Wydarzenia


Ekipa forum
Alejka nad brzegiem rzeki
AutorWiadomość
Alejka nad brzegiem rzeki [odnośnik]02.05.15 12:32
First topic message reminder :

Alejka nad brzegiem rzeki

Wiecznie zamglony spacerniak nad brzegiem Tamizy to dość ponure, ale klimatyczne miejsce. Drogę rozświetlają wysokie, bogato zdobione latarnie, a szum wód zagłusza zgiełk miasta. Przy mostku unosi się przypięta do brzegu barka. Choć jest to samo serce miasta, wydaje się tu być nieco ciszej, niż w innych rejonach City of London. Przestrzeni nie ożywia żadna roślinność, alejka ułożona jest z nierównych, kocich łbów. Odpowiednie miejsce na samotne spacery i dekadenckie rozważania. Roztacza się stąd bardzo dobry widok na wieżę Big Bena majaczącą ponad innymi wysokimi budynkami.  

W tej lokacji obowiązuje bonus do rzutu kością w wysokości +5 dla Rycerzy Walpurgii i +10 dla Śmierciożerców.


Ostatnio zmieniony przez Mistrz gry dnia 27.08.18 15:11, w całości zmieniany 1 raz
Mistrz gry
Mistrz gry
Zawód : -
Wiek : -
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
alejka - Alejka nad brzegiem rzeki - Page 3 Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 https://www.morsmordre.net/t12082-kronika-towarzyska#372204 http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki

Re: Alejka nad brzegiem rzeki [odnośnik]27.11.15 17:29
Pewna przewrotność losu sprawiała, że w przeciągu ostatniego miesiąca, wracały do niego echa - dawnych znajomości. Nie potrafił wskazać konkretnego punktu zapalnego wszystkich tych zdarzeń, ale...festiwal? Nie. To nie to. Nie.
- Zdaje się, że Ty też masz w tej kwestii coś do powiedzenia - jako zawodowiec, Wroński nie miał zbyt wiele czasu na odpoczynek. Wiedział o tym doskonale...bo sam kiedyś - przez chwilę widział się w takiej roli. Do dziś pozostała mu  żywa pasja, którą - nie chwaląc się - zaszczepił także w duszy swego przyjaciela. Może tego nie mówił, ale czuł się jak mentor, który patrzył na swego - dawno prześcigającego go - ucznia. Chyba byłby niezłym nauczycielem.
- Zrobiłbym falę z radości za te punkty, ale..chyba miałbym pewną trudność - spojrzał na - wciąż pogrążoną we śnie Lyrę. Nie był teraz pewien, czy było to działanie narkotyku, czy - zwykłego zmęczenia. Prawdopodobnie oba.
- Wiem, że widać efekty...- kąciki ust wystrzeliły do góry - nikt do tej pory, z taką gracja nie minął posłanego przeze mnie tłuczka - momentalnie wrócił myślami do festiwalowego meczu, wspominając swoje pałkarskie akcje w teamie z Rudolfem. Szkoda, że Józek trafił do drużyny przeciwników, ale - tym większa była adrenalina - Jak, to bezdomny? - powtórzył jak echo, za przyjacielem. Raczej nie podejrzewał, żeby ten miał większe kłopoty finansowe. Spoglądał więc przez ramię, marszcząc brwi, czekając na dalsze wyjaśnienie.
- Chyba bym takiego wywalił przez okno, dopiero potem wyszedł - skrzywił się, choć jakiś złośliwy uśmiech zabłąkał się na jego wargi. Samuel miał dość słabą tolerancję, na towarzystwo, przynajmniej jeśli chodziło o jego prywatną przestrzeń mieszkalną. Sam w sobie był szalenie towarzyski, jednak zmieniało się to, gdy trafiał do tych kilkudziesięciu metrów kwadratowych sfery osobistej. To musiał być ktoś zdecydowanie mu bliski - szukaj czegoś w tych niskich kamienicach. zazwyczaj jedno, dwa mieszkania na piętro. I nie daj się wbić we współokatorstwo, a w razie kłopotu - strzelaj do mnie - uśmiechnął się półgębkiem. I tak nie było go zbyt często "u siebie", a nie sadził, żeby Józek był przykrym towarzyszem. I może znalazłoby się więcej okazji na rozmowę?
- A...co u Mathildy? - zadał pytanie po chwili milczenia. Ostatni raz widział się z wieszczką podczas festiwalu i gdzieś po głowie, błądziła mu myśl, o słowach jakie mu powiedziała, dotyczące koników na biegunach i misiach. Nie wiedział, jak miał wszystko to interpretować, ani tym bardziej, czy miały jakieś znaczenie. Dobrze, że choć w pracy go męczyli, nie miał przez to, zbyt wielu okazji do rozmyślań...chyba, że się go wzywało w środku nocy do zbierania imprezowych zgonów.


Darkness brings evil things
the reckoning begins


Ostatnio zmieniony przez Samuel Skamander dnia 29.11.15 14:54, w całości zmieniany 5 razy
Samuel Skamander
Samuel Skamander
Zawód : Rebeliant, auror
Wiek : 30
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Kawaler
I've come too far, to go back now
I'll never close my eyes
OPCM : 51 +3
UROKI : 29 +2
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 1
CZARNA MAGIA : 1
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 18
Genetyka : Czarodziej
alejka - Alejka nad brzegiem rzeki - Page 3 9l89Y7Y
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t1272-samuel-skamander https://www.morsmordre.net/t1372-filozof#10888 https://www.morsmordre.net/t12082-kronika-towarzyska#372204 https://www.morsmordre.net/f186-harley-street-5-3 https://www.morsmordre.net/t3509-skrytka-bankowa-nr-358#61242 https://www.morsmordre.net/t1597-samuel-skamander#280340
Re: Alejka nad brzegiem rzeki [odnośnik]28.11.15 17:55
- Nie, nie, spokojnie. Nie mam problemu z pieniędzmi. Mam dostatecznie duże honorarium by słać podsyłać matce i sobie pofolgować. - Wyjaśniłem, widząc konsternację wymalowaną na twarzy Skamandera. Nie było się o co martwić w tej materii. Problem polegał na lokatorach. Od półtora roku zdarzają mi się mniejsze lub większe problemy, które zaczynały się coraz to bardziej nasilać i powielać. Co prawda do niedawna ciężko było mi uwierzyć w to, że byłem coraz to bardziej rozpoznawalny, lecz ostatnie wydarzenia jedynie ten fakt potwierdzały. - Wiem. W centrum to trochę kosztować będzie, lecz na obrzeżach...? Czemu nie. Odezw się jeszcze do ciebie, jak już na poważnie będę się zastanawiał to mi poradzisz. - Dobrze było mieć doświadczonego przyjaciela. Ja sam się nie orientowałem w tych sprawach, moja arystokratyczna matka tym bardziej, zresztą nie było mowy bym prosił ja w tej kwestii o pomoc. Wolałem stwarzać pozory samodzielnego i zaradnego.
- Matylda...- Zadumałem się, smakując imienia mej siostry wypowiedzianego w mym rodowitym języku. Uśmiechnąłem się pod nosem, wzruszając ramionami - Wiesz jaka jest. Niespokojny duch z niej. Nie dowiesz się co u niej póki nie zechce ci powiedzieć. Te jej zagadki i gierki słowne...Wróciła z Ameryki. Ostatnio widziałem ją podczas letniego festiwalu. Wydawała się być w dobrej kondycji. I humorze. Żebyś ty widział jak robiła ze mnie głupka przy Ignatiuszu, notabene twoim przyjacielu po fachu. - Zresztą nie tylko ze mnie.
Gość
Anonymous
Gość
Re: Alejka nad brzegiem rzeki [odnośnik]29.11.15 17:53
- Pofolgować sobie? - nieco kpiarski wyraz zabarwił jego uśmiech - wybacz, ale muszę zapytać...w jaki sposób? - z wcześniejszej konsternacji nie było śladu. Teraz Samuelowa ciekawość wyszła na pierwszy pan. Czy teraz zajmował się w wolnych chwilach jego przyjaciel?
- Żaden ze mnie specjalista...choć moje zaproszenie tyczyło się tymczasowego noclegu. Oczywiście, jeśli zajdzie taka potrzeba i lubisz spać na kanapie - dodał wciąż nie potrafiąc się pozbyć głupiego wyrazu na ustach. W końcu jednak wypuścił powietrze ze świstem - zapytam ojca w razie czegoś. On potrafi lepiej to ogarniać - musiał też się odezwać do rodziny. Odkąd został aurorem, jego kontakty z innymi Skamanderami - nie licząc jego małej siostrzyczki, przewieszonej przez ramię Józka - ograniczały się do kilku listów i krótkich odwiedzin.
- Wy tak fajnie wymawiacie te swoje imiona - odwrócił się do Wrońskiego, który wybił go z rozmyślań - Kiedyś..była nieco inna - stwierdził niewyraźnie, zastanawiając się nad własnymi słowami. Na festiwalu była zdecydowanie pewniejsza siebie, bardziej...niedostępna? - Ignatiu...szha - powtórzył - chodzi ci o Prevetta? - zaśmiał się - trafiliście na gentlemana z klasą i..mojego przyjaciela. Nie wspominał o was, choć...ostatnio jest trochę rzeczy na głowie, które go odciągają od..wszystkiego - przez głowę mignęło mu spotkanie na cmentarzu. Wspomnienie zniknęło szybciej, niż się pojawiło. I teraz w nieokreślony sposób odczuwał ulgę?


Darkness brings evil things
the reckoning begins
Samuel Skamander
Samuel Skamander
Zawód : Rebeliant, auror
Wiek : 30
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Kawaler
I've come too far, to go back now
I'll never close my eyes
OPCM : 51 +3
UROKI : 29 +2
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 1
CZARNA MAGIA : 1
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 18
Genetyka : Czarodziej
alejka - Alejka nad brzegiem rzeki - Page 3 9l89Y7Y
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t1272-samuel-skamander https://www.morsmordre.net/t1372-filozof#10888 https://www.morsmordre.net/t12082-kronika-towarzyska#372204 https://www.morsmordre.net/f186-harley-street-5-3 https://www.morsmordre.net/t3509-skrytka-bankowa-nr-358#61242 https://www.morsmordre.net/t1597-samuel-skamander#280340
Re: Alejka nad brzegiem rzeki [odnośnik]08.12.15 15:31
- Bardzo zabawne. - Wywróciłem ostentacyjnie oczami. Nie dało się ukryć, że słowa wypowiedziane chwilę wcześniej mogły rozbawić Skamandera, gdyż nie należałem do osób zanadto przebojowych. Nie trwoniłem pieniędzy na przsadne luksusy, ubrania, imprezy, kobiety...Byłem minimalistą, nawet pomimo tego, iż wychowałem się w przepychu. Moje drobne szaleństwa ograniczały się do polowania na książkowe białe kruki bądź zaopatrywania się w Quidichowe nowinki technologiczne. I to nie zmieniło się na przestrzeni ostatnich kilku lat. - Tym samym co zawsze - książki. Tylko zachowaj sobie złośliwe przytyki dla siebie. Nie mam na to teraz siły. - Starałem się zabrzmieć groźnie. w praktyce wyszło mi to średnio słabo bo śmiech Sama sprawił, że również parsknąłem. Auror lubił sobie śmieszkować z moich zdziadziałych zainteresowań, jak to określał jeszcze, gdy chodziliśmy razem do Hogwartu.
- Na razie podziękuję, lecz będę w kontakcie. Muszę trochę poogarniać sprawki swoje. - Posłałem Samowi uśmiech numer sześć, ciesząc się, że mam kogoś na kim będę mógł polegać.
Uśmiechnąłem i w duchu na uwagę przyjaciela. A potem spojrzałem na niego podejrzliwie. Oczywiście, że czas sprawił, że moja siostra się nico zmieniała. Miała ku temu niestety powody. Nigdy nie śmiałem oceniać, czy to dobrze, czy źle. Jednak skąd
- A więc i ty miałeś już okazję ją spotkać, co? Powiem, ci byś nie próbuj mi tu psychoanalizować siostry. Nie żartuję, Sam. - Nieco spoważniałem. Nie chciałem, by przyjaciel dociekał i naciskał na poznanie powodów tej zmiany. - Wystarczy, że będziesz miał tej nocy dwie kobiety na głowie. Zadbaj o nie. - Dodałem, żartobliwiej, nie chcąc wyjść na zaborczego brata.
- Tak, o Prevetta. - Wywróciłem oczami, gdy ten zaśmiał się z mojej wymowy. Szturchnąłem go łokciem w bok, na tyle na ile umożliwiała to sytuacja. - Ile to wstydu się przy nim nałapałem przez moją Tyldę. Opowiem, ci o szczegółach, jak się spotkamy.

//Możesz zrobić w sumie w kolejnym pości z/t :I
Gość
Anonymous
Gość
Re: Alejka nad brzegiem rzeki [odnośnik]18.12.15 16:50
- To zawsze jest zabawne, sam się podłożyłeś! - nie mógł się powstrzymać, przed kolejnym przytykiem. Nieodmiennie błyszczał zębami w uśmiechu, po prawdzie licząc, że przyjaciel odbije piłeczkę, trafiając i w niego złośliwą odzywką. Józek potrafił - jak najbardziej, choć - zazwyczaj trzeba go było wyprowadzić nieco z równowagi. A najlepsze, że były to słowa tak szczere, jak mało kto potrafił. najczęściej łącząc się w nietaktem, który rozkładał Samuela na łopatki. Polska otwartość, tak?
- Mógłbym pociągnąć temat i z książkami, ale..niech ci będzie - zamilkł w końcu, przerywając swój śmiech - nie żeby się poddał, ale faktem było, że obaj mieli za sobą ciężki wieczór..noc? A całkiem niedługo, jeszcze poranek. Tym bardziej powinien zbierać siły, szczególnie, że popołudniu zaczyna pracę, a z dwiema niewiastami w mieszkaniu, których musiał przypilnować, może nie być to takie proste.
Spojrzenie Józka miało w sobie specyficzną nutę, którą on sam posyłał, gdy jakikolwiek mężczyzna wypowiadał się o jego siostrze. Utrzymał na sobie źrenice, ale nie pozwolił drgnąć żadnemu mięśniowi, który sugerowałby, że zbytnio interesował się Mathildą - nie próbuję tego robić, raczej chciałbym zrozumieć jej zachowanie, na prosty, męski rozum - oczywiście przekręcił wszystko w żart, najłatwiejszą formę przekazania jakichkolwiek informacji. W końcu - nie był pewien czego miał oczekiwać, ani tym bardziej skąd u wieszczki tak niecodzienne zachowania.
Wykrzywił usta na wspomnienie o jego dzisiejszych lokatorkach - tak, tak...a ty pogardziłeś zaproszeniem - cóż, temat szybko został ucięty, widać...będzie musiał pytać przyjaciela przy innej okazji, albo...skonfrontować się z samą rzeczoną.
- Trzymam za słowo! - uśmiech wrócił, akurat, gdy docierali do alejki i ulicy, gdzie stała kamienica, w której mieszkał. Może nie był złośliwy, ale będzie miał ciekawe argumenty w piwnych rozmowach z Ignim. Józek oczywiście był na tyle uprzejmy, że nie zwiał od razu, gdy przekroczyli próg kamienicy. Pomógł Samuelowi położyć obie dziewczyny, wcześniej ściągając obu buty i postawić przy łóżku butelkę z wodą i..miskę, na nieoczekiwane wydarzenia.

zt x2


Darkness brings evil things
the reckoning begins
Samuel Skamander
Samuel Skamander
Zawód : Rebeliant, auror
Wiek : 30
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Kawaler
I've come too far, to go back now
I'll never close my eyes
OPCM : 51 +3
UROKI : 29 +2
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 1
CZARNA MAGIA : 1
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 18
Genetyka : Czarodziej
alejka - Alejka nad brzegiem rzeki - Page 3 9l89Y7Y
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t1272-samuel-skamander https://www.morsmordre.net/t1372-filozof#10888 https://www.morsmordre.net/t12082-kronika-towarzyska#372204 https://www.morsmordre.net/f186-harley-street-5-3 https://www.morsmordre.net/t3509-skrytka-bankowa-nr-358#61242 https://www.morsmordre.net/t1597-samuel-skamander#280340
Re: Alejka nad brzegiem rzeki [odnośnik]27.12.15 23:13
Październik. Drugi miesiąc najbardziej depresyjnego okresu w roku jaki istniał. Jesień. Teoretycznie najbardziej barwna pora, ale przez londyńską aurę pełną mgły, deszczu oraz nieprzyjemnego ziąbu, zapominało się zupełnie o magii kolorowych liści, które przy odrobinie szczęścia powinny być suche i trzaskać wesoło pod podeszwami zamiast - gdy były zmoczone - stanowić śmiertelne zagrożenie dla każdego kroku i własnej równowagi. Bo właśnie tak powinno postrzegać się ten czas - jako absolutnie nie budzący zaufania. Zresztą jak wszystko w tym świecie. Nic nie było pewne. Nawet to kiedy uda się opróżnić butelkę, która jeszcze przed chwilą była taka pełna, że aż się z niej wylewało, gdy wolno kroczyło się sobie do przodu (może tylko czasem idąc trochę bardziej bokiem niż by się chciało - ALE w końcu sam fakt, że wydostało się z pubu, a po jakimś czasie zamilkł gwar, jaki się z niego wydostawał, świadczył, że robiło się kroki do przodu), a tu nagle szkło opustoszało, dodając kolejnego melancholijnego elementu do tego dnia.
Ciężko było określić ile udało się zajść, bo w duchu już pojawiały się myśli czy może po prostu "podróż" nie trwała na tyle długo, że wszyscy ludzie zdołali się już ewakuować z baru - ale to były już tylko te posępne, zjadliwe myśli, które chciały odebrać wątpliwą radość z przebycia kilkuset kroków. Bo nawet takie wydarzenie należało uznawać za osiągnięcie w chwilach, w których wszystko poddawało się pod zwątpienie. Ale w końcu nic nie można było uznać za zagwarantowane. Nawet to, że zdawało się, że okolica jest znajoma. I chyba nawet to szumienie wydawało się jakieś dziwnie znane. A dopiero w momencie, w którym kompletnym przypadkiem stopa zamiast na równym gruncie, to stanie na początku urwiska, przez co już po chwili ciało przechyla się do przodu, a w próbie wyratowania się gwałtownie zostaje szarpnięte do tyłu, by ostatecznie plecami uderzyć o ubłoconą ziemię zmieszaną z tym, co zrzucały z siebie drzewa i ześliznąć się ze śliskiego, wyłożonego tymi przeklętymi liśćmi zbocza, i znaleźć się gdzieś u podnóża rzeki. Język wody jednak był daleko, więc nie zdołał zmoczyć dziwnie ubłoconych, nagle już nie tak eleganckich ciuchów. Zabawne, jak łatwo było się stoczyć. I że w takich momentach pozostawała tylko bezradność i głuchy krzyk. Próba wstania nawet nie została podjęta. Czy był sens? Blondynka zdecydowała się tylko na odgarnięcie włosów z twarzy, które wydawały jej się elementem, który najbardziej jej w tym momencie przeszkadzał. Nie siedzenie na zimnej, mokrej ziemi. Nie podwinięta, brudna szata, nie czkawka, która męczyła ją przez całą drogę, nie kostka, która przez znieczulenie alkoholem nie dawała jeszcze o sobie znać poprzez wysyłanie irytujących bodźców do mózgu i chronicznego bólu, który będzie uniemożliwiał jej postawienie nogi na ziemi. Nie. Najbardziej irytującą rzeczą był fakt, że miała przez moment ograniczony punkt widzenia. Bo co z tego, że ubabrane palce zostawiły na jej twarzy swoje ślady. Cóż z tego, że wzrok i tak był lekko mętny, a reakcje kompletnie opóźnione. Największą bronią Seliny Lovegood było spojrzenie gromowładne, które miało przywoływać każdego do porządku. Niestety nie miało mocy, która zawróciłaby prąd rzeki lub choćby w minimalnym stopniu ponaprawiałaby pewne sprawy w jej życiu.
Bo błoto, które naznaczyło ją w każdym możliwym miejscu; liście zaplątane we włosy, nietrzeźwość umysłu i brak zdolności utrzymania się w równowadze wcale nie odejmowały jej godności. Jej duma opierała się na pewności siebie, a ją wcale nie budował perfekcyjny wygląd. Tylko konkurowanie - a zwłaszcza zwycięstwa. Samo słyszenie swojego nazwiska, bycie na językach powodowało, że czuła się ważna. I nie była gotowa na to, by jej blask kiedykolwiek zasłabł. Nie mogłaby się odnaleźć w cichym domu, nawet, jeśli jego ściany wypełniałyby okrzyki dzieci. Nie potrafiłaby zadowolić się czułościami męża, bo to nie byłby podziw fanów ani prośby o wywiady. Nie zdołałaby ograniczyć sensu swojego życia do czegoś tak elementarnego i przyziemnego jak rodzina. Dlaczego więc myśli o podobnej przyszłości potęgowały jej głowę, przyprawiając o migrenę?
Rudolf Brand się żeni. A to oznaczało, że wszystko, czego potrzebował, to ognisko domowe. Że myślał o swoich małych kopiach, które mogły wykrzykiwać jego imię i wyczekiwać jego powrotu, podczas gdy ich opiekunka będzie sprawować nad nimi stałą pieczę. I było to równoznaczne z tym, że kompletnie wysmyknie się z zasięgu jej rąk. Pierścień na jego palcu był jak ostateczna bariera, która miała ich rozdzielić. Już na zawsze. Bo nie chodziło tylko o antypatię Morgan do jej osoby. O sam fakt, że jakiekolwiek dalsze próby zaprzeczania ich związkowi nie będą miały żadnego przełożenia w rzeczywistości, bo nic już nie zmieni ich stanu. Zapadała ostateczna klamka. Koniec. Finito. Powinna się z tym już dawno pogodzić. Dlaczego więc ciągle czuła tą dziwną gulę w gardle i gorycz tak wielką, że nawet nie potrafiła tego wysłowić (ignorując już fakt, że jakiekolwiek próby artykulacji były niezmiernie uciążliwe)?
Nie poruszyła się o cal, opierając się plecami o skarpę. Chyba czas złapać oddech. Nie miała też większego pojęcia jak daleko jest do domu, a jakakolwiek próba aportacji równałaby się z próbą samobójczą. Jeszcze nie doszła do podobnych myśli. Ręce złożyła po swoich bokach, dopiero po chwili wymacując ciężki, zimny obiekt. Kamień. Z głośnym pluskiem zatopiła go w odmętach ciemnej wody, z niewzruszoną miną przyglądając się efektom swoich działań. Po chwili do minerału zaczęli dołączać jego krewni, oznajmiając swoje przybycie podobnymi dźwiękami.




I care for myself.
The more solitary, friendless, unsustained I am,
the more I will respect myself.
Selina Lovegood
Selina Lovegood
Zawód : ścigająca Os, naczelna zołza, bywalczyni kolumn Czarownicy
Wiek : 31
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna
pride
will be always
the longest distance
between us
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarownica
alejka - Alejka nad brzegiem rzeki - Page 3 ANUtJXt
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t986-selina-lovegood#5480 https://www.morsmordre.net/t1028-alfred-wlasnosc-seliny-lovegood#5823 https://www.morsmordre.net/t12082-kronika-towarzyska#372204 https://www.morsmordre.net/f133-queen-elisabeth-walk-137-2 https://www.morsmordre.net/t3514-skrytka-bankowa-nr-290#61348 https://www.morsmordre.net/t1131-panna-lovegood
Re: Alejka nad brzegiem rzeki [odnośnik]28.12.15 1:47
To był jeden z tych dni, których Garrett Weasley nie potrafił przetrawić na trzeźwo.
Zaczęło się już dawno - przeszłość z szerokim uśmiechem seryjnego mordercy znów weszła w jego życie, bezceremonialnie krusząc, niszcząc i zgniatając wszystko, na co natrafiła po drodze. Zupełnie, jakby wszechświat nie mógł pozwolić na to, aby Garrett poukładał sobie życie; kiedy tylko myślał, że rzeczywistość wreszcie wyświadczała mu przysługę, odsuwając na bok wszystkie obawy, wątpliwości i zmartwienia, okrutny los podawał mu puszkę Pandory. Pięknie zapakowaną, kuszącą cichym podszeptem, aby nie bał się jej otworzyć - a on ulegał, nie zdając sobie jeszcze sprawy, że tym samym przepędza się wprost w najgłębsze otchłanie piekielne.
Od samotnego zalewania smutków w pierwszym lepszym mugolskim barze uratował go Ignatius; w ten oto sposób w pierwszym lepszym barze wylądował w towarzystwie, które z każdą kolejną szklanką whiskey (nie ognistej, mugole nie znali takiego wynalazku) przypominało mu, że poprzednia miała być ostatnią. Ale Garrett uciszał swój głos rozsądku, jemu również zamawiając następną kolejkę; po prostu nie był w stanie tego znieść. Tego wszystkiego - poczucia obowiązku, kilkunastu par oczu wlepionych w niego z nadzieją, że wie, co robi (nie wiedział), że jest w stanie unieść ciężar zakonu i zaprowadzić go bez szwanku ku zwycięstwu. Nie był. I wiedział to od samego początku, łudząc się, że znajdzie się ktoś, kto przejmie przytłaczające brzemię i ogłosi się - niebezpodstawnie - lepszym człowiekiem na symboliczne stanowisko lidera. Potrzebny był ktoś, kto stanie się autorytetem, komu przypadnie podejmowanie ostatecznych decyzji; tylko dlaczego, na kość przeklętego psidwaka, musiało paść właśnie na niego?
O nie, to nie był koniec jego trosk; krzywdy na każdym kroku spotykające jego siostrę zapędzały go na skraj szaleństwa, kłótnie toczone z bratem od dwóch miesięcy i wywoływane przez nie wyrzuty sumienia nie pozwalały mu zmrużyć oka w nocy. A dzisiejszy dzień postanowił z niego wyjątkowo zadrwić. Z samego rana nie chciał budzić siostry, więc - powtarzając sobie, że jest dorosłym i odpowiedzialnym, dwudziestoośmioletnim facetem - postanowił zabawić się w kucharza i prawie wysadził kuchnię, próbując (zawsze stawiał sobie wysoko poprzeczkę) usmażyć naleśniki. Potem, wychodząc z domu, brutalnie rozdarł sobie rękaw ulubionego płaszcza. Gdy chciał szybko udać się do sklepu, przejeżdżający obok samochód (przeklęte mugolskie wynalazki) zafundował mu błotny prysznic, a gdy wreszcie udało mu się dotrzeć do pracy, okazało się, że nie wykonał raportu, który miał być przygotowany na wczoraj, więc musiał harować podwójnie, a na dodatek czekała na niego - w ramach zadośćuczynienia? - dodatkowa robota. Którą wykonywał z ustami zaciśniętymi w prostą linię, myślami błądząc po wszystkich troskach i myśląc tylko o tym, żeby je zapić.
A teraz był tak cholernie zły.
Nie, nie na przyjaciela siedzącego tuż obok przy barze i godzącego się na milczenie, które pomiędzy nimi zapadło (Garrett był mu wdzięczny, że nie naciskał; nie miał potrzeby mówić, chciał po prostu pić i zapomnieć), nie na Margaux, która podstępem znów wkradała mu się do życia, tylko wszystko utrudniając, nie na Lyrę nieuważnie ściągającą na siebie kolejne niebezpieczeństwa, nie na Dumbledore'a, który zmusił go do porzucenia dawnych priorytetów i skupienia się na wyższych celach. Był zły tylko i wyłącznie na siebie, na wszystkie błędy, które popełnił i tych, których popełnić jeszcze nie zdążył, ale wie, że wkrótce to zrobi; był zły na własną naiwną wiarę w to, że kiedyś wszystko się ułoży, że zasługuje na szczęście, że...
Że co, Garrett?
Ale nie pękł całkowicie; nie rozpadł się na kawałki, grunt nie uciekł mu spod stóp. Po prostu potrzebował katharsis, potrzebował chociaż na chwilę zapomnieć o wszystkich troskach i problemach, oddychać przez płuca nieskażone wstrętem do samego siebie i decyzji, które lekkomyślnie podjął.
Wyszedł, by zaczerpnąć świeżego powietrza; wcześniej rzucił krótką uwagą, że zaraz wróci i choć napotkał podejrzliwe spojrzenie brązowych oczu, przysiągł przyjacielowi, że uruchomi myślenie i będzie uważał na to, co robi. Potrzebował chwili spędzonej w ciszy i właśnie z tą myślą opuścił bar, dopiero sto metrów później uświadamiając sobie, że nikt nie upomniał go, że wyniósł z lokalu starą szklankę wypełnioną mugolską whiskey. Chwila ciszy wkrótce przemieniła się w kilka chwil, a te - w kilkanaście, bo po prostu szedł dalej, bijąc się z własnymi lękami, prowadząc batalie nietrzeźwego umysłu i zastanawiając się nad wątpliwym sensem egzystencji. Nie wiedział, kiedy poczuł chłodny wiatr bijący od Tamizy - cholera, wcale nie zamierzał tu przyjść, miał oddalić się ledwie na parę kroków i zaraz wrócić do bezpiecznego wnętrza, w którym nie groziło mu potrącenie przez samochód bądź utopienie się w złowrogich odmętach ciemnej rzeki.
Ale nie zatrzymywał się, stawiając kolejne kroki i przez chwilę rozważając nawet, czy z własnej woli nie rzucić się do wody - tę przelotną myśl skomentował parsknięciem śmiechu, bo mimo wszystko nie czuł najmniejszej potrzeby, by pozbawiać się życia. Nie stoczył się jeszcze na skraj desperacji. I był pewien, że trzeźwieje - myśli nie zalewały jego umysłu tak niepowstrzymanym, chaotycznym potokiem; w tym samym jednak momencie dostrzegł widok, który nie mógł dziać się naprawdę i podważył własną trzeźwość. Podszedł krok bliżej, coraz wyraźniej widząc smutną sylwetkę pobrudzoną błotem, co rozerwało jego wrażliwe na krzywdę innych serce. - Pomóc panu? - rzucił, podchodząc (nieco chwiejnie? whiskey w jego szklance zatańczyła, oblizując ściany, lecz nie wylewając się) krok bliżej i zaraz reflektując się. - Pani - poprawił się szybko, wykonując kolejny krok i uważnie przyglądając się zasmuconej personie; czy to okropne, że gdzieś głęboko w duszy ucieszył się, że nie tylko on ma beznadziejny dzień? - Chwila, my się chyba znamy - dodał na koniec, spoglądając na zabłoconą osóbkę z niepowstrzymanym zaskoczeniem czającym się w jasnych oczach. Wreszcie uniósł ukradzioną (przez przypadek!) szklankę do ust, biorąc niewielki łyk.


a gniew twój bezsilny niech będzie jak morze
ilekroć usłyszysz głos poniżonych i bitych

Garrett Weasley
Garrett Weasley
Zawód : auror
Wiek : 29 lat
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Kawaler
żyjąc - pomimo
żyjąc - przeciw
wyrzucam sobie grzech niepamięci
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
alejka - Alejka nad brzegiem rzeki - Page 3 Tumblr_o0qetnbY2m1rob81ao9_r1_250
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t597-garrett-weasley https://www.morsmordre.net/t627-barney#1770 https://www.morsmordre.net/t12082-kronika-towarzyska#372204 https://www.morsmordre.net/f112-st-martin-s-lane-45-3 https://www.morsmordre.net/t2785-skrytka-bankowa-nr-122#44963 https://www.morsmordre.net/t975-garrett-weasley#5311
Re: Alejka nad brzegiem rzeki [odnośnik]28.12.15 21:56
Nie rozpamiętywała w tym momencie tuzina krzywd, które życie jej zaserwowało. Właściwie musiałaby się zastanowić czy w ogóle spotkało ją tyle. Teraz skupiała się na własnym bólu, który spowodował jeden fakt. Kolejny nagłówek w gazecie. Piękne zwieńczenie miłości zrodzonej na boisku. Lovegood na samo brzmienie tego zdania zemdliło, coś ścisnęło jej żołądek, a na barki spadł taki ciężar, że w pojedynczej sekundzie odebrał jej jakiekolwiek siły witalne.
Bo uzmysłowienie sobie tego, że ilość konfliktów w jej życiu nagromadzała w niej przytłaczającą, negatywną energię, a stałe tłamszenie w sobie narastających problemów, obaw przy pozie niezachwianej niczym kobiety sukcesu, było... niezwykle męczące. Gdyby instytucja psychologa była w jej kręgach popularna, byłaby stałą klientką. Być może nawet odetchnęłaby z ulgą wiedząc, że jej problemy z mężczyznami nie mają swojego źródła w złamanym sercu, a w ojcu, który zachwiał jej zaufanie do męskiej rasy. Możliwe, że ludzie porażeni przez jej złośliwości wydobyliby z siebie choć krztynę zrozumienia, gdyby odkryli, iż gdzieś tam głęboko tkwi skrzywdzona, przestraszona dziewczynka, która zadecydowała pewnego dnia, że odrzuci od siebie co niewygodne zamiast podjąć próbę pogodzenia tego ze sobą i zachowania jakiejś wewnętrznej równowagi. Świadomość, że ludzie nie są tak po prostu źli wydaje się być kojąca. Nawet, jeśli to co najmniej marne pocieszenie, że tak mało potrzeba, gdy ktoś przestał próbować, starać się. By tak nagle otulił się przez cienie i wybrał łatwiejszą drogę. Ale czy w ostatecznym rozrachunku było ważne dlaczego człowiek zwrócił się w nieodpowiednią stronę? Kartki historii były bezlitosne. Podobnie jak ludzkie oceny. Jak jej własna. Nikt nie będzie jej usprawiedliwiać. Ona też nie miała zamiaru. Bo nie miała czego. Wracała do prostszego patrzenia na sprawę - wygodniejszego. Poza tym - realnie patrząc - nigdy nie była fanką zwierzania się. Nie potrafiłaby zaufać obcej osobie na tyle, by się przed nią uzewnętrzniać. Nawet, jeśli obiecano by jej, że dzięki temu poczuje się lepiej. Ale uznałaby przecież taką obietnicę za absurdalną - w końcu z nią było wszystko w perfekcyjnym porządku. Prawdopodobnie poleciłaby takiej osobie przetestowanie czy aby na pewno z jej samopoczuciem jest wszystko dobrze. Bo Selina aspirowała do osoby bez wad. Stan psychiczny musiał się zaliczać do tych wyśrubowanych norm. A jak się nie przyzna do problemu to tak, jakby go nie było, prawda? I to wszystko nie miało szans się choćby równać z choćby częścią odpowiedzialności, która legła na barki niektórych ludzi. Nie mogła nawet w calu dorównać cierpieniom niektórym. Ale nie miało to znaczenia. Rana jątrzyła się jak szalona.
Początkowo nie zarejestrowała czyjegoś głosu, zatapiając w Tamizie kolejny kamień. Była tak zobojętniała i odurzona alkoholem, że właściwie nie prowokowało to u niej żadnych emocji - zero rozbawienia, radości, złości wkładanej w każdy rzut. Nic. Była obojętna. I z takim samym uczuciem w końcu, wolno, przesunęła wzrok na źródło dodatkowych bodźców. Zignorowała jego słowa, nagle czując wyjątkową potrzebę do wylania z siebie kilku słów i podzielenia się ciekawostką krajoznawczą.
-Czy słyszał już pan, że Rudolf Brand się... żeni?-zapytała, bardzo dokładnie i z trudnością artykułując głoski, unosząc szeroko otwarte, niemalże sarnie oczy ku mężczyźnie i zmarszczyła brwi, gdy wydał z siebie to błyskotliwe zapytanie. Kompletnie zaburzyło to jej wizję rozmowy i zmyło skupienie, które na moment przejawiło się na jej twarzy. Podjęła próbę podniesienia się, z zamiarem zbliżenia się do niego i przyglądnięcia, ale zakończyła się ona wyjątkowo marnie. Wzruszyła więc ramionami, uznając, że jednak to miejsce na ziemi jest całkiem wygodne i w sumie to nie ma co narzekać. Może tutaj jeszcze chwilę posiedzieć. W końcu nigdzie się jej nie spieszy. Zaraz jednak przypomniała sobie, że ten jegomość uraczył ją jakimś stwierdzeniem. Otworzyła więc usta, mrużąc oczy, wyrażając niesamowity trud przypomnienia sobie co też chwilę temu do niej powiedział. Wymierzyła w niego palcem, dosyć chwiejnie, jakby w wyrazie przestrogi.
-Jeśli jest pan tym panem z pubu, to dalej utrzymuję, że pierwszy raz pana widzę na oczy.-oznajmiła, by założyć ręce na klatce piersiowej, jakby utrzymując swoje stanowisko w stanie pełnej pewności. Jej bystrość umysłu została na tyle wytłumiona, że w jej głowie nie nastąpił żaden "klik!", nie ruszył się ani jeden trybik, by przypomnieć sobie felerne spotkanie na wybrzeżu lub w jakikolwiek sposób skojarzyć kolor włosów nieznajomego z jego przynależnością do pewnej rodziny. Nie powiedziała również nic zgryźliwego dotyczącego płytkości podrywania panien na podobne teksty, prawdopodobnie w ogóle nie zdając sobie sprawy z faktu, jak nieszczere było to zapytanie. Aż dziw, że zapamiętała, że ktokolwiek zaczepił ją tego wieczoru. Zabawne, ale dzisiaj zdawała się być istnym lepikiem dla much. Samotna kobieta w takim stanie? Słyszała chyba z multum propozycji odprowadzenia jej do domu. I na samo wspomnienie zaczęła się śmiać.
-A jeśli chce pan odprowadzić mnie do domu, to obawiam się, że nie potrafiłabym wskazać odpowiedniej drogi, więc proszę się nie fatygować z deklaracjami.-machnęła w jego stronę dłonią, jakby od niechcenia, dalej rozbawiona. Bo - faktycznie - jej aktualna orientacja w terenie ograniczała się do tego, że widziała przed sobą wodę. I prawdopodobnie była to Tamiza, o ile ciągle była w Londynie.-Przepraszam, czy dalej jesteśmy w Londynie?-zapytała, bo zaczęło ją to niezwykle nurtować. Wyglądała na kompletnie poważną, gdy zadawała to pytanie.




I care for myself.
The more solitary, friendless, unsustained I am,
the more I will respect myself.
Selina Lovegood
Selina Lovegood
Zawód : ścigająca Os, naczelna zołza, bywalczyni kolumn Czarownicy
Wiek : 31
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna
pride
will be always
the longest distance
between us
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarownica
alejka - Alejka nad brzegiem rzeki - Page 3 ANUtJXt
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t986-selina-lovegood#5480 https://www.morsmordre.net/t1028-alfred-wlasnosc-seliny-lovegood#5823 https://www.morsmordre.net/t12082-kronika-towarzyska#372204 https://www.morsmordre.net/f133-queen-elisabeth-walk-137-2 https://www.morsmordre.net/t3514-skrytka-bankowa-nr-290#61348 https://www.morsmordre.net/t1131-panna-lovegood
Re: Alejka nad brzegiem rzeki [odnośnik]30.12.15 2:41
Stał i patrzył. Kłamstwem byłoby stwierdzenie, że już w pierwszej chwili coś poczuł - nie dręczyło go uczucie żalu, zdrowy rozsądek nie podpowiadał, żeby uciekać w podskokach, instynkt zbawcy świata i kompleks bohatera nie rozkazywały mu ze zrozumieniem położyć dłoni na barku (nie)znajomej i powiedzieć, żeby nie martwiła się, bo wszystko będzie dobrze. Stał i patrzył, bo choć zdawało mu się, że alkohol magicznym trafem bardzo szybko wyparował w jego umysłu, to każda chwila spędzona na delektowaniu się wiatrem kąsającym go w odsłonięty kark (cholera, zostawił szalik w barze, ciekawe, czy Ignatius to zauważy) utwierdzała go tylko w przekonaniu, jak bardzo się mylił.
I wtedy coś poczuł. Poczuł, że grzęźnie w błocie.
To właśnie dlatego ruszył się w jej kierunku - nie dlatego, że tknęła go wyższa potrzeba uratowania kobiety w opresji, bo wtedy jeszcze było mu to względnie obojętne. Było zimno, przemęczenie dawało mu się we znaki, a złość, którą niedawno zdusił hektolitrami mugolskiego alkoholu, teraz odzywała się - z niezrozumiałego powodu - na nowo, znów pulsując zdradziecko wraz z krwią pędzącą szybko przez tętnice. Upił kolejny łyk whiskey, mając wrażenie, że pije wodę, a jak na złość świat nie chciał już drżeć w posadach, wszystko było nieruchome, wyraźne, rzeczywiste. A on właśnie od tej rzeczywistości starał się uciec.
Przyjrzał się jeszcze raz tej obłoconej personifikacji nędzy i rozpaczy, właśnie wtedy odczuwając po raz pierwszy, że nie może po prostu odejść; coś z tyłu głowy zaczęło mu podszeptywać, że przecież był dobrym człowiekiem, że pozostawienie osoby potrzebującej i na skraju szaleństwa (wbił spojrzenie w kręgi roztaczające się po wodzie, naznaczające miejsce, gdzie ledwie ułamki sekund wcześniej zatonął rzucony kamień - co jeśli kolejny przypadkiem lub nie przypadkiem uderzy prosto w jego skroń, a on zatoczy się, przewróci, sturla wprost do rzeki, a zatruty procentami umysł zapomni nagle, jak powinno się machać kończynami, aby utrzymać się na powierzchni? uspokój się, Weasley) zdecydowanie nie było w jego stylu. Przecież do jej umysłu mogą napłynąć złe myśli. Może sama rzuci się w otchłań Tamizy i pozwoli prądowi zanieść jej nieruchome ciało hen na przedmieścia?
- Coś obiło mi się o uszy - potwierdził, dopiero po chwili notując, co właściwie powiedziała; mówiła o ślubie, na który zaproszenie już dawno przybił do tablicy korkowej w kuchni, mając nadzieję, że w ten sposób go nie zgubi. Ślubie jego kuzynki i dobrego znajomego, na który uda się z narzeczoną, żeby jej obecność przypominała mu na każdym kroku, że nie są mu przeznaczone szczęśliwe zakończenia. Ale cóż. Kobiecie podtrzymującej właśnie skarpę przed upadkiem najwyraźniej również.
Przez jakiś czas stał w milczeniu, wsłuchując się w dudniący wiatr sprawiający, że jego włosy były wszędzie i dopiero po chwili przypomniał sobie, że jego nadgarstek oplatała gumka do włosów. Ale miał zbyt mało rąk, bo w lewej dłoni wciąż ściskał tę przeklętą, prawie pełną szklankę. Popatrzył na nią, jakoś zbyt długo wpatrując w bursztynową ciecz, aż w końcu westchnął i starannie położył naczynie na ziemi, aby tylko go nie przewrócić. W tym czasie kobieta zdawała się coś mówić, dobiegły go urywki jej słów - mężczyzna z pubu, coś o oczach, zwroty grzecznościowe wepchnięte wszędzie na siłę. Miał ich dość, w jego umyśle nierozerwalnie łączyły się ze szlacheckim półświatkiem, a nawet myśl o nim zawiązywała się supłem na jego żołądku. Nienawidził go, nienawidził kłamstw, tego, że rodzina trzymała go w pacie, tego, że bał mu się sprzeciwić, bał się zaryzykować i postawić wszystko na jedną kartę. Bał się stchórzyć, uciekając, bał się wyrzutów sumienia, które po takiej nagłej ewakuacji dręczyłyby go każdego dnia, nie pozwalając zmrużyć oka w trakcie nocy.
Chwilę walczył z chaotycznymi, rudymi falami, próbując zamknąć je w dłoni, ale w końcu uwięził je w kucyku i raz jeszcze schylił się po szklankę. Co skończyło się tym, że lekko się zatoczył. - Cholera - mruknął, zamykając na chwilę oczy i pozwalając, aby świat przestał drżeć, a potem zacisnął palce na naczyniu i znów podniósł się do pionu, tym razem powoli, ostrożnie. - Garrett, teraz już się znamy - palnął mało odpowiednio, bo naprawdę miał już dość tych konwenansów i ciągłej poprawności. Ale dlaczego oszukiwał sam siebie? Kiedy już całkiem wytrzeźwieje, potulnie powróci do wzorcowych ram, pozwoli, żeby nestor dyktował mu, z kim i jak ma żyć. A w przerwach pomiędzy pracą a niańczeniem potencjalnych dzieci i dbaniem o żonę postara się zbawiać świat. Albo lepiej - ostatecznie pozostawi zakon Skeeterowi, bo przecież nie będzie miał czasu na tak błahe rzeczy jak walka z terrorem Grindelwalda.
Robił się taki zgorzkniały, kiedy był pijany.
Ale tylko trochę. Tylko trochę zgorzkniały czy tylko trochę pijany? Może oba na raz?
- Dobrze się składa, bo nie chciałem nic deklarować - przyznał, dziwiąc się, że w ogóle wypadło mu to z ust. Zapił kolejne niespodziewane słowa następnym niewielkim łykiem alkoholu. - Mogę się dosiąść? - Ale nie czekał na odpowiedź, już zaraz siedział tuż obok, czując, jak wtapia się w błoto i dopiero z tak bliskiej odległości (choć nawet nie stykali się ramionami, dbał o te resztki przyzwoitości) dostrzegł, że w jej włosach zaplątały się liście. - Jesteśmy. Chyba. Znaczy... po prostu szedłem do przodu, ale zdaje mi się, że nie opuściłem Anglii - Widzisz, Garrett, nawet umiesz wysilić się na nieśmieszny żart. Tylko czy twoja towarzyszka niedoli zdoła to docenić?
Uniósł szklankę raz jeszcze, mając nagle wrażenie, że nie ma już ochoty na tę cholerną whiskey. Ale pił dalej. W akcie desperacji?


a gniew twój bezsilny niech będzie jak morze
ilekroć usłyszysz głos poniżonych i bitych

Garrett Weasley
Garrett Weasley
Zawód : auror
Wiek : 29 lat
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Kawaler
żyjąc - pomimo
żyjąc - przeciw
wyrzucam sobie grzech niepamięci
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
alejka - Alejka nad brzegiem rzeki - Page 3 Tumblr_o0qetnbY2m1rob81ao9_r1_250
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t597-garrett-weasley https://www.morsmordre.net/t627-barney#1770 https://www.morsmordre.net/t12082-kronika-towarzyska#372204 https://www.morsmordre.net/f112-st-martin-s-lane-45-3 https://www.morsmordre.net/t2785-skrytka-bankowa-nr-122#44963 https://www.morsmordre.net/t975-garrett-weasley#5311
Re: Alejka nad brzegiem rzeki [odnośnik]30.12.15 21:13
No właśnie. Za cholerę nie zwierzyłaby się innemu człowiekowi, nie mając zamiaru zdradzić własnej słabości i tym samym odsłonić się na ataki. Nie można było zaufać nikomu. Prędzej czy później wiatr postanowi zawiać w inną stronę i "przyjaciel" zwróci się przeciwko tobie, perfekcyjnie wiedząc w jaki sposób zadawać ciosy. Dlatego tak wygodnie było jej trwać przy Harriett, która stale dawała jej poczucie, że to ona roztacza nad nią opiekę, a półwila jest stale tym kruchym, słabym elementem, który jest zależny od niej. Taka relacja sprawiała, że czuła się pewnie. Była stałym, potrzebnym elementem, którego pozbycie się oznaczałoby zachwianie niestabilnej konstrukcji. Bycie niezbędną oznaczało pewne zabezpieczenie - miała się czego uczepić w razie czegokolwiek. Była w uprzywilejowanej pozycji dzięki roli wspieracza. I - niestety - w jej interesie byłoby, by pewna wdowa nie poczuła się nigdy na tyle pewnie, by sama stanęła na nogach. Moment, w którym Selina będzie jej niepotrzebna, będzie chwilą, w której te żelazne łańcuchy więzi zabrzęczą niebezpiecznie. I nie potrafiłaby wymienić żadnej osoby, którą darzyła podobnym zaufaniem. Świadomie stawiała między sobą i innymi jakąś barierę, która nie pozwoliłaby im jej dojrzeć całej. Cóż z tego, skoro tak często nie doceniała czyjejś inteligencji, zdolności łączenia faktów z obserwacją? Zbyt wiele razy zdarzało jej się ulec emocjom. Tak dużo słów wypowiedziała w afekcie. Impulsy kierowały jej życiem, często mnogością swych wektorów zaprzeczając kolejnym akcjom.
Absurd. Życie było pełne tylu absurdów. Bo w końcu właśnie teraz zwierzała się kompletnie obcemu człowiekowi. Zdradziła mu fakt, który teoretycznie tak niewinny, a mógł powiedzieć tak wiele. Wystarczyło na nią spojrzeć - zalaną niemalże w trupa, zobojętniałą na tyle, że nawet zimna, mokra ziemia nie robiła jej różnicy i wygadującą takie rzeczy. Ile mógł z niej wyczytać? Wystarczyło być przeciętnej inteligencji człowiekiem, by zgadnąć całą historię. No, może nie znało się szczegółów dotyczących szaleństw podczas dorocznego wyścigu na miotłach, robienia jaskółek pod wpływem, siedzenia na jednym kocu pod nocnym niebem, nie słyszał śmiechów tej dwójki, gdy gonili siebie na łące, udając bójkę, by potem związać się w miłosnym uścisku. I Selina już nie pamiętała własnych ostrych słów, które kazały Brandowi zwątpić w jej jakąkolwiek zdolność do posiadania uczuć. Zapomniała o okrutności, bezlitosnej kalkulacji, mając w głowie tylko te słodkie chwile, które już nie powrócą. Dopiero teraz zdała sobie sprawę z tego, jak wiele ich było, właściwie teraz doceniając je. Czy to również nie należy do ironii? Dlaczego doceniamy coś, czego już nie będziemy mieć?
-Powinnam wydrapać tej Harpii oczy, gdy miałam jeszcze okazję.-wypowiedziała bez choćby pojedynczego mrugnięcia okiem, wcale nie dając żadnych sugestii co do ewentualnej zdolności przypadkowego zgładzenia nowego towarzysza kamieniem. Oczywiście, że byłaby zdolna to zrobić. W sensie wydrapać Morgan oczy. Nie cierpiała jej wzroku. Nienawidziła jej słodkiej twarzyczki. Mierziło ją, gdy była w jej towarzystwie. Całą ją telepało. O ile lepiej by się czuła, gdyby tak po prostu zniknęła. Byłoby po problemie. I w tym momencie poczuła ukłucie. Jakby sumienie przebijało się grubą szpilą do jej świadomości, dając jej znać, że się zapędzała. Nie mogłaby przecież tego zrobić. Rudolf nie patrzył na Lovegood w ten sam sposób co na swoją nową wybrankę serca. Nie mogłaby znieść tego, gdyby choć raz ją wspomniał.
Zdawała się zapaść w sobie, jakby odpuściły ją nagle wszelakie siły. Zdawanie sobie sprawy z pewnych rzeczy było niesamowitą kulą u nogi. O ile łatwiej by było żyć w nieświadomości. A jednocześnie po raz kolejny wypowiadała tak niezbyt stosowny komentarz, nie zastanawiając się nad skutkami własnych słów. Nie myślała, by mogła obrażać właśnie Morgan przy jej kuzynie. I nigdy nie potrafiła się wrzucić na taki poziom empatii, by to ją obchodziło. Czy towarzystwo wzajemnej adoracji było jej warte? Tak łatwo skreślała ludzi, narzucając im katońskie wymagania, niczego im nigdy nie ułatwiając. Tak, jakby na przebywanie w jej obecności należało sobie zasłużyć. Bierz, co dostajesz lub znikaj mi z oczu. Przy jej niełatwym charakterze był to dosłownie mur nie do przejścia. Zapewniała sobie doprawdy genialną ochronę przed światem zewnętrznym. Kto chciałby zajrzeć do środka, gdy już otoczka tak odstraszała? Na szczęście niewiele osób, bo im bliżej się podchodziło, tym więcej widziało się rys i dziur w tej pozornie niezniszczalnej fortecy.
-To okropne, gdy ktoś ci zabiera coś, co miałeś i potem nie możesz mieć tego z powrotem.-odezwała się, marszcząc brwi lekko, z wielkim skupieniem wlepiając wzrok w kępę trawy, jakby to ona natchnęła ją do takich przemyśleń.-To nie tak, że nie jest w zasięgu twoich rąk. Są sposoby. Ale to nie będzie to samo. Bo to nie wróci.-wytłumaczyła, z wielką starannością wymawiając słowa, z naciskiem, jakby każde z nich miało niewyobrażalną wagę.-Rozumie pan?-dopiero teraz odwróciła głowę w jego stronę, by dojrzeć jego reakcję. Nawet rozchyliła na moment usta. Chyba nie czuła już twarzy. Było piekielnie zimno. Jak dobrze, że alkohol ciągle ją grzał. Mimo wszystko.
Mrugnęła, gdy się jej przedstawił, trochę bez zrozumienia. Dopiero po chwili doszedł do niej kontekst jego wypowiedzi, przypominając sobie o tym, o czym sama przed momentem mówiła.
-Skoro tak.-wzruszyła ramionami, nie poddając tego pod dyskusję. Tak ciężko było jej poddać to pod filtr, gdy sama w głowie była nakręcona na jedną myśl, skupiając się na swojej niekończącej się bolączce. Dlatego tak łatwo było jej machnąć ręką na moment przedstawiania się. Czy to było ważne? Kompletnie nie. Nie pomyślała o tym, że mógł jej nie znać. Nie dlatego, że przed chwilą zadeklarował minimalną znajomość rzeczy związanych z Quidditchem, ale dlatego, że sam stwierdził, iż się już znają - oboje, tak?
Kolejna anomalia. Była przecież łamaczką konwenansów. A mimo to brakowało jej najwyraźniej innowacyjności, skoro nie zatrzęsła strukturami znanej jej mowy. Przy angielskiej uprzejmości ciężko zmusić się do tak dosadnego buntu przeciwko normom. Ale znów - czy czasem zapobiegawczo nie wzbraniała się przed zbytnią spoufałością? Tak ciężko czasem ocenić wagę podświadomości...! Poza tym, naśladowanie podobnych dysonansów było jakiś czas temu swego rodzaju żartem, kpiną, zaledwie aktem, a teraz - ze swoim karykaturalnym charakterem - weszło jej w nawyk.
Przyglądała mu się w sumie już od jakiegoś czasu. Na kogo właściwie patrzyła? Chyba jednak nie widziała go w barze. A mimo to wydawał się być dziwnie znajomy. I te włosy...! Merlinie, ledwo dostrzegała zza nich jego twarz. Poważnie, była przekonana, że gdzieś go musiała już poznać. I chyba tylko to delikatne zaintrygowanie opóźniło jej reakcję i wzbranianie się przed jego towarzystwem. Ewentualnie alkohol oraz poczucie dobijającej samotności.
-To dobrze.-odpowiedziała, nieco podejrzliwa. Zmrużyła lekko oczy, gdy padał obok niej na ziemię, obruszając się nieco.-Aha. Ale to mogłoby się zdarzyć. Kopnie pan nogą puszkę, która okaże się świstoklikiem i nagle jest pan kilka przecznic dalej. Ewentualnie w Norwegii. Podobno to się już zdarzyło.-powiedziała pewnym siebie tonem, nawet nie przejmując się faktem, że powtarza salonową historyjkę, która nie miała racji bytu.-Wolałabym być w Norwegii.-podjęła po chwili.-Noce są tam dłuższe.-dodała, wrzucając jakąś dziwną tajemniczość w to pojedyncze stwierdzenie. Bo gdy gasły światła, można było na moment zdjąć z twarzy maskę. Każdy takową przecież nosił. Swobodnie można wtulić się w cienie i wygodnie zapomnieć o świecie. A każda taka chwila była na wagę złota.-Dzień jest taki szary.-powiedziała jeszcze, zwracając się w jego stronę w taki sposób, jakby chciała poznać jego opinię, mimo że bezpośrednio w powietrzu nawet nie zawisło pytanie.




I care for myself.
The more solitary, friendless, unsustained I am,
the more I will respect myself.
Selina Lovegood
Selina Lovegood
Zawód : ścigająca Os, naczelna zołza, bywalczyni kolumn Czarownicy
Wiek : 31
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna
pride
will be always
the longest distance
between us
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarownica
alejka - Alejka nad brzegiem rzeki - Page 3 ANUtJXt
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t986-selina-lovegood#5480 https://www.morsmordre.net/t1028-alfred-wlasnosc-seliny-lovegood#5823 https://www.morsmordre.net/t12082-kronika-towarzyska#372204 https://www.morsmordre.net/f133-queen-elisabeth-walk-137-2 https://www.morsmordre.net/t3514-skrytka-bankowa-nr-290#61348 https://www.morsmordre.net/t1131-panna-lovegood
Re: Alejka nad brzegiem rzeki [odnośnik]02.01.16 0:24
Na krwiożerczą i pełną agresji uwagę towarzyszki zareagował milczeniem, choć w innych okolicznościach najpewniej walczyłby o honor bliskiej kuzynki; w końcu to jej oczom - jak wywnioskował, zmuszając zapijaczone szare komórki do pracy na przyspieszonych obrotach - groziło niebezpieczeństwo w postaci zaostrzonych paznokci (bądź końca różdżki?) konającej nieopodal na ziemi kobiety. Ale przypatrzył się blondynce uważnie, jej wojennym, błotnym barwom zdobiącym policzki, które być może powinny nadawać jej groźnego wyglądu, ale aktualnie prezentowały się żałośnie. I zrobiło mu się przykro, bo uświadomił sobie, że patrzy na człowieka balansującego na krawędzi zdrowia psychicznego, który jest niebezpiecznie blisko emocjonalnego rozkruszenia się i rozpadnięcia na niezliczone cząstki, jakie rozniesie wiatr.
Może dramatyzował dla zasady, a może to szum w głowie podpowiadał mu patetyczny tragizm, ale westchnął cicho, kiedy sadowił się w błocie, jeszcze nie zdając sobie sprawy z konsekwencji własnego posunięcia. Coś zachlupotało (czy to było jego poczucie przyzwoitości turlające się w potoku własnych łez?), zmarszczył lekko brwi i zamknął na chwilę oczy, bo świat znów zdecydował zrezygnować na ulotne sekundy ze stabilności. Przeklęta mugolska whiskey, czy tylko mu się zdawało, czy rzeczywiście była mocniejsza od swojej czarodziejskiej odpowiedniczki?
Przez chwilę siedzieli w milczeniu, a on pił dalej, nie reagując na palący posmak alkoholu najmniejszym grymasem. Wsłuchiwał się w jej monolog, patrząc gdzieś w dal - przez chwilę na ciemne, wielkie ptaki (których nazwy zapomniał) gromadzące się licznie na jednym z szarych drzew, co zdawało mu się niezwykłe malownicze, potem przeniósł wzrok na chmury gęstniejące na ciemniejącym nieboskłonie, żeby wreszcie wbić spojrzenie w zmąconą powierzchnię Tamizy, której fale obgryzały brzeg rzeki. - Rozumiem - powiedział w końcu, wcześniej jednym haustem opróżniając pół szklanki. Nie wiedział, co czuł, bo tłumił emocje alkoholem, ale i tak nie było to przyjemne uczucie. Nawet usilne próby zamknięcia swojego umysłu, jak przystało na początkującego oklumentę, spełzały na niczym. Rozumiał, cholernie rozumiał, bo właśnie to, o czym mówiła, nawiedzało go od przeszło miesiąca, odzywając się echem wyrzutów sumienia, choć wciąż starał się odciąć od przeszłości. Ale ta nawiedzała go demonami dawnych cieni, które tańczyły po ścianach, zmuszając go do repryzy starych błędów, które popełnił z myślą, że wreszcie ma nauczkę. Cóż, najwidoczniej nie potrafił wyciągać wniosków i cały czas topił się w tym samym bagnie.
Albo błocie; dopiero teraz uświadomił sobie, że odciskało się żałosnym piętnem porażki na jego płaszczu. Pozbędzie się go później. Gdy będzie w stanie zmusić umysł do współpracy na tyle, by podpowiedział mu odpowiednie zaklęcie.
- Bądź co bądź - dodał po chwili lekkim, zadziwiająco niemoralizatorskim tonem - ktoś mądry kiedyś powiedział, że nie można roztrząsać przeszłości, bo i tak jej nie zmienimy. Chyba że znajdziesz - zatrzymał się - znajdzie pani - a to zabrzmiało jeszcze gorzej - no nieważne, znajdziesz taki zmieniacz czasu, który cofnie cię o dwadzieścia sześć lat, żebyś mogła powstrzymać narodziny Gwendolyn. Tego nie polecam, zresztą nie wydaje mi się, że kiedykolwiek taki powstał. Zmieniacz czasu. - Zaczynał się gubić we własnych chaotycznych myślach; powoli przetarł dłonią lewą połowę twarzy. - Tak właściwie to nigdy nie potrafiłem dostosować się do tych oświeconych rad - dodał na koniec, zginając nogi i przyciągając je lekko w kierunku klatki piersiowej. Oparł przedramiona na kolanach, po czym zaczął obracać pustą szklankę w dłoni, przez chwilę przyglądając jej się, lecz tylko po to, by zaraz przenieść spojrzenie na Selinę. - To w takim razie możemy być wszędzie - przyznał z dziwną obojętnością, choć doskonale wiedział, że spogląda na Tamizę. Tyle razy spacerował po jej brzegu przez ostatnie dziesięć lat, że zdążył poznać każdy najdrobniejszy szczegół, każdy kamień, każdy cień rzucany przez nadgryzione zębem czasu latarnie. Mimo to nie wyprowadzał towarzyszki z błędu - sam nie wiedział, dlaczego, ale może nie chciał odrzeć ich rozmowy z resztek mistycyzmu i anonimowości, choć z każdą chwilą przypominał sobie, skąd tak naprawdę ją zna, a imię kobiety świtało w podtrutym alkoholem umyśle. Czuł się jak w kąciku wyznań, ale wcale nie było to złe uczucie; kto wie, może właśnie tego potrzebował? Może potrzebowali tego oboje?
- W Norwegii jest jeszcze zimniej - rzucił, jakby nie wychwytując żadnej głębi w słowach swojej nowej znajomej. - Chociaż nigdy tam nie byłem. Ale chciałbym. Może zabiorę się za podróże, jak już uratuję świat, zasadzę drzewo, spłodzę syna i wybuduję dom. I zadowolę nestora. - Zawahał się, bo czegoś brakowało mu w tym planie. - ...i przeżyję wojnę. - Kompletnie nie przejmował się tym, że kobieta mogła nie zdawać sobie sprawy z nadciągającej politycznej wichury, którą tak właściwie on sam, oczywiście nie bez pomocy najbliższych zgromadzonych w zakonie feniksa, chciał sprowokować. Ale nie z powodu przypływu bohaterskiej, głupiej buty czy aroganckiej potrzeby bycia zauważonym. Mógł działać w cieniu, chodziło o sam fakt wprowadzania zmian; a szło to o tyle ciężko, że odgrywali rolę pionierów, którzy musieli przecisnąć się przez największe bagno, żeby wśród okrutnej ciemności znów mógł rozbłysnąć najmniejszy nawet płomień. Bo ten, trafiając na podatny grunt, roznieci już ogień, tworząc pożar, który planowali od dawna. W ciszy. W milczeniu. Niczym najgorsi kryminaliści, którymi najpewniej już wkrótce mieli się stać.


a gniew twój bezsilny niech będzie jak morze
ilekroć usłyszysz głos poniżonych i bitych

Garrett Weasley
Garrett Weasley
Zawód : auror
Wiek : 29 lat
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Kawaler
żyjąc - pomimo
żyjąc - przeciw
wyrzucam sobie grzech niepamięci
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
alejka - Alejka nad brzegiem rzeki - Page 3 Tumblr_o0qetnbY2m1rob81ao9_r1_250
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t597-garrett-weasley https://www.morsmordre.net/t627-barney#1770 https://www.morsmordre.net/t12082-kronika-towarzyska#372204 https://www.morsmordre.net/f112-st-martin-s-lane-45-3 https://www.morsmordre.net/t2785-skrytka-bankowa-nr-122#44963 https://www.morsmordre.net/t975-garrett-weasley#5311
Re: Alejka nad brzegiem rzeki [odnośnik]06.01.16 13:27
Nigdy nie potrafiła być taka melodramatyczna. Była odporna na wszelakie wzruszenia i artystyczne uniesienia, nie potrafiąc tak po prostu stanąć w miejscu i dostrzec piękno zachodzącego słońca, sposób, w jaki słońce odbijało się w rosie na liściach trawy lub kwiatach i sprawiało, że te krople wyglądały jak kryształy, które ozdabiały rośliny. Nie czekała na to, by poczuć, wciągnąć dany zapach do nozdrzy, zapamiętać go i opisać milionem epitetów, a następnie na zawsze opisywać jako najpiękniejszy aromat na świecie. Powodowały ją od zawsze pobudki. Gwałtowne impulsy. Zawsze czuła mocno, na zabój, większą wdzięczność mając za adrenalinę aniżeli refleksję nad pięknem otaczającego ją świata. Niestety jednak ignorowane elementy życia nie znikają. Ciągle mają swój byt, a nieprzygotowany osobnik jest nadzwyczaj zaskoczony i bezbronny wobec chwil, w których te niezrozumiałe, pozornie żałosne uczucia zaleją go, by udowodnić mu, że nie da się ich ominąć, wykasować ani dłużej nie zwracać na nie uwagi. Zdolność zaadaptowania się do nowych warunków, próby rozszerzenia swojej wrażliwości kończyły się głównie na frustracji i złości. Dlatego miała mordercze żądze, które walczyły z rozsądkiem. Czy to oznaczało, że jest na skraju humanizmu, iż osiąga już dno, na którego końcu będzie się miotać jak zwierzę, raniąc każdego, kto się natknie na jej szpony? Zaraz, czy to już się nie działo? Była w takim razie nadzwyczajnym okazem szaleńca, skoro jej ataki na czyjąś godność były głównie werbalne.
Selina nie potrafiłaby wytłumaczyć co ona właściwie tutaj robiła w takim stanie i dlaczego w ogóle się doprowadza do czegoś takiego. A najbardziej obezwładniającym ją pytaniem było to, które dotyczyło uczuć. To było tak abstrakcyjne pojęcie. Dlaczego tak wiele od nich zależało? Od tych nieuchwytnych, niezrozumiałych czynników? To jak próba starcia z wodą. Bezcelowa. Bezskuteczna. Przegrana już od początku.
Nie widziała ptaków, nie rozstrzygała w jakie kłęby zbierały się chmury, a woda była dla niej ciągle wodą. Dlaczego nic nie mogło być takie proste?
Zamknęła go w swoim spojrzeniu niczym w kajdanach, milcząc przez moment, jakby oceniała, na ile jego słowa były prawdziwe i osądzała czy faktycznie rozumiał o co jej chodziło. Mrugnęła, gdy badanie się zakończyło, a ona poczuła dziwne, ciepłe uczucie, które zaczęło się rozlewać w jej wnętrzu. To chyba właśnie była paradoksalna ulga. Tak, jakby akceptacja jej punktu widzenia była niezbędna do tego, by znalazła chwilowy pokój. Nietypowe, bo nigdy nie potrzebowała zatwierdzenia do niczego. Ale nawet na nią empatia działała kojąco. I cóż z tego, że zrozumienie jej stwierdzenia wiązało się bardzo bezpośrednio z tym, że jej towarzysz również przeżywał lub dalej przeżywa (patrząc na jego stan, było to bardziej aktualne jak przeszłe) to samo co ona. Bezwzględnie zaakceptowała taki stan rzeczy, pocieszając się nim niejako.
Wciągnęła wolno powietrze, początkowo nie wyrażając nic. Dopiero później na jej twarzy zaczęła wykwitać złość, która urodziła się wraz z poczuciem jakiegoś zdradzenia. Myślała, że ją rozumiał! Jak mógł jej kazać pogodzić się z tym, gdy to tak bolało? Dlaczego miała cierpieć każdego dnia, za każdym spojrzeniem na tą cholerną, przesłodko szczęśliwą parę, gdy ją samą wstrząsało w środku?! I nawet nie spodziewała się, kiedy nagle, z flanki, nadeszło ją poczucie bezcelowości. Cokolwiek by nie zrobiła i tak nie miało znaczenia. Zmieniacz czasu. Co by zrobiła za takie urządzenie...
-Wystarczyłoby mi zaledwie kilka lat wstecz.-odezwała się, spuszczając wzrok na ziemię, jakby nagle po dużej dawce cukru i energii, kompletnie opadła z sił. Emocje były takie wycieńczające. Przetarła dłonią twarz, w wyrazie kompletnej bezsilności. Miała ochotę skulić się i zapłakać nad beznadziejnością sytuacji. I dopiero po chwili doszła do niej ta liczba. Dwadzieścia sześć lat. Gwendolyn. Czy powinna się dziwić, że zna takie szczegóły? Znał Rudolfa, wiedział, że biorą ślub, ale nie wydawało się, by znał samą Lovegood. Skoro był fanem Quidditcha... Nie dało się nie znać głównej, zażartej oponentki Morgan. Coś tu było nie tak. Odjęła dłoń od twarzy, przyglądając mu się z dozą podejrzliwości. Żmija w natarciu. Pytanie tylko, czy miała przed sobą ofiarę. Po krótkich oględzinach jego skulonego ciała, zgarbionych pleców, wypompowania i pewnej nędzy, która odbijała się w jego sylwetce, odpuściła.
-Nigdy nie dostosowywałeś się do tych oświeconych rad.-powtórzyła głucho, patrząc gdzieś w dal.-A są jakieś inne?-ponownie skupiła na nim spojrzenie, jakby dodając sobie jakiejś bystrości większą reaktywnością.
Pierwszy raz tego wieczoru uśmiechnęła się, wolno rozciągając kąciki ust na boki. Nie był to uśmiech z rodzaju tych głupkowato radosnych. Nie niósł też ze sobą rozsadzającego od środka szczęścia. To był właściwie dosyć smutny uśmiech. Z rodzaju tych, które rzuca bohater moment przed tym, jak robi krok do przodu i rzuca się z przepaści. Ale w końcu patetyczność nigdy nie tyczyła się tej blondynki. Nie było czego się obawiać. No bo wszędzie oznaczało nigdzie. Mogła sobie poradzić z takim nieokreśleniem miejsca. Taka nieznajomość była dobra. Obcość. Zadziwiająco wręcz orzeźwiająca i uspokajająca. Tak komfortowo było wymazać na moment wszystko, włącznie z nazwą ziemi, na której teraz siedzieli. Carte blanche.
-Hej, możemy to napełnić?-zapytała nagle, pochylając się chwiejnie w jego stronę, gdy palcem wskazywała na puste szkło. Obejrzała się za siebie, już wykonując ruch ręką, który jakby miał zagarniać personę, która powinna przyjść i napełnić im szklanki. Gdy ujrzała pustą przestrzeń zmrużyła nieco oczy i uniosła obronnie ręce do góry, jakby prowadziła z kimś monolog.-Aha, no tak, szliśmy do przodu.-przypomniała sobie sposób, w jaki wydostała się z pubu. I fakt, że jej kompan zrobił to samo. I to było swoją drogą bardzo ciekawe, że dziś mieli taki podobny dzień. I dlatego ponownie zwróciła na niego wzrok, marszcząc mocno brwi, przez moment układając usta, jakby chciała coś powiedzieć, a jednak zawiesiła tą chwilę, jakby ją odwlekając. Tak naprawdę to musiała się po prostu zdobyć na poprawne ułożenie warg i języka, by stworzyć odpowiednie głoski.-Bo wiesz co?-zagadnęła, jakby zdając sobie z czegoś sprawę, a do głowy jej wpadła właśnie najbardziej rozjaśniająca zagadki bytu myśl na świecie.-Bo to zawsze jest tak, że jak... prawie czujesz ten smak. No wiesz. Próbowałeś, polubiłeś, potem miałeś dostęp, ale nagle się uciął... to tak...-potarła palcami, szukając odpowiedniego słowa.-...ciężko jest sobie to odpuścić. Usta ci schną z pragnienia.-bez żadnego pytania poderwała w tym momencie zbiorniczek na whisky do góry, zezując na niego z wielką pieczołowitością, jakby studiowała jego ramy.-I widzisz, że jest pusto. Nic.-odwróciła szklankę do góry nogami.-Ani kropli.-i dopiero wtedy podniosła na młodego aurora wzrok, by zdać sobie sprawę, że głos jej się złamał, a jej własne odbicie prezentuje się nadzwyczaj marnie. O ile jej sylwetka prezentowała się rozpaczliwie, o tyle aktualny wyraz twarzy sugerował, że brak dostępu do alkoholu sprawia, że z każdą chwilą serce jej się kraja i wypycha oddech z płuc, nie chcąc już dłużej egzystować w rzeczywistości, która była obnażona z procentów. I taka sugestia przedstawiałaby się dosyć abstrakcyjnie o ile nie stan, w którym obecnie była Lovegood.
Ponownie jej czoło oznaczyła pojedyncza bruzda, gdy zaczął mówić o Norwegii. Nigdy nie przeszkadzało jej wybitnie tamtejsze zimno. Uwielbiała sposób, w jaki dzięki śniegowi odbijało się światło księżyca. Nie spodziewała się, że zrzuci teraz przy niej oczekiwania, jakie nosił na swoich barkach. Nie wzięła pierwszych dwóch na poważnie. Dlaczego miałaby? Poczuła lekką gorycz, gdy wspomniał o nestorze. Ale nagle wszystko stało się jasne. Ten kolor włosów przynajmniej.
-Wszystko, by zadowolić innych?-uniosła brwi, nie kryjąc nawet swojego stosunku do podobnego podejścia. Chyba serce zdołało przefiltrować już nieco krwi, bo brzmiała coraz trzeźwiej. To niedobrze. Prychnęła. Zakończenie jego myśli sprawiło, że spięła się i poczuła pewien niepokój. Wojna. Pamiętała już jedną. I teraz kolejna?-A przeciwko komu chcesz walczyć?-zapytała cicho, bo tylko na wypowiedzenie tego się zdobyła, podnosząc na niego wzrok.




I care for myself.
The more solitary, friendless, unsustained I am,
the more I will respect myself.
Selina Lovegood
Selina Lovegood
Zawód : ścigająca Os, naczelna zołza, bywalczyni kolumn Czarownicy
Wiek : 31
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna
pride
will be always
the longest distance
between us
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarownica
alejka - Alejka nad brzegiem rzeki - Page 3 ANUtJXt
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t986-selina-lovegood#5480 https://www.morsmordre.net/t1028-alfred-wlasnosc-seliny-lovegood#5823 https://www.morsmordre.net/t12082-kronika-towarzyska#372204 https://www.morsmordre.net/f133-queen-elisabeth-walk-137-2 https://www.morsmordre.net/t3514-skrytka-bankowa-nr-290#61348 https://www.morsmordre.net/t1131-panna-lovegood
Re: Alejka nad brzegiem rzeki [odnośnik]17.01.16 2:46
On za to w tworzeniu melodramatów osiągał mistrzostwo, a tym żałośniejsze były, że nigdy nie wypowiadał ich na głos; zazwyczaj krztusił się własnymi dramatami i dusił wątpliwościami, żeby tylko nie musieć ich z siebie wyrzucić, żeby nie musieć odsłonić się przed światem. Całe życie był podporą - dla matki, dla siostry, młodszego brata, dla wszystkich najbliższych. Własnowolnie przyjmował ciężar na barki i na swój masochistyczny (lub altruistyczny? a może jedno wynikało z drugiego?) sposób cieszył się z tego, że ujmuje innym cierpienia. Tym samym skazując się na męczeńskie katusze - ale czy nie właśnie tym chciał zostać? Doglądanym męczennikiem, świętym żołnierzem, wzorem poświęcenia i honoru? Ale nie prosił ani o peany, ani pochwalne laudacje, powtarzał sobie, że nie chce uwagi ani poklasku; w końcu robił wszystko dla efektu, a nie uwagi, prawda?
Prawda?
Szumiało. Nie był pewien, co jest prawdą, a co zachłannie połykanym kłamstwem i - co być może było w tym wszystkim najgorsze - przestało go to w jakikolwiek sposób obchodzić.
Bo pomimo tego, że był pewien, że robi dobrze, miał wątpliwości co do środków - echo wyrzutów sumienia wywołanych przez alkoholowe opary przypominały mu o wszystkich przemilczeniach i oszustwach, do jakich musiał (czy rzeczywiście musiał?) się dopuścić, by powstrzymać to, co budowali, od upadku. Szumny, nieskazitelny i idealizowany zakon zbudowany został na fundamencie białych kłamstw, które wypływały z jego ust raźnym, niepowstrzymanym potokiem, jak z kurka, którym uparcie kręcił, mimo całych starań nie mogąc domknąć dopływu.
Kilka lat wstecz? A ile on by dał, by cofnąć się o kilkaset dni, naprawić to, co przypadkiem zniszczył, wtedy jeszcze nie zdając sobie sprawy z tego, że każde nieuważne słowo przynosiło destrukcyjny skutek?
Nie, nie chciał się cofać.
Kilka lat temu nie znał osób, które teraz były dla niego ważne, nie przeczytał książek, które zmieniły jego sposób myślenia, nie przeżył niezapomnianych akcji w pracy, nie mógł patrzeć, jak jego siostra kończy szkołę, jak ojciec po wieloletnim zaginięciu na nowo pojawia się w Londynie, by wreszcie móc wyleczyć dziury kwitnące w pamięci. Być może tęsknił za dawnymi chwilami, być może wielokrotnie marzył o tym, by odwrócić kolej rzeczy, naprawić błędy i sprawić, żeby Margaux nigdy nie odeszła - ale gdyby to zrobił, znajdowałby się teraz w kompletnie innym punkcie. Kto wie, być może wcale nie lepszym?
- Całe tuziny rad - przytaknął z (parodiowanym?) zaangażowaniem, obracając pustą szklankę w dłoni. Nagle spoważniał, wpatrując się w strukturę szkła. - Nie garb się. Usztywnij nadgarstek. Słuchaj się ojca. Nie podważaj słów przełożonego. Pamiętaj o dobru rodziny. Mógłbym długo wymieniać. - Ale czy kiedykolwiek umiał bezboleśnie ugiąć kark, dostosować się do próśb i rozkazów bez choćby najmniejszego grymasu przemykającego przez pokrytą mapą piegów twarz?
Mógł tylko dalej obracać szklankę w dłoni, wbijać palce w jej gładką powierzchnię i wpatrywać się w zmąconą powierzchnię Tamizy, coraz mocniej odczuwając kąsający chłód zimnego powietrza. Pewnie powinni już wrócić do rzeczywistego świata, przestać bawić się z odpowiedzialnością w kotka i myszkę - te słowa zatańczyły mu na języku, już rozchylał wargi, by zaproponować wstanie z tego przeklętego błota i ruszenie dalej, by zmierzyć się z trudnościami życia, kiedy Selina odezwała się znowu, tym samym zamykając mu usta.
- Tylko wodą z rzeki - mruknął z lekkim niezadowoleniem, przyglądając się krytycznie szklance; gdy chwilę później patrzył na bezradność malującą się w oczach towarzyszki, coś go ukłuło. - Nie wiem - rzucił beztrosko i względnie radośnie w odpowiedzi na retoryczne pytanie, jakby zachęcając ją, by mówiła dalej. Nie protestował, gdy poczuł, jak szklanka wymyka mu się spomiędzy palców i z dziwną troską odbijającą się w spojrzeniu patrzył, jak panna Lovegood unosi naczynie. Słuchał uważnie. W milczeniu. I dopiero po chwili zdał sobie sprawę, że obserwuje, jak Selina pęka - rozpada się na jego oczach; może to tylko złudzenie, a może rzeczywiście w kącikach zielonkawych oczu zatańczyły łzy, może naprawdę zadrżał jej głos, może przeszedł ją dreszcz. Poczuł potrzebę, żeby jakoś ją pocieszyć, a świadomość, że nie ma pojęcia, jak, wpędziła go w panikę. Nie obejmie obcej kobiety. Nie powie, że wszystko będzie dobrze, skoro doskonale wiedział, że wcale nie będzie. - To było równie patetycznie - powiedział z pozoru lekko, ale nie odrywał od Seliny wzroku, upewniając się, czy ta zaraz nie zatopi twarzy w błocie i nie zacznie żałośnie płakać - nawet teraz nie wiedział, jak się zachować, co powinien zrobić w tak ekstremalnej sytuacji? - co prawdziwe.
A tobie jak często pierzchły usta z pragnienia, Garrett?
- Ale wbrew pozorom wodą łatwiej zwilżyć usta niż alkoholem - dodał tylko dlatego, że coś dodać musiał, nie siląc się nawet na to, żeby jego morał zabrzmiał przekonująco; i bez tego wykazywał się niezwykłą hipokryzją. Ostrożnie wyjął szklankę z dłoni Seliny, przez chwilę zastanawiając się, czy rozbicie naczynia o pobliski murek nie byłoby oczyszczające i symboliczne (jaka to niezwykle trafna metafora pożegnania się z demonami, Weasley, gratuluję kreatywności), ale resztki przyzwoitości podpowiadały mu, że wypadałoby kiedyś oddać tę przeklętą szklankę do baru, z którego przypadkiem ją zabrał.
Nie zareagował, gdy padło pierwsze pytanie. Drgnął lekko dopiero wtedy, gdy doszło go drugie, ale wziął kilka niespiesznych oddechów, którym akompaniował zgiełk nieodległego miasta, zanim w ogóle odważył się otworzyć usta. - Raczej przeciwko czemu niż komu - wzruszył ramionami, nie wiedząc już, czy mówi prawdę, czy kłamie. Och, jak nienawidził momentu, w którym linie zacierały się, a on zaczynał kroczyć po niestałym gruncie, niepewien, czy może komukolwiek zaufać. Nawet sobie samemu. - Wiesz, podobno nic nie dzieje się przez przypadek - powiedział nagle, choć kobieta nie miała prawa zauważyć związku z poprzednimi słowami. - Uważam to za kompletną bzdurę, ale czasem lubię ją sobie powtarzać, bo dzięki temu czuję się lepiej z decyzjami, które podjąłem w przeszłości. - I kolejny oddech. Drugi. Trzeci. Spojrzenie wbite w ciemną powierzchnię rzeki. Czuł, że znajduje się na granicy całkowitej trzeźwości i nieszczególnie podobał mu się ten stan. - Wojna wisi w powietrzu, Selino - rzucił, bo wraz z klarownymi myślami powróciło do niego imię kobiety, z którą rozmawiał. Bliskiej kuzynki Harriett. Zawodniczki Os. Osoby, która - zdawałoby się, że wieki temu - pomogła mu ratować Zaima, choć z perspektywy czasu nie miało to żadnego znaczenia. - Na kość psidwaka, znowu grzęznę w błocie.
I tyle z patosu.


a gniew twój bezsilny niech będzie jak morze
ilekroć usłyszysz głos poniżonych i bitych

Garrett Weasley
Garrett Weasley
Zawód : auror
Wiek : 29 lat
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Kawaler
żyjąc - pomimo
żyjąc - przeciw
wyrzucam sobie grzech niepamięci
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
alejka - Alejka nad brzegiem rzeki - Page 3 Tumblr_o0qetnbY2m1rob81ao9_r1_250
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t597-garrett-weasley https://www.morsmordre.net/t627-barney#1770 https://www.morsmordre.net/t12082-kronika-towarzyska#372204 https://www.morsmordre.net/f112-st-martin-s-lane-45-3 https://www.morsmordre.net/t2785-skrytka-bankowa-nr-122#44963 https://www.morsmordre.net/t975-garrett-weasley#5311
Re: Alejka nad brzegiem rzeki [odnośnik]17.01.16 19:36
Potrafiła zrozumieć i przyjąć do siebie, że cierpieli z podobnego powodu. Był skrzywiony w ten sam sposób. To było takie wygodne, móc wysiąść na chwilę z kołowrotka. Bo zatrzymała się, poświęcając chwilę na kontemplację jego rany. Odsłonił się przed nią krótkim stwierdzeniem. Nie wciskała jednak palców w jątrzące się miejsce, a jedynie przyglądała mu się z pewną fascynacją. Czy w jej twarzy odbijały się te same emocje co w jego? Czy też zwykła przemilczeć większość rzeczy, jedynie cicho eksplorując swojego rozmówcę, by samemu się zbytnio nie odkryć? Dzisiejsza noc była takim okrutnym wyjątkiem. Bez żadnego zawahania obnażyła się niemalże cała. Jej kompletnie przypadkowy rozmówca miał wątpliwą przyjemność obserwować, jak wyłaniała się zza swojej mocarnej twierdzy. Czy nie wyglądała krucho w porównaniu z tą konstrukcją, którą wokół siebie zbudowała? I pomyśleć, że jedna, prosta rzecz, która uległa w niej destrukcji, jakby stanowiła podwaliny całego układu. Serce. Czy faktycznie tak wypierany organ musiał być tym najniezbędniejszym? Sama wycięłaby sobie je z klatki, jeśli nie oznaczałoby to jednoczesnego przemijania ze skutkiem natychmiastowym.
Altruizm. Ile razy wyśmiewała podobną bezinteresowność? Czy to nie było kłamstwem? Czy naprawdę bez gwarancji rekompensaty włożonego wysiłku podjęłoby się go jeszcze raz? Czy heroiczne czyny nie poszukiwały poklasku? Czy księżniczka nie była ratowana z wieży dla jej ręki? Pieśni pochwalnych? Z powodu samotności, którą mogła wypełnić swoją obecnością? Z bardziej egoistycznej rozkoszy, którą zapewniało kobiece ciało? Czy to wszystko nie sprowadzało się do pobudki, która kierowała człowiekiem? Nie wierzyła, by ktoś postawił kropkę po zdaniu: "chcę pomóc". Zawsze istniało: bo. I większość powodów opierała się na jednostce, która biegła w epicentrum wydarzeń. Selina robiła to dla poklasku. Dla zainteresowania, które się wokół niej budziło. Nie dorabiała sobie ideologii. Jej męstwo może i było kolejnym pomnikiem dla jej samej, które miało ją wyróżniać z tłumu. Szarość była w końcu okrutną przywarą. I... tu zawsze chodziło tylko o nią, nawet, jeśli w proces były zaangażowane inne osoby. Bądźmy ze sobą szczerzy. Choćby aurorzy. Ilu z nich wstępowało na tą drogę z chęci zemsty? Chcieli zmieniać świat. Ale w tym komunikacie zawsze było ukryte ja. I cóż z tego, że obdzierała piękno i szlachetność z najczystszych czynów? Ofiarność nie istniała. Po prostu.
Kilka lat wstecz przeniosłoby dla niej góry. Mogłaby jeszcze raz przeczytać te same książki. Poznać ludzi. Czy miało znaczenie jakich, skoro miałaby przy sobie tą jedną, najważniejszą osobę? Czy po zdobyciu celu, cokolwiek innego było ważne? Czy żałowałaby, że nie upiła się jednego wieczora nad Tamizą, by przeprowadzić najżałośniejszą konwersację w całej swojej życiowej karierze? Czy to wszystko miałoby szansę wydarzyć się ponownie? A może bieg historii byłby nie do powtórzenia? Może miałaby szansę żyć w innych czasach, bez widma wojny nad głową? Zresztą, czy miłość nie będzie jej wtedy wystarczać nawet za uczucie bezpieczeństwa?
Bezcelowość. Nic nie miało teraz sensu. Nie było nadziei, mimo że jedna właśnie naprzeciw niej siedziała. Uosobienie światełka w tunelu. Czy dlatego tak naiwnie do niego lgnęła, odsłaniając się ze swoich trosk? Ale przecież nie mogła czuć, że ktoś tak istotny dla najbliższych miesięcy będzie kontemplował z nią nocne krajobrazy. Po prostu obdarzyła cieniem marnego zaufania przypadkową osobę. Zresztą i tak nie miało znaczenia kto jej teraz słuchał czy oglądał. Jutro i tak nie będzie niczego pamiętać, prawda? Oprócz zmieniacza czasu, chciałaby jeszcze wymazywacz pamięci. A może dobrowolnie powinna zgłosić się do amnezjatora? Czy to odbierze jej ból?
Parsknęła śmiechem, odwracając wzrok. Nie mogła na niego patrzeć, gdy przypominała sobie upomnienia, które zarzucano na jej karb. Słuchaj się matki. Nie wychodź sama. Na litość boską, Selina, wyprostuj się! Uważaj na język! Nie waż się tak odzywać do profesora! Nie daj się sprowokować. Nie przejmuj się nią.
-Zawsze najbardziej lubiłam te ze szkoły.-wspomniała z rozbawieniem, z ulgą uczepiając się tego tematu.-Po mojej matce nie byłam przyzwyczajona do restrykcji. A ilość zdań zaczynających się od "Panience nie wypada..." mogłabym zliczyć w setkach.-wygięła usta w kolejnym uśmiechu, rozciągając je szerzej, by powstrzymać śmiech.
Czy to nie dowodziło szaleństwu, że śmiała się w takiej chwili? Powinna przybrać powagę i nadać wyrazowi twarzy lekkiej kwasowości na wspomnienie nałożonych wymagań? Owszem, nie cierpiała ich. Była jednak typem buntownika, a nie męczennika, który pasywnie godził się na wszystko. Uciekanie przed odpowiedzialnością była jej specjalnością. Przed uczuciami. Przed wszystkim. Była zbiegiem własnego życia. I spoważniała nagle w tym momencie, jakby w jednej chwili odcięła źródło poprzedniej wesołości. Zgubiła ją nagle, doszczętnie, i znów zagłębiła się w rozpaczy.
Gdy zakończyła swoją przemowę na temat pustej szklanki, zatrzymując się na moment, by popatrzeć na rudego towarzysza, zamarła. Dała mu skomentować swoje słowa, nie potrafiąc nawet zamknąć własnych ust, które dalej były uchylone, jakby chciały się wylać z niej kolejne zdania. Bała się, że jakikolwiek ruch zachwieje jej równowagą i za chwilę - faktycznie - może rzucić się w błoto z rykiem. Może to ostatki dumy ją powstrzymały przed ostatecznym aktem rozpaczy i otrzeźwienie, że dała się obcej osobie zobaczyć z tak słabej strony. Nie potrafiła jednak w jednej chwili zdmuchnąć tego dramatycznego przedstawienia. Nie umiałaby teraz udać, że to nie było szczere i tego wykpić. Nie była również zdolna do tego, by spłoszyć się jak sarna z tego powodu. Alkohol zbyt dobrze ją znieczulał, by miała dostrzegać wszystkie kąty tej sytuacji. Więc po prostu trwała w tej emocji przez kolejne kilkanaście sekund, na skraju wybuchnięcia płaczem, wpatrując się w aurora, który również trwał w bezruchu, sparaliżowany własną bezradnością. Mrugnęła, gdy zadał to retoryczne pytanie. Nie odpowiedziała. Zaczęła obserwować jak z ostrożnością odejmuje jej szklankę z dłoni.
-Nie.-powiedziała dopiero później, gdy szklanka wylądowała już na ziemi.-Łatwiej jest z alkoholem, Garrett.-dokończyła swoją myśl, tym samym, patetycznym, choć cichym głosem. O wiele prościej było upijać się trunkami niż zwykłą wodą. Zaspokajać pragnienia, których się nie da ukoić, ognistą whisky. Bo ona dawała złudzenia. Zacierała granice.
Wydała z siebie westchnięcie. Odwróciła spojrzenie, patrząc w kierunku rzeki. Ciągnęła za sobą korowód jesiennych liści, które zwróciły uwagę kiepskiej obserwatorki. Poczuła się przygnieciona tematem, na który teraz weszli. Objęła więc ciasno swoje kolana ramionami, odpuszczając sobie już wyprawy po dodatkowe ilości alkoholu.
-Za każdą ideą stoi człowiek, Garrett.-odpowiedziała mu pozornie zrelaksowanym głosem, po raz pierwszy wykazując się jakąkolwiek dojrzałością. Lovegood rzadko dawała świadectwu temu, że jednak miała trochę lat na karku i kilka rzeczy zdołała już przeżyć. I wiedziała, że wojna zawsze zabiera żniwa wyrażone w jednostkach ludzkich.-Więc z kim chcesz walczyć? Jakie hasła zaburzają spokój?-zapytała, zwracając wzrok w jego stronę. I zamilkła, gdy zaczął mówić o przypadku. W przeciwieństwie do niego, ona wierzyła w tą oklepaną prawdę. Mimo wszystko. Jasne, posiadasz los we własnych rękach, ale... Och, skąd te filozoficzne wywody?-Co ma przypadek do decyzji?-zapytała, bo skoro już wyszła na te głębie, to postanowiła je zbadać. Poza tym nie mogło się to nie wydawać intrygującym związkiem. Co on takiego zrobił co związało te dwie rzeczy?
Wzdrygnęła się. Nie tylko na wydźwięk powtórzonej frazy, ale także na usłyszenie własnego imienia.
-Nie przedstawiałam ci się.-zaprotestowała, chwytając się tego zupełnie nieistotnego szczegółu. Pozornie. Lubiła tą anonimowość. On był Garretem, którego nazwiska teoretycznie nie znała. A ona była oną niewiadomą. Ale skoro znał jej imię, mimo że sama mu go nie powtarzała... Zdmuchnął tą intymną atmosferę z niewiarygodną okrutnością.
-Spodziewasz się luksusów na wojnie?-z jej ust wybrzmiała pierwsza kpina tego wieczoru.




I care for myself.
The more solitary, friendless, unsustained I am,
the more I will respect myself.
Selina Lovegood
Selina Lovegood
Zawód : ścigająca Os, naczelna zołza, bywalczyni kolumn Czarownicy
Wiek : 31
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna
pride
will be always
the longest distance
between us
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarownica
alejka - Alejka nad brzegiem rzeki - Page 3 ANUtJXt
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t986-selina-lovegood#5480 https://www.morsmordre.net/t1028-alfred-wlasnosc-seliny-lovegood#5823 https://www.morsmordre.net/t12082-kronika-towarzyska#372204 https://www.morsmordre.net/f133-queen-elisabeth-walk-137-2 https://www.morsmordre.net/t3514-skrytka-bankowa-nr-290#61348 https://www.morsmordre.net/t1131-panna-lovegood
Re: Alejka nad brzegiem rzeki [odnośnik]28.01.16 1:06
Być może miała rację, nie wierząc w altruizm; sam nie wiedział, co powodowało każdy jego gest, skąd czerpał siłę, by tak jawnie sprzeciwiać się wszystkiemu, co znane, zbadane, względnie bezpieczne. Bo łatwiej było stać z boku, martwić się wyłącznie o siebie - jako przedstawiciel szlachty (wojny odebrały jego rodzinie majątek, ale nie tytuły) miał niemal gwarancję, że nie stanie mu się żadna krzywda.  Owszem, Grindelwald stanowił zagrożenie, ale wciąż zapominano, że do tej pory opanował wyłącznie Hogwart i nie ukazywał znaków, jakoby miał zamiar w najbliższym czasie przejąć władzę nad całym magicznym światem. Mimo tego Garrett się bał, a strach potęgowały słowa, jakie usłyszał kilka miesięcy temu z ust, które nie powinny już nigdy się otworzyć.
Robił to wszystko, bo na barkach ciążyła mu odpowiedzialność. Bo nie wyobrażał sobie zlekceważenia zaufania, jakim obdarzył go Dumbledore. Jakim obdarzyli go wszyscy najbliżsi. Bo bał się o rodzinę, o przyjaciół, bał się o siebie. Bo nie mógł pozwolić, żeby jego dzieci - bo kiedyś przyjdzie na nie pora, prawda? - miały dorastać w świecie, nad którym wisiało widmo wojny, by pobierały nauki w szkole, którą rządził terror.
Wszyscy powtarzają, że cel uświęca środki. Może tak samo jest z intencjami?
- Panience na pewno nie wypada tonąć w błocie nad brzegiem rzeki - uśmiechnął się krzywo, patrząc w dal. - Ani rozmawiać z nieznajomymi. Wiesz, mogę być niebezpieczny - parsknął cicho, rozbawiony kolejnym żałosnym i wyjątkowo nieśmiesznym żartem. Nie odrywając spojrzenia od nieokreślonej przestrzeni, zmarszczył lekko czoło i niespiesznym ruchem poprawił włosy nieporadnie związane w krótkiego kucyka.
Wreszcie przekręcił głowę tak, by bez większego wysiłku zerknąć na towarzyszkę niedoli i jeszcze raz wykrzywić usta w bladym, poniekąd uspokajającym uśmiechu. Zdawało mu się, że jego mimika miała przygotowane wyrazy na wszystkie możliwe okazje. Uśmiech pogrzebowy, uśmiech zwycięstwa, smutny uśmiech, ciepły uśmiech, pocieszający uśmiech, uśmiech zrozumienia, krzywy uśmiech, niepewny uśmiech. Można pokusić się o stwierdzenie, że składał się głównie z burzy rudych fal, konstelacji piegów, paru garści krnąbrności, miarki mało zabawnych gier słów i tych przeklętych uśmiechów, które należało liczyć w tuzinach.
Może mógłby powiedzieć, że zapijanie smutków jest pójściem na łatwiznę, że powinni radzić sobie z nimi w inny sposób, bardziej godny dorosłych, pozornie racjonalnych ludzi, którzy zabawiali się w opokę dla najbliższych.
Ale, jak widać, nawet skały czasem się kruszą.
A kiedy już kruszą, to doszczętnie - niszczeją, mając potem problem z zebraniem się w całość. Przecież widział, jak Selina pęka, a mimo to nigdy nie podejrzewałby jej o bycie słabą. Sam najpewniej wyglądał teraz podobnie: słabo, desperacko, jak szmaciana lalka tuż przed rozerwaniem się na strzępy. Ale oboje nie mogli sobie na to pozwolić; strach wywietrzeje razem z zapachem alkoholu, który teraz wypalał im usta. Nie znał jej, nie widział jej demonów, a jedynie ich cienie grasujące w zmęczonych tęczówkach i rozpychające źrenice. Jednak nie musiał słuchać długich, wylewnych historii, by rozumieć i przyjąć wszystko pełnym akceptacji milczeniem.
Więc milczał dalej, po części dlatego, że nie miał czego dodać, a po części dlatego, że zawsze wolał słuchać. Wiele osób mu ufało (choć nie był pewien, czy nie bezpodstawnie), nie zliczyłby sekretów, którymi się z nim dzielono. Kto wie, może działał jak magnez na troski? Poszerzył uśmiech, choć tym razem nie był wesoły, a w jasnych oczach nie zatańczyły iskierki rozbawienia. - To długa historia - odpowiedział na wszystkie pytania trzema znienawidzonymi słowami (prawie tak okropnymi jak nieszczere ja ciebie też), niewiele mijając się z prawdą. Bo rzeczywiście była to długa historia. Bardzo długa, nieco skomplikowana i taka, która powinna pozostać nieujawniona.
- Racja, nie przedstawiłaś się - rzucił lekko, jakby w ogóle nie usłyszał jej oburzenia. Ale czy miało to jakiekolwiek znaczenie? Słowa zostały wypowiedziane, a jutro, kiedy alkohol ostatecznie wyparuje z ich krwi, odwrócą wzrok, kiedy dostrzegą się w anonimowej, szarej masie tłumu. Zabawne, jak funkcjonuje ludzki umysł - oszukuje sam siebie, odpychając myśl, że lekkomyślnie zgodził się komuś zaufać. Chce udawać, że nic się nie stało, że to tylko sen, że pijackie wyczyny nie odnajdują odzwierciedlenia w rzeczywistości.
- Nie przywykłem do luksusów. - I zaraz się podniósł, krytycznym, prawie trzeźwym spojrzeniem zerkając na obłocone nogawki spodni. Weasley w naturalnym środowisku, przeszło mu przez myśl, gdy z ironią unosił jeden z kącików ust. Ale zaraz powrócił wzrokiem do swojej nowej znajomej, która z tej perspektywy wyglądała jeszcze żałośniej, niż zdawało mu się na początku. - Chodź, zanim na stałe wsiąkniesz w to błoto - i wyciągnął w jej stronę dłoń, choć był to raczej niezobowiązujący gest.
Pozwolisz sobie pomóc ten jeden raz, Selino?


a gniew twój bezsilny niech będzie jak morze
ilekroć usłyszysz głos poniżonych i bitych

Garrett Weasley
Garrett Weasley
Zawód : auror
Wiek : 29 lat
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Kawaler
żyjąc - pomimo
żyjąc - przeciw
wyrzucam sobie grzech niepamięci
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
alejka - Alejka nad brzegiem rzeki - Page 3 Tumblr_o0qetnbY2m1rob81ao9_r1_250
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t597-garrett-weasley https://www.morsmordre.net/t627-barney#1770 https://www.morsmordre.net/t12082-kronika-towarzyska#372204 https://www.morsmordre.net/f112-st-martin-s-lane-45-3 https://www.morsmordre.net/t2785-skrytka-bankowa-nr-122#44963 https://www.morsmordre.net/t975-garrett-weasley#5311

Strona 3 z 31 Previous  1, 2, 3, 4 ... 17 ... 31  Next

Alejka nad brzegiem rzeki
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach