Wydarzenia





 
IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Share | 
 

 Altana nad rzeką

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość
Daphne Rowle
avatar

Martwi/Azkaban/Zaginieni
Martwi/Azkaban/Zaginieni
http://www.morsmordre.net/t652-daphne-rowle http://www.morsmordre.net/t707-safona#2367 http://www.morsmordre.net/t706-daphne-rowle http://www.morsmordre.net/f222-cheshire-zamek-beeston http://www.morsmordre.net/t4308-daphne-h-rowle#90966
Niewymowna, alchemiczka i trucicielka
28
Szlachetna
Panna
jeśli przeżyje choć jeden wilk,
owce nigdy nie będą bezpieczne
5
1
19
1
0
11
2
1
Czarownica
królowa zimy

PisanieTemat: Altana nad rzeką   06.05.17 11:51

Altana nad rzeką

Nieopodal zamku, gdy przejdzie się już przez rozległy ogród pełny drzew i krzewów, można trafić ścieżkę nad rzekę, nad którą przed laty wzniesiono altanę z białego marmuru. Ma kształt okręgu, jest zadaszona i dość duża, tak by mogło się pod nią zmieścić kilka osób. W środku stoi stary, rzeźbiony stół i krzesła, by członkowie rodu Rowle i ich goście mogli w ciszy i spokoju porozmawiać, w otoczeniu cicho szemrzącej rzeki.
*Muffliato




here in the forest, dark and deep,
I offer you eternal sleep

Powrót do góry Go down
Daphne Rowle
avatar

Martwi/Azkaban/Zaginieni
Martwi/Azkaban/Zaginieni
http://www.morsmordre.net/t652-daphne-rowle http://www.morsmordre.net/t707-safona#2367 http://www.morsmordre.net/t706-daphne-rowle http://www.morsmordre.net/f222-cheshire-zamek-beeston http://www.morsmordre.net/t4308-daphne-h-rowle#90966
Niewymowna, alchemiczka i trucicielka
28
Szlachetna
Panna
jeśli przeżyje choć jeden wilk,
owce nigdy nie będą bezpieczne
5
1
19
1
0
11
2
1
Czarownica
królowa zimy

PisanieTemat: Re: Altana nad rzeką   06.05.17 13:20

30 IV

Wróciła do Beeston drżąca, roztrzęsiona, nie mogąca złapać oddechu. Bolał ją każdy miesień, każde ścięgno, każda tkanka. Biegła przez uliczki Nokturnu tak długo, dopóki nie była bezpieczna, a w głowie kotłowały się jedynie myśli o powrocie do domu. Musiała uciekać stamtąd jak najdalej, nigdy przecież nie była tak bezbronna jak tam – bez żadnego eliksiru, z połamaną różdżką w kieszeni, z chmarą aurorów za ogonie i gniewem współtowarzyszy na barkach.
Zamek był zbyt wielki, by zauważono jej zniknięcie i przybycie, rodzice najpewniej myśleli, że zaszyła się we własnej pracowni alchemicznej, znów nad czymś pracując. Zdjęła z siebie cuchnące dymem ubranie i rozpaliła w kominku: wrzuciła je tam i patrzyła, dopóki nie pozostał z nich popiół. Dopiero wtedy położyła się do łoża, z wciąż szaleńczo bijącym sercem, lecz nie zasnęła do świtu. A kiedy już wycieńczona pogrążyła się we śnie, zaraz zbudziła się z krzykiem.
W snach to ona płonęła w Wywernie, nie Quentin Burke. To ją trawiły płomienie, spopielając szatę, włosy, skórę. Zbudziwszy się wciąż jakby czuła odór palonego ciała w nozdrzach i dalej nie mogła się uspokoić, co było do niej niepodobne. Nie mogła tam wrócić, najpewniej było tam teraz stado aurorów, o ile szatańska pożoga nie obróciła w pył połowy ulicy Śmiertelnego Nokturnu. To zaklęcie było wszak nieobliczalne, potężne, naprawdę diaboliczne; nie sądziła, że kiedykolwiek ujrzy pożogę na własne oczy, nad nią nie można mieć było wszak kontroli.
Czarny Pan był potężniejszy, niż sądziła. Potężniejszy, niż ktokolwiek mógł przypuszczać.
Ogień w kominku wygasł, a Daphne drżała z zimna. Był ostatni dzień kwietnia, zaraz miał nastać maj, jednakże mury zamku Beestn były grube i zimne: nawet latem w jego wnętrzach nie było ciepło, a teraz nawet pogoda zdawała się podzielać uczucia, które targały Rowlówną. Od świtu Cheshire tonęło we mgle.
Długo siedziała na łożu, w nocnej koszuli, czekając na coś. Ściskała w dłoni różdżkę Quentina, mając jedynie ją do obrony. Spodziewała się, że ktoś w końcu się zjawi. Daphne była pewna, że to właśnie ją obwiniają o obławę aurorów – w końcu, gdy tylko ją wpuszczono do Wywerny, zaraz się zjawili. Nie miała na sumieniu zdrady i była gotowa walczyć niczym wilczyca, by im to udowodnić: jeśli tylko mogłaby stawić się przed obliczem Czarnego Pana on wiedziałby, że nie byłaby zdolna do zdradzenia ich. On zawsze wiedział.
Wciąż nikogo nie było, lecz Rowlówna miała pewność, że to nie potrwa wiecznie. Unikała swej rodziny jak tylko mogła, aż w końcu zdecydowała się opuścić mury zamku i pogrążyć się w ciszy nad rzeką. Marmurowa, stara altana była jednym z ulubionych miejsc Daphne: nikt jej tu nie przeszkadzał, zwłaszcza w taką pogodę. Mgła była tak gęsta, że szło ją pokroić nożem, nie mogła nawet dostrzec wież Beeston, ani drugiego brzegu cicho szemrzącej rzeki.
Cisza.
Tego właśnie potrzebowała po piekle, którego skrawek Czarny Pan sprowadził do Wywerny. Serce wykute z lodu w końcu uspokoiło się, gdy lady Rowle napiła się wina, mimo że nie nastało jeszcze nawet południe. Spoczęła na rzeźbionym krześle nieruchomo, odziana w ciemną, podkreślającą jej bladość suknię, a by nie marznąć narzuciła płaszcz obity futrem na ramiona. Dusza zdawała się podzielać niepokój swej właścicielki, trwając cierpliwie u jej boku, z pomarańczowymi ślepiami wbitymi w twarz Daphne.
Czekała.
W końcu usłyszała znajome kroki.
-Czekałam na Ciebie.




here in the forest, dark and deep,
I offer you eternal sleep

Powrót do góry Go down
Tristan Rosier
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
http://www.morsmordre.net/t633-tristan-rosier#1815 http://www.morsmordre.net/t639-vespasien http://www.morsmordre.net/t637-tristan-rosier#1838 http://www.morsmordre.net/f97-dover-upper-rd-13 http://www.morsmordre.net/t977-tristan-rosier#5336
Arystokrata, smokolog
27
Szlachetna
Żonaty
Ani żąda, ani prosi,
tylko w ślepiach żółty blask
i o schody ostrzy pazur,
aż człowieka bierze dreszcz.
20
30
0
0
0
39
4
10
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Altana nad rzeką   11.05.17 2:01

- Dobrze. - Nadchodził od strony zamku; wpierw szukał lady Rowle w jej komnatach, co naturalne, poproszony o cierpliwość odmówił, uznawszy, że sam odnajdzie ją w ogrodach. Mleczna mgła dodawała temu porankowi mroźnej grozy, tak kontrastującej z piekielnym przededniem, w którym zapłonął Nokturn. Ton jego głosu nie zdradzał zbyt wiele, cichy i stanowczy wydawał się daleki od nastroju codziennych pogawędek. Pozostając za jej plecami, obrzucił jej tył spojrzeniem; srebrne włosy dopełniały szarości szarej sukni i rozświetlały dżdżysty poranek poświatą błędnego ognia. Zastanawiał się, czy natrafi na nią żywą - ale to nie troska spędzała mu sen z powiek, a pewne nieścisłości, które musieli między sobą wyjaśnić. Borgia gwałtem wdarła się w nieswoje sprawy, coraz mocniej nadeptując mu na odcisk; w jej słowach nie było jednak kłamstwa - nie, nie podejrzewał Daphne o zdradę, zresztą, gdyby choćby o tym myślała, nie przeżyłaby tamtego dnia. Sądził raczej, że zapomniała zabrać z domu ostrożności, zachowując się po drodze do pubu wyjątkowo głupio - a głupota była nawet równoznaczna ze zdradą, jeśli nie od niej jeszcze mniej wartościowa. Czekała na niego  - więc zdawała sobie sprawę z tego, że muszą porozmawiać. I to właśnie było dobre. Altana była przyjemna dla oka, ale nie chroniła przed wilgocią, coraz mocniej obciążającą jego czarodziejskie szaty - jak zwykle, w barwach nocy, wiązane pod szyją miękką chustą ozdobioną rodową broszą. Powietrze było zimne. Nieprzyjemne.
- Mam nadzieję, że masz mi sporo do opowiedzenia - zaczął, wciąż nieprzyjaźnie, obchodząc stół, nad którym pozwolił sobie rzucić niewerbalne accio, przywołując drugi kielich - nieistotne skąd. Uchwycił butelkę wina i wypełnił naczynie po brzegi, bez zaproszenia. - Wakacje udane? - Dobrze wiedział, że to nie były wakacje. Dopiero teraz podjął próbę odszukania jej twarzy wzrokiem, zmarszczona brew i przymrużone oko nie mogły być dobrym omenem. - Zastanawiałem się, czy zastanę cię tu żywą, czy będę jednak musiał przejść się po obskurnym Nokturnie, żeby pozbierać twoje prochy. - Uniósł lekko kieliszek z winem w niemym toaście; twoje zdrowie, Daphne Rowle. - Bo wyobraź sobie tylko moje zdumienie, kiedy nasze obrady przerwała Borgia - ileż ta kobieta napsuła mu już krwi, tego nie potrafił objąć umysłem - mówiąc, że w Wywernie nastała straszliwa, śmiercionośna ciemność, którą przyniosła ze sobą Daphne Rowle - dokładnie i dobitnie zaakcentował jej imię, na wypadek, gdyby nie dosłyszała pomimo jego starannej brytyjskiej dykcji - powołująca się na Tristana. - Z westchnieniem opadł na wolne krzesło, częstując się winem - wpierw posmakował samym węchem doskonałego bukietu kwiatowego, później upił z kielicha łyk trunku. Dopiero na koniec spojrzał na Daphne wyczekująco. To on przekazał jej informację o spotkaniu rycerzy, naturalnie, że on. W zaufaniu, że będzie potrafiła uczynić z tą wiedzą coś pożytecznego, bo przecież była dla ich przywódcy cennym sługą. Tymczasem - narobiła mu jedynie problemów; ciężki wzrok Czarnego Pana miał w sobie okrutnie karcącą iskrę, na którą nie mógł sobie pozwolić. Dotąd jego reputacja pozostawała nieskazitelna - i taką miała pozostać. Nigdy go nie zawiódł, jego lojalność była bezdyskusyjna. Tymczasem, oskarżano go o sprowadzenie na spotkanie lekkomyślnej dziewczyny, która przyciągnęła ze sobą jakiś straszliwy ogon stanowiący zagrożenie dla nich wszystkich. Wszakże: nie mogli sobie z nimi poradzić, potrzebując jego pomocy.




the vermeil rose had blown
in frightful scarlet, and its thorns outgrown

Powrót do góry Go down
Daphne Rowle
avatar

Martwi/Azkaban/Zaginieni
Martwi/Azkaban/Zaginieni
http://www.morsmordre.net/t652-daphne-rowle http://www.morsmordre.net/t707-safona#2367 http://www.morsmordre.net/t706-daphne-rowle http://www.morsmordre.net/f222-cheshire-zamek-beeston http://www.morsmordre.net/t4308-daphne-h-rowle#90966
Niewymowna, alchemiczka i trucicielka
28
Szlachetna
Panna
jeśli przeżyje choć jeden wilk,
owce nigdy nie będą bezpieczne
5
1
19
1
0
11
2
1
Czarownica
królowa zimy

PisanieTemat: Re: Altana nad rzeką   16.05.17 22:39

Zacisnęła palce na różdżce Quentina, nim usłyszała jeszcze głos. Po takiej nocy jak ta, niczego nie mogła być pewna, słuch mógł ją zwieść, dopiero gdy usłyszała doskonale znajomy głos Tristana, pozwoliła sobie na rozluźnienie mięśni, by nie były tak boleśnie napięte. Spodziewała się właśnie jego, nie mogła jednak wykluczyć, że zjawi się również ktoś inny – być może Edgar Burke, by odebrać różdżkę brata i ukarać ją za ucieczkę z nią. Wciąż nie była pewna losu Quentina, podejrzewała, że zginął… i nie sądziła, by jego różdżka na wiele się zdała w starciu z szatańską pożogą Czarnego Pana. Nie wiedziała, co byłoby gorsze: śmierć w płomieniach, czy bolesne rozszczepienie, podczas gdy wciąż płoniesz. Nie miała wyrzutów sumienia, nie ona. Obawiała się jednak jednego – z cudzą różdżką mogłaby nie podołać napastnikom, jeśli ktoś zapragnąłby wymierzyć jej sprawiedliwość na własną rękę.
Na szczęście Daphne – zjawił się jednak Rosier. Bądź i nieszczęście, bo doskonale wyczuwała nuty zawodu i niezadowolenia w jego głosie.
-Owszem, mam, a Ty doskonale wiesz, że nie były to żadne wa…- – urwała w pół słowa, nieco urażonym tonem. Zmrużyła oczy, nie dokończyła zdania. Droczył się z nią, robił to często, a ona czasami wciąż dawała się wciągnąć w podobne utarczki słowne, zwłaszcza gdy targały nią tak silne emocje jak w tym momencie.
Zamilkła, pozwalając mu mówić. Nie przyszedłeś z powodu Quentina, przemknęło jej przez myśl. W duchu poczuła westchnienie ulgi. Wciąż istniał cień szansy, że Burke wciąż żył, choć wydawało się to nieprawdopodobne. W jego żyłach musiałby płynąć czysty eliksir Felix Felicis, by zdołał umknąć płomieniom Szatańskiej Pożogi.
-Tristanie, przecież wiesz, że nie dopuściłabym się zdrady. Nigdy. Nie mam nic wspólnego z ciemnością,.. Ani Aurorami, którzy zjawili się wraz z nią. Naprawdę mam Ci wiele do opowiedzenia… Musisz jednak wiedzieć, że nie mogłam po tylu miesiącach nieobecności w Anglii, na Wyspach w ogóle, wejść do Wywerny i powiedzieć, że przechodziłam obok i zupełnie przypadkowo zapragnęłam napić się wina akurat tutaj, nie sądzisz? – mówiła cicho i stanowczo, pragnąc by zrozumiał, że po prostu musiała się wytłumaczyć – inaczej przecież byłoby to jeszcze bardziej podejrzane –Jeśli Czarny Pan zechce mnie ukarać, jeśli uzna, że w tym wszystkim tkwi i moja wina… przyjmę karę z pokorą.
Jeśli kiedykolwiek czuła się winna – to właśnie teraz. Nie z powodu Quentina Burke’a, o nie. Słowa Tristana przywołały cień twarzy alchemiczki, cień poczucia winy. Zdawała sobie sprawę jak potworny i okrutny może być gniew Czarnego Pana… i w życiu świadomie nie uczyniłaby nic, co mogłoby go sprowadzić na Tristana Rosiera. Zrzuciła maskę, którą nosiła każdego dnia, pozwalając by dostrzegł to w jej spojrzeniu, które mimo wszystko pozostało utkwione w jego twarzy.
-Nie widzę jednak, by ukarał Cię srogo… być może gdyby zamierzał to uczynić, to i ja byłabym już martwa. A zdążyłeś już zauważyć, że nie musisz zbierać moich prochów. On… on zjawił się na głównej sali i mnie także napełnił swą mocą, powinnam jednak zacząć od początku.
Urwała na moment, by pozbierać myśli. Poczucie winy zniknęło z twarzy Rowlówny, ustępując miejsca czemuś na wzór… podziwu. Niemego zachwytu, który wciąż odczuwała na myśl o Czarnym Panie, który zjawił się by zamordować Jordana Rogersa. Napiła się wina i wyciągnęła różdżkę.
-Muffliato – cicha inkantacja padła z ust alchemiczki, a towarzyszył jej odpowiedni gest dłoni. Nie mogła pozwolić sobie na to, by ktokolwiek podsłuchał ich rozmowę – Zostaliśmy zaatakowani przez aurorów, nie miałam z tym nic, absolutnie nic wspólnego, nikt prócz Ciebie nie wiedział nawet, że zamierzam się pojawić… Rzucili na nas urok, zdołaliśmy jednak przezwyciężyć niemoc i większość z nas stanęła do walki… Nie wiedziałam, że ta głupia Borgia zamiast walczyć przerwała Wasze spotkanie – Daphne skrzywiła się znacznie, z oburzeniem na samą myśl o podobnym występku.




here in the forest, dark and deep,
I offer you eternal sleep

Powrót do góry Go down
Tristan Rosier
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
http://www.morsmordre.net/t633-tristan-rosier#1815 http://www.morsmordre.net/t639-vespasien http://www.morsmordre.net/t637-tristan-rosier#1838 http://www.morsmordre.net/f97-dover-upper-rd-13 http://www.morsmordre.net/t977-tristan-rosier#5336
Arystokrata, smokolog
27
Szlachetna
Żonaty
Ani żąda, ani prosi,
tylko w ślepiach żółty blask
i o schody ostrzy pazur,
aż człowieka bierze dreszcz.
20
30
0
0
0
39
4
10
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Altana nad rzeką   01.06.17 17:44

Spięte mięśnie, uważny wzrok; ciało gotowe do skoku na nadchodzącego napastnika - była ostrożna, dobrze. Miał nadzieję, że bardziej niż dotychczas: nie widział nic, co wydarzyło się ponad piwnicą Białej Wywerny i nie wiedział nic poza zdawkową relacją Borgii, która brzmiała - co najmniej - niepokojąco, choć nie mógł zdecydować się, co martwiło go w tym najbardziej. Czy jej brak lojalności wobec niego, czy może bardziej wobec Daphne - żeński pierwiastek wśród rycerzy nie kwitnął obficie - czy raczej domniemany brak ostrożności alchemiczki. Spojrzał na nią ze spokojem, wysłuchując rozpoczętych tłumaczeń, które urwała w pół słowa, na jego ustach zadrgał wilczy uśmiech; słowne utarczki od lat pozostawały jego ulubionymi. Nie miał możliwości zauważyć, że trzymana przez nią różdżka nie należy do niej, nie słyszał wieści o nikim, kto znajdował się na piętrze. To z Daphne - rozmawiał jako pierwszą. Kiedy Czarny Pan odesłał ich od siebie, Tristan rozmył się w kłębie czarnej mocy i zniknął z Londynu, kierując się do rodzinnego Dover; nie był świadkiem pożaru, ani nie zdążył usłyszeć wieści.
- Nie oskarżam cię o zdradę - zastrzegł na samym początku; z zasady nie ufał ludziom, po ostatnich wydarzeniach - nie ufał im już wcale, a krąg osób oddanych Czarnemu Panu rozszerzał się w zatrważającym tempie, niekoniecznie na korzyść na sprawy: najlepszym tego przykładem był Russell. Każdy, kto nie złożył jeszcze przysięgi wieczystej służby musiał być podejrzany, ale Daphne znał zbyt długi i zbyt dobrze, by powątpiewał w jej oddanie - lub jasność umysłu, oczywistym było, że na zdradę targnąć mógł się jedynie szaleniec. Inteligentna alchemiczka, której imię zaszczytnie widniało wśród niewymownych, nie wzbudzało jego obaw - a przynajmniej nie w kontekście wierności. - Raczej o nieostrożność lub lekkomyślność - skonkretyzował, bo jeśli Daphne rzeczywiście przyprowadziła aurorów, to z pewnością nie świadomie. Nie umniejszało to ewentualnej winie, wspólnie musieli dbać o wspólną sprawę. - Mogli iść za tobą? - Pytanie właściwie nie było podszyte niczym, ni to złością, nic ciekawością, chciał dotrzeć do sedna problemu i rozwiązać go zanim zainteresuje się nim Czarny Pan. - Lecz na to, dlaczego się spóźniłaś, z pewnością masz rozsądne wytłumaczenie. - Utkwił spojrzenie w tęczówkach jej oczu, pytająco; zaufał jej, podając termin i miejsce, poręczył za nią sobą samym. A teraz - za jej sprawą na jego reputację padł mglisty cień podejrzenia. To nie powinno się zdarzyć. - Mam nadzieję, że za mnie też przyjmiesz tę karę z pokorą - mruknął już bardziej do siebie, choć doskonale słyszalnie, smakując doskonałego wina; zmarszczył brew, zastanawiając się nad jego pochodzeniem. Francja? Nie chodziło bynajmniej o brak posłuszeństwa, był gotów sprostać wszystkiemu, naprzeciw czemu chciałby wystawić go Czarny Pan, ale jednocześnie nie potrafił wyzbyć się wewnętrznego sprzeciwu na karę wobec czegoś, za co winy nie ponosił w najmniejszym stopniu. Być może miała rację, gdyby zamierzał ukarać którekolwiek z nich, zrobiłby to wówczas, kiedy miał na to sposobność, tymczasem, pozostawił Tristana w gronie tych, których przestrzegł przed nadchodząca katastrofą. Być może.
- Co się stało z Borgią? - wtrącił w pół słowa, oderwany od tych myśli; kiedy znikał z Wywerny, stała pomiędzy nimi. Reakcja Czarnego Pana na jej słowa mogła być zwiastunem jego nastroju, ostatecznie - to ona zakłóciła obrady. To ona była słaba. To patrząc na nią pytał ich o zdanie, co zrobić z tymi, którzy sami nie potrafili walczyć. Zawiesił jednak głos, gdy wokół nich rozciągnęła się magia zaklęcia wyciszającego - z zastanowieniem utkwił spojrzenie na jej twarzy; czymkolwiek miała być ta opowieść - zaczynała się obiecująco.
- Ponoć nie radziliście sobie z walką - odparł, nie tyle usprawiedliwiając Giovannę, co wyjaśniając jej zachowanie, wykpione zresztą przez nich wszystkich struchlałym lękiem. Pamiętał każde słowo, które wówczas padło - Czarny Pan nie potrzebuje sług, którzy na jego przeciwników reagują strachem. - Jak się to skończyło? Odparliście ten atak, czyż nie? - Nie widział innej możliwości. Czarny Pan był rozdrażniony, pojmanie Burke'a, zdrada Russella, nieudacznictwo jego popleczników; porażka byłaby jak niepotrzebna, ostatnia kropla goryczy. Po tym - nie chciałby stanąć naprzeciw niego. Byłby z nich niezadowolony. Byłby wściekły. Żądałby zemsty.




the vermeil rose had blown
in frightful scarlet, and its thorns outgrown

Powrót do góry Go down
Daphne Rowle
avatar

Martwi/Azkaban/Zaginieni
Martwi/Azkaban/Zaginieni
http://www.morsmordre.net/t652-daphne-rowle http://www.morsmordre.net/t707-safona#2367 http://www.morsmordre.net/t706-daphne-rowle http://www.morsmordre.net/f222-cheshire-zamek-beeston http://www.morsmordre.net/t4308-daphne-h-rowle#90966
Niewymowna, alchemiczka i trucicielka
28
Szlachetna
Panna
jeśli przeżyje choć jeden wilk,
owce nigdy nie będą bezpieczne
5
1
19
1
0
11
2
1
Czarownica
królowa zimy

PisanieTemat: Re: Altana nad rzeką   11.06.17 12:17

Opuściła spojrzenie na różdżkę, którą obracała w palcach. Nie należała do niej, lecz po części okazywała jej posłuszeństwo. Ból po stracie różdżki wykonanej z jesionu, której rdzeniem było włókno ze skrzydła trzminorka był dotkliwy; gorszy był jednak wstyd. Daphne nie trawiło poczucie winy z powodu różdżki, której nie powinna posiadać, ani pozostawienia Quentina Burke'a w płonącej Wywernie. Część jej świadomości wiedziała, że nie ma on najmniejszych szans na przeżycie, więc narażanie własnego życia byłoby głupstwem. To wystarczyło, by zagłuszyć cichy głosik, podpowiadający, iż Quentin jej ufał.
Wnętrzności Daphne palił jednak wstyd.
Zarówno z powodu spóźnienia, jak i oskarżeń o nieostrożność, przez którą mogli dopaść ich aurorzy, najbardziej jednak wstydziła się straty swojej różdżki.
Poczucie wstydu było dojmujące, gdy wracała wspomnieniem do tej krótkiej chwili przed - całą jeszcze - Wywerną, kiedy zbyt późno zareagowała, wskutek czego została spetryfikowana, a jej różdżka... Złamana. Zapamiętała jednak te zakazane, parszywe twarze i przysięgła sobie je odnaleźć.
I zabić.
W walce, dopóki nie dopadła różdżki Quentina, była niemal bezużyteczna, a i później na niewiele się zdała, gdy jej Murusio, zamiast zbudować ścianę pomiędzy nimi, a aurorami, spowodowało zawalanie się konstrukcji. Tak... to był wstyd i jego cień czaił się w błękitnych oczach Daphne Rowle, co z początku starała się ukryć Tristanem - nawet przed nim.
-Nie sądzę, aby szli za mną. Aportowałam się tuż przed drzwiami Wywerny, nikt prócz Ciebie nie wiedział, że się tam pojawię. Umiem trzymać język za zębami - ostatnie zdanie było jawnie przesiąknięte ironią - Musieli to planować od dawna, jestem tego pewna - tego była szczerze pewna, aurorzy nie mieli wszak możliwości, by ją śledzić, skoro zmaterializowała się tuż przed drzwiami - Zatrzymały mnie sprawy Departamentu Tajemnic, a doskonale wiesz, że obowiązuje mnie przysięga, której złamać nie mogę i to powinno Ci wystarczyć - mimo tego, co ich łączyło, alchemiczka nigdy nie zdecydowała się wyjawić Rosierowi sekretów Ministerstwa... choć z pewnością wiedział, że była gotowa, by wszystkie je powierzyć Czarnemu Panu z ochotą - Przyjmę ją - twarz Rowlówny nagle spoważniała jeszcze mocniej, gdy obdarzyła go pełnym stanowczości spojrzeniem - Świadomie nigdy nie naraziłabym Cię na gniew Czarnego Pana - wyrzekła cierpko, nierada z podobnej ckliwości, która nie była jej właściwa. Rzadko sobie na to pozwalała, a właściwie niemal nigdy. Nie była osobą, która chętnie się uzewnętrznia, ani przywiązuje do drugiego człowieka. Jej słowa pozbawione były czułości, jakichkolwiek uczuć i zbędnych komplementów. Ufała Rosierowi tak jak nikomu innemu i wiedziała, że był tego świadom bez niepotrzebnych, ckliwych wyznań. Z nimi czuła się nieswojo, jakby wypowiadała je obca osoba, jednakże ostatnie zdanie wypowiedziane w Altanie było prawdą. Jeśli ona zawiniła, nie dopuściłaby, aby ukarany został także i Tristan. Paradoksalnie - nie miało to nic wspólnego z uczuciami, jakimi kobieta darzy mężczyznę, w najmniejszym nawet stopniu. W największym uproszczeniu... był dlań niczym brat.
Każdy obcy to wróg.
Rosier dawno już przestał być obcym i wrogiem.
Ujęła kielich i także zwilżyła gardło, wzięła głęboki oddech, szykując się do dłuższej opowieści...
-Na początku zostaliśmy spętani klątwą... tak się domyślam, bo niby dlaczego nikt nie potrafił zaatakować? Dopiero, gdy zaklęcie przeminęło, mogliśmy odeprzeć atak. Być może gdybym nie straciła różdżki... - nawet jeśli Tristan pragnął się wtrącić, uciszyła go dłonią z miną mówiącą, by lepiej nie poruszał tego tematu - Quentina spetryfikowano, dobyłam jego różdżki, lecz nie była mi w pełni posłuszna. Auror odpierał moje klątwy. Nagle pod sufitem jęła kłębić się czarna mgła, a z niej wypadła Borgia i ten pies, Weasleyówna, walka wciąż trwała. Musieli wezwać posiłki, bo... zjawił się tam także Jordan Rogers. To szef biura aurorów, Tristan - Daphne jako pracownica Ministerstwa Magii znała wszak jego twarz, niejednokrotnie mijała go na korytarzach instytucji - Mieli przewagę liczebną, a nikt, oprócz mnie, nie ośmielił się użyć czarnej magii - tutaj głos Daphne stał się drwiący i skrzywiła się na myśl o Rycerzach, którzy nie wykorzystali mocy, danej im przez Czarnego Pana - A potem... zjawił się ON. Czarny Pan, ja.... czułam jego potęgę, gdy tylko na niego patrzyłam. Potężną jak nigdy dotąd.
Głos Daphne otarł się o granicę słyszalności, a w jasnych tęczówkach pojawił się czysty podziw, zachwyt... szacunek. Oczy Daphne otwarły się szerzej na samo spojrzenie, a drżącą dłoń ukryła pod stołem.
-Wyjawił aurorom swoje imię... Rzekł Jam jest Czarny Pan mych Śmierciożerców i Rycerzy Walpurgii, jam jest Lord Voldemort - potęga, której nie zdołacie złamać - Daphne zadrżała, gdy wypowiedziała jego imię, wiedząc, że nie jest tego godna - ON zaczął pojedynkować się z Rogersem... Choć ciężko nazwać to pojedynkiem, ON po prostu zmiótł Rogersa w pył... Śmiertelne zaklęcie Czarnego Pana trafiło go z taką łatwością, jakby używał zaklęcia Lumos, a potem, to nieprawdopodobne Tristanie, lecz on napełnił nas potężną magiczną mocą, mnie także - dodała z naciskiem, by był świadom, iż nie dotychczas nie została ukarana - Kazał nam uciekać, bo z jego różdżki buchnęła szatańska pożoga... Nigdy nie widziałam czegoś podobnego, jednakże było to na równi przerażające, jak i zachwycające. Pożoga była tak potężna jak moc Czarnego Pana.
Zimny dreszcz przebiegł wzdłuż kręgosłupa Daphne na samą myśl o płomieniach. Wiedziała, iż wizja jej, trawionej przez pożogę, będzie nawiedzać ją w koszmarach.
-Wydał nam rozkaz ucieczki, więc uciekłam stamtąd.




here in the forest, dark and deep,
I offer you eternal sleep

Powrót do góry Go down
Tristan Rosier
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
http://www.morsmordre.net/t633-tristan-rosier#1815 http://www.morsmordre.net/t639-vespasien http://www.morsmordre.net/t637-tristan-rosier#1838 http://www.morsmordre.net/f97-dover-upper-rd-13 http://www.morsmordre.net/t977-tristan-rosier#5336
Arystokrata, smokolog
27
Szlachetna
Żonaty
Ani żąda, ani prosi,
tylko w ślepiach żółty blask
i o schody ostrzy pazur,
aż człowieka bierze dreszcz.
20
30
0
0
0
39
4
10
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Altana nad rzeką   12.06.17 22:46

Skinął głową - dopiero po chwili, na moment zastygając ze spojrzeniem utkwionym w jej alabastrowej twarz; zupełnie jakby warzył w myślach jej słowa, zastanawiał się, czy dać im wiarę - znów, nie doszukiwał się kłamstwa, a lekkomyślności. Jeśli Daphne nie wędrowała wzdłuż ulic straszliwego Nokturnu, ciągnąc za sobą potworny ogon pod postacią czających się za nią aurorów. Nie byłoby w tym nic dziwnego - Daphne była alchemiczną, a umiejętności stróżów białej magii nie powinno się lekceważyć - w ciemnych zaułkach, pośród kurzów ulic, w terenie, radzili sobie znacznie lepiej od lady Rowle, a być może nawet od każdego, kto znajdował się wtedy w Wywernie - w większości byli wszak arystokratami, nigdy nie mieli potrzeby kryć się jak myszy, nie licząc przymusu przestrzegania Kodeksu Tajności. Aportowała się jednak tuż pod drzwiami - jeśli dostrzegło ją tam jakiekolwiek niepowołane oko, z całą pewnością już wcześniej wiedziało, gdzie powinno szukać. Analizował sytuację, szukając wyjaśnień, słabych stron tej wymówki, luk, na które mógłby zwrócić uwagę Czarny Pan i z których mógłby się okazać... niezadowolony. Luk, na które mogliby zwrócić uwagę - i rozwiązać je zanim przyjdzie kara. Nie dostrzegał jednak winy Daphne, jej przybycie wydawało się nie mieć powiązania z przybyłymi posiłkami... niezależnie od tego, co na ten temat sądziła Giovanna; powoli przekonywał się, że to jednak jej powinien złożyć tę wizytę jako pierwszej.
Wydawało się, że ironia Daphne nie obeszła go wcale. Upił łyk wina, wyraz jego twarzy się nie zmienił. Tak, z pewnością miała rację; nie przyszłoby jej do głowy paplać na prawo i lewo, że zbliża się spotkanie rycerzy - jeśli, to przekazałaby tę informację komuś, komu ufała. A zaufania Rowle'a nie było łatwo zdobyć - znał ich rodową dewizę.
- Tak, tak - mruknął, może nieco lekceważąco - Departament Tajemnic - nie oczekiwał, że będzie się z nim dzieliła państwowymi tajemnicami, nie mogła ich zdradzać - i szanował to. Sam zresztą nie był szczególnie zainteresowany, bynajmniej nie dlatego, że nie szanował nauki bądź nie uważał jej prac za wartościowe, raczej dlatego, że nie wiedział absolutnie nic o dziedzinach, którymi zajmowała się alchemiczka - i z ewentualnych wyjaśnień zapewne nie zrozumiałby ani słowa, badania Departamentu Tajemnic różniły się swoją zawiłością od szkolnych prac domowych - w dziedzinie alchemii, prawdę powiedziawszy, nie poradziłby sobie dzisiaj zapewne nawet z nimi. Wstyd się przyznać - być może dlatego wolał temat przemilczeć; na szczęście otaczał się kobietami, które z kociołkami radziły sobie nie tylko lepiej od niego, ale doskonale w ogóle. Westchnął, tak naprawdę wcale tego nie chciał - żeby przyjmowała za niego karę, nie prosiłby o to kobiety ani przyjaciółki, zwłaszcza w sytuacji, w której ta kara byłaby niezasłużona również dla niej.
- Jest nieomylny - stwierdził w końcu; fakt, nie przypuszczenie, Czarnego Pana cechowała nie tylko potęga magicznej mocy, ale i siła intelektu. Owszem, był wymagającym, ciężkim panem, ale potrafił docenić zasługi - jeśli miałby ich ukarać, to tylko z kaprysu wywołanego gorszym dniem, a to groziło im niezależnie od... cóż, wszystkiego. - Oceni, kto zawinił - Odnalazł jej błękitne oczy, chcąc spojrzeniem przekazać myśli - nie zawiniło żadne z nich i Czarny Pan bez wątpienia to dostrzeże.
Wysłuchał opowieści Daphne, w milczeniu, nieprzerwanie na nią patrząc z twarzą zastygłą w kamiennym wyrazie; rosnąca groza dała mu się odczuć - lekkie powiewy porannego wiatru zmrowiły jego skórę, mocniej porywając nurt pobliskiej rzeki. Brzmiało jak pandemonium, pętające ich więzy magii, śmierć, śmierć szefa aurorów: jego imię rzeczywiście nic mu nie powiedziało, starał się trzymać z dala od ludzi jego pokroju. - Tchórze - mruknął, z lekką odrazą; Czarny Pan nie bez powodu ich obśmiał. Pamiętał grozę, która zagęściła powietrze w piwnicach, dlaczego rycerze nie sięgali po magię, którą posiadali? - Nie był z tego zadowolony - odparł, odwzajemniając się lakoniczną informacją; szerszej nie posiadał. Rycerze wykazali się słabością, a Czarny Pan - okazał światu siłę, którą dotąd znali tylko oni. Zwycięski pojedynek był oczywisty, lecz opisana potęga wciąż robiła wrażenie: jeśli był w stanie zmieść przywódcę brygady uderzeniowej, był w stanie zmieść każdego. - Nam kazał uciekać wcześniej. Wiedział, do czego to doprowadzi - kontynuował, przedstawiając powody własnej absencji. Oddalił ich. Być może chciał sprawdzić przydatność rycerzy, być może chciał skończyć to wcześniej. - Nie widziałaś, jak się to skończyło? - Czy Wywerna wciąż stała? Czy spłonęła? - Kto przeżył? - Wśród rycerzy było przecież mnóstwo znajomych twarzy; o jednych pytał z troski, o innych - z cichą nadzieją. - Burke? - dodał, bo tylko jego imię dotąd usłyszał; nie bez powodu losy Quentina nieco go jednak obchodziły. Zamilkł na moment, odstawiając na stół pusty kielich. Nie umknęła mu nerwowo obracana przez nią różdżka, ale nie rozpoznał, że nie należała do czarownicy. Zatrzymał się jednak na jej dłoniach spojrzeniem nieco dłużej - jak na taką katastrofę, wydawała się być w doskonałej formie. Dobrze. Myśli biegły szybko, odsuwając kwestię Giovanny i rudej suki rzuconych wrogowi jak mięso.
- Świat zobaczył, na co jego stać - stwierdził głośnym szeptem, na wpół z zachwytem, na wpół z zastanowieniem. - Zeszłej nocy wyszliśmy z ukrycia, Daphne - pozwolił sobie zauważyć; Czarny Pan wymówił nazwę organizacji: rycerze i śmierciożercy przestali być czymś, o czym świat nie wiedział - o ile, oczywiście, przeżył ktokolwiek, kto pośle tę informację dalej. Zmiany były nieuniknione - jak powinien odebrać tą, sam nie był pewien. Wyznał żonie, że jest jednym z nich: lecz jeśli wieści się rozpierzchną, dopiero teraz Evandra pozna całą prawdę. - Czy kolejnym krokiem będzie sięgnięcie po prawdziwą władzę? - Czyż żadne z nich o tym nie myślało - że terror Grindelwalda, że śmieszne rozporządzania Ministerstwa Magii, nie nadawały się do przywództwa nad czarodziejską... nie tylko Anglią, całym światem. - Jesteś cała - pozwolił sobie zauważyć, czujne oko, takie, które go znało, odnalazłoby w tym twierdzeniu troskę; chciał potwierdzenia.




the vermeil rose had blown
in frightful scarlet, and its thorns outgrown

Powrót do góry Go down
Daphne Rowle
avatar

Martwi/Azkaban/Zaginieni
Martwi/Azkaban/Zaginieni
http://www.morsmordre.net/t652-daphne-rowle http://www.morsmordre.net/t707-safona#2367 http://www.morsmordre.net/t706-daphne-rowle http://www.morsmordre.net/f222-cheshire-zamek-beeston http://www.morsmordre.net/t4308-daphne-h-rowle#90966
Niewymowna, alchemiczka i trucicielka
28
Szlachetna
Panna
jeśli przeżyje choć jeden wilk,
owce nigdy nie będą bezpieczne
5
1
19
1
0
11
2
1
Czarownica
królowa zimy

PisanieTemat: Re: Altana nad rzeką   14.06.17 18:58

Był ostatni dzień kwietnia, a zdawało się, że równie dobrze mógłby być to pierwszy dzień jesieni: gęsta mgła unosiła się nad tonią jeziora, nad trawami ogrodów wokół altany, a chłód spowodował u Daphne gęsią skórę na przedramionach. Choć równie dobrze owa reakcja mogła mieć swą przyczynę w opowieści Daphne. Samo wspomnienie ubiegłej nocy sprawiało, że w żyłach alchemiczki burzyła się krew, a o to było niełatwo.
Pragnęła, by Rosier dał wiarę jej słowom i nie miał do niej żalu o wściekłość Czarnego Pana; była niemal pewna, że po wysłuchaniu uwierzy, jednak jeśli nie... Nie miała w zwyczaju o nic się prosić, ani łaskę, ani wybaczenie. Bez względu na zaufanie do Tristana nie ugięłaby przed nim karku w błagalnym geście - jedynym mężczyzna przed którym mogła to uczynić był Czarny Pan. Jednakże zrozumienie, jakie odnalazła w spojrzeniu Tristana przyniosło Daphne ulgę. Nie pragnęła z nim zwady i, gdyby nie była do tego zmuszona, nie uczyniłaby nic, co mogłoby zerwać łączącą ich więź.
-To prawda. On zawsze wie - odrzekła mu alchemiczka z niezachwianą pewnością w głosie. Niczego w życiu nie była tak pewna jak potęgi i mocy Czarnego Pana. Czarnoksiężnik taki jak on zasługiwał wyłącznie na najlepszych sługów, musiał więc oddzielać ziarna od plew i karać surowo. Lękała się jego gniewu, szczerze i bardzo się tego bała, lecz nie śmiałaby się Jemu sprzeciwić.
Niepotrzebni mu byli tchórze lękający się walki, bądź użycia danej im przez Czarnego Pana mocy, by walczyć - była nimi szczerze zawiedziona, lecz wierzyła, iż On ukarze surowo tych, których należy ukarać i łudziła się, że nie znajdzie się w tym pechowym gronie, pomimo straty różdżki. Ponownie poczuła uderzającą falę wstydu, która nakazała jej odwrócić spojrzenie. Nie mogła odżałować tej straty. Różdżka z jesionu służyła Daphne od przeszło siedemnastu lat, odkąd tylko zakupiła ją w sklepie Ollivanderów. Tego ranka wielokrotnie wracała myślą nie tylko do Wywerny, lecz również tamtego dnia, kiedy poczuła ciepło w palcach i prawej ręce, gdy ujęła dłonią tę konkretną różdżkę - a ona wybrała właśnie Daphne. Chwalebna większość czarodziejów całe życie posługiwała się jedną różdżką, choć zdarzały się... pewne wypadki i nieszczęścia, lecz mimo to Rowlówna nie mogła przeboleć tej straty.
Bez własne różdżki czuła się jak bez ręki.
-Och, mogę powiedzieć, że po części widziałam, a nawet... dołożyłam do tego końca własną cegłę - rzekła sarkastycznie, unosząc nie swoją różdżkę i celując w dwa nieduże kamienie leżące u brzegu rzeki - Accio kamienie - z różdżki Quentina buchnęły niepotrzebne, zielone iskry, a kamyczki ledwie drgnęły, Daphne powtórzyła z mocą - Accio kamienie!
Przyleciały do niej niechętnie, lądując na stole, a Rowlówna niewerbalnie próbowała zmusić je, by jeden gonił drugiego - zamiast jednak unieść się na milimetr w powietrzu, przesuwały się leniwie po stole.
-Jak zdążyłeś zauważyć, mój drogi, różdżka Quentina nie jest mi posłuszna - powiedziała z niezadowoleniem, nie wypuszczając jednak różdżki z dłoni - Nie potrafię odżałować, że nie posłałam choć jednego aurora na tamtej świat... Bądź przynajmniej nie przetrąciłam jakiegoś kręgosłupa. Obawiałam się jednak, że przy próbie rzucenia klątwy... nie trafi ona w aurora, lecz we mnie - Daphne westchnęła lekko, lecz kontynuowała - Kiedy przybyło ich więcej, a Burke i Yaxley leżeli spetryfikowani, suka Weasley zaczęła uciekać, a ja... pragnęłam nas oddzielić od nich ścianą, aby odczarować Quentina i resztę, lecz jego różdżka spłatała mi psikusa, a Biała Wywerna... cóż, zaczęła się rozpada. Rogers musiał użyć potężnego zaklęcia Arresto Momentum, tak przypuszczam, bo wszystko niemal się zatrzymało, a wtedy zjawił się Czarny Pan. Tak jak już mówiłam: nakazał nam ucieczkę, a z jego różdżki buchnęła niewyobrażalna szatańska pożoga, a on zniknął, przedtem posyłając Rogersa w zaświaty. Ja i ten Francuz rzuciliśmy się ku drzwiom, obawiałam się rozszczepienia, przez brak własnej różdżki, a ten ogień... Nigdy nie widziałam czegoś podobnego. Był tak potężny jak sam Czarny Pan i skłamałabym, że się go nie ulękłam. Sądziłam, że jeśli oddalę się od ognia na bezpieczną odległość uda się aportować. Wybiegłam stamtąd, Ci głupi aurorzy chyba wciąż nie mogli uwierzyć, że Rogers leżał martwy na podłodze, nie dogonili mnie.
Cień ulgi przemknął po twarzy alchemiczki. Pamiętała, że wiedziona adrenaliną we krwi pobiegła wprost na przeciwników - po stokroć bardziej wolałaby wylądować w Tower w oczekiwaniu na proces za czarnoksięstwo, niźli dać strawić się pożodze.
-Suka uciekła. Psy zawsze się jakoś wywiną - w głosie kobiety doskonale wyczuwalna była odraza - Nie wiem, czy przeżyli. Pozostawiłam za sobą walącą się i trawioną przez pożogę Wywernę. W środku jednak słyszałam trzask, ktoś na pewno się teleportował. Nawet jeśli przeżyli... Lepsza byłaby śmierć, niźli takie cierpienia jakie ich czekają.
Opowiedziała Rosierowi wszystko co widziała i słyszała. Nie ukryła przed nim nawet faktu, iż z jej winy Wywerna uległa zawaleniu - choć i tak zostałaby obrócona w popiół przez Czarnego Pana. Nie pamiętała, kiedy ostatnio wygłosiła podobnie długi monolog, lecz słowa same płynęły z jej ust.
-Och, nie, Tristanie. Oni wciąż nie wiedzą na co go stać... Nikt sobie tego nie wyobraża, nawet my... Czarny Pan jest niewyobrażalnie potężny. Spalenie brudnej gospody i zamordowanie głupiego aurora nie jest dla niego wyzwaniem - odparła Daphne, a jej głos otarł się o granicę słyszalności, choć nikt ich nie podsłuchiwał. Zarówno ze względu na zaklęcie, jak i osamotnienie altany: rzecz jasna nie licząc podobnej do wilka suki, która nieruchomo trwała u boku Daphne.
-Pozostaje nam mieć taką nadzieję, choć nie wątpię, że... - zawahała się, a błękitne spojrzenie przez moment szukało intruza za plecami Tristana - Czarny Pan bardziej niźli czegoś tak przyziemnego jak Ministerstwo Magii łaknie potęgi o jakiej żaden czarodziej nie śmiał dotąd śnić. Tylko on może to osiągnąć. Już w Hogwarcie... za czasów szkolnych absolutnie nikt nie mógł się z nim równać.
Rowlówna uniosła z dumą brodę: była rada, że dołączyła do świty Riddle'a już w szkole, choć nigdy nie śmiałaby powiedzieć, że dobrze go zna... Nikt nie mógł. Były to jedynie je przypuszczenia: ambitni pragnęli wszak coraz więcej i więcej, pragnęli wspiąć się na sam szczyt.




here in the forest, dark and deep,
I offer you eternal sleep

Powrót do góry Go down
Tristan Rosier
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
http://www.morsmordre.net/t633-tristan-rosier#1815 http://www.morsmordre.net/t639-vespasien http://www.morsmordre.net/t637-tristan-rosier#1838 http://www.morsmordre.net/f97-dover-upper-rd-13 http://www.morsmordre.net/t977-tristan-rosier#5336
Arystokrata, smokolog
27
Szlachetna
Żonaty
Ani żąda, ani prosi,
tylko w ślepiach żółty blask
i o schody ostrzy pazur,
aż człowieka bierze dreszcz.
20
30
0
0
0
39
4
10
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Altana nad rzeką   18.06.17 4:46

Jego uwagę zwróciły iskry, które błysnęły z różdżki trzymanej przy Daphne - wątpił, by alchemiczka nagle oduczyła się rzucać tak proste zaklęcia; coś było nie  w porządku. Obserwował kamienie, które z cichy pluskiem poderwały się spod rzeki i elegancko przylewitowały do czarownicy, osiadając z lekkim stukotem na stoliku znajdującym się pomiędzy nimi. Znad koślawo unoszących się kamieni - zerknął na Daphne. Fakt, że była w posiadaniu różdżki Quentina, nie nastrajał optymistycznie w obliczu minionych wydarzeń - musiał ją utracić i nie był w stanie jej odzyskać. Gorzka opowieść alchemiczki o ostatnich chwilach walącej się Białej Wywerny i popłochu, jaki zapanował wśród rycerzy, wiele wyjaśniała - strach, który widzieli na twarzy Giovanny oraz Samanthy, wzburzenie, jakie nakazało Czarnemu Panu rychło zakończyć spotkanie. Martwy szef biura aurorów - to było coś. Przesłanie. Wiadomość. Pokaz nierównej siły, doskonale. Widział te dantejskie sceny oczyma wyobraźni, wcale nie potrzebował tam być - widział gorejące ściany, podpory dachów topiące się ogniem, widział popioły i języki ognia smagające wszystko, co stanęło im na drodze. Widział płonących aurorów, wreszcie dostających to, na co zasłużyli. Widział to wszystko - choć żałował, że nie dostrzegał tego zeszłej nocy.
- Powinienem tam być, Czarny Pan nie zamierzał wychodzić na piętro - stwierdził w końcu, raczej refleksyjnie, niż z wyrzutem; nie bał się walki, gdyby wśród broniących ten nieskromny przybytek znalazło się więcej czarodziejów, którzy mieli w sobie odwagę i moc, która sprawiała, że owej odwagi można było nie nie nazwać głupotą, sprawa miałaby się zupełnie inaczej - a Czarny Pan byłby mniej niezadowolony. Tamtego dnia rozgniewało go wiele rzeczy, choć o połowie z nich lady Rowle nie miała pojęcia. - Psy najlepiej uciekają, zwłaszcza rude. Samantha bywa użyteczna. - Był to fakt, który musiał przyznać; na ostatnim spotkaniu Czarny Pan zastrzegł, że ma być między nimi bezpieczna. Nie - dobrze traktowana, zabronił im ją - jakiego użyło słowa?  - skatować. Szkoda, z radością rozprawiał się z wilkołakami. - Nie wiesz, co się z nimi stało? - Z Quentinem i Yaxleyem - którym Yaxleyem? Cynerikiem, zapewne. Po minionym spotkaniu nie chciał zostawić tego w podobny sposób, Czarny Pan wymagał od nich lojalności. Jeśli jakimś cudem zostali pojmani przez niedobitki, jeśli odnieśli poważne rany, potrzebowali ich pomocy. - W tym czasie, na dole - przez chwilę warzył słowa, odcedzając to, co istotne, od nieistotnego - Czarny Pan przypomniał nam, że musimy o siebie nawzajem... zadbać. Craig Burke zniknął. - Nie był z tego zadowolony. Był wściekły. I trudno się dziwić, Burke nosił na przedramieniu Mroczny Znak; był naprawdę cenny.  - A co ważniejsze, jeden z nas zdradził. - Wydawało mu się to skrajną głupotą, ale niejako tłumaczyło szalejącą ognistą pożogę o mocy tak potężnej, że samo wspomnienie zdawało się wprawiać alchemiczkę w osłupienie; nie mógł przejąć wszystkich tych emocji, nie będąc samemu naocznym świadkiem. Zdrada Czarnego Pana była niedopuszczalna i oznaczała wyrok śmierci, co do tego nikt nie mógł mieć najmniejszych wątpliwości, Russell zginie i to śmiercią długą, powolną i bolesną. Nie potrafił jednak pojąć jego pobudek: jaki mógł być w ogóle cel sprzeciwu wobec działań Czarnego Pana? Działał na dwa fronty, był aurorem, i najwyraźniej srogo się przeliczył w swoich planach, potknięcie się było nieuniknione. - Crispin Russell - rzucił krótko, jakby od niechcenia; nie był pewien, czy Daphne skojarzy jego imię lub nazwisko. Sam nie znał go dobrze, kojarzył go jedynie z krótkiego spotkania, w trakcie którego poinstruował go, jak obejść się z otrzymanym jajem. Tristan nadawał się do jego przechowania najlepiej, tak przynajmniej uważał, nie odważyłby się jednakże zakwestionować decyzji ich przywódcy.
- Zerknę na zgliszcza - postanowił, artykułując myśli na głos; ktoś musiał to zrobić. Przejrzeć prochy, upewnić się, że nie leżał tam nikt, kto potrzebował pomocy. Powinni wyciągać wnioski z własnych błędów i iść drogą wytyczaną im przez przywódcę. - Wiem o tym, Daphne - przypomniał jej lekko drżącym głosem, brzmiała w nim ostrzegawcza nuta; stał blisko Czarnego Pana. Był przy nim, kiedy lady Rowle wyjechała do Francji. Zasłużył na miano Śmierciożercy. Wiedział, do czego Czarny Pan był zdolny. - Ja wiem - niekoniecznie świat, dla którego jego imię wciąż było obce. Dotąd, bo już nigdy więcej. - A ty, tak samo jak ja, wiesz dobrze, że jego imię na zawsze zostanie zapisane w historycznych księgach. Wszystko w swoim czasie, do celu rozsądniej jest zmierzać mniejszymi krokami - większe są oznaką arogancji, a arogancja, głupoty. Żaden drapieżnik nie okazuje przy pierwszym spotkaniu całej swojej siły. - Odstawił na stół pusty kielich, poranek był jeszcze młody; nie powinni pić więcej alkoholu, zwłaszcza, jeśli naprawdę miał zamiar sprawdzić pogorzelisko.
- Ministerstwo nie jest prawdziwą władzą - odparł wciąż z lekkością. - Czyż nie, lady? - Zaakcentował jej szlachecki tytuł, czyż od wieków nie uznawano ich władzy jako szarej eminencji czarodziejskiego świata? Nie, Ministerstwo było rozpychane od wewnątrz zależnościami, pieniężnymi , arystokratycznymi, powiązanymi z innymi układami  - prawdziwa władza, władza nad światem, sięgała znacznie dalej. Tam, gdzie mógł sięgnąć tylko ktoś, kto posiadał jego potęgę. - Chodź ze mną, przyda ci się spacer - a jemu przyda się towarzystwo, zwłaszcza, jeśli w okolicy wciąż kręcili się aurorzy. Czuł się pewnie, ale co dwie różdżki - to nie jedna.




the vermeil rose had blown
in frightful scarlet, and its thorns outgrown

Powrót do góry Go down
Daphne Rowle
avatar

Martwi/Azkaban/Zaginieni
Martwi/Azkaban/Zaginieni
http://www.morsmordre.net/t652-daphne-rowle http://www.morsmordre.net/t707-safona#2367 http://www.morsmordre.net/t706-daphne-rowle http://www.morsmordre.net/f222-cheshire-zamek-beeston http://www.morsmordre.net/t4308-daphne-h-rowle#90966
Niewymowna, alchemiczka i trucicielka
28
Szlachetna
Panna
jeśli przeżyje choć jeden wilk,
owce nigdy nie będą bezpieczne
5
1
19
1
0
11
2
1
Czarownica
królowa zimy

PisanieTemat: Re: Altana nad rzeką   18.06.17 22:55

Czarna magia kusiła ją od najmłodszych lat. W jej rodzinie nie była ona tematem tabu, pojęciem obcym, którego wspomnienie traktowano jako grzech ciężki. Przodkowie Rowlów od wieków parali się czarną magią, być może nie poznali jej tajników dogłębnie, jednakże nie była dlań ona niczym obcym. W latach dzieciństwa wiele czasu Daphne spędziła jednak ze swymi opiekunkami, które tej magii nie znały i się lękały, traktowały ją jak zakazany owoc. Rowlówna podsłuchała pewnego razu rozmowę swego pana ojca z wujem o szkołach magii; jego krewniak pragnął posłać swych synów do Instytutu Magii Durmstrang, gdyż jak mówił mieli tam dużo zdrowszy pogląd na czarną magią. Daphne nie wiedziała co dokładnie miał na myli i nigdy się tego nie dowiedziała, gdyż Olivier Rowle odparł, że jego dzieci uczyć się będą w Hogwarcie tak jak on, a także jego ojciec i dziadek. Tak jak rzekł, tak uczynił i Tiara Przydziału przydzieliła jego pierwszą córkę do Slytherinu: a tam poznała Jego. Tom Riddle był czarującym chłopcem, lecz w jego bladych palcach czaiła się czarna magia, tak jak i w czarnym sercu. On nie zaszczepił w Daphne fascynacji czarną magią, gdyż ją wyniosła z domu rodzinnego, lecz gdy tylko nauczyła się używać różdżki zaczął odkrywać przed nią, a także resztą swej świty, arkana tej nauki.
Czuła wówczas podniecenie. Szybsze bicie serca. Cieszył ją fakt, że robią coś zakazanego, niedozwolonego, niebezpiecznego. Nie było w tym nic z dziecinnej, ciepłej radości. Fascynacja ta była wynaturzona i karykaturalna, właściwa potworom, jakie kryły się w nich wszystkich. Rowlówna upodobała sobie trucizny. Jako starsza uczennica mogła skorzystać z Działu Ksiąg Zakazanych. Zapewniała bibliotekarkę, iż robi to w celach naukowych. Kłamała bez mrugnięcia okiem. Czytała czarnomagiczne księgi, które z nieznanych nikomu przyczyn, znalazły się w Hogwarcie. Wciąż czuła przyśpieszony puls. Niektóre obrazy, bądź fragmenty tekstów przerażały Daphne. Wzbudzały odruch wymiotny. Były makabryczne, okrutne, obrzydliwe. Obrazy te nawiedzały młody umysł Rowlówny w snach. Wciąż jednak pragnęła więcej, i więcej. Czuła niewytłumaczalną wręcz ciekawość czarnej magii, pragnęła ją posiąść, władać nią, sięgnąć po prawdziwą potęgę.
Była świadoma, że im dalej zabrnie, tym większy może odczuć lęk.
Ubiegłej nocy czuła lęk na samo wspomnienie. Nie ukrywała tego. Nie przed nim. Tristan Rosier znał jej sekrety, znał jej lęki. Wiedział, że nie jest płocha. To co ujrzała, ta szatańska pożoga, podsycana przez gniew Czarnego Pana, przeraziła ją i czuła ulgę, że nie musi tego ukrywać, ani wstydzić się tego lęku. W spojrzeniu Rosiera odnajdywała zrozumienie.
-Wy... - wy śmierciożercy - To była zaledwie pierwsza nasza bitwa. Tylko głupi arogant okazuje przy pierwszym spotkaniu całą swą siłę, a Wy, śmierciożercy, jesteście jej częścią.
Powtórzyła jego słowa, lecz nie potrafiła ukryć gorzkiego żalu we własnych głosie. Nie miała go do Tristana, nie miała go do nikogo, prócz samej siebie. Zniknęła w najważniejszym momencie. Tak bardzo pragnęła, by odkryć w Paryżu nieznane, własnej chwały, że zabrakło jej, gdy Czarny Pan potrzebował ich najbardziej. Lubiła wierzyć, że jest jedną z najwierniejszych jego sług. Trwała u jego boku przez wszystkie swe lata szkolne, zjawiła się, kiedy tylko ich wezwał po powrocie do Anglii.
Nie było jej, kiedy wznosił na piedestał swych najwierniejszych.
Czuła wściekłość na samą siebie. Czuła zazdrość o znak, który Rosier nosił na przedramieniu. Zazdrość, lecz nie zawiść. Wiedziała, że na niego zasłużył i podziwiała go za to; odkrył sekrety czarnej magii, o których Daphne nie miała nawet pojęcia. Miał jej uznanie, lecz mimo to alchemiczka nie zdołała wyzbyć się żalu, jeszcze nie. W kamień zaklęte było jej serce i ów kamień drążyły wyłącznie jadowite uczucia, powoli i wytrwale, niczym woda.
Uwagę jej skradł jednak nie żal, lecz nazwisko zdrajcy. Natychmiast uniosła spojrzenie szereg rozwartych oczu, jakby nie dowiedziała. Nie potrafiła uwierzyć, że ktokolwiek ośmieliłby się zdradzić Czarnego Pana. Nie znała Crispina Russela, kojarzyła zaledwie jego nazwisko, lecz już teraz była pewna jednego - był bezbrzeżnie głupi.
-Cripin Russel. Co za głupiec - warknęła, wykrzywiając usta przez wściekłość -Gorzko tego pożałuje. On nie wybacza, a jego gniew... Kara za zdradę będzie sroga. Russel błagać będzie o łaskę jaką jest śmierć - zazwyczaj beznamiętny głos Daphne podszyty był tera wściekłością, gniewem, w błękitnych oczach czaił się cień pragnienia ukarania zdrajcy, żądzy jego krwi.
-Marny byłby ze mnie polityk, Tristanie, lecz rozsądek podpowiada mi, że masz rację - dopiła własne wino, wstała z miejsca, nieśpiesznie okrążając stół -Wiem jednak dość, by sądzić podobnie. Ministerstwo to tylko marionetka. Zdobędziemy jednak prawdziwą władzę. Zdobędziemy wszystko, jeśli tylko ON będzie stał na czele.
Rosier elegancko podał jej ramię, a Daphne bez zawahania ujęła je swą bladą dłonią. Mgła była tak gęsta, że można było kroić ją nożem, ledwie widzieli ścieżkę wiodącą ku zamkowi.
-Nawet jeśli oznacza to obrócenie Hogwartu w proch - wyrzekła lekko, jakby znów mówiła o pogodzie.




here in the forest, dark and deep,
I offer you eternal sleep

Powrót do góry Go down
Tristan Rosier
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
http://www.morsmordre.net/t633-tristan-rosier#1815 http://www.morsmordre.net/t639-vespasien http://www.morsmordre.net/t637-tristan-rosier#1838 http://www.morsmordre.net/f97-dover-upper-rd-13 http://www.morsmordre.net/t977-tristan-rosier#5336
Arystokrata, smokolog
27
Szlachetna
Żonaty
Ani żąda, ani prosi,
tylko w ślepiach żółty blask
i o schody ostrzy pazur,
aż człowieka bierze dreszcz.
20
30
0
0
0
39
4
10
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Altana nad rzeką   21.06.17 17:48

Nie był głupcem, czarna magia budziła w nim lęk. Wszedł w nią głęboko, po części dzięki nieskalanemu pochodzeniu, po części dzięki ich Czarnemu Panu, poznał jej tajniki od różnych stron i władał nią bliski potędze. Zanurzał się w niej arogancko i bezczelnie nie odnajdując granic, zanurzał się w niej bez opamiętania, pchnięty nie pragnieniem władzy, splendoru ani potęgi, pchnięty zażyczeniem sobie mocy kształtowania ludzkim życiem, odbierania go, dawania i przywracania. Śmierć nie była ostatecznym końcem, każdy to wiedział, dusza istniała i była na magię podatna. Chciał ją uchwycić i, zgrozo, tworząc pierwszego inferiusa odnajdywał w sobie poczucie, że to jest wiedza znajdująca się w zasięgu jego rąk. Nie zdobyłby jej bez Niego - i to wystarczało mu, by wiedział, jak bezgraniczny jest jego talent. Talent, mógłby się założyć, że nie spędzał nad księgami nawet połowy tego czasu, co jego wierni słudzy, a potrafił od nich znacznie więcej - i zawsze będzie ich już przewyższał. Podążać za nim było jak podążać za niekończącą się perfekcją, doskonałością, oświeceniem, które łaskawie pędziło tempem, jakie pozwalało im lecieć, chwytając się czarnego ogona tej błyszczącej komety. Byli okryci jego chwałą, będą błyszczeć w splendorze zwycięstwa, o ile wykażą się oddaniem. Nie musiał o tym wszystkim opowiadać Daphne, obydwoje zawdzięczali mu równie wiele. Kształcił, wspomagał, otwierał nowe drogi, a przede wszystkim - inspirował. Również przerażał, dzień za dniem coraz bardziej, lecz pan taki jak on musiał wzbudzać stosowny respekt. Pan taki jak on - zwyczajnie na niego zasłużył. Byli arystokratami, lecz nie widzieli upokorzenia w klękaniu przed nim, jedynym, które na to miano zasłużył; ostatnim z rodu Gauntów. Arystokraci też potrzebowali przywództwa, jemu jednemu można było bez zawahania przekazać koronę.
Skinął głową, być może miała rację. Być może o to w tym wszystkim chodziło, nie o próbę wierności - i siły - tych, którzy nie dostąpili próby. Kilka osób zgromadzonych w tamtej komnacie bez wątpienia było w stanie zmienić losy pojedynczej bitwy diametralnie. Nawet pojedyncze osoby. Byli wszak tymi, którzy sięgnęli po potęgę. Daphne nie miała skrupułów, była wilczycą, która potrafiła atakować wściekle i zajadle, mądrą, wykształconą czarownicą, przed której wiedzą wielu mogło chylić czoła - również on. Ale była alchemiczką, trucicielką, jej potencjał na otwartym polu walki nie miał szans zostać wykorzystany w pełni. Była jak żmija, która najskuteczniej atakuje z zaskoczenia. Wtedy, w Wywernie, to ich zaskoczono. Rycerzy - atakiem, śmierciożerców - nożem wbitym prosto w plecy, i to nie ich, a w plecy Czarnego Pana. Czy można było dokonać zbrodni okrutniejszej?
Wpatrywał się w jej powoli zwężające się jak u wilka źrenice; nikt nie dowierzał głupocie Russella. Nawet, jeśli ta zdrada miała coś wspólnego z ujęciem Burke'a, w obliczu sprawy pozostawała bez znaczenia. Zrobią wszystko, żeby uratować Craiga. Zrobią wszystko, żeby dorwać Russella. A kiedy już to zrobią, ten pożałuje, że nie zabił się od razu.
- Tak się stanie - przytaknął krótko, rozkazy zostały już wydane, leniwie dźwigając się z krzesła, kiedy Daphne powstała; nie mógł przecież pozwolić, żeby i dama na niego czekała. Wysunął ku niej ramię w dżentelemńskim geście, wpierw skłoniwszy się szarmancko, elegancko. Nie odnajdywał w tych gestach ani popisu ani ironii, maniery wyrażał instynktownie i bez namysłu. - Hogwart, Ministerstwo... - powtórzył za nią, oczyma wyobraźni dostrzegając ów przerażający kataklizm. Żeby zbudować nowe, wpierw należało zniszczyć stare. Czarodzieje ostatnimi czasy zbyt mocno przesiąkli promugolskimi poglądami, nie dało się ich już od tego uwolnić. Trzeba ich było usunąć. Unieszkodliwić. Wyczyścić - choć być może właściwszym określeniem byłoby odszlamić. - Najpierw Londyn, a potem inne angielskie miasta, aż w końcu zadrży cały świat. Zadrży, nie dostrzegając jeszcze w jego działaniach mądrości. Motłoch zawsze jest ogłupiony. - Ale w końcu pojmie. W końcu każdy pojmuje, w ostateczności - po  odpowiedniej dawce zaklęć torturujących. Z głową uniesioną ku górze - jak zwykle - odprowadził lady Rowle ku posiadłości, skąd mogli bez przeszkód udać się w dalszą drogę.

/zt x2




the vermeil rose had blown
in frightful scarlet, and its thorns outgrown

Powrót do góry Go down
 

Altana nad rzeką

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

 Similar topics

-
» Miejsce na ognisko i altana
» Ławka nad rzeką

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Morsmordre :: Nieaktywni :: Posiadłości-
Styl: Evandra + Cassandra



Forum oparte na serii książek J.K.Rowling, niektóre imiona i nazwy własne są jej własnością.
Opisy częściowo pisane w oparciu o Pottermore.
Autorskie opracowania oraz pozostałe treści forum są własnością intelektualną twórców,
zabrania się ich kopiowania.



Baner small nobg

Morsmordre 2015-17