Wydarzenia



Login:

Hasło:




 
IndeksIndeks  SzukajSzukaj  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Share
 

 [sen] we are all dead now

Go down 
AutorWiadomość
Jackie Rineheart
Jackie Rineheart

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t5414-jackie-rineheart#122455 https://www.morsmordre.net/t5418-kluska-jackie https://www.morsmordre.net/t5419-jackie-boy https://www.morsmordre.net/f205-opoka-przy-rzece-wye-walia https://www.morsmordre.net/t5423-skrytka-bankowa-nr-1349 https://www.morsmordre.net/t5424-jackie-rineheart
Zawód : aurorka
Wiek : 25
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna

our souls speak
as loud as
the thunder upon
our heads

OPCM : 35
UROKI : 14
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarownica
[sen] we are all dead now OUREPPN

[sen] we are all dead now Empty
PisanieTemat: [sen] we are all dead now   [sen] we are all dead now I_icon_minitime01.11.19 13:08

Chaos tworzył się sam. Szerokie teorie tworzyły się pod jej zmoczonymi zimnym deszczem włosami, kiedy biegła, co rusz wycierając płynące po powiekach ciężkie krople. Pogoda była okropna, jak na tak wczesną jesień, przypominała jej ten czas, kiedy na niebie Wielkiej Brytanii przez kilka miesięcy kłębiły się chmury czarniejsze niż magia zalegająca na miękkiej, grząskiej ziemi. Powtarzała sobie, że ten chaos jeszcze jej nie dotknął, że póki żyła, a jej usta nie zesztywniały na tyle, by nie móc wypowiadać zaklęć, była odporna na niekończące się fale zimnego wiatru. Zielona masa zalała pozbawiającym oddechu wyziewem niemal cały teren wysp brytyjskich, coraz mocniej zaciskając pęta terroru i dyktatorskiej władzy Sami-Wiecie-Kogo na szyjach obywateli. Zakon Feniksa walczył, trzymał gardę tak długo, jak mógł, ale jego niestałość i niezorganizowanie prędko zaczęły dawać rezultaty. Jego członkowie, którzy wciąż upierali się na tym, by nie sięgać po najcięższą broń – po śmierć – zginęli jako pierwsi, będąc pewnymi, że chronią najsłabszych, aż tych, którzy chcieli walczyć, było zbyt mało, by mogli podjąć się prób ratowania czegokolwiek. Nie dało się przetłumaczyć wszystkim niedowiarkom, że miłość nie zwycięża każdego problemu, a uśmiechem nie wywalczy się kolejnego dnia. Krwawe morderstwa i pokazy dominacji tworzyły atmosferę permanentnego strachu nie tylko o życie swoje i swoich bliskich, ale i formę, jaką ich śmierć może przyjąć. Londyn zalewał się krzykiem torturowanych, jękami ludzi, których psychika była naginana żarzącymi imadłami czarnej magii, ale i drżącymi szeptami tych, którzy zdradą chcieli odkupić miałkie życie i zagwarantować sobie kruche bezpieczeństwo wśród ruin.
Bieg przez grząskie błoto było ogromnym wysiłkiem, zwłaszcza, kiedy ścieżka wpełzła między leśne sadowiska drzew i pod stopami pojawił się miękki i niepewny torf. Niewiele było trzeba, by wpadła po łydki w nierówną, ciemna konstrukcję, której nie zauważyła w chłodnej otoczce nocy. Jęknęła, upadając przed siebie, czując jak rana na boku rwie okrutnie, jak stary bandaż nasiąka po raz kolejny świeżą krwią. Podniosła się, zaraz obracając głowę za siebie, sprawdzając, czy nikt jej nie widział, nie śledził – pusto. Oczywiście, że było pusto, tutaj, pośród wysokich pni iglaków musiało być, była przecież w New Forest, gdzie mogła teraz jedynie znaleźć wibrujące pośród cieni ślepia lisa albo borsuka. Oparła się dłonią o mech, zostawiając na nim ślad krwi i błota, i prędko ruszyła dalej, byle tylko przed siebie, byle tylko dotrzeć do ostatniej pewnej kryjówki Zakonu Feniksa, gdzie mogła zmyć z siebie smród krwi, swojej i cudzej, sprawdzić, czy przeżyje z taką raną kolejny dzień i spokojnie zastanowić się, kogo następnego powinna pomścić, a kogo spróbować odszukać bez narażania własnej skóry. Nie komunikowała się z nikim od kilku dni, nie dostała też żadnej wiadomości, a kolejne doby bez znaku życia gniotły brutalnie nadzieję na odnalezienie bliskich.
Krótki bieg, do którego zmusiła się ledwo, zaciskając z bólem zęby, doprowadził ją do starej chaty położonej w samym sercu lasu, otoczonej zaklęciami ochronnymi i tajemnicą Fideliusa, odganiając w ten sposób nieproszonych gości. Inkantacje dawno straciły już swą dawną siłę, ale niewielka, dwuizbowa chatynka zdawała się nienaruszona, uśpiona wśród szarości i wypłowiałych odcieni zieleni. Kolejne zaklęcia spłynęły z końca jej różdżki, a może powinna raczej powiedzieć – z końca różdżki jej ojca, niezwykle miękko, szybko, sprawnie. Nikogo nie było w środku, nikt nie dotykał brudnymi, umazanymi czarną magią paluchami ścian ani mebli, okolica była bezpieczna. Tak jej się zdawało. Cicho otworzyła drzwi i równie cicho zaraz je za sobą zamknęła, pozwoliła ciężkiemu plecakowi opaść powoli na podłogę razem z jej ciałem, które pod wpływem zmiany utrzymywanej przez ostatnie godziny pozycji poczuło niemal obezwładniającą ulgę. Jackie nie mogła jednak dać jej się ponieść, nie miała wiele czasu.
Prędko znalazła kąt oddzielony parawanem, a za nim – starą, niedużą balię, którą zaraz napełniła wodą. Zdjęła z siebie ojcowski płaszcz, wciąż ciepły, wciąż oddający jego zapach, przez który niestety zaczęły przedzierać się wonie wojennego pyłu i krwi kolejnych celów, i odłożyła go z troską na oparciu krzesła stojącego nieopodal, z niechęcią przywołując obrazy momentu, gdy ginął. Bolała ją ta strata, wydzierała palącą dziurę nie tylko w sercu, ale i duszy, ale gdy tylko przypominała sobie, że ich wtedy zdradzono, żal przemieniał się prędko we wściekłość. Zacisnęła oczy, odpychając od siebie te ponure wizje, blokując wejścia kolejnym, jeszcze bardziej bolesnym. Z trudem zdjęła z siebie stary sweter, odkrywając lnianą koszulę Brena, której teraz prawy bok był przesiąknięty krwią. Zaklęła pod nosem, podwijając ją lekko ku górze, by sprawdzić, w jakim stanie były bandaże. Zaciśnięte wargi okazały niezadowolenie z ich stanu, który jasno wskazywał też stan rany pod spodem.
Trzask igliwia na zewnątrz odwrócił jej uwagę i zmusił do natychmiastowego przyklejenia się do otoczonej cieniem ściany, co wywołało piekący ból w okolicach żeber. Uniosła różdżkę, dłoń trzymając między piersiami tak, by chłodne drewno dotykało czubka jej nosa. Słysząc kolejne kroki wstrzymała oddech i lekko schyliła się pod szafą, powoli zmierzając w stronę jej krawędzi, żeby móc sprawdzić, kto wdarł się bezprawnie do jej kryjówki. I kogo przyjdzie jej zabić. Plecak. Jej plecak stał wciąż tuż koło drzwi. Plecak z jedzeniem, szatą po Tonks, kilkoma pamiątkami wydartymi z domu i peleryną niewidką, którą miała zachować na podróż do miejsca, gdzie kryła się Rookwood. Zaklęła szpetnie w duchu. Nie mogła czekać na pierwszy ruch swojego gościa, musiała zareagować od razu. Wypadła zza rogu i wymierzyła różdżkę w otuloną mrokiem postać.
Różdżka na ziemię. Natychmiast. Inaczej skończysz jako pożywka dla wilków. – powiedziała twardym, mocnym głosem, który mógł kojarzyć się tylko z głosem starego Rinehearta.
Zawsze chciała być jak ojciec. I zapewne zabierze to pragnienie do grobu.





pora, żebyś ty powstał i biegł, chociaż ty nie wiesz,
gdzie jest cel i brzeg,
ty widzisz tylko, że
ogień świat pali
Powrót do góry Go down
Percival Blake
Percival Blake

Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t1517-percival-nott https://www.morsmordre.net/t1542-tatsu https://www.morsmordre.net/t1531-percy https://www.morsmordre.net/f203-kornwalia-sennen https://www.morsmordre.net/t3560-skrytka-bankowa-nr-416#62942 https://www.morsmordre.net/t1602-percival-nott
Zawód : dowódca grupy smoczych łowców w peak district
Wiek : 32
Czystość krwi : Zdrajca
Stan cywilny : Kawaler

are we destined
to burn
or will we last the night?

OPCM : 25
UROKI : 42
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 5
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 15
Genetyka : Czarodziej

[sen] we are all dead now Empty
PisanieTemat: Re: [sen] we are all dead now   [sen] we are all dead now I_icon_minitime01.11.19 13:11

Nie miał pojęcia, jakim cudem odnalazł w sobie wystarczająco dużo siły na teleportację.
Niski, ochrypły krzyk rozdarł smagane lodowatymi podmuchami powietrze, gdy upadał bezwładnie na leśną ściółkę; jego pojawienie się tutaj, w samym sercu lasu, nie miało świadków – nikt nie słyszał więc agonalnego wrzasku, wywołanego uczuciem ciała oddzieranego od ciała, krwi gorącą falą zalewającej jego lewe udo. Wiedział, że żaden przypadkowy przechodzeń nie miał prawa czaić się w pobliżu – nie, odkąd przebywanie po zmroku poza domem niosło ze sobą bliskie prawdopodobieństwo śmierci – ale i tak przycisnął z całej siły przedramię do twarzy, zagryzając zęby na wilgotnym materiale czarnej peleryny, tłumiąc ból w skórzanym posmaku i przekształcając go w zduszone łkanie, a później w ciszę – zakłócaną jedynie rwanym oddechem i kakofonią uderzających o liście kropel deszczu. Pozostał w tym bezruchu przez kilka minut, czekając aż chłód przytępi cierpienie – i dopiero wtedy rozluźniając szczęki, ośmielając się spojrzeć w dół: na materiał przesiąknięty czarną posoką, bez trudu przesączającą się przez poprzecierane spodnie. Mogło być gorzej – rozszczepienie mogło odebrać mu wzrok w drugim oku lub ogłuszyć go na jedno ucho, mogło unieruchomić go na dobre albo skazać na długie wykrwawianie się w samotności; tymczasem rana wyglądała na poważną, ale nie śmiertelną – nauczył się rozpoznawać te dwa terminy już jakiś czas temu, głównie na tym opierając swoją znajomość ludzkiej anatomii. Wiedział, co mogło go zabić i w jakim tempie, rozumiał też, kiedy opłacało się ratować innego człowieka – a kiedy ten ratunek miał być jedynie beznadziejnym przedłużeniem finalnej agonii. Kiedyś nienawidził samego siebie za tę umiejętność chłodnej kalkulacji; dziś ta nienawiść rozciągała się na panoszącego się po kraju wroga tak szeroko, że brakowało mu pokładów, które mógłby skierować do wewnątrz.
Dźwignął się na nogi powoli, chwiejnie, przechylając się nieco na lewą stronę, gdy ranna kończyna ugięła się pod jego ciężarem; marsz miał być torturą – ale do tych też już przywykł, z czasem ucząc się tymczasowo zamykać ból za szczelną ścianą we własnym umyśle, gdzie czekał niecierpliwie na moment, w którym jego organizm miała opuścić zbawienna adrenalina. Sięgnął za pazuchę, z wewnętrznej kieszeni wyciągając odręcznie namalowaną mapę: czarne linie na pożółkłym pergaminie, częściowo rozmyte przez deszcz. Jedna z ostatnich kryjówek Zakonu Feniksa kryła się gdzieś w pobliżu, stanowiąc jego dzisiejszą szansę na przeżycie. Nie nadzieję – tę porzucił już dawno, grubą, krwistoczerwoną kreską oddzielając czas, w którym walczył o coś, od tego, w którym zaczął walczyć już jedynie przeciwko czemuś; porzucając nieistniejącą przyszłość w imię smakującej popiołem zemsty na ludziach, którzy odebrali mu wszystko – i to w momencie, w którym wydawało mu się, że nie miał już absolutnie nic do stracenia. Nie wspominał tej chwili nawet w samotności, odgrodził ją we własnym umyśle: niczym niemożliwą do zagojenia, pulsującą tkankę, rozoraną w drobny mak i grożącą wykrwawieniem, jeśli tylko dotknąłby jej najlżejszy podmuch wiatru.
Uderzającego w niego raz po raz, gdy – słaniając się na nogach – kluczył nieistniejącą ścieżką, starając się w ciemności wypatrzeć zarys drewnianego budynku. Drżąc; od stygnących dopiero wspomnień stoczonej niedawno walki i od przeszywającego chłodu, tym dotkliwszego, im bardziej przesiąkały jego ubrania; okrutniejsze od pogody okazywały się jedynie wspomnienia, podsuwając mu na zmianę brutalne obrazy wykrzywionych w cierpieniu twarzy bliskich i poprzetykanych słonecznymi promieniami liści, które – kolorowe, zeschnięte – opadały całymi tabunami na niewidzialny sufit pachnącej rumiankiem kuchni w Sennen. Musiała trawić go gorączka – bo momentami wydawało mu się, że zmierzał właśnie tam, do domu, ciepłego i bezpiecznego, nie pamiętając o tym, że przecież już nie istniał – spłonął do gołej ziemi razem ze wszystkim, co kiedyś było mu drogie.
Jego ciało prowadziło go lepiej niż myśli, bo jakimś cudem trafił na miejsce: potykając się prawie na progu i nie zachowując ostrożności; był już niemal w środku, gdy uniósł różdżkę, by rzucić sprawdzające zaklęcia – a gdy jedno z nich wykryło obecność kogoś jeszcze, za późno już było na odwrót. Jego palce, skostniałe, sine, zacisnęły się mocniej na wysłużonym drewnie palisandra, podczas gdy druga ręka pchnęła drzwi, a oczy uniosły się wyżej, tonąc w wypełniającej korytarzyk ciemności. Zerknął w bok, na leżący na wykrzywionej wilgocią podłodze plecak, kątem oka zauważając ruch; nim jednak zdążyłby zrobić cokolwiek, przestrzeń została przecięta na pół, przeszyta salwą słów, od których ważniejszy okazał się jednak wypowiadający je głos.
Rozpoznałby go wszędzie, pozbawiony zmysłów lub popchnięty na krawędź wyczerpania, należący do kobiety, która kiedyś była mu zupełnie obca – ale z czasem stała mu się bliższa niż rodzina, której już nie posiadał. – Jackie – wychrypiał, na sekundę przestając się pilnować i przelewając w te dwie sylaby wszystko: ulgę, niedowierzanie, zmęczenie, ból, żal, cierpienie, radość; zaraz po tym jednak odezwały się wyuczone odruchy, ledwie trzymające się w całości bariery powędrowały w górę – i uniósł własną różdżkę, kierując ją w miejsce, z którego dochodził głos. Jego właścicielki nie widział, utrata zmysłu widzenia w jednym oku – teraz martwym, nieruchomym – odebrała mu niemal zupełnie zdolność do dostrzegania szczegółów w półmroku, bez wyraźnego źródła światła. – Jak nazywał się czarnoksiężnik, którego tropiliśmy w Szkocji? – zapytał ostro, modląc się w duchu, by odpowiedź była prawidłowa – by rzeczywiście stała przed nim ona, a nie ktoś zwyczajnie noszący jej twarz. To właśnie w tej sposób stracił ostatnie bezpieczne schronienie – gdy pewnego wieczoru, deszczowego i chłodnego jak ten, do ich drzwi zapukał wróg przyobleczony w rysy Elaine, uświadamiając mu raz na zawsze, że wszystkie granice zostały przekroczone – i że nie było już zza nich żadnego odwrotu.
Zresztą – żadne z nich nie miało już dokąd wracać.





as my story came to a close I realized
I was the villain all along


Ostatnio zmieniony przez Percival Blake dnia 01.11.19 13:15, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down
Jackie Rineheart
Jackie Rineheart

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t5414-jackie-rineheart#122455 https://www.morsmordre.net/t5418-kluska-jackie https://www.morsmordre.net/t5419-jackie-boy https://www.morsmordre.net/f205-opoka-przy-rzece-wye-walia https://www.morsmordre.net/t5423-skrytka-bankowa-nr-1349 https://www.morsmordre.net/t5424-jackie-rineheart
Zawód : aurorka
Wiek : 25
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna

our souls speak
as loud as
the thunder upon
our heads

OPCM : 35
UROKI : 14
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarownica
[sen] we are all dead now OUREPPN

[sen] we are all dead now Empty
PisanieTemat: Re: [sen] we are all dead now   [sen] we are all dead now I_icon_minitime01.11.19 13:13

Dźwięk usłyszany w oddali wplątał się mętną melodią w szum drzew, niestabilnym strumieniem odbił się od pni i trafił do uszu aurorki, które natychmiast poruszyły się delikatnie, jak u zwierzęcia biorącego szelest listowia za sygnał do ucieczki, czerwone periculum zwiastujące niebezpieczeństwo. Nasłuchiwała uważnie, ale prócz szemrzącego dookoła deszczu nie usłyszała nic, co mogłoby ją zaniepokoić bardziej niż zazwyczaj, więc po chwili wstrzymywania oddechu i stania nieruchomo, co udało jej się w czasie ostatnich dwóch lat opanować do perfekcji, wróciła do przygotowywania się do kąpieli. W tej jednej chwili dziękowała chmurom, że zdecydowały się oberwać akurat, gdy docierała do chaty, bo gdyby nie krople ginące w pokrytej miękkim mchem ziemi, znów otoczyłaby ją cisza.
Nienawidziła jej, a ta nienawiść wzrastała po każdej kolejnej śmierci i widoku martwego, otoczonego aurą ciemności ciała, którego nie mogła z ostatnim szacunkiem pogrzebać. Na początku sądziła, że podjęcie się wyzwania, jakim było zabicie wszystkich wrogów Zakonu Feniksa i jednocześnie morderców tych, których kochała najmocniej, ulży w cierpieniu, ukoi marniejące sumienie, ale rzeczywistość weryfikowała to za każdym razem, gdy z zimną krwią i zaciśniętymi wargami podrzynała gardło, dla pewności, że odcina nić życia łączącą parszywca z tym światem. Dłoń trzymająca stalowy sztylet pamiętała miękkość skóry, w którą zagłębiało się ostrze, pamiętała mięśnie stawiające opór, ale prędko rozchylające się pod naporem ostrego metalu, uwalniające strumienie czerwonej, ciepłej jeszcze posoki. Śmierć w takiej formie pozwalała jej żyć mimo umierającego serca i palonej przez pożogę duszy, umożliwiała powtarzanie w nieskończoność nazwisk następnych celów, pomagała stawiać kroki mimo grząskiego błota i stóp ślizgających się na kamienistych dnach kolejnych rzek. Ale w zamian oblekała gnuśniejącą psychikę szorstkim trenem, oczy osłaniając klapkami, wskazując tylko zemstę. Bo nie było już innego celu, nie było też o co walczyć – ludzi zabijano każdego dnia, torturowano ich i karmiono nimi zło, które bez pohamowania rosło i rozciągało się na coraz szersze terytorium. Nie było już dobra, które mogło jeszcze cokolwiek zdziałać, powstrzymać chorobę przed całkowitym pożarciem ciała. Były tylko błędne ogniki toczące się w ciemnych zaułkach i czekające tylko na moment, by w ostatnim podrygu zabrać ze sobą życie wroga.
Była nim, czasami migając ciepłym blaskiem, gdy odrzucała żal i tęsknotę, by na chwilę przypomnieć sobie o jasnych oczach gaszących niepewność, o rdzawych kosmykach układających się miękko między palcami, o wargach układających się coraz rzadziej w grymas uśmiechu, w pocałunkach smakujące solą i miętą. Ojciec, choć zawsze należał do gromady ludzi niezwykle poważnych, mogłaby przysiąc, że uśmiechał się widząc, jak ucieka z dala od zielonych promieni morderczych zaklęć. Jak uśmiechał się z wiedzą, że jego córka przeżyje kolejny dzień i pomści go. Pomści Brendana. Pomści tych o szlachetnym sercu.
Rana na boku miała dziś przypomnieć jej, że wciąż tkwiła w niej brawura i choć z całą stanowczością chciała dopełnić tej niemej przysięgi, nie mogła tego zrobić bez przygotowania. Młodszy Mulciber zaskoczył ją, gdy dobijała jego ojca. Udało jej się teleportować zanim podszedł wystarczająco blisko, by stanowić zagrożenie, ale magia była już wtedy niestabilna i rzucone przez niego zaklęcie wpełzło między gubione wymiary, przebijając głęboko jej ciało. Zamieszanie spowodowało z kolei, że teleportacja nie wyrzuciła ją tam, gdzie chciała i w końcu musiała pokonać drogę do New Forest pieszo, raz tylko zatrzymując się, by nieporęcznie owinąć talię starym, znalezionym na dnie plecaka bandażem. A potem ta wioska i dwaj kolejni Rycerze. Salwa zaklęć pozwoliła jej jakoś ich zgubić, ale nawet, kiedy czuła się bezpiecznie, nie zrezygnowała z biegu. Dopiero tutaj chciała chwilę odpocząć, poczuć się bezpiecznie.
Nie miała pojęcia, ile razy w ciągu dnia świadomość podpowiadała jej, że nie ma już siły, a ona i tak tę siłę jakimś cudem z siebie wyduszała. Usłyszała to znów teraz. Bo nie miała siły stawiać oporu przed atakiem, gdyby ten miał nadejść, ale musiała – jakimś cudem. Stojąca w ciemnościach sylwetka według niej była jednym z goniących ją oprychów, była zdeterminowana, żeby użyć silnego Lamino, ale wtedy usłyszała swoje imię wypowiadane tak znanym głosem, tonem nadającym kilku sklejonym przez czas zgłoskom niewidzialnego uroku, płochliwego, ale tak słodkiego, przypominającego o dawnych, dobrych czasach. Pod powiekami zapiekło. Ile mogło minąć czasu, odkąd widzieli się po raz ostatni? To wtedy, w bitwie pod Ministerstwem, gdy z Nowego Azkabanu usiłowali przechwycić Brena. Wtedy on i Ben zginęli. W walce. Tak jak zawsze pragnęli. Jako ludzie honoru.
W pięćdziesiątym siódmym Hendricka – zrobiła krok do przodu. Na jego twarz, spiętą przez obawy, pobieloną bladym blaskiem księżyca migającego między okiennicą a iglakami; na oczy, które nie mogły być zmienione ani przez dar metamorfomagii, ani przez eliksir wieloskokowy. Jedno otoczone mlecznym bielmem, drugie, zdrowe, barwą przypominające uśpioną na igliwiu zieleń tuż przed końcem jesieni. Zawsze kojarzył jej się z lasem. Zadziwiające, że spotkali się właśnie tutaj, w otoczeniu wysokich pni strzegących ich głów dachem cienistych igieł. – W pięćdziesiątym ósmym Goyle’a i Goshawk. W pięćdziesiątym dziewiątym, w styczniu – mieliśmy przecież niemal listopad – uciekła nam Zabini.
Kroki, które wykonywała, były ciche, choć wyraźnie kulała na lewą nogę. Wyrzeźbione doświadczeniami umiejętności pozwoliły jej jednak zminimalizować pewne niedomagania. Stała teraz przy nim, obejrzała go od góry do dołu, a gdy zobaczyła materiał przesiąknięty krwią, w świetle przesłoniętego chmurami księżyca wyglądającego jak czarny potok, zrozumiała. Bez słów uścisnęła go mocno, nie będąc do końca pewną, czy łzy, które nagle wycisnęły się zza powiek, były spowodowane palącym rwanie w boku, czy obezwładniającą ulgą. Był dla niej jak brat – w tak krótkim czasie zdołali tak doskonale się zrozumieć, poznać, złączyć życie jedną ideą, a spojrzenia i wspólny rytm serc – szczerą więzią, większą niż przyjaźń, szerszą niż jakiekolwiek uczucie.
Przed śmiercią Tonks powiedziała mi, że nie widziała cię od czasu walki pod więzieniem. Że Rosier cię dopadł. Nie wierzyłam w to – odsunęła się, objęła brudnymi od krwi i ziemi palcami jego szyję, zacisnęła dłonie na ramionach. – Zawsze wiedziałam, że tak szybko sobie nie odpuścisz. Siadaj, tu, na krześle – pomogła mu dotrzeć do niego, zaciskając zęby, kiedy znów ukłucie sięgnęło samych żeber. Przełknęła jęk. – Przed kim uciekałeś?
Byli sami, otoczeni ciemnościami nocy przemieszanymi z mętnym blaskiem księżyca. Prawdopodobnie bezpieczni.





pora, żebyś ty powstał i biegł, chociaż ty nie wiesz,
gdzie jest cel i brzeg,
ty widzisz tylko, że
ogień świat pali
Powrót do góry Go down
Percival Blake
Percival Blake

Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t1517-percival-nott https://www.morsmordre.net/t1542-tatsu https://www.morsmordre.net/t1531-percy https://www.morsmordre.net/f203-kornwalia-sennen https://www.morsmordre.net/t3560-skrytka-bankowa-nr-416#62942 https://www.morsmordre.net/t1602-percival-nott
Zawód : dowódca grupy smoczych łowców w peak district
Wiek : 32
Czystość krwi : Zdrajca
Stan cywilny : Kawaler

are we destined
to burn
or will we last the night?

OPCM : 25
UROKI : 42
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 5
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 15
Genetyka : Czarodziej

[sen] we are all dead now Empty
PisanieTemat: Re: [sen] we are all dead now   [sen] we are all dead now I_icon_minitime01.11.19 13:14

Nie potrafił tego wyjaśnić, ale w jakiś sposób wiedział: zanim jeszcze zawieszone w powietrzu pytanie doczekało się spokojnej odpowiedzi, zanim Jackie zrobiła krok do przodu, pozwalając, by na jej twarz – zmęczoną, bladą – padło jasne światło przedzierającego się przez drzewa księżyca, i zanim otoczyły go jej ramiona, zbyt szczupłe i zbyt silne jednocześnie, ale tak doskonale znajome, że w ułamku sekundy starły resztki trzymających się go wątpliwości. Odwzajemnił uścisk od razu, bez zawahania i bez odruchowego spięcia mięśni, przyciągając ją bliżej siebie, jakby chciał upewnić się, że rzeczywiście tam była; że nie wyobraził sobie jej obecności, wraz z pomocą umęczonego umysłu przyoblekając nierówne cienie w upragnione kształty i kolory. Na moment, krótki jak uderzenie serca, wstrzymał oddech, mentalnie przygotowując się na rozczarowanie – ale jego ręce nie zacisnęły się na pustce, a pokrytego zarostem policzka nie załaskotało poruszane wiatrem powietrze, a mokre od deszczu kosmyki włosów, zaczepiające się o szorstką skórę, kiedy wtulał głowę w zagłębienie między jej szyją a ramieniem, wydając z siebie coś na pograniczu westchnienia i zduszonego szlochu, czując jak opuszcza go wilcza część nagromadzonego strachu i cierpienia, chowanego i zatruwającego go od środka od czasu przeklętej walki pod więzieniem, wciąż obijającej się o jego czaszkę w postaci poszatkowanych, niepasujących do siebie fragmentów, niektórych tak ostrych, że bał się ich choćby dotknąć. Nie rozumiał: dlaczego wszystko, od samego początku akcji do jej dramatycznego zakończenia, poszło nie tak; dlaczego coś, co w założeniu miało być proste i szybkie, ciche wejście i błyskawiczna ucieczka, doczekało się tragicznego finału w postaci śmierci jego przyjaciół, odtwarzanej raz po raz w trakcie każdej nieprzespanej nocy, którą od tamtej pory musiał przetrwać. Nie miał pojęcia, ile ich było; dni zlały mu się w groteskową, makabryczną całość, wypełnioną bólem i desperackimi próbami ocalenia tego, co jeszcze ocalić się dało, może podyktowanymi obowiązkiem – a może przerażającym przeświadczeniem, że jeżeli tylko zatrzyma się na moment, pozwalając sobie na zaczerpnięcie oddechu, domagające się uwagi emocje zmuszą go do zmierzenia się z prawdą. Że Zakon Feniksa otrzymał właśnie ostateczny cios – i że nigdy więcej nie zobaczy już jego.
Nie był na to gotowy, ani wtedy, ani teraz, kiedy skupiał się na powstrzymaniu kolan przed ugięciem się pod ciężarem wspomnień i odpowiedzialności, odsuwając się wreszcie o pół roku od Jackie i pozwalając jej na zmierzenie go spojrzeniem, nie cofając się przed dotykiem ciepłych palców na szyi. Przed nią nie musiał się chować, ukrywać słabości, zadzierać wysoko głowy; znała go lepiej niż większość, choć przecież wcale nie najdłużej, gdzieś między jedną bitwą a drugą stając się dla niego siostrą, przyjaciółką i podporą, którą instynktownie próbował chronić, ale której również chronić się pozwalał; żartując czasami, że ich losy zostały nierozerwalnie splecione już wtedy w Kumbrii, gdzie wykrzywiona anomaliami magia na kilka przerażających godzin połączyła ich umysły w jednej niezrozumiałej halucynacji. – To nic takiego – odezwał się cicho, wyłapując jej spojrzenie, zatrzymujące się na przesiąkniętym krwią materiale spodni. – Zwykłe rozszczepienie, do jutra je rozchodzę – dodał, wbrew wszystkiemu starając się nadać swojemu głosowi lekkości. Żartobliwe nuty odbiły się wśród zachrypniętych głosek nienaturalnym dysonansem, nie były jednak nieszczere; wiedział, że akurat ta rana go nie zabije, choć nie był już pewien, czy ta świadomość wywoływała u niego ulgę czy rozczarowanie.  
Pozwolił jej się doprowadzić do krzesła, głównie dlatego, że nie miał siły oponować; nogi ugięły się pod nim ciężko i opadł na twarde siedzisko, zastanawiając się, kiedy po raz ostatni miał możliwość tak po prostu usiąść. – Próbował – odpowiedział Jackie, unosząc na nią spojrzenie, gdy wspomniała o Tonks; nie wiedział o jej śmierci, choć od kilku dni się tego domyślał, gdy nie odnalazł jej w żadnej z umówionych kryjówek, a wysłany przez niego patronus nie doczekał się odpowiedzi. Uśmiechnął się krzywo, nie potrafiąc odnaleźć żadnych słów pocieszenia; ani dla siebie, ani dla Jackie. – A ja zawsze myślałem, że będę jednym z pierwszych – przyznał, kwitując te słowa gorzkim parsknięciem. Kiedy prawie trzy lata wcześniej wypowiadał treść wieczystej przysięgi, nie miał nawet mglistego pojęcia, na co się skazywał. Sądził, że polegnie kilka tygodni później, że doścignie go jego przeszłość, materializując się któregoś dnia w postaci napędzanych żądzą zemsty Śmierciożerców – ale od tamtego dnia jakoś zawsze udawało mu się wychodzić z tych potyczek z życiem, nawet jeśli niekoniecznie w całości. Czasami wierzył, że to właśnie była jego kara: że płacił za błędy za każdym razem, gdy obserwował śmierć kolejnego przyjaciela, gdy kierował różdżkę przeciwko rodzinie, gdy przyglądał się w bezsilności jak wszystko, co kiedyś kochał, obraca się w pył.
Przełknął ślinę, odwracając na moment spojrzenie. – Przed Mericourt – odpowiedział, przypominając sobie płonący budynek i sięgające ku niemu jęzory pożogi; przymknął powieki. – Wpadłem na nią i na Notta w Derbyshire. Eddard nie żyje – streścił sucho, w dokładnie trzech słowach zamykając wyznanie o dokonaniu morderstwa na własnym bracie, nie wiedząc, czy bardziej przerażał go sam czyn – czy fakt, że myśląc o tym, nie czuł praktycznie nic. Pod koniec swojego życia Ned niemal nie przypominał już siebie, przeżarty przez czarną magię tak bardzo, że Percival nie był pewien, czy pozostało w nim cokolwiek, czego powinien był żałować. To, czego mógł, opłakał już dawno temu. – Ben powiedział mi, że ktoś nas zdradził. Że dlatego na nas czekali – odezwał się po chwili głośniej, ponownie kierując spojrzenie na Jackie. Czy coś wiedziała, czy znała nazwisko? Nie wiedział, czy był gotowy poznać odpowiedź. – Zanim…Zanim umarł, chciał powiedzieć, ale głoski nie chciały przecisnąć się przez podrażnione, suche gardło. Nigdy nie powiedział Jackie, co tak naprawdę łączyło go z Benjaminem, choć czasami miał wrażenie, że wiedziała – albo przynajmniej przeczuwała, że było w tym wszystkim coś więcej niż zakorzeniona w szkolnych czasach przyjaźń. Teraz nie miało to już znaczenia. – Musiałem się upewnić, czy Hannah jest bezpieczna, ale nie mogłem jej znaleźć. W miejscu, które wskazał mi Jaimie, zostało tylko parę ubrań i listów, a potem znaleźli mnie Mericourt i Nott. Ale wydaje mi się, że wiem, gdzie szukać dalej. – Miał zamiar spróbować, gdy tylko nabierze sił – ale jeszcze nie teraz, teraz nawet oddychanie wydawało się wysiłkiem.
Sięgnął dłonią za pazuchę, z jednej z wewnętrznych kieszeni wyciągając przedmiot, który wyglądał jak prosta zapalniczka, obdrapana i wysłużona – jednak kiedy pstryknął, na końcu nie pojawił się płomień. Zamiast tego z metalowego wnętrza wysunęła się kula światła, jasnego i ciepłego, która zawisła tuż pod sufitem, wyciągając z półmroku nieliczne meble i wysłużone ściany, smugi na podłodze i stojącą naprzeciwko niego kobietę. Wygaszacz i zamknięte w nim światło były jedynymi pamiątkami, które zdołał ocalić z Sennen, nim dom w lesie doszczętnie spłonął; żółtawy blask miał kiedyś swoje źródło w jednej ze stojących przy łóżku lamp, ale kiedy ta przestała istnieć, jasna kula zwyczajnie pozostawała tam, gdzie ją wypuścił, nie mając dokąd wrócić. Trochę tak, jak on sam. – Jesteś ranna – stwierdził, kiedy rozgonione ciemności pozwoliły mu wreszcie na zrobienie pełnego użytku ze zdrowego oka; zawiesił spojrzenie na przesiąkniętej krwią koszuli, teraz już rozumiejąc, dlaczego idąc, przechylała się lekko na lewą stronę. – Pokaż, mam jeszcze trochę leczniczych maści. – Ostatnich z tych, które przygotowała dla niego Charlie. – Jest gdzieś tutaj woda? – Sięgnął dłońmi przed siebie, chcąc podciągnąć w górę wilgotną tkaninę, nie przejmując się tym, że prawdopodobnie było to jedyne, co Jackie miała na sobie. Nie miał w sobie miejsca na wstyd, ludzkie ciało od dawna już kojarzyło mu się jedynie ze zbiorem kończyn, krwawiących i zbyt słabych, by ochronić szamoczące się w środku życie. – Kto ci to zrobił? – zapytał, chcąc usłyszeć jej część historii, posklejać we własnym umyśle resztę rozsypanych elementów.





as my story came to a close I realized
I was the villain all along
Powrót do góry Go down
Jackie Rineheart
Jackie Rineheart

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t5414-jackie-rineheart#122455 https://www.morsmordre.net/t5418-kluska-jackie https://www.morsmordre.net/t5419-jackie-boy https://www.morsmordre.net/f205-opoka-przy-rzece-wye-walia https://www.morsmordre.net/t5423-skrytka-bankowa-nr-1349 https://www.morsmordre.net/t5424-jackie-rineheart
Zawód : aurorka
Wiek : 25
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna

our souls speak
as loud as
the thunder upon
our heads

OPCM : 35
UROKI : 14
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarownica
[sen] we are all dead now OUREPPN

[sen] we are all dead now Empty
PisanieTemat: Re: [sen] we are all dead now   [sen] we are all dead now I_icon_minitime01.11.19 13:19

Deszcz, do tej pory spadający z gęsto kłębiących się chmur, teraz nabrał na sile i zaczął uderzać o ziemię, w miejscach, gdzie zbierała się woda, tworzył pękające szybko bąbelki. Prosty znak, że cała noc zapowiadała się mokra i pełna szumu uderzających o drewniane sklepienie kropel. Sceneria za oknami dawała aurorce znak, że mogą czuć się bezpieczni przez kolejne kilka godzin. Spotkanie z Percivalem należało do najszczęśliwszych w ostatnich dniach. Dzięki krótkiej chwili, w której mogła na niego spojrzeć i trzeźwym okiem ocenić przynależność do świata żywych, odzyskała niewielki ułamek tego, co niegdyś, bo przecież zaledwie przed dwoma laty, nazywała wewnętrzną równowagą. Znajoma twarz, choć przetkana zmęczeniem, bólem, bladością i bliznami, wciąż była tą, która wskazywała kierunek, wyryła piętno przyjaźni w sercu, napełniała otuchą, kiedy czas okazywał się brzemieniem wagą przypominający ściągającą na dno oceanu kotwicę. Nigdy nie była zbyt wylewna, w takim samym stopniu nie ufała i innym, i sobie. Rozmawiając z Percivalem nie czuła podobnego strachu, dzielili słowa między sobą niezwykle swobodnie, często w poruszane tematy wplatając żartobliwe, ironiczne kwestie, które miały ubarwić ten i tak już wtedy malowany w ciemnych barwach żywot. Zabójstwa łamały ducha, obojętnie czy były dokonywane w dobrej sprawie, czy z czystej zemsty, w końcowym rozrachunku to przestawało mieć znaczenie, i tylko coraz mocniej zacieśnianie więzy mogły go odbudować.
Gdy go ściskała, zauważyła, że stracił na wadze. Nie poważnie, ale zauważalnie. Jej szczupłe, teraz już niemal chude ramiona, wyczuły to z alarmującą szybkością. Jarzmo wojny wciąż i wciąż odciskało na ich ciałach swoje piętno. Oboje stali się wiotcy, trochę jak trawa, którą uparcie się depcze, ale ona za każdym razem prostuje się dumnie, by znów stawić czoła światu. Trawa jednak równie łatwo dawała się spalić. Jackie czekała tylko na moment, gdy ogień strawi również i ich ciała, pozwalając w końcu doznać odrobiny spokoju w tym parszywym czasie. Póki co jednak pozostawało im stać na straży dobra, któremu wypadało przedłużyć agonię aż do momentu, gdy sami nie wyzioną ducha.
Nic takiego – powtórzyła, barwiąc ton przyjacielską kpiną; w bladości jej skóry zalśniło delikatne napięcie grymasu, który mógł kiedyś być uśmiechem. – Mięso chyba trzyma się kości – wzrokiem jeszcze raz zlustrowała jego nogę, ale w takich ciemnościach ciężko jej było ocenić obrażenia. Wyjrzała za okno. Deszcz siekł coraz mocniej, gdzieś w oddali niebo zaburczało nieprzyjemnie. W ich kierunku szła burza. Byli bezpieczni. Jak w oku cyklonu. Nikt nie zapuści się do gęstego lasu w tak okropną pogodę. – Mam w plecaku igłę i nici do szycia, może coś z tym zrobimy.
Zapomniała o sobie, myśli całkiem oddając Percy’emu, ale kiedy poruszyła się mocniej, odwracając w stronę stołu, w ranie znowu zakuło, mocniej niż poprzednio. Czuła, że cały bok niemal gotuje się pod bandażem. Wierzchem dłoni sięgnęła do czoła. Było cieplejsze niż zazwyczaj. Mimo jadu sączącego się do ciała, słuchała przyjaciela, nie mając zamiaru, pomimo niedogodności, uronić ani jednego jego słowa. Gdy się rozdzielą, a przecież nadejdzie taki moment, nie wiadomo, czy jeszcze go zobaczy, a jeśli, to kiedy? Podeszła bliżej balii i chwyciła z półki mniejszą miskę, zabierając nią trochę wody. Uniesienie ciężkiego naczynia znowu wywołało ból, ale zacisnęła zęby i doniosła ją na stół. Otarła ze skroni krople potu pomieszane z deszczem, zostawiając przy tym ciemny ślad po błocie.
Zbliża się koniec i zostaliśmy z tym wszystkim sami. Ja i ty. Tego chyba żadne z nas się nie spodziewało.
Przypomniała sobie o Brenie. O wściekłości i rozpaczy, jakie ją zalały, gdy ginął. O swoim własnym krzyku i próbie wyswobodzenia się z ramion ojca, gdy jego martwe ciało padało na ziemię z hukiem, który poniósł się głębokim, ciężkim echem po wysokich filarach więzienia. Powtarzała bez ustanku, że to nie on powinien wtedy oddać swoje życie, że to ona, to ona powinna tam zginąć. Był od niej silniejszy, jego głos był donośny, słyszeli go wszyscy, których trzeba było prowadzić przez bitewne pola. Nie znał litości dla wroga, nie znał litości dla siebie, wciąż rozwijając się, stając się silniejszym, lepszym, szlachetniejszym. Był dla niej, zaraz obok ojca, największym autorytetem wśród czarodziejów. Żyjących w ich czasach, oczywiście. Przełknęła ślinę, ścierając zęby, aż przy skroniach zadrgały włókienka mięśni. Na wspomnienie Mericourt, odwróciła się gwałtownie w stronę Percy’ego, spinając rysy twarzy dziką determinacją. Oddychała ustami, płytko. Na wieść o śmierci Eddarda Notta, spojrzenie utkwiła w stole, przeciągając nim wśród wyraźnych rys.
Musiało ci być trudno – odpowiedziała nieco chrypliwie. – Ale zapłacił za to, co zrobił. W ostatnich tygodniach był dla nich drogi, wszędzie go ze sobą zabierali. Może był w posiadaniu jakiegoś artefaktu? Mericourt będzie następna – jej palce mimowolnie zacisnęły się w pięść, nozdrza nosa rozszerzyły się niespokojnie. – Rosiera też dopadniemy. Oni wszyscy zasłużyli. Za Just, Za Brena, Za Bena. Za każdego. – wypuściła przez nos powietrze, podchodząc do plecaka, z cichym stęknięciem podnosząc go i kładąc na drugim krześle. – To Lupin. Albo Skamander. Pierwszy nie żyje, drugiego nikt nie widział od czasu ataku na Nokturn. – wyłapała ten wzrok, pytający o powód, pytający o nazwisko.
Zaczęła wyjmować z torby kolejne rzeczy. Mapę, sweter, pół bochenka chleba, butelkę ognistej (do odkażania ran, dawno już zrezygnowała z picia czegokolwiek, co mogło zakłócić jej percepcję), zawiniętą w nieco otłuszczony papier pieczeń, którą dostała od matki rodzeństwa Wright, gdy po raz ostatni była w ich domu, kilka tygodni temu, by sprawdzić, czy ktoś tam jeszcze żyje. Pieczeń, magicznie zakonserwowana, wciąż pachniała i była ciepła. Gdy sięgała po butelkę dopiero co zakupionego w wiosce mleka, zawahała się. Zerknęła z boku na Percy’ego. Wychwyciła to. Te kilka sklejonych słów, które bez odpowiedniego kontekstu, bez jednego wspomnienia, znaczyły niewiele. Zamiast chwycić za zimne szkło, objęła jego dłoń, by w tym niewerbalnym geście przekazać mu, że wie. Że ona wie i rozumie. W czasach, gdy wojna objęła ich płonącymi ramionami, nie było już miejsca na ocenianie przyjaciół, na jakiekolwiek sygnały potępienia ze strony sojuszników. Widziała te spojrzenia, dzielone słowa, niewielki, niemal niknący w oczach dystans. Nie osądzała ich jednak, nie miała na to siły ani czasu.
Ja też nie miałam od niej żadnego sygnału, żadnej wiadomości. Ale jeśli wiesz, gdzie może się znajdować, idę z tobą – powiedziała stanowczo, tonem nieznoszącym sprzeciwu. Miała zupełnie inne plany, ale teraz, kiedy na horyzoncie zalśniła nadzieja odnalezienia przyjaciółki żywej, nie mogła odpuścić. – Wiem, że dała sobie radę, kiedy rozdzieliliśmy się wtedy… pamiętasz? – podniosła na niego wzrok, strapiony, zmęczony. – Ale była tak zaślepiona zemstą, kiedy Ben… kiedy on odszedł. Poprzysięgła, że wydłubie Rosierowi oczy własnymi paznokciami. Najgorsze jest to, że wiem, że ona to zrobi, jeśli tylko znajdzie odpowiednią okazję.
Gdy wypakowała ostatnie rzeczy, zdjęła z krzesła plecak, bez zainteresowania rzucając go na podłogę i siadając ciężko przy stole, krzywiąc się lekko, gdy światło rozbłysło pod niskim sufitem chaty. Wyjrzała za okno, żeby zobaczyć, jak daleko sięgał blask; deszcz go tłumił, zniekształcał. Ciepło uwolnione przez wygaszacz w końcu pozwoliło jej bliżej przyjrzeć się mężczyźnie, wyostrzyło kształty, sprawiło, że oboje stali się znacznie bardziej zmizerniali i zmęczeni niż jeszcze chwilę wcześniej.
Bardziej nie mogę być pewna, że to ty. Sam doznał rozszczepienia, oderwało mu ciała z połowy uda, ale to mnie proponuje eliksiry lecznicze. Czuję się jak w domu – powiedziała z nutą żartu, choć czuła wyraźniejszy chłód wkradający się na kark pod postacią dreszczy, blokujący chęci pociągnięcia bardziej ambitnej rozmowy. Skrzywiła się znów i sama podwinęła wyżej materiał koszuli, obchodząc się z nią jednak ostrożnie, jakby dotykała ludzką skórę upstrzoną gwiazdozbiorem piegów. Zaczęła odwijać bandaże. Głos, przez ból towarzyszący naciąganej przy tym skórze, był zduszony, niski. – Ramsey. Próbowałam zabić jego ojca w czasie snu. Byłam pewna, że udało mi się to, wlałam mu do ust Dziesięć Agonii, ale teraz… cholera… teraz tracę tę pewność. Mulciber nakrył mnie w jego pokoju, kiedy już przykładałam mu nóż do gardła. Musiałam się teleportować, ale on rzucił w tym samym momencie zaklęcie. Wpadło w wir razem ze mną. – zerknęła w dół, zaraz opuszczając ramiona w geście bezradności. Rana była rozległa, zaczynała ropieć, nie zrastała się prawidłowo. – Bandaż był brudny, nie miałam innego wyjścia. Pieprzony sukinsyn, rzucił chyba Ebulbio.
Teraz nie była już taka pewna, że będzie mogła towarzyszyć mu w poszukiwaniach Hann.





pora, żebyś ty powstał i biegł, chociaż ty nie wiesz,
gdzie jest cel i brzeg,
ty widzisz tylko, że
ogień świat pali
Powrót do góry Go down
Percival Blake
Percival Blake

Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t1517-percival-nott https://www.morsmordre.net/t1542-tatsu https://www.morsmordre.net/t1531-percy https://www.morsmordre.net/f203-kornwalia-sennen https://www.morsmordre.net/t3560-skrytka-bankowa-nr-416#62942 https://www.morsmordre.net/t1602-percival-nott
Zawód : dowódca grupy smoczych łowców w peak district
Wiek : 32
Czystość krwi : Zdrajca
Stan cywilny : Kawaler

are we destined
to burn
or will we last the night?

OPCM : 25
UROKI : 42
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 5
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 15
Genetyka : Czarodziej

[sen] we are all dead now Empty
PisanieTemat: Re: [sen] we are all dead now   [sen] we are all dead now I_icon_minitime10.11.19 17:04

Dźwięk znajomych, przesiąkniętych kpiną tonów, wywołał w jego klatce piersiowej falę przyjemnego, kojącego ciepła, przez chwilę oplatającego jego wnętrzności ognistą wstęgą, żeby zaraz potem zacisnąć się wokół nich w postaci grubego, uwierającego supła; w ten sposób topniał strach, palący i nawarstwiający się w ciągu ostatnich dni; przerażające przekonanie, że nigdy więcej jej nie zobaczy, że ta cyniczno-żartobliwa strona jej relacji – że jakakolwiek strona ich relacji – należała już do pogrzebanej nieodwracalnie przeszłości, pochowana w zbiorowej mogile wszystkiego, co zakończyło się zbyt wcześnie, wciąż znajdując się w stanie niepełnym i niedokończonym. Potrzebował jej; nie tylko dlatego, że była utalentowaną i silną sojuszniczką, ani nawet nie ze względu na to, że kochał ją jak siostrę; z żegnaniem bliskich nauczył się godzić, na pewien sposób oswajając się z dręczącym go permanentnie bólem i przekonaniem o sprawionym im zawodzie, ale Jackie była dla niego czymś więcej, kimś więcej: wskazywała mu kierunek, kiedy się gubił, i przypominała, o co walczyli, gdy zdarzało mu się o tym zapominać. To u jej boku udawało mu się odnaleźć utracony dawno spokój, to jej obecność pachniała jeszcze domem, i to przy niej – jako jednej z nielicznych – wciąż potrafił się śmiać, choć mięśnie jego twarzy zdawały się temu odruchowi zdecydowanie przeciwstawiać, przez co jego śmiech, nawet szczery, brzmiał gorzko, ochryple i głucho. – No, mówiłem. Nic takiego – skwitował, gdy wydała swoją opinię, unosząc wyżej brwi i spoglądając na nią wyzywająco. Werbalne bagatelizowanie obrażeń było grą, którą praktykował już od dłuższego czasu, bo zwyczajnie ułatwiała przetrwanie; jeżeli wystarczająco uparcie wmawiało się samemu sobie, że było się w stanie przejść kolejną milę, to czasami ciało – zmęczone, przesiąknięte cierpieniem – pozwalało umysłowi na to niegroźne oszustwo, i rzeczywiście opóźniało chwilę kompletnej kapitulacji. Nie na długo, w większości przypadków na tyle jednak znacząco, że przesądzało to o przeżyciu kolejnego dnia, lub umożliwiało dotarcie na czas do potrzebującego pomocy przyjaciela. To drugie było szczególnie silnym motywatorem.
Podążył za jej spojrzeniem, również przenosząc je za okno – gdzieś w czerń, przecinaną jedynie błyskającymi w słabym świetle księżyca strugami deszczu i rozbłyskami dalekich błyskawic. Zimne powietrze, przeciskające się przez powykrzywiane od wilgoci framugi, miało charakterystyczny, elektryzujący zapach zapowiadający burzę, mgliście przywodząc mu na myśl tę dawną, trwającą kilka tygodni; zabawne, że wtedy wydawało mu się, że anomalie stanowiły koniec świata, któremu Zakon Feniksa finalnie zapobiegł – a w rzeczywistości były właśnie tym: mglistą zapowiedzią mającej dopiero nadejść nawałnicy.
Skrzywił się teatralnie na wspomnienie o igle i niciach, ale wiedział, że na wizytę u uzdrowiciela żadne z nich nie miało co liczyć; nie był pewien, czy wśród nich ostał się jeszcze jakikolwiek, być może Alexander – ale jego również nie widział od wielu dni, to jest odkąd katastrofalna porażka odniesiona pod więzieniem zmusiła ich do rozpierzchnięcia się na cztery strony świata. – Trudno mi się zdecydować, która część tego zdania przeraża mnie bardziej – odpowiedział z przekąsem, choć przy odrobinie wysiłku w jego głosie dało się wychwycić też inne emocje: z wdzięcznością na czele.  
Obserwował ją uważnie, gdy nabierała wody do miski, i gdy niosła ją w stronę stołu, nieco zbyt ostrożnie stawiając kroki – zupełnie jakby trzymała w dłoniach coś niezwykle cennego, albo z trudem utrzymywała równowagę. Obstawiał tę drugą opcję, dźwignął się więc na własne nogi instynktownie, bez wcześniejszego namysłu, wykrzywiając usta w grymasie, gdy na moment przypadkowo oparł ciężar ciała na zranionej nodze. Teraz, gdy jego organizm opuściła już lwia część napędzającej go wcześniej adrenaliny, szło mu się znacznie ciężej, ale dokuśtykał do stołu, opierając się o niego ciężko jednym ramieniem, a drugą ręką lekko łapiąc za łokieć Jackie. – Hej, hej. Jackie – odezwał się cicho, prawie szeptem, bo w otaczającej ich ciszy nie było sensu marnować energii na podnoszenie głosu. – To jeszcze nie jest koniec. Nie, dopóki którekolwiek z nas wciąż oddycha – powiedział, wlewając w to zapewnienie więcej mocy, niż sądził, że posiadał; brzmiąc bardziej przekonująco, niż wydawało mu się, że potrafił. Zdawał sobie sprawę, że Jackie prawdopodobnie miała rację; że od ostatecznej bitwy dzieliły ich tygodnie, jeśli nie dni – ale nie mógł tak po prostu przyjąć tego do wiadomości. Jeżeli by to zrobił, nie zdołałby odnaleźć w sobie wystarczająco dużo determinacji, żeby nadal walczyć; poddałby się, upadł, zamykając w jednej z ostatnich trzymających się w całości kryjówek i już tam pozostał, żeby przeżyć resztę pozostałych mu dni. Ta perspektywa budziła w nim obrzydzenie; nie mógł zrobić tego sobie – a już na pewno nie mógł zawieść w ten sposób Jaimiego.
Odwzajemnił jej spojrzenie, kiedy przeniosła na niego wzrok, zdeterminowany, pełen zrozumienia – ale i złości oraz gniewu, nieukojonego i niemożliwego do uciszenia. Znał ten gniew aż za dobrze; towarzyszył mu po każdej doświadczonej śmierci, a teraz płonął niemal nieustannie; wątpił, czy kiedykolwiek zgaśnie. Jeśli już – to razem z nim. – Właściwie to nie – odpowiedział cicho, płaskim, pozbawionym emocji tonem. Nie odwracał jednak wzroku, nie bał się osądu; wiedział, że nie nadejdzie. – Nie wiem, kim mnie to czyni – ale kiedy przyszło co do czego, nawet się nie zawahałem. – Przyznanie się do tego – do niemal zupełnego znieczulenia, braku podstawowych, ludzkich emocji – było trudniejsze niż sam czyn. – Jedyne, czego żałuję… – Urwał; zabrakło mu właściwych słów. – Wiesz, że to ja go do nich przyprowadziłem? Nie mogę przestać się zastanawiać, czy gdybym tego nie zrobił… – Pokręcił głową. – Nie wiem, może tak czy inaczej odnalazłby do nich drogę. Wierzył w nich – w tę przeklętą ideę, chociaż pamiętam czas, gdy twierdził, że to za mną skoczyłby w ogień. – Jego zdania przestawały mieć sens, wątki nie składały się już w całość; chaotyczne jak jego myśli. Potrząsnął głową. – Przy sobie nie miał niczego, co przypominałoby artefakt, ale jeśli to coś cennego, to raczej nie nosiłby tego w kieszeni. Mogło też chodzić o wiedzę. Gdyby udało nam się do tego dotrzeć… – Westchnął przeciągle. Nie potrafił tego u siebie powstrzymać: tworzenia planów, prób odwrócenia sytuacji. – Ktokolwiek to był, zapłaci za nich wszystkich – dodał po chwili, tym razem z niepodważalną pewnością, ślepy na ten oczywisty paradoks: że był czas, kiedy to on był zdrajcą, odwracającym się od swoich dawnych sojuszników, by wesprzeć przeciwną stronę.
Przyglądał jej się, kiedy spowolnionymi ruchami opróżniała plecak, przedmiot po przedmiocie; posiadała przy sobie znacznie więcej niż on, jego torba, razem z całym ekwipunkiem, przepadła w szatańskiej pożodze – ale ostatnimi czasy właściwie nie potrzebował wiele. Wszystko, co się liczyło, zdążyło już przepaść.
Albo prawie wszystko.
Ścisnął mocniej jej palce, gdy tylko dotknęły jego dłoni, obracając ją lekko i odruchowo unosząc wyżej, żeby przycisnąć spierzchnięte wargi do posiniaczonych knykci. Zdecydowanie zbyt ciepłych. – W porządku – odezwał się, bez zawahania przyjmując jej propozycję pomocy. Po pierwsze dlatego, że naprawdę jej potrzebował; po drugie, wiedział doskonale, że wszelkie próby pozostawienia jej za sobą i tak spełzłyby na niczym. Jackie nie potrzebowała protekcjonalności, była wojowniczką i silną czarownicą – w pewnych aspektach silniejszą niż on – i już dawno pogodził się z tym stanem rzeczy. – Pamiętam – przytaknął, kiwając głową. – Musimy ją znaleźć, zanim uda jej się znaleźć jego. Nie może walczyć z nim sama. – Żadne z nich nie mogło; nienawidził przyznawać tego na głos, ale nie byli wystarczająco potężni – potrzebowali planu, czegoś, co zapewni im przewagę. A aktualnie był zbyt zmęczony, żeby zastanawiać się nad strategią.
Wypuścił jej dłoń spomiędzy palców, przyglądając się jej twarzy, wyciągniętej z półmroku przez żółtawy blask. Uśmiechnął się. – Ty proponujesz mi igłę i nici, ja tobie eliksiry lecznicze. Powiedziałbym, że jesteśmy kwita – skwitował zuchwale, unosząc wyżej brew; miał zamiar nakłonić ją do wypicia tych specyfików bez względu na ewentualne protesty – zbyt mocno martwiła go paskudna plama krwi na przesiąkniętym na wylot bandażu, zwłaszcza zestawiona ze szklącymi się w gorączce oczami. – Poszłaś do niego do mieszkania? – zapytał, ostrożnie zsuwając z ramion ciężki od wilgoci płaszcz. Zawiesił go na oparciu krzesła, pochylając się nad nim tylko na chwilę, by z jednej z wewnętrznych kieszeni wyciągnąć nieco przybrudzoną, ale nienaruszoną fiolkę. – Eliksir oczyszczający z toksyn. Wypij do dna – powiedział, po raz pierwszy tego wieczoru sięgając po ton nieznoszący sprzeciwu; nie tyle ostry, co twardy, ucinający dyskusję nim ta w ogóle miała szansę się rozpocząć. Postawił naczynie na blacie, na tyle blisko Jackie, by mogła bez problemu po nie sięgnąć, podczas gdy sam wziął do ręki złożoną na czworo szmatkę, którą zamoczył w gorącej, przyniesionej przez przyjaciółkę wodzie. Jej dotyk był przyjemny, ogrzewał zziębnięte palce i przywracał utracone krążenie. – Jeżeli pomogą mu wystarczająco szybko, może przeżyć – stwierdził niechętnie, powracając do opowiadanej przez kobietę historii; wycisnął tkaninę z nadmiaru wody, po czym przykucnął – z trudem, nadwyrężanie mięśni uda skutkowało rwącym bólem – by przyklęknąć na jednym kolanie przy krześle, na którym siedziała Jackie. – Ale kto wie, może osłabi go to na tyle, by nie przetrwał kolejnego starcia – dodał po chwili namysłu, ostrożnie i najdelikatniej jak potrafił przykładając szmatkę do zdobiącej kobiecy bok rany. Była zaogniona, o poszarpanych brzegach, napuchniętych i błyszczących w słabym świetle; nawet na jego pozbawione uzdrowicielskiej wprawy oko wyglądała na zakażoną. – Może trochę zapiec. Wypij eliksir – powtórzył, jeszcze raz przykładając materiał do skóry i zabierając się za zmywanie nadmiaru zakrzepniętej krwi i brudu, z każdą sekundą coraz wyraźniej odsłaniając skrytą pod spodem ranę.
Był pełen podziwu, że była w stanie się z nią poruszać.





as my story came to a close I realized
I was the villain all along
Powrót do góry Go down
 

[sen] we are all dead now

Powrót do góry 
Strona 1 z 1

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Morsmordre :: Wprowadzenie :: Archiwa Departamentu Tajemnic :: Myślodsiewnie-
Styl: Caelan + Cassandra + Justine

Forum oparte na serii książek J.K.Rowling, niektóre imiona i nazwy własne są jej własnością.
Opisy częściowo pisane w oparciu o Pottermore.
Autorskie opracowania oraz pozostałe treści forum są własnością intelektualną twórców,
zabrania się ich kopiowania.


Baner small nobg

Morsmordre 2015-19