Wydarzenia


Ekipa forum
[sen] i'm yours forever
AutorWiadomość
[sen] i'm yours forever [odnośnik]10.07.22 21:49

i wish time had better timing
for you and me


Zawsze chciał zabrać ją nad morze. Na klif, dokładnie taki jak ten, na którym właśnie stał. Mogłaby wtedy odetchnąć pełną piersią, a on razem z nią - w końcu razem, ręka w rękę, ramię w ramię. Jego podświadomość, a sama świadomość tym bardziej, tak bardzo pragnęła podobnego widoku, że miała już gotowy cały seans, gdy w gorączce leżał na ogromnym łożu w swojej komnacie. Magomedyk mówił, że to z żalu. Że to serce pękło, że potrzebuje teraz czasu, żeby się zagoić. Rodzice mieli już wtedy swój plan dla syna i nikt nie był w stanie powstrzymać ich przed wcieleniem go w życie. Chyba że choroba syna. Zakleszczyła go w swoich ramionach nagle, niespodziewanie. Idąc korytarzem padł jak długi na ziemię i choć znalezione go zaledwie kilkanaście sekund później, gorączka zdołała osiągnąć przedziwnie wysoki poziom, rwąc ciałem młodego lorda w spazmach, dreszczami pokrywając skórę, unosząc drobne włoski ponad jej ludzką pokrywę.
A tutaj - tutaj było dobrze. Bryza czesała włosy i tworzyła z człowieka solną rzeźbę, jakiś pomnik przyrody, jakby chciała zakląć go w sobie, zniewolić. Morze już się zbudziło z zimowej drzemki, targało falami grzbiety klifów, sprawdzając, ile sił pozostało mu po tej chwilowej, corocznej niedyspozycji. Spodobałoby jej się tutaj. Trawa już zaczynała się zielenić, pragnęłaby chodzić po niej bosymi stopami, jak robiły to razem z Cece w swoim rodowym lesie przy dworze w Lancashire. Złapałby ją za dłoń, za tę jasną, promienną dłoń, miękką jak jedwab, na której pierścień zaręczynowy lśniłby niczym najpiękniejsza z gwiazd. Gdyby rzeczywiście stał nad klifem, a nie przewracał się w pościeli w majakach, wściekłby się na świat, na los, że w tak potworny sposób mu ją odebrał, jego Ophelię, pierwszą i jedyną. Teraz jednak był daleko od tego, co było rzeczywiste, i w tym leżało piękno tych chwil.
Odwrócił się. Białą koszulą szarpnął wiatr, sznureczki przy szyi i te zaplecione przy luźnych rękawach, zatańczyły na wietrze. Uśmiech sam wpełzł na usta, choć dookoła niego nie było ani śladu po niej. Nie czuł jej zapachu. Tego, który zawsze stosowała, mieszankę szlachetnych aromatów, które w drobnym flakoniku łączyły się w woń kojarzącą się z kwietną łąką, nad którą gięłyby się wysokie pnie porastane świeżymi igłami. Mówił najbliższemu przyjacielowi, że była owocem ognistego romansu matki natury z ojcem niebem, i że zakochał się w niej, bo go zaczarowała - jakby ta wymówka w pokrętny sposób miała odciągnąć uwagę bliskich od tego, jak bardzo utonął samoistnie w jej istnieniu. Dzisiaj miał ją spotkać w miejscu, do którego zawsze chciał, a nigdy nie mógł, ją zabrać. I wcale nie martwił go fakt, że jeszcze się nie pojawiła, że jeszcze ani jej nie dostrzegł, ani nie poczuł jej zapachu. Zaraz się tutaj zjawi, za chwilkę. Nawet nie zauważy jej obecności, bo przecież była cieniutka jak powietrze, tak samo przejmująca, tak samo podtrzymywała go przy życiu.
Rhennard Abbott
Zawód : opiekun w rezerwacie znikaczy
Wiek : 31
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Żonaty

turn gold to sand
let night be done

OPCM : 10 +5
UROKI : 15
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarodziej

Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t11085-rhennard-abbott#341563 https://www.morsmordre.net/t11149-remus https://www.morsmordre.net/t11148-opowiem-ci-o-moim-ulubionym-znikaczu#342899 https://www.morsmordre.net/f204-dolina-godryka-norton-avenue-dunster-castle https://www.morsmordre.net/t11287-skrytka-bankowa-nr-2423#347035 https://www.morsmordre.net/t11286-rhennard-abbott#347022
Re: [sen] i'm yours forever [odnośnik]16.07.22 12:25
Była powiewem wiosennego wiatru – i jak wiatr się pojawiła.
Z początku lekkim podmuchem, który niósł ze sobą morską bryzę, znajomy zapach kwiatów, białych frezji, ale i pierwsze kolory, blade i rozmyte. Nie musiał jej widzieć, by wiedzieć, że to ona, jego wytęskniona Ophelia. Tańczyła wokół smugami barw, iskrzącymi w promieniach wiosennego słońca, czule muskając materiał koszuli, bawiąc podrygującymi w takt niesłyszalnej melodii sznureczkami. Z każdą kolejną chwilą przybierała na sile, uzyskując kształty i detale, jak za pociągnięciami pędzla natchnionego artysty. Do uszu Rhennarda docierał śmiech, słodki i wdzięczny, nie sposób jednak było określić, gdzie znajdowała się jego właścicielka. Jednocześnie wszędzie i nigdzie, tuż obok, przy skórze, w klatce żeber, i boleśnie daleko, za rzeką Styks.
Rhennardzie? – Głos nie miał w sobie znamienia słabości; obce mu były ziemskie troski, zesłane przez bezlitosną chorobę cierpienia. Wybrzmiewał pewnie, melodyjnie – jak kiedyś, gdy spacerowali ramię w ramię przyprószonymi śniegiem uliczkami Hogsmeade. Lub później, gdy ujmowała w dłonie lutnię i z uśmiechem na różanych ustach śpiewała o nich, o ich wspólnej przyszłości. Szczęściu, którego mieli w końcu zaznać, gdy tylko ukończą szkołę, staną na ślubnym kobiercu. Pokonają kolejną przeciwność losu. – Rhennardzie, jak tu pięknie. – Była obok, na wyciągnięcie ręki, odziana w zwiewną biel, z włosami upstrzonymi kwieciem. Już materialna, namacalna, prawdziwa. Jego nimfa, o nienagannych manierach i z sercem, które od zawsze i już na zawsze miało wyrywać się ku naturze. Potęga szalejącego w dole żywiołu robiła na niej niemałe wrażenie; błękit tęczówek roziskrzył się podziwem, niekłamanym zachwytem. I choć wszystko wskazywało na to, że to tylko sen, ulotny i zbyt piękny, by być rzeczywistością, to umęczony umysł pogrążonego w żałobie lorda chwytał się go jak tonący brzytwy. Tam – rzucał się w malignie, odarty z sił i resztek podtrzymywanej miesiącami nadziei, tutaj – mógł nacieszyć jej rozpromienionym niemalże dziecinną radością licem, już nie bladym, chorobliwym, a naznaczonym urokliwym rumieńcem i szerokim uśmiechem... – Powinniśmy tu bywać przynajmniej raz do roku – oświadczyła miękko, nie potrafiąc ukryć pobrzmiewającej w głosie ekscytacji. – Przynajmniej, bo przecież inaczej będzie wyglądać to jesienią, inaczej zimą... – Znał ją na tyle dobrze, by wiedzieć, że jej myśli wyrywają się już ku słowom, wersom, frazom, do których mogły zainspirować ją spacery po odmienionych kolejnymi porami roku klifach. Przywykła do lasów Lancashire, pięknych i tajemniczych, lecz znajomych. Potrzebowała nowych bodźców, nowych doświadczeń, by tworzyć dzieła, do jakich do tej pory mogła jedynie aspirować.
Nagle odwróciła się ku niemu i, odgarniając rozwiewane przez morską bryzę włosy, poprawiając zdobiący palec pierścień zaręczynowy, podchwyciła lordowskie spojrzenie. Wyglądała tak prawdziwie. Tak żywo. Może to wcale nie był sen? Może to tam, gdziekolwiek było tam, dręczył go koszmar, z którego w końcu został zbudzony? – Och, najdroższy... Obiecaj mi, obiecaj, że tu wrócimy. Oczywiście, najpierw zajmiemy się najważniejszym... Już nie mogę doczekać się dnia, w którym zostanę twoją żoną. – Czekała na to tak długo. Oboje czekali. Tylko dlaczego? Przecież wszystko było w porządku, jak najlepszym porządku. – Lady Abbott. – Wyartykułowała dźwięcznie, z dumą i rozczulającym rozmarzeniem, a jej czoło wygładziła ulga. To nie był pierwszy raz, gdy o tym rozmawiali. I nie pierwszy raz oswajała się z brzmieniem przyszłego tytułu. Niczym jednak byłaby wizja rychłego zamążpójścia, gdyby wybrany przez rodzinę kandydat był jej obojętny – ona jednak kochała go miłością, która nie miała początku i końca, która była silniejsza niż sam czas i odbijała się we wszystkim, co robiła.


I show not your face but your heart's desire
Ain Eingarp
Zawód : Wielość
Wiek : nieskończoność
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
I show not your face but your heart's desire.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Metamorfomag
[sen] i'm yours forever 3baJg9W
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f47-sowia-poczta http://morsmordre.forumpolish.com/f5-powiazania http://morsmordre.forumpolish.com/f55-mieszkania http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: [sen] i'm yours forever [odnośnik]16.07.22 13:51
Pierwszy pojawił się aromat frezji. Zaledwie musnął nozdrza, myśli ciągnąc w stronę jej komnaty, gdzie zawsze prowadzono go, gdy zapowiadał swoje przybycie - tym razem jednak łóżko było puste, a porcelanowy wazon opróżniony. Jego zgarnięta gorączką głową nie oświadczyła w prostocie - ona nie żyje; powiedziała za to - wyszła na chwilę, minąłeś ją na korytarzu, jak wiatr zatańczyła na korytarzu i zniknęła, ale zaraz wróci. I wtedy pojawił się jej głos. Kojarzył mu się z łamaną w pół czekoladą z Miodowego Królestwa, zawsze się nią dzielili, wspólnie mrucząc nad jej słodkością; kojarzył mu się z dotykiem jedwabiu na skórze, tak miękkim, jak ledwo co wyrośnięta nad ziemią, wiosenna trawa. Była słodyczą dla jego uszu, miodem, wonią pierwszych promieni letniego słońca. Już wtedy, zanim jeszcze zobaczył jej sylwetkę, uśmiech zakwitł na jego ustach. A Rhennard tak szczerze i szczęśliwie jak teraz jeszcze się nie uśmiechał. Przymrużone od słońca powieki zmusił do uniesienia się ku górze, by mógł w końcu przyjrzeć się jej w stanie, jakiego życzył jej przy każdej najmniejszej okazji. Jasna twarz w końcu nie nosiła śladów jakichkolwiek dolegliwości jej ciała, a powieki były okraszone świetlistą łuną, nie natomiast sinym i niezdrowym ciężarem; usta się zaróżowiły, nie były już spierzchnięte, obdarte z życia. Była piękna - dokładnie tak, jak pamiętał ją z korytarzy Hogwartu, ale tym razem starsza, dojrzalsza. Przyglądał jej się zauroczony, ale z własnej, nieprzymuszonej woli, jak zawsze. Nie nosiła w swojej krwi śladów wilej mocy.
Był tak szczęśliwy jej reakcją. Podobało jej się. Wiedział, a mimo to gdzieś między słowami tkanymi pod falowaną czupryną sądził, że coś może nie trafić w jej gust.
- Zawsze chciałem cię tu zabrać - odpowiedział odruchowo, lekko jąkając się przy początku. Onieśmielała go, tracił przy niej resztki godności i dworskiego wychowania, gdy stała obok. Odchrząknął i wyprostował. Wyglądać to musiało nieco komicznie, robił to w końcu na siłę, usiłując wyglądać przy niej dumnie, prężąc pierś jak jeleń wyglądający zza herbu Abbottów. - Jak sobie życzysz, najdroższa. Raz do roku! Następnym razem przylecimy tutaj karocą zaprzęgniętą w aetonany, zobaczysz, jak to wszystko wygląda z góry. Zimą woda ciemnieje i walczy o wybrzeże z siłą stu olbrzymów, naprawdę! - był młody, chciał jej pokazać tak wiele, powiedzieć, przekazać. Prawdopodobnie była to ostatnia okazja, gdy mógł to zrobić. Później Fortuna odwróciła się od niego, zamazała nieprawdopodobne wydarzenia, rozkazała zejść z chmur na ziemię i podjąć się życia dorosłego człowieka. Ale teraz chciał jej się przyglądać, pochłaniać obraz jej rozpromienionej słońcem twarzy i odwzajemniać każdy kolejny uśmiech, który mu posyłała. Ujął jej dłoń. Ostrożnie, lekko, w palcach, tkniętych już szorstkością pergaminu i lepkością atramentu, oglądając jej delikatną skórę. Przypominała łuski na motylich skrzydłach. Teraz była ozdobiona pierścieniem rodowym, podarowanym mu przez matkę jako dowód połączenia ich rodzin w jedną. Wyglądał na jej serdecznym palcu doskonale. Jakby zawsze było tam jego miejsce. Roześmiał się nieoczekiwanie, w pełnym przejęcia geście. Nie mógł uwierzyć, że żadne z najgorszych przewidywań się nie spełniło i w końcu byli tutaj razem. - Przysięgam. Przysięgam na samego Papiniana, moja najdroższa Ophelio, że tu wrócimy i to nawet niedługo. Złożymy tutaj przysięgę. Tam w dole, na plaży, przeprowadzę cię - wskazał jej wyciosane w kamieniach schodki prowadzące w dół. Były strome, ale zdawały się ustabilizowane latami walki z potęgą morza. - Chodźmy, muszę ci coś pokazać. Coś cudownego.
Odgarnął zbłądzone kosmyki z jej skroni, czułym muśnięciem zawijając je za ucho, by za chwilę poprawić płatki jednego z kwiatów, by nie odleciał. Wszystko w tej wizji musiało być idealne. Żywe. Realne.
Rhennard Abbott
Zawód : opiekun w rezerwacie znikaczy
Wiek : 31
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Żonaty

turn gold to sand
let night be done

OPCM : 10 +5
UROKI : 15
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarodziej

Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t11085-rhennard-abbott#341563 https://www.morsmordre.net/t11149-remus https://www.morsmordre.net/t11148-opowiem-ci-o-moim-ulubionym-znikaczu#342899 https://www.morsmordre.net/f204-dolina-godryka-norton-avenue-dunster-castle https://www.morsmordre.net/t11287-skrytka-bankowa-nr-2423#347035 https://www.morsmordre.net/t11286-rhennard-abbott#347022
Re: [sen] i'm yours forever [odnośnik]18.08.22 17:04
Zawsze? – powtórzyła za nim cicho, a subtelnie zarysowane łuki brwiowe uniosły się ku górze w wyrazie rozbudzonego tym wyznaniem zainteresowania. W ich ślad podążyły kąciki ust; nie potrafiła powstrzymać ich przed wygięciem się w coraz zuchwalej poszerzającym się uśmiechu. I nie chciała. – Od jak dawna trwa „zawsze”, Rhennardzie? – Odkąd tylko zobaczył ją po raz pierwszy na szkolnym korytarzu? Czy już wtedy wiedział, czuł, że że Mojry splotły ze sobą nici ich losu? Że są sobie przeznaczeni? Nie, to niemożliwe. A może początek ich wspólnej wieczności dał pierwszy wspólny spacer do Hogsmeade? Przypadkowe muśnięcie dłoni? Już wtedy czuła, jak gdyby znała go wieki; rozumieli się niemalże bez słów, wymieniając porozumiewawcze spojrzenia nad filiżankami gorącej czekolady, żartując z tego, co innym mogłoby wydać się dziwne lub nieśmieszne. Wiedziała jednak, że wkroczyli na grząski grunt, że dopuszczenie do siebie uczuć, niewinnych, lecz jakże uskrzydlających, mogło okazać się fatalnym w skutkach błędem; na palcach jednej ręki potrafiła policzyć mariaże wśród arystokratów, które dyktowane byłyby nie tylko względami politycznymi, chęcią wzmocnienia lub nawiązania sojuszu, a miłością – czymś, co dla wielu zdawało się zarezerwowane jedynie dla czarodziejów, na których barkach nie spoczywał ciężar obowiązku względem rodu, tradycji, błękitnej krwi.
Oni jednak mieli szczęście. Fortuna spojrzała na nich przychylnym okiem, pozwalając snuć plany o wspólnej przyszłości, o powracaniu nad te klify raz do roku, z początku jedynie we dwoje, później – wraz z dziećmi. Bo przecież była to jedynie kwestia czasu, aż urodzi mu syna, silnego, zdrowego, o wielkim sercu, a później córkę, młodszą, płochliwszą, nad którą pierworodny miałby roztoczyć troskliwą opiekę. Los im sprzyjał, dając coś, co zdawało się nieosiągalne, przeznaczone innym. I nie było już nikogo, niczego, co mogłoby stanąć im na drodze do szczęścia... Prawda?
Jesteś za dobry – odparła miękko, czule, nie cofając się przed jego dotykiem. Wprost przeciwnie; musnęła szorstką skórę opuszkami palców, jak gdyby samym tym gestem chciała przynieść jej ulgę, zaleczyć. Podziwiała go za to, co robił. Za jego poczucie sprawiedliwości, za chęć walki o lepsze jutro dla prześladowanych stworzeń. Wielu innych spoczęłoby na laurach, trwoniąc czas i majątek, gnuśniejąc i szukając sensu tam, gdzie z pewnością nie mogli go odnaleźć. Wiedziała więc, że los się do niej uśmiechnął – że spotkała go na swej drodze, że droga lady Abbott wzięła ją pod swe skrzydła, wskazując właściwy kierunek rozwoju. – Przylećmy, proszę. Chciałabym to zobaczyć! Poczuć...! Ach. A później wyśpiewać moje szczęście, by nikt nie miał najmniejszych wątpliwości, że jesteś moim sercem, moim obrońcą... – urwała, tocząc dookoła roziskrzonym wzrokiem, przelotnie ściskając jego dłoń mocniej. Nie potrzebowała wiele, by wybiec myślami w przyszłość, tę wymarzoną i wyśnioną. Nie chciała jednak odcinać się od tu i teraz, wszak było ono zbyt idealne, by przed nim uciekać; kiedyś złożyła Rhennardowi obietnicę, że będzie kolekcjonować takie chwile i pielęgnować je jako najpiękniejsze ze wspomnień. – Bo przecież nie pozwoliłbyś, żeby coś mi się stało, prawda? Coś złego? – Nagle odnalazła jego spojrzenie własnym, a jej anielskie oblicze naznaczył cień zmartwienia; bezwiednie założyła za ucho kosmyk tańczących na wietrze włosów, po czym ulokowała dłoń na jego policzku, szorstkim i ciepłym. Dlaczego o to pytała? I to akurat teraz? Czego się bała? Zdawać mu się mogło, że jej obraz przelotnie zadrżał, tracąc przy tym na ostrości, na wyrazistości barw, to jednak musiało być jedynie złudzenie optyczne. Wszak gdy zamrugał, wszystko było w jak najlepszym porządku, a ona znowu się uśmiechała. – Tutaj? Naprawdę? – powtórzyła po nim z emfazą; czoło już miała gładkie, wolne od zmartwień. Oczyma wyobraźni widziała się w białej sukni, ich razem, stąpających po plaży przy akompaniamencie szumu morza, walczącego z klifem żywiołu. – Jeśli tylko tego pragniesz, jeśli chciałbyś... – wyszeptała cicho. Bo przecież ona nie marzyła o niczym innym. Nie zależało jej na wystawnej ceremonii, na blichtrze i rozgłosie; chciała jedynie poczuć jego dłoń, a później – jego usta na swoich. Przelotna pieszczota wyrwała ją z rozmarzenia, wzniosła wzrok wyżej, powoli wspinając się nim po twarzy Rhennarda, by w końcu odnaleźć nim jego oczy; niebieskie, o barwie, która ocieplała się zawsze wtedy, gdy patrzył wprost na nią. – Gdzie idziemy? I co masz na myśli? Nie trzymaj mnie w niepewności! – odparła ze śmiechem, entuzjastycznie reagując na jego propozycję. Bo przecież poszłaby za nim wszędzie, choćby i na kraniec świata.


I show not your face but your heart's desire
Ain Eingarp
Zawód : Wielość
Wiek : nieskończoność
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
I show not your face but your heart's desire.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Metamorfomag
[sen] i'm yours forever 3baJg9W
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f47-sowia-poczta http://morsmordre.forumpolish.com/f5-powiazania http://morsmordre.forumpolish.com/f55-mieszkania http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: [sen] i'm yours forever [odnośnik]27.09.22 23:26
Jak wspaniale było zatapiać się w fantazji, jak wspaniale było wmawiać sobie, że tak właśnie wyglądał świat - ona, jaśniejąca gwiazda zaranna, i on, stojący tuż obok niej, zaręczeni, w pełni zdrowia, w pełni świadomości, że tak ma być. Tak powinno być. A jednak na niebie, gdzieś z przodu, gdzieś daleko, zbierały się burzowe chmury. Były jak obietnica końca - absolutna, bo jeśli podświadomość zajdzie czernią, już nic nie uratuje kruchych wizji pięknego, wspólnego życia. Rhennard zobaczył je, zobaczył jak rozpościerały się delikatną smugą nad horyzontem, daleko za plecami Ophelii. Coś wtedy zadrżało. Nie wiedział, czy w nim, czy może w sylwetce ukochanej. Objął więc ją nagle, mocno, ale wciąż nie na tyle, by ukruszyć choć drobinę z jej porcelanowej figury; objął ją pewnie, przekazując w ten sposób, żeby już nigdy nie odchodziła. Nigdy. Zawsze.
- Już sami tego nie pamiętamy, od kiedy trwa zawsze - szepnął do niej. Kiedy zamknął oczy, ponure wrażenie minęło, ale on wcale nie chciał wypuszczać jej ze swoich ramion. Była drobna, dokładnie taka, jak ją zapamiętał. Przesunął dłońmi po plecach, po ramionach. Skórę miała jak papier, tak cieniutką i lekką, ale też delikatną i jasną. Oddychał nią przez chwilę, zbyt krótką, zbyt zatartą, by mógł nasycić tęskniące za nią zmysły. W końcu odczepił swoje ciało od jej ciała, ale wciąż nie na tyle, by pojawił się niebezpiecznie realny dystans. - Może kiedyś byliśmy ptakami latającymi wśród chmur, po niebie, i właśnie to niebo miało być na zawsze - uśmiechnął się, przypominając sobie swoje dziecięce lata, gdy sam chciał być ptakiem i latać wśród przestworzy, wyżej niż inne. Ten uśmiech stał się szerszy, kiedy po raz pierwszy od dawna jej głos nosił w sobie głośno nuty szczęścia, emocji, tony szczerej radości pełnej życia. Pamięć o chorej Ophelii leżącej odłogiem na łóżku obleczonym w biel miała już być przeszłością, niechcianą fotografią, która zbyt mocno utrwalona, miała zostać zastąpiona inną, lepszą. - Jesteś tak piękna, kiedy się cieszysz. Mówiłem ci to kiedyś? Ten uśmiech zostanie ze mną na wieczność, moja najpiękniejsza.
Zostanie. Tak, zostanie. Będzie pojawiał się często zaraz po twojej śmierci, a potem coraz rzadziej, oddając miejsce twarzy Cecylii, podobnej, a jednak zupełnie innej. Twój uśmiech będzie drażnił zmysły, irytował umysł, nakazywał, by ciało odpowiadało złością na cały świat i posępny los, uderzając na oślep, rozrywając zasłony, pościele, poduszki, tłukąc wazy. Twój uśmiech będzie otwartą raną, którą sam Rhett będzie obmywał solą, nie mogąc pogodzić się ze śmiercią jedynej miłości. Tej na całe życie. Na zawsze. Na wieczność i jeden dzień dłużej.
Objął jej podbródek palcami, nie rozumiejąc słów, które wypowiedziała, pytania, które zachęciło chmury do zbliżenia się do nich, lekkiego zagęszczenia się nad horyzontem, zaciemnienia, kiedy niebo dookoła było krystaliczne, niemal wibrujące od jasnego błękitu.
- Ależ Ophelio, przecież wiesz, że ja... - że ja nie mam takiej siły sprawczej. Że umrzesz, Ophelio, a przed Śmiercią ja muszę się ukłonić i oddać to, co najcenniejsze, bo to nie w mojej mocy leży zdolność odparcia niezłomnej Pani. Chciałbym, ale nie obronię cię przed wszystkim. - Chodź, muszę ci je pokazać - umysł wybrał za to krótszą ścieżkę, przez nagłą zmianę tematu, odwrócenie wzroku i spojrzenie na jasne niebo, a nie chmury piętrzące się przed nimi. - Tu, najdroższa, odbywają się tańce kelpii. Samiec i samica dobierają się na całe życie i co roku, by pokazać, że więź między nimi jest wciąż trwała, przypływają tu i odprawiają rytuał godowy, choć tylko na pokaz, dla siebie, dla własnej miłości. - delikatnie ciągnął ją za dłoń, która przez krótką chwilę, mrugnięcie powiek, zdawało mu się, że zniknęła w jego własnej. Obejrzał się na nią, by upewnić się, że wciąż tu z nim jest, żyje, ma się dobrze, i gdy faktycznie szła obok, poczuł drażniące ukłucie pod mostkiem. Uśmiechnął się do niej pokrzepiająco. - Jesteś tutaj.
Spacer dziwnie utknął w czasoprzestrzeni. Z jedna strony wydawał się zbyt długi, a z drugiej - zbyt krótki. Stanęli jednak na wydmach we właściwym momencie. Nad wodą unosiły się dwa długie ciała wężowych kelpii pokrytych wodorostami - na zmianę unosiły się i opadały, wydając z siebie ciche, parskające głosy. Z boku wydawały się jednak słodką pieśnią kochanków chcących okazać wobec siebie nieskończoną miłość i przysięgę złożoną tu i teraz. Rhennard, choć bardzo chciał, nie patrzył już na tajemniczy taniec dwójki wspaniałych stworzeń, ani nawet na Ophelię. Spojrzenie srebrnych tęczówek wlepił w ciągnące się coraz bliżej pasmo chmur. Było jednocześnie blisko i daleko, tylko czekając na odpowiedni moment, by ukrócić sielankę i wchłonąć świat fantazji, w którym było tak ciepło, tak dobrze.
- Ophelio - szepnął, ściskając ukochaną mocniej za drobną dłoń, aż w końcu spojrzał na nią, młody i zagubiony, przestraszony tym, co nadejdzie, a o czym ona miała się nie dowiedzieć. - Nie zostawiaj mnie.



gdybym ziarnka
choć nie wszystkie
mocnym zawrzeć mógł uściskiem
gdybym z grzmiącej fali jedno choć ocalił


Rhennard Abbott
Zawód : opiekun w rezerwacie znikaczy
Wiek : 31
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Żonaty

turn gold to sand
let night be done

OPCM : 10 +5
UROKI : 15
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarodziej

Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t11085-rhennard-abbott#341563 https://www.morsmordre.net/t11149-remus https://www.morsmordre.net/t11148-opowiem-ci-o-moim-ulubionym-znikaczu#342899 https://www.morsmordre.net/f204-dolina-godryka-norton-avenue-dunster-castle https://www.morsmordre.net/t11287-skrytka-bankowa-nr-2423#347035 https://www.morsmordre.net/t11286-rhennard-abbott#347022
Re: [sen] i'm yours forever [odnośnik]25.10.22 14:17
Zapomnieli już, kiedy miała początek ich wieczność. Nie mogli również wiedzieć, w którym momencie nastanie jej koniec. A przynajmniej – ona nie mogła. Nieświadoma wiszącego nad ich głowami nieszczęścia, czarnych chmur, które raz po raz pojawiały się na horyzoncie. Istniała tu i teraz, żywa, szczęśliwa z powodu rychłych zaślubin. Czego mogła chcieć więcej? Dopóki zamykał ją w swych ciepłych ramionach, dopóki słyszała znajome bicie serca, wszystko było w jak najlepszym porządku. – Jaskółkami – wtrąciła cicho, lecz bez śladu zawahania, gdy odsunął się, na szczęście nieznacznie; wciąż trwał obok, blisko, osłaniając przed dmącym od strony szerokich wód wiatrem. – Musieliśmy być jaskółkami. – Zwiastunami wiosny i odrodzenia. Wolnymi duchami, które nie potrafiły żyć w niewoli. Wiernymi, oddanymi, łączącymi się w pary. Zupełnie jak oni. Ściśle splatali ze sobą swe losy, planowali wspólną przyszłość, nie zamykając przy tym w klatce obowiązku. Nie kierowała nimi powinność czy przymus, a coś znacznie silniejszego, niezwykle tajemniczego i wciąż niezbadanego – magia miłości.
Ni stąd, ni zowąd na niebie objawiły się dwie ptasie sylwetki, których nie dało się pomylić z niczym innym: jak za dotknięciem różdżki, przywołane słowem lub myślą, nad ich głowami zatańczyły jaskółki. Krążyły nad klifem, to doganiając się, to odfruwając na większą odległość, nigdy jednak nie oddalając się zbytnio.
Zaśmiała się krótko, gdy spomiędzy ust Rhennarda wyrwała się ta uwaga, rozmarzona i rozbrajająco szczera. Nie miał oporów przed składaniem jej komplementów, a przy tym nigdy nie czuła, by były one płytkie, wytarte. Zauważał w niej to, co najlepsze, zwracał uwagę na detale, które mogły umykać innym, lecz nie jemu. Jej najwierniejszemu fanowi. Najbardziej spostrzegawczemu obserwatorowi. – Przy tobie to takie łatwe. Naturalne. Nie mam powodów do smutku, Rhennardzie – oświadczyła z niezachwianą pewnością, dla potwierdzenia swych słów składając wargi w jeszcze szerszym, jeszcze wyraźniejszym uśmiechu. Promieniała, ogrzewana lordowskim uczuciem. Odbijającym się w jego oczach uwielbieniem. I myślała, że tak będzie już zawsze.
A później zadała to pytanie, które zachęciło odległe chmury, by spowiły krańce nieba głębokim granatem, niemalże czernią, czając się tam niczym drapieżnik gotujący się do skoku. Nawet nie drgnęła, gdy delikatnie ujął jej podbródek. Choć każdy ich ruch i każdy krok zwykle śledzone były wścibskim wzrokiem przyzwoitek, choć nie mogła przyzwyczaić się do jego bliskości aż tak, jak będzie to miało miejsce po zaślubinach, to nie obawiała się z jego strony niczego. Ufała mu bezgranicznie. I wierzyła, że będzie w stanie obronić ją przed wszystkim, choćby i przed przeklętym fatum, nawet jeśli on sam miał wątpliwości.
A więc to idealne miejsce, by złożyć przysięgę – przyznała po chwili, gdy już prowadził ją za rękę ku plaży, z której mieli zaobserwować niezwykły zwyczaj kelpii. – I my będziemy tutaj wracać, dla siebie i dla nich, by uczcić w ten sposób dzień, w którym oficjalnie staniemy się jednym. – Odwzajemniła uśmiech, gładząc przy tym wierzch męskiej dłoni swymi naznaczonymi odciskami palcami. – Małżeństwem. Rodziną. – Z podziwem obserwowała cielska morskich stworzeń, tak zwinnych, tak zgranych, połączonych w dyktowanym instynktem – nie, uczuciem – tańcu. Podobne do koni, lecz obleczone w wodorosty, z sitowiem zamiast grzywy. Czy zdawały sobie sprawę z ich obecności? Pewnie nie. Całkiem skupione na sobie, na swym hipnotyzującym pokazie, celebracji więzi...
Tak? – Nie wiedziała, co sprawiło, że nagle ścisnął kruchą dłoń mocniej; chciał jej coś powiedzieć? O kelpiach? Chętnie posłuchałaby więcej. Do tej pory kojarzyła te stworzenia ze strachem, z groźbą wciągnięcia pod wodę i utonięcia, lecz teraz miała już pewność, że to nie wszystko. Że miały też w sobie piękno i oddanie. – Musisz pozwolić mi odejść – powiedziała miękko, ciepłym szeptem. Błagalnie. Obraz Ophelii zamigotał, znów tracąc na ostrości, a jej czoło przecięła zmarszczka zmartwienia. Nie sobą, swoim losem, a miotającym się w malignie Rhennardem. Nagle nie była już ograniczona tylko do tej plaży, do ich zawieszonego w czasie spaceru; wiedziała więcej, również o tym, co działo się tam, daleko, za kurtyną snu. Wiedziała wszystko, co wiedział on. – Obiecaj mi jedną rzecz. Obiecaj mi, że znajdziesz swoją jaskółkę. – Mówiła coraz szybciej, coraz bardziej zapalczywie, walcząc ze ściskającą gardło emocją, łamiącym się głosem. Dla niej było już za późno. Ale przynajmniej uwolniła się od cierpienia i strachu. On zaś musiał żyć dalej, musiał poradzić sobie z tym ciężarem – sam.


I show not your face but your heart's desire
Ain Eingarp
Zawód : Wielość
Wiek : nieskończoność
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
I show not your face but your heart's desire.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Metamorfomag
[sen] i'm yours forever 3baJg9W
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f47-sowia-poczta http://morsmordre.forumpolish.com/f5-powiazania http://morsmordre.forumpolish.com/f55-mieszkania http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
[sen] i'm yours forever
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach