Wydarzenia


Ekipa forum
Polana w głębi lasu
AutorWiadomość
Polana w głębi lasu [odnośnik]20.11.15 19:25
First topic message reminder :

Polana w głębi lasu

Nie słychać stąd dźwięków morza, zdaje się, że polana odcięta jest od reszty świata - a szkoda, bo urzeka malowniczością. Jednak kto wie, może na jednym z powalonych drzew, wśród kwitnących przez większość roku białych kwiatów miało miejsce niejedno romantyczne spotkanie? W różnych częściach polany można znaleźć kwitnąco dziko róże oraz czarne jagody, bokiem płynie jedna z odnóg rozlewiska, niegłęboka rzeczka, lecz pomiędzy jej brzegami - może tylko na potrzeby festiwalu? - ktoś  stworzył niewielki, drewniany mostek. Próbując przejścia w inną część polany, należy uważać na przeszkody w postaci kamieni, korzeni, powalonych konarów, zapadnięć terenu, jeśli nie chce się skończyć przechadzki z najróżniejszymi otarciami.

Ogniska z kadzidłami


W lasach Dorset palą się liczne, mniejsze ogniska, przy których zbierają się czarodzieje. Niektóre z nich są po prostu miejscem zapewniającym ciepło i rozmowę, ale przy innych uczestnicy oddają się też... innym rozrywkom. Na jednej z polan w lesie rozpalono kilkanaście mniejszych ognisk, przy których ustawiono kosze z suszonymi ziołami, używanymi do wytwarzania magicznych kadzideł. Niektóre z nich rosną w okolicznych lasach, inne sprowadzono z bardzo daleka, wiele z nich przywieźli handlarze przybyli zza granicy, zwłaszcza z Hiszpanii.
Zioła można wrzucić w ogień, uwalniając w ten sposób zapach, który odniesie efekt na wszystkich znajdujących się przy palenisku istot.

W jednym wątku można wykorzystać tylko jedną mieszankę ziół. Są to głównie substancje roślinne, zioła. Postać z zielarstwem na co najmniej II poziomie potrafi rozpoznać ich znaczenie i wybrać odpowiednie, wrzucając do ognia konkretne spośród rozpisanych na poniższej liście. Pozostałe postaci mogą próbować ich w sposób losowy - poprzez rzut kością k6:

1: Mieszanina żywicy i sosnowych igieł przepełniona jest też czymś, co pachnie jak świeże górskie powietrze. Bardzo orzeźwiająco, nieco otumaniająco. Zapach jest łagodny, koi zmysły, uspokaja nastroje, wzbudza zaufanie do rozmówców. Pobudza do szczerych wyznań i zdradzania sekretów, ale nie hamuje całkowicie naturalnych barier związanych z rozmową z osobami nieznajomymi lub takimi, przy których postać naturalnie czułaby się skrępowana.
2: Drzewny zapach musi mieć swoje źródło w niewielkiej ilości drzewa sandałowego, które zmieszano z rosnącymi w Dorset dzikimi kwiatami oraz sporą ilością ostrokrzewu. Kadzidło jest trochę duszne, głębokie, wprowadza w przyjemne odrętwienie, spowalnia zmysły i pozwala w pełni odprężyć ciało. Pod jego wpływem trudniej jest zebrać myśli. Wprowadza w przyjemne otępienie i relaksację, odpędza troski.
3:  Słodki zapach bergamotki przebija się przez skromniejszy bukiet owoców, które prowadzi cytryna oraz nieznacznie mniej wyczuwalna porzeczka, zapach jest przyjemny, świeży, lekko cytrusowy, dodaje energii, poprawia nastrój. Dalsze nuty kadzidła lekko i przyjemnie otępiają. Czarodziej znajdujący się pod wpływem tego kadzidła staje się pobudzony do flirtu i trudniej mu usiedzieć w miejscu, korci go spacer lub taniec.
4:  Gryzące zioła, pieprz, rozmaryn, tymianek i inne, które trudniej rozpoznać, przemykają do odrętwionego umysłu, wyciągając z niego cienie. Niektórzy twierdzą, że to kadzidło oczyszcza umysł: pobudza smutek, zmusza do sięgnięcia po problemy i uzewnętrznienia ich, do szczerych wyznań odnośnie tego, co ostatnim czasem trapi czarodzieja, co jest jego zmartwieniem. Wyciska z oczu łzy, ale dzięki temu pozwala zostawić najczarniejsze myśli za sobą i rozpocząć nowy etap życia bez obciążenia.
5: Zapach wiedziony przez silnego irysa w towarzystwie polnych kwiatów wywołuje wesołość, a przy dłuższej ekspozycji - niekontrolowany śmiech. Poprzez lekkie przytępienie zmysłów dodaje odwagi, skłania do czynów i wyznań, na które czarodziej nie miał wcześniej odwagi, a na które od zawsze miał ochotę.
6: Lawenda przeważnie koi zmysły, ale w towarzystwie czterolistnej koniczyny i konwalii odnosi podobny efekt na istoty, nie na ludzi. Czarodziejów zaczyna drażnić, roztrząsa najdawniejsze urazy. Pod jego wpływem niektórzy mogą stać się skorzy do drobnych złośliwości, a inni do kłótni lub nawet agresywni.

Skorzystanie z kadzideł przy ognisku zastępuje jedną wybraną używkę z osiągnięcia hedonista.

Wśród świętujących czarodziejów krążą ceremonialne misy wypełnione pszenicznym piwem zmieszanym z fermentowanym kwiatowym miodem, tradycyjny napój Lughnasadh. Ze wspólnych mis pili wszyscy, przekazując je sobie z rąk do rąk. Naczynia zapełniały charłaczki w zwiewnych sukienkach noszące przy sobie duże miedziane dzbany.


[bylobrzydkobedzieladnie]


Ostatnio zmieniony przez Mistrz gry dnia 31.01.23 19:07, w całości zmieniany 2 razy
Mistrz gry
Mistrz gry
Zawód : -
Wiek : -
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Polana w głębi lasu - Page 68 Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki

Re: Polana w głębi lasu [odnośnik]26.03.23 23:38
Zderzenie z obcym ciałem sprawiło, że podskoczyłam, odwracając się gwałtownie i mierząc sprawcę ostrym spojrzeniem, które paliło niczym ogień buchający za moimi plecami. Męska sylwetka zbadana powierzchownie wydała mi się atrakcyjna - górujący wzrost zmusił do zadarcia nosa, bym mogła poznać rysy nieuważnego przybłędy. W mętnej, pomarańczowej poświecie, która biła od paleniska, zanim jeszcze przyporządkowałam twarz do właściwego nazwiska, ujrzałam bujne, gęste, kręcone włosy i policzek przyprószony zarostem; nierówną linię nosa oraz ostre zagłębienia kości, jakby ciosał je niezbyt wprawny rzeźbiarz, nadając im indywidualnego, drapieżnego charakteru. Przez tę krótką chwilę wydał mi się przystojny, ale uczucie prysnęło niczym mydlana bańka, gdy z odmętów pamięci wyłowiłam właściwe wspomnienia, coraz wyraźniej łączące nieznajomego z kimś, kogo znałam w przeszłości. Dawno temu, w lepszych czasach, kiedy jeszcze potrafiłam śmiać się bez cienia smutku w sercu, a Solas nie był jedynie żywym wspomnieniem, które wplatało się w moją codzienność.
- Jesteś słodko naiwny, jeśli myślisz, że po kilku głębszych byłabym milsza - ochrypły głos wybrzmiał dosadnie, a między zgłoski wkradał się śmiech. Czujne oko syciło się kontrolą, którą wywołałam napięcie, uwydatniające się w jego wyprostowanej postawie i naprężonej szczęce, jednak nie na długo. Już po chwili usta wyginały się w teatralnym grymasie, gdy kątem oka dostrzegłam poległe na trawiastym dywanie błyszczące szkło butelki, po którą schylił się Vincent. Szkoda było alkoholu, ale gapowe zawsze wymagało zapłaty. Kiedy nieoczekiwanie wyciągnął trunek w moim kierunku - albo raczej to, co z niego pozostało - łypnęłam na niego podejrzliwym okiem, po krótkim zastanowieniu chwytając za butelkę zamaszystym ruchem. Prawy kącik ust na krótką chwilę uniósł się ku górze, a zanim przysunęłam szyjkę do warg, jeszcze raz zamordowałam Rinehearta spojrzeniem. Tak na wszelki wypadek, by nie zyskał zbytniej pewności, że topór wojenny między nami został pogrzebany. - Czyli jednak była jakaś szyszymora. - Wytoczyłam śmiałą tezę, bo tak czynili ludzie nauki. Nie wyglądał najlepiej. To znaczy - w pewnym sensie coś się w nim zmieniło, wydoroślał, obiektywnie patrząc nawet wyprzystojniał, ale w smutnych oczach przypominał mnie samą sprzed kilku lat, a to ponure spojrzenie znałam aż za dobrze. Gdzieś z tyłu głowy zamajaczyła chęć, by zrzucić tę cierpkość, przebić się przez palisadę żalu i ofiarować mu trochę zrozumienia, szybko jednak odrzuciłam ją, myśląc, że nasza historia nie dość, że była pełna wyboistych ścieżek, to jeszcze zionęła kilkuletnią wyrwą, a szukanie nici porozumienia byłoby co najmniej absurdalne. Nawet jeśli przez chwilę zrobiło mi się go szkoda, bo miał oczy jak szczeniak wyrzucony z domu na zimny deszcz bez jedzenia i miski wody.  
Objęłam ustami krawędź butelki, a kiedy tylko to uczyniłam, natychmiast odsunęłam ją energicznie, odwracając głowę w bok, kilkakrotnie spluwając. Nie przyszło mi do głowy, że ustnik mógł wytarzać się w paprochach, jakimś piasku czy ziemi, albo jeszcze innym popiele z ogniska. Cokolwiek to nie było, miało paskudną fakturę, a w głowie - zamiast siebie - już przeklinałam Vincenta, obarczając go odpowiedzialnością za ten podstęp. Trzeba było jednak czegoś więcej, by mnie zniechęcić, wypity wcześniej alkohol przyjemnie zmiękczył moje ciało i nastrój. Sięgnęłam więc do spływającej po nogach sukienki, łapiąc za skrawek jasnego materiału, by przetrzeć nim szkło, nie szczędząc przy tym Vincentowi spojrzenia, błyskającego z chmurnych oczu niczym pioruny. W końcu pociągnęłam spory łyk alkoholu, ale eks Krukon najwyraźniej knuł jak mógł, byleby tylko pokrzyżować mi ten toast za szyszymorę, który sam wzniósł. A może to wcale nie chodziło o mnie, może po prostu pożałował swoich słów, bo nie znałam szyszymory, która zasługiwałaby na laudację. Zanim zdążyłam przełknąć palący podniebienie płyn, z jego ust padło sakramentalne hasło o szukaniu zabawy, wywołując u mnie niekontrolowane parsknięcie śmiechem. To, co jeszcze przed chwilą było w moich ustach, gradem kropel wylądowało na koszuli Vincenta, a reszta płynu ściekła po mojej brodzie, skapując na dekolt. Chwilę zajęło mi opanowane śmiechu - już nie przez to, co powiedział, a przez sam fakt, że poplułam jego i samą siebie. Zawsze wydawał mi się typem sztywniaka, a jednak skrywał naturę komedianta, zmuszając mnie do zmrużenia oczu i ukazania dziąseł, nierównych zębów i charakterystycznej diastemy. - W twoim słowniku istnieje w ogóle coś takiego jak zabawa? - Zapytałam, nie powstrzymując rozbawienia, ścierając palcami resztkę alkoholu z ust i brody, nieprzypadkowo zapominając o dobrym wychowaniu, które nakazywałoby przeprosić Rinehearta. Sam był sobie winny tej ekspresji artystycznej na własnej koszuli… - To na szczęście - w powietrzu zakreśliłam palcem nieforemny kształt, wskazując plamy na jego ubiorze. Musiałam znaleźć pokojowe wyjście z tej sytuacji, zanim wpadłby na pomysł, by spuścić ze smyczy własne nerwy. Kiedy już uchwyciłam w ryzy napad własnego dobrego humoru, ostrożnie wychyliłam zawartość butelki - za trzecim podejściem udało mi się nie tylko napić, a nawet ją opróżnić. Bez cienia zawahania wyciągnęłam szkło w kierunku towarzysza, czekając, aż je uchwyci, a kiedy uniósł butelkę, by skosztować pustki, na moich ustach wykwitł pełen satysfakcji uśmiech. Udany blef cieszył, a w ślad za nim poszło wzruszenie ramion i teatralna niewinność. - Ups, chyba nic nie zostało. - Bawiłam się przednio, ale czy Rineheart bawił się równie dobrze - tego jeszcze nie byłam pewna, w jego ustach zabawa brzmiała co najmniej jak sport ekstremalny, pokroju lotu na miotle nad Atlantykiem. Kiedy zwrócił się do koszy z ziołami, podążyłam za nim, ramię w ramię, jeszcze niepewna, czy jego towarzystwo było dla mnie użyteczne na resztę wieczoru. Na chwilę - z pewnością. Znał się na ziołach, a jeśli twierdził, że szuka zabawy - choć nasze interpretacje mogły się nieco rozmijać - być może nie wskaże czegoś, po czym rozpłaczę się jak bóbr i nie będę mogła się uspokoić póki nie wzejdzie słońce. Miałam twardą skorupę i niechętnie pokazywałam światu, że mogło być inaczej. - A skąd ty niby wiesz, co do mnie pasuje, hm? - Uniosłam brwi, wwiercając się w niego bursztynowymi oczami, nieco nachalnie, przyklejając ramię do jego boku, jakbym chciała się z nim przepychać. Powoli przypominałam sobie, dlaczego w szkole lubiłam go drażnić. Swoim sposobem bycia sam zdawał się podkładać pod najsmakowitsze przytyki, jakby był chodzącą fabryką mojego wyostrzonego dowcipu. W późniejszych czasach, po Hogwarcie, długo czułam do niego złość - byłam zazdrosna o uznanie w oczach Solasa, ale teraz, po latach, tamte wydarzenia rozwiał wiatr historii, a po zmarłym mężu pozostały w mojej głowie tylko te dobre wspomnienia. - Tajemniczy jesteś, Vincent. - Zauważyłam kąśliwie, drocząc się z nim, choć w rzeczywistości z uważnością słuchałam jego słów. Moją ciekawość kupił niedopowiedzeniami, niemym wyzwaniem, które zawisło w powietrzu, jakby wiedział dokładnie, że byłam łasa na przygody. - No…to nad czym się tak zastanawiasz? - Brwi uniosły się ku górze w pytającym geście, a za odpowiedź posłużyło krótkie skrzyżowanie spojrzeń. Nieoczekiwanie złapałam go za nadgarstki, przeciągając je w kierunku płonącego stosu, po czym nachyliłam się, lekko dmuchając na susz, a zioła zawirowały a powietrzu, migocząc pośród trzaskających iskier i powolnym, nieregularnym ruchem opadając w ogień. Prostując się, obserwowałam taniec drobinek, czując rozchodzące się po skórze ciepło bijące od ogniska, przyjemne, namaszczone nieznanym, i z jakiegoś powodu nie chciałam wiedzieć, co wydarzy się dalej, na moment przymykając oczy. Mieszanina słodkich zapachów przełamana ciężką porzeczką wypełniła nozdrza, przewiercając się w głąb czaszki rześkością, która rozpłynęła się po ciele, wprawiając je w przyjemne otępienie, balansujące na granicy snu. Chciałam, by ta chwila mnie niosła, by umysł nie wyrywał się już do czerniejących ran, by stopy stały się lekkie, ruchy miękkie, a głowa otwarta. Żeby to święto płodności i kobiecości choć raz nie ścigało mnie jak senny koszmar, a umocniło, pozwoliło poczuć się boginią zakorzenioną w szerokich biodrach, dumną z mocy dawania życia, pożądaną, grzeszną. Pragnęłam dzikości w ciele, w tańcu, w łapczywie chwytanym oddechu. Być w tu i teraz, rozkoszować się ulotnością chwili, odległym szumem rozbijających się o wybrzeże fal, liści lekko poruszanych wiatrem nad głowami. Nie wiedziałam, czy odpłynęłam na chwilę, czy może na dłużej, i czy przyczyną były wrzucone w ogień zioła, czy moje własne, rozbiegane myśli. W rzeczywistość wciągnęła mnie na powrót młoda dziewczyna, wysuwając w moim kierunku misę z mętnym napojem w kolorze pszenicy - ale była to już rzeczywistość inna niż ta, w której znajdowałam się przed zamknięciem oczu. Dobry nastrój pogłębił się, a ciało zdawało tkwić zawieszone w ciężkiej galarecie, otulającej mnie ze wszystkich stron, bez nieprzyjemnego uczucia sklejenia. Domyślałam się, co znajdowało się w naczyniu. Bez trwogi ujęłam je w dłonie, zamaczając czubek ust w słodkim alkoholu, znad czary unosząc zamglone oczy w kierunku Vincenta. W przedłużającym się, intensywnym spojrzeniu, łykając złocisty płyn, zaczynałam doceniać jego dziwne towarzystwo, już mniej obce, przytępione nakładającymi się na siebie używkami, którymi poiłam własną głowę od zachodu słońca. Wieczór nie miał zamazać tych grzechów, ale czynił je bardziej mistycznymi niż gdyby przyszło popełniać je za dnia. Odkleiłam misę od ust, uśmiechając się krótko, nadal nieco wojowniczo, ale zupełnie inaczej niż wcześniej, z pewną błogością i rozmarzeniem. Ostrożnie, niemalże z namaszczeniem, przekazałam naczynie mężczyźnie, niewymuszenie szukając kontaktu z jego dłońmi, raz po raz to przeszywając go spojrzeniem, to uciekając nim niczym spłoszona nastolatka. - To może mi w końcu wyjaśnisz, czym jest dla ciebie zabawa? Albo pokażesz? - Zachrypnięty głos wybrzmiał cicho, równo zaczepnie co eterycznie, głowa przechyliła się w bok, oczy uważnie badały jego fizjonomię, jakby poznawały ją na nowo, doznawszy poszerzenia granic. Ale nie potrzebowałam ostrzejszych zmysłów, by zbadać to, co wcześniej wzięłam za tezę. Potrzebowałam za to przedarcia się przez własne bariery, przez uprzedzenia, przez stos zalegających historii, wreszcie postawienie hipotezy - że mogłabym uznać go za atrakcyjnego - a później wyrzucenia jej przez okno, wraz z samą sobą.
Jade Sykes
Jade Sykes
Zawód : łamaczka klątw
Wiek : 31
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowa

her attitude kinda savage
but her heart is gold

OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarownica

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t7327-jade-sykes https://www.morsmordre.net/t7337-carnelian#200427 https://www.morsmordre.net/t7340-dziewczyna-z-tatuazem#200443 https://www.morsmordre.net/f266-lancashire-abbeystead-peregrine-hill https://www.morsmordre.net/t7338-skrytka-bankowa-nr-1785#200430 https://www.morsmordre.net/t8674-jade-sykes#256273
Re: Polana w głębi lasu [odnośnik]29.03.23 15:21
Niekontrolowane zderzenie z obcym ciałem, sprawiło, iż zachwiał się niebezpiecznie, tracąc równowagę, spinając kończyny, blokując stopy, zatopione w miękkiej, zielonkawej gęstwinie. Odwrócił się gwałtownie, wyrażając udawaną skruchę: w wątłym geście, teatralnej mimice, naznaczonej kroplami mętnego płynu, rażonej jaskrawością pobliskiego paleniska. Charakterystyczny szelest rozłożystej sukienki, podkreślił ów chwilę, gdy ostre spojrzenie niepoznanej jednostki, wbijało się między ciasną, splątaną klatkę żeber. Kątem oka, dostrzegł kanciasty profil: z dumnie zadartą brodą i nieugiętą, kontratakującą postawą. Pasowała do nieokrzesanej przestrzeni, dzikiej, leśnej polany - ukryta pod granatową kotarą nadchodzącej nocy, rozmyta w pyle drobniutkich, wirujących ogników. Wzmożona czujność, nakazała wyprostować plecy, opuścić barki, spiąć mięśnie, przygotować się do nieuchronnej konfrontacji. Rozpoznał ją, kobietę, przeciwniczkę, rywalkę, wypełniającą tak odległe, niepamiętne czasy. Symbolizowała przewrotną przeszłość, skapaną w piaskach afrykańskiej pustyni, w promieniach gorącego słońca, palącego wrażliwą skórę. Była wspomnieniem, którego odkrycie, pozostawiało mieszankę słodko-gorzkich odczuć.
– Jesteś słodko naiwna, jeśli myślałaś, że takie mam intencje i nie wiem, czego się po tobie spodziewać. – odrzucił z nutą sceptycyzmu, unosząc brew i zaśmiewając się pod nosem. Pokręcił głową w geście niedowierzenia, dopuszczenia myśli, iż przez tyle lat, nie zmieniła się, nawet o milimetr. Z trudem, podniósł z ziemi zielonkawe szkło i zamaszystym ruchem, wycelował je w swą zachłanną przeciwniczkę. Ta, bez zastanowienia, uległa drobnej przysłudze, karmiąc wzmożone pragnienie. Ramiona oparły się o klatkę piersiową, a usta wykrzywiły w lekkość niedowierzającego uśmiechu, gdy po raz kolejny, zmroziła go tym wzrokiem - pełnym podejrzeń i czystej surowości. Dopiero w tym momencie, dostrzegał zabawność ów zachowania, zakrytą fałszem uprzedzonych przekonań: – No pij. – ponaglił, akcentując pionowym ruchem brody. – Nie jest zatruty… – dodał po chwili, upewniając w właściwości ów ruchu. Nie znał się na zmyślnych truciznach, ważonych przez zdolnych alchemików. Gdyby alkohol nieznanego pochodzenia, zawierał jakiekolwiek niebezpieczeństwo, zapewne wołałaby medyka, lub magiczną policję. Westchnął jeszcze na podjętą zaczepkę i odrzekł w tonacji zmęczenia, zrzucenia maski, którą przybierał, odkąd zobaczył ją tu po raz pierwszy: – Tak… Nawet niejedna. – czy była w stanie domyśleć się, jak głębokie emocje, targały wnętrzem rosłej postury? Czy wszystkie problemy, przeciwności losu, przenikały przez mętność błękitnego spojrzenia, posępność twarzy, ukrywającej szarawe cienie w głębinie oczodołów? Nie liczył na współczucie. Nie wymagał zrozumienia, poświęcenia uwagi. Po prostu egzystował, dał porwać się ulotnej chwili, skręconej, leśnej ścieżce, prowadzącej wprost – do jej królestwa.
Sukienka, zaszeleściła ponownie, wydając ten specyficzny, lecz niezwykle przyjemny dźwięk. Jej zachowanie, choć niedorzeczne, rozbawiało męską podświadomość, odurzoną bursztynowymi kroplami, intensywnymi zapachami ziół, unoszącymi się niemalże z każdej strony. Nie potrafił odgonić od siebie, ciężkiej woni piżma, sosnowych igieł, zmieszanych z wyrazistą nutą szałwii. Części jego amortencji. Z niecierpliwością wyczekiwał oddania butelki, którą podzielił się z wrodzoną uprzejmością. Trunek, choć słabej jakości, spełniał wszystkie właściwości, związane z nadchodzącym, alkoholowym upojeniem. Noga, wybijała pospieszający rytm, gdy szykowała się do rytuały, a on opowiadał z najprawdziwszą szczerością. To, co stało się po chwili, przeszło jego najśmielsze przewidywania: nieoczekiwana salwa śmiechu, wytrącająca z równowagi. Rozmemłane resztki cieczy, lądujące na odsłoniętej skórze, fragmencie twarzy, a przede wszystkim koszuli. Podniósł głowę i zawiesił na niej specyfikę błękitu, zadającą nieme pytania. Nie wytrzymał długo, gdyż mięśnie twarzy rozluźniły się, dołączając do niekontrolowanej reakcji. Gardłowy śmiech, wydzierał się na powierzchnię, a boki, bolały go od jego nadmiaru. Atmosfera, zmieniła się nie do poznania, choć wykwalifikowani empaci, wyczuliby nieprzerwalną warstwę przestarzałej nieufności: – Ludzie się zmieniają. – skitował resztkami sił, dochodząc do siebie. Zerknął na mokre szlaki, rozłożone na beżowej koszuli. Uniósł brwi, gdyż czarne wstęgi, rzucały się w oczy. Dłonie zatopiły się w kieszeniach cienkich spodni w poszukiwaniu chusteczki. Gdy nie natrafił na oczekiwany przedmiot, zaczął machinalnie pocierać o materiał mówiąc zaczepnie: – Jeśli chciałaś, abym rozpiął koszulę... – uniósł wzrok i łypnął przelotnie, wymownie na swą współrozmówczynię: – Mogłaś zakomunikować to, trochę inaczej… – jak na zawołanie, zaczął rozpinać pozostałe guziki odzieży, puszczając swobodne fałdy, odsłaniając skrawek lekkich mięśni i opalonej skóry. Luźny materiał, zawiązał na supeł, tuż przed paskiem spodni, zakrywając nieelegancką niespodziankę. Linia dekoltu, nadal rozchylała się nadmiernie, lecz tym nie przejmował się już wcale. Uśmiechnął się z zadowoleniem, wymownym wyzwaniem i pstryknął palcami, demonstrując swe dzieło: – Nic nie widać. – nie wyłapał dziewczęcego podstępu, gdy oddawała zabarwione szkło. Z nadzieją, przystawił je do ust, natrafiając na pustkę. Zmarszczył brwi w niemym niezadowoleniu, które przeniósł właśnie na nią – pełną satysfakcji i nastrajającej wygranej. Czyli to właśnie tak, chciała z nim pogrywać? – Sprawca tego czynu, będzie musiał pójść po następną… – zrobił wymowny krok i znajdując się o wiele bliżej, wcisnął butelkę między jej drobne dłonie, dodając: – A przy okazji, wyrzucić te wykorzystaną. – kontynuował te zmyślne gierki, bawiąc się coraz lepiej. On też wzruszył ramionami, a dzięki swobodzie, kuszony pociągającą wonią, mógł nachylić się nad wielkimi koszami. Zaciekawiona uczestniczka, ruszyła tuż za nim, pojawiając się obok, w niewielkiej odległości. Z trudem powstrzymywał się od cwaniackiego uśmiechu, zerkając na nią kątem oka, topiąc swe długie palce w suchej mieszance. – Bo nie jesteś zbyt słodka Jade… – zaczął bez zastanowienia, zataczając przyjemne kręgi wewnątrz kosza. Miały przyjemną strukturę: – Zobacz, pasujesz bardziej do tych woni… – ujął niewielką garść i podsunął prosto pod jej nos: – Drzewo sandałowe – orientalne, odległe, trochę nie z tego świata. Ostrokrzew – duszący, szorstki, odrobinę drapiący w gardło. No i na koniec czerwony pieprz – kąsający, ostry, wprowadzający w otępienie. Trudne je zapomnieć... Tak jak ciebie. – zakończył, ściszając głos i zawieszając na niej jasne spojrzenie, podkręcone świetlistością paleniska. Wyrzucił resztkę mieszanki, gdy ta, nadała mu tak enigmatyczny tytuł. Czyżby miała rację? – Tak uważasz? – zapytał jeszcze, podnosząc się do chwilowego pionu. Otępiały umysł, przyczynił się do zawrotu głowy, dlatego odczekał chwilę, powracając do normalności.
Nie opanował momentu, gdy szalona szatynka przyjęła wyzwanie. Pytanie, rozmyło się w leśnej przestrzeni, uścisk na nadgarstkach, porwał go w stronę ogniska. Resztki ujętego, słodkawego suszu, rozpierzchły się po okolicy, trafiając do skrzeczących i wybujałych płomieni. Z niedowierzaniem spoglądał na ich wirujący taniec, nie zdając sobie sprawy, iż właśnie rozpoczęły swe działanie – z wolnością, lubością, wnikały w najdrobniejsze kanaliki, rozluźniając ciało, rozmiękczając mięśnie, otępiając umysł, zwężając pole widzenia. Instynktownie, wziął głęboki wdech, wdychając cudowne opary, przedzierające się przez granice czaszki. Czuł jak kwaśna cytryna, ciężka porzeczka, rozkłada się w odpowiednich odmętach. Żar ogniska, palił jego policzki – tak przyjemnie, tak intensywnie, tak żywo. Przymknął oczy, odczuwając napływający stan nieważkości. Dłonie, na krótki moment oplotły się w okolicy barków, chcąc utulić samego siebie. Wdawało mu się, że odpływa, niesiony przyjemnym dźwiękiem, lawirującym na granicy szeptu. Przed oczami widział szereg obrazów – ziszczenie rozmaitości usłyszanych legend. Jego postura, kołysała się na boki, poruszona lekkim, wieczornym wiatrem. Palce oderwały się od barków, wślizgując się między skręcone kosmyki. Uśmiechał się  – czuł się tak dobrze, lekko i swobodnie. Mógł nie przerywać tej niesamowitej chwili, lecz intymny, rytuał, przenosił się do kolejnego wymiaru. Rozchylił powieki – świat był zamazany, nieostry, przedstawiony mnogością intensywnych barw i podsyconych odczuć. Skóra, świerzbiła go od każdorazowego podmuchu, a nogi rwały do zabawy. Dostrzegł jej kształt – zamglony, eteryczny, niczym rozbielona zjawa. Skrzyżował spojrzenia: tak inne, niż te, którym raczyła go na powitanie. Wykrzywił usta  - zachęcająco, wyzywająco i odrobinę zachłannie. Odebrał naczynie, chwytając jej palce, dotykając rozgorączkowanej skóry. W sakramentalnym odruchu, upił pokaźny łyk, płynnej, miodowej lekkości, która wyniosła go poza granice. Przekazał ów misę, kolejnej osobie i oblizał wargi. Tym razem spoglądał na swą towarzyszkę na nowo – bez cienia sceptycyzmu, nieufności i ostrożności. Chciał być bliżej. Praktycznie nie pozwolił jej na skończenie pytania; ujął jej prawą dłoń i pociągnął do siebie tak, że wpadła w jego ramiona. Stan nieważkości, o mały włos, nie wywrócił ich na miękką trawę, lecz on skwitował to jedynie gromkim śmiechem. W biegu, poprowadził ją na środek polany, do muzyki, do kolejnego ogniska, do tańców, wirujących w ciepłych świetlikach. Złapał ją za bok i okręcił wokół siebie. Sukienka zatrzepotała od nadmiaru powietrza. Ręce ulokowane na talii, nie wypuszczały z uścisku: okręcali się, poruszali na boki i na skos – w podskokach, w pląsach, tracąc oddech i wszystkie siły. W ostatniej chwili, złapał ją odrobinę mocniej przechylił przez swe ramię, zniżając się, aż do linii trawy: – Takie dowody, będą wystarczające? – zaczepił rozbawiony, a następnie, porwał ją do siebie, wspomagając podrzucenie do góry. Lubił dotyk jej skóry, lubił mieć ją tak blisko. Charakterystyczna woń szałwii, znów dotarła do jego nozdrzy. Gdy muzyka, lekko zwolniła, a oni kołysali się w jej rytmie, mógł spojrzeć na nią nieco inaczej, dokładniej, aby dostrzec: - Twoje oczy... - zaczął, zatapiając się w kolorze żółci, bursztynu, a może drapieżnego brązu? - Są inne... - magiczne.



My biggest fear is that eventually you will see me, that way I will see
myself
Vincent Rineheart
Vincent Rineheart
Zawód : łamacz klątw, dostawca roślinnych ingrediencji, rebeliant
Wiek : 31
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
Za czyim słowem podążył tak czule, że się odważył na tę
podróż groźną, rzucił wyzwanie wzburzonemu morzu?
OPCM : 28
UROKI : 28 +3
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0 +2
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 6
Genetyka : Czarodziej

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t7723-vincent-rineheart https://www.morsmordre.net/t7772-elidor#215947 https://www.morsmordre.net/t7775-your-sweet-escape https://www.morsmordre.net/f310-irlandia-wschodnie-przedmiescia-bray-akacjowa-ostoja https://www.morsmordre.net/t7773-skrytka-bankowa-nr-1857#215948 https://www.morsmordre.net/t7776-vincent-rineheart#216049
Re: Polana w głębi lasu [odnośnik]17.04.23 23:58
- Ah. Więc wiesz. - Zmierzyłam go drapieżnym okiem, zniżając podbródek. - No tak. Pan Omnibus Rineheart. - Skrzyżowałam ręce na piersi, nie szczędząc sobie ironii w odwecie za jego śmiałe wyroki. Stawałam z nim w szranki, trochę na modłę zamierzchłej przeszłości, a trochę z wrodzonej uszczypliwości, która była moim upiorem. Z tym jednym akurat żyłam w zgodzie, przynosił mi po równo sympatyków co nieprzyjaciół. Vincent nie wydawał się jednak wcale przejęty tym wyrachowaniem, przyjmując postawę równie nonszalancką co moja. Nie były mi w smak jego ponaglenia, kolidowały z leniwym nastrojem, w który z powodzeniem wprawiałam się od zachodu słońca. W myślach już knułam plan, jak tu się go pozbyć, byleby nie zmarnować reszty obiecującej nocy w jego mało rozrywkowym towarzystwie. Ciepło otulające skórę, gwiazdy migoczące nad głowami, odległy śpiew fal, dający koncert na dwa głosy z lasem, aż w końcu utęskniona lekkość ciała - nie zamierzałam mu pozwolić na zmarnowanie tej mistycznej atmosfery, wyczekiwanej jak pierwsza gwiazdka, choć może nie ta, która zawisła nad Anglią i ani myślała się ruszyć. - Zatruty może nie, ale utytłany w ziemi już tak. Lubisz jak ci piasek w zębach chrzęści? - Pokręciłam głową, a moje źrenice wykonały popisowe salto, odsłaniając białka oczu. - Za grzeczny jesteś na truciciela. - Dodałam prędko, bez zawahania wykorzystując furtkę do kolejnej uszczypliwości i pozwalając wymknąć się ironicznemu uśmiechowi. Nie wiedziałam jeszcze, czy to mój humor się tak wyostrzył i po kilku piwach żart przychodził mi bardziej naturalnie, czy to może Rineheart miał tendencję do podkładania się, jakby urodził się chłopcem do bicia. - Klub złamanych serc amortencja był przy innym ognisku, tutaj adres nowe doznania. Złóż podanie, może jeszcze się załapiesz. - Biżuteria wygrywała melodię, która rozbrzmiewała z ruchem moich dłoni, a pod wpływem upojenia zawsze gestykulowałam dużo, zupełnie jakbym pochodziła z południowej części Europy.
Vincent wyglądał marnie. Znaczy też bardzo przystojnie, ale mimo wszystko marnie. Od kozła ofiarnego do Adonisa, ty to potrafisz podsumować człowieka, Sykes. Chociaż nie mówił wprost, coś - może intuicja, która rzadko mnie zwodziła - podpowiadało mi, że niósł ze sobą ogromny ciężar, który wkradał się ponurym brzmieniem w tembr jego głosu i zmętniał kolor tęczówek. Te spoglądały na mnie matowe, jakby pozbawione życia. A może zwyczajnie za dużo wypił, a ja we własnej głowie zdążyłam już namalować jego nierzeczywisty obraz. Śmiech, w którym mi zawtórował, nie pasował do wybranej przeze mnie palety. Był jak neonowa plama na barokowym płótnie - dla wielu szokującą, ale jeśli chodziło o mnie, pozostawałam zaprzyjaźniona z ekstrawagancją. Plama, co więcej, okazała się żywa, rozrastając z każdym odpinanym przez Rinehearta guzikiem koszuli, która obnażała jego pocałowaną słońcem skórę. Pozbawiona pruderii nie krępowałam się, podążając wzrokiem za jego dłońmi, choć gdyby nie pomarańczowa łuna ognia, która rozświetlała twarze skąpym blaskiem, mógłby dostrzec szkarłat zalewający moje policzki. Czułam wypływającą na twarz krew i wiedziałam, że jej źródła nie należało szukać w ogniu - a na pewno nie w tym, który płonął w ułożonym z kamieni kręgu. - O co ci chodzi - bardziej stwierdziłam niż zapytałam, chętnie podążając za jego fortelem, choć wcale nie miałam w zamyśle pozbawiania go ubioru. - Zadziałało. - Nonszalancko wzruszyłam ramionami, łącząc zobojętnienie z niewinnością, zaczepnie unosząc kąciki ust. - Ooo nie panie Rineheart, teraz to raczej wszystko widać. - Sprostowałam jego słowa żartobliwym tonem, przykładając palce do skroni, już nie patrząc w jego kierunku. Nie drgnęłam, kiedy zmniejszył dzielący nas dystans, choć zaskoczył mnie nagłą, obcą bliskością. Nie dałam wcisnąć sobie w dłoń pustej butelki, która ponownie wylądowała na ziemi, pod naszymi nogami, co skwitowałam uniesieniem jednej brwi, łypiąc na mężczyznę trochę ostrzegawczo, a trochę nieufnie. - Sprawca? W tym momencie to ja jestem poszkodowaną, a nie sprawcą… - zażartowałam uszczypliwie, choć nie przypuszczałam, by dowcip dotarł pod właściwy adres. Na Sztywniackiej trzydzieści jeden poczta dochodziła z opóźnieniem, a jeśli sygnowano ją pieczęcią ironia, zwykle nie dochodziła wcale. Ktoś tutaj potrafił zabezpieczyć się przed głupotą, to na pewno, ale przy okazji zabezpieczył się też przed dobrą zabawą. A może się myliłam? Ostatecznie nie wydawał się dzisiaj jakiś skrajnie nierozrywkowy, i może właśnie ta odmienność (odmienność w ilości zapiętych guzików) sprawiała, że gdzieś między słowami, niepostrzeżenie zagarnął moją uwagę. Czy ja naprawdę zamierzałam zmarnować tę noc na Rinehearta?
- Czyli coś jednak o mnie wiesz. - Zgodziłam się nieco prześmiewczo, potakując i nieznacznie wydymając dolną wargę. Rozluźniony organizm zdawał się prowadzić własny teatr - zupełnie nie kontrolowałam swojej mimiki, która wytrząsała ze mnie ekspresje namaszczone egzaltacją, wyraziste. Wystawiałam nieuwagę okraszoną zażenowaniem, zupełnie jakby na końcu języka tańczyły mi hasła w stylu O, krynico mądrości! Nieodwracalna wyrocznio! W rzeczywistości jednak wyrażałam większe zainteresowanie słowami Vincenta, albo raczej tym jak mnie postrzegał. Kto nie lubił słuchać o sobie? Nie był daleki od prawdy, dopasowując do mnie nuty ciężkie, drażniące - takie, które nie każdemu przypadają do gustu. Wszystko to w sobie nosiłam i wiedziałam, że miałam równie wielu zwolenników co przeciwników. - No dobrze panie sensualny. To czego tak nie mogłeś zapomnieć? - Uchwyciłam jego spojrzenie, mrużąc oczy, w których odbijał się ogień. Musiał mieć na myśli coś konkretnego - o Vincencie można było powiedzieć wiele - w moim konkretnie przypadku wiele negatywnego - ale nie to, że bajdurzył. Nie rzucał słów na wiatr. A przynajmniej tak mi się wydawało. - Znaczy… przede wszystkim jesteś nudny, nie dopowiadaj sobie, że w moich słowach krył się jakiś komplement - zaczęłam od przyjęcia pozycji obronnej, obniżając podbródek i przechylając głowę w bok. Moja podświadomość chyba wierzyła, że takie ułożenie ciała czyni mnie bardziej niewinną, czujność miał też uśpić palec, który uniosłam zupełnie bezwiednie, od niechcenia stawiając pionową kreskę wzdłuż fałd koszuli Vincenta, gdzieś na wysokości jego torsu, śledząc ruch opuszka wzrokiem. - Ale nie wydajesz się być otwartą księgą. Znaczy, poza tym, co już widać. - Mimo wcześniejszej ospałości, ostrym ruchem wniosłam ku górze źrenice, ponownie mierząc się z błękitem jego oczu. Zioła musiały już działać, silna woń bergamotki, którą zwykłam na sobie nosić, wypełniła powietrze z jeszcze większą intensywnością. W chwili ciszy na zmianę to uchylałam powieki, to pozwalałam im opaść, patrząc na jaśniejącą sylwetkę swojego towarzysza, która już nie raziła, powoli stając się interesującym punktem wieczoru, w kierunku którego snuło się coraz więcej absurdalnych dla mnie myśli. Ale nawet ta absurdalność powoli odpuszczała, wszelkie gryzące mnie ale i dlaczego poszły szukać sobie innego żywiciela. Krótkie, nieprzypadkowe muśnięcie palców rozgrzało kawałek skóry, promieniując aż do podbrzusza, skąd rozlało się jeszcze przyjemnym dreszczem w ciele, każąc mi się zastanowić, czy mam lat trzydzieści jeden, czy może jednak trzynaście. Źrenice podążyły za ruchem języka, mimowolnie skupiając uwagę na wargach Vincenta, na mocnej linii żuchwy, załamanym profilu nosa, gęstych włosach. W jednej chwili zrobiło mi się gorąco, a winnym wcale nie był buchający obok ogień, a stojący przede mną eks-Krukon, którego całkiem lubieżnie umiejscowiłam sobie z głową miedzy moimi udami, z moją dłonią zanurzoną w jego kędzierzawej czuprynie, w odważnych myślach, które zaczęły sączyć się niekontrolowanie pod moją czaszką. Słodki Merlinie, czy to przez te zioła i ogólne upojenie zaczął mnie tak pociągać, czy używki tyko wyciągnęły na wierzch pragnienia, które próbowały dojść do głosu od chwili, kiedy nasze ciała zderzyły się przypadkowo kilka momentów temu? Jego nagła porywczość, w wyniku której na chwilę dosłownie wpadłam w jego objęcia, wprawiła mnie w osłupienie, które wykwitło na moim obliczu krótko, szybko ustępując śmiechowi zaintonowanemu przez Vincenta. Bez oporów podążyłam za nim w nieznane, za dźwiękiem muzyki, pragnąc dzikości i tańca, a Rineheart zdawał się odczytywać moje myśli bezbłędnie. Nie zważałam na poprawność kroków, płynęłam w rytmie celtyckich dźwięków, śmiechu i jego ruchów. Nad ramieniem, między obrotami, szukałam jego spojrzenia. Przybliżałam się i oddalałam, zupełnie nieskrępowana, kołysząc biodrami, ramionami, kołysząc całym ciałem, w tańcu będąc całkowicie wolna i swoja, naprężając szyję, otwierając klatkę piersiową. Ciepło męskiej dłoni na talii było przyjemne, chętnie oddawałam mu kontrolę. - Podatny na działanie ziół, tego zdecydowanie dowiodłeś. - Odparłam złośliwie, ale z wyczuwalną łagodnością, przytrzymując się jego ramion, coraz przyjemniejszych, coraz ciaśniejszych. Zanim porwał mnie do góry, odchyliłam głowę i przymknęłam powieki, w niemej deklaracji zaufania. Musiał to czuć - jak podążam za jego krokiem, intuicyjnie, kobieco, choć wcale nie potrafił tańczyć. Nie przeszkadzało mi to. Chciałam się tylko bawić, chętnie się wygłupiałam - a nieco kanciaste ruchy Vincenta były żadną przeszkodą w porównaniu do moich wujów, którzy w ferworze dzikich pląsów zwykle chcieli wyrywać mi ręce ze stawów i przetrącać kręgosłup. - Kim jesteś i co zrobiłeś z Vincentem, którego znałam? - Wyszeptałam na wpół sakrastycznie, na wpół z zadowoleniem, łaskocząc oddechem jego ucho, kiedy na moment znów przyciągnął mnie bliżej. Nie chciałam, by jego ciało odkleiło się od mojej skóry, mógł wyczuć, że szukałam więzi większej, niż zwykle można było odnaleźć w tańcu. Energia, która wypełniała ciało nie pozwalała się zatrzymać, nakazując wirować bardziej i mocniej, ku dzikości. Dzikość miałam w sercu, a tej nocy wyraźnie odbijała się w moich oczach. Nie myślałam już o tym, że jedną z popisowych umiejętności Vincenta było trzymanie twarzy zmrożonej w wiecznym grymasie. Nie myślałam już o niczym - tylko o tym, żeby mnie trzymał i prowadził dalej w tę noc, ku nowemu, nieodkrytemu. Dzisiejszej nocy budził się we mnie apetyt odkrywcy, który wcale nie chciał sięgać gwiazd, marząc o rzeczach bardziej przyziemnych, jak leżenie na piasku, albo w trawie, obok siebie lub na sobie, lub też w odwrotnej kolejności, za okrycie nie mając niczego poza mrokiem letniej nocy. Myśli te atakowały mnie z coraz większą intensywnością, wgryzały się w skórę, a ja w odwecie chciałam wgryzać się w skórę Vincenta, w miejscach poprawnych i zupełnie nieprzyzwoitych. Już nawet nie było mi źle z tymi zdrożnymi fantasmagoriami, przyjęłam je za swoje i uhonorowałam. A ile Rineheart potrafił odczytać z moich spragnionych spojrzeń, z frywolnego ruchu ciała, które zdawało się śpiewać weź mnie? - Jakie? - Zapytałam, ale zanim padła odpowiedź, moja głowa już dawno je dopowiedziała. Nie byłam w stanie powstrzymać płynących myśli. - Nie chcą cię zabić? - Zaśmiałam się krótko. - Nie przywykłeś? - Parsknęłam, na chwilę odchylając szyję. Nawet upalona tajemniczymi ziołami nie przestawałam być sobą, ale w głowie miałam znacznie więcej czerwieni niż śmiechu. Zadarłam nieco podbródek - byłam wysoka, ale jednak Vincent dominował nade mną wzrostem - nieznacznie mrużąc oczy i pozwalając, by na moim obliczu wypłynął subtelniejszy, intrygujący uśmiech. Oparłam opuszki palców na policzku mężczyzny, delikatnie przesuwając nimi po fakturze szorstkiego zarostu. - A moje usta? O nich też coś powiesz? - Spojrzałam na niego spod wachlarza rzęs, rozchylając wargi. Druga dłoń wspinała się po karku, czule i zaczepnie. Był przyjemny w dotyku, w zapachu, w barwie niskiego głosu, ale drażnił tak samo jak wcześniej - choć już z zupełnie innych powodów.
Jade Sykes
Jade Sykes
Zawód : łamaczka klątw
Wiek : 31
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowa

her attitude kinda savage
but her heart is gold

OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarownica

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t7327-jade-sykes https://www.morsmordre.net/t7337-carnelian#200427 https://www.morsmordre.net/t7340-dziewczyna-z-tatuazem#200443 https://www.morsmordre.net/f266-lancashire-abbeystead-peregrine-hill https://www.morsmordre.net/t7338-skrytka-bankowa-nr-1785#200430 https://www.morsmordre.net/t8674-jade-sykes#256273
Re: Polana w głębi lasu [odnośnik]13.05.23 17:30
| 2 sierpnia


Od zapachów, kolorów i dźwięków kręciło mu się w głowie. Pojawił się na festiwalu po raz drugi, późnym wieczorem, większość dnia spędzając na pracy w ogrodku Lovegoodów - i na drzemaniu pod wątłą jabłonką, stojącą na granicy wykoszonej jego własnymi rękami działki, bo czuł się wymęczony bodźcami pierwszego intensywnego kontaktu z magiczną społecznością. Cieszył się, że Celine i Elric zabrali go na festiwal, ale uciekł z nadmorskich terenów dość szybko, zdezorientowany wszystkim, co działo się dookoła. Za dużo ludzi, za dużo informacji, za dużo potencjalnego ryzyka; nawet jedzenie nie było w stanie wynagrodzić mu całego tego zdenerwowania. Odczuwalnego i dziś, choć w mniejszym stopniu; długo zastanawiał się, czy kontynuować starcie z radosną atmosferą i dziesiątkami czarodziejów, przeżywających tuż obok niego prawdziwie radosne chwile, postanowił się jednak nie poddawać. Było mu ciężko, oczywiście, że tak, nie tylko z powodu instynktownego lęku, sugerującego, że wystarczy chwila nieuwagi, by zza drewnianego stoiska na jarmarku, wybuchającego ogniska lub z tanecznego kręgu wybiegła jakaś bestia w ludzkiej skórze z zamiarem ponownego rozcięcia go na pół. Z trudem przychodziło mu obserwowanie podekscytowanych, roześmianych, cieszących się towarzystwem bliskich ludzi, tak po prostu szczęśliwych. Im większa radość go otaczała, tym pustszy czuł się w środku. Mimo to nie odpuścił towarzyszenia Celine, chociaż kiedy nie patrzyła, rozglądał się dookoła nieco niepewnie, pochylony do przodu, z rękami w kieszeniach lnianych spodni. Już wczoraj zasugerował blondynce, że potrzebuje znacznie mniej wrażeń, z nadzieją przyjął więc jej sugestię, by udali się nieco w bok, w stronę tajemniczej polany w głębi lasu, z dala od głównego ogniska.
- I jak się bawisz? - spytał Celine nieco z przymusu, roztargniony, przez moment, gdy przedzierali się przez krzewy, wydawało mu się, że po drugiej stronie zagajnika usłyszał znajomy głos, jakąś ciepłą, ale stanowczą melodię, wywołującą iskrę wspomnienia - krągła brunetka o rumianych policzkach, łapiąca się pod boki z karcącą, lecz czułą miną - lecz zgasło ono zbyt szybko. Tak szybko, jak posiadaczka głosu oddaliła się. - Może usiądziemy na chwilę? Wiesz, zanim ruszymy dalej - zaproponował kiedy już wyszli z zarośli na jedną z mniejszych polanek, lecz nie czekał na decyzję blondynki. Zdjął z ramion nieco zbyt mocno wykrochmaloną koszulę należącą do Elrica, poszerzoną oczywiście zaklęciem, po czym rozpostarł ją na ziemi przy jednym z dogasających już ognisk, samemu siadając obok, na trawie. Poklepał zachęcająco prowizoryczne siedzisko dla damy i podrapał się po ramieniu, wystającym spod spodniej koszulki, postrzępionej i szarawej, ściśle oblekającej jego mięśnie. Nieco wymęczone fizyczną pracą - i procesem gojenia, zakończonym już, ciągle jednak odczuwał fantomowy ból w klatce piersiowej i poranionych rękach. - To zawsze tak wygląda? Dużo tych festiwali masz za sobą? - spytał, dokładając do ogniska, chcąc podtrzymać rozmowę i dogasające już płomienie. Odetchnął głęboko; tak, tu było lepiej niż na jarmarku, przez który przechodzili; wyraźnie się tam zdenerwował i zamiast wleźć na jakiś stołek i krzyczeć, że nie pamięta, kim jest i jeśli ktoś go rozpoznaje, to postawi mu kolejkę - wolał się stamtąd oddalić. Oby Celine tego nie zauważyła i nie miała mu tego za złe. - O, a co to? - spytał, zerkając do jednego z płytkich koszy, ustawionych nieopodal ogniska. Nie czekając na odpowiedź sięgnął dłonią do jednego z nich i wyjął z nich jakiś ciekawie pachnący susz. Roztarł go w palcach, w wielkiej dłoni, i sypnął go - w zdecydowanie za dużej ilości - wprost w rosnący ogień.


Make my messes matter, make this chaos count.
Benjamin Wright
Benjamin Wright
Zawód : eks-gwiazda quidditcha, nadzorca w smoczym rezerwacie
Wiek : 34
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
may the bridges I burn
light the way
OPCM : 37 +7
UROKI : 34
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 17
SPRAWNOŚĆ : 43
Genetyka : Czarodziej
Polana w głębi lasu - Page 68 A5d9c59e0f42e4642f89f53d6e329c97858c5519
Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t656-benjamin-wright https://www.morsmordre.net/t683-smok#2087 https://www.morsmordre.net/t3555-nokturnowa-rubryka-towarzyska#62778 https://www.morsmordre.net/f203-kornwalia-sennen https://www.morsmordre.net/t4339-skrytka-bankowa-nr-178#92647 https://www.morsmordre.net/t1416-jaimie-wright
Re: Polana w głębi lasu [odnośnik]13.05.23 17:30
The member 'Benjamin Wright' has done the following action : Rzut kością


'k6' : 1
Morsmordre
Morsmordre
Zawód : Mistrz gry
Wiek :
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Polana w głębi lasu - Page 68 Tumblr_lqqkf2okw61qionlvo3_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Polana w głębi lasu [odnośnik]16.05.23 23:00
Czerwona łuna zachodzącego słońca zdążyła zblednąć, wyparta przez atrament nocy. Niebo było bezchmurne, gwiazdy na ciemnej kopule mieniły się jak niedbale rozrzucone kryształki, a każda z nich spoglądała w dół na bawiących się festiwalowiczów, zachęcając letnie powietrze do zagnieżdżenia się w płucach. Półwili wydawało się już, że do reszty przesiąkła morską bryzą. Ku końcowi zbliżał się dopiero drugi dzień obchodów Lughnasadh, tymczasem nadmorskie chwile wypełniły ją całą, zacierając granicę między człowieczeństwem a fantazyjną powłoką sierpniowej magii, nasiąkniętej pianą wody omywającej linie brzegowe, zapachem kwiatów unoszącym się w każdym oddechu i piaskiem, który przed sięgnięciem po świstoklik lub teleportację ludzie garściami wysypywali z butów. Dlatego ona chodziła boso - wieczorna ziemia przyjemnie łaskotała podeszwy stóp, pozwoliwszy wyobrazić sobie, że dzięki temu było jej bliżej do natury.
Cieszyła się, że Benjamin, Percy, zdecydował się wrócić na festiwal już po raz drugi. Mnogość bodźców spozierała na niego z każdej strony, z każdego migotania promieni słońca, z każdego głosu i każdego gestu, zmuszając, by dawkował sobie przedsięwzięcie w bardziej przyswajalnych porcjach. Powoli, krok po kroku. Nie dziwiła mu się, po Tower of London każdy szmer i szept wydawały się jej niebezpieczne, a miękki materac pod plecami sprawiał wrażenie nienaturalnego, przez co decydowała się przez kilka dni spać na podłodze, wsunięta między drewnianą ramę a podłogę, z daleka od strachów, które wyglądały z cieni. Musiał czuć to wszystko podobnie. Dzielnie stawiał pierwsze kroki w krzykliwym świecie i nie kapitulował, choć przecież gdyby to zrobił, nikt nie spojrzałby na niego krzywo, nikt nie posądziłby go o tchórzostwo. Celine złapała się na tym, że była z niego naprawdę dumna; nie musiał spędzać tu czasu od bladości rana do nocnej ciemnicy, wystarczyło to, że odnajdywał w sobie siłę na postawienie tych kilku ważnych kroków na drodze ku przełamaniu własnego lęku i prześlizgującej się po trzewiach paniki.
- Lepiej, niż myślałam - odpowiedziała szczerze, gładkim, pełnym wdzięku krokiem przechadzając się u jego boku na mniej zaludnionej części wybrzeża, w kierunku lasu, gdzie powietrze przepełniały trudne do nazwania roślinne wonie. - Wczoraj widziałam dziewczynę, do której boku Elric był wręcz przyklejony - wyznała konspiracyjnym szeptem. Rytuał oczyszczenia podarował jej gamę emocji, ale i pożywkę dla naturalnie roziskrzonej ciekawości i choć sądziła, że Benowi może nie być do końca w smak plotkowanie na temat gospodarza, nie mogła odmówić sobie odrobiny zadziornej przyjemności. - A ty? Jak ty się bawisz, Percy? - zapytała z nadzieją, że dzisiaj, tutaj, czuł się już lepiej. Gwar rozmów częściej uczęszczanych szlaków zamieniał się tu w zamglone szepty, raz na jakiś czas przecięte parsknięciem, westchnieniem lub ziewnięciem, kolory letnich dekoracji zamieniły się w ciepły blask płomieni roznieconych przy ogniskach. - Przechodziłam dziś koło jarmarku, ale jeszcze nie wiem na co się zdecydować. Pamiątki nie są nawet tak drogie, jak myślałam. Och, i było wśród nich coś, co mi się z tobą skojarzyło... Sprzedawczyni oferowała kostki leśnych zwierząt. Podobno kiedy ściśniesz jedną w dłoni, pojawi się obok ciebie duch tego zwierzęcia i zostanie u twojego boku tak długo, dopóki kość będzie czuła ciepło twojej skóry - przypominała sobie posłyszane słowa. Rozważała nawet, czy od razu nie kupić mu jednej z nich w ramach prezentu, ale nie chciała wprawiać Bena w zakłopotanie, poza tym co jeśli wcale by mu się to nie spodobało? Może miał już dosyć własnych zjaw, które nosił w głowie i w sercu?
Przystanęła, słysząc jego propozycję, i zamachała lekko trzymanymi w ręku butami, podczas gdy czarodziej był zajęty rozkładaniem swojej koszuli na ziemi. Będzie trzeba porządnie ją po tym wyprać, ale to w sumie nic nowego, odkąd zaczął interesować się ogrodem zawsze pieczołowicie przykładała się do oczyszczania ubrań z ziemi, potu i pyłu. Ciężka praca, ale prędko odkryła, że sprawiał jej przyjemność widok świeżo rozwieszonego prania suszącego się na słońcu, coś w czystości ubrań przypominało, że nie było to już Tower, gdzie przepocone tuniki więzienne lepiły się do ciała, pełne zarazków i plam wszelkiego pochodzenia.
- Teraz chyba jest weselej niż wcześniej, ale nie jestem pewna, czy pamięć nie płata mi figli - przyznała, siadając obok niego przy leniwie tańczących płomieniach pobliskiego ogniska; ona na koszuli, on na trawie, coś ubodło ją w tym rozkładzie, jednak zachowała to dla siebie. - No wiesz, odkąd chwil takich jak ta szuka się ze świecą... Stały się na wagę złota, ta beztroska, ta radość, ten czas, kiedy nie trzeba oglądać się przez ramię - westchnęła. Wielu otaczających ich ludzi nie miało możliwości o wojnie dotychczas nie myśleć, czuli się w obowiązku chronić rodziny, walczyli, by zapewnić im byt i przeżyć w szarudze narzuconych na ich ramiona trudności. Celine bujała w obłokach, bo tak było łatwiej, teraz jednak w obłokach mogli pobujać się również zmęczeni mieszkańcy Wysp, łapiący należyty oddech po miesiącach prześladowań i skrytych batalii. Odchyliła się lekko na miejscu, odciągając głowę w tył, żeby spojrzeć na gwiazdy, a kiedy wracała wzrokiem w dół, mieszanka ziół w dłoni Bena już mknęła w kierunku języków ognia, sennych jak otaczający ich wieczór.
Powietrze wypełniła wszechobecna woń sosnowych igieł, dzięki której Celine poczuła się tak, jakby gaj otworzył przed nimi serce i rozbłysnął tysiącem czułych kolorów. Do płuc zakradła się rześkość, której nie czuła od dawna, nie takiej; słodycz błogostanu spłynęła na nią już po kilku oddechach, wypełniając ją spokojem i harmonią rozpływającą wszystkie mięśnie. Celine przeciągnęła się z manierą leniwego kota, wpatrzona w płomienie, znad których unosiły się niewielkie chmury dymu - a potem jakby ze mgły wyłoniła się tuż obok nich śliczna dziewczyna dzierżąca w dłoni rytualną misę; pochyliła się przy Benjaminie i wręczyła mu ceremonialny napitek, oddaliwszy się później bez słowa, tak zwiewna jak brzask, tak cicha jak noc, uśmiechnięta i serdeczna.
- Co dostałeś? - spytała miękko półwila i pochyliła się ku niemu, żeby przyjrzeć się cieczy odbijającej na swojej tafli setki migoczących wysoko gwiazd. Piwo pszeniczne i sfermentowany miód kwiatowy, bez smaku ich nie rozpoznawała. - I to zupełnie za nic... No, no. Chyba musiałeś wpaść jej w oko - stwierdziła z rozanielonym uśmiechem.


żaden dzień się nie powtórzy. nie ma dwóch podobnych nocy, dwóch tych samych pocałunków, dwóch jednakich spojrzeń w oczy.
Celine Lovegood
Celine Lovegood
Zawód : Baletnica, tancerka w teatrze Wrończyk
Wiek : 21 lat
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
no, i don't care about them all, 'cause all i want is to be loved
OPCM : 2 +3
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 2 +2
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 30
SPRAWNOŚĆ : 14
Genetyka : Półwila

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t9177-celine-lovegood#278139 https://www.morsmordre.net/t9212-dziadek#279452 https://www.morsmordre.net/t9215-brzydkie-piekne-kaczatko#279468 https://www.morsmordre.net/f393-somerset-dolina-godryka-dom-na-rozdrozu https://www.morsmordre.net/t9214-skrytka-bankowa-2148#279459 https://www.morsmordre.net/t9213-celine-lovegood#279455
Re: Polana w głębi lasu [odnośnik]21.05.23 15:57
- W sumie czemu on nie ma jeszcze żony? - pociągnął od razu temat Elrica, wolał mówić o innych niż o sobie, nic dziwnego, ta tablica pozostawała irytująco pusta, w dalszym ciągu pozbawiona nawet cienia informacji, nie tylko tych ciekawych. Słuchanie o życiu uczuciowym swego wybawiciela skutecznie pozwalało mu się nieco zrelaksować, chociaż i tak powracał niezbyt łagodnym łukiem do własnych sercowych rozterek. - Ma chyba sporo lat, nie wygląda na młodzika. Żona mu zmarła w tej wojnie? - kontynuował może zbyt wprost, temat był przykry, lecz chciał się dowiedzieć jak najwięcej. Wiedział przecież, jakie zasady rządziły tym światem: mężczyzna w ich wieku z pewnością powinien posiadać już własną rodzinę, jeśli więc obok Elrica nie krzątała się jakaś urocza pani Lovegood, coś musiało być nie tak. Mógł nie wiedzieć, kto był obecnie Ministrem Magii ani kto rozpłatał mu klatkę piersiową na pół, lecz moralny i społecznie akceptowalny kręgosłup wyszedł z tortur bez uszczerbku. A przynajmniej tak mu się wydawało. - Może być, ale mijam tych wszystkich ludzi i zastanawiam się, czy...czy ja też mam rodzinę? Żonę? Dziecko? Rodziców? Czy mnie szukają? Czy może nie mam nikogo? - wyznał w końcu trochę ciszej, bawił się nieźle, ale skłamałby uznając wycieczkę na festiwal za w pełni komfortową. Obecność Celine dodawała mu jednak otuchy, sama była jak jedna z wspomnianych właśnie zjaw, jak dobry duszek, jasny i czysty, pojawiający się u jego boku, gdy rzeczywistość stawała się zbyt obca. Nie tylko na obcych ziemiach Dorset, ale też w Dolinie Godryka, w miejscu, które nazywał dość obrazoburczo domem, chociaż tylko w swych myślach, nie śmiejąc zawłaszczyć w ten sposób miejsca do niego nienależącego.
- Trochę to makabryczne, nie? Wolałbym żywe zwierzę... - skwitował; nawet przez myśl mu nie przeszło, że Celine mogłaby rozważać sprawienie mu prezentu. Uratowala mu życie, na Merlina, nie potrzebował nic więcej, a i tak jego dług wobec Lovegoodów rósł z każdą godziną, którą mógł spędzić w ich towarzystwie, pod ciepłym dachem i z pełną (do połowy, ale to nic) miską jedzenia. - ale na to powinienem zaczekać - dokończył w zamyśleniu, o tym też myślał sporo, wydawało mu się, że miał rodzinę i że miał zwierzęta, ale czy tego też sobie po prostu nie wmawiał, skołowany tęsknotą? Co, jeśli jego życie było smutne i samotne, a rany, które otrzymał, zadano mu sprawiedliwie? Okradł kogoś, pobił, skaleczył - i zemszczono się na nim za te przestępstwa? Bał się tego, co może skrywać się w mrokach niepamięci, a im dłużej ten pozostał nieprzeniknionym, tym większe potwory czaiły się w niedostępnych zakamarkach.
Dziś chciał się ich pozbyć, choć na chwilę. Skupić na beztrosce festiwalu, na łagodności otaczającej ich natury, na tym, czego mógł być pewien; czego doświadczał wszystkimi dostępnymi zmysłami. Chłodu trawy, na której siedział. Trzasku płonącego ogniska. Melodyjnego tonu głosu Celine. Orzeźwiającego powiewu wiatru, przesyconego świeżą wonią lasu i dębowego dymu. Widoku jasnego profilu jasnowłosej dziewczyny, tak ślicznej, że czasem, gdy spoglądał na nią w pełni świadomie, nieskupiony na pracy, jedzeniu lub walce z wewnętrznymi demonami, coś kłuło go w żołądku.
A może był to głód; kto wie. Kiwnął lekko na jej słowa, nie odejmując jednak wzroku od jej sylwetki, od wygiętej szyi, od rozluźnionych ramion. Od pięknej sukienki i bosych stóp, niknących w dywanie trawy. W blasku ogniska i buchających w górę iskierek wydawała się niemal nierealna, leśna boginka, zjawiająca się znikąd, by pomóc mu utrzymać coraz wyżej buchający płomień. Nawet nie zauważył, że podchodzi do nich ktoś jeszcze, zdezorientowany odebrał od nieznajomej misę, ale zanim zdążył cokolwiek powiedzieć, brunetka uśmiechnęła się przez ramię i zniknęła, kierując się ku odległym ogniskom. Ben nawet za nią nie spojrzał, przyglądając się naczyniu. - Myślisz, że to bezpieczne? - zagadnął zaskakująco rozsądnie, jak na siebie sprzed lat, ale widocznie w końcu po części nauczył się przezorności. - A tam, raz psidwakowi śmierć - mruknął zanim zdążyłaby odpowiedzieć i wygulgotał połowę napoju, ocierając usta wierzchem dłoni. - Dobre, spróbuj. To jakiś alkohol - podał Celine glinianą miskę, wdychając głęboko w płuca specyficzny sosnowy aromat, świeży, orzeźwiający, kojarzący mu się z wolnością. Z przestrzenią, z nieskrępowanym widokiem, z spokojem. Dziwne, obok znajdowały się wyłącznie drzewa liściaste, buki, dęby i topole, zauważył to niemal nieświadomie. - Chyba nikomu nie wpadłbym w oko z taką ohydną twarzą - mruknął w odpowiedzi, trochę zakłopotany, czując jednak, że nie musi się krygować, że może być przy Celine szczery, odsłaniając wrażliwe na uderzenia części.


Make my messes matter, make this chaos count.
Benjamin Wright
Benjamin Wright
Zawód : eks-gwiazda quidditcha, nadzorca w smoczym rezerwacie
Wiek : 34
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
may the bridges I burn
light the way
OPCM : 37 +7
UROKI : 34
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 17
SPRAWNOŚĆ : 43
Genetyka : Czarodziej
Polana w głębi lasu - Page 68 A5d9c59e0f42e4642f89f53d6e329c97858c5519
Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t656-benjamin-wright https://www.morsmordre.net/t683-smok#2087 https://www.morsmordre.net/t3555-nokturnowa-rubryka-towarzyska#62778 https://www.morsmordre.net/f203-kornwalia-sennen https://www.morsmordre.net/t4339-skrytka-bankowa-nr-178#92647 https://www.morsmordre.net/t1416-jaimie-wright
Re: Polana w głębi lasu [odnośnik]27.05.23 19:40
Wzruszyła ramionami, błądząc wzrokiem po leniwych pochodach festiwalowiczów; ich kolorowe stroje, kwiaty w ich włosach, niektóre bliższe i wyraźniejsze, inne natomiast przypominające rozmazane plamy na ciemniejącym horyzoncie, wszystkie razem i każde z osobna wprawiały ją w dobry humor. Czasem, kiedy oczy zaczynały być zmęczone podążaniem za strugami ruchliwych barw, odchylała głowę do tyłu i przypatrywała się błyszczącym łezkom gwiazd. Blask księżyca prześlizgiwał się po koronach liści, a łagodny, senny wiatr wprawiał je w drżenie. Las wokół nich szumiał nocnym życiem, drzewa szeptały o swoich sekretach, świerszcze zaczynały koncerty, umoszczone pośród wysokich traw; gdzieś w oddali zarechotały żaby, rozmawiając ze sobą przy małej, obtoczonej w mchu sadzawce. Idylla, dobra i rześka. Cieszyła się, że Ben zdecydował się wyjść z domu i przekonać się na własnej skórze, jak przyjemnie można było spędzić festiwalowe wieczory - nie wszędzie pałętali się głośni ludzie o rubasznych śmiechach, istniały też miejsce takie jak to, piękne, bliskie naturze, przedziwnie do niego pasujące.
- Może tak długo jej szukał. Niektórzy nie mają szczęścia i latami rozglądają się za swoją drugą połówką, ale ja myślę, że to dlatego, że los im zazdrości. Bo wie, że ich miłość będzie silna i trwała, dlatego rzuca im kłody pod nogi. Nie chce pogodzić się z ich szczęściem - westchnęła miękko. Fakt, że Elric nigdy nie zdradził się z uczuciem noszonym w sercu wcale jej się nie podobał, sekrety mnożyły się w jego duszy jak chwasty zakradające się do ogrodów, ciche, zabójcze i zdeterminowane, by wczepić się w głębiny ciała i zasznurować usta. Nie chciała zastanawiać się o czym jeszcze, znów, jej nie mówił. Imię Lucindy mogło zostać wspomniane praktycznie każdego dnia, a mimo to roztrzaskało się o klify ciszy i tkwiło w morskiej pianie tak długo, aż raczył pocałować swoją wybrankę na oczach wszystkich biorących udział w rytuale oczyszczenia - gdzie Celine dowiedziała się o niej razem z pozostałymi. Czy miała mu to za złe? Oczywiście, jednocześnie uwikłana w wici radości, bo przecież cieszyła się jego szczęściem, dorabiając w myślach scenariusz na resztę ich życia, szczęśliwą przyszłość. - Hm? Och, wypluj to, nie. Nigdy nie był żonaty, ale mam nadzieję, że teraz to szybko się zmieni - mimo larw wyrzutów nagryzających jej słowa, zdołała uśmiechnąć się promiennie, z zaczepnością malującą po wargach. Jeśli będzie mieć szczęście, Elric łaskawie poinformuje ją o swoim ślubie, a nawet wystosuje zaproszenie, żeby mogła wziąć udział w uroczystości.
Jej beztroska przygasła, gdy ciężar jego domysłów zawisł w powietrzu przesyconym ziołowymi woniami. Ze słów Benjamina płynęły prądy zagubienia, tęsknoty, której nie potrafiła zaleczyć, współczucie nie było remedium, którego poszukiwał.
- Co sprawiłoby ci mniejszą przykrość? - zapytała cicho. Samotność czy rodzina, którą odebrało mu uwięzienie, tortury, amnezja? Osierocenie czy myśl, że w życiu jego dziecka na jakiś czas zabrakło ojcowskiej obecności? Nie miała pojęcia, co jej samej mocniej złamałoby serce, gdyby była na jego miejscu, nie chciała nawet dokonywać hipotetycznego wyboru. Wszystko bolało, wszystko niszczyło. Istniało jedynie mniejsze zło, do którego mógł przylgnąć w nadziei, że rzeczywistość wyglądała w taki właśnie sposób; rodzinę pewnego dnia mógłby odnaleźć, wrócić do nich jak Odyseusz na Itakę, samotność z kolei mógł zamienić na nich.
- Urocze jak dla mnie - skontrowała z uśmiechem. Gdyby nie co rusz zmieniające się pragnienia, roszady pozycji na planowanych listach zakupów, zapewne bez zastanowienia zakupiłaby jedną z takich kostek również dla siebie, jednak z rozmysłem wstrzymała się jeszcze od wszelkich finansowych deklaracji. Na wszystko nie wystarczy monet w sakiewce, nie chciała później żałować, że kupiła pamiątkę nie taką, do której w rzeczywistości, po zastanowieniu się, ciągnęło jej serce. - Ale ja w ogóle lubię duchy, te dobre. W szkole spędzałam z nimi dużo czasu - wyjawiła, wracając pamięcią do słodyczy dni spędzonych w zamku przylegającym do górzystego szczytu, gdzie dni płynęły inaczej, słodziej, i gdzie każda emocja buchała nieposkromionym, najczystszym płomieniem. - Podobno Hogwart też ma własne duchy i jeden strasznie wszystkim uprzykrza życie - rzuciła niezobowiązująco, lekko, ciekawa, czy wyznanie roznieci w nim iskrę dotychczas spowitych mgłą wspomnień. Próbowała od miesiąca - prozaiką szczegółów, tematów dobieranych po omacku, z nadzieją, że pewnego dnia uchylą wrót prowadzących do jego przeszłości i pozwolą mu na nowo poczuć się tym, kogo zatracił; a choć jej nadzieja wydawała się złudna, Celine nie znalazła w sobie siły, by po prostu zaniechać starań. Okazał się dobrym, życzliwym człowiekiem, zasługiwał, żeby poznać prawdę. Odkryć karty własnej historii, poznać twarze rodziców, przypomnieć sobie najważniejszych, najbliższych przyjaciół. - Pomieścilibyśmy się - dodała szybko, z ukłuciem entuzjazmu. Lelek wróżebnik, puszek pigmejski, kameleon, sowy, smokolog, nieznajomy przybysz i baletnica, ta wesoła gromada wciąż domagała się świeżej krwi, nieprzejęta kurczącą się spiżarką i przedłużającym się procesem prania wszystkich ubrań z zeszłego tygodnia. - Jakie zwierzę ci się marzy? - spytała pogodnie. Miał już swój typ, swoje skryte życzenia nigdy niewypowiedziane głośno, w obawie, że nadwyrężyłby wyrozumiałość gospodarzy? Wybrał imię, do którego obawiał się przyznać przed samym sobą, w lęku, że wypowiedziane, mogłoby rozjątrzyć tkankę potrzeby?
Nie zdążyła odpowiedzieć, przechyliła jedynie głowę, przyglądając się ofiarowanej Benowi misie i temu, jak w bursztynowej cieczy swój wzrok odbił księżyc, gdy ten uniósł naczynie do ust i przechylił, a grdyka poruszyła się w rytmicznych łykach. Przyjrzała się jego szyi z trudnym do zinterpretowania spojrzeniem; kłęby ciemnych włosów okalały brodę, równo już przycięte, skóra nabierała coraz zdrowszego koloru, podobnie jak sylwetka, nie tak dawno jeszcze umęczona i wymizerniała, dziś wyglądająca odrobinę pełniej i solidniej.
- Alkohol - powtórzyła po nim ostrożnie, mimo obaw ujmując misę we własne dłonie. Do połowy opróżniony płyn zakołysał się w glinianej klatce, refleksy gwiazd, które odbijały się na tafli, zatańczyły, kręcąc łagodne piruety. - Nie wiem czy powinnam. Po alkoholu robi się dziwne rzeczy. O ile dobrze pamiętam, ostatnim razem skakałam po nim przez podobne ognisko... - zacmokała z pobłażaniem i wskazała głową na płomienie wdzięczące się znad roziskrzonych polan. Jej ciało nie wzbraniało się jednak przed perspektywą zakosztowania upojnych trunków, przywiodła miskę do ust i upiła z niej większy łyk, oblizując potem usta. Pośród chmielu wyczuła przyjemną nutę miodu i chyba tylko jego obecność pozwoliła jej przełknąć dar lata bez trudu. - Czemu? - zdumiała się jego wyznaniem. Sosnowy aromat kadzidła łaskotał sploty zawstydzenia podobnymi rozmowami, nie czuła wobec nich rezerwy, nie sądziła, że nie wypadało o kompleksach rozmawiać z dojrzalszym od siebie mężczyzną. Nawet i bez specjalnych, ziołowych woni zapominała czasem, że był od niej sporo starszy, ile - nie wiedzieli dokładnie, gdybali, nie znając daty jego urodzin. - Wcale nie jesteś ohydny - zaprzeczyła i pochyliła się w przód, z gracją manewrując sylwetką tak, by pochwycić jego spojrzenie. Nie sięgała po kłamstwa, panująca wokół nich atmosfera zachęcała za to do prawdomówności i półwila podążyła za jej wskazówkami, szczera i naturalna. - Dobrze wyglądasz, Percy. Tak, że niejedna by się za tobą obejrzała. Nawet jedna chwilę temu to zrobiła. A to? - uniosła dłoń na wysokość jego twarzy, subtelnie ułożone palce nie sięgnęły jednak skóry, zatrzymały się nieopodal jego policzków, zawieszone w powietrzu. - To tylko blizny. Historia, dowód siły. Znam kobiety, które mówią, że blizny dodają charakteru i uroku - uśmiechnęła się swobodnie. Portowe dziewczęta nieraz twierdziły tak nad kieliszkiem w Parszywym Pasażerze, nawet znajome baletnice z zespołu wzdychały do chłopców, których uważały za niepokornych, odważnych i wojowniczych. Każda chciała, by jej wybranek mógł zapewnić jej bezpieczeństwo, w oczach świata będąc jednocześnie buntowniczym zbójem. Ben miał w sobie podobny czar - wzbudzał lęk w męskich oczach, adorację natomiast w żeńskich, samą budową ciała rozniecał fantazje powzięte z portowych uliczek, ze snów o silnym ramieniu, silnej pięści i czułym sercu. Naprawdę nie widział spojrzenia, które posłała mu odchodząca chwilę temu dziewczyna? Celine dojrzała je bez trudu. - Nie jesteś ohydny - powtórzyła i z powrotem odchyliła się na miejscu, ponownie unosząc do ust glinianą misę i obmywając gardło strugą piwa.


żaden dzień się nie powtórzy. nie ma dwóch podobnych nocy, dwóch tych samych pocałunków, dwóch jednakich spojrzeń w oczy.
Celine Lovegood
Celine Lovegood
Zawód : Baletnica, tancerka w teatrze Wrończyk
Wiek : 21 lat
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
no, i don't care about them all, 'cause all i want is to be loved
OPCM : 2 +3
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 2 +2
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 30
SPRAWNOŚĆ : 14
Genetyka : Półwila

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t9177-celine-lovegood#278139 https://www.morsmordre.net/t9212-dziadek#279452 https://www.morsmordre.net/t9215-brzydkie-piekne-kaczatko#279468 https://www.morsmordre.net/f393-somerset-dolina-godryka-dom-na-rozdrozu https://www.morsmordre.net/t9214-skrytka-bankowa-2148#279459 https://www.morsmordre.net/t9213-celine-lovegood#279455
Re: Polana w głębi lasu [odnośnik]01.06.23 18:58
Dziwił go kawalerski stan Elrica. Czarodziej, który uratował mu życie nie dość, że był niezwykle honorowy, to przyjemny dla oka. Zadbany, uprzejmy, może trochę zbyt nerwowy oraz przesadnie skupiony na otaczaniu siostry opieką, ale dla kobiet mogło być to wręcz kolejną zaletą, świadczącą o rodzinnym zacięciu Lovegooda. Mimo to nie nosił obrączki i z tego, czego właśnie dowiadywał się od Celine, nie spotkała go żadna okrutna tragedia, pozbawiająca obecności umiłowanej wiedźmy. - No nie wiem - skomentował wyjaśnienie półwili z powątpiewaniem, jak zwykle do bólu szczery, twardo stąpając po ziemi. - Dla mnie to wygląda tak, że albo go nikt nie chce, bo ma jakiś ukryty defekt, albo on sam grymasi strasznie i wymaga nie wiadomo czego od panny - podsumował tonem doświadczonego starca, tak, jakby doskonale pamiętał, jak wygląda jego osobista sytuacja matrymonialna. Coś tam jednak wiedział, wyczuwał, nie zapomniał całkowicie o świecie i jego zawiłościach; mrok spowił tylko najbliższe otoczenie Percivala. - To jak, Ellie ma błonę między palcami stóp? A może wyrósł mu ogon? - ściszył głos do szeptu, pochylając się ku Celine, by ta mogła swobodniej zwierzyć mu się z wielkiego sekretu dotyczącego Elrica. O słabym przydomku, sam nie chciałby, by ktoś nazywał go Percivalusiem albo Percusiem; czułby, że to odbiera mu męskość. - Nie dziwi cię to, że taki stary chłop nie ma żony? Nie chciałabyś bawić bratanków? - dopytywał ponownie, z typową dla siebie swobodą wkraczając z butami na rejony niezwykle wrażliwe. Deptał zasady uprzejmości z gracją słonia, lecz gdy to ktoś delikatnie zaglądał za przymknięte drzwi jego prywatności, był gotów zatrzasnąć je równie brutalnie.
Każdego dnia - oprócz tego. Zmarszczył brwi, słysząc zaskakująco celne pytanie Celine. Zbyłby je machnięciem ręki, przemilczał albo wyśmiał, lecz coś w unoszącym się w powietrzu zapachu kadzideł sprawiało, że łatwiej przyszło mu obnażenie wrażliwego podbrzusza. Tkliwego, nawet - a może zwłaszca - jeśli niczego o swojej rodzinie nie pamiętał. - Nie wiem, na dwoje wiedźma wróżyła. Z jednej strony chciałbym, żeby ktoś mnie szukał, żeby ktoś na mnie czekał, a z drugiej... - urwał, instynktownie rozglądając się dookoła, nie zestresowany ewentualnym podsłuchem, co pragnący dostrzec idący ku niemu orszak powitalny. Albo kolejną anielicę, mogącą rozgonić nieco mroki przeszłości.- Słabo, że ich nie pamiętam. Że nie pamiętam, że mam syna. Że nie pamiętam miłości do żony. Boję się, że nawet jeśli się pojawią, nie wrócę do nich, no, wiesz. Taki sam, jak byłem - wymamrotał nieskładnie, wyrywając z rosnącej nieopodal ogniska kępki długie źdźbło trawy. Zaczął obracać je w dłoniach, obierając z zewnętrznych łusek. - Ale nie ma co się martwić na zapas, nie? - wsunął trawkę do ust i zaczął ją żuć, próbując zmienić niewygodny temat na coś lżejszego. Czuł, że w temacie rodziny coś nie gra, ale nie wiedział jeszcze, co. Wolał słuchać Celine, jej melodyjnego głosu, wspomnień, jakimi dzieliła się tak szczodrze i beztrosko, że coraz mocniej zazdrościł jej tej lekkości poznania samej siebie.
- Dlaczego spędzałaś czas z duchami, a nie z kolegami? - zdziwił się lekko, była piękna, piękna i dobra, wyobrażał ją więc sobie jako duszę towarzystwa. - I chyba skończyłaś szkołę ledwie wczoraj, co? Ile właściwie masz lat? - zadał w końcu trochę bardziej sensowne pytanie, wcześniej nie poruszał tej kwestii, tak samo jak nie zanurzał się w szkolnych wspominkach, uznając, że są zbyt niebezpieczne. Niesłusznie, zagadnięcie półwili powoli otwierało coś w jego umyśle; uśmiechnął się trochę nieprzytomnie, tak, coś kojarzył. - Coś mi świta. Psikusy. Upierdliwość. Ruchome schody - wyznał powoli, mimo wszystko większe emocje okazując przy wspomnieniu o zwierzętach. Zadumał się na dłużej, dalej nieelegancko cmokając źdźbło, migrujące zwinnie między zębami. - Smok. Chciałbym mieć smoka - powiedział w końcu, czując, że odpowiedź wyrasta prosto z jego serca, z jego przeszłości, z tego, kim był. - A oprócz tego psa. I hipogryfa. Niuchaczem też bym nie pogardził - kontynuował kreowanie zwierzęcej hałastry. Wizja ta ustąpiła wspaniałością tylko obrazowi kicającej przez ognisko półwili.
- I co, podpaliły ci się niewymowne? - wybuchnął śmiechem, rubasznym, ale nie złośliwym, pozbawionym jakiegoś natrętnego kontekstu. Jego wesołość nie była lepka od dwuznaczności, ciężar słów skutecznie łagodził ton głosu i pogodny wyraz twarzy. - Pij, pij, poprawi ci się nastrój - zapewnił ją, poklepując ją dużą dłonią po ramieniu tak mocno, że prawie przewróciłby ją na trawę. Zreflektował się szybko i wygładził delikatniej górę jej sukienki, nieco skrępowany prostując się na swoim miejscu. Nie wiedział, dlaczego tak beztrosko przyznał się do niskiego poczucia własnej wartości, za późno było jednak, by się krygować albo kłamać. Wypluł źdźbło trawy do ogniska i przygryzł dolną wargę, świadom, że Celine pochyliła się ku niemu. Poczuł słodki zapach rozgrzanej skóry, lekko słonawą i kuszącą zarazem woń zdrowego potu pomieszaną z aromatem kwiatów i zbóż. Zagapił się na szyję półwili nieco za długo, zamrugał gwałtownie, speszony, trochę bliskością, a trochę poruszanym tematem. - Obejrzała się, bo musiała - wymruczał, festiwalowe kapłanki krążyły wśród ognisk, obdarzając gości Dorset jadłem i napitkiem, nie zasłużył więc na specjalne traktowanie. - Zresztą, może gdzieś tam czeka na mnie żona. Czuję, że kogoś mam - dodał buntowniczo, chcąc dodać sobie animuszu, na chwilę nawet oczy zalśniły mu jakąś arogancką dumą, szybko jednak ustępującą typowej prostolinijności. - Tak naprawdę, to nie. Czuję, że nie mam żony. Może się mylę, ale no, tak jakoś...czuję - prawie wyszeptał, rozkołysany kadzidłem do tego stopnia, by wyznawać bez problemów intymne szczegóły. I ze wzruszeniem przyjmować zapewnienia półwili, poprawiające mu nastrój.
- Ty też nie jesteś ohydna, Celine - wyznał ciszej, tak, jakby serwował najbardziej intymny, poetycki, a przez to zawstydzający komplement. - Nawet bardzo nie jesteś ohydna i nie obrzydliwa - dorzucił kulawo, jakby skrępowany. Nie chciał jej zawstydzić, uważał jednak, że jest prześliczna. Ale wyznać to mógł tylko na swój sposób.


Make my messes matter, make this chaos count.
Benjamin Wright
Benjamin Wright
Zawód : eks-gwiazda quidditcha, nadzorca w smoczym rezerwacie
Wiek : 34
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
may the bridges I burn
light the way
OPCM : 37 +7
UROKI : 34
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 17
SPRAWNOŚĆ : 43
Genetyka : Czarodziej
Polana w głębi lasu - Page 68 A5d9c59e0f42e4642f89f53d6e329c97858c5519
Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t656-benjamin-wright https://www.morsmordre.net/t683-smok#2087 https://www.morsmordre.net/t3555-nokturnowa-rubryka-towarzyska#62778 https://www.morsmordre.net/f203-kornwalia-sennen https://www.morsmordre.net/t4339-skrytka-bankowa-nr-178#92647 https://www.morsmordre.net/t1416-jaimie-wright
Re: Polana w głębi lasu [odnośnik]02.06.23 23:08
Wzruszyła ramionami, świadomie zwlekając z odpowiedzią. Cisza kupowała odrobinę czasu rwącej ją gonitwie myśli, przebłyskom wspomnień wychylającym głowy z kart ostatnich miesięcy - gdyby mogła, opowiedziałaby mu o tym, o drażniącej niewygodzie, którą czuła wobec tajemnic skrywanych przez Elrika, tyle że to smakowałoby zdradą i nielojalnością.
- Nie zdziwię się, jeśli ty pierwszy wpadniesz na trop do rozwikłania tych zagadek - rzuciła w końcu z zaplątaną w tonie głosu goryczą. Słowa Bena mimowolnie prowadziły ją w kierunku rozmyślań jak długo brat milczał na temat obecności Lucindy w jego sercu, co jeśli byli ze sobą związani przez całe lata? Celine praktycznie wychowała się u boku Elrica, a mimo to miała wrażenie, że jako dziecko naiwne i niewinne wiedziała o nim więcej, niż teraz, mając go obok praktycznie na co dzień. - Mało mi mówi, pewnie przez to, że jestem kobietą, a do tego młodszą. Chociaż żadnej błony ani ogona nie zauważyłam. Chyba za dobrze je ukrywał. Obserwujmy go uważnie - dodała konspiracyjnie. Zielonkawo-błękitne oczy błysnęły rozczuleniem, pokiwała głową na zadane przez niego pytanie, kiedy znów odnalazł jej wrażliwą strunę. Odkąd dowiedziała się o ciąży Eve, nie mogła doczekać się pojawienia się na świecie maleństwa, nad którym mogłaby się rozpływać. Z obojga Lovegoodów to Elric mógł poszczycić się teraz lepszą perspektywą na powiększenie rodziny i wybaczyłaby mu nawet niewyjawioną obecność Lucindy, gdyby okazało się, że czarownica była już w ciąży z jego dzieckiem. Naprawdę wybaczyłaby mu wszystko!
Przysłuchiwała się jego słowom, lękom, temu, jak obnażał duszę z tego, co musiało każdego dnia spędzać mu sen z powiek, albo wręcz przeciwnie - co zakradało się do niego w snach i rozpuszczało duszę w kwasie trucizny, na którą nic nie mógł poradzić. Mimo upływu czasu niewiedza wciąż dręczyła go podobnie do zaklęć, którymi potraktowali go oprawcy, była przeciągającą się torturą łamiącą serce. Strach było pomyśleć, że na te pytania i wątpliwości mógł nigdy nie otrzymać odpowiedzi.
- To nie twoja wina - podkreśliła, na wypadek gdyby to sobie samemu zarzucał zaniedbanie najbliższych, zamartwiających się o jego los. - Może na ich widok wszystko w tobie odżyje, każda utracona emocja. A jeśli nie, to... To będziesz mógł spróbować pokochać ich na nowo - ciągnęła powoli, cicho, bo choć otaczały ich skrzypiące płomienie ogniska i odległe echa rozmów, intymność wyznań Bena nakazywała jej zadbać o prywatność. Nie było to nic, czym łatwo byłoby dzielić się z wypoczywającymi festiwalowiczami, jego problemy były ciężkie i trudne, zbyt ciężkie i zbyt trudne, jej zdaniem, jak na barki jednego człowieka.
- Jak to wczoraj? Wypraszam sobie, proszę pana. Mam dwadzieścia jeden lat - zaznaczyła z teatralnie zadartym podbródkiem. Ostatnie urodziny obchodziła jeszcze w areszcie, w wilgotnej klatce pozlepianych ze sobą minut, godzin i dni; wspomnienie zadryfowało ku tafli świadomości, odgoniła je jednak od siebie jak najprędzej. - Te duchy były cudowne, och, zrozumiałbyś, gdybyś je poznał. Czasem wymykałam się nocą, żeby dla nich tańczyć. Raz w miesiącu urządzali sobie uczty w jednej z zamkowych sal i to była moja ulubiona pora: na światło księżyca wychodziły ich dawne zatargi, sympatie i antypatie, opowieści wzięte z zamierzchłych stuleci. Na przykład była tam para arystokratów, która non stop pojedynkowała się na szable, kiedy w czymś ze sobą się nie zgadzali, a stara hrabina udawała, że wcale nie wodzi wzrokiem za trzy razy młodszym od niej malarzem bez grosza przy duszy - opowiadała z entuzjazmem. Tęskniła za dusznymi przyjaciółmi z pięknych korytarzy Beauxbatons, przybyli z odsieczą w latach najgorszych zazdrości, zawiści, wrogości ze strony koleżanek zarówno starszych, jak i młodszych, okrutnych w docinkach. Spojrzenie półwili rozjarzyło się dumą, kiedy do jego głowy napłynęły refleksy przeszłości, drobne i migotliwe, ulotne jak brzask. Tak jest, Percy, małe kroczki. - Smoka możemy nie pomieścić - parsknęła, już z hipogryfem mieliby problem. - Ale w Peak District mają ich dużo. Nie chcesz pomęczyć Elrika o wycieczkę? - zasugerowała, po czym uśmiechnęła się błogo na myśl o przebiegłych stworzeniach znanych jej z portu. Kacze dzióbki, zachłanne łapki, śliska sierść, łakome charaktery. Wydzieranie z ich rąk tych kilku błyszczących, pozłacanych bransoletek, które jej pozostały. - Moja najlepsza przyjaciółka miała kilka niuchaczy - skojarzyła. Philippa przepadła jak kamień w wodę, znikła bez słowa, zawieruszyła się w kątach świata; półwila miała nadzieję, że była bezpieczna, ona i jej czworonożni przyjaciele. - Straszne rozrabiaki, wiecznie w tarapatach. Czujesz, że też jakiegoś miałeś?
Zamrugała potem, zbita z tropu. Czy to kulturowe nawiązanie, którego nie zrozumiała?
- Niewy-co? - zapytała, przechyliwszy głowę do boku. - Musisz mi wyjaśnić, bo nie wiem czy się obrazić - oznajmiła zaczepnie, nieświadoma, że chyba przyjemniej byłoby żyć bez owego wytłumaczenia. Zanim później zdołałaby wziąć pierwszy łyk, poczuła na ramieniu silną dłoń Bena, w każdym innym położeniu miłą i bezpieczną, ale teraz, kiedy przez ciało przetoczyły się dzwony zdziwionego bólu, zasiewającą w niej ziarno gwałtownej paniki. Nie była przygotowana na dotyk, nie zdążyła więc oswoić się z jego nadchodzącą obecnością - co w połączeniu z pchającą ją siłą rozbudziło drzemiące w podświadomości strachy. Zadrżała i mimowolnie odsunęła się od niego, jakby nauczona traumą chciała uciec w kąt więziennej celi, gdzie mogłaby uniknąć kolejnego ciosu. Ale kolejny cios nie nadszedł. Były skruszone, na powrót delikatne palce poprawiające materiał sukienki, te same, których przecież się nie bała. Celine odetchnęła głęboko, dała sobie chwilę na wyciszenie, wydychając z siebie widmo paniki. Kadzidło sprawiało, że łatwiej było jej zawierzyć w bezpieczeństwo, odpuścić, a gdy drżenie ustało i w ciele zagościł spokój, uderzyła ramieniem o ramię Bena, niestety z niewspółmierną siłą, za to hardo, zawadiacko. - Dziwną masz choreografię tańca - skarciła go zaczepnie.
Wspomnienie żony powróciło i rozmyło się w płomiennym dymie, woni świeżości przemieszanej z sosnowym igliwiem. Czy to mogła być prawda? Puste serce było czymś innym niż serce, które przepełniała zapomniana miłości, musiał odczuwać je inaczej. Nie spodziewała się też, że odpowie jej w taki sposób - zupełnie prosty, mało szarmancki, dobroduszny. Uśmiechnęła się szczerze znad czary letniego piwa, wdzięczna.
- Tak myślisz? Do niedawna trudno byłoby mi w to uwierzyć - wyznała ciepłym szeptem i pokręciła głową, z westchnieniem odchyliwszy głowę, by spojrzeć na blask księżyca i komety uwikłanych w tańcu, ledwo widocznych znad rozłożystych koron otaczających ich drzew. Od czterech miesięcy próbowała przekonać siebie samą, że mrowienie odczuwane pod skórą nie było garściami larw wyklutymi pośród wnętrzności, a ponownie budzącym się w niej życiem, jeszcze zastałym, przykurzonym, uczącym się tętnić we krwi i w rytmie wygrywanym przez serce. Oswajała się z tą myślą powoli, ale prężniej pod opieką Hectora, niż gdyby próbowała tłumaczyć to sobie sama, nie tak mądra jak on, ani wprawiona w pokazywaniu dobrych ścieżek. Czy prawdziwych? Nie była pewna, w momentach zwątpienia posądzała go o życzliwą, płatną litość; dziś jednak nie słyszała w sobie echa wątpliwości, szepty samobiczowania ułożyły się w kołyskach ciszy, pozostawiwszy ją zwyczajnie wdzięczną. Ben nie miał powodu, by ją okłamywać, wiedziała zresztą, że mówił szczerze, gdy coś leżało mu na wątrobie - co w zderzeniu z sekretną ciszą Elrika przypominało powiew świeżości. Jego szept wibrował w niej przyjemnym echem. Zerknęła na niego kątem oka i uśmiechnęła się enigmatycznie, po czym znów pochyliła się w kierunku Percivala i ułożyła dłoń na jego pobliźnionym policzku, bez lęku czy wstrętu, dotykiem nakazując, by wciąż na nią patrzył, by nie uciekał. Potem ułożyła opuszkę palca wskazującego na dawnej, zasklepionej ranie i przesunęła nią po całej długości śladu, wzrokiem wodząc za wyrysowanym opieszale kształtem. Nie odrzucał jej - mimo skaz na jego twarzy, szram znaczących masywną sylwetkę, plam rozlanych tatuaży; mimo tego, kim mógł być i kim mógłby się stać, gdyby wróciły do niego demony przeszłości. - Też mam blizny, wiesz. Takie, których nie widać gołym okiem. Wczepiły się głęboko i nie wiem, czy kiedykolwiek odejdą, ani czy da się coś na nie zaradzić. Ale czy musimy się ich wstydzić? Szczególnie kiedy nie widzi nas nikt inny? To jak... oddawanie władzy nad nami ludziom, którzy nas skrzywdzili, zawsze i wszędzie. Nie chcę, żebyś to sobie robił. Nie wstydź się ich przy mnie. Lepiej spróbuj je oswoić, skoro nie znikną - bo przecież oboje przeszli przez piekła, zajrzeli w bestialskie oczy opatrzności, na różne sposoby. Wolną dłonią podała mu glinianą misę, powoli, miękko, opierając jej krawędź o pierś czarodzieja. - Pij - powtórzyła jego wcześniejsze polecenie z leniwym uśmiechem. - Poprawi ci się nastrój.


żaden dzień się nie powtórzy. nie ma dwóch podobnych nocy, dwóch tych samych pocałunków, dwóch jednakich spojrzeń w oczy.
Celine Lovegood
Celine Lovegood
Zawód : Baletnica, tancerka w teatrze Wrończyk
Wiek : 21 lat
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
no, i don't care about them all, 'cause all i want is to be loved
OPCM : 2 +3
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 2 +2
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 30
SPRAWNOŚĆ : 14
Genetyka : Półwila

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t9177-celine-lovegood#278139 https://www.morsmordre.net/t9212-dziadek#279452 https://www.morsmordre.net/t9215-brzydkie-piekne-kaczatko#279468 https://www.morsmordre.net/f393-somerset-dolina-godryka-dom-na-rozdrozu https://www.morsmordre.net/t9214-skrytka-bankowa-2148#279459 https://www.morsmordre.net/t9213-celine-lovegood#279455
Re: Polana w głębi lasu [odnośnik]Wczoraj o 12:07
- On chyba za mną nie przepada, więc nie wiem, czy pozwoli mi przeprowadzić dogłębne śledztwo - odparł od razu nieco żartobliwie. Nie skarżył się na Elrica, rozumiał jego obawy oraz szorstkość obycia, sam też nie byłby zachwycony ukrywając w szopie dwumetrowego brodacza oszpeconego tatuażami i bliznami, lecz po upływie tylu tygodni mógłby okazać mu trochę sympatii. Bena irytowała podejrzliwość oraz braterska nadopiekuńczość; Ellie czasem zachowywał się tak, jakby Percy tylko czekał, aż zniknie on za zakrętem dróżki prowadzącej do miasteczka, by móc swobodnie rzucić się z łapami na niewinną Celinę. Nie, żeby o tym nie myślał, do diaska, musiał się do tego przyznać przed samym sobą. Uroda dziewczyny spędzała mu sen z powiek - nie od początku, oczywiście, był zbyt słaby, obolały i przerażony, by myśleć o czymkolwiek innym niż o zemście i własnej tożsamości, lecz z czasem i wspólnie spędzanymi, głównie w ogrodzie i kuchni, chwilami, skupienie na urodzie Celii przychodziło mu z przesadną łatwością. Jasne włosy, nieskazitelna cera, melodyjny głos, sylwetka baletnicy; chyba tylko ślepiec nie gapiłby się na nią w oczarowaniu. Starał się przed tym powstrzymywać, nigdy nie wprawił jej w zakłopotanie, ograniczał rubaszne żarciki do minimum, była przecież dużo młodsza, a przede wszystkim - czysta.
W ten prosty, swobodny sposób. Niewinna, dziewczęca, pełna nadziei; doświadczona przez zło, ale niezniszczona przez nie. Zahartowana, daleka od rozkapryszenia. A przede wszystkim, tak czuła dla niego, zupełnie obcego człowieka, brzydkiego na zewnątrz i - czego się obawiał, sunąc palcami po siatce tatuaży i blizn - w środku. Nawet teraz słuchała go cierpliwie i pocieszała, nawet kiedy plótł bzdury.
- Nie wiem, czy mam w sobie na tyle siły, by pokochać na nowo - odmruknął trochę zawstydzony, nie lubił przyznawać się do słabości, rozmowy o uczuciach też nie należały do jego ulubionych form spędzania czasu, to wiedział o sobie na pewno, lecz coś w atmosferze przytulnej polany sprawiało, że wyrzucanie z siebie szczerych wyznań przychodziło mu z łatwością. Dawało ulgę. Po raz pierwszy od dawna czuł się w lesie Dorset bezpiecznie, nie oglądał się nerwowo przez ramię, nie podsłuchiwał rozmów przechodzących obok ludzi, po prostu ciesząc się chwilą. Westchnął ciężko, wdychając przyjemny ogniskowy dym o sosnowym posmaku, zostającym na dłużej na języku. - Dwadzieścia jeden lat, na Merlina, kiedy to było. W twoim wieku to miałem co najmniej trzydzieści lat - odparował już weselej, sięgając po wybitny żart. Naprawdę zdziwiła go metryczka Celine, jej kruche ciało wydawało się dużo młodsze, zatrzymane gdzieś pomiędzy nieporadnością dziewczynki a zmysłowością dorosłej kobiety. - Ciekawe, ile ja mam. Lat, w sensie - zadumał się, słuchając jednak z rosnącym rozbawieniem podekscytowanej opowieści Lovegood. Dawno nie mówiła o czymś z taką pasją, odmalowując duszne wspomnienia w tak wyrazistych barwach. - Chyba ci się tam podobało, nie? - zagadnął, ciekawy kolejnych historii. Słuchał ją z przyjemnością, woląc mimo wszystko skupiać się na blondynce niż na sobie. - Niuchacza nie miałem, smoka też nie. Ale obydwa zwierzaki bym chętnie potarmosił po łbie - wyznał prostolinijnie - żeby nie rzec prostacko - gotów podumać dalej nad swą miłością do magicznych stworzeń, Celine rozkojarzyła go jednak skutecznie swym anielskim zdziwieniem. Zaśmiał się w głos, klepnął dłonią w udo, własne, aż plasnęło i pochylił się ku dziewczynie. - No...o gacie chodzi - szepnął teatralnie prosto do jej ucha. Dolne niewymowne, tak na majtki mówiła jego mama; dziwne, że to pamiętał. - Galoty. Majtalony - uściślił, tak na wszelki wypadek, gdyby Celine nie znała takiego wynalazku. Taka możliwość istniała i szybko pojawiła się w jego umyśle w przesadnych szczegółach; zarumienił się trochę, ale równie dobrze mógł zrzucić to na karb wypicia zbyt dużej ilości piwa albo zbliżenia się do gorącego ogniska na niebezpieczną odległość. Skrępowany niegodną myślą nie zauważył lekkiego odsunięcia się dziewczyny; dorzucił w tym czasie kilka drewien prosto w buchające coraz wyżej płomienie, rad, że Lovegood nie ciągnie dalej tematu ewentualnej żony, istniejącej bądź nie. Łatwiej też było mu patrzeć prosto w żar ognia niż na nią, zwłaszcza po tym, gdy skomplementował ją w niemal romantyczny sposób - oczywiście tylko on w tych kategoriach postrzegał zaoferowany półwili komplement.
- Nie udawaj skromnej, mała, na pewno wiesz, jak wyglądasz. Jak wiosna i spokój jednocześnie. I melodia - wszedł jej w słowo, gdy wyznała, że nie wierzyła w swą urodę; prawie palnął się w czoło, by niewerbalnie przekazać, jak bardzo się myliła w swej niewierze. Wątpił, by kokietowała go fałszywą skromnością, ale nie mógł uwierzyć, by nie doceniała swego odbicia w lustrze. Tak różnego od obrazu, jaki pojawiał się w zwierciadle przed nim. I w jej błękitnych oczach; zmusiła, by na nią spojrzał. Drgnął nerwowo, zauważalnie, gdy go dotknęła, szarpnął nieco twarzą jak zaniepokojony koń, ale choć mógł bez problemu wyrwać się spomiędzy jej palców, nie uczynił tego. Zaufał. Zaufał, że go nie skrzywdzi - i że nie zwymiotuje z obrzydzenia po przyjrzeniu się bliznom z bliska. Orzechowe oczy zalśniły wzruszeniem, wilgotnym, wstydliwym; ledwie powstrzymał się od położenia własnej dłoni na jej kruchych palcach, na przyciśnięciu jej bliżej ku sobie, w prymitywnym odruchu potrzeby bliskości; powstrzymał się jednak, nie chciał jej wystraszyć. Ani siebie.
Mruknął coś niezbyt zrozumiałego pod nosem, a gdy wcisnęła mu w pierś misę z alkoholem, ujął ją w obie dłonie, odsuwając się od jej dotyku łagodnie, ale z zakłopotaniem. Miał wrażenie, jakby ślady palców na jego policzku wyrysowano ogniem, przyjemnym, ale palącym rumieńcem. Wypił zdecydowanie za dużo piwa, odkaszlnął, splunął widowiskowo za ognisko, gotów zrobić wszystko, by poczuć się bardziej jak mężczyzna a mniej - jak skopany psidwak, wywołujący w pięknej dziewczynie litość. - Ja się nie wstydzę, ja po prostu...Jestem wkurwiony. Na tego, kto mi to zrobił. Ale bardziej na siebie, bo dałem sobie to zrobić i ściągnąłem to na siebie. Byle kogo chyba nie traktują w ten sposób, nie? - wyrzucił z siebie z pretensją, wulgarnie, obracając w dłoniach misę. Odstawił ją między nimi i przekręcił się znów przodem do Celine, zarumieniony od mieszaniny emocji, ślepy na niekulturalne używanie wulgaryzmów. Musiał zasłużyć na te blizny, na cierpienie, na tortury, nie istniała inna przyczyna. - Czuję, że zasłużyłem. Nie myślisz w ten sposób o sobie, czasem? - spytał bezradnie, niczym dziecko, ona też cierpiała, a a był pewien, że zraniono ją bez powodu. I poszukiwał w niej zapewnienia o własnej niewinności. O tym, że nie był zły.


Make my messes matter, make this chaos count.
Benjamin Wright
Benjamin Wright
Zawód : eks-gwiazda quidditcha, nadzorca w smoczym rezerwacie
Wiek : 34
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
may the bridges I burn
light the way
OPCM : 37 +7
UROKI : 34
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 17
SPRAWNOŚĆ : 43
Genetyka : Czarodziej
Polana w głębi lasu - Page 68 A5d9c59e0f42e4642f89f53d6e329c97858c5519
Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t656-benjamin-wright https://www.morsmordre.net/t683-smok#2087 https://www.morsmordre.net/t3555-nokturnowa-rubryka-towarzyska#62778 https://www.morsmordre.net/f203-kornwalia-sennen https://www.morsmordre.net/t4339-skrytka-bankowa-nr-178#92647 https://www.morsmordre.net/t1416-jaimie-wright

Strona 68 z 68 Previous  1 ... 35 ... 66, 67, 68

Polana w głębi lasu
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach