Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia


Ekipa forum
Login:

Hasło:

Mając w głowie dźwięk twych słów
AutorWiadomość
Mając w głowie dźwięk twych słów [odnośnik]30.05.21 15:04
...nie zasnę już
i honestly can't remember half the things we talked about.
but it was nice. really nice.

Hogwart, pokój wspólny Puchonówpoczątek listopada, 1951 rok
Światełko pląsało beztrosko na czerni obręczy tęczówek, zamigotało w popiele spojrzenia, przemknęło przez rozszerzone nieznacznie źrenice, kiedy to drobne dłonie przeczesywały pospiesznie włosy, a palce drżąc, czyniły jeszcze większą szkodę niż miały w zamiarze. I nie była pewna, skąd ten dreszcz przemykający po linii kręgosłupa, drganie warg coraz pełniejszych, mimowolnie unoszących się do góry, zabawne mrowienie na wysokości brzucha. Bo przecież nie działo się nic, nic nigdy nie miało miejsca w tym życiu, skąpanym w szarościach i cieniach codzienności, gdzie stanie się tłem dla istnienia innych zdawało się mieć najwyższy priorytet z możliwych. Skąd więc ten blask czający się w oczach i róż osiadły na jasnych, usianych konstelacją blednących piegów policzkach? To strach? Zastanawia się, na smukły palec nawijając jeden z niesfornych kosmyków, odstający w niepoprawną stronę, nadający jej jeszcze bardziej nieokrzesanego wyglądu, chociaż przecież się starała. Starała się być zwyczajna, przeciętna, taka jak inne, niewyróżniająca się niczym poza tragedią ocen. Nie, nie, strach tak nie wygląda, zaprzeczyła gwałtownie. Lęk miał lodowate paluchy zaciskające się wokół gardła i ciemne plamki migoczące w zasięgu wzroku. Odbierał oddech z płuc, moc słowom, w odrętwienie wprawiał członki, choć umysł w chaosie nawoływał, żeby biegła, biegła, uciekła na sam koniec świata, gdzie nie będą patrzeć, gdzie nie będą szturchać ani śmiać się. Może to choroba jakaś, przestraszyła się, może to podstępna, nieznana dotąd zaraza ogarniała wnętrze, w zaprzeczenie wprawiając emocje, w nerwowość oblekając ciało. Albo efekt dotąd niezauważony oparzenia, wciąż się gojącego pomimo stosowania zaleconych przez pielęgniarkę maści, skutek uboczny eliksiru, który wybuchł jej niemal w twarz niespełna miesiąc temu. A co jeśli po prostu była niemożliwym głuptasem, przejmującym się czymś, co było oczywiste dla dorastających dziewczynek, tylko ona nic o tym nie wiedziała, bo nikt nigdy nic a nic jej nie mówił? Ramiona na myśl podobną opadły, dolna warga zadrżała, kiedy poczucie bycia kompletną idiotką zagościło w niej na nowo. Znowu była nie tak, a nie miała pojęcia, jak to zmienić. Jak nosić z dumą uśmiech na twarzy, brawurę w sercu, jak ze śmiechem przemierzać szkolne korytarze, tak jak reszta uczniów czujących się tak perfekcyjnie będąc sobą. Jak poznać te wszystkie tajemnice przemykające tuż przed jej nosem, jak traktować każdy dzień niczym przygodę. Może wszyscy mieli racje i po prostu była głupia, nie nadawała się do niczego oraz w ogóle ogromna tragedia z niej była. Ręce zatrzymały się w połowie ruchu, opadły na kolana, a opuszki palców wskazujących stykały się ze sobą niespokojnie. Powinna to odwołać, te całe nauki, po których wracała do sypialni z jeszcze większym zmieszaniem, z pustką w ptasiej głowie pozbawionej krzty rozumu. Uderzając niewielkimi obcasami butów gorączkowo, zastanawiała się, czy byłoby mu przykro. Że odrzuca jego pomoc, dobroć pozbawioną wszystkich podstępów, ciepło czające się w szaro-niebieskim spojrzeniu. I chyba to wyobrażenie rozczarowania na buzi młodzieńca sprawia, że uparcie powraca do prób wyglądania bardziej jak człowiek, co jest dosyć bezsensu, bo miast marnować czas na okiełznanie brązowej burzy pukli, winna zagłębiać się w krzywo rozpisane notatki dotyczące zielarstwa. Ale prezencja też była ważna, tak, na pewno. Przecież widać, że jak student posiada prosty kołnierzyk, zero drobin kurzu na szacie, to oznacza, że jest kompetentny. Zdecydowanie. Nie mogło być inaczej. Czując zawstydzenie przed własnym lustrzanym odbiciem, poddała się wreszcie, włosy w kucyk zbierając czerwoną wstążką i chociaż grzywka nadal opadała na oczy, przez co nieliczne koleżanki zastanawiały się, jakim cudem Finella widziała cokolwiek, tak mogła uznać, że jest w porządku. Nie jakoś super, ale wystarczająco, żeby język znowu nie wiązał się w supełek przy Sproucie, gdy próbowała dukać odpowiedzi na zadane przez niego łagodnym tonem pytania. Będzie dobrze, podniosła się na duchu, piąstki zaciskając w iście bojowym geście, nim chwyciła za podręcznik, notatki oraz czyste ryzy pergaminu, które zapełni bohomazami, kiedy tak będzie wpatrywać się słuchać objaśnień starszego kolegi. Ostatni głębszy oddech, a potem ruszyła niepewnym krokiem do pokoju wspólnego, wychylając się wpierw, by móc ocenić jak wygląda sytuacja w pomieszczeniu. Kominek był tradycyjnie okupowany przez starsze roczniki, co przyjęła z niejakim żalem, bo miodowe kosmyki naprawdę ładnie by wyglądały na jego tle. Znaczy, płomyki pozwalałyby na dodatkowe światło, nie tylko to padające z okrągłych okienek. Nieco zawiedziona, skulona i ze spojrzeniem wbitym w podłogę, przemknęła cichuteńko w stronę wygodnych foteli oddalonych od głównej części pokoju wspólnego, mając nadzieję, że długo na swego nauczyciela czekać nie będzie, bo co jeśli ktoś się do niej dosiądzie? Co jeśli zacznie ktoś z niej kpić, a Castor to zobaczy i pojmie, jak okropną osobą była MacFusty? Oby nie, drogie gwiazdy, oby nie, poprosiła ze strachem, moszcząc się na wybranym miejscu.


Jak ja Cię obronię i po czyjej stronie
Stanąć mam dziś, gdy oczu wrogich sto?
Finley Jones
Zawód : Tancerka Ognia
Wiek : 20
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna

it's courage and fear
not courage or fear

OPCM : 3
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 26
SPRAWNOŚĆ : 11
Genetyka : Czarodziej
Mając w głowie dźwięk twych słów Cutie
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t9481-finley-jones https://www.morsmordre.net/t9564-finleyowe https://www.morsmordre.net/t9566-where-are-my-dragons https://www.morsmordre.net/f351-dzielnica-portowa-arena-carringtonow-wagon-9 https://www.morsmordre.net/t9667-skrytka-nr-2188 https://www.morsmordre.net/t9568-finley-jones
Re: Mając w głowie dźwięk twych słów [odnośnik]30.05.21 18:50
Jak bardzo nie chciał się spóźnić.
Wszystkie komórki jego ciała postanowiły przypomnieć mu zgodnie, że ten dzień nie mógł należeć do dni zwykłych; stał bowiem w obowiązku spełnienia raz danej obietnicy, którą swoją drogą złożył bardzo ochoczo i ofiarnie. Nie mógł bowiem przejść obojętnie wobec zgarbionej nieco sylwetki młodziutkiej puchonki, która ślęcząc nad zapisanymi pergaminami do późnej pory, przykładała się chyba tylko i wyłącznie do przyszłego nadwyrężenia wzroku. Na samą myśl odruchowo podniósł palec wskazujący ku górze, by zetknąć go z mostkiem okularów. Płynny ruch wsunął je wyżej nosa, na odpowiedni poziom, bo zdarzały się chwilę, gdy nie zauważał nawet — objęty natłokiem obowiązków prefekta naczelnego — że okrągłe oprawki zsuwały się wraz ze szkłami coraz to bardziej, finalnie lądując na samym czubku jego nosa. Ale to przecież nie wszystko; nie mógł przejść obojętnie i w istocie nie przeszedł. Usiadł najpierw, zupełnie niezauważony na fotelu po jej prawej stronie, przyglądając się dziewczynie z nieukrywanym zaciekawieniem, w szczególności co do tego, jak szybko zorientuje się, że nie jest sama. Po kwadransie spędzonym na wyczekiwaniu westchnął nieco głośniej, niż zazwyczaj, po czym stuknął kilkukrotnie w ramię dziewczęcia opuszkami własnych palców, chcąc skupić na sobie jej uwagę. Już późno, mówił wtedy, głosem miękkim i ciepłym, w akompaniamencie trzaskającego w kominku ognia. O tej porze nie idzie się już niczego nauczyć. Leć do łazienki i pod kołdrę, a przed kolejną lekcją z zielarstwa pokażę ci, czym różni się skacząca bulwa od figi abisyńskiej, dobrze?
Nadszedł więc czas na spełnienie obietnic. Kilkukrotnie — i pokątnie — słyszał z różnych źródeł, że Nell nie należy do najlepszych uczennic. Zamiast jednak dać Castorowi czas na zastanowienie się nad zasadnością rzucanych wyjątkowo hojnie obietnic pomocy, utwierdziło go tylko w przekonaniu, że jest to kolejny powód, dla którego musi wziąć sprawy w swoje ręce. Kto to widział, by puchon puchonowi odmówił pomocy i to jeszcze w przedmiocie, który stał się niejako ich wizytówką, znakiem rozpoznawczym i jedną z dum, podobnie jak domowa drużyna Quidditcha, której wzloty i upadki również przeżywał całym sobą, choć do latania nie ciągnęło go wcale. Musiał więc, musiał, ale też chciał pomóc osóbce w potrzebie, bo wierzył szczerze, że problemem nie był wcale umysł dziewczynki nieprzystosowany do nauki, a po prostu zbyt wysokie wymagania, które sobie stawiała.
Wpadł do pokoju wspólnego niemal jak burza; z zaczerwienionymi od pędu policzkami, lokami w miodowym odcieniu zaskakująco mocno trzymanymi w miejscu, a jeżeli już o trzymaniu czegokolwiek mowa, w rękach miał cały stos pergaminów — w znakomitej większości własnego autorstwa, choć były wśród nich także takie, które dostał trochę w spadku po kuzynach, którzy szkołę kończyli lata temu. Pod nimi znalazło się też miejsce na Tysiąc magicznych ziół i grzybów autorstwa Phyllidy Spore. Była to kopia już wysłużona, z popękanym grzbietem, lecz bogata w zapiski sporządzane na marginesach, które dodawały jedynie mądrości i tak poważnej literackiej pozycji. Byłby już wcześniej, gdyby nie napotkani po drodze z biblioteki trzecioroczniacy, dokładniej zaś ten odłam szerokiej grupy, który skłonny był do knowań i psot. Naturalnie musiał więc poczekać chwilę, wyglądając ostrożnie zza winkla, dla spokoju serca i sumienia starając się ocenić, czy psotnicy faktycznie mają zamiar uprzykrzyć komuś życie swymi pomysłami. Ostatecznie jednak tak, bo gdy wysoka sylwetka prefekta odzianego w szaty z żółto—czarnymi akcentami wyłoniła się i znalazła wreszcie w polu widzenia trzynastolatków, zebrali naprędce rozłożone na ziemi przedmioty i czym prędzej pomknęli w kierunku schodów, zaś Castor pobiegł za nimi, lecz nie w górę, a w dół, w stronę kuchni.
Chwilę zajęło mu przywrócenie normalnego rytmu serca i odpowiedniej głębokości oddechów. Uśmiechnął się w tym samym czasie do mijających go kolegów z roku, spojrzeniem przesuwając po zgromadzonych w pokoju wspólnym osobistościach. Lubił tu przebywać; czuć ducha Hufflepuffu na przestrzeni lat, dekad i wieków. Miejsca takie jak te dawały mu przyjemne poczucie wspólnoty, a ono zbawiennie działało na jego energię i chęć do działania. Zwłaszcza że na horyzoncie mignęła mu czerwona wstążka, a to właśnie jej posiadaczce złożył obietnicę, która doprowadziła ich oboje do dzisiejszego popołudnia.
— Cześć, Nell. Mam nadzieję, że nie musiałaś długo czekać — gdy niezbyt głośny głos Sprouta rozlał się w przestrzeni pomiędzy nimi, jego wargi rozchyliły się nieco w przyjemnym, kordialnym uśmiechu. Na niskim stoliku pomiędzy dwoma fotelami położył przyniesione pomoce naukowe, po czym przesunął jeden z foteli bliżej tego, na którym siedziała dziewczyna. Nie uśmiechało mu się wykrzykiwać informacji o zielarstwie, bo i męczenie gardła nie było zbyt pasjonujące, a i taki sposób przekazywania informacji pozostawiał wiele do życzenia. Usiadł wreszcie na miejscu, wcześniej prostując szatę i poświęcając kilka sekund na przyjrzenie się swojej dzisiejszej koleżankoczennicy.
— Ojej, jaka śliczna wstążka. To prezent? — spytał szczerze zaciekawiony, odchylając się nawet nieco w tył, by przyjrzeć się jej z bliska. Musiał przyznać, że pasowała do właścicielki jak ulał, dodając jej dziecięcej niewinności, przy okazji kłując w serce Castora, który zawsze chciał mieć młodszą siostrę. Oczywiście przy dalszym zachowaniu Aurory! No cóż, może dziś uda mu się zaspokoić nieco potrzebę opieki. I poprawiania wyników domu, oczywiście.
Castor Sprout
Zawód : Twórca talizmanów, właściciel sklepu "Bursztynowy Świerzop"
Wiek : 24
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
muszę to przespać
p r z e c z e k a ć
przeczekać trzeba mi
OPCM : 5
UROKI : 0
ALCHEMIA : 30
UZDRAWIANIE : 8
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 6
SPRAWNOŚĆ : 4
Genetyka : Wilkołak

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t9918-castor-sprout#299830 https://www.morsmordre.net/t9950-irys#300995 https://www.morsmordre.net/t9949-i-will-keep-my-flowers-safe#300972 https://www.morsmordre.net/f177-wybrzeze-exmoor-somerset-wrzosowa-przystan https://www.morsmordre.net/t9952-skrytka-bankowa-nr-2255#301004 https://www.morsmordre.net/t9951-c-sprout#300999
Re: Mając w głowie dźwięk twych słów [odnośnik]30.05.21 23:24
Nie trzęsą się już tak bardzo, te małe ręce znaczone drobnymi zadrapaniami, gotowe wbijać półksiężyce paznokci w jasną skórę, byleby tylko odwieść pędzące myśli od rzucenia się z klifów rozsądku wprost w odmęty najprawdziwszej paniki. Nie trzęsą się, a przecież znajduje się samotnie pośród innych tchnień, bo nawet tutaj w borsuczej norze zdaje się wystrzegać wszelkich zagrożeń, przekonana, iż grad złośliwostek spaść może na nią w każdej chwili. I skąd ta odwaga - nie wie, czy czai się pod cienkim pergaminem skóry, wrząc niby ogień w błękitnych liniach żył? A może czerpie ją z leniwej atmosfery pokoju wspólnego, gdzie szepty wznoszą się brzęczeniem w powietrzu przesyconym aromatem mokrej ziemi, a każdy otumaniony resztkami dyniowych ciasteczek podsuniętych przez uprzejme skrzaty, ma w sobie tyle siły, ile wymaga wzniesienie spojrzenie na swego rozmówcę? A może to nie żadna brawura, tylko skra oczekiwania, jakaś niecierpliwość drga w duszy, sprawiając, iż dreszcze przechodzą w delikatne mrowienie, a opuszki palców niecierpliwie wystukują melodie jednej ze znanych rodzimych pieśni? To było dziwne. Tak czekać na coś, na kogoś, kiedy była przekonana, iż szkolne dni przynieść mogą tylko jeszcze więcej szarości, jeszcze więcej znużenia. Powinna się cieszyć? Obcasy butów uderzają o siebie, kiedy nerwowo zastanawia się, co winna robić, jak się czuć. Zaaferowana, chyba trochę wystraszona poniekąd, nade wszystko zawstydzona. Czy w ogóle o niej pamiętał? Kiedy ostatnio ledwo musnął jej ramie, a niewielkie ciało instynktownie odrzuciło wszelką namiastkę dotyku, przez co dziewczynka bardziej wydawała się podskoczyć na swoim miejscu niźli spokojnie się odwrócić, tak miała wrażenie, że w łagodności tęczówek nie kryje się żadna nuta rozpoznania. Że nie przypomina sobie jej twarzy, tej zaczerwienionej od wypieków oraz łez strumieniem się lejących po piegowatych policzkach, kiedy to wbrew poleceniom pielęgniarki, w jednej z pustych sal ośmieliła się zajrzeć pod bandaż skrywający jeszcze świeżą ranę i widząc ten horror, rozpłakała się niczym małe dziecko. Brzydko, smarkato, jakoś strasznie. Może to dobrze, że wypadła mu ze wspomnień, jak pyłek przez wiatr niesiony, przynajmniej myśleć o niej źle nie będzie. Nie będzie, prawda? Stukot obcasów milknie, trzymane przedmioty upycha na bok, by móc podciągnąć kolana pod samą brodę, ramionami objąć szczupłe nogi w namiastce swoistego pocieszenia. Niech nie pamięta, poprosiła smętnie w duchu, czołem uderzając o materiał spódnicy, zażenowana wybuchem, jaki miał miejsce miesiąc temu i jak dostała czkawki, kiedy znikąd pojawiły się ramiona ją oplatające, a miły głos mówił tak uspokajająco, że wreszcie zdołała się wyciszyć, a chociaż ból nie zmienił się, tak w perspektywie cierpienia psychicznego zmalał znacznie, albowiem palące zmieszanie nakazywało skryć się pod ziemią, najlepiej tak sześć stóp pod nią. Byle nikt nie widział, byle nikt nie wiedział jak bardzo słaba jest Finella MacFusty. Wystarczy, że każdy, dosłownie każdy wiedział, jak kiepska była pod względem ocen. Jeśli punkty utracił którykolwiek z trzecioklasistów, tak wzrok automatycznie kierował się na nią, a przecież się starała! Tak naprawdę! Zaczytywała się w notatki, próbowała przepisywać formułki, tylko jak wchodziły jej one do głowy, tak wychodziły prędziutko przepłoszone przez obraz czerni smoczych skrzydeł, albo przez skomplikowane układy figur, wprawiające w osłupienie każdego, kto nie znał możliwości człowieczego ciała. A teraz wie i Castor, że mała brunetka jest prawdziwą porażką, nie tylko smarczącą w rękawy, ale też niweczącą szansę na puchar domów. Musiał, przecież sam zaproponował jej pomoc, odprawiając ją jak dziecko, którym przecież nie była, odkąd przesyłane wyjce od mamusi wskazywały, że była już młodą panną, która nie zdaje sobie sprawy z własnych możliwości. 
Pociąga nosem, kuląc się, jakby dzięki temu mogła zajmować jeszcze mniej miejsca, może jeśli głębiej w fotelu się zapadnie, to ten ją pochłonie i pyk! Ella zniknie, nikt nie będzie lamentować, koniec pieśni i dobranoc. To nie było jednak takie proste, szare oczy otworzyły się szerzej, a zdziwiony, z lekka płochy jak u dzikiej łani wzrok uniósł się ku przemawiającej osobie. Osadził się na miodzie kosmyków, zatańczył na linii prostego nosa, odbił się od szkieł okularów, zawisnął na kącikach ładnie skrojonych ust. Uszy zrobiły się jakby gorące, podobnie jak buzia cała, gdy umknęła spojrzeniem od chłopca, który jakże wspaniałomyślnie postanowił poświęcić jej odrobinę swego czasu. Bo nazwał ją Nell. Nie Finny jak rodzice, nie Finellą, jak gospodyni kiedy była zła, albo jak to nauczyciele byli niezadowoleni. Aż w końcu nie Ellą, tą podłą kreaturą będącą wypaczeniem Hebrydzkiej córy, wiecznie nieszczęśliwą Ellą. Nell. Nellie. To brzmiało niemal słodko. Naprawdę mogło brzmieć tak słodko? Jej imię? Czy to wypadało komuś takiemu jak ona? Wyrzutkowi z niepojętego powodu? Nie wiedziała, trochę chciała się schować. 
- C-Ca...Całą w-wiec..zność - wydukała ledwo, czując, jak gardło się zaciska, głos o oktawę się wznosi, a przecież mówi cicho, tylko trochę zbyt piskliwie. Siada poprawnie, palcami mnąc materiał spódnicy, by przy spuszczonej głowie móc wydusić z siebie coś więcej, a nie brzmieć, jakby tłuczkiem dostała - Wcale n-nie - wymamrotała, nie chcąc mu kłamać, nawet tak w żartach, chociaż te wcale śmieszne nie były. Po gaelicku brzmiałoby to lepiej, uznaje nieśmiało i podobnie oczy wznosi, szarość tęczówek wyszukuje podobnej szarości skrytej w błękicie, trochę badawczo, trochę strachliwie, bo kontakt się urywa, nagle stolik z notatkami wydaje się ciekawszy. Wcale nie jest, ale serce robi fikołka raz, potem drugi, a łaskotanie w brzuchu się nasila i Finny sądzi, że chyba faktycznie jest chora, kiedy Sprout odzywa się raz jeszcze i czerwień na dobre gości na jej policzkach, przenosząc się na nos, uszy, może nawet knykcie dłoni się zaróżowiły, chociaż to przecież bezsensu by było. Ale nazwał ją śliczną. Znaczy nie ją, Ella nie była śliczna, słodko brzmiąca Nellie też nie, ale użył tego słowa. Śliczna. Śliczna, śliczna, śliczna. Miała śliczną wstążkę. Śliczną. Zauważył, ojej. Co powinna zrobić? Jak zareagować? Dlaczego nikt nigdy jej nic nie mówi, żeby mogła wiedzieć, co robić? Łapie łapczywie powietrze, nie wiedząc - śliczna! - że je w ogóle - śliczna! - wstrzymywała - śliczna! - i stykając ze sobą palce wskazujące - powiedział, że jest śliczna - w nerwowym geście, zebrała się w sobie.
- T-tak. U-urodzinowy. M-mój ulubiony k-kolor - wyjąkała speszona niemożliwie, zastanawiając się, dlaczego w ogóle o tym papla, przecież jego to nie interesuje. Po co mu to wiedzieć? Przecież tylko próbował być miły! Głupia! Taka głupia! Trzepoce smolistymi rzęsami gwałtownie, próbując szklenie tęczówek oddalić, aż wreszcie ręce do piersi przyciągając, jak ranne zwierzątko, gotowe na kolejny cios, rozchyla zaczerwienione od uprzedniego przygryzienia wargi - N..naprawdę c-hce-chcesz m-mi pomóc? - wreszcie to ona pyta, nie mogąc uwierzyć trochę, że faktycznie tego chciał. Może to obowiązek prefekta, albo po prostu żal mu tracić punkty, wytłumaczyła sobie. Tylko serce dalej fikołki niezrozumiale robiło, niepomne na rozsądek.


Jak ja Cię obronię i po czyjej stronie
Stanąć mam dziś, gdy oczu wrogich sto?
Finley Jones
Zawód : Tancerka Ognia
Wiek : 20
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna

it's courage and fear
not courage or fear

OPCM : 3
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 26
SPRAWNOŚĆ : 11
Genetyka : Czarodziej
Mając w głowie dźwięk twych słów Cutie
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t9481-finley-jones https://www.morsmordre.net/t9564-finleyowe https://www.morsmordre.net/t9566-where-are-my-dragons https://www.morsmordre.net/f351-dzielnica-portowa-arena-carringtonow-wagon-9 https://www.morsmordre.net/t9667-skrytka-nr-2188 https://www.morsmordre.net/t9568-finley-jones
Re: Mając w głowie dźwięk twych słów [odnośnik]03.06.21 19:15
Czy mógłby spojrzeć sobie w oczy ze spokojem, bez chociaż najmniejszego śladu obrzydzenia gdyby ocenił biedną trzecioroczną wyłącznie na podstawie mniej lub bardziej nieprzychylnych podszeptów? Oczywiście, że nie. Wierzył bowiem, wierzył gorąco i szczerze w solidarność uczniowską; albo przynajmniej solidarność domową. Skoro bowiem Tiara Przydziału stwierdziła, że pasują do profilu uczniów, których w Hogwarcie najchętniej widziała Helga Hufflepuff, każdy z nich miał coś, co łączyło go z resztą borsuczej braci na zawsze. I dla tej więzi Castor zdolny był postawić wszystko na jedną kartę. Zaryzykować, postąpić w sposób, który niektórym mógłby się wydać górnolotnie naiwną sposobnością na marnowanie czasu.
Nie chciał, by ktokolwiek — a już szczególnie ci, którzy na pierwszy rzut oka mieli problem w nawiązaniu odpowiednich kontaktów i więzi (pal licho, czy z winy własnej, czy może przez nieprzychylne otoczenie) — czuł się jakimkolwiek obciążeniem. Nie po to był bowiem prefektem, nie po to momentami stawał na rzęsach, poruszając się wyjątkowo rozważnie w wartkim nurcie puchońskich relacji międzyludzkich, by ktoś wypadł za margines. Na początku roku szkolnego powziął bowiem misję stworzenia jak najbezpieczniejszej przestrzeni, czując podskórnie, że świat poza szkołą coraz mocniej zaczyna wpływać na to, co działo się w niej. Nie dziwił się napiętym nastrojom uczniów o słabszym statusie krwi, nie dziwił się właściwie wszystkim dzieciakom, zwłaszcza młodszym, bo on sam ledwo zdawał się rozumieć tę szkaradną układankę. Podziały — domowe, naukowe, majątkowe, krwi — były zawsze i prawdopodobnie pozostaną jeszcze długo, długo po opuszczeniu przez niego murów szkoły. Ale mógł stanowić przynajmniej bufor; miękką poduszkę, na którą spaść mieli ci, którzy nie mieli tyle szczęścia, co on sam.
Dobrze wiedział, że były takie dziedziny wiedzy, które odmawiały wejścia do pamięci, niepomne na długie godziny spędzone na studiowaniu materiałów. Sam ledwie powstrzymywał wyraz totalnej rezygnacji, gdy przypominał sobie, że przecież niedługo ma do napisania esej z transmutacji. W obliczu takiego koszmaru na jawie wizja zanurzenia się w przyjemnych, bo znanych meandrach zielarstw wydawała się zaskakująco kusząca. Towarzystwo spokojnej i cichutkiej Finelli MacFusty stanowiło kolejny pozytyw, jasną gwiazdkę na nocnym niebie obowiązków, które przyjmował na swe barki z pokorą i szczerą chęcią, bojąc się tylko dwóch rzeczy. Że nie zdąży z pomocą; albo jeżeli zdąży, to nie będzie w stanie czegokolwiek zmienić.
Pociągnięcie nosem powinno zginąć wśród palety dźwięków rozbrzmiewających w pokoju wspólnym. A nie zginęło; drobne odłamki wleciały do uszu Sprouta, który ledwo powstrzymał drgnięcie ręki, sięgającej niemal natychmiastowo do przedniej kieszeni jasnych spodni, w których to honorowe miejsce zajmowała haftowana przez mamę chusteczka do nosa. Materiał koloru kości słoniowej ozdobiony był kolorowymi nićmi malującymi obraz rozkwitającego ogrodu i spacerującej po nim łani. Castorowi wydawało się, że mama naumyślnie załączyła "symbole" obu swych rodzin, choć to Aurorze bliżej było do Potterów, ich hartu ducha, odwagi i cech przede wszystkim gryfońskich. Mimo to obrazek ten uderzał w delikatne struny duszy jedynego syna Cassiopei, przywodząc na myśl kwitnące pagórki wokół domu, dobroć, którą znajdował w środku i którą chciał emanować przy każdym zetknięciu z drugim człowiekiem. Zastanawiał się bowiem przez moment, czy nie podarować tej chustki małej Nell. Jeżeli — nie daj Morgano! — miała katar, lub szykowała się do poważnego przeziębienia, prezent taki sprawi się znakomicie praktycznie. A jeżeli tkwiła po prostu w melancholii, za co nie zamierzał jej ganić, zwłaszcza w obliczu własnej postawy do transmutacji, może pomogłaby z podniesieniem morale?
Nie miał czasu na dłuższe roztrząsanie tego tematu, gdyż do jego uszu dotarły wreszcie słowa dziewczęcia. Słowa, które najpierw spowodowały drgnięcie jasnych brwi w górę, a potem całkowite rozluźnienie. Przekrzywiona na bok głowa sprawiła, że jeden kosmyk kręconych włosów wcisnął mu się prawie w oko, co zostało skorygowane niemal natychmiast nonszalanckim dmuchnięciem. Zaraz po nim bladoróżowe, chłopięce wargi rozchyliły się w rozczulonym — miał nadzieję, że nie przesadnie, choć nie mógł się powstrzymać! — uśmiechu.
Zawsze chciał mieć młodszą siostrę, a Finella zdawała się być zaskakująco rzeczywistym substytutem od pierwszych wspólnie spędzonych sekund.
— Byłbym szybciej, słowo prefekta — mówiąc to, postarał się o ton z kategorii pompatycznych, a w dodatku prawą rękę przyłożył do serca, lewa zaś powędrowała w górę w geście składanej obietnicy — Ale po drodze z biblioteki spotkałem twoich rówieśników majstrujących przy czymś, co wyglądało podejrzanie podobnie do łajnobomby...
Pozwolił sobie na drobne wychylenie torsu w kierunku dziewczęcia, ściszając przy okazji głos do szeptu tak, aby mieć jak najwięcej pewności, że przekaz tej prawie—przygody pozostanie wyłącznie między nimi. Bał się bowiem Castor, że gdyby posłyszał to ktoś jeszcze, zdolny byłby wykorzystać podsunięty pomysł i doprowadzić do nieprzyjemnego incydentu. Znał swoich borsuczych braci i siostry; wiedział, że są wśród nich psotnicy, ale miał nadzieję, że przez wzgląd na długoletnią przyjaźń uda mu się zatrzymać chęci do płatania psikusów w zarodku. Zdecydowanie wystarczył mu pewien Gryfon ze skłonnościami do pakowania się w kłopoty...
Ale cóż do oczekiwania, zielarstwa, ciągania nosem, haftowanych chustek, czerwonych wstążek i biblioteki mogli mieć Gryfoni? Absolutnie nic!
— Miałaś urodziny i mi nie powiedziałaś? No wiesz, Nell, a już myślałem, że się kolegujemy! — roześmiał się cicho, a jego śmiech przypominał dźwięczenie malutkich dzwonków. Ciężko było doszukać się w nim śladu wyrzutu, bo i ciężko odnaleźć coś, co nie istnieje. Powieki przysłoniły na moment szaro—niebieskie tęczówki, długie, jasne rzęsy załaskotały nieco uniesione przez uśmiech poliki, a same oczy przybrały kształt półksiężyców. — Ale obiecuję, że na następne urodziny stanę na wysokości zadania. Coś... coś czerwonego...
Palec wskazujący przytknął do wciąż roześmianych warg w wyrazie poważnego zamyślenia.
— Mam już nawet pomysł, ale dowiesz się w urodziny!
Oho, Castorze, może jeszcze dowiedziałbyś się, na kiedy przygotować prezent, co?
Położył dłonie na swych kolanach, prostując raz jeszcze materiał szkolnej szaty oraz spodni. Pora na skupienie, pora na pergaminy, zwoje, książki, notatki. Rozejrzał się po przytarganych materiałach, sięgając wreszcie po książkę. Chyba najlepiej zacząć od podstaw, prawda?
— Ale dobrze, powiedz mi, czego się tak uczy— — przerwał w połowie słowa, gdyż kątem oka dostrzegł rumieńce coraz to odważniej przejmujących we władanie uszy Finelli, rozlewających się na policzki, czubek nosa... Cień zmartwienia przemknął po licu Castora, który ułożył książkę ostrożnie na własnych kolanach, a potem sam, siląc się na delikatność najwyższych lotów, przyłożył grzbiet swej dłoni do czoła dziewczęcia. — Na brodę Merlina, jesteś rozpalona...
Wyraźnie przejęty głos Sprouta zdradzał, że był o krok od odwołania korepetycji na rzecz towarzyszenia pannie MacFusty w drodze do skrzydła szpitalnego. O ile oczywiście Finny potwierdzi jego przypuszczenia...
Castor Sprout
Zawód : Twórca talizmanów, właściciel sklepu "Bursztynowy Świerzop"
Wiek : 24
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
muszę to przespać
p r z e c z e k a ć
przeczekać trzeba mi
OPCM : 5
UROKI : 0
ALCHEMIA : 30
UZDRAWIANIE : 8
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 6
SPRAWNOŚĆ : 4
Genetyka : Wilkołak

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t9918-castor-sprout#299830 https://www.morsmordre.net/t9950-irys#300995 https://www.morsmordre.net/t9949-i-will-keep-my-flowers-safe#300972 https://www.morsmordre.net/f177-wybrzeze-exmoor-somerset-wrzosowa-przystan https://www.morsmordre.net/t9952-skrytka-bankowa-nr-2255#301004 https://www.morsmordre.net/t9951-c-sprout#300999
Re: Mając w głowie dźwięk twych słów [odnośnik]13.06.21 17:36
To wydawało się łatwiejsze. Przejść niespiesznym krokiem tuż obok, ze wzrokiem zwróconym w dal, byleby nie dostrzegać, nie zauważać. Pozostać obojętnym. Nie ingerować, nie naruszać kruchej powłoki, jaką była hierarchia poszczególnych relacji, czasem może unieść kącik ust, w którym pląsała swoista złośliwostka. Być niepomnym na cudzą krzywdę, dławiące osamotnienie duszę pociągające w najmroczniejsze głębiny; szklące się tęczówki, kiedy nieporadnie wzniesione mury raz po raz upadają pod wpływem jednego celnie dobranego komentarza. Takie proste, pozostać świadkiem, li jedynie widzem w teatrze zdarzeń przykrych oraz niesprawiedliwych, okraszonych niezrozumieniem wobec własnych przewin i przyczyn, dla których każdy kolejny akt jest coraz to bardziej nieprzychylny. Jak dziwnym więc było ujrzeć wyciągniętą dłoń, gotową musnąć skulone ramie w niemal troskliwym geście i szczupłą sylwetkę lawirującą między ciałami obleczonymi w żółcie oraz czernie, pochyloną z lekka, zasłuchaną w unoszące się w powietrzu zdania, jakby każdy wznoszony głos był ważny, każde pojedyncze słowo w jakiś sposób się liczyło. A przecież to bezsensu. W korowodzie buzujących hormonów, emocji ze sobą sprzecznych; w pierwszych krokach w stronę dorosłości czynionych, prozaiczna troska nie powinna mieć miejsca. To przetrwanie winno się liczyć, przemykanie z dnia na dzień w nadziei, iż gwiazdy nie postawią żadnej więcej okrutnej przeszkody, mogącej wywołać wodospad słonych łez płynących na bladych, piegowatych policzkach. A może tak tylko jej się wydawało, bo przecież dostrzegała te ulotne momenty szczerego szczęścia na pospiesznie mijanych w milczeniu twarzach. Istniały osoby czerpiące garściami z ofiarowanego im życia, idealnie wpasowane w oczekiwane ramy uczniowskiego bytu. Dlaczego więc ona nie mogła być jedną z nich? Co takiego robiła źle, że buzie kryć musiała za brązem kosmyków, zważać na każdy gest, niknąć dobrowolnie nim ktokolwiek ją wzrokiem uchwyci? Niedopasowana, zawsze gdzieś obok. Żałosna. To dlatego jej pragnął pomóc? Bo była godna pożałowania? Dolna warga drży, coś nieprzyjemnego zaciska się na żołądku, płosząc te wszystkie motylki nadal tam zagnieżdżone, trzepocące dotąd radośnie na samo wspomnienie okalanych długim woalem rzęs szaroniebieskich oczu. Głupia, nudna, dziwna. Też tak o niej myślał? Och, zakłopotała się raptownie, czując kolejną falę gorąca kalającą lica. Myślał o niej? Mógł o niej myśleć, nawet tak przez króciutką chwilkę? Czy była w stanie zagościć w jego umyśle, niczym ulotny płomyk gasnący po cichu przez wiatr coraz to nowszych wydarzeń? Ta wizja, tak niespodziewana, tak niebywale śmiała, miała w sobie jakiś czar, któremu trudno było się oprzeć, pogłębiany tańcem światła na prostym nosie młodzieńca, pozornie beztroskim odgarnięciem miodowego pukla jakże zawadiacko opadającego na czoło, zwykłym dmuchnięciem. A kiedy się uśmiechnął, tak bała się dostrzec pobłażliwość czającą się w kącikach ładnie skrojonych ust, iż musiała wzrokiem pomknąć, gdzieś na bok. Był tutaj, tuż obok, dla niej, dla Nellie. Jak ciężko było to pojąć, zagłębić się w feerie uczuć przenikającą drobne ciało, zrozumieć szaleńcze pląsanie serca uderzającego w rytmie nieśmiałej nadziei. Nie wiedziała co prawda, z czym była ona związana, ale...ale to wydawało się miłe. Knykcie do przygryzionych warg wzniosła, gdy składał jej swe słowo, jak jakiś rycerz z opowieści, ale nie taki szkocki, Sprout był za dobrze ułożony, choć na pewno dumy w nim nie brakło, niemniej widok ten wystarczył, aby Finny wydała z siebie cichutki chichot, który zamarł, kiedy ciągnął swoją opowieść, wyjaśniając przyczynę rzekomego spóźnienia.
- O-ch. T to p-pewnie Marc...Marcel-lius, o-on jes-t ttaki okrop-ny - krzywi się, gdy pamięć obraz roześmianego blondyna ukazuje. Wiecznie pędzącego przed siebie, niepomnego na zapatrzone w niego dziewczęta, gotowego psocić, byleby tylko zyskać, chociaż odrobinę uwagi - Z-zawsze m-musi pakować ssię w kło..kkłopoty - i wciągać w nie innych, dodała w myślach chmurnie, bo nigdy nie wybaczyła chłopcu tego szlabanu oraz odjętych punktów, które nawet nie były z jej winy. Miał przecież rosnące grono przyjaciół, gotowych poświęcić się za niego bez słowa, dlaczego musiał w swoje kawały wciągać jeszcze ją? Przecież nawet się nie lubili - Nnie rozumiem dla-ddlaczego James się z nim przyjaźni - przyznała nieco śmielej. Brunet był ostoją spokoju, kimś, przy kim nie bała się milczeć ni mówić, pełna obaw, że może kogoś obrazić, albo narazić się na śmieszność. Dlaczego Doe nie był popularny, dlaczego to nie jego figlarny uśmiech nie przyciągał do niego koleżanek na roku - nie miała pojęcia. To wszystko wina Marcela, zmarszczyła brwi gniewnie, lecz ten prysł zaraz, bo Castor pochylił się w jej stronę, był jakoś tak bliżej, a jego włosy wydawały się zaskakująco miękkie i i...Zdawało się, że bardziej wbić się w oparcie fotela już nie mogła, a jednak miękkie oparcie ustąpiło pod naporem ciała zaaferowanego dziewczątka, zaskoczonego oraz speszonego podobnym gestem. Ach, musiała robić z siebie ogromnego głuptasa! Tylko nie wiedziała, dlaczego tak ciężko jest jej się pozbierać przy prefekcie, ukazać się bardziej kompetentną niźli była w rzeczywistości. Udawać, że to nic takiego, bo to przecież nic takiego, ale to mimo wszystko było coś, chociaż nie miała pojęcia, czym owe coś było. Znowu nikt jej nic nie powiedział, przez co Castor musi sądzić, że ma do czynienia z jakimś półgłówkiem! Na Eilidh Tańczącą! Taki wstyd. Co z nią było nie tak?!
- A-ach. Nie. Zznaczy. Tak. Ale da-ddawno - wyznała, splatając ze sobą chude palce, to rozplatając w nagłej nerwowości. Po co wspominała o swoich urodzinach? Pewnie teraz mu przykro, a przecież nie powinno. Znowu wszystko popsułaś Finello - M-moje urodziny są w kwie-e-kwietniu...Raczej nie będziesz pamiętać - ostatnie zdanie szeptem było wypowiedziane, najbardziej czysto ze wszystkich słów na wietrze niesionych. Boleśnie prawdziwe, acz ból nie należał do dotkliwych, bo przez ledwie moment pragnął jej coś podarować i to czerwonego! Naprawdę można być tak miłym? Istnieją jeszcze takie osoby? To współczucie, poprawiła się, dłonie w piąstki zaciskając, jakby mentalnie przygotowywała się do bitwy z własną naiwnością, wszak spotkali się, żeby nie przynosiła więcej hańby borsuczemu domostwu. Nic ponadto, żadnych upominków nie będzie, ani słodkich obietnic, ani błysku w tęczówkach, będących bardziej błękitnymi, jeśli odgarnie nonszalancko miodowe kosmyki z twarzy. Musiała wziąć się w garść, przypomnieć na nowo kim jest, w jakiej sytuacji się znajduje, bo inaczej wnętrze wirujące w nieznanym tańcu doprowadzi ją do jeszcze większego skołowania. A potem to zrobił. Dotknął ją. Musnął co prawda, ledwie wierzchem dłoni, lecz kontakt skóry ze skórą był wyraźny. Jeśli dotąd do róż znaczył jej buzię, tak czerwień soczysta ją zastąpiła, a biel zstąpiła w meandry umysłu, zatrzymując sylwetkę uczennicy w całkowitym bezruchu. Och, och, och, ochochochochochoch. Jeśli biologicznie byłoby to możliwe, a nie tylko przy pomocy magicznych cukierków, tak para uszłaby gęsto dymem z uszu, tak bowiem gorąco jej było z tego zawstydzenia. Co powinna robić? Jak zareagować? DLACZEGO NIKT NIGDY JEJ NIE MÓWIŁ, CO POWINNA CZYNIĆ?! Drgnęła, nie mogąc spojrzeniem osiąść na łagodnych rysach towarzysza, kiedy wciąż ten był tak blisko.
- T-to nnnnnnic. W-wszystko w porzą-dku. Powin...powinniśmy zaczynać, nie ee nie możesz tra-acić czas-u - wymamrotała, czy też słyszał ten szaleńczy szum krwi płynącej pod pergaminem jasnej skóry? Czy uderzenia serca o pręty klatki piersiowej można było usłyszeć, czy teraz wszyscy będą z niej kpić?


Jak ja Cię obronię i po czyjej stronie
Stanąć mam dziś, gdy oczu wrogich sto?
Finley Jones
Zawód : Tancerka Ognia
Wiek : 20
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna

it's courage and fear
not courage or fear

OPCM : 3
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 26
SPRAWNOŚĆ : 11
Genetyka : Czarodziej
Mając w głowie dźwięk twych słów Cutie
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t9481-finley-jones https://www.morsmordre.net/t9564-finleyowe https://www.morsmordre.net/t9566-where-are-my-dragons https://www.morsmordre.net/f351-dzielnica-portowa-arena-carringtonow-wagon-9 https://www.morsmordre.net/t9667-skrytka-nr-2188 https://www.morsmordre.net/t9568-finley-jones
Re: Mając w głowie dźwięk twych słów [odnośnik]24.06.21 18:49
Och, gdyby tylko wiedział.
Gdyby wiedział, jak posępne myśli zamieszkały w głowie drobnej dziewczynki, ledwie rozpoczynającej trzeci rok nauki... Jak ciężko było czasami ubrać w słowa wszelkie okropności, które lały się na nią, bez oczywistego powodu. Bo czy to pochodzenie dawało innym dzieciakom kartę do wyśmiewania się z niej? Czy jakikolwiek inny przymiot pozwalał z czystym sumieniem psuć humor, a wraz z nim dzień panny MacFusty? W ocenie Sprouta oczywiście nie. Nie wierzył, że istniało jakiekolwiek usprawiedliwienie dla czynów tak okrutnych. Nie byłby w stanie posądzić o podobny chłód nawet Krukonów, którzy słynęli przecież z zamiłowania do nauki i z tego co słyszał, bardzo prędko reagowali, gdy któryś z ich współbraci opuszczał się w nauce.
Gdyby tylko wiedział, zareagowałby wcześniej.
Dziś mógł jedynie starać się czytać z rozemocjonowanego dziewczęcia, a na nieszczęście obu Puchonów, nigdy nie był w tym dobry.
Toteż pierwsze reakcje przemknęły gładko ponad jego głową. Drżenie dolnej wargi i odwrócienie wzroku wziął — kierując się własną prostolinijnością — za przejaw nieśmiałości i niezręczności. Szybko wytłumaczył sobie, że sam przecież będąc w jej wieku, bał się prosić starszych kolegów czy koleżanki o pomoc i tylko ciepła obecność najpierw Herberta, potem Aurory, następnie jeszcze kilku starszych Puchonów pozwoliła mu wreszcie przebić się przez skorupę własnej nieśmiałości i obiecać sobie, że sam postąpi podobnie, oczywiście gdy będzie miał ku temu sposobność. Nie chciał więc naciskać na i tak rozemocjonowane dziewczę, a wspomnienie nietypowego zachowania, czy próby bardziej dosadnego uspokojenia wprowadzić ją mogły w stan jeszcze większego przejęcia, czego wolał uniknąć.
Uśmiech więc nie znikał z jego twarzy, gdyż postanowił, że najlepszym rozwiązaniem będzie przemilczenie tematu i zabranie się w dalszej kolejności za to, co było głównym powodem ich spotkania.
Jednakże na dźwięk chichotu, wydobywającego się nieśmiało z różanych ust Finelli, otworzył szerzej swe szaro—błękitne oczy, spoglądając na nią ciepło. A jednak było w niej coś jeszcze, niż sam bezbrzeżny smutek, który nie odstępował jej osoby na krok! Myśl ta zadowoliła Castora tak mocno, że w tej jednej chwili cały jego świat skupił się wyłącznie na brunetce, tak ochoczo podsuwającej mu potencjalnych sprawców zamieszania.
— Hmm... — lewa dłoń uniosła się z kolana, by zakończyć swój lot na Sproutowej brodzie. Castor potarł ją kilkukrotnie w głębokim zastanowieniu, lecz kilka sekund później na jego licu znów wykwitł uśmiech. Westchnął nawet, jakby ze słabo skrywaną ulgą, przy czym skinął głową, zgadzając się z przypuszczeniami panny MacFusty. — Możesz mieć rację, że to Marcellius. Ale rzadko kiedy jest samodzielnym mózgiem operacji. Nie widziałem wśród nich żadnego z braci Doe, a jestem pewny, że tam, gdzie Marcellius tam i James, a gdzie James tam Thomas.
Sam pozwolił sobie na krótki śmiech. Mimo wszystko lubił te dzieciaki i wierzył, że wyjdą kiedyś na ludzi. Przez ostatnie wakacje zrobił się przecież okropnie sentymentalny, odliczając każdy z umykających mu dni jako "ostatni taki dzień w Hogwarcie". Choć wciąż tkwili w pierwszej, początkowej części roku szkolnego, Castor nie mógł otrząsnąć się z wrażenia, że czas pędzi, pędzi i co gorsza, nie ma zamiaru na niego czekać. Nie mógł wyobrazić sobie siebie za rok — przebywającego gdzieś indziej, nie w ciepłych, ziemistych kolorach pokoju wspólnego Puchonów, nie w szkockim zamku, bez wyraźnych akcentów z żółci i czerni. Może bał się nieco dorosłości, dlatego też zajmował sobie głowę dziecięcymi wybrykami. Może dlatego usprawiedliwiał w swym sercu psoty, tak naturalną postawę dla chłopców w tym wieku.
— Bo widzisz, Nell — odezwał się wreszcie, a ton jego głosu był przyjemnie miękki. Starał się nie brzmieć zbyt patronizująco, lecz czuł potrzebę delikatnego wytłumaczenia chłopięcych rozrywek. Nawet jeżeli dobrze wiedział, że ich niezrozumienie wpisane było od wieków w kobiecą naturę. — Ludzie często tacy są. Okropni, pakują się w kłopoty, a my nie rozumiemy dlaczego. Czasami jest tak, że po prostu już tacy są, ale z własnego doświadczenia powiem, że to bardzo, bardzo rzadkie przypadki. Częściej, zupełnie nieświadomie, nazywamy okropnymi tych, których nie znamy. Może się boimy... Ale na pewno nie daliśmy im szansy.
Palec wskazujący lewej dłoni wyprostował się i przesunął na lewy policzek, z kolei kciuk wsunął się pod brodę blondyna, który oparł teraz łokieć o kolano i z tej pozycji, jakże wygodnej i potęgującej wiedzę, kontynuował:
— Czego uczy nas Helga Hufflepuff? Uczciwości, koleżeńskości i cierpliwości. Jest nas w tej szkole wielu, że nie ma szans, byśmy poznali historię każdego z uczniów. Nawet ja nie wiem, dlaczego niektórzy są złośliwi, lecz zawsze wierzę, że przy odrobinie dobrych chęci i pokazaniu, że nie wszyscy stoją im naprzeciw, możemy zdziałać wiele dobrego w tym świecie — przekrzywił głowę w bok, niedługo później przymykając na moment oczy. Może zbyt mocno starał się analizować coś, co było prawdopodobnie tylko głupimi wybrykami wczesnych nastolatków? Może tylko dorabiał sobie teorie do własnego cierpienia, gdy Thomas znów zdzierał mu z nosa okulary, gdy pragnął za wszelką cenę uchronić kolejny genialny plan przed interwencją prefekta? Wspomnienia zdarzeń świeżych i dawnych zatańczyły na krańcach opuszczonych rzęs Castora, zatańczyły ledwie na kilka sekund, gdyż zdecydował, że nie jest to najlepszy moment na topienie się w rzewności. — A co ty o tym myślisz?
Pytanie zostało zadane szczerze, gdyż Castor był naprawdę ciekawy tego, cóż mogła mu odpowiedzieć Finella. Lubił zresztą podobne rozmowy, choć zazwyczaj przeprowadzał je w gronie swych znajomych—prefektów lub kolegów z roku. A dziś, w ramach kolejnego z tysiąca pierwszych razy, miał okazję porozmawiać o tym z trzecioroczniakiem, dzielnie zbaczając z tematu, który miał przyświecać ich spotkaniu w pierwszej kolejności.
— Ach, nie przejmuj się, przecież nawet prefekt naczelny nie ma obowiązku rozpytywania uczniów o daty ich urodzenia — raz jeszcze pozwolił sobie na krótki śmiech, tym razem przesuwając otwartą dłoń na swe usta, by zakryć je w śladzie za niewielkim okruchem dobrych manier, które wyniósł z domu. Gdy tylko się uspokoił, wydawał się ponownie wpaść w pułapkę zamyślenia. — Kwiecień... To wspaniale się składa, bo akurat w marcu sam mam urodziny!
Zupełnie tak, jakby owa okoliczność mogła ułatwić mu zapamiętanie, że w czwartym miesiącu roku miał sprezentować Puchonce prezent i to nie byle jaki! Czerwień otwierała drogę do wielu wymyślnych przedmiotów, lecz Castor nie byłby sobą, gdyby nie spędził następnych kilku miesięcy na planowaniu całej niespodzianki. Skoro już się zaoferował, nie mógł przecież poprzestać na kupnie kilku słodyczy i zdobnej chusteczki do nosa.
Choć zdawał się być raczej w dobrym humorze przez cały czas trwania ich rozmowy, radość ustępowała powoli przejętemu zmartwieniu. Szaro—błękitne tęczówki skupiły się na twarzy Finelli, może zbyt intensywnie, może zbyt blisko, lecz wszystko to podyktowane było szczerą troską o jej samopoczucie. Nie chciał bowiem przyczynić się do pogorszenia jej stanu zdrowia, a czuł podskórnie, że przejęte i rozgrzane do czerwoności dziewczę gotowe było przetrzymać kilka godzin w cielesnych katuszach, byleby tylko uniknąć gorzkiego smaku rozczarowania.
Ależ kim on był, by tak łatwo porzucać nadzieję?
— Jesteś pewna? — spytał wyraźnie przejęty, odsuwając wreszcie dłoń od jej twarzy, lecz nie mógł zdobyć się na ponowne przybranie wesołej miny. Zamiast tego skupił się na moment na książkach i pergaminach, odsuwając je nieco dalej od nich, w pierwszym pokazie tego, że — Nauka poczeka, nie musisz się martwić. Byłbym spokojniejszy, gdybyś... Gdybyś dała się obejrzeć pielęgniarce, ale zaufam twojej decyzji, dobrze?
Castor Sprout
Zawód : Twórca talizmanów, właściciel sklepu "Bursztynowy Świerzop"
Wiek : 24
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
muszę to przespać
p r z e c z e k a ć
przeczekać trzeba mi
OPCM : 5
UROKI : 0
ALCHEMIA : 30
UZDRAWIANIE : 8
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 6
SPRAWNOŚĆ : 4
Genetyka : Wilkołak

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t9918-castor-sprout#299830 https://www.morsmordre.net/t9950-irys#300995 https://www.morsmordre.net/t9949-i-will-keep-my-flowers-safe#300972 https://www.morsmordre.net/f177-wybrzeze-exmoor-somerset-wrzosowa-przystan https://www.morsmordre.net/t9952-skrytka-bankowa-nr-2255#301004 https://www.morsmordre.net/t9951-c-sprout#300999
Re: Mając w głowie dźwięk twych słów [odnośnik]26.06.21 15:23
Drżące usta, zaróżowione od nadmiernego przygryzania, pozostawały milczące. Małe dłonie zaciskały się mimowolnie w pięści, lecz miast się wznieść obronnie, bezwolnie opadały wzdłuż bioder. Wzrok nie nieba sięgał, a powierzchni własnych butów, ciężar słów nieprzyjemnych pętał szczupłe kostki, nie pozwalał na rozpaczliwy bieg przed siebie. A mimo to nie wołała o pomoc. Zbyt zawstydzona, że w ogóle jej potrzebuje, że każdy dzień pozbawia płuc głębszego wdechu, ulgą przepełnionego i chociaż pełne złości oczy już nie wyłapywały skulonej sylwetki, nazbyt skupione na innej trzęsącej się osobie, tak wciąż miały ją w swej władzy. A przecież pod cienkim pergaminem bladej skóry płynęła krew najczystsza, wyrwana prosto ze szkockich rzek i wód, spod korzeni wiekowych drzew oraz bezkresnego firmamentu usianego tysiącem gwiazd. W błękitnych liniach żył krążyła historia dzielnych wojowników, utalentowanych czarodziejów, dusz pełnych poświęcenia, które w imię własnych przekonań na szali stawiały własne życie. Dlaczego więc miałaby wołać o ratunek, kiedy winna poradzić sobie z każdym problemem sama? Królowa pastuchów, mała smoczyca powinna samodzielnie stawić czoła wszelkim kłopotom, tak została wychowana. A mimo to brawura zaginęła gdzieś w mrowiu uczniowskich ciał, różnorakich charakterów tak odmiennych od jej własnych, przez co znaleźć wspólny język było nader trudno. Bezpieczne granice rezerwatu przyrody nie sięgały ziem Hogwartu, butna skra nie krzesała płomieni, stłamszona przez ilość niesprzyjających czynników. Finella więc została tchórzem, w swoim własnym umyśle przeistoczyła się w kreaturę nader żałosną, niemogącą podjąć się żadnego działania, które byłoby w stanie wyciągnąć ją z tak przykrej sytuacji, w jakiej się znalazła. Dlatego cieszyła się, że Castor nie wiedział. Że jest głupiutka, że nie potrafi nic dobrze zrobić, że oceny opadają tragicznie, tak jak spada jej wiara w lepszy kolejny poranek. Że czuje dziwne ciepło tam w środku, kiedy na nią patrzy z taką łagodnością, że myśli, iż ma naprawdę ładne włosy i chciałaby je, chociażby musnąć, żeby się przekonać, czy rzeczywiście są tak miękkie jak to sobie wyobrażała. Och, zakłopotała się okrutnie, jaka śmieszna z niej osóbka się wyłaniała, zastanawiająco śmiała w swej nieśmiałości, mająca dosyć niegrzeczne chęci wobec chłopca całkowicie obcego, który przecież wspaniałomyślnie okazał jej odrobinę dobroci. Nie do końca rozumiała, skąd w ogóle to się wzięło, ani dlaczego język plącze się jeszcze bardziej, kiedy jest tuż obok. Może to rzeczywiście choroba, albo ktoś ponownie spłatał jej podłego figla i dlatego czuje się tak, jak nie czuła się nigdy wcześniej. Oczywiście! Wyprostowała się, doznawszy objawienia. To musiało być to, któraś ze złośliwszych koleżanek musiała podczas obiadu wrzucić coś do dyniowego soku! I chociaż to nie tłumaczyło, dlaczego wydawała się być chodzącą galaretką akurat przy Sproucie, to...to tłumaczyło absolutnie wszystko! Była o tym przekonana. Bo to nie jest tak, że blondyn...on...dla niej...to jest...znaczy...nie. Nu-uh. Niemożliwe. Rozluźniła się jakoś bardziej, wargi znacząc swoim małym uśmiechem, równie ulotnym co płomyk świecy wiatrem targany, lecz ciepłym i nawet słodkim, choć przecież Ella słodką nie była wcale. Ciemne brwi zmarszczyły się zaraz lekko, radość odczuwana przez przyznanie dziewczynce racji rozpłynęła się znacznie, bo mimo wszystko rozmówca rozłożył winę jedynego słusznego dowcipnisia na osoby trzecie, całkowicie niewinne. Nie miała za bardzo pojęcia, kim jest Thomas, łobuzy zawsze łączyły się w jedną okrutną masę ze sobą, więc wyodrębnianie twarzy nie miało najmniejszego sensu, lecz oskarżanie James'a? On był taki miły. Zdecydowanie nie wplątywał się w dowcipy, to rozsądny chłopiec.
- Bbo James, przyjaźni się z z Maarcelem. Wię-ęc zzawsze jest obbok, żeżeeby powstrzymać go przed roo-robieniem głupot. Jjak do-dobra osoba - nachmurzyła się, powietrze zatrzymując w policzkach oburzona. Ten Sallow nigdy nie patrzył na innych, nie wydawał się doceniać poświęcenia Doe i pakował ich w najgorsze szlabany świata. I może miał inną stronę, może był bardziej wrażliwy, może nie lubił nudy, może działał pod impulsem, ale Finny wiedziała, że ona jej nigdy nie pozna, bo Marcelius ograniczał swój punkt widzenia do li jedynie czubka swojego nosa, zresztą co go by interesowało jej zdanie? Jego jedyną zaletą w tym momencie wydawała się tylko jego skłonność do popisów, dzięki czemu drużyna Hufflepuffu mogła szybciej wygrywać mecze. Złość na bezpodstawne oskarżenia, które zresztą sama z lekkością wysnuwała, minęła prędko, gdy nazwał ją ponownie Nell. Zastygła w bezruchu, jak króliczek nim sięgnie po niego zaklęcie obezwładniające, dużymi oczami spozierając na Castora w oczarowaniu, kiedy tak ładnie mówił. Chociaż mówił tak trochę bezsensu, z nadzieją, jakby to, co prawił, było oczywistą oczywistością i może by w to nawet uwierzyła, jednak rękaw prawej ręki krył pod sobą smutną prawdę, tak odbiegającą od wyidealizowanych opinii.
- Mmyślę, że to bardzo naiwne - odpowiedziała więc szczerze, zastanawiająco twardo, jakby ponownie była tą dzielną MacFusty przemierzającą tereny parku przyrody, wypatrującą smoczych cieni osiadłych w pobliżu gór - Je-jeżeli ktoś cier-cierpi, aalbo jest nieszczę-śliwy, jeśśli jego dom nnie wydaje się doo-mem, to czzy to jest powód, dla-dla którego może mieć prawo, bby krzywdzić swoim działaniem innych? Dlaczego przykra przeszłość ma być pozwoleniem na podobne działanie? Dlaczego mamy wybaczyć komuś, kto nas rani tylko dlatego, żee jest smutny? Je-eśli musi się wyładować, to czemu na kimś innym? Świat nie jest teatrem, dla czyichś bolączek, to miejsce, gdzie żyjemy wspólnie - głos stawał się z każdym słowem czystszy, pozbawiony jękliwych zgłosek i pauz nieśmiałych. Nastawianie drugiego policzka, bo ktoś nie potrafił zachować się bardziej dojrzale i porozmawiać - ha! - o swoich problemach nie mogło być dobre. Tak samo, jak przebaczenie tylko dlatego, bo nie zrozumiało się do końca drugiej osoby. Jak mogłaby wybaczyć swoje oparzenie? Nazwać je nieszkodliwym wypadkiem? Jak mogła uznać, że nic się nie stało w pierwszym roku szkolnym, gdy non stop podtykano jej nogi, żeby boleśnie się przewróciła, albo nocą we włosy wsadzano jej skrzydła nietoperza? Z jakiej racji to ona ma być tą bardziej wyrozumiałą, kiedy każdy rok był piekłem większym niż płomienny oddech Czarnych Hebrydzkich? Musiała być pozbawiona serca, to pewne. Finella nie miała serca, ani dobroci żadnej, skoro nie odczuwała żadnego współczucia, nie chciała nikogo wybielać. Nie tego oczekiwała po niej Helga, nie takich zdań spodziewał się usłyszeć Castor. Zawiodła ich, zawsze zawodziła, ale...ale nie miała zamiaru się wycofać - To myślę - wymamrotała, speszona, zawiedziona samą sobą. Ale nigdy nie była lepsza, nie miała w sobie żadnego blasku przyciągającego innych, tej uroczej nadziei, jaką się odznaczały wszystkie ładne panny o rozkosznym charakterze. Takie, które blondyn na pewno bardzo lubił. Blade palce zacisnęły się mocniej na materiale spódnicy, wzrok nie unosił się w ogóle, przynajmniej do wzmianki o urodzinach, na którą uniosła buzię ożywiona jakby.
- Och...któ..którego? - zapytała, nie wiedząc, czy pytać w ogóle może. Ale skoro puchon zamierzał jej pomóc w nauce, to czy nie oznaczało to, iż powinna się jakoś odwdzięczyć? Podsunąć jakiś miły podarunek, który sprawi, że ładnie skrojone usta uniosą się delikatnie, a szaro-niebieskie oczy osiądą na niej na dłużej i może zobaczą, że jest...znaczy...to może coś związanego z roślinami? Wianek? Ale one szybko marnieją. Szyć nie potrafiła, suszyć kwiatów też nie. Wymyśli coś, pocieszyła się, do marca jeszcze ma trochę czasu, na pewno da mu coś wyjątkowego i może o niej tak szybko jak inni nie zapomni. Zaczerwieniła się, na podobne myśli. Ojej. A to skąd się wzięło? Czy to przez dotyk palców na gładkim czole? Przez bliskość, której nie zwykła darzyć sympatią? To zmartwienie, jakie musiała wywołać, bo chyba się nią przejmował trochę?
- Yhm..yhmm - potwierdziła słabiutko, rączką szukając idealnej zasłony przed własnym zażenowaniem. Książka wydawała się odpowiednia, bo kiedy kontakt skóry ze skórą się zerwał, ona mogła zasłonić nią twarz, otwierając ją na przypadkowej stronie - Je-eśli byy byłaby tta-aka pot-rzeba, tto pój-dę, aale-e nnie-ema. Nie-e przee-jmuj się. Zaa-czyynajmy - zarządziła, jak prawdziwy pasjonata, pilna studentka gotowa wyłapywać każdą mądrość, jaka biła od młodzieńca. To wrażenie jednak mogła psuć czerwień na policzkach i podręcznik, który niemal nosem przewiercała, żeby ukryć rumieńce, a którego treść odwrócona była do góry nogami.


Jak ja Cię obronię i po czyjej stronie
Stanąć mam dziś, gdy oczu wrogich sto?
Finley Jones
Zawód : Tancerka Ognia
Wiek : 20
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna

it's courage and fear
not courage or fear

OPCM : 3
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 26
SPRAWNOŚĆ : 11
Genetyka : Czarodziej
Mając w głowie dźwięk twych słów Cutie
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t9481-finley-jones https://www.morsmordre.net/t9564-finleyowe https://www.morsmordre.net/t9566-where-are-my-dragons https://www.morsmordre.net/f351-dzielnica-portowa-arena-carringtonow-wagon-9 https://www.morsmordre.net/t9667-skrytka-nr-2188 https://www.morsmordre.net/t9568-finley-jones
Re: Mając w głowie dźwięk twych słów [odnośnik]26.09.21 13:14
Jakże dotrzeć do dziewczęcego serca, gdy jest się po pierwsze chłopcem, po drugie chłopcem całkiem niedomyślnym i nieprzystosowanym do odczuwania własnej głębokiej emocjonalności, a po trzecie takim, który nagrodzony został siostrą wyłącznie starszą, nie zaś młodszą? W Castorze od pierwszych lat szkolnych rosła wysoka potrzeba stania się swego rodzaju opiekunem — można powiedzieć, że przyzwyczajony do roli najmłodszego członka rodziny, wreszcie pragnął wyrwać się spod klosza narzuconej mu delikatności i wskazać, że na nim również można polegać, zawierzać kwestie natury wrażliwej.
A teraz, postawiony przed wyzwaniem w postaci wyraźnie zdenerwowanej, choć niezmiennie uroczej Nellie, nie potrafił zrobić nic, by choć delikatnie schłodzić rozbuchany ogień emocji. Emocji, których nie potrafił również nazwać, więc wrzucił je do jednego, nieopisanego worka, uznając problem ich opisania za drugoplanowy. Najważniejsze było teraz okazanie wspierającego ramienia, rozgadanego bądź milczącego komfortu. Byli bowiem w tej sytuacji wspólnie, razem, czerń i żółć złączyły ich losy na wieki, borsuk w herbie domu spoglądał na ich dwójkę — prefekta o spokojnym wejrzeniu i płomykach z niedalekiego kominka tańczących refleksami w miodowych lokach oraz brązowowłosy kłębek nerwów z miłością do czerwonych wtążek, policzków, ust przygryzionych — w niewymowną dumą. Nieodrodne dzieci Helgi Hufflepuff, pomimo własnych słabości przezwyciężający wszystkie stojące przed nimi przeszkody.
— Tak myślisz? — odezwał się wreszcie, w głębokim zamyśleniu. Mimo to przechylił głowę w bok, tak aby zaskakująco pyzaty, jak na raczej szczupłą budowę ciała Sprouta policzek zetknął się z prawym ramieniem. Zanurzył się prędko w wartkim nurcie swych myśli, skrzące spojrzenie szarobłękitnych oczu zaszło delikatną mgłą, lecz wciąż wpatrywało się w Finellę, a może przechodziło przez jej cielesną powłokę, próbując dojrzeć tego, co kryło się w duszy dziewczęcia? Mogła mieć przecież rację. Castor niekoniecznie dobrze znał Jamesa, pamiętał przede wszystkim jego pięść na własnym nosie, niebezpieczne chrząśnięcie i krew zalewającą usta. Ten chłopiec był chodzącą furią, miksturą buchorożca w fiolce o przeciekającej zatyczce, więc Sprout — gdy tylko mógł — unikał jego towarzystwa. Wreszcie mrugnął jakoś żwawiej, ładnie skrojone usta raz jeszcze rozszerzyły się w lekkim uśmiechu. Nie powie o tym Finelli, nie zasługiwała na kruszenie własnych nadziei o swych... przyjaciołach? Znajomych? Mógł mieć wyłącznie nadzieję, że gniew młodszego z braci Doe spadał na niego przede wszystkim ze względu na sprawowaną funkcję i nakładane w jej wyniku szlabany.
Byłby przecież hipokrytą, gdyby objął w tej kwestii inne stanowisko. Należało dać mu szansę, jak każdemu z tych dzieci o wielkich marzeniach i obciążeniach, które na własnych plecach wynosili z rodzinnych domów. Świadomość własnego uprzywilejowania była czynnikiem krytycznym do odpowiedniego podejścia.
Dłoń poruszyła się raz jeszcze. Znacznie prędzej, niż Castor by sobie tego życzył, bo impuls przemknął ponad murem konieczności przemyślenia własnych gestów. I dzięki temu, dzięki tej niewielkiej szparze nieuwagi, jego palce zetknęły się wreszcie z wymęczonymi półksiężycami paznokci dłońmi panny MacFusty. Jego znacznie większa, bowiem już męska dłoń zamknęła drobne rączki dziewczęcia pod ciepłą kopułą z własnych palców, po czym ścisnęła je lekko, w pokrzepiającym geście.
— Nellie — odezwał się raz jeszcze, oczy swe kryjąc pod wachlarzem długich, jasnych rzęs. Czasami sposób myślenia jego podopiecznych (lubił ich tak nazywać, choć wcale nimi nie byli) łapał go za serce niespodziewanie mocno. — W tym przypadku nie chodzi o pozwolenie. Wszystko, o czym rozprawiamy, sprowadza się bowiem do jednej, elementarnej kwestii. Zrozumienia. Nie możemy wymagać od innych zmiany, nie poznawszy tego, co leży u źródła podstawowych problemów. Większość łobuziaków to zranieni chłopcy, pozbawieni uwagi, których nikt nie nauczył tego, że można być delikatnym. Że w miłych gestach zamyka się radość drugiego czarodzieja. Nie możemy więc ich usprawiedliwiać i nie wymagać poprawy. Ale naszym obowiązkiem jest zrozumienie motywacji oraz ukierunkowanie ich na dobre tory. Pokazując, że nie każdy napotkany czarodziej jest potencjalnym wrogiem, tłumacząc, że na niemiłe słowo można odpowiedzieć nie pięścią, a słowem albo nawet nie odpowiadać wcale...
Powieki uniosły się, uniosły się również jasne rzęsy. Antracyt spojrzenia zatopił się w popielatych tęczówkach raz jeszcze. I choć barwy obu ich spojrzeń nie należały do ciepłych, to w pokoju wspólnym Puchonów wszystko musiało takie być. Przechodząc przez beczki strzegące dostępu do Domu Borsuka, tracili wszelkie ostre krawędzie. Dziegieć zmieniali na miód, skrzywione w grymasie smutku lub bólu wargi prostowali do min neutralnych, lub urabiali w miękkie uśmiechy. Zawsze tak było. I to właśnie w tym miejscu odnajdowali bezpieczną przystań, schronienie przed burzą. To poczucie bezpieczeństwa chciał Castor zaszczepić we wszystkich swych borsuczych towarzyszach, w dziwnej formie swej prefekckiej spuścizny. A szczególnie pragnął zaszczepić to w Nellie, która... naprawdę potrzebowała bezpiecznego schronienia. Przynajmniej według jego obserwacji.
— Odpowiadanie złem na zło nigdy nie stanowi dobrego rozwiązania. Ale jesteś mądrą dziewczyną, Nell. Ufam twym osądom i wierzę, że sobie poradzisz.
Ostatnie, mocniejsze ściśnięcie zwiastowało koniec fizycznego kontaktu. Dłoń Castora odpuściła, wypuszczając na wolność zaciśnięte na materiale spódnicy dłonie trzecioklasistki. Znów chwycił więc książki, jedną z nich otworzył nawet na stoliku niedaleko nich tak, aby oboje mieli dobry wgląd w jej zawartość. Kartkował ją do czasu, aż do uszu prefekta dotarło pytanie o dokładną datę urodzin.
— Czternastego. Czternastego marca — a więc przyszłe urodziny będą moimi ostatnimi w szkole, dodał w myślach. Choć wyprostował plecy, co mogło dawać wystarczający sygnał do tego, że ucieszył się z pytania oraz uwagi, którą otrzymywał od Finelli, wzrok skupiony miał na pergaminie. Czyżby sam wreszcie popadł w pułapkę zmieszania? Obchody jego urodzin były dla niego często wspomnieniami przyjemnymi, choć nie należał do osób, które szczególnie afiszowały się z datą oraz wymagały odpowiedniego anturażu. Wręcz przeciwnie, często podobne, niespodziewane celebracje wprowadzały go w głębokie zawstydzenie, bowiem przywykł do konieczności przyjmowania gości w sposób godny, a brak możliwości natychmiastowego podziękowania, odwdzięczenia się celebrującym jego urodziny przyjaciołom był dla niego dość... niezręczny.
Westchnął jednak, z rozbawionym zrezygnowaniem, gdy Nellie uparła się na uniknięcie spotkania z panią pielęgniarką. Obiecał szanować jej zdanie, to także zrobił, choć wciąż nie mógł pozbyć się tego drapiącego wrażenia, że coś mogło być nie tak. Lecz choć nauka nie była zającem i nie zamierzała im uciec poza możliwości jej dogonienia, postanowił przejść do rzeczy. Po coś się tutaj spotkali, czyż nie?
— Zobacz. Figa abisyńska, jak sama nazwa wskazuje, pochodzi z Abisynii, czyli dzisiejszej Etiopii. Co w niej szczególnie ciekawego to to, że nie kwitnie. A raczej nie kwitnie na zewnątrz, bo kwiatem figii abisyńskiej jest jej skórka — mówił spokojnie, wskazując palcem na diagram przedstawiający przekrój owocu figi. Zaraz nad nim znajdowała się rycina opisująca kształt liści rośliny, toteż przeszedł bezpośrednio do tej kwestii — Liście zrzucane są na jesień, bo zimą figi skupiają się na rozrastaniu korzeni, dlatego roślina nie ma wystarczająco dużo siły na utrzymanie jeszcze listków. Ale liście są szczególnie cenione w leczeniu, wiedziałaś o tym? Bo przy eliksirach używamy zazwyczaj płynu z figii, on jest z kolei wytwarzany przez skórkę, czyli kwiat...


słońce nadal jest tuż nad głową, deszcz dotyka jeszcze mnie. wiatr odbija się mi o dłonie, noc pozwala zbliżyć się. jeszcze mamy odwagę, siłę i oddechu starczy nam. Niebo wisi wciąż tuż nad głową, jeszcze mamy czas.
Castor Sprout
Zawód : Twórca talizmanów, właściciel sklepu "Bursztynowy Świerzop"
Wiek : 24
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
muszę to przespać
p r z e c z e k a ć
przeczekać trzeba mi
OPCM : 5
UROKI : 0
ALCHEMIA : 30
UZDRAWIANIE : 8
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 6
SPRAWNOŚĆ : 4
Genetyka : Wilkołak

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t9918-castor-sprout#299830 https://www.morsmordre.net/t9950-irys#300995 https://www.morsmordre.net/t9949-i-will-keep-my-flowers-safe#300972 https://www.morsmordre.net/f177-wybrzeze-exmoor-somerset-wrzosowa-przystan https://www.morsmordre.net/t9952-skrytka-bankowa-nr-2255#301004 https://www.morsmordre.net/t9951-c-sprout#300999
Mając w głowie dźwięk twych słów
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach