Wydarzenia





 
IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Share | 
 

 Selina Lovegood

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość
Selina Lovegood
avatar

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
http://www.morsmordre.net/t986-selina-lovegood#5480 http://www.morsmordre.net/t1028-alfred-wlasnosc-seliny-lovegood#5823 http://www.morsmordre.net/t1027-will-you-dare-selina#5821 http://www.morsmordre.net/f133-queen-elisabeth-walk-137-2 http://www.morsmordre.net/t1131-panna-lovegood
ścigająca Os, naczelna zołza, bywalczyni kolumn Czarownicy
30
Czysta
Panna
pride
will be always
the longest distance
between us
5
24
1
0
0
0
36
11
Czarownica

PisanieTemat: Selina Lovegood   12.08.15 3:54


Selina Lovegood

Data urodzenia: 22.12.1926
Nazwisko matki: Diggory
Miejsce zamieszkania: Londyn
Czystość krwi: czysta ze skazą
Status majątkowy: średniozamożna
Zawód: ścigająca Os z Wimbourne, pogromczyni męskiego gatunku, opiekunka Lovegoodów, aktywnie działająca stara panna
Wzrost: 169 cm
Waga: 52 kg
Kolor włosów: ciemny blond
Kolor oczu: szarozielone
Znaki szczególne: niewielka blizna po lewej stronie górnej wargi, widoczna z bliska, zrogowaciały naskórek na wewnętrznych stronach dłoni, często zmrużone oczy i ciasno zaciśnięte usta w wyrazie złości


Fajerwerki. Moje pierwsze wspomnienie.
Podobno pierwszym co rejestrują nasze zmysły są dźwięki. Niektórzy twierdzą, że pamiętają śpiew matki, który towarzyszył im już jak byli jeszcze w łonie. Nigdy nie byłam specjalnie sceptyczną osobą, ale... ja pamiętam co innego. Rozbłyski światła. Kolorowe kształty tańczące na ciemnym tle. I ogłuszające dźwięki. Doprawdy, sprawiające, że niemalże nie potrafiłam dojrzeć tego ciągłego migotania w górze, bo powieki same zamykały się, gdy w oczach z przerażenia zbierały się łzy. I może właśnie dlatego nie pamiętam tego hałasu. Tylko barwy. Tęczę wirującą po nocnym niebie.
To nie tak, że mama mi nie śpiewała. Uwielbiałam słuchać jej głosu. Nie, nie była divą operową. Ale miała znaną, przyjemną, ciepłą barwę. Coś, do czego byłam przyzwyczajona i utulało mnie wieczorem do snu. Ale z czasem przestałam to lubić. Do niej przyłączał się inny, wyższy, zaledwie kształtujący się głos. Piosenka zaczęła tracić rytm. Zamiast odganiać złe sny, to... oddalała to ciepło. Dzieliła je. Bo to nie była już melodia dla mnie do słuchania ani do zasypiania przy niej. To była nuta, przy której moja starsza siostra otwierała usta, ucząc się wykorzystywać głos w podobny do matki sposób. Było to dla niej nauką. Mama uczyła ją nowych zwrotek, często się zatrzymywała lub powtarzały wspólnie ulubiony fragment Aurigi. I to nie było już to samo. Czułam się kompletnie zdradzona, że coś, co miało być dla mnie, zostało tak okrutnie mi odebrane. A przez to potem zasypiałam już tylko z zapalonym światełkiem, które nadrabiało za brakującą dobranockę, otulając mnie ciepłą barwą.
I lubiłam jak migotało nad moją głową. Przypominało mi rozbłyski. Pełne energii, wigoru i dynamiki. Głośne, radosne eksplozje feerii barw. Potrafiłam nie zasypiać godzinami, chłonąc ten widok jasnymi ślepiami. W myślach słyszałam, jak cicho iskrzy bądź cicho trzaska, jak ogień, zależnie od tego, co sobie wyobrażałam. Leżałam, podekscytowana, oniemiała; sparaliżowana od zachwytu.
Niewielkie rzeczy zyskiwały mój podziw i uznanie. Nawet w najmniejszym zjawisku dopatrywałam się największych dziwów – i tak grające na ścianie cienie ubierane były w barwne historie, a ja sama od najmłodszych lat kształciłam zdolność koloryzowania pewnych spraw.



Prawdopodobnie przez fakt, że nie potrafiłam usiedzieć w miejscu byłam nieco nieznośnym dzieckiem. Wyobrażacie sobie co się stało, gdy po raz pierwszy zobaczyłam jak ktoś używa proszku Fiuu do przemieszczania się? Oszalałam. To był mój brokat. Bo brokat dla dziewczynki w pewnym wieku jest czymś, w czym ma ochotę się tarzać, a także udekorować tym... WSZYSTKO.
Dlaczego? Bo błyszczało, odbijało światło i było autentycznie niesamowite. A zwłaszcza, że wszystko na koniec ginęło w obłoku.
Gdy ktoś po raz pierwszy się przetransportował przy mnie, pobiegłam na miejsce, w którym zniknął nie dlatego, że zadziwił mnie sam proces teleportacji, ale... moje drobinki zniknęły!
Tylko i wyłącznie dzięki dosyć długim i bardzo szczegółowym tłumaczeniom własnej rodzicielki, nie skończyłam wymazana w proszku lub próbując robić to, co nasi odchodzący goście, na własną rękę. Do pewnego czasu
W związku z taką, a nie inną percepcją, musiałam próbować wszystkiego. A to oznacza także, że i proszek Fiuu w końcu poszedł w ruch, gdy za mocno mnie już świerzbiło, a nie został on przy okazji ukryty z dala od mojego wzroku i zasięgu.
Nawet nie wiem gdzie wylądowałam. Pamiętam, że nie czułam się zagubiona ani stracona. Moje oczy lśniły z podekscytowania. Chłonęłam każdą kostkę, po której przechodziłam bosymi stopami i każdą witrynę, którą mijałam. Do złudzenia przypominało mi to ulicę Pokątną, jednak tabliczki sklepów nie do końca się zgadzały. Zabawne, jak często przekręcenie nazwy sprawiało, że lądowało się w tak odległych miejscach od przeznaczenia. Nie powitały mnie jednak misie polarne, co było plusem. Pamiętam jednak dzwoneczki, gdy jeden ze sklepów skusił mnie słodyczami, które widziałam za szybą. Byłam tak mała, że sklepikarz mnie praktycznie nie zauważył. Zdążyłam się tak objeść łakociami, że gdy w końcu ktoś na mnie zwrócił uwagę, ledwo co wpychałam w siebie kolejne cukry. Skończyło się na tym, że po raz pierwszy odwiedziłam wtedy Ministerstwo Magii, a dokładniej Departament do Spraw Transportu Magicznego. Dziś pewnie podziwiałabym tak sprawny mechanizm, przy którym moja matka zdołała mnie tak szybko odnaleźć, jednak wtedy potrafiłam tylko chłonąć to zamieszanie. Nie chciałam odsunąć się od szyby, za którą miałam widok na ten wielki hol, gdzie co chwilę ktoś wyłaniał się z obłoków, a ludzie z tej wysokości byli wielkości mrówek. Już wtedy wiedziałam, że wolę na pewne rzeczy patrzeć z góry.
Moje intensywne zainteresowanie tak wieloma rzeczami skutkowało tym, że moje hobby zmieniało się za każdym razem, gdy mogłam powiedzieć, że byłam w czymś już dobra, ale zniechęciła mnie pojedyncza porażka. A raczej fakt, że ktoś zdawał się mieć bardziej naturalne zdolności do tego, do czego ja musiałam dochodzić tygodniami. Już jako kilkuletnie dziecko nie znosiłam uczucia przegranej. Nie lubiłam się czuć gorsza. Nie akceptowałam zajmowania innego miejsca jak na podium. Chciałam błyszczeć na tle innych A zwłaszcza, jeśli chodziło o rywalizację z moją siostrą. Właściwie to nigdy się nie zastanawiałam co sprawiało, że jej obecność w danym konkursie (potrafiłam współzawodniczyć z nią nawet w pomaganiu w ogrodzie naszej babki) sprawiało, że brałam to tak do siebie i traktowałam jako najwyższą z ambicji. Zawsze wydawało mi się, że nie zyskuję wystarczająco dużo uwagi i spycha mnie w przepaść obojętności – a na świecie nie istniała gorsza rzecz od bycia zapomnianym i niezauważanym.
I w ten sposób próbowałam wszystkiego. Grałam w teatrze, tańczyłam balet, śpiewałam, pisałam dziennik, skrupulatnie notując każdego napotkanego przedstawiciela fauny i flory, zainspirowana kolorową książką Skamandera. Swego czasu byłam istną poszukiwaczką stworzeń. Jakichkolwiek. Byłam przekonana, że odnajdę coś nowego. Wciąż wyglądałam kolejnych bodźców i dopatrywałam się ukrytych tajemnic, pozwalając własnej wyobraźni wziąć kontrolę nad szarą rzeczywistością, tworząc własny świat w swojej głowie, nieobecna dla bieżących problemów.



Rok przed tym, jak poszłam do szkoły, Jocunda Sykes przeleciała nad Atlantykiem. Nie rozumiałam wtedy znaczenia tego wydarzenia, ale podobało mi się to, jaki wtedy rozgłos zyskała ta kobieta. Gdy w końcu jej imię było częściej i częściej powtarzane, w mojej głowie zapaliła się lampka. I od tego czasu inaczej patrzyłam już na miotłę odziedziczoną po siostrze.
Beauxbatons było moim koszmarem. Miałam trafić do miejsca, w którym moja siostra zdążyła już zdobyć przewagę przez fakt, że była tam wcześniej. Poznała ludzi. Profesorów. A ja sama miałam zostać w jej cieniu. "Więc ty jesteś siostrą Aurigi?" - słyszałam wciąż i wciąż. Z ulgą przyjęłam fakt, że mogłam odseparować się od niej innym domem. Gryfy.
Czasem nawet udawało mi się zapomnieć, że mam siostrę. Obsesyjnie wypierałam ją ze swojego środowiska, nie chcąc jej pomocy. Gdy teraz o tym pomyślę, nie mam właściwie pojęcia skąd u mnie tak wielka niechęć. Nie byłyśmy najlepszymi przyjaciółkami. Ale... ciągle byłyśmy siostrami.
Nie, nie było magicznego momentu, w którym byśmy się zjednoczyły, gdy ktoś zaatakował którąś z nas, a druga stanęła w heroicznej obronie tej uciśnionej. Jeżeli nawet zaistniała taka sytuacja, byłam zbyt uparta i przekonana o własnej samodzielności, by móc na coś takiego pozwolić. Nie chciałam jej pomocy. Niczyjej. Wszystko zawsze musiałam zrobić sama. I może właśnie to był przejaw mojej dobrej cechy charakteru. Może po prostu byłam pracowita i działałam na własny rachunek, a nie tylko zaparta przy swoim jak osioł?
Czasy nauki miały jednak inną stronę medalu. Toczyła się wojna, o której miałam tak niewielkie pojęcie. Dlaczego mugole walczyli? Niszczyli tak piękne obiekty czy eksponaty? Bo najbardziej w całym tym okrucieństwie nie mogłam zrozumieć barbarzyństwa. Łatwo było mi wtedy patrzeć na niemagicznych z góry. W moich oczach byli potworami, które dla niezrozumiałych powodów sieją zniszczenie i przemoc. Uznawałam ich za inny gatunek, nie znając żadnego z nich. Ze swoimi klapkami na oczach, do pewnego momentu w swoim nastoletnim życiu potrafiłam płakać w nocy, że pewnego dnia mi też zrobią krzywdę, zaślepieni nienawiścią. Nie znałam wtedy tak dobrze tej emocji jak teraz.



W czasach szkolnych nie miałam problemu z pozyskiwaniem znajomych. Byłam głośna, energiczna, zapewne dla niektórych irytująca, ale jednocześnie zbyt wszędobylska, by mnie ignorować i zbyt mocno stąpająca po ziemi, by wchodzić ze mną w otwartą wojnę. Choć i takie toczyłam. Byłam ciągle żądna czegoś. Ale być może to stopień uboczny wyzwalania z siebie takich pokładów energii. Jeżeli się w coś angażowałam, to w takim stopniu, że żyłam tym ciągle. Czasami nie potrafiłam zamknąć ust. Albo zasnąć. Trwała we mnie ciągła ekscytacja. Bo tyle było do zrobienia! Teatr, treningi Quidditcha, pojedynki... Jedyną formą rywalizacji, w której przegrywałam z kretesem były stopnie. Nie potrafiłam siedzieć na dupie i zakuwać. Potrzebowałam ciągłych stymulacji. A książka? Jeżeli nie wybuchała lub nie była opatrzona obrazkami na każdej stronie, to była dla mnie przeprawą nie do przejścia. Miałam za to jedną zasadniczą przewagę. Byłam popularna, otwarta i nie wahałam się sięgać po swoje, często wykorzystując własną bezczelność dla swoich celów. Doskonale dostrzegałam szansę i chwytałam ją za gardło. Byłam oportunistką i nie widziałam w tym nic złego.
Dobrze pamiętam jak pewnego wieczoru w szkole zebraliśmy się przy ognisku. Nie było to do końca legalne zbiorowisko, jednak w ostatnich latach folgowaliśmy sobie dosyć ostro, nie zważając uwagi na nic. Dumnie mogłabym siebie nazwać główną aktywistką w tym kierunku. Byłam nieustraszona. Nie powiem, czasami było to drażniące, a inni przypisywali mojemu nosowi zdolność rysowania sufitu, bo uważali, że tak wysoko go zadzieram – nie dziwię się jednak, że zazdrościli mi tego, iż zwyczajnie robiłam to, o czym oni sami tylko marzyli, bojąc się wyciągnąć rękę po coś, co było w ich zasięgu. Nie rozumiałam ich nieśmiałości.
Wyjątkowo dobrze jestem w stanie przypomnieć sobie datę - 1942. Rok, w którym w tajemniczych okolicznościach zginęła uczennica w Hogwarcie. Ludzie powtarzali coś o potworze, który kryje się w murach tej szkoły, jednak oficjalnie zaprzeczono takiej rewelacji. Oczywiście konkurencyjne placówki oświaty podsycały te plotki, znajdując w tym świetną antyreklamę dla Hogwartu. I właśnie ten moment wykorzystywali wszyscy do opowiadania strasznych historii. Po kilku miesiącach trwogi, trzeba było jakoś rozluźnić atmosferę. Najłatwiej było z czegoś zażartować. Nasze historie o monstrach nie miały końca. Ale jedna z pewnego względu szczególnie zapadła mi w pamięci. Jeden z chłopców znalazł analogię między smokami broniącymi bank Gringotta i Hogwartem. Wymyślił, że w murach tej starej szkoły musi kryć się gad podobnych rozmiarów (nic innego nie było bardziej obrzydliwego dla dziewcząt jak gady!). Stworzył opowieść o trzygłowym bazyliszku, który wyłaniał się z podwodnej groty w jeziorze, które otaczało mury szkoły i czaił się na nieostrożnych uczniów. Według niego ofiar było więcej, jednak wszystko zostało zamiecione pod dywan.
Gdy wracaliśmy do zamku, kontynuował historię, skrobiąc różdżką o kamienne mury. Opowiadał, jak potwór zaznacza swoją obecność, bawiąc się ze swoją ofiarą. Tej samej nocy, przy zaśnięciu, towarzyszyły mi dokładnie te same dźwięki. I syczenie, jakby węża. Niemalże byłam w stanie sobie wyobrazić, jak to samo monstrum postanawia zmienić swoją siedzibę i czyha na mnie w komnacie. Płakałam w poduszkę, gdzieś po cichu zdając sobie sprawę, że to nie dzieje się naprawdę i ktoś mi robi bardzo kiepski dowcip, ale byłam zbyt zdrętwiała ze strachu, by odsunąć kotary wokół łóżka i sprawdzić to. A co, jeśli to działo się naprawdę?... Tak łatwo było mi uwierzyć w niecodzienne opowieści, a mój umysł był niezwykle podatny na sugestie. Swoją łatwowiernością nie raz sprowokowałam czyiś śmiech, ale szybko podobne dokuczanie się kończyło, kiedy pokazywałam pazury, nie przebierając w środkach, kiedy ktoś zaszedł mi za skórę. Dopiero z czasem nauczyłam się przykryć swoją wrażliwość grubą skorupą, by nikt więcej nie zdołał się przedrzeć przez moje mury obronne.



Zarówno ostatnie lata szkoły jak i późniejsze, upłynęły mi na zabawianiu się. Nie cierpiałam tego spojrzenia, którym obdarzali mnie mężczyźni, gdy nie wpisywałam się w ich kanony. Nie byłam ani ułożona, ani zbyt posłuszna. Lubieżna. Rozpustna. Bezwstydne strącałam mężczyzn z piedestału na każdym kroku. Może to właśnie był mój problem. Nie uznawałam konwenansów. Byłam totalnie niepoprawna. Być może to jest powód, dla którego jestem starą panną. Moja matka, jako samotna kobieta, sprawiała, że znaczenie ożenku z kimś z naszej rodziny malało, a poza tym tak dawno straciła autorytet w moich oczach, że nie miała szans, by do czegokolwiek mnie zmusić. Mogłam więc bez żadnych ograniczeń wyzywać płeć przeciwną do nieustannych pojedynków. Choćby na to, kto szybciej opróżni kufel ciemnego piwa. Nawet najgłupszą zabawę zamieniałam w walkę na śmierć i życie. Chyba ich to trochę śmieszyło, ale nie poświęcałam temu zbyt dużo myśli – odgrywałam się na nich równo, wolno ucząc się wyostrzać język. Zwracali na mnie uwagę, czy nie o to w tym wszystkim chodziło...?
Poza tym nieodłączne były w moim życiu podróże. Mimo wszystko ta siedząca we mnie aspiracja odkrywania, ten mały Skamander ciągle we mnie siedział. Chciałam zobaczyć świat. Doświadczyć go inaczej niż poprzez przeglądanie ksiąg czy zdjęć. Chciałam robić te wszystkie interesujące rzeczy, o których czytałam. Być bohaterem jednej z powieści.
Nie, nigdy nie odważyłam się dosiąść smoka. Ale zdarzyło mi się kilkakrotnie przelatywać nad ich głowami, podczas corocznego wyścigu na miotłach. Skakałam z Moherowych Klifów na grzbiety aetonanów, pływałam w Morzu Śródziemnym po zażyciu skrzeloziela, gdzie nawet mignął mi przez chwilę rzadki hipokampus. Nigdy nie byłam zbytnio zainteresowana zbieractwem jak większość moich towarzyszy. Być może wykazywałam się naiwnością lub ignorancją, ale... wspomnienia miały dla mnie większą wagę. Choć, podobno, można je przywiązać do przedmiotów. Moje półki noszą na sobie ciężar kilku pamiątek, które przypominają mi o przeżytych chwilach.
Dwa lata spędziłam włócząc się aktywnie po świecie, nie do końca mając pomysł na siebie. Męczył mnie fakt, że miałam zbyt dużo wolnego czasu. Wydawało mi się, że nie miałam celu. Z jednej strony poznawanie nowych miejsc było rzeczą, która budziła we mnie ekscytację i dawało mi radość. Mogłam bez oporów szaleć, uczyłam się nowych rzeczy i ciągle w tyle głowy tliła mi się nadzieja, że kiedyś będę mieć szansę to spisać. Bo bez wątpienia robiłam rzeczy niesamowite, warte wycięcia kilku drzew na publikację mojej książki. Z drugiej przez całą szkołę towarzyszył mi Quidditch. Uwielbiałam duch rywalizacji. Na boisku nieważne było, że nosiłam spódnicę. Tworzyliśmy drużynę, byliśmy równi. Wiatr we włosach, trzepotanie Złotego Znicza, świst lecącego tłuczka, uczucie adrenaliny... Pot i łzy. I radość. Brakowało mi tego. Substytutem było coroczne pojawianie się na corocznym wyścigu latania na miotle. Nierzadko oprócz amatorów zjawiali się tam profesjonalni zawodnicy. Zazdrościłam im. Tych fleszy, sławy. I tego, że... niejako żyli tak, jak sama bym mogła.
Moje występy były różne. Byłam mała, drobna, lekka, stanowiłam niewielki opór dla powietrza. A do tego miałam coś, co w tych zawodach było kluczowe. Nie bałam się. Ryzykowałam. I to się opłacało. Na miotle czułam się jak ryba w wodzie. Wydawało mi się to tak naturalne, by szybować w powietrzu, że traciłam pojęcie własnych granic. I chyba wtedy zostałam zauważona. Usłyszałam, że powinnam przyjść na kwalifikację do drużyny. Spróbować. Co mogłam stracić?
Dumę. Mój występ nie spotkał się z aprobatą. Byłam totalnie roztrenowana, a obciążenia nakładane na mnie podczas tego treningu wstępnego były tak duże, że zwyczajnie... wymiękłam. Zeszłam z boiska nawet nie czekając na werdykt. Byli lepsi, ale nie chciałam o tym słuchać. Poza tym w tym momencie moja siostra grała już w Harpiach. Nie chciałam być porównywana. Pierwszy raz rozpłakałam się publicznie. To było najgorsze jesienne popołudnie. Jesienne popołudnie 1945 roku.
W życiu nie myślałam, że będzie mi na czymś zależeć tak mocno, że przełknę poniżenie i zagryzę zęby. Nauczyłam się obowiązku. Zaczęłam wstawać wcześniej. Wsiadałam na miotłę dwa razy dziennie. Oprócz tego wykonywałam ćwiczenia fizyczne, które miały za zadanie podwyższyć moją kondycję i wydolność. Ograniczyłam także wyskoki z używkami do minimum. Moi towarzysze podróży patrzyli na mnie jak na wariatkę. Ale to nic nowego.
Na wiosnę 1946 roku podeszłam po raz kolejny do rekrutacji. Musiało się udać. Nie było innej opcji, mimo że ściskało mnie w żołądku z nerwów. Nie miałam zamiaru dać złym myślom wytrącić siebie ze stanu pewności. Byłam dobra. Dostatecznie dobra. I zbytnio nie lubiłam się mylić, by się nie udało.
Nie, nie oznaczało to, że nagle stałam się inną osobą, mimo że na to mogło wyglądać. W sezonie pracowałam. Ciężko. Może nawet bardziej niż inni, bo musiałam nadrabiać za swoje epizodyczne imprezowe wyskoki. Ale moje podejście: "ja nie dam rady?" zdawało się powoli przekonywać kapitana. Byłam zbyt uparta. Dążyłam ślepo do celu, choćbym miało to zaważyć na moim zdrowiu fizycznym bądź psychicznym. W końcu dostałam się do głównego składu. Czasami budziłam się nie dowierzając w swoje szczęście. A potem dotykałam swoimi szorstkimi dłońmi obolałych mięśni. To nie ślepy los sprawił, że znajdywałam się w tym miejscu. A ja szybko zaadaptowałam to życie. Światła reflektorów. Tryumfu. Zapach deszczu, trawy, szampana i potu.
Oczywiście, zdawałam sobie sprawę, że nie można wygrywać zawsze. A zwłaszcza, gdy przez całe życie podąża za tobą twoje nemesis. Fakt, że moja siostra grała w przeciwnej drużynie, był dla mnie jasną deklaracją wojny między nami. Może i na rodzinnych obiadkach byłam w stanie podać jej sól lub podtrzymać niezobowiązującą rozmowę, ale... na boisku jej obecność brałam bardzo personalnie. Byłam samonakręcającą się korbką. Stale mnie coś gnało. Musiałam z czymś walczyć. I w większości przypadków po tej drugiej strony barykady stała Auriga. Może to po prostu była jakaś taka nasza "rzecz", ale... rywalizacja nakreślała naszą relację. Przynajmniej z mojej strony.
Jasnym było to, że mecze Quidditcha nie były pojedynkiem jeden na jeden. Często jednak zdarzało mi się do tego to sprowadzać. Instynktownie odszukiwałam ją na stadionie i robiłam wszystko, by utrudnić jej grę. Dosłownie byłam osą, która nie potrafiła przestać żądlić. Nawet nie jestem do końca w stanie przypomnieć sobie wypadku. Pamiętam, że leciałam w jej kierunku z dużą prędkością. Miałam zamiar odebrać jej kafel, gdy ta zbliżała się do naszej bramki. Uderzyłam w nią barkiem, mając zamiar wytrącić ją w równowagi lub strącić z toru. Byłyśmy tak zajęte własną walką, że tłuczek, który pędził na nas od tyłu, został zupełnie niezauważony.
Zawsze byłam tą, która potrafiła się ze wszystkiego wykaraskać z czystego szczęścia. Uderzenie zamieniło mojego ówczesnego Zmiatacza w drzazgi, a Aurigę zepchnęło z miotły. Ja obudziłam się jeszcze na murawie, zaledwie poobijana i z przetrąconym barkiem, a moja siostra... straciła życie. A ja wciąż prowadziłam to samo. Wychodziło na to, że to ja "wygrałam", dopięłam swego – za wszelką cenę, po trupach. Nigdy nie myślałam o tym w ten sposób, że być może jednak to nie ona była moim nemesis, a ja jej.


Patronus: Początkowo przedstawiał dumną, delikatną, choć nieposkromioną klacz pełnej krwi, która z gracją przemykała lekkim obłokiem nad jej głową. W ostatnim czasie jednak zmienia się w drobną lisicę, która tajemniczo błyska do niej mądrym spojrzeniem, sprytnie ukrywając prawdę, dla której zmieniła swoją formę.
Wywołując swojego obrońcę przypomina sobie tryumfy na miotle, szalone chwile z podróży lub miłe wspomnienia związane z rodziną – momenty okraszone pojedynczą emocją, którym była czysta euforia, radość pełna endorfin i adrenaliny lub rozpływające ciepło.



Statystyki i biegłości
StatystykaWartośćBonus
OPCM: 5 Brak
Zaklęcia i uroki: 24 +5 do zaklęć związanych z wodą
Czarna Magia: 0 Brak
Magia lecznicza: 0 Brak
Transmutacja: 0 Brak
Eliksiry: 1 Brak
Sprawność: 11 +10 do latania
JęzykWartośćWydane punkty
Język ojczysty: angielski II0
Język obcy: francuskiII3
Biegłości podstawoweWartośćWydane punkty
Historia MagiiI2
KłamstwoII5
ONMSII5
RetorykaII5
Silna WolaIII10
SpostrzegawczośćII5
Biegłości specjalneWartośćWydane punkty
brakzależnezależne
Biegłości fabularneWartośćWydane punkty
Brak -0
Sztuka i rzemiosłoWartośćWydane punkty
Literatura (tworzenie prozy)I1
Literatura (wiedza)I1
Muzyka (pianino)I1
Muzyka (wiedza)I1
Malarstwo (wiedza)I1
AktywnośćWartośćWydane punkty
JeździectwoII7
Latanie na miotleIII25
ŁyżwiarstwoI1
PływanieI1
Taniec BalowyI1
Taniec BaletowyI1
GenetykaWartośćWydane punkty
brak-0
Reszta: 5

Wyposażenie

Różdżka, sowa (puchaczyk czubaty), teleportacja, miotła bardzo dobrej jakości (Świetlista Smuga), 6 pkt. statystyk

[bylobrzydkobedzieladnie]






I care for myself.
The more solitary, friendless, unsustained I am,
the more I will respect myself.


Ostatnio zmieniony przez Selina Lovegood dnia 04.05.16 20:42, w całości zmieniany 5 razy
Powrót do góry Go down
Mistrz gry
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/f124-woreczki-z-wsiakiewki
naczelny mąciciel
odwieczny
n/d
n/d
Do you wanna live forever?
99
99
99
99
99
99
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Selina Lovegood   20.09.17 21:54

Witamy wśród Morsów

Twoja karta została zaakceptowana
INFORMACJE
Przed rozpoczęciem rozgrywki prosimy o uzupełnienie obowiązkowych pól w profilu. Zachęcamy także do przeczytania przewodnika, który znajduje się w twojej skrzynce pocztowej, szczególnie zwracając uwagę na opis lat 50., w których osadzona jest fabuła, charakterystykę świata magicznego, mechanikę rozgrywek, a także regulamin forum. Powyższe opisy pomogą Ci odnaleźć się na forum, jednakże w razie jakichkolwiek pytań, wątpliwości, a także propozycji nie obawiaj się wysłać nam pw lub skorzystać z działu przeznaczonego dla użytkownika. Jeszcze raz witamy na forum Morsmordre i mamy nadzieję, że zostaniesz z nami na dłużej!

Selina nie uznaje konwenansów, wyróżnia się na tle społeczeństwa, a pomimo to sprawia wrażenie osoby zadowolonej z tego stanu rzeczy. Ma swoje przekonania, nie zna tematu tabu. Pokazuje się nam także od tej innej, obowiązkowej strony, kiedy poświęca własne przyjemności nad to co pragnie robić w życiu - jednak ta ścieżka obfituje w liczne wyrzeczenia i wymaga dyscypliny, z którą Selina radzi sobie całkiem nieźle - pozycja w drużynie Os mówi sama za siebie. Jedyną skazą na jej historii jest konflikt z siostrą. Kto wie, może w końcu uda się zapomnieć o starych waśniach... A może konflikt tylko się zaogni? Na pewno przekonamy się o tym z biegiem fabuły.

OSIĄGNIĘCIA
Obowiązki nad przyjemności
Genealog, weteran
Zawodnik na medal, Do wyboru, do koloru, Carpe diem, Obieżyświat
 STAN ZDROWIA
Fizyczne
Pełnia zdrowia.
Psychiczne
Pełnia zdrowia.
UMIEJĘTNOŚCI
Brak
Kartę sprawdzał: Allison Avery

[bylobrzydkobedzieladnie]




Ostatnio zmieniony przez Mistrz gry dnia 20.09.17 21:59, w całości zmieniany 2 razy
Powrót do góry Go down
Mistrz gry
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/f124-woreczki-z-wsiakiewki
naczelny mąciciel
odwieczny
n/d
n/d
Do you wanna live forever?
99
99
99
99
99
99
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Selina Lovegood   20.09.17 21:55

WYPOSAŻENIE
różdżka, sowa, miotła bardzo dobrej jakości, pasta Fleetwooda, biała perła, medalion z pozytywką, kot

ELIKSIRYBrak

INGREDIENCJEposiadane: Brak

BIEGŁOŚCI[04.01.17] Wsiąkiewka +2 PB
[03.02.17] Wsiąkiewka +2 PB
[11.08.17] Wsiąkiewka +2 PB

HISTORIA ROZWOJU[12.08.15] Start -860 pkt
[17.08.15] Pasta Fleetwooda -25 pkt
[13.09.15] Pasta Fleetwooda
[15.11.15] Gonitwa pod Durdle Door +60 pkt
[22.11.15] Karta zmiany -250 pkt
[27.11.15] Pełnia +100 pkt
[29.11.15] Udział w Festiwalu Lata +40 pkt
[11.12.15] Mecz +60 pkt
[25.12.15] biała perła, medalion z pozytywką -250 pkt
[21.02.16] Wsiąkiewka, sierpień +90 pkt
[16.03.16] Wsiąkiewka (wrz/paź) +30 pkt
[27.03.16] 1 pkt statystyki zaklęć -170 pkt
[15.07.16] Wsiąkiewka listopad/grudzień +60 pkt
[17.07.16] Wyrównanie punktów +20 pkt; 3 punkty do zaklęć
[18.07.16] Osiągnięcie Genealog +60 pkt
[19.07.16] 5 pkt biegłości -150 pkt
[19.08.16] udział w gonitwie; +30 pkt
[20.08.16] Osiągnięcie: weteran +100 pkt
[28.08.16]Rozwój: +1 do zaklęć, kot; -130 pkt
[05.11.16] Czara Ognia +10PD
[06.11.16] +15pkt ; mecz Quidditcha
[04.01.17] Wsiąkiewka - styczeń/luty +90 PD, +2 pkt biegłości
[07.01.17] Osiągnięcie: Zawodnik na medal +30 PD
[08.01.17] +2 pkt do zaklęć -240 PD
[10.01.17] Osiągnięcia: Do wyboru, do koloru, Carpe diem, Obieżyświat +120 PD
[11.01.17] Zawód (marzec) +50PD
[12.01.17] Zakup +2 pkt do zaklęć
[25.01.17] Poruszenie tematu artykułu z dnia 27.03.56 i 30.03.56, +10PD
[30.01.17] Zwrot PD; -40 PD, +2 pkt zaklęć
[03.02.17] Wsiąkiewka (marzec): +60 PD, +2 PB
[16.02.17] Zwrot za kupione 5PB: +150 PD
[02.06.17] Dodatkowe punkty statystyk (+5 pkt zaklęć)
[08.08.17] Aktualizacja postaci: +4 OPCM, -220 PD
[11.08.17] Wsiąkiewka (kwiecień): +90 PD, +2 PB
[19.10.17] Spotkanie Zakonu Feniksa, +10 PD


Powrót do góry Go down
 

Selina Lovegood

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

 Similar topics

-
» Sofiya Lovegood
» Aurelia Lovegood
» Will you dare? - Selina

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Morsmordre :: Wprowadzenie :: Archiwa Departamentu Tajemnic :: Kartoteki :: Czarodzieje-
Styl: Evandra + Cassandra



Forum oparte na serii książek J.K.Rowling, niektóre imiona i nazwy własne są jej własnością.
Opisy częściowo pisane w oparciu o Pottermore.
Autorskie opracowania oraz pozostałe treści forum są własnością intelektualną twórców,
zabrania się ich kopiowania.



Baner small nobg

Morsmordre 2015-17