Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia


Ekipa forum
Login:

Hasło:

Septimus Vanity
AutorWiadomość
Septimus Vanity [odnośnik]26.12.21 14:05

Septimus Vanity

Data urodzenia: 07.07.1914
Nazwisko matki: Day
Miejsce zamieszkania: Shropshire, Anglia
Czystość krwi: Czysta ze skazą
Status majątkowy: Średniozamożny
Zawód: Profesjonalny muzyk - dyrygent
Wzrost: 181
Waga: 73
Kolor włosów: Blond
Kolor oczu: Ciemnoszary
Znaki szczególne: Masa nieuzasadnionych tików, ustępujących tylko po miksturach uspakajających bądź alkoholu. Wysoka ruchliwość, energiczność i wzmożona gestykulacja.




Septimus Vanity BhVIqHf



Pierwszy raz.
Sięgam po pierwszy kieliszek musującego, drogiego szampana, który na srebrnej tacy podała mi posłana po sali wysoka blondynka. Po raz kolejny myślę o niej (innej niej, tej nieco młodszej), ale trzymając w niespokojnej dłoni szklaną nóżkę, przypominam sobie inne wydarzenia, które tak na mnie wpływały. Palce przestają drżeć dopiero gdy alkohol wlewa mi się do gardła, a wspomnienie ściskanego w dłoni smyczka wraca ze zdwojoną siłą. Smyczka, który po pewnym czasie wyciągnęła mi z dłoni i którym zdzieliła mnie po głowie.
Byłem niegrzecznym dzieckiem, rozpierała mnie energia. Nie potrafiłem usiedzieć w miejscu. Byłbym idealnym tancerzem - czułem rytm, kochałem muzykę, ale nie potrafiłem skupić się na czynnościach wymagających cierpliwości. Taniec też był powtarzalny, też wymagał długich godzin poświęcenia, jednak rozładowywał moje pokłady dziecinnej energii. Tymczasem na lekcjach z moją nauczycielką muzyki, prędzej byłbym w stanie położyć się na podłodze i zacząć uderzać piąstkami w podłogę i jej buty, niż skupić się na wykonywaniu jej poleceń. Mówiła rodzicom, że jeżeli nie doprowadzą mnie do porządku, z przykrością będzie musiała odpuścić moją naukę. Wkrótce i tak zrobiła to, kiedy przed dalszą niedolą młodego wiolonczelisty uratował mnie wyjazd do Hogwartu.
Kiedy słano listy do moich rodziców, mówiono o mnie jako o niebezpiecznie pomysłowym. Rozpuszczonym. Nadaktywnym. Nie do okiełznania. Korespondencję pokazano mi dopiero po latach, kiedy spojrzenie zwolniło mi już do tego stopnia, bym był w stanie skupić się na przeczytaniu wiadomości do końca. Podobno patologicznie kłamałem, wymigiwałem się od uczniowskich obowiązków, sprawiałem problemy. Że byłbym genialnym aktorem, bo chociaż w życiu nie potrafiłbym wykuć scenariusza na pamięć, skutecznie nawymyślałbym go na poczekaniu.
Zmuszany do siedzenia w miejscu dorobiłem się tików, które nie opuściły mnie do dziś. Nigdy nie byłem wyśmienitym czarodziejem, ale może to i dobrze, gdyby splatanie zaklęć wychodziło mi bowiem lepiej, w tamtym momencie sprawiałbym spore zagrożenie. Nigdy nie opędzę się już od przykrego nawyku prostowania i zginania palców. Zaciskania ich na każdej powierzchni, niekontrolowanego pstrykania, gestykulacji i ogólnych, fizycznych, nagłych reakcji. Gdyby ktoś podszedł do mnie ze zrozumieniem, jakie napotkałem dopiero w przypadku starszych znajomych z innych domów, pewnie nie musiałbym płacić ceny odłożonej ratami na całe życie.


Drugi raz.
Sięgam po drugi kieliszek i posyłam zaczepne spojrzenie w kierunku jednej z dawnych koleżanek z Hogwartu. Zawsze miałem ich dużo, znacznie więcej niż kolegów, jak na złość, chyba przez magiczne przeciąganie przeciwieństw - o mnie w końcu mówili jako o porywczym durniu, a o nich jako o poukładanych pannach z dobrych domów. Hannah była rok młodsza i wydaje mi się, że w szczycie swojej formy mądrzejsza niż ja teraz.
Kiedy spoglądam w jej stronę, ta już patrzy na mnie i posyła rozbawione oko. Kiedyś taka nie była, bo zna mnie - znała jeszcze zanim więcej z nich mówiło, że mnie zna. Na moim ostatnim roku przyznała się, że trzymała się ze mną tylko dlatego, że w ten sposób miała szansę spędzić czas z moim mądrzejszym przyjacielem. Myślącą połówką.
On w końcu myślał ciągle, ona tylko sporadycznie, może dlatego nigdy nie przebiła się przez moją hałaśliwą powłokę do swego osobliwego celu.
Teraz widocznie również zdarzyło jej się myśleć. Odrobinę. Na przykład myślała, że zapomniałem. Ale nie zapomniałem. Nie pozwolę jednak nigdy, by przez kogoś takiego jak ta żałosna kobieta, filary kilku tych przyjemnych wspomnień z Hogwartu nagle runęły. Dzisiaj wieczorem dziwnym trafem ktoś dowie się o jej małżeńskich występkach.
Niech nie myśli, że wciąż byłem tym samym dzieciakiem, którego mamiła lata temu. Ja też czasami myślałem, chociaż takiego myślenia nauczyłem się dopiero po dłuższej znajomości z Corneliusem.
Podobał mi się, ale nie w znaczeniu, które przychodziło na myśl jako pierwsze. Wydawał się czasami nie słuchać wszystkiego co mówiłem, ale mimo tego - słyszeć nawet jakby to co niedopowiedziane. Tak wielu rzeczy potrafił domyślić się bez wdawania się w większe interakcje. Mnie też rozumiał, jakby pytał co o tym myślę, zamiast czy w ogóle myślę.  
Kiedy poznawaliśmy się, byłem nie do zniesienia. Dzięki temu jednak, że wpadliśmy w tym życiu na siebie, miałem kogoś, kto wiedział kiedy wcisnąć hamulce. Gdyby nie on nie zaliczyłbym połowy egzaminów. Czasami poduczył mnie czegoś, czasami pomógł poukrywać ściągi za rękawem szaty. Pomagał wybrnąć z trudnych sytuacji, czasami nawet ręczył za mnie, chociaż wcale nie musiał. Był od zawsze jak mój lokalny starszy brat, którego nigdy nie miałem. Nie mówił wiele, a przynajmniej w porównaniu do mnie, ale kiedy już mówił - nasiąkałem tym. Nie rozumiałem czasami połowy jego mądrych słów, jednak jeżeli był w tym świecie człowiek, który miał na mnie większy wpływ niż pchający w oczywistą karierę ojciec - to pewnie nieodłączny od ponad trzydziestu lat przyjaciel.


Trzeci raz.
Trzeci kieliszek uspokaja wieczny szum w głowie i zaciera wszystkie bodźce, które to tej pory drażniły mój umysł. Były w tym życiu okresy, kiedy nie musiałem raczyć się odurzeniem, byle uśpić swoją nadpobudliwość - kiedy przerzuciłem się z wiolonczeli na coś, co sprawiało więcej przyjemności i wymagało mniej cierpliwości.
Wiercąc się w fotelu, na widowni przed występem operowym, pochylałem się lekko w bok, kiedy zaraz obok mnie siedziała mała Valerie, zadająca typowo dziecięce, ciekawskie pytania. Jej wypadało się wiercić i nie mieć cierpliwości, w końcu miała wtedy raptem cztery lata, ale mnie samego w tamtym momencie przed wyrzuceniem z sali uratowało chyba tylko to, jak wdzięcznym ruchom dyrygenta mogłem się wtedy przyglądać. Wysoki mężczyzna o blond włosach i uśmiechu bialutkich zębów na wejściu skłonił się do nas, a potem przedstawiony jakimś zagranicznym, znanym nazwiskiem obrócił ku orkiestrze i drżeniem batuty łączył sznur instrumentów w synchroniczny ton. I chociaż strumienie muzyki obmywające moją twarz z pewnością były absorbujące, tak jedynie swoisty taniec koncertmistrza był w stanie oczarować mnie a tyle, bym poczuł jak palce rozluźniają się, a umysł wycisza chociaż na chwilę. Harmoniczne ruchy powtarzałem w głowie po kilkanaście razy, kiedy na scenie prym święciły elementy operowe - oczywiście, wysłuchiwanie latami ćwiczonych arii w wykonaniu zdolnych śpiewaków było wrażeniem cudownym, jednak nic nie mogło równać się z nieziemskim urokiem kapelmistrzowskiej służby.
Miałem wtedy osiemnaście lat i znakomicie czułem takt. Grałem bez metronomu, bo rytm jego stukania już po dwóch pierwszych włączeniach zapadał mi w głowie na dobre. Byłem szkolony na wiolonczelistę. Wszyscy mówili, że to, że zdołałem okiełznać chociaż jeden instrument, w moim przypadku było sukcesem nie do powtórzenia. Że z dawnymi deficytami uwagi, które wciąż ciągały się ze mną niczym widmo, nigdy nie byłbym w stanie zapanować nawet nad całą skrzynią zabawkowych muzyków.
Po spektaklu mój ojciec uścisnął dłoń Stefanowi Krugerowi. Potem przedstawił nas sobie gdyż widocznie czuł, że znajomość ta może się okazać... Budująca. Fakt, mieliśmy dużo wspólnego, jego ojciec też był muzykiem. Dodatkowo kolor jego włosów przywodził mi na myśl szczeniackie wspomnienie smagnięcia smyczkiem po głowie. Nadawał się więc na nauczyciela. No i uczył mnie, ładnych parę lat. Tego i owego. Może cierpliwości, może nowych sposobów na wykorzystywanie swojego potencjału. To właśnie za nim ruszyłem z ojcem w świat, do dawnej ojczyzny. I to u jego boku przeżywałem te kilka lat, podczas których jednak przede wszystkim nauczyłem się dyrygować orkiestrą i ludźmi, trzymać buzię na kłódkę, kłamać i wymijać temat mojego długiego kawalerstwa.


Czwarty raz
Czwarty kieliszek przyjmuję już z szerokim uśmiechem. Zwykle tyle nie piję, powalając sobie po prostu na napicie się maksymalnie dwóch drinków dziennie, ale nie zawsze tak było.
Póki pomieszkiwaliśmy sobie ze Stefanem razem, chodząc wieczorami do barów dla takich jak my, nie sięgałem po alkohol tak często. Przy nim nie czułem tak wielkiej potrzeby hamowania swoich popędów, których dzicz przygasała pod wpływem tej społecznie akceptowalnej trucizny, podstępnie pulsującej we krwi. Kiedy chciałem klaskać z podekscytowania – klaskałem. Kiedy miałem ochotę bujać się z nim do rytmu na środku sali – robiłem to. Tworzyłem muzykę nieokiełznaną i nieopierającą się na schematach wcześniej wpajanych mi przez nauczycieli. Przez tę nauczycielkę. Czasami z natchnienia wbiegałem po schodach i zeskakiwałem z najwyższego stopnia. A potem wyobrażałem sobie, że dźwięk zderzenia moich stóp z ziemią zastąpić można byłoby uderzeniem w kocioł.
Razem tworzyliśmy muzykę, ja miałem dużo pomysłów, on miał za to sporą wiedzę teoretyczną. Rozwijałem się tam, pod jego skrzydłami, hodując własne. Te same, które edukacja podcinała mi od samego początku, nazywając wyjątkowo mało uzdolnionym.
Wciąż pisałem listy do Corneliusa, jednak ten niewiele podzielał moją radość, odpisując rzadko. Z biegiem czasu czuję, że byłem dla niego zbyt przytłaczający, tak samo przytłaczający jak w momencie początków naszej znajomości. Tak jednak czułem się spędzając czas w towarzystwie Stefana – niczym szczeniak z zamaszyście merdającym ogonem. Niczym dzieciak, którego na nowo nic nie było w stanie powstrzymać, w końcu zamiast rozsądnego przyjaciela ze szkolnej ławki, obecnie posiadałem u boku kogoś takiego jak ja. Artystę. Wizjonera. Marzyciela. Człowieka, który miał światu za dużo do udowodnienia.
Czułem, że jego uczucia były szczere i wiem to nawet dzisiaj – pozwalał mi kierować na próbę swoją orkiestrą, przedstawiał mnie swojej rodzinie jako przyjaciela, nie kazał mi zrzucać się na berliński czynsz. Kochał mnie. Ja jego też.
To były dobre czasy. Szkoda, że przyszło nam wszystkim walczyć w nieswojej wojnie.
Stefan usiadł na moim łóżku we wrześniu roku 1939. Pokazał mi listy od swojej rodziny, która nakazywała mu przemieścić się do podberlińskiego domostwa, w którym mieli zadecydować o dalszych działaniach obronnych. Nasze sielskie życie skończyło się i ustąpiło miejsca rozpychającym się od dłuższego czasu niepokojom. Wtedy po raz pierwszy usłyszałem z ust Krugera te pełne lęku słowa, które do dziś obijają się w mojej ponownie zestresowanej głowie:
- Nie martw się, wiem co powinniśmy zrobić. Nigdzie nie jedziemy.
A być może powinniśmy, może gdyby nie to, nigdy nie poznałbym tajników czarnej magii i równie obrzydliwego świata mugoli. Wyrwany mi spokój i porwane na strzępy szczęście sprawiło, że dawne tiki wróciły, a ja nauczyłem się żyć w nieco innych warunkach. Czując się po kolei jak śmieć, później jak szczur, aż w końcu jak pan. W tej wojnie stanęliśmy w końcu po dobrej, wręcz jedynej słusznej stronie.


Piąty raz
Piąty kieliszek pęka mi w ręku w trakcie, gdy postanowiłem stuknąć się nim z moją siostrą Valerie. Na szczęście płyn nie rozlewa się przesadnie, a już na pewno nie na jej przepiękna kreację. Odsuwamy się od plamy szampana, kiedy służąca o jasnych włosach zaklęciem osusza parkiet i w gołe dłonie nieopatrznie bierze resztki szkła. Krew sączy się z jej palców, a ja by nie musieć oglądać tego widoku, przenoszę spojrzenie na oczy mojej siostry, wpatrzonej w pojedynczy punkt przed nami, widocznie odnajdując tam kogoś znajomego.
Ja myślami odpływam daleko stąd, do momentu, w którym szkło pękało na moich oczach, rozgniatane przez odłamki ścian poruszonych ładunkiem wybuchowym. Dobrze, że mam obecnie blat, na którym mógłbym się podeprzeć, bo samo wspomnienie tego zdarzenia sprawia, że serce mocniej mi bije, a twarz wykrzywia się w serii niekontrolowanych grymasów. Zasłaniam ją otwartymi dłońmi, przed siostrą tłumacząc się jedynie przy pomocy „wysokiego stanu upojenia”. Była wtedy zbyt młoda. Nigdy nie powinna słuchać o tym, w jaki sposób wszedłem w te dziwne konszachty z Kruegerami, których finał okazał się być najbardziej krzywdzący dla niej samej. Nie jeżeli w historii tej tak dużo jest łez, krwi, mrocznych zaklęć i prochu strzelniczego.
Stanięcie po stronie Grindelwalda nie było moją decyzją, chociaż po czasie popieram ją tak, jak od początku popierał ją Stefan. Jego rodzina również poparła decyzję, nawet pomimo wcześniejszego oporu wobec jego nieszablonowego podejścia. On znał ludzi, a zaskakująco wielu z nich rozpoznawało też mnie. Widocznie mówił na mój temat innym, nie wstydził się mnie. Może nawet był ze mnie dumny, bo kiedy w trakcie działań dywersyjnych rozpoznawałem się w to kolejnych kontaktach, ci od początku traktowali mnie jak równego sobie, nie gryzipiórka czy żółtodzioba. Wbrew mojemu młodemu wiekowi.
Miałem czystą krew, czasami to wystarczało, a oni poświadczyli za mnie. Kiedy już uległem wpływom tych, którzy swoją charyzmą podbudowywali moją i tak obecną wiecznie w głębi duszy niechęć ku mugolom, odbierałem to jako jeszcze większą zaletę.
Rodzina Kruegerów pomogła mi odnaleźć się w nowych realiach, o czym pisywałem w listach kierowanych do Vanity Palace. Ojciec dołączył do mnie, kiedy dowiedział się, że po likwidacji części kadry lokalnej Opery mogłem liczyć tam na miejsce dla siebie. Stefan i jego rodzina mówili, że tamci, dawni pracownicy, zostali ukarani za nieposłuszeństwo, że w czasach takich jak te stawać powinno się po stronie silniejszego. A ja, ten zakochany gówniarz łykałem wszystko co powiedział mi niczym gęś. W pewnym momencie traktowałem każde jego słowo niczym wzór do własnej opinii. Nie szukałem innych autorytetów, Krueger w końcu znajdował się pod ręką.
W tamtych czasach ojciec komponował, a my ze Stefanem na zmianę przewodniczyliśmy orkiestrze, której próby w rzeczywistości często stanowiły dywersję. Poprzez kontakt z dyrektorem placówki naleźliśmy się na linii przesyłowej informacji, które dostarczaliśmy, ale i zdobywaliśmy. Budowanie opinii potrwało wyjątkowo krótko i przyszło wyjątkowo łatwo. On miał gadane, ja pomysły, a obydwoje łeb do interesów. Sprzedawaliśmy informację i sprzedawaliśmy szpicli. A potem ktoś sprzątał. Ich, bo po nich sprzątaliśmy my.
Właśnie tak weszliśmy w bliższe kontakty z jego wujkiem, Franzem. Owocna współpraca sprawiła, że za ponad dwadzieścia lat mam na dłoniach jego krew, chociaż niedosłownie. Ale zresztą - nie boli mnie to, wścieklizna jest w końcu chorobą śmiertelną. A bestie ze wścieklizną zasługiwały w jedynie na odstrzał.
Teraz wiem, że byliśmy po prostu przebiegłymi szabrownikami, chociaż Stefan nazwał to po latach byciem pieskami na usługach Franza. Żywiliśmy się kośćmi tych, którzy po kolei znikali w niewyjaśnionych okolicznościach, które w obliczu wojny nie oczekiwały nawet na wyjaśnienia. Ale ci ludzie też mieli rodziny.
Podobno z włosów jednej z aktorek zrobili smyczek, byle jak najwięcej na tym zarobić. Podobno sprzedali nawet ich ubrania, podobno nic nie mogło się zmarnować, nie w tych wojennych czasach. Podobno miało być gorzej i należało korzystać z okazji, póki takowa istniała. Podobno za kilka miesięcy nikt nie będzie chciał już nic kupować. Za kilka miesięcy ludzie będą odmierzać jedzenie na porcje, szanując każdy ogryzek chleba. Podobno, ale skoro mówił to on, musiałem w to wierzyć. Takie plotki puścił po pomieszczeniu Stefan, kiedy siedząc przy jednym stoliku z Franzem, liczyliśmy krwawe pieniądze.
Na wojnie nie dawało zarobić się czysto, za to dało się zarobić dużo.


Szósty raz raz
Szósty kieliszek wznoszę w toaście za moją siostrę. Siostrę, którą zawiodłem, ale której zaufanie mogłem jeszcze odbudować. Próbowałem, bo jako jedyny z nas pamiętałem ją od jej najmłodszych lat i jako jedyny znałem jej późniejszego męża. Pozwalałem jej myśleć, że byłem tylko kolejnym nauczycielem muzyki jego syna, w tym samym momencie z drżącymi rękami wyjmując z pudeł kolejne buty zdjęte z trupów.
W 1945 rzadziej piłem już z kieliszków, zacząłem w końcu nosić przy sobie nieodłączna piersiówkę. Używam jej do dziś, jednak smak alkoholu zmienił się przez te kilkanaście lat.
Teraz nie sięgałem już w końcu po wypalający przełyk samogon, a pijam słodzony gin. Wciąż noszę ten sam typ marynarki, chociaż od tego czasu schudłem już, zrzucając mięsistą masę. Sięgam nieodłącznie do tej samej, wewnętrznej kieszonki. Sięgam kiedy przed występem chcę upuścić trochę pary, kiedy wymaga się ode mnie ciszy, kiedy narażony na stres mógłbym przyciągać niepewne mojego psychicznego zdrowia spojrzenia. Dopiero po wojnie ktoś zasugeruje mi, by tego typu sprawy załatwiać przy pomocy czegoś innego od słodkich trunków, jednak wiedza ta nie przyda mi się na długo – moje ciało wybrało już w końcu stosowne uzależnienie.
Franz dolewał mi do kieliszka, nawet kiedy wyraźnie odmawiałem. Chociaż moje usta mówiły nie, moje ciało sięgało po kolejne podawane mi, fantazyjnie przygotowywane drinki. W czasie wojny piłem dużo tych pędzonych gdzieś w piwnicach truneczków, których nie dało się spożyć na surowo. Były tańsze, a ten, którego wtedy razem z Stefanem nazywaliśmy wujem, twierdził, że oszczędność w tym okresie tylko się nam przysłuży – szkoda, że przez jego dobre rady wyglądaliśmy z czasem jak obdartusy, jedynie momentami wdziewając swoje nieco lepsze wdzianka. Głównie na występy, ale z czasem i one były coraz rzadsze. W naszym towarzystwie wszyscy już przestawali udawać zainteresowanych sztuką, było wiadomo, że nikt nie przychodził tu dla niej. Na sali operowej wszyscy szeptali, szemrali, a śpiewacy wręcz przeszkadzali im w prowadzeniu dyskusji. Przechodziłem wtedy trudny epizod mojego życia, kiedy dużo wątpiłem i ponownie rzucałem się w wir szaleństwa. Wciąż ze Stefanem, chociaż i jego ogień nieco przygasł. Był jak ja, żył dla pasji. Ludzi mniej było stać na rozrywki takie, jakie byliśmy w stanie im zapewnić. Podsycani naukami Grindelwalda magiczni bali się niekiedy wychodzić na ulice Berlina, karmieni niepokojem co do możliwości bojowych lokalnej ludności.
Tam gdzie brakowało magii bowiem, człowiek odnajdywał nowe możliwości.
Poznaliśmy je, kiedy podczas przerwy w trakcie spektaklu, ktoś postanowił podłożyć ładunek wybuchowy pod bufetem, umieszczonym tuż obok zabytkowej wystawki dawnych instrumentów magicznych. Pękające kieliszki, pękające szyby w witrynach wystawowych, odpryskujący tynk i kawałki szkła wbite w moje ramiona. Byłem w zbyt wielkim szoku by ochronić Stefana przed obrażeniami, on niestety odleciał kilka metrów stąd, miotnięty kawałkiem drewnianego blatu. Scena niczym z opowiadań sensacyjnych, przypominała w tamtym momencie scenę z horroru. Nawet teraz, kiedy o tym myślę ręce niekontrolowanie zaczynają trząść mi się na tyle, bym zmuszony został do odstawienia kieliszka i skrycia dłoni wśród czułych objęć kieszeni u spodni.
Rozbita głowa Stefana, irytacja malująca się na twarzy Franza, przeraźliwy krzyk mojego ojca, dołączającego do paniki tłumu. Tata widząc krew wsiąkającą w koszulę na moim tylko powierzchownie uszkodzonym ciele, od razu pomknął zająć się swoim pierworodnym. Szkoda tylko, że w wyniku tego wszystkiego pościgał się ze mną po salce, bo ja sam, nie zważając na mój stan, od razu pokonałem odległość dzielącą mnie od Kruegera. Pochylony nad nim wuj obiecywał, że wszystko będzie dobrze, ale mi zbierało się na łzy. Nie płakałem, to nie w moim stylu, jednak niewiele pamiętam ze swojej reakcji. Podobno miotałam się niczym zwierzę w klatce, w co prędzej uwierzę. Błagałem by zabrali go do szpitala, ale Franz uparł się by tego nie robić. Większość policji pozostawała ślepa na nieporządek, a otwarta na powiększenie majątku.
Nowa komisarz jednak prezentowała poglądy nieprzychylne działalności takiej jak nasza.
Mój ojciec był mniej uległy ode mnie – wezwał magipolicję, a ta zgarnęła Stefana z podłogi. Nie do szpitala jednak, a do siedziby. Może i poskładali go do kupy, ale tylko po to, by po miesiącu przetrzymywania go w areszcie, wreszcie postawić przed obliczem sprawiedliwości. Dziesięć lat odsiadki za przestępstwa na tle rabunkowym, które od momentu współpracy z wujem ciągnęły się za nim niczym widmo. Franz bezczelnie zrzucił wtedy całą winę na bratanka, który by mnie chronić nawet nie miał zamiaru otwierać ust. Wtedy wuj skwitował nas wszystkich tylko surowym, acz rzuconym cicho „a nie mówiłem?”, które wpędziło mego ojca w drażniące poczucie winy. Ja zacząłem pić na umór, a tatko ledwo już znosił moje ponownie budzące się niepokoje. Rzucałem przedmiotami, by sobie ulżyć i niemal zdemolowałem mieszkanie należące do Stefana. Bez niego miejsce to było niczym nawiedzony pustostan.
Wyprowadziłem się na nowo do Shropshire, ale nie na długo.
Franz mówił, że tylko jeżeli będziemy trzymać się blisko jego, wyjdziemy na tym dobrze. Wróciłem do Berlina, ale tym razem z asystą krnąbrnej ostatnio Valerie, która swego czasu, w swojej młodzieńczej zapalczywości pragnęła sięgać po najłatwiej dostępny, prawie zwiędły kwiat angielskiej ziemi. Tata mówił, że było ją stać na więcej i że to coś zapewni jej tylko Krueger. Ten Krueger, który powiedział bym trzymał głowę wysoko, nie dawał się emocjom, które lubiły panować nad rozsądkiem. Bym czasami zachowywał się jak mężczyzna, a nie byle pederasta. On domyślił się charakteru naszej znajomości, którą Stefan za wszelką cenę chciał schować przed wszystkimi, ale on był jedynym, który wymagał od nas bezgranicznego zaufania. Nie musiał bezpośrednio szantażować mnie, bym wyraził chęć posłuszeństwa. Może więc i chęć chronienia swojego dobrego imienia tak na mnie wpłynęła, że jakiś czas później przybyliśmy do Berlina z kolejnym owocem naszej ziemi.
Nie byłem pijany, kiedy patrzyłem jak ojciec ofiaruje mu rękę swojej jedynej córki, mimo wszystko uznałem to wtedy za dobry pomysł. W końcu Franz był autorytetem. Miał pieniądze, miał wpływy i rację, bo pewnie gdybyśmy posłuchali go wtedy, kiedy moim ojcem zawładnął stres, nie musielibyśmy znosić konieczności widywania Stefana zza krat. Chciał widocznie chronić nas, a jeżeli w centrum jego ochrony znajdować miał się nasz największy skarb, nasza mała Valerie… Nie mogło być przecież lepiej.
Czas to zweryfikował.
Może nauczyciele w Hogwarcie mieli rację. Może byłem po prostu głupi.
Gdybym nie był tak głupi i namówił Stefana do tego, by w trakcie wojny ten pozostał z resztą rodziny w posiadłości Kruegerów, nigdy nie musiałbym zapijać niepewności, którą odczuwałem patrząc na zegarek w sierpniu 1957 roku. Kiedy niecierpliwy przytrzymywałem swoją drgającą szczękę, równie niecierpliwie wodząc spojrzeniem za wskazówką sekundową, mającą dać mi sygnał o śmierci Kruegera. Dwa okrążenia i mogłem na nowo skupić się na koncercie Valerie. Valerie ostatni raz Krueger.
Jedyne co musiałem zrobić, to zagonić go na spotkanie. Ten zepsuty dziwkarskim trybem życia łeb wierzył, że splątani wspólnymi tajemnicami i brudami nigdy się od siebie nie odetniemy. Był zabójczo bystry, dlatego na propozycję spotkania w cztery oczy on sam wybrał nie Londyn, a miejsce znajdujące się poza jego granicami. Pech chciał, że przechytrzył sam siebie, kiedy w trakcie wędrówki na umówione spotkanie, idąc jedną z uliczek, wpadł na grupę negatywnie nastawionych mugoli. Cóż za pech, że ci dziwnym trafem wiedzieli z kim mieli do czynienia. Franz nie wydobył ze swojego gardła nawet dźwięku, nim jego usta zdusiła ciężka dłoń osiłka. Z zasady nie ustawiałem się z takimi jak oni, ale Cornelius powiedział, że wszystko będzie dobrze. Że wyczyści im pamięć, że nikt nie zapamięta nawet piegu na mojej twarzy. Część pieniędzy dostali przed wykonaniem zlecenia, zaś drugą otrzymać mieli dopiero po wszystkim. Kiedy mój przyjaciel "dostarczał" ostateczne wynagrodzenie, panowie nie mogli już nawet uzmysłowić sobie, że ostatecznie go nie otrzymali.
Kiedy spotkaliśmy się po wszystkim, trząsłem się i kazałem obiecać, że nikt nigdy się o tym nie dowie. Chlapnąłem coś może o tym dlaczego właściwie poleciłem ojcu Franza. Pozwoliłem mu nawet uderzyć mnie w twarz, ale właściwie - zasłużyłem. To, że nie odciął się ode mnie było najwyższym wyrazem wspólnego zaufania.


Siódmy raz
Siódmy kieliszek uderza mi do głowy. Ponownie czuję ekscytację, która gościła w mojej głowie podczas ostatnich łyków sączonych z trzeciego kieliszka. Moje oczy nie są maślane, są po prostu pijane. Muszę usiąść już, by nie bujać się na piętach niczym ostatni świr. Siadam i przymykając oczy przenoszę się wspomnieniami do pamiętnej chwili powrotu z Berlina.
1948 rok był rokiem w którym poznałem Amelię Eberhart. Siedziała naprzeciwko mnie w pociągu do Londynu i w rękach trzymała ciężką książkę o magicznych zwierzętach. I chociaż ona wiecznie powtarzać zwykła, że to nieprawda, wiem, że wtedy znad książki patrzyła na mnie co jakiś czas, uśmiechając się nieśmiało. Chyba tego nie chciała, ale kiedy gdzieś we Francji pożegnaliśmy pasażerów z naszego przedziału, a ja zamiast pozdrowić ich nigdy nie poznanym au revoir, wydobyłem z siebie zdradliwe arrivederci, wreszcie wymusiłem szerszy uśmiech na jej twarzy. Nie wiem czy był to gest litości, pożałowania czy faktycznego rozbawienia, ale pochyliwszy się lekko w jej stronę, niemal poczułem się jak te ponad dwadzieścia lat temu, kiedy nauczycielka z nieodżałowaną manierą przyglądała się moim daleko idącym w niewłaściwości zachowaniom. Wiolonczelistkę wszystko to bawiło tylko do pewnego momentu, wtedy nie wiedziałem nawet czy Amelię bawiło to w ogóle.
Kiedy czterdzieści kilometrów przed Londynem nasz pociąg postanowił wyzionąć ducha, zapytałem blondynkę czy wie jak trzymać w dłoni smyczek, zaczynając naszą sześciogodzinną dysputę, podczas której chciałem być dla niej ciekawszy niż opasła literatura branżowa. Nie odpowiedziała, widocznie nie znając poprawnej odpowiedzi na te pytanie, chociaż w przypadku tym nie istniało nic takiego jak dobra odpowiedź. Czegokolwiek by nie powiedziała i tak spijałbym słowa z jej ust. Przy dalszej rozmowie zażartowałem, że mamy tak wiele wspólnego, w końcu obydwoje byliśmy wychowankami Slytherinu, chociaż ja wolałem pamięcią nie wracać do szkolnych lat. Próbowałem wycisnąć z niej gdzie zatrzymuje się w Londynie i czy miałaby coś przeciwko, gdybym wziął ją sobie za żonę. Krzywe spojrzenie odgoniłem atmosferą żartu. W końcu żartowałem, prawda?
To był pierwszy raz kiedy poprosiłem ją o rękę, a ona odmówiła. Tych razów miało być więcej. Tyle ile kieliszków które dziś w siebie wleję.
Stefan nie mógł mnie teraz zauważyć, nie miał więc podstaw do zazdrości. Zresztą – skupiając swoje myśli na Amelie, dłonie już mi nie drżały, chociaż z tego samego powodu, z którego nie drżały przy Kruegerze, w końcu nie byłem już tak wyzwolony. Myśli z nią związane, kojarzą mi się nieodłącznie z miksturami uspokajającymi. Stosowanie ich zasugerował mi Cornelius, kiedy po długim czasie nieprzyglądania się mojej znajomej twarzy, zauważył powracające drażniące tiki. Piłem je, te mikstury, nie tiki, ale nie czułem się dobrze – nie wiem czy to przez odstawienie alkoholu, czy przez ich wyjątkowo skuteczne działanie, wpływające też na mnie fizycznie. W porównaniu do zwyczajnego zachowania byłem w końcu tak anemiczny, chociaż bracia śmiali się, że wreszcie do zniesienia.
Nie wytrzymałem tak długo, chociaż to nie tak, że rad Cornela nie brałem do serca – chwilę nawet udawałem przed nim, że nadal stosuje się do jego szczerych zaleceń, ale ten wiedział że kłamię niemal od razu. Będąc na nowo pod wpływem alkoholu spytałem go czy powinienem zaśpiewać pod oknem Amelii, nowo poznanej dziewczyny z Niemiec, byle nie wprawiać go w poczucie, jakobym zupełnie nie liczył się z jego zdaniem. Chyba żartował, że był to dobry pomysł albo potakiwał dla zasady równie pijany co ja, ale wkrótce zaśpiewałem. Jeszcze tego samego wieczora, kiedy wypełzłem z mieszkania mojego przyjaciela, pytając przechadzających się okrytymi płachtą nocy uliczkami Londynu mieszkańców, wreszcie trafiłem pod odpowiedni adres. Rzuciłem kamieniem w okno, co nie było częścią planu, który wcześniej ustaliłem – całe szczęście jednak że nie wybiłem szyby. Nigdy nie byłem genialnym śpiewakiem, nie umiałem panować nad moim głosem niczym zawodowiec, jednak chciałem pokazać się przed jej obliczem od jak najlepszej strony.
Przed obliczem będącym zlewającym się z dwóch ciał, należących do Amelii i mojej dawnej nauczycielki. Pierwsza odczuwała żenadę, ale oczami wyobraźni malowałem obraz zadowolonej i dumnej drugiej - mentorki. Zaproponowałem jej, byśmy spędzili dalsze życie razem, miałem w końcu tak wiele do zaoferowania.
Nie zgodziła się, widocznie nie doceniała moich możliwości. Tamtej nocy nie pozwoliła mi nawet spać u siebie, co za bezsens. Jeszcze tego samego wieczora wróciłem do mieszkania Corneliusa i spałem więc na kanapie.

Teraz obracałem się wśród elit, zabawiałem ich, przebywałem na ich przyjęciach i utrwalałem wszystkie wkładane mi do głowy od dziecka zasady dobrego wychowania i taktyki pokazywania się przed ludźmi od jak najlepszej strony. Kiedyś tego nie rozumiałem, wypierałem, a teraz, w dorosłym życiu - wyjątkowo doceniałem. Byłem muzycznym autorytetem, zdobywającym doświadczenie nie tylko w kraju, ale i poza jego granicami.
We Wielkiej Brytanii byłem koncertmistrzem w aż trzech miejscach na raz, jednak głównym i zatrudnionym na stałe jedynie w Menchesterskiej filharmonii, znajdującej się najbliżej naszego rodzinnego domu. Byłem zapracowanym człowiekiem, w końcu obijanie się miedzy bankietami, a występami było tak cholernie wyczerpujące… Dla ludzi mniej nadpobudliwych ode mnie. Miałem w sobie tyle wigoru i chęci, bym w czasie pomiędzy wyjazdami znalazł jeszcze chwilę na to, w czym podobno na niemieckiej ziemi byłem całkiem dobry. Odcinając się od berlińskiej kasty Franza, myślałem, że już nigdy nie wdam się w podporządkowane politycznie gierki, ale wdałem, bo i bracia moi nie próżnowali na lokalnych salonach, żywo wspierając nowe nurty. Dla nich nowe, ja w końcu oblicze wojny i figurę górującego opiniami Grindelwalda znałem już za dobrze. Znowu handlowałem, teraz już tylko informacjami którymi nasiąkały mury otaczające brytyjskie sceny. Nie potrzebowałem już Stefana, bo na nowo u swego boku miałem Corneliusa. W naszej niestrudzonej relacji, która z czasem nabierała na wartości niczym wino, ja byłem ciałem, on umysłem. Kiedy po latach on podążył za Czernym Panem, ja poszedłem za nim. Nie tak głęboko co prawda, jednak dziwnym trafem grałem na salonach tylko tych, którzy stawiali się po odpowiedniej stronie barykady. Często dla szych z ministerstwa.
Ubawiłem się już trochę tym kieliszkiem, a ten nawet się nie skończył. Właściwie nie wiem nawet czy dam radę dopić go do końca, bo chociaż nie brak mi cierpliwości, powoli zaczynam czuć, jak ciało moje oddaje się całkowicie słodkiemu relaksowi, jaki on za sobą niesie. Ale dobrze, skoro mowa już o Ministerstwie, bo właśnie o nim przed chwilą wspominałem, sam też byłem tam. Nie częścią struktury, w końcu zajęcia takie nadawały się dla ludzi mniej ciekawych i takich, których nauczyciele w Szkole głaskali po główkach, życząc zawodowego spełnienia. Byłem w Ministerstwie, byłem w budynku. Byłem, bo właśnie tam pracowała Amelia. Wiedziałem czym zajmuje się i gdzie, w końcu wcale nie wstydziłem się tego, że zawróciła mi w głowie, przekonany święcie, że kobiety lubiły takich jak ja – wkładających dużo starań w zdobycie ich serc. Czułem, że ten organ jej ciała miałem już w zasięgu ręki, jednak cały czas zasadniczo chodziło mi nie o pompę krwi, a o rękę.
Gdy objawiłem się w jej pracy, dzięki uprzejmości kogoś znajomego zlokalizowałem jej biurko i zakradając się za plecy, położyłem dłonie na jej oczach i nakazałem zgadywać swoją tożsamość. Cóż, wygoniła mnie za drzwi. Powiedziałem, że to tylko taki żart, sygnał, że ze mną można dobrze się zabawić. Rozerwać. Ale ona nie chciała mnie nawet widzieć. Zapytałem nieśmiało czy przypadkiem nie wyjdzie za mnie, ale to ja wyszedłem.
Wyszedłem z pomieszczenia niezadowolony. Odmówiła mi w końcu trzeci raz.

Każdy inny ode mnie nie próbowałby znowu, nie chcąc marnować czasu na kogoś tak niewdzięcznego. Mi ciężko było wyleczyć się jednak z uczuć, w jakie wprawiała mnie Amelia, skrywająca się za twarzą mojej dawnej mentorki. Nie chciałem jej już dłużej zawodzić, chociaż właściwie nie wiedziałem jak zaimponować kobiecie takiej jak ona, po prawdzie jedynej kobiecie która kiedykolwiek zwróciła mogą uwagę na tyle, bym potrafił myśleć o niej dłużej niż kilka sekund. Raczyłem o tym powiedzieć już chyba każdemu, ktokolwiek chciał słuchać, poza siostrą. Wyborem powierników więc strzeliłem sobie w kolano, bo dopiero po jakimś czasie, siedząc na sali koncertowej podczas występu mojej siostry, zauważyłem pewną dziwną zależność siedzącą kilka foteli dalej.
Zależność, bo to słowo brzmiało tak, jakby zależało mi na niej, gdy ona nawet nie patrzyła w moim kierunku. Kiedy zobaczyłem tylko cień jej fryzury, już wiedziałem z kim mam do czynienia. Ktoś mógłby nazwać mnie maniakiem, ale ja po prostu czasami myślałem o niej więcej razy dziennie, niż zerkałem ku młodym muzykom we własnej orkiestrze. Wkrótce częściej nawet niż sięgałem po piersiówkę i znowu odkładałem ją na miejsce, jakby magicznie przekonany, że to, co przygotowałem dla niej w następnym miesiącu rozwiąże mój wieczny problem z koncentracją i ogólną frustracją. Skoro słuchała głosu mojej siostry i była jej przyjaciółką, musiała w jakiś sposób lubić muzykę.
Zaakceptowała moje zaproszenie do filharmonii. Powiedziałem, że spóźnię się nieco i by usiadła na odpowiednim miejscu. W pierwszym rzędzie, chociaż z tego miejsca zwykle mogłaby pooglądać jedynie tyłek dyrygenta. Nie żeby moje intencje w pewnym momencie nie sprowadzały się również i do tej życiowej kwestii, ale nie tym razem – teraz specjalnie cofnąłem nieco muzyków na ten jedyny występ. Wszystko zaplanowałem. Widziałem zza kulisów, że stresuje się tym, że wciąż się nie pojawiłem. Pewnie po raz kolejny zawiodła się na mnie, poznawałem ten wzrok, widziałem go w swoich latach dziecięcych. Miałem jednak nadzieję, że zadedykowany występ załatwi sprawę.
Kiedy ukłoniłem się przed widownią przed występem, powiedziałem, że dedykuję go Amelii, a potem musiałem obrócić się tyłem do wszystkich, w końcu taka była moja koncertmistrzowska dola. Szkoda, że nie widziałem jej miny, chociaż w tamtym czasie spodziewałem się onieśmielonego zadowolenia. Zagraliśmy wszystko z klasycznego repertuaru pieśni o miłości, nawet jeżeli wydawało mi się to strasznie tandetne. Dziewczyny lubiły jednak takie gesty.
Dziewczyny, nie dojrzałe kobiety, jaką z pewnością była. Kiedy pochyliłem się ku niej po występie, przestała klaskać i nawet bez konieczności pytania jej o rękę, stwierdziła, że mi odmawia. Złapałem ją jednak za przedramię i zaproponowałem jednak, że w porywie dobrej woli odprowadzę ją do domu.
Pierwszy raz w życiu chyba pozwoliła mi na cokolwiek. Na bezrybiu i rak ryba. Po co tylko przesuwałem tą cholerną orkiestrę, skoro i tak wreszcie dobrała mi się do tyłka. Od tamtego dnia nie byliśmy połączeni narzeczeństwem, a tajemnicą.


Ósmy raz...?
Ósmego kieliszka nie będzie, jestem w końcu człowiekiem z zasadami. Septimus urodzony siódmego dnia siódmego miesiąca kończy na siedmiu. Zresztą i tak nie miałbym chyba siły. Na horyzoncie widzę już podchodzącą do mojej siostry Amelię. Zaraz w porywie szaleństwa zmarnuję kolejną z moich siedmiu szans, no trudno, jej strata.
Powinna wiedzieć, że w tym świecie nie ma takich siedmiu, jak jeden ja.

Wciąż wierzę jednak, że może tym razem się uda i zamknę wreszcie usta wszystkim ciotkom, które krzywym spojrzeniami i nieprzychylnymi słowami budują mi opinię starego kawalera z problemami. W końcu nie chciałem innej niż Amelia, ojciec wydawał się to rozumieć póki żył, rozpuszczając pogłoski jakobym to będąc na obczyźnie miał poznać odpowiednią dla mnie partię. To wmawiałem mu przez pierwsze lata przed wojną, pisząc listy pod dyktando Stefana. Śmiałem się wtedy w duchu, czytając zadowolone odpowiedzi. Póki sam nie zaczął zagrzewać miejsca w Berlinie, udawanie było proste, potem obyczajowe dramaty można było zrzucić na karb wojny.
Teraz jednak kiedy go nie było, zabawa w kotka i myszkę skończyła się, a my wszyscy co do jednego musieliśmy zadbać o dobre imię naszej rodziny. Ja szczególnie, chociaż przez lata nigdy nie widziałem siebie w roli głowy Vanity, również przez słowa niepozostawiające suchej nitki na moim - podobno - zbyt mało rygorystycznym wychowaniu. Kąśliwe uwagi okraszano pogardliwym określeniem "ulubieńca tatusia", który nigdy nie wyjdzie z garnuszka mamusi. Lalusia. Pacana, który od dziesięciu lat nieskutecznie stara się o rękę jednej kobiety, która w obecnej chwili ma już swoje lata i niewiele do zaoferowania.
Właściwie, może faktycznie nie nadawałem się na pierworodnego, skoro w przyszłości miałem stawiać potomkom wymagania takie jak te, ale sam też nie pchałem się na ten świat pierwszy.
Jeżeli zostanę sam - trudno. Wiem, że dwoje z moich braci poradzi sobie z zapewnieniem ciągłości naszej rodzinie, nawet jeżeli obędzie się to kosztem mojej reputacji. Moje cele nigdy nie uwzględniały posiadania wielkiej rodziny, byłem tylko marzycielem z wizją, a gdyby nie wypadek kilkanaście lat temu - pewnie wciąż żyłbym na kocią łapę z innym mężczyzną, jeszcze bardziej zagrażając dobremu imieniu Vanity.
Jeżeli jednak będzie trzeba, stanę się tym kogo będą potrzebować, udowodniłem już w końcu, że potrafię osiągnąć sukces, nawet, jeżeli odbędzie się to kosztem mojej satysfakcji. Będę udawał zadowolonego, właściwie nie pamiętając jak to jest żyć będąc szczerym ze sobą w stu procentach, ale na to jeszcze przyjdzie czas, tacy jak my, zatraceni w pasji artyści, dojrzewaliśmy do takich decyzji  nieco wolnej.


Patronus: Septimus nie jest w stanie przywołać swojego Patronusa, umiejętności w tym kierunku nigdy nie były jego mocną stroną, a i ten nie kwapi się do poprawy swojej sytuacji.

Statystyki
StatystykaWartośćBonus
OPCM: 83 (rożdżka)
Uroki:100
Czarna magia:72 (rożdżka)
Uzdrawianie:00
Transmutacja:00
Alchemia:00
Sprawność:100
Zwinność:50
Reszta: 1
Biegłości
JęzykWartośćWydane punkty
AngielskiII0
NiemieckiII2
Biegłości podstawoweWartośćWydane punkty
Historia MagiiI2
KłamstwoII10
KokieteriaI2
PerswazjaII10
SpostrzegawczośćI2
Biegłości specjalneWartośćWydane punkty
EkonomiaI2
Savoir-vivreII5
Biegłości fabularneWartośćWydane punkty
Rycerze Walpurgii03
Rozpoznawalność (artysta)III-
Sztuka i rzemiosłoWartośćWydane punkty
Muzyka (dyrygent)III25
Muzyka (wiedza)II7
Muzyka (wiolonczela)I0.5
AktywnośćWartośćWydane punkty
Latanie na miotleI0.5
Taniec balowyII7
GenetykaWartośćWydane punkty
Brak- (+0)
Reszta: 1 PS

[bylobrzydkobedzieladnie]


Ostatnio zmieniony przez Septimus Vanity dnia 03.01.22 14:44, w całości zmieniany 16 razy
Septimus Vanity
Zawód : Profesjonalny muzyk - dyrygent
Wiek : 43 lata
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Kawaler
Masseduction
I can't turn off what turns me on
OPCM : 8
UROKI : 10
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 7
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 10
Genetyka : Czarodziej
 Without dreams of hope and pride a man will die
Sojusznik Rycerzy Walpurgii
Sojusznik Rycerzy Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t10925-septimus-vanity https://www.morsmordre.net/t10951-looney https://www.morsmordre.net/t10952-septimus-vanity https://www.morsmordre.net/f409-shropshire-caynham-dom-rodziny-vanity https://www.morsmordre.net/t10950-skrytka-bankowa-2384 https://www.morsmordre.net/t10953-septimus-vanity
Re: Septimus Vanity [odnośnik]03.01.22 14:50

Witamy wśród Morsów

Twoja karta została zaakceptowana

INFORMACJE
Przed rozpoczęciem rozgrywki prosimy o uzupełnienie obowiązkowych pól w profilu. Zachęcamy także do przeczytania przewodnika, który znajduje się w twojej skrzynce pocztowej, szczególnie zwracając uwagę na opis lat 50., w których osadzona jest fabuła, charakterystykę świata magicznego, mechanikę rozgrywek, a także regulamin forum. Powyższe opisy pomogą Ci odnaleźć się na forum, jednakże w razie jakichkolwiek pytań, wątpliwości, a także propozycji nie obawiaj się wysłać nam PW lub skorzystać z działu przeznaczonego dla użytkownika. Jeszcze raz witamy na forum Morsmordre i mamy nadzieję, że zostaniesz z nami na dłużej!
 STAN ZDROWIA
Fizyczne
Pełnia zdrowia.
Psychiczne
Pełnia zdrowia.
UMIEJĘTNOŚCI
Brak

Kartę sprawdzała: Maeve Clearwater
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : 99
UROKI : 99
ALCHEMIA : 99
UZDRAWIANIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Septimus Vanity Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Septimus Vanity [odnośnik]03.01.22 14:51

KOMPONENTY

[29.01.22] - styczeń/marzec

BIEGŁOŚCIbiegłości

HISTORIA ROZWOJU[03.01.22] Karta postaci, -50 PD
[06.01.22] Rejestracja różdżki
[27.01.22] Wykonywanie zawodu (styczeń-marzec); +15 PD
[20.03.22] Spokojnie jak na wojnie: +150 PD; +3 PB organizacji
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : 99
UROKI : 99
ALCHEMIA : 99
UZDRAWIANIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Septimus Vanity Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Septimus Vanity
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach