Wydarzenia





 
IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Napisz nowy temat   Ten temat jest zablokowany bez możliwości zmiany postów lub pisania odpowiedziShare | 
 

 Constantine Ollivander

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość
Constantine Ollivander
avatar

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
http://www.morsmordre.net/t5068-constantine-ollivander http://www.morsmordre.net/t5083-stosik-kostka#110212 http://www.morsmordre.net/t5085-invictus-maneo#110272 http://www.morsmordre.net/f207-lancashire-silverdale-posiadlosc-ollivanderow http://www.morsmordre.net/t5081-constantine-ollivander#110205
Badacz i ilustrator flory magicznej
21
Szlachetna
Kawaler
Now I know I've got a heart because it is breaking.
20
10
0
0
0
0
5
10
Jasnowidz
przeklęty, wrażliwy rycerz

PisanieTemat: Constantine Ollivander   27.07.17 22:38


Constantine Lancelot Ollivander

Data urodzenia: 27 II 1935r.
Nazwisko matki: Greengrass.
Miejsce zamieszkania: Silverdale w hrabstwie Lancashire.
Czystość krwi: Czysta szlachetna.
Status majątkowy: Bogaty.
Zawód: Badacz i ilustrator flory magicznej. W wolnym czasie zajmuje się projektowaniem wyglądu nowych różdżek.
Wzrost: 1,88 m.
Waga: 81 kg.
Kolor włosów: Ciemnobrązowe.
Kolor oczu: Piwne.
Znaki szczególne: Smutne oczy, łagodny uśmiech | Wysoki i szczupły | Ciemne, gęste włosy, które ciężko doprowadzić do ładu | Długie rękawy, okrywające blizny i zadrapania na jego przedramionach, pozostałości po zmaganiach z klątwą Ondyny oraz po pracy przy kolczastych roślinach | Często nosi rękawiczki, w obawie, że kogoś przypadkiem dotknie.


— Co czytasz?
Było już późno, krótsza wskazówka podstarzałego zegara, który od pokoleń zajmował honorowe miejsce w bibliotece Ollivanderów, zbliżała się do północy. W ich wzniosłej posiadłości od co najmniej dwóch godzin panowała absolutna cisza, przerywana jedynie odgłosem przewracanych stron książki. Pozostawanie w tym pokoju do późna powoli stawało się jednym z nawyków Ulyssesa. Oczywiście, nikt z jego młodszego rodzeństwa o tym nie wiedział, ponieważ o tej porze już spali. A przynajmniej tak mu się wydawało.
Zaskoczony podniósł głowę, obracając się w stronę głosu. W drzwiach ujrzał małego chłopca w pidżamie z poczochranymi od snu włosami. Constantine. Uspokojony, wrócił do poprzedniej pozycji. Za sobą usłyszał kroki zbliżającego się do niego brata.
.....— Legendy arturiańskie. Fikcja. — Ostatnie słowo dodał z pewnym przekąsem. — Opowieści o królach, rycerzach okrągłego stołu, księżniczkach i czarodziejach.
Mały chłopiec zaczął już ładować się na kolana starszego brata, nawet jeśli wcale nie było tam tak wiele miejsca. Wydawał się rozbudzony, do tego uśmiechał się szeroko.
.....— Poczytasz mi? — wyszczebiotał.
Ulysses westchnął zrezygnowany i ostentacyjnie przewrócił oczami. Poprawił jednak malca, sadzając go na podłokietniku fotela, po czym zaczął:
.....— Właściwie to odziedziczyłeś drugie imię po jednym z tych rycerzy…
I tak rozpoczęła się fascynacja Constantine’a walką dobra i zła, rycerskimi zwyczajami oraz ratowaniem świata.


rozdział 1
Rycerz wyrusza odziany w stal
na koniu w szumiący świat;


Urodził się odrobinę za późno. W zasadzie to też ledwo zdążył z przyjściem na świat w przedostatnim dniu lutego, ale nie wystarczająco wcześnie by zdążyć na czas. Rozminął się ze swoimi wielkimi marzeniami. Nie jemu było dane odkrywać nowe lądy na statkach ani wynaleźć druk, nie on miał oswoić pierwszego smoka, nie on nazwał najjaśniejszą z gwiazd. Coś go zatrzymało, był potrzebny gdzieś indziej, może się zagapił. Los już jednak rozłożył swe karty i było za późno.
..........W tym świecie nie było miejsca dla bohaterów.
..........A nawet gdyby, nie on zajmowałby to stanowisko. Przypadało ono silnym, dzielnym rycerzom, którzy mogli pędzić na koniach przez doliny i góry przez dnie bez ustanku aż dopięli swego. Constantine mógł co najwyżej siedzieć na widowni. Był wadliwy. Można powiedzieć przeklęty. I chociaż jego rodzice mieli nadzieję, że ich drugi syn wywinie się z rąk choroby genetycznej, która uparła się zapuścić korzenie w ich rodzinie, była ona płonna. Jak się miało okazać, nie było to jedyne przekleństwo z jakim miał się zmagać w przyszłości.


Jego pierwsze wspomnienia miały kolor zielony. Przypominały mu dotyk soczystej szmaragdowej trawy, muskającej jego bose stopy, wabiły go szumem liści i zapachem mięty. Równie dobrze mógłby się urodzić jako leśny elf albo wesoły lis, tak bardzo lubił biegać po terenach otaczających ich posiadłość w Lancashire i odkrywać coraz to nowe polany, ścieżki, kryjówki. Nawet zanim ogłosił się rycerzem, jego dusza już rwała się do przygód i podbojów. Potrafił wypowiadać wojnę falom, rozbijającym się o kamienie na plaży w zatoce Morecambe, kiedy te pochłaniały jego zamki z piasku. Wspinał się na drzewa w poszukiwaniu dziupli, w których mieszkały ptaki i wiewiórki, aż pewnego dnia usłyszał, że ogromny dąb plotkuje z rosnącym nieopodal krzakiem dzikich malin na temat jego zachowania i zrobiło mu się wstyd, więc pozostawił biednych mieszkańców lasu w spokoju. Takie oraz inne metody stosowali Marcus i Odetta, aby nauczyć syna szacunku do przyrody, jaki przystoi Ollivanderom.
Miał akurat to szczęście urodzić się trzeci. Oznaczało to, iż zawsze miał się do kogo zwrócić, jeżeli nie miał ochoty rozmawiać z rodzicami oraz, przede wszystkim, miał swoich towarzyszy zabaw. Od najmłodszych lat chciał być tam, gdzie Ulysses i jego droga siostra. Krok w krok podążał za starszym bratem, starając się stawiać stopy idealnie w jego ślady. To on opowiadał mu o drzewach, a robił to w taki sposób, jakby przedstawiał mu najcenniejsze sekrety świata. Na swoje wyprawy ciągał siostrę, która czasem niechętnie go pilnowała, dopóki nie ogłosił jej swoją księżniczką i nie przekonał do odgrywania roli damy w jego fantazjach. Swoim entuzjazmem oraz uporem przekonał do siebie wszystkich mieszkańców ich dworku. Do tego stopnia, że ich kucharka, pani Murray, zemdlała na wieść o jego zaginięciu. Może były znaki, które powinny ich zaniepokoić, tego pięknego, słonecznego dnia pod koniec czerwca 1939r. Kiedy wstał rano jakiś zmęczony, dziwnie kaszlał przy obiedzie, a także mało się odzywał, mimo że zazwyczaj jego śmiech i podekscytowany głos rozbrzmiewały w każdej części domu. Jednak był tylko dzieckiem, jeszcze dorastał, rozwijał się, zmiany charakteru czy nastroju nie powinny być niczym osobliwym. Poza tym zawsze ktoś go pilnował, Constantine nie lubił być sam, tym razem jednak oddalił się w pogoni za niesamowitym, błękitnym motylem — takiego okazu nigdy jeszcze nie widział — i zniknął z oczu guwernantce, która zajrzała na moment do domu, by przynieść mu chłodną lemoniadę. Zaraz ruszyła w las, wykrzykując jego imię, jednak do odnalezienia go potrzeba było mobilizacji wszystkich obecnych w Silverdale. Znaleźli go jego rodzice, stosunkowo niedaleko od domu, nieprzytomnego z głową opartą o leżący na ziemi pień i rączkami ściskającymi trawę. Z daleka wyglądał anielsko, spokojnie, jakby tylko na chwilę się zdrzemnął i miał za chwilę otworzyć oczy. Z bliska widać jednak było widoczne ślady zadrapań na lewej ręce i w okolicy gardła chłopca. Odette przeraziła się, że jej synek nie żyje, mogli jednak usłyszeć rzadkie, krótkie, chrapliwe oddechy, które wydawał, a jego klatka piersiowa unosiła się nieznacznie. Uzdrowiciel został natychmiast wezwany i bez większych trudności stwierdził, że był to atak klątwy Ondyny spowodowane zapewne stresem, kiedy czterolatek zorientował się, że się zgubił. Został przepisany specjalny ziołowy napar, Constantine obudził się jeszcze w trakcie, gdy lekarz przebywał na terenie posiadłości, więc poproszono go, by sam wyjaśnił chłopcu, co się z nim działo. Młodszy syn zawsze chciał być odpowiedzialny i niezależny, na pewno więc sam poprosiłby specjalistę o przekazanie mu szczegółów, nawet jeśli większości z nich nie rozumiał. Pod koniec spotkania, kiedy starszy mężczyzna miał już wychodzić, jego pacjent powiedział mu, że klucz spadł za łóżko, gdy podczas snu uderzył ręką w szafkę. Pan Martin zatrzymał się z ręką na klamce, oniemiały. Tydzień temu zgubił klucz do swojej skrytki w gabinecie w Szpitalu Św. Munga i ponieważ technicznie rzecz biorąc trzymał tam kilka rzeczy, które nie powinny się tam znaleźć, zwlekał z poinformowaniem o tym odpowiedniego personelu. Ale skąd chłopiec to wiedział? Jak..? Był to pierwszy przebłysk jasnowidzenia, a także pierwszy sygnał, że najmłodszy Ollivander posiadał zdolności magiczne.
Uzdrowiciel nikomu o tym nie wspomniał, Constantine również, ponieważ nie uważał tego za nic niezwykłego. Jeśli pamiętał swoje sny, często okazywały się one prawdziwe również na jawie, nawet jeśli dotyczyły tylko drobnych rzeczy — na przykład jaki kolor sukni założy dziś jego matka albo że ojciec strąci filiżankę podczas obiadu. Dopiero, kiedy zaczął wtrącać do rozmów dziwne porady typu „niech pan lepiej uważa na Pokątnej, gdy będzie pan kupował eliksir” albo „pani matce nie spodoba się ten wazon jako prezent urodzinowy”, rodzice zaczęli go podpytywać dlaczego opowiada ludziom takie rzeczy. Chłopiec był zdziwiony. Czy oni nie miewali takich przeczuć? Czy nie zdarzało im się zaglądać za kurtynę czyjegoś życia, gdy ich dotykali? Dowiedział się, że nie. Marcus i Odetta nie byli pewni jak interpretować jego jasnowidzenie. Nie było to coś, co by pojmowali. Wystawało również ponad ramy ich logicznie myślących umysłów. Przywodziło im na myśl wróżbiarstwo, czym może nie gardzili, ale traktowali to jako coś drugorzędnego, pozostającego w tyle za innymi dziedzinami magii. Chcieli jednak jakoś pomóc, więc w ciągu najbliższych lat starali się zasięgnąć porady zarówno u rozmaitych magipsychiatrów jak i uzdrowicieli, ale nikt nie potrafił mu wyjaśnić dlaczego akurat on posiadł ten dar, jak go kontrolować ani co właściwie oznaczał. Jego przypadłość wydawała się jednak niegroźna, a przy przyjmowaniu ziół, które pomagały z klątwą Ondyny, wizje występowały dość rzadko. Skończyło się na tym, że powiedzieli chłopcu żeby powstrzymał się od ogłaszania każdego swojego przeczucia przy gościach i gdyby zobaczył coś niebezpiecznego, powinien im to oznajmić.

rozdział 2
a w świecie jest wszystko:
jest dzień i jest dal,

Był taki łagodny. Dopiero pod koniec okresu dojrzewania, wyrósł na wysokiego mężczyznę. Kiedy był dzieckiem, zanim jeszcze pociemniały mu włosy, był taki mały, taki delikatny! Wyglądał jak skrzat, siedząc przy pianinie i próbując coś zagrać drobnymi rączkami. Jeszcze zanim nauczył się czytać, uwielbiał przeglądać książki i atlasy z bogatymi ilustracjami, ale musiał układać ogromne tomy na podłodze, bo siedząc przy stole nie widział stron, a ciężko mu było utrzymać je w dłoniach, bo zza okładki ledwo wystawały mu loki jego czupryny.
..........Był taki wyrozumiały. Kiedy biegał i potykał się, nie płakał. Nauczył się, że jeżeli zbytnio się denerwował albo emocjonował, mógł dostać nagłych problemów z oddychaniem. Wybaczył losowi, że go na to skazał. Uśmiechał się delikatnie, gdy był zadowolony, swoje emocje wspaniale werbalizował. Rozumiał, iż nie powinien pokładać nadziei w zawodach wymagających nadmiernego wysiłku fizycznego. Nie mógł być aurorem ani treserem smoków. W porządku.
..........Był taki wrażliwy. Zakochał się w zwierzętach. Marzył, oczywiście, o białym koniu, tak jak przedstawiani byli jego ulubieni rycerze. Był za mały na niego, ale otrzymał szczeniaka, żeby mu zawsze dotrzymywał towarzystwa i bronił go od kłopotów. Pies był pomysłem Ulyssesa; trafił do malca zaraz po jego wypadku z klątwą Ondyny — żeby opiekował się Constantine’m, kiedy jego starszy brat był w Hogwarcie. Nazwali go Arondight, ponieważ tak, według legend, nazywał się miecz Lancelota. Imię zostało skrócone do Aron, ze względu na to, że wszyscy mieli trudności z jego wymową.


Jego dzieciństwo było przyprószone magią. Wystawała ona z każdego kąta w ich domu, emanowała z drzew w ich lesie i tkwiła w nich samych. Constantine wyróżniał się swoimi wizjami, ale to jeszcze nie był pierwszy przejaw, na który czekali jego rodzice. Nastąpiło to kilka miesięcy później i związane było z przywiązaniem do jego szczeniaka.
W puszczach często występowały dzikie zwierzęta. Myśliwi na nie polowali. Mały Ollivander widywał wiele razy jelenie i łanie, spacerujące po polanach, czasem wyglądały też poza obszar lasów i z ciekawością obserwowały ich posiadłość. Ogromny teren dookoła należał do ich rodziny, raczej nie mieli problemów z intruzami. Zdarzało się jednak spotkać starą, pozostawioną pułapkę na lisy czy niedźwiedzie, były jednak one skrupulatnie usuwane. Nie byli rodem, który krzywdziłby niewinne stworzenia, które przecież tworzyły imponującą część ukochanego przez nich krajobrazu. Podczas jednej z eskapad Constantine’a, niestety, jego czworonożny przyjaciel wpadł we wnyki. Przeraźliwy pisk sprowadził chłopca na miejsce. Niemal od razu rzucił się mu do pomocy, od razu też porzucając wszelką kontrolę nad emocjami i zalewając się łzami. Cienki metalowy drucik tylko mocniej się wżynał w małą łapkę, a chłopiec ze wszystkich sił próbował jakoś go rozerwać, uwolnić Arona! Guwernantka patrzyła na to przerażona, zbyt zszokowana sytuacją by coś zrobić. Wezwana Odetta dopiero po kilku minutach zjawiła się na miejscu, ale zanim wyciągnęła różdżkę — coś się stało. Wydawało się, że posypały się iskry, świst przeszył powietrze i nagle pułapka pękła! Constantine płakał w futerko swojego psa, nie zdając sobie sprawy, że właśnie użył magii.
Ollivanderowie byli rodem szlacheckim, przez co jego dzieciństwo było raczej zorganizowane. Zawsze coś się działo wokół niego, wokół jego sióstr i brata. Nie lubił stać w miejscu. Odpowiadał mu ten ciągły ruch i nawet obowiązki. Oczywiście, zwłaszcza na początku, nudziła go nauka etykiety, nazwisk, miejsc geograficznych, języki… Wyglądał wtedy tęsknie na zewnątrz, pragnąc znaleźć się pomiędzy drzewami, poczuć wiatr we włosach i uwolnić się z zamkniętych czterech ścian. Uwielbiał muzykę, wolał jednak jej słuchać niż ją grać. Z natury był jednak uprzejmy oraz uczynny, wypełniał więc sumiennie dane mu zadania, a w nagrodę otrzymał to, czego najbardziej na świecie pragnął. Rodzice załatwili mu lekcje szermierki oraz jazdy konnej. Było to dla niego najlepszą motywacją. Dzięki temu mógł spełniać się jako rycerz! Nawet jeśli takowym naprawdę nie był, lubił wsiadać na konia i odbywać na wycieczki po plaży czy po bardziej wydeptanych ścieżkach w lesie, spędzał godziny podziwiając krajobrazy, bogatą florę, wyciszając myśli. Wokół niego biegał jego ukochany pies, który urósł do rozmiarów niedźwiedziątka i przypominał wielką kulę śnieżną. Odkrył, że im więcej czasu spędzał w ten sposób odrywając się od rzeczywistości, tym rzadziej przychodziły wizje. Wysiłek fizyczny jednak zawsze wiązał z pewną dozą ryzyka. Matka ze ściśniętym gardłem obserwowała go na początku, wspominając dzień, w którym znaleźli go nieprzytomnego na polanie. Dopilnowała, aby ktoś nad nim czuwał i żeby lekcje były dozowane — nie wszystko na raz, bez pośpiechu, ostrożnie. Młody Ollivander rwał się do przodu, pragnął czuć wolność i swobodę w ruchach, ale rozumiał, że nie było mu to dane. Zamiast tego uczył się opanowania, trenował, a w miarę jak jego kondycja się polepszała, mógł chociaż odrobinę dłużej machać floretem, poczuć wiatr we włosach, siedząc na galopującym koniu i żyć. Jeżeli jednak jego instruktorom chociażby wydawało się, że ma problemy z oddychaniem, przerywano natychmiast i zabierano go z powrotem do domu, nawet w wypadkach, kiedy on sam się zapierał i próbował wyjaśnić, że wszystko jest z nim w porządku.
Żył od wakacji do wakacji, bo wtedy mógł spędzać najwięcej czasu z bratem. Nie było wyraźnego okresu, w którym ich relacje byłyby negatywne. Nie rywalizowali ze sobą — nie było takiej potrzeby — a różnica wieku była wielce sprzyjająca. Czasami Constantine wysypywał z siebie historię za historią, często się powtarzając lub wymagał za dużo uwagi, wtedy wystarczało jedno spojrzenie, a przywoływał się do porządku. Uśmiechał się, ale pozostawał cicho. Z czasem wypracował sposób, dzięki któremu mogliby ze sobą spędzać długie godziny, nawet jeśli Ulysses zajęty był swoimi badaniami. Malec siadał nieopodal i szkicował. Przedmiotami jego uwagi było wszystko, co go otaczało. Drzewa, niebo, ich posiadłość, nawet jego rodzeństwo i pies. Dopiero po latach okazało się, że rzeczywiście posiada talent i skupił się na ilustrowaniu roślin, które później opisywał używając skomplikowanych nazw łacińskich.
To było jedno z niewielu zajęć, które jako dziecko potrafił wykonywać w ciszy i pełnym skupieniu. Czytywał oczywiście książki — był to jego nawyk i nałóg — ale również cieszył się z aktywności, angażujących całą rodzinę. Z wielkim wyczekiwaniem wypatrywał chłodniejszych dni, kiedy mogli wybrać się na łyżwy, pomijając jego pierwszy raz, kiedy w ogóle mu nie wychodziło i więcej czasu spędził leżąc na tafli lodowej niż utrzymując się na niej. Próbował się wtedy nawet buntować, ale jego rodzeństwo nie dawało mu spokoju, łapiąc go, sprawdzając czy aby się zbytnio nie zmęczył i czy klątwa się nie odezwała. Nauczył się jeździć sam dopiero po długim czasie, po tym jak przejechał kilka kół trzymając swoją siostrę za rękę. Do wielkiej wprawy nigdy nie doszedł, przynajmniej jednak przestał czuć się niezręcznie, nie potrafiąc skręcić czy zahamować. Przypominał sobie, że to i tak wyczyn, liczył oddechy, a kiedy łapał się na tym, iż ta czynność pomaga mu w skupieniu, wszystko przychodziło mu łatwiej. Za to w cieplejsze pory roku, urządzał wielki wyścig polegający na tym, że zwyciężał ten, kto pierwszy wbiegł do wody. Jak można się spodziewać, nikt inny nie brał udziału w tych „zawodach” — rodzeństwo ustępowało swemu bratu, obserwując go z pobłażliwością i ciepłem w sercu. Za to jego rodzice próbowali go powstrzymać przed nagłymi zrywami, pamiętając o jego przypadłości. On zaś chciał być iskierką radości w ich życiu. Sam zawsze był optymistą, żył pełen nadziei. Nadziei… że nie wszystkie jego wizje się spełniają.
Nigdy nie stracił swojej kreatywności, nie wyzbył się swoich pomysłów. Wraz z dorosłością przemienił wesoły błysk, który rozpalał jego oczy, w ogniki smutku, jednakże jeszcze zanim do tego doszło, zanim nawet trafił do Hogwartu, zszedł trochę na ziemię. Trudno powiedzieć, że spoważniał, ale na pewno nabrał dystansu do siebie i do innych. Dotarło do niego, że nie wszyscy brali go na serio. Był młodszym synem, nie dziedzicem — poklepywano go po plecach ze współczuciem zanim jeszcze zrozumiał dlaczego; dzielił się ze wszystkimi swoimi ideami — zbywano go pustymi słowami i fałszywymi potwierdzeniami. Nie był głupi, widział, że przekroczył granicę; jego dziecięca naiwność przestała wszystkich oczarowywać. Wszedł wiek, w którym powinien zamienić książki o rycerzach w podręczniki, literaturę piękną i faktu. Gdyby tylko wiedzieli, gdyby tylko widzieli to co on widział!
W miarę jak dorastał, zaczął odkrywać, że miewa dwa rodzaje wizji. Jedne objawiały mu się w snach, drugie były krótkimi urywkami, migawkami z życia drugiej osoby, które następowały, gdy kogoś dotykał. Nie następowało to często, nie mógł tego kontrolować, ale po prostu się przyzwyczaił i traktował to jako przeczucia. Z jakiegoś powodu to, co pojawiało mu się przed „trzecim okiem” było związane z tematem szukania. Być może ktoś coś zgubił, gdzieś podążał. Raz, trzymając w ręku zegarek ojca, poczuł, że wie gdzie Marcus się teraz znajduje. Gdyby chciał, mógłby go znaleźć. Wszystko to występowało w dość łagodnej formie i rzadko widział coś, co było bardzo negatywne. Z tego co pamięta, w swoim życiu miał tylko jedną wizję związaną ze śmiercią. Zrozumiał ją nieco później. Znów, za późno. Jako jedyna nastąpiła zanim kogoś dotknął jak również poza światem snów.

Nie wiedział czy to był sen, czy to była jawa. Nad głową miał gwiazdy, mieniące się blaskiem, który oświetlał całe pomieszczenie. Ach, nie były to wcale ciała niebieskie, tylko brylantowy żyrandol. Pamiętał go. Czekał na coś, na kogoś? Tup, tup, tup. Przed sobą widział czyjeś duże buty, które nerwowo stukały obcasami przy każdym kroku. Ktoś cicho płakał. Kątem oka dostrzegał mężczyznę, który zatapiał twarz w swoich dłoniach. Ojciec? Spojrzał na swoje stopy, wydały mu się takie ogromne. Jedyne drzwi w tej komnacie — a może to był mały korytarz — otworzyły się i wyszedł z nich lekarz. Z pustymi rękami…

W rękach trzymał malutką Ophelię. Constantine zamrugał wielokrotnie, zastanawiając się czy to możliwe, że w takiej chwili zasnął? Jakie to nietaktowne. Popędził razem z resztą oczekujących, zobaczyć nową duszyczkę, która wróci z nimi do domu.

rozdział 3
jest wróg i jest druh
i jest bal wśród sal


Kiedy dowiedział się, że Hogwart to prawdziwy z a m e k, o mało nie spadł z krzesła ze szczęścia. Zdawał sobie sprawę, iż jest to szkoła dla czarodziejów, co również było ekscytujące, ale jak tylko dostanie list będzie mógł mieszkać na zamku jak prawdziwy rycerz! Miał pretensje do swojego starszego rodzeństwa za to, że nigdy wcześniej o tym nie wspomnieli. Jego reakcja przechodząca od euforii do nadąsania rozbawiła wszystkich przy stole, a on, cały w rumieńcach, uciekł do swojego pokoju, gdzie od razu zaczął się pakować.


Tylko jedna sowa wystarczyła, by dostarczyć mu wiadomość. Chyba był to jej pierwszy lot, bo przysiadła trochę z dala od niego, na murku i kiedy podbiegł do niej w podskokach, spłoszyła się i wzbiła w powietrze wraz z listem. Constantine otworzył szeroko oczy. Już godził się z myślą, że stracił szansę na naukę w Hogwarcie. Kiedy spuścił głowę, nagle coś go w nią uderzyło. Spojrzał w górę i wydawało mu się, że figlarny ptak macha mu skrzydłem na pożegnanie. Szybko zapomniawszy o początkowym rozczarowaniu, podniósł list z ziemi i pobiegł przekazać wieść rodzicom.
Niestety rozminął się z Ulyssesem i nie dane mu było uczęszczać z nim do szkoły w tym samym czasie. Dla osłody, mógł spędzić jeszcze rok z siostrą, zanim i ona opuściła mury Hogwartu. Miał czekać jeszcze na Ophelię, więc wizja rozłąki z rodziną nie była taka straszna. Dopóki mieli siebie, miał nadzieję.
Tylko nie Slytherin… prosił w myślach Tiarę Przydziału. Już widział, jak kapelusz przydziela go do domu Węża, jak dostaje krzykacza od rodziców, jak unikają jego wzroku jak powróci i mówią mu, że ma się wyprowadzić. Tiara wyraźnie powstrzymywała się od śmiechu. Gdy krzyknęła: „Ravenclaw”, nie miało to dla niego znaczenia. Ukłonił jej się na pożegnanie i pobiegł przywitać się z nowymi przyjaciółmi, widział też, jak już z daleka macha do niego jego siostra.
Myśląc, że skoro to jest zamek to będzie w nim bezpieczny, rozczarował się. Jeszcze rok wcześniej, być może tak by było, ale świat pogrążony był w chaosie. O ile w domu ochraniano go przed nieszczęściami świata — mieli w końcu wystarczająco swoich — to Hogwart nie był miejscem, w którym sekrety długo pozostawały sekretami. Oczywiście słyszał wcześniej coś o wojnie, jak jego rodzice rozmawiali o tym przyciszonymi głosami, nie miał jednak pojęcia, co ona oznaczała. Raz miał odwagę zapytać, o co dokładnie chodzi, i chociaż na początku kilku jego kolegów myślało, że żartuje, zaraz wszyscy rzucili się z opowieściami. Był przekładany prawie z rąk do rąk, każdy Krukon chciał wykazać się swoją wiedza, skoro była do tego okazja, a niektóre z tych historii rażąco sobie przeczyły. Dobiegło to końca, kiedy opiekun Ravenclawu zjawił się w pokoju wspólnym, przegonił wszystkich i wziął Constantine’a do swojego gabinetu. Tam wręczył mu kilka wydań Proroka Codziennego, mrugnął do niego i odesłał, tym samym wysyłając go na misję dowiedzenia się prawdy.
Z każdym dniem odkrywał, że niekoniecznie łatwo było podejmować dobre decyzje co do wyboru przyjaciół i nie każdy, kto się do ciebie uśmiechał, naprawdę cię lubił. Byli tacy, którzy próbowali wywrzeć na nim wpływ, inni próbowali zrobić wrażenie ze względu na to, że pochodził z rodziny szlacheckiej. Rozczarowany, coraz więcej czasu spędzał samotnie. Miał wielu znajomych, mało jednak przyjaciół. Nie podobało mu się to, że większość jego czystokrwistych znajomych przyjmowała jeden kanon opinii, nie zastanawiając się nawet nad ich znaczeniem i sensem. Ustawiali siebie na piedestale, to było jedno, ale wielu z nich aktywnie dręczyło dzieci pochodzenia mugolskiego i tego nie mógł tolerować. Jego serce rwało się do pomocy i to czynił — z różnym skutkiem. Po paru próbach postawienia się starszym Ślizgonom, zdecydował, że impulsywne działanie nie było najlepszym planem, jeśli przeciwnik był od ciebie bardziej doświadczony jak i wyższy. Zmienił więc podejście. Zawsze był dobrze oczytany, ciągnęło go do książek, do poznawania nauki. Miał okazję użyć tego jako elementu przewagi. Po lekcjach wymykał się z wieży Ravenclawu i spotykał się z zagubionymi, nieco słabszymi uczniami. W tajemnicy pomagał im z zaklęć i obrony przed czarną magią, przesyłał im karteczki, w których zdradzał im sekretne przejścia, którymi mogli się przemieszczać aby nie wpadać na antagonistycznie nastawionych szlachciców, a niektórych nawet uczył podstaw szermierki. Próbował też korzystać ze swoich umiejętności jasnowidzenia, chcąc obrócić je w dodatkowy talent, ale wizje były niesforne, niemożliwe do opanowania i niezrozumiałe… Jednak w tych pozostałych aktywnościach znalazł swój złoty środek, mógł wpłynąć na czyjś los, nie rzucając się jak męczennik w ręce oprawców.
Nie miał za wiele czasu na zacieśnianie przyjaźni. Czytał za to, uczył się — do tego był przyzwyczajony — ale też spacerował po zamku i po błoniach. Był zafascynowany florą, występującą na terenie Hogwartu, więc po wakacjach przywiózł ze sobą swój szkicownik i materiały, po czym w wolnym czasie zajmował się rysowaniem. Wbrew pozorom, to dzięki tym ilustracjom, a przynajmniej tak myślał na początku, zawarł zdecydowanie najbardziej intrygującą znajomość jaka mu się kiedykolwiek przytrafiła. Dość szybko zauważył, że znikają jego niektóre prace, chociaż może to złe sformułowanie. Ktoś podkradał j e g o rysunki i zastępował je takimi, które przedstawiały przedziwne, fikuśne rośliny tak nie podobne do czegokolwiek, o czym czytał. Do tego, wiele razy odnajdywał w swoim kociołku równie osobliwe książki napisane niby po angielsku, a jednak tak niemożliwe do pojęcia. Wyjaśnił sobie, że jakiś przyjazny duch w Hogwarcie dba o jego wiedzę i dlatego podsuwa mu tak trudne pozycje. Postawił sobie za życiowy cel ich zrozumienie oraz odnalezienie tajemniczych kwiatów z ilustracji. Ta znajomość utrzymywała się przez lata, z czasem otrzymał mapę do tajnej skrytki i tam następowała wymiana krótkich liścików, ciekawych przedmiotów i, przede wszystkim literatury. Tajemnica wyjaśniła się, kiedy duch miał już opuszczać szkole mury. I tak, nie był wcale duchem, ale figlarną uczennicą.
Pozostawał dalej nieco rozmarzonym rycerzem. Nie miał, na przykład, talentu do eliksirów. Chociaż skrupulatnie przestrzegał przepisów, przyrządzane przez niego napary były po prostu mierne. Mimo że był zafascynowany nauką transmutacji, często zmieniał coś na opak, czemu dziwili się zarówno jego profesorowie jak i znajomi, ponieważ, na przykład, w pojedynkach radził sobie wręcz aż za dobrze. Zawsze przybierał dumną postawę jakby miał zaraz walczyć na śmierć i życie, walczył też z pełnym przejęciem. Nauczył się opierać na swoim oddechu, kompletnie wyciszać wewnętrznie, nie pozwalał się zaskoczyć przeciwnikowi. Jeśli emocje nie wypływały na wierzch, jego klątwa rzadko przerywała jego starcia. Zdarzało się to, oczywiście, ale pozostawał pod czujnym okiem swoich przyjaciół, którzy w razie czego interweniowali. Miał ze sobą zawsze zapas ziół, które pomagały mu walczyć z objawami. Za to jego wizje zaczynały wymykać się spod kontroli. Widywał więcej niż powinien, każdy dotyk malował mu obrazy przed oczami aż nie mógł się na niczym skupić. Nawiedzały go dziwne bóle głowy, zaczął omijać umówione spotkania z przyjaciółmi, a czasem odnajdywał notatki, których nie pamiętał, że pisał. To wtedy postanowił poradzić się swojej nauczycielki wróżbiarstwa, która następnie poznała go ze swoją starą znajomą, która była jasnowidzem. Dzięki niej nauczył się czegoś więcej o swoim darze i chociaż wizje zawsze przychodziły nieproszone, jego „trzecie oko” otwierało się, gdy miało ochotę, to zaczął go akceptować. Skupił się na zielarstwie i wróżbiarstwie, wtedy poczuł, że ta magiczna część jego umysłu jest bardziej odprężona i nie próbuje przejąć nad nim kontroli.
Jego dni stały się lepsze, kiedy Ophelia dołączyła do niego w zamku. Przy niej znów zachowywał się jak w dzieciństwie, stawał się wesoły i próbował ją rozśmieszyć swoimi niepoważnymi historiami. Widział, choć udawał przed sobą, że nie było to prawdą, zmiany, które w niej zachodziły. Wydawała się bardziej blada, przygasła, aż nazbyt spokojna i ospała. Cieszyły ją drobne momenty, jak wtedy kiedy otrzymał odznakę prefekta. Odbywał patrole, zabierał ją na błonia, gdzie snuł opowieści o ich przyszłych przygodach. Układało się, naprawdę. Nie był jednak bohaterem baśni, kiedyś musiało go dopaść coś tragicznego. Coś, co kiedyś widział. Zaczęło się od tego, że jego siostrze się pogorszyło. Siedział w szkole zdenerwowany, rozproszony, nie mógł pozbyć się złego przeczucia. Wysyłał sowy niemal codziennie, by być na bieżąco z jej stanem zdrowia. Nie zawsze otrzymywał odpowiedzi, a jeśli już, zawsze były zwięzłe i tak samo markotne. Tak bardzo czekał na cud, chciał w to wierzyć. Mieli przecież wyruszyć na południe, uratować świat.
A teraz leżała w trumnie z zamkniętymi oczami. Czekali, lekarz wyszedł z pustymi rękami. Na wieść o jej śmierci, poczuł się jakby znalazł się w swojej wizji. Ze zgrozą zdał sobie sprawę ze znaczenia swego „snu”, w który zapadł, gdy czekali na jej narodziny. Wszyscy się załamali, cały dom, gdzie przebywał już w przeddzień pogrzebu, był martwy. Kilka tygodni wcześniej odszedł jego ukochany kompan, jego pies. Teraz miał pożegnać się z Ophelią. Zdawało mu się najpierw, że ją widzi, później, że ją słyszy. Nie mógł zasnąć, bo przed sobą miał jej twarz, mówiącą mu, iż wiedział. Wiedział, co ją spotka i jej nie obronił. Król bez korony, rycerz bez miecza.
Przez kilka tygodni był maszyną. Regularnie miewał ataki, do tego wizje. Czasem nie pamiętał, co zrobił, a czego nie. Rysowanie nie przynosiło mu ulgi, nie mógł się ogrzać i czuł chłód w całym Hogwarcie. Porzucił wstępne plany aplikowania na staż uzdrowicielski, nie mógł przecież nikogo uratować. Jakoś zdał egzaminy, widocznie logiczna część jego umysłu pozostawała przytomna, ale serce nic nie odczuwało. Obwiniał się, mimo że sam był w ciężkim stanie. Nie przeżywał smutku jak Ulysses, którego choroba położyła do szpitala na kilka tygodni. Nie płakał cicho każdej nocy, tak jak jego matka.
Zastanawiał się, czy był następny w kolejce.

rozdział 4
i jest maj i dziewczyna,
jest las i jest Graal

Jego ulubioną figurą szachową był skoczek. Zawsze był zafascynowany jego talentem do przeskakiwania innych figur, do przeskakiwania problemów. Zanim nauczył się poprawnie grać, kiedy obserwował partie odgrywane przez swojego ojca i brata, podziwiał dumnego rycerza jak rusza pierwszy do starcia, do szarży!
..........Słyszał, że najbardziej uzdolnieni szachiści potrafili powiedzieć jak się skończy gra już po pierwszych kilku ruchach. Według nich, to początek pełnił kluczową rolę. Reszta była jego nieuniknionym następstwem. Los skoczka był założony z góry, jego przeznaczenie musiało się dopełnić i nie było od niego ucieczki.
..........Skoro skoczek — figura idealna zdolna do przeskakiwania ludzi i problemów — nie docierał do końca, dlaczego z nim miałoby być inaczej?


Była różą. Pełna gracji, bezsprzecznie czarująca, doskonała jakby wyszła spomiędzy kart wciągającej powieści. Nic dziwnego, że kiedy zapytała czy zechciałby przyjść na jej występ, zaakceptował. Każdy nosi w sobie upodobanie do piękna, naturalnie nie było z nim inaczej. Podziwiał zachodzące słońce, którego promienie muskały taflę morza, leżąc na trawie obserwował fruwające chmury na niebie i z lubością przyglądał się grzywie swego konia, jak tańczyła na wietrze. Tak wtedy zatonął spojrzeniem w dziewczynie, która miała odwagę z nim porozmawiać jakie pierwsza.
Róż było jednak pełno w każdym ogrodzie. Nie odmówił jej tego, że była piękna. Miała miły głos, delikatną aparycję, obdarzona była łagodnym usposobieniem. Prawdziwa dama. Jej słowa mogły czarować, ale nie dotarły do jej serca. Wybierali się na spacery po błoniach, pokazywał jej i opisywał różne intrygujące gatunki mijanych roślin, ją interesowały jedynie bukietowe kwiaty. Dzielił się z nią kochanymi książkami, nosiły one ślady po częstym czytaniu, ona nie dostrzegała zawartych w nich idei. Nie rozumiał o czym do niego mówiła o plotkach, hucznych balach, zdobionych sukniach. Lubiła powtarzać cudze opinie, jej życie wypełniały proste harmonijne linie, przebiegające po wytyczonej drodze, podczas gdy on przedzierał się przez nieznane.
Patrząc na swojego brata i jego ukochaną, wyraźnie widział, że mógł łudzić się ile chce, ale uczucia nie pojawiały się znikąd. Nie chciał skrzywdzić tej damy, nie wiedział jak dać jej do zrozumienia, iż poszukują dwóch różnych rzeczy. W jego naturze było dawanie ludziom szansy, nawet jeżeli jego przeczucie podpowiadało mu żeby nie dawał innym oraz sobie złudnej nadziei. Sprawy zaszły jednak za daleko, sam się zaplątał w swojej pobłażliwości… Aż pewnego dnia, wszystko rozwiązało się samo. Jak się dowiedział, dziewczyna miała dość spore wymagania. Wymagała, na przykład, żeby ją kochał. Szczerze, bez cienia zawahania, odpowiedział jej na to, iż to ideały i nauka zajmowały pierwsze miejsce w jego sercu. Być może była to bezpośredniość, może źle zinterpretowała jego pewność, ale do jego siedemnastych urodzin, wszystko było cofnięte, zakopane, zapomniane. Pozostał wierny sobie.
Mały Constantine, który najlepiej czuł się w pokoju wypełnionym ludźmi wyrósł na wysokiego mężczyznę, oddanego swojej samotności. Nie potrzebował już ciągłego towarzystwa. Jak niegdyś nie znosił spędzać czasu w ciszy, tak teraz zakochał się w milczeniu książek, śpiewie ptaków oraz we florze magicznej. Nieśmiało wahał się nad karierą naukową, a pracą w szpitalu. Kres temu wahaniu położyła śmierć w ich rodzinie, a także ponowne nasilenie jego jasnowidzenia. Jeszcze w Hogwarcie zaczął zauważać wokół siebie pewien chaos; późno zrozumiał, że niektóre wizje działają tak, iż im dłużej trwają, tym większe powodują u niego zaniki pamięci. Czasem stracone wspomnienia powracały, zazwyczaj zapomniał nieistotne fakty… do dnia kiedy zapomniał, że Ophelia nie żyje.
Niezbadany jest labirynt umysłu, ta jedna zagadka łamie od dawien dawna głowy największych uczonych. Czy sami pragniemy swojego zniszczenia? Kiedy Constantine wpadł z wizytą do brata, nie wiedział jeszcze, że przyjdzie mu przeżyć swą największą tragedię po raz drugi. Przyniósł mu kilka projektów i znienacka zapytał, czy Ulysses może dostał niedawno jakieś wieści ze szkoły od ich najmłodszej siostry. Z początku wytwórca różdżek musiał myśleć, że się przesłyszał. Następnie uznał, że może to jakiś okrutny żart. Dopiero szczerość w oczach drugiego Ollivandera przekonała go, iż naprawdę nie pamięta. Tym razem młody badacz wylądował w szpitalu, przerażony, sparaliżowany strachem i żalem. Nie wiedział, co się z nim działo, może już tracił zmysły.
Miało to miejsce krótko po tym jak powrócił z pierwszej ekspedycji badawczej. Opiekowała się nim wtedy rodzina, niewiele padło słów. Nikt nie wypowiedział tego na głos, ale wszyscy byli sparaliżowani strachem, że przyjdzie im pożegnać się z kolejnym dzieckiem. Poprawa nastąpiła, ku czci ironii, dzięki jego wizji. Przyśniła mu się młoda kobieta o długich jasnych włosach, która głaskała po szyi białego pegaza. W swoich snach zawsze interpretował magicznego konia jako swoje przeznaczenie, więc jak tylko się obudził poczuł strach i podniecenie. Nie można powiedzieć, że był zdziwiony, kiedy przez okno swojej szali szpitalnej zobaczył tę dziewczynę rozmawiającą z jego bratem. Wyszło na to, że dostarczała Ulyssesowi rdzenie do różdżek i przez to, że doglądał Constantine’a w Św. Mungu, to tu musiał się z nią spotkać. Dzielnie czekał, wiedząc, że jego przeczucie nie mogło go zawieść. I tak, pewnego dnia, odwiedziła go. Powiedziała, że pamięta go z Hogwartu i że jeszcze może zostać bohaterem. Tak dowiedział się o Zakonie Feniksa. Nastąpiła drastyczna, nieoczekiwana poprawa w jego stanie zdrowia. Jak tylko stanął na nogach, poczuł nadzieję, niewielką, płochą, nieśmiałą. Miał nowy cel.
Wciąż zajmuje się badaniem roślin i ich ilustrowaniem. Spędza jak najwięcej czasu na świeżym powietrzu, w celu poznawania nowych gatunków dużo podróżuje. Ostrożny, przezorny nosi rękawiczki, bierze większe dawki ziół, wciąż spotyka się z różnymi jasnowidzami, by nauczyć się kontrolować swoje wizje.

Boi się, że też umrze. Chce żyć. Być dzielnym.
Zakon daje mu cel, drugą szansę.


Ale pośrodku zbroi rycerza,
za najciemniejszym pierścieniem,
czyha i myśli Śmierć zza pancerza...

Patronus: Koń.
Rycerz nie obejdzie się bez swojego konia. Kiedy pierwszy raz wyczarował swojego patronusa, nie mógł wyjść z podziwu! Jaki był piękny — biały i lśniący, chociaż może trochę zbyt blady. Symbolizuje on lojalność, niedoskonałość, ale arystokrację, dążenie duszy i triumf. W różnych interpretacjach przywodzi on ze sobą szczęście, bądź nieszczęście. Śmierć też często podróżuje na koniu.

Wspomnienie: Zanim zmarła jego siostra, miał wiele szczęśliwych wspomnień. Myślał o wspólnych wyjściach na łyżwy, o wieczorach, kiedy siedzieli zebrani w salonie, o feriach, podczas których wracał do domu. Te chwile są teraz zatrute smutkiem i nie są dość silne aby pozwolić mu przywołać patronusa. Sięga więc głębiej do swojej pamięci. Buduje zamek na plaży i ogłasza się jego królem. Rodzice wygrzewają się nieopodal w słońcu, uważnie obserwując jego zabawę. Za chwilę dołącza do niego jego siostra, księżniczka, i razem próbują bronić swego królestwa przed białym smokiem — w tej roli Aron, ukochany pies. Nagle fale podchodzą niebezpiecznie blisko, ale machnięciem różdżki Ulysses je odpycha, karcąc swoje rodzeństwo za nierozmyślne umieszczenie zamku. Wszyscy są beztroscy, szczęśliwi. Tego się trzyma.


Statystyki i biegłości
StatystykaWartośćBonus
OPCM: 20 +5 (różdżka)
Zaklęcia i uroki: 10 Brak
Czarna magia: 0 Brak
Magia lecznicza: 0 Brak
Transmutacja: 0 Brak
Eliksiry: 0 Brak
Sprawność: 10 +5 (waga)
JęzykWartośćWydane punkty
Język ojczysty: angielski II0
łacinaI1
Biegłości podstawoweWartośćWydane punkty
Historia magiiI2
Jasny umysłI2
NumerologiaII5
ONMSI2
RetorykaI2
Silna wolaIII10
SpostrzegawczośćII5
Ukrywanie sięI2
WróżbiarstwoII5
ZielarstwoIV20
Biegłości specjalneWartośćWydane punkty
Szlachecka etykietaI0
Biegłości fabularneWartośćWydane punkty
Zakon FeniksaI0
Sztuka i rzemiosłoWartośćWydane punkty
Literatura (tworzenie prozy)I1
Literatura (wiedza)I1
Malarstwo (tworzenie)II7
Muzyka (fortepian)I1
AktywnośćWartośćWydane punkty
JeździectwoI1
Latanie na miotleI1
ŁyżwiarstwoI1
PływanieI1
SzermierkaI1
GenetykaWartośćWydane punkty
Jasnowidz4 (+8)
Reszta: 0

Wyposażenie

Brak.



[bylobrzydkobedzieladnie]




Ostatnio zmieniony przez Constantine Ollivander dnia 03.08.17 20:16, w całości zmieniany 27 razy
Powrót do góry Go down
Constantine Ollivander
avatar

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
http://www.morsmordre.net/t5068-constantine-ollivander http://www.morsmordre.net/t5083-stosik-kostka#110212 http://www.morsmordre.net/t5085-invictus-maneo#110272 http://www.morsmordre.net/f207-lancashire-silverdale-posiadlosc-ollivanderow http://www.morsmordre.net/t5081-constantine-ollivander#110205
Badacz i ilustrator flory magicznej
21
Szlachetna
Kawaler
Now I know I've got a heart because it is breaking.
20
10
0
0
0
0
5
10
Jasnowidz
przeklęty, wrażliwy rycerz

PisanieTemat: Re: Constantine Ollivander   29.07.17 11:59

Skończone! ♞




We can’t let fear interfere
Knowing that we can be
happy
Powrót do góry Go down
 

Constantine Ollivander

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

 Similar topics

-
» Constantine Ollivander
» Sklep Ollivandera
» Różdżki
» Chloé Ollivander
» Never & Chan vs Luriel & Eduardo Constantine(Silas)

Permissions in this forum:Możesz odpowiadać w tematach
Morsmordre :: Wprowadzenie :: Archiwa Departamentu Tajemnic :: Kartoteki-
Napisz nowy temat   Ten temat jest zablokowany bez możliwości zmiany postów lub pisania odpowiedzi
Styl: Evandra + Cassandra



Forum oparte na serii książek J.K.Rowling, niektóre imiona i nazwy własne są jej własnością.
Opisy częściowo pisane w oparciu o Pottermore.
Autorskie opracowania oraz pozostałe treści forum są własnością intelektualną twórców,
zabrania się ich kopiowania.



Baner small nobg Redoran- gra tekstowa fantasy

Morsmordre 2015-17