed czym zbiegli.
Powinien być tutaj częściej, powinien być tutaj zawsze. Przytaknął wiec tylko, jak zaczarowany wpatrując się w jego twarz, w ten prosty gest przechylonej głowy, przez który włosy poruszyły się delikatnie i opadły na jeden z policzków. Teraz strych starej kamienicy na Old Compton wydawał się być idealnym domem dla nich. Przecież byli zamknięci i nic nie mogło ich dotknąć; mieli to czego potrzebowali - małe łóżko, stół, kuchnię, okno. Świat na zewnątrz mógł nie przyjąć jednak dlaczego mieliby martwić się o to skoro mogli stworzyć sobie swój własny świat tutaj, w środku. Mieć dwie pracownie w jednej, więcej książek; spaliby przyciśnięci do siebie, z głową na jednej poduszce, nosiliby swoje ubrania, wciąż myląc tak podobne do siebie swetry i koszule. Karmiliby dachowego kota.
- Zawsze mam rację.
Zostań ze mną - chciał mówić.
Chciał bowiem słowa utknęły gdzieś głęboko, gdy Castor się zaśmiał. Gdyby Silas mógł zamknąć ten dźwięk w butelce i codziennie upijać się nim do nieprzytomności, zrobiłby to bez wahania. Były w tym śmiechu całe sznury pereł; były całe konstelacje uczuć, które czasem nie pozwalały mu spać. Był on i Macaulay zapragnął mieć go teraz na własność, a myśl ta sprawiła, iż chciał zapaść się pod ziemię. Nikogo nie można mieć na własność, nikomu nie można odebrać niezależności, ale gdyby mógł, jedynie na jedną noc, na kilka godzin, choćby kilka kolejnych śmiechów, posiadać go dla siebie tylko, trzymać tak blisko, iż staliby się jednością - gdyby mógł, zrozumiałby może wagę uczuć, które rozrywały go od środka.
Rozrywanie było równie bolesne co rozkoszne. Kiedy Castor otwierał usta, Silas jedynie resztkami siły woli powstrzymał się od przyciągnięcia do siebie jego twarzy. Patrzył na niego z sennym rozmarzeniem, chwila którą dzielili byłą bowiem słodko intymna i pięknie wyjątkowa. Jak mógłby przegapić choćby skrawek sekundy? Nie poczuł prawie soku spływającego po dłoni, nie miał on przecież żadnego znaczenia, ale wtem jego towarzysz chwycił jego nadgarstek i wszystko straciło sens.
Język był ciepły, ciepły był oddech, a gorąca stała się krew płynąca w żyłach. Serce zabiło szybciej, a szybki ucisk w podbrzuszu sprawił, iż zarumieniły się policzki. Było to dla niego dość niezwykłe, nie zwykł zawstydzać się i czerwienić w takich sytuacjach. Przywykł do tego, że je inicjował, że ciągnął za ręce i włosy, że sam dotykał językiem cudzej skóry. Przez chwilę nagle wszystko było zupełnie obce.
- Tęsknię - wydusił w końcu, jakby bał się, że Castor źle odbierze jego milczenie i wbite w niego zawzięcie oczy. - Wciąż, bez przerwy. Ja... - przez moment słowa były chaotyczne, a gdzieś w nich gubiło się wyznanie, które miało nigdy nie wydostać się na zewnątrz. Przerwał. Byli tak blisko, twarz przy twarzy, a Silas czuł miarowy oddech i przyjemne ciepło drugiego ciała. Słowa Castora wybrzmiały wręcz kokieterią, jakby miały za zadanie kusić go tak długo, aż ten się nie złamie, a przecież złamał się już dawno temu. Być może wtedy, kiedy dotknął jego kolana w tamtym starym domu.
Od tamtej chwili marzył o tej bliskości, marzył o nim i o tej dłoni na nodze, tej dłoni wszędzie. Marzył o rozchylonych ustach, o zaszklonych oczach, o drżącym głosie wypowiadającym jego imię. Marzył o haftowanym kołnierzyku jego koszuli o tym jak przyjemnie byłoby wsunąć za niego palce.
- Jak wszystko, Cas...Wszystko jest słodsze- wybrzmiał miedzy nimi zachrypnięty szept, a Silas przycisnął go do siebie jeszcze mocniej ręką ułożoną na jego placach. Druga dłoń uniosła się do twarzy i ujęła mocno podbródek, jakby bał się, iż przyjaciel w każdej chwili może uciec. Przysunął ku sobie jego twarz, nosem trącił policzek. Westchnął. Wystarczyło kilka milimetrów. - Mogę?




the voice that urged Orpheus
When her body was found, I'd be the choiceless hope in grief that drove him underground

Silas Macaulay
Zawód : Malarz koszmarów
Wiek : 24
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
i who am
haunted and haunting
OPCM : 0
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : -
SPRAWNOŚĆ : -
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t10513-silas-macaulay https://www.morsmordre.net/t10556-desdemona#319901 https://www.morsmordre.net/t10557-malarz-widmo#319932 https://www.morsmordre.net/f405-old-compton-street-13-6 https://www.morsmordre.net/t10690-s-macaulay?highlight=S++Macaulay
Re: [sen]I'd suffer Hell if you’d tell me [odnośnik]02.12.21 19:56
Nie wiedział, czemu nagle zrobiło mu się tak dziwnie lekko; zupełnie jakby wstąpił nagle w stan nieprzemyślanej nieważkości. A jednak coś go wciąż dociążało, czuł ciężar jakiś skupiony na swej klatce piersiowej, choć był to ciężar zaskakująco przyjemny, ciężar, którego chyba nie czuł nigdy wcześniej. Nie potrafił przywołać wspomnienia związanego z tym dziwnym odczuciem, z mrowiącymi falami zjeżdżającymi w dół jego nóg, z odrealnionym w ekstazie, ale przecież tak p r a w d z i w y m dotykiem, który czuł na swej skórze. Skórze, która choć zimna, prędko powracała do właściwej temperatury, a samemu blondynowi zdawało się, że robi to zdecydowanie za szybko, że jeszcze chwila, a zapłonie żywym ogniem.
Ogniem, który strawi ich oboje, roztopi ciężkie łańcuchy strachu, wyzwoli.
Wreszcie będą wolni.
Rzadko kiedy mówił ludziom, jakie książki czytał. Że poza atlasami roślin, zapiskami wychodzącymi spod jego ręki (czasami wierzch dłoni miał niebieski lub czarny — w zależności od atramentu, którym spisywał myśli), znajdywał bezpieczne miejsce na powieści o wielkiej miłości, że ostatnio nawet wpadły mu w ręce dzieła wybrane mugolskiego, w dodatku francuskiego poety. I że każde słowo przeżywał ze zdwojoną intensywnością, połykał je łapczywie, jakby na złość pragmatyzmowi, którym obiecał samemu sobie kierować się w życiu zawodowym, ale także tym prywatnym. Że słowa czasami nawarstwiały się, że były niespokojne, drażniły go wieczorami i pragnęły uciec. Ale bał się wtedy, zupełnie tak jak bał się Silas, jego Silas. Otwierali wtedy butelki z alkoholem, ciemne loki w Londynie, tutaj, na Old Compton. Miodowe fale w bezpiecznych objęciach Doliny Godryka i Somerset jako takiego. Pisali do siebie długo, chaotycznie, przez skrawki papieru, na odwrotach wcześniejszych przesyłek, gdy brakło im papieru, a Castor nawet raz podjął się czynu barbarzyńskiego w swej naturze, wydzierając jedną ze stronic książki z poezją. I tak oto jeden z listów, chaotyczny w przekazie, zupełnie doń nieprzystający, spisał na odwrocie "wina kochanków" Baudelaire'a. Był ciekaw, czy Silas gdzieś jeszcze miał ten egzemplarz.
Castor zachowywał wszystkie listy. Wbrew rozsądkowi i zasadom bezpieczeństwa. Chyba nie potrafił sobie pozwolić na ich zatracenie.
— Masz — przytaknął mu, nie mogąc odwrócić wzroku od intensywnej zieleni jego spojrzenia. Łapał się na tym, że przy Silasie nie chciał się kłócić; nie czuł potrzeby usprawiedliwiania swej słabości, bo nie uważał, że przyznanie mu racji było właśnie tym. W jakiś niezrozumiały dla siebie sposób potrafił wpleść się w tkaniny życia Macaulaya, znaleźć dla siebie bezpieczny kąt i z tego kąta wyczekiwać aż artysta wyciągnie ku niemu dłoń, zgubiony kosmyk jasnych włosów odgarnie z twarzy, nada egzystencji sens. I choć zewsząd pragnął uciekać; od każdego musiał, przecież stanowił zagrożenie, ludzie mieli prawo się go bać, a on sam nie panował nad klątwą, która spadła na niego podobno niesprawiedliwie, choć takie rzeczy nigdy nie dzieją się przypadkiem... Przy Silasie mógł trwać. Spać ściśniętym na jednoosobowym łóżku, przecież i tak nie zajmował dużo miejsca. Przeskakiwać między kuchnią a łóżkiem, wpadać na stół, bo nie utrzymał równowagi. I wiedzieć, zawsze wiedzieć, że czujne ramię malarza wystrzeli prędzej, niż on zdążyłby dolecieć do krawędzi mebli, bo przecież nigdy nie pozwoliłby mu na najmniejszą krzywdę. Z wzajemnością.
Gotów był utopić się w tym milczeniu, w zawzięciu wylewającym się ze spojrzenia, które znał przecież tak dobrze, ale zawsze mu go brakło. Tęsknię. Jedno wyznanie, nawet niepełne, uniosło go jeszcze wyżej, w głowie zrobiło się śmiesznie pusto, a wnętrzności wspięły się na wyżyny akrobatyki, wykonując pełen obrót. Usta same ułożyły się w uśmiechu; szerokim, szczerym i drżącym w nerwowości, bowiem nie potrafił zrobić nic ponad to, co już uczynił. Nie potrafił, przynajmniej tak myślał, zrobić nic, co dorównałoby w intensywności słowom wymykającym się spomiędzy pełnych warg bruneta, warg, o których przecież skrycie marzył, których wspomnienie powodowało kolejne z mrowień, tym razem w policzkach, bo pąsowiał prawie nagle, oczy miał zeszklone, jak w wyobrażeniach malarza.
Pozwolił przyciągnąć się bliżej. I przez chwilę przyglądał mu się tymi rozbieganymi z emocji, ze szczęścia, nierealności bliskości, w której tkwili, bo dłoń jego jakimś cudem znalazła się na jednej z pół rozpiętej, białej koszuli Macaulaya, przez którą czuł miarowe, choć przyspieszone bicie jego serca. Swoje słyszał, krew krążyła chętnie i prędko, dudniła w uszach, oszałamiała. Była jednocześnie wszędzie i nigdzie. Uniósł podbródek posłuszny uchwytowi, a ciepły oddech na policzku, po którym przyszło delikatne trącenie, wystarczyły, by rozbić zwierciadło spokoju. Długie, jasne rzęsy spoczęły na zaróżowionych policzkach, dłoń z klatki piersiowej przesunęła się ku górze, smukłe palce zahaczyły o szyję, ostatecznie spoczywając na karku.
— Zawsze możesz... — wydusił wreszcie, a głoski same ułożyły się w ciepły, delikatnie zachrypnięty szept. Uśmiech zafalował na lekko rozchylonych wargach, bo czekał przecież cierpliwie na tę chwilę. Nie wiedział od kiedy, wiedział tylko, że wyczekiwanie ciągnęło się w nieskończoność, że czasami miał wrażenie, że nie wytrzyma, że przyjaciel przestanie nim być, że przyjdzie im utonąć w pułapce, którą zastawili na siebie nawzajem. — Silas... Proszę...
Gdy wypowiadał jego imię, głos jego drżał w niespotykanym wyczekiwaniu.
Czy to już desperacja? Czy tylko tęsknota ponad siły?


słońce nadal jest tuż nad głową, deszcz dotyka jeszcze mnie. wiatr odbija się mi o dłonie, noc pozwala zbliżyć się. jeszcze mamy odwagę, siłę i oddechu starczy nam. Niebo wisi wciąż tuż nad głową, jeszcze mamy czas.
Castor Sprout
Zawód : Twórca talizmanów, właściciel sklepu "Bursztynowy Świerzop"
Wiek : 24
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
muszę to przespać
p r z e c z e k a ć
przeczekać trzeba mi
OPCM : 5
UROKI : 0
ALCHEMIA : 30
UZDRAWIANIE : 8
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 6
SPRAWNOŚĆ : 4
Genetyka : Wilkołak

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t9918-castor-sprout#299830 https://www.morsmordre.net/t9950-irys#300995 https://www.morsmordre.net/t9949-i-will-keep-my-flowers-safe#300972 https://www.morsmordre.net/f177-wybrzeze-exmoor-somerset-wrzosowa-przystan https://www.morsmordre.net/t9952-skrytka-bankowa-nr-2255#301004 https://www.morsmordre.net/t9951-c-sprout#300999
[sen]I'd suffer Hell if you’d tell me
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach