Wydarzenia


Ekipa forum
Duszne noce / listopad 1954
AutorWiadomość
Duszne noce / listopad 1954 [odnośnik]22.04.22 2:24
Life is a sweet, sweet wine, glittering gold.
listopad 1954 roku, Beauxbatons


Biel koszuli nocnej gryzła się z całunem cienia roztaczanym wokół każdego kąta dormitorium magicznej akademii. Alabaster kontra atramentowa ciemność, dziwnie lekka i przyjemna, ciepła, dająca schronienie każdej zahukanej duszy budzącej się do życia w lunarnym blasku ciszy i świętego spokoju. O tej porze w Beauxbatons działy się cuda. Cuda, o których mało kto miał pojęcie. Cuda, do których bram strzegły niewypowiedziane tajemnice i prywatność półprzezroczystych ust zamkniętych niby na kłódkę przy każdej entuzjastycznej próbie ciągnięcia za język; sekrety zdradzano tylko tym, którzy nie prosili. Którzy na to zasługiwali, godni zaufania i nieproblematyczni. Ta hermetyczna rzeczywistość kwitła raz na jakiś czas, długo po północy, kiedy na niebie królował księżyc w orszaku migotliwych gwiazd - i kiedy należało odpoczywać przed nadchodzącym egzaminem. Ale po co komu sen?
Po polerowanych panelach stąpała cicho, prawie bezszelestnie, poruszająca się jak duch przez powietrze wypełnione subtelnym odgłosem oddechów przypominających szumienie wody. Celine uśmiechnęła się do siebie, mijając pogrążone we śnie dziewczęta z młodszego rocznika. Odnajdywała coś niebywale kojącego w myśli, że mogły beztrosko pielęgnować piękne sny, zdane na kreatywność sennej podświadomości, malujące impresjonistyczne widoki farbami, które należały tylko do nich, do ich emocji i doświadczeń. Maria musiała robić to samo, na łóżku, do którego półwila doskonale znała drogę. To nie pierwszy raz, kiedy przychodziła do niej o podobnej porze i zachęcała do wspólnego spaceru opustoszałym korytarzem. W nocy górski wiatr wydawał się bardziej orzeźwiający. Szum drzew szeptał niestworzone historie. Aura - była piękna. A piękno należało podziwiać z kimś bliskim sercu.
Miękki materiał zakołysał się delikatnie tuż zanim usiadła na skraju posłania młodszej przyjaciółki. Celine ważyła tyle co nic, od zawsze drobna i smukła, zatracona w balecie polerującym mięśnie i sylwetkę, więc dodatkowy ciężar na materacu nie wystarczył, żeby wybudzić jasnowłosą dziewczynę. Jeden kącik ust uniósł się nieco wyżej, ona natomiast pochyliła się nad drzemiącą Multon, pozwoliwszy, żeby kilka kosmyków złotych włosów połaskotało policzek uczennicy. Mogło jej się wydawać, że to brzękotka zwabiona ciepłem skóry postanowiła nań przysiąść i chwilę odpocząć przed ruszeniem w dalszą drogę do królestwa sobie znanych priorytetów, albo może nieśmiałek pomylił ją z drzewem i wdrapał się na głowę, w poszukiwaniu nowej kryjówki.
- Marysiu - szepnęła cicho, melodyjnie, barwą czułego głosu prześlizgując się między okowami trwającej dookoła ciszy. Ciężar ciała oparła na prawej ręce. - Obudź się, śpioszku. Inaczej przegapisz cuda - Celine wolną dłonią odgarnęła włosy za ucho, ale jeszcze nie wyprostowała pleców, wpatrzona w twarz przyjaciółki w cierpliwym oczekiwaniu. Obiecała jej kiedyś, że zaprowadzi ją do najpiękniejszego miejsca w Beauxbatons i to zamierzała zrobić właśnie dziś.


people become people by falling in love and knowing pain,
don't they?

Celine Lovegood
Zawód : Baletnica
Wiek : 21 lat
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
wszystko to co mam
to ta nadzieja,
że życie mnie poskleja
OPCM : 5 +3
UROKI : 3
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 4 +2
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 26
SPRAWNOŚĆ : 11
Genetyka : Półwila

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t9177-celine-lovegood#278139 https://www.morsmordre.net/t9212-dziadek#279452 https://www.morsmordre.net/t9215-brzydkie-piekne-kaczatko#279468 https://www.morsmordre.net/f393-somerset-dolina-godryka-dom-na-rozdrozu https://www.morsmordre.net/t9214-skrytka-bankowa-2148#279459 https://www.morsmordre.net/t9213-celine-lovegood#279455
Re: Duszne noce / listopad 1954 [odnośnik]26.04.22 11:15
Jasny zamek ulokowany między szczytami Alp rzadko kiedy pogrążał się w ciszy. Cichł, to prawda, momentami potrafił imitować bezdźwięk niemalże perfekcyjnie, lecz uszy, które przyzwyczajone były do wyłapywania każdej zagubionej nuty, każdego szeptu niosącego poetyczne ukojenie lub zupełnie przesiąknięte prozą ostrzeżenie, potrafiły — przy odpowiednim skupieniu i okazji — przebić się przez tę fasadę, złapać w locie to, co nieuchwytne dla innych, mniej skupionych na dziwach zamku, tych, którzy patrzeć woleli tylko tam, gdzie padało światło.
Celine zawsze była inna — inna w sposób, który przyciągał do niej wiele osób, lecz Maria, wciąż i chyba na zawsze schowana w cieniu swej krytycznej, przyrodzonej nieśmiałości, nie potrafiła odmówić jej urokowi. Było w niej coś zupełnie bajkowego, jakby przyjaciółka (och, duże słowo, słodko rozpuszczające się na języku, pozostawiające po sobie drobne mrowienie samym jego końcu) nie pochodziła z tego samego świata. A jednak były w nim razem — księżniczka o krokach tak lekkich, że nieuważna, pogrążona w lekturze Marysia często nie zdawała sobie sprawy z jej nadejścia i ona właśnie, wiecznie pogubiona w niekończących się korytarzach, zbyt cicha, by wybrzmieć ponad śpiew nimf towarzyszących im w posiłkach, rozedrgana i strachliwa jak dirkrak, tylko bez umiejętności ucieczki przy wybuchu różowych piór.
Jak odnalazły się w tym gąszczu powiązań, tajemnic i piękna — tego nie był pewien nikt. Lecz znalazły się, prawie przeciwieństwa, choć nie tak dalekie, jakby mogło się z początku zdawać. I tak oto pewnym rytuałem okazały się nocne wizyty mademoiselle Lovegood, zawsze wyczulonej na to, co nieuchwytne. Maria zazdrościła przyjaciółce tej wrażliwości, lekkości, dobroci, która wypływała z każdego jej gestu. W porównaniu do Celine była bowiem podobna bardziej do nieociosanego kamienia — zbyt niezdarna, by zająć się tańcem na poważnie, wciąż mówiąca zbyt cicho i dalej jąkająca się w poszukiwaniu odpowiedniego słowa w języku, który był dlań obcy, o dłoniach przyzwyczajonych już do trzonka miotły i szorstkości papieru, w niczym nieprzypominających tych gładkich, jasnych i zdobnych w długie palce, które zagarniały za ucho kosmyk złotych włosów, jeszcze przed chwilą łaskoczących zaczepnie policzek.
— Humpf... — Maria poruszyła się, odrobinę niespokojnie, choć wciąż w sennym letargu, opuszkami palców powoli przesuwając po skórze, która dopiero co miała kontakt z włosami półwili. Jasne brwi ściągnęły się do środka w drobnym wyrazie niechęci do przebudzenia się, Multon walczyła z chęcią przewrócenia się na drugi bok, w bieli miękkiej pościeli pragnąc zatonąć raz jeszcze, lecz głos — och, głos Celine był nie do podrobienia! I tak oto, na prośbę przyjaciółki, szarozielone oczy rozbłysły w ciemności sypialni, chwilę błądząc dookoła w próbie dojrzenia jak największej ilości szczegółów skrytych w mroku nocy. Lecz to jedna sylwetka, świetlista jak w dzień, świetlista szczerym, choć nadnaturalnym w podskórnym wrażeniu pięknem skupiła na sobie uwagę Marii tak prędko, że ta wzniosła się ochoczo — pozbywając się w mgnieniu oka resztek snu osiadłych na krańcach rzęs — na łokciach w swej pościeli, z otwartymi lekko z wrażenia ustami przypatrując się obiecującej dojrzenie cudów starszej uczennicy. — Cuda, Celinko? — dopytała więc szeptem, gorącym od mieszanki ekscytacji i przejęcia. — Tej nocy? Jesteś pewna?


No hope in the air
No hope in the water
Not even for me
Your last serving daughter
Maria Multon
Zawód : stażystka w rezerwacie jednorożców
Wiek : 18 lat
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
with golden hair tangled everywhere
this flower will soon
disappear from me
f r u i t l e s s
blooming crazily
OPCM : 9 +1
UROKI : 7 +4
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 1
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 12
SPRAWNOŚĆ : 11
Genetyka : Czarownica

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t11098-maria-multon#342086 https://www.morsmordre.net/t11145-gwiazdka#342865 https://www.morsmordre.net/t11146-maria-multon#342866 https://www.morsmordre.net/f417-gloucestershire-tewkesbury-okruszek https://www.morsmordre.net/t11142-skrytka-bankowa-nr-2427#342857 https://www.morsmordre.net/t11143-maria-multon#342861
Re: Duszne noce / listopad 1954 [odnośnik]27.04.22 16:08
Rozczulał ją widok niechętnie rozbudzającej się Marysi. Leniwie unoszących się ku górze powiek, strzepujących z rzęs senny, srebrny pył, w którego migocie zaklęte były wszystkie wizje, jakich doświadczyła tej nocy. Były piękne? Na pewno. Miłość wypełniająca serce młodziutkiej uczennicy nakazywała sądzić, że w objęciach Morfeusza gnała przez przestworza na grzbiecie magicznego rumaka, uskrzydlonego pegaza, aetonana, króla wszystkich aetonanów. Odpowiadał na jej wezwanie i pojawiał się w snach, w świecie, który należał tylko do niej. W jakie zakątki kosmosu zaglądała podczas tych pięknych podróży? Półwila uśmiechnęła się do siebie subtelnie; to jeszcze nie była jej pora, nie była porą nikogo, by się budzić. A jednak to właśnie należało uczynić, kosztem delikatnych wstęg purpury malowanych pod oczyma o poranku i nieobecnego błądzenia widelcem na talerzu podczas śniadania. Wypoczną jutro, obie.
Mlecznobiałe dłonie sięgnęły krawędzi pościeli i lekko pociągnęły ją w dół, niespiesznie, chcąc w ten sposób przyzwyczaić Multon do temperatury panującej poza królestwem wygodnego łóżka; szelest miękkiej tkaniny nikogo nie rozbudził, żadna z dziewcząt nie zorientowała się o ich niecnym, acz pięknym zamiarze, nawet gdy chichot, prawie bezgłośny, prześlizgnął się przez wargi Celine.
- Nigdy się nie mylę w takich sprawach - przypomniała Marysi, po czym kosmyk złotych włosów dziewczynki odgarnęła za jej ucho. Trochę większe, odstające, ale przez to urzekające, charakterystyczne. To, w czym Maria upatrywała źródła swoich kompleksów, przynajmniej tych związanych z wyglądem, Lovegood postrzegała za atut. W Beauxbatons nie było pary uszu tak ślicznej jak ta należąca właśnie do niej. - Wstań, musimy już wychodzić - szepnęła z uśmiechem i podniosła się z łóżka. Duchy nie będą na nikogo czekać, nawet na nie. Złapała jeszcze za błękitny szlafrok ułożony na krześle obok, drugą dłoń zaoferowawszy pannie Multon, żeby pomóc jej wstać; świadomość musiała przebrnąć przez lepkie rozczarowanie ukróconego odpoczynku i przyzwyczaić się do funkcjonowania, a to chwilę potrwa, chwilę, podczas której Celine zamierzała być jej ramieniem i wsparciem.
Wskazówki zegara niedługo dobiją drugiej godziny. Nie mogły się spóźnić.
Sama półwila nie korzystała z dobroci szlafroka; w odróżnieniu od Marii, była przyzwyczajona do nocnych przechadzek, kiedy nawet magicznie ocieplane Beauxbatons przypominało sobie o pocałunku górskiej miłości, chłodnej, spoglądającej na pary wszystkich kochanków z najwyższych szczytów. Nic dziwnego, że poruszała się boso - łagodnie stawiając stopy na polerowanych marmurach i eleganckich panelach, jakby każdy krok był choreografią, a podłoga sceną.
- Pamiętaj, by nie napierać, gdy poczujesz opór. Odpowiedzą tylko na te pytania, na które zechcą, pociągną rozmowę na tematy, które są im bliskie i miłe. Na resztę zamilkną - tłumaczyła szeptem przy wsuwaniu na ręce blondynki rękawów szlafroka, by następnie ująć jej dłoń i zacząć prowadzić ją do wyjścia z dormitorium. Wszystko, póki co, było enigmą. Maria nie mogła wiedzieć dokąd dokładnie zmierzają, ani nawet na pewno o kim mówiła Celine, kto okaże się tym, kogo dziś odwiedzą, w jakich okolicznościach; dlatego półwila zerkała na nią z ciekawością, łaknąca reakcji. Niepewności. Pytań. Zaintrygowania. Podekscytowania. Tak wiele emocji mogło kłębić się pod złotą kopułą głowy, emocji, których chciała stać się częścią. - A jeśli to w twoją stronę padnie pytanie - bądź szczera. Taka jak zawsze jesteś - poleciła dyskretnie, ciepło, z wyraźnie wyczuwalną sympatią. Na schodach akademii skierowały się w górę. Łączące ją z duszną bracią więzy były na tyle już silne, by była w stanie zażegnać ewentualny kryzys, lecz nie chciała musieć tego robić, nie chciała widzieć jak szansa Marysi na ponowne objawienie prześlizgiwała się przez jej palce, uciekając bezpowrotnie. - Nie udawaj nikogo innego, dobrze? - Oni wyczują, jeśli to zrobisz, a wtedy przekreślisz swoje szanse i cuda zanikną.


people become people by falling in love and knowing pain,
don't they?

Celine Lovegood
Zawód : Baletnica
Wiek : 21 lat
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
wszystko to co mam
to ta nadzieja,
że życie mnie poskleja
OPCM : 5 +3
UROKI : 3
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 4 +2
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 26
SPRAWNOŚĆ : 11
Genetyka : Półwila

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t9177-celine-lovegood#278139 https://www.morsmordre.net/t9212-dziadek#279452 https://www.morsmordre.net/t9215-brzydkie-piekne-kaczatko#279468 https://www.morsmordre.net/f393-somerset-dolina-godryka-dom-na-rozdrozu https://www.morsmordre.net/t9214-skrytka-bankowa-2148#279459 https://www.morsmordre.net/t9213-celine-lovegood#279455
Re: Duszne noce / listopad 1954 [odnośnik]29.05.22 18:28
Były na świecie takie rzeczy i zjawiska, których nie dało się dojrzeć gołym okiem. Nie w pełni blasku słońca, złotych wstęg wpadających przez wysokie okna sali jadalnej, uwydatniających każdą migoczącą drobinkę kurzu w bibliotece, łaskoczących jasną skórę na policzkach tak mocno, że pozostawiały po sobie drobne plamki piegów. Świat był wielki i głośny za dnia, w nocy stawał się podobny do skrzyni, która zamknięta przechowywała w sobie wiele zapomnianych skarbów. Mędrca szkiełko i oko nie starczało do poznania wszystkich tajemnic, nie starczało do poznania nawet połowy z nich. To sercem należało patrzeć, czytała Maria w swych książkach, sercem, tylko sercem, podpowiadała jej intuicja i półwile półszepty, bo obie mylić się nie mogły. Gdyby było to wrażenie tylko Marii, pewnie zarzuciłaby je, przesunęła do zakładki, którą katalogowała własne głupotki. Ale Celine też to czuła, co więcej, Celine wiedziała i widziała rzeczy, które Marii objawiały się wyłącznie w snach. Tych głębokich, bliskich bezdechu.
Podobnych do tego, z którego właśnie się wybudzała. Przy drobnej pomocy temperaturowej, szeleście przesuwającej się po koszuli nocnej pościeli.
Nie drgnęła jednak — warunki w szkole były naprawdę dobre, uczyły się tu dzieci różnej krwi, statusu, majętności, nie słyszała nigdy, nawet ukradkiem, by córki bogaczy czy prawdziwe młode damy skarżyły się, że im zbyt zimno lub zbyt mokro. W rodzinnym domu Marii bywało i tak, w szczególności w zimowe poranki, gdy ktoś musiał zejść na dół, do kuchni i rozpalić wygaśnięty w nocy piec. Była przyzwyczajona do chłodu, orzeźwiał, pomagał zebrać myśli.
Otworzyła usta, w bezgłośnym zaskoczeniu, dopiero gdy dłoń Celine zagarnęła za odstające ucho kosmyk złotych loków. Dotyk ten, zupełnie naturalny dla ich relacji, przez połączenie z kompleksem, nie stał się co prawda niewygodny, ale wśród zimna powietrza sypialni wydawał się prawie p a r z y ć.
To nic, Marysiu, to przejdzie.
I przeszło, bo miała wstawać, czas, umykający wciąż zaklęciu czas je naglił, tajemnice i duchy, a może nawet tajemnicze duchy nie zwykłe były czekać na nikogo, choć na dobrą sprawę miały przecież całą wieczność. Gdy tylko Celine wstała z jej łóżka, Multon odrzuciła kołdrę na bok, by później chwycić podarowaną jej w asyście dłoń. Nigdy chyba nie była równie energiczna o tej porze. Miękkość i ciepło oferowane przez błękitny szlafrok, tak wspaniałomyślnie zaoferowany przez przyjaciółkę, dodał Marii pewności siebie. Przez moment zastanawiała się, czy gdzieś po drodze nie pożyczyć jakiegoś, który leżał zupełnie sam, prawie bezpański. Zdążyłyby przecież go oddać, przed świtem, przed pobudką najbardziej rannych ptaszków. I starczyłoby przecież jedno słowo Celine — Celine stawiającej bose stopy po posadzkach tak, jakby wciąż tańczyła, w sposób zupełnie różny od ostrożnego, choć też bosego, stąpania Marii. Kroki panny Multon rozpoczynały się bowiem od palców i nigdy nie kończyły na piętach, cały ciężar kumulując tylko na przedniej części stopy. Nawyk wyniesiony z domu, czy próba utrzymania temperatury ciała, w szczególności gdy stykała się z marmurami? Trudno powiedizeć.
— A są jakieś tematy, które lubią najbardziej? — spytała, odruchowo zbliżając policzek do prawego ramienia, jakby miękkość błękitnej tkaniny szlafroka miała przekazać jej sekret, taki idealny do poruszenia przy niespodziewanych osobistościach Akademii Beauxbatons. Cuda, dziwy — każde musiały jakieś mieć, choć ich natury Maria znać nie mogła, jeszcze nie. Tak samo, jak nie wiedziała, dokąd zmierzają. Może sen nie opadł jeszcze z powiek, może wciąż tkwiła w tej słodkiej, przezroczystej krainie między snem a jawą? Korytarze wydawały się znajome, ale zupełnie inne od tych, które obserwowała za dnia.
Zsunęła powoli dłoń, szukając — podświadomie, dla asekuracji i zapewnienia — ciepła dłoni Celine. Gdy udało jej się to, splotła ich palce razem, akurat w czasie, gdy Lovegood nakazała jej być sobą. To... mogła zrobić. Znacznie ciężej było jej w końcu udawać kogoś innego, na przykład Oceane Mallard, która spała dwa łóżka dalej od niej i miała ciemne, długie włosy i zupełnie zwyczajne uszy. Oceane śmiała się głośno i pewnie i miała oczy podobne do bursztynów, nie takie szarozielone, co Maria. Mówiła zawsze ślicznie, nigdy się nie jąkała, nigdy nie szukała słów, a Maria była niemal przekonana, że uczyć też się nie musiała dużo, bo przecież przychodziło jej to z naturalną łatwością...
Dziś miała być jednak sobą. Wobec cudów i dziwów to szczerość mogła stworzyć jedyny, choć półtrwały most, namiastkę więzi, którą Celine zaplotła z duszną bracią, którą pragnęła pokazać swojej przyjaciółce. Przyjaciółce, której pod kopułą czaszki przykrytej morzem jasnych loków, rodziło się jedno pytanie.
— Celinko... Nie powiedziałaś mi tylko jeszcze, cóż to są za cuda?


No hope in the air
No hope in the water
Not even for me
Your last serving daughter
Maria Multon
Zawód : stażystka w rezerwacie jednorożców
Wiek : 18 lat
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
with golden hair tangled everywhere
this flower will soon
disappear from me
f r u i t l e s s
blooming crazily
OPCM : 9 +1
UROKI : 7 +4
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 1
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 12
SPRAWNOŚĆ : 11
Genetyka : Czarownica

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t11098-maria-multon#342086 https://www.morsmordre.net/t11145-gwiazdka#342865 https://www.morsmordre.net/t11146-maria-multon#342866 https://www.morsmordre.net/f417-gloucestershire-tewkesbury-okruszek https://www.morsmordre.net/t11142-skrytka-bankowa-nr-2427#342857 https://www.morsmordre.net/t11143-maria-multon#342861
Re: Duszne noce / listopad 1954 [odnośnik]19.06.22 12:50
Maria nie mogła spodziewać się takiej odpowiedzi: dźwięcznego, śpiewnego chichotu dotyczącego tematów ulubionych przez jej dusznych towarzyszy, i nic więcej. Nic poza tym, żadnych słów, jedynie wspomnienie przyjemnej dla ucha melodii, która szybko rozmyła się w sennej ciszy wypełniającej korytarze Beauxbatons jak niewidzialne, choć dziwnie słodkie powietrze. Celine chciała, by dziewczynka dotarła do tych wiadomości samodzielnie, po drodze zmuszona przejść przez ciernie własnych ograniczeń boleśnie wpijających się w bose stopy podczas spaceru iluzorycznym ogrodem, na którego końcu czekał zagajnik nagrody w postaci najpiękniejszych róż. I nie chodziło nawet o to, by faktycznie te tematy odkryła, a żeby przezwyciężyła nieśmiałość i zrozumiała, że także była w stanie oswajać cuda.
Półwila uniosła ku górze ich splecione dłonie i z kolejnym chichotem naznaczyła wierzch dłoni Marii krótkim pocałunkiem; wsparciem, zachętą, a także nagrodą za to, że w ogóle przemogła się wbrew zmęczeniu i opuściła ciepłe łóżko; delikatną jak muśnięcie skrzydeł zagubionej brzękotki. Multon mogła, choć nie musiała, mieć wrażenie, że w miejscu, gdzie usta dotknęły skóry rozpalonej dotykiem, pozostawiły po sobie przyjemne mrowienie.
- To uczta, oczywiście! - zapowiedziała urzeczona perspektywą ich celu, uśmiechnięta promiennie, w podekscytowaniu kropiącym policzki naturalnym różem. Wystarczyło jeszcze wspiąć się po krętych, marmurowych schodach na wieżę, a potem zatrzymać przed masywnymi wrotami inkrustowanymi zdobieniami w kolorze lapis lazuli, i zerknąć przez ramię na towarzyszkę. - Mademoiselle Multon, zapraszam cię dziś... Do świata duchów.
Celine nacisnęła klamkę i pchnęła drewniane wrota tak, jakby te zupełnie nic nie ważyły, pozwoliwszy żeby ze środka owiał je blask bladoniebieskich świateł. Ogień w tym kolorze tańczył na wielu świecach i lampach przymocowanych do ścian na eleganckich świecznikach. Powietrze zdawało się przesączone drobinkami mieniącego się blasku bieli, może dusznych pozostałości, śladów gestów, dryfowań w przestrzeni między jednym a drugim punktem. Na środku okrągłej sali znajdował się przepiękny stół z kwietnymi nogami, rzeźbiony na podobieństwo kwiatów podtrzymujących blat złocony na brzegach. A na blacie: jedzenie. Iluzoryczne, nieprawdziwe, jednak wystarczające do zapewnienia komfortu kłamstwa dawnego życia i powrotu do korzeni. Wszędzie wokół nich znajdowały się duchy. Przeróżnie ubrane, noszące stroje z wielu poprzednich epok, pogrążone w rozmowach i rozsmakowane w miłych dźwiękach dusznej orkiestry wygrywającej balladę na niewielkim wzniesieniu.
- Mademoiselle 'ovegood, mon cygne, a cóżże to za spóźnienie? - zagadnęła przemykająca obok nich kobieta w pokaźnym kapeluszu z dwoma egzotycznymi piórami przymocowanymi do eleganckiej kokardy. Średni wiek odznaczał się na jej twarzy wieloma zmarszczkami; musiała umrzeć tuż przed pełną starością. - A ta dama u twojego boku?
- Madame de Toussaint, proszę mi wybaczyć! - Celine dygnęła płynnie, jakby każdy jej ruch nieustannie był tańcem; nie puściła przy tym dłoni Marii. - Zagubiłam się w przyjemności przyglądania się spokojnemu snu, ale już jestem, już tu jestem. To moja przyjaciółka, mademoiselle Maria Multon, ptak szybujący pod chmurami i pikujący w dół z gracją polującego jastrzębia. Marysiu, to hrabina Camille de Toussaint - przedstawiła je sobie z rozanielonym uśmiechem, po czym wysupłała palce spomiędzy uścisku dziewczynki i piruetem zagłębiła się we wnętrzu pomieszczenia, po dystansie kilku kroków odwróciwszy się w jej kierunku i wyciągnąwszy do niej ręce. Niektóre z par zatraconych w śmiertelnej transparentności oczu pomknęły do gładkich, tanecznych ruchów półwili, przyzwyczajone do myśli, że mogła zabawić ich baletem, z roku na rok coraz doskonalszym.
- Och, świeże spojrzenie. Proszę tutaj, mademoiselle! Proszę rozstrzygnąć nasz spór. Mój czcigodny kolega sądzi, że polowanie na bażanty wymaga większej uwagi niż mierzenie do dzikich kaczek, jak uważam ja - zagadnął Marię dżentelmen w starym, wysmakowanym stroju typowym dla francuskich magicznych możnych, z cygarem pomiędzy półprzezroczystymi palcami. Miał bujne wąsy i monokl na prawym oku; rzeczony towarzysz wyglądał bardzo podobnie, z tą różnicą, że był wyraźnie młodszy, przystojniejszy, w kieszeni na piersi miał błękitną różę, a na dłoniach wiele rodowych sygnetów. - Co panna o tym sądzi, mademoiselle? - zapytał, lekko skłoniwszy głowę w wyrazie szacunku dla jeszcze nieznajomego dziewczęcia, po czym sięgnął po kieliszek burbonu, stworzony z iluzji jak cała uczta.
Uśmiech Celine rozbłysł zachwytem, kiedy z obu panów przeniosła spojrzenie na Marię i ujęła jej twarz w swoje dłonie, tylko po to, by nagle rozmyć się w nieobecności, tańcząca już trochę dalej do taktu muzyki wypełniającej pomieszczenie, rozmawiająca z zaprzyjaźnionymi duchami. Była blisko, w razie potrzeby cały czas w zasięgu wzroku i gestu, rozmarzona w rytmie piosenki i szumiących rozmów, wspinająca się na palce, tańcząca ku ich i własnej radości; a jednak nieustannie orbitująca gdzieś wokół dziewczynki. Nie zostawiała jej samej.


people become people by falling in love and knowing pain,
don't they?

Celine Lovegood
Zawód : Baletnica
Wiek : 21 lat
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
wszystko to co mam
to ta nadzieja,
że życie mnie poskleja
OPCM : 5 +3
UROKI : 3
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 4 +2
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 26
SPRAWNOŚĆ : 11
Genetyka : Półwila

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t9177-celine-lovegood#278139 https://www.morsmordre.net/t9212-dziadek#279452 https://www.morsmordre.net/t9215-brzydkie-piekne-kaczatko#279468 https://www.morsmordre.net/f393-somerset-dolina-godryka-dom-na-rozdrozu https://www.morsmordre.net/t9214-skrytka-bankowa-2148#279459 https://www.morsmordre.net/t9213-celine-lovegood#279455
Re: Duszne noce / listopad 1954 [odnośnik]15.10.22 17:10
Dusza pragnęła dziwów. Zwłaszcza dusza tak podatna, tak wrażliwa na każde bodźce, jak dusza Marii Multon, wysłuchującej w echo podwójnych kroków, składanych miękko na marmurowych posadzkach jakichś wskazówek. Zagubionego szeptu, który mógłby wskazać jej nie tyle, gdzie albo dokąd idą, ale bardziej po co. Bowiem to cel — ten wyższy, wewnętrzny, umykający granicom geograficznym, jakiegoś rodzaju planowania był przecież w życiu najważniejszy. Od najmłodszych lat Maria rozpatrywała przecież wszystkie własne decyzje w tym kontekście. Do czego doprowadzą? Czy będą miały dobre konsekwencje? Nie mogła podejrzewać Celine o nic innego — półwile szepty przesyłane jej pośrodku ciemnej nocy, tak blisko wciąż nadchodzącej doń wielkimi krokami godziny duchów nie mogły przecież zwiastować ni grama kłopotów, ułatwiały tylko zawierzenie dziewczęcym intencjom, podjęcie ostatecznej decyzji o wędrówce.
Szarozielone tęczówki ukazały się otaczającym je korytarzom jeszcze pełniej, źrenice rozszerzyły się znacząco, gdy Lovegood wreszcie wyjawiła jej tajemniczy przyczynek ich wędrówki. Nie spodziewała się uczty, nie teraz, przecież gdyby takowa miała nastąpić, nie brałyby w niej udziału samodzielnie. Inne dziewczęta śpiące właśnie w cieple i miękkości łóżek w rocznikowych sypialniach towarzyszyłyby im szczebioczącym chórem, podobne do błękitnych ptaków, jak za każdym razem, gdy zwoływano ich na wspólne posiłki w wielkiej sali. Mrowienie, ciepłe, delikatne, ale tak obecne pozostało na jasnej skórze dłoni Marii, która miała przecież jeszcze tak wiele pytań, tak wiele niewypowiedzianych słów (czy zdołają one kiedykolwiek wybrzmieć? Tego nie mogła być pewna), ale oto otwierały się przed nimi drzwi do innego świata. Świata, w którym upływ czasu nie miał wielkiego znaczenia, w którym im — dziewczętom — z powodu dusznej obecności było zdecydowanie zimniej niż jeszcze przed chwilą.
Ale jak łagodną, dobroduszną i niską opłatą był chłód wobec tego, co miały przed swymi oczami.
Od rysujących się przed nią cudowności oderwała wzrok tylko raz. Aby ponownie spojrzeć na Celine, zadać jej nieme pytanie cóż to wszystko oznacza?, nie oskarżycielskie, w żadnym wypadku nie, jedynie zaciekawione i wynikające z zupełnego niezrozumienia. Klatka piersiowa stanęła w bezruchu, bo i oddech swój Maria zaparła dość sprawnie, ogniskując swój wzrok następnie w błękicie płomieni, czymś, czego nigdy wcześniej nie widziała. Wzrokiem sunęła po potrawach zgromadzonych tak bogato na równie bogatym stole, tutaj prędzej przyszło jej zrozumienie, że to wszystko iluzja i nie jest przeznaczone dla nich. Były gośćmi tego balu, tejże uczty, ale na swych własnych, specjalnych zasadach. Gdy próbowała wsłuchać się w melodię ballady granej przez — a jakże — duszną orkiestrę, przed jej nosem (a może przez niego) przeleciała sama madame, zwracając się do Celine odrobinę oskarżycielsko, lecz Marii wydawało się, że także z odrobiną czułości, podobną do tej, którą obdarzają swe młodsze krewne niektóre podstarzałe ciotki.
Wysłuchawszy tłumaczeń półwili, natychmiast pragnęła oddać madame ten sam ukłon, z tym samym szacunkiem, jak chwilę wcześniej zrobiła to Lovegood. Maria nigdy nie była jednak tancerką i w wieku piętnastu lat pogodziła się już zupełnie, że prawdopodobnie nigdy nią nie będzie. Sportowcem była za to wyśmienitym, przynajmniej to potrafiła, ale odbiło się to na jakości darowanego hrabinie de Toussaint dygnięcia. Znacznie bardziej sztywne, polegające mniej na gracji, więcej na sile mięśni i zamaszystości, cudem uniknęła przełożenia ręki przez jednego z gości uczty.
— Bardzo... Bardzo mi miło móc hrabinę poznać... — wyszeptała przez duszący ją i sznurujący usta zachwyt, gdy z uwagą przyglądała się półprzezroczystej sylwetce hrabiny, na moment tylko spuszczając gotową do pląsów, wciąż tańczącą przyjaciółkę z kącika oka. Nie trwało to jednak długo, wyciągnięte ręce półwili stanowiły zaproszenie, któremu odmówić nie mogła i choć próbowała jak najbardziej naśladować każde poczynanie przyjaciółki, Lovegood wciąż zachwycała swą formą, jeszcze bardziej uwypuklając szereg błędów, szczególnie tych technicznych, które popełniała Multon. Kto by pomyślał, że z tej niespodziewanej opresji (wszak czuła czasem przemykające po swej sylwetce spojrzenia, nie wiedząc do końca, czy były one pełne rozczulenia podjętymi próbami dotrzymania kroku urodzonej tancerce, czy może drwin z ich marnych rezultatów) wyrwie ją pytanie o polowanie; nim zdążyła odpowiedzieć, Celine ujęła jej twarz w dłonie, ich spojrzenia spotkały się na moment, skrzące w zachwycie dziękuję, Celinko, odnajdę cię za chwilkę, przecież przyjaciółka zrozumie, rozumiały się najczęściej bez słów.
Powtórzyła próbę dygnięcia przed dżentelmenami, a przedstawiony przez nich problem postanowiła, w niezwykły sposób, w niezwykłą noc, poddać głębszej ocenie, niż miała w zwyczaju za dnia.
— Obaj panowie macie rację, że polowanie na te zwierzęta wymaga dużej uwagi — zaczęła w pewien sposób rozjemczo, łagodnie, przenosząc wzrok między jednym a drugim licem. Może niepełna materialność obu panów ośmieliła ją nieco, pozwoliwszy na coś, do czego rzadko kiedy zdobywała się za dnia. — Bażanty jednak wymagają większej uwagi, aby nie pozwolić im się wzbić w powietrze, wtedy całe polowanie na nic — wygłosiła swą ostateczną opinię, poprawiając przy tym ułożenie nocnej koszuli. Dopiero teraz zauważyła przecież, że tylko one z Celine nie były ubrane w stroje balowe, czy duchy nie uznają tego za faux pas?


No hope in the air
No hope in the water
Not even for me
Your last serving daughter
Maria Multon
Zawód : stażystka w rezerwacie jednorożców
Wiek : 18 lat
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
with golden hair tangled everywhere
this flower will soon
disappear from me
f r u i t l e s s
blooming crazily
OPCM : 9 +1
UROKI : 7 +4
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 1
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 12
SPRAWNOŚĆ : 11
Genetyka : Czarownica

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t11098-maria-multon#342086 https://www.morsmordre.net/t11145-gwiazdka#342865 https://www.morsmordre.net/t11146-maria-multon#342866 https://www.morsmordre.net/f417-gloucestershire-tewkesbury-okruszek https://www.morsmordre.net/t11142-skrytka-bankowa-nr-2427#342857 https://www.morsmordre.net/t11143-maria-multon#342861
Duszne noce / listopad 1954
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach