Wydarzenia


Ekipa forum
Wejście
AutorWiadomość
Wejście [odnośnik]07.02.23 22:52

Wejście

Niewielki ganek przed domem posiada coś co określić można drewnianą ławką. Można na nim znaleźć buty, które pozostały na zewnątrz. Kilka kocy, rzuconych niedbale na drewnianej ławce - czy może przeciętej na pół blece ustawionej przy wejściu. Przy drzwiach zawieszonych jest kilka latarni, mających w razie potrzeby rozświetlić drogę. Rzadko się palą, bo nocą, przyciągają spojrzenia.
Mistrz gry
Mistrz gry
Zawód : -
Wiek : -
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Wejście Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 https://www.morsmordre.net/t12082-kronika-towarzyska#372204 http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Wejście [odnośnik]22.10.23 18:06
Evelyn & Justine08.08.1958
Ostatnio lubowała się w prostych słowach. Niewymyślnych i pustych, wypowiadanych beznamiętnym echem i porywanych przez wiatr. Wydawało jej się to nieskomplikowane, zupełnie tak, jakby rozwiązanie jej problemów wymagało jedynie odrobiny kłamstwa, niewyszukanej ułudy. Dzięki temu nikt nie pytał, czy wszystko jest w porządku.
Bo jak miałoby być?
Nigdy nie było łatwo, ale to ostatnie miesiące doprowadziły ją na skraj, bo miała już dość absurdu i niedopowiedzeń, bezsensownych przypadków i niespodzianek. Sytuacja w labiryncie ją ugięła, sprowadziła na kolana, obdarła z bezpiecznego płaszcza, iluzorycznej otoczki. Widziała go, tego, którego darzyła miłością tak wielką, jaką siostra może darzyć najbliższego brata. Tego, za którego kilka lat temu bez wahania oddałaby wszystko. Wydawało się, że nienawiść nie ma granic, ale u niej te granice były mocne, wzmocnione krwistą czerwienią swych barier, poznaczone latami wspomnień, wspólnym dzieciństwem i przywiązaniem. Tam, w labiryncie, był jedynie ułudą, zwykłą marą, echem koszmarów, ale to co zrobiła wciąż ciążyło jej w piersi.
Potrzebowała się wycofać, zrobić kilka kroków w tył i zboczyć ze ścieżki, odnajdując ponowny, chwilowy spokój. Dlatego też stała właśnie tu, przy wejściu do gajówki, na niewielkim ganku w oczekiwaniu na gospodynię, która najpewniej już wiedziała o jej obecności. W normalnych okolicznościach pewnie rozgościłaby się sama, ale teraz na jej drodze stały…
- Buty? Na litość Merlina, Justine – sapnęła sama do siebie, krytycznym okiem spoglądając na dwa rozrzucone trzewiki – jeden na ławce i drugi gdzieś nieopodal. Zmarszczyła brwi, prychając pod nosem w wyrazie niewielkiego rozbawienia. Ten widok, choć błahy i prosty, wywołał u kruczowłosej nieznaczne uniesienie kącików ust w krzywym, nietrwałym uśmiechu. Miała tylko nadzieję, że nie są one oznaką stanu wskazującego, bo o ile trzeźwa Justine potrafiła jej dać w kość, to Justine z syndromem dnia wczorajszego mogłaby mieć znacznie zwielokrotnioną moc, ku jej nieszczęściu.
Przestąpiła kilka kroków wprzód, aż pod same drzwi, bez zawahania pukając w nie trzykrotnie, nadając uderzeniom osobliwy rytm.
- Juuust…? Gość w dom, Merlin w dom, alkohol w szkło – zapowiedziała się, kalając swym akcentem każde pojedyncze słowo, czyniąc zdanie niewyraźnym. Nie była pewna, czy czarownica wzięła na poważnie jej niedawną zapowiedź wznowienia kontaktu. Wspomnieniami sięgnęła do ich ostatniego spotkania, które – co niechętnie przyznawała – wstrząsnęło nią odpowiednio, wymuszając skierowanie myśli ku rzeczom nad którymi wcześniej nie chciała się zastanawiać. Tamta rozmowa nie została skończona, nie dla Evelyn, która usłyszała o rozpadzie życia rebeliantki (choć ta nie do końca zdawała się do tego przyznawać, ale skądś znała te zagrania). Wtedy nie miała zamiaru nękać jej pytaniami, pozwalając tym samym na chwilę oddechu i przyzwyczajenie się do odnowienia kontaktu - jako takiego. Teraz jednak widziała możliwość skonfrontowania tamtej rozmowy i dowiedzenia się czegoś więcej, nie o samej sytuacji, a o tym, jak czuła się z tym wszystkim czarownica i czy aby nie potrzebowała mentalnego wsparcia.
Bo każdy kiedyś go potrzebował.
Skrzywiła się, odpędzając ów wspomnienie, skupiając się na odnalezieniu swej fajki w przepasanej przez ramię torbie, klnąc przy tym niczym szewc z wieloletnim stażem, bo nijak nie mogła wymacać tego jednego, potrzebnego w tej chwili przedmiotu.


I survived because the fire inside me burned brighter than the fire around me
Evelyn Despenser
Evelyn Despenser
Zawód : hodowca aetonanów, opiekun magicznych zwierząt
Wiek : 31
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
try to find a chain that i won't break
a price i wouldn't pay for what i want
OPCM : 11 +2
UROKI : 5 +3
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 14
SPRAWNOŚĆ : 10
Genetyka : Wilkołak
Wejście 2d41c2c8f703b039a49a3b12d08f6e84758a13dar1-245-150_00
Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t9065-evelyn-despender https://www.morsmordre.net/t9070-wloczykij#273545 https://www.morsmordre.net/t12156-evelyn-despenser#374148 https://www.morsmordre.net/f168-szkocja-balmaha-farma-despenser https://www.morsmordre.net/t9075-skrytka-bankowa-2130 https://www.morsmordre.net/t9076-evelyn-despender#273691
Re: Wejście [odnośnik]09.11.23 20:48
Najpierw usłyszała odgłosy na ganku, które automatycznie wsunęły w jej rękę różdżkę. Spała a właściwie walała się po łóżku, próbując zmrużyć oczy. Nie sypiała dobrze - a czasem w ogóle; z bezsennością walcząc od dawna. Demony zawsze przychodziły nocą. Nie, nie tylko demony, przychodziło też wszystko to, do czego tęskniło jej serce. Co zostawiło ją same, albo co porzuciła i bezwzględnością kata odcinając się od tego co powinna zostawić i co zgodziła się porzucić podczas Próby. Widziała Skamandera, mimowolnie zastanawiając się nad tym, co się z nim działo. Widziała dwójkę dzieci - jej własnych, realnych, prawdziwych, mimo że były tworami nieznanej magii, które zostawiała za sobą w domu o niebieskich drzwiach. Widywała też Vincenta i małą dziewczynkę o jego rysach. Demony - demony zdecydowanie były by lepsze niż trwanie w udręczających wizjach tego, co nigdy mieć nie miała.
Otworzyła oczy wypuszczając z płuc ciężko powietrze, unosząc się na ramionach, zaciskając palce na różdżce zastygając nieruchomo nasłuchiwała. Ale głos wydawał jej się znajomy - a owe przypuszczenie potwierdziło się, kiedy dosłyszała kolejne słowa całkowicie pokaleczone przez język Despenser.
- Właź! - krzyknęła z jeszcze podrzemkową chrypką, unosząc się wyżej, przerzucając gołe nogi na podłogę. Miała na sobie tylko białą koszulę - jak większość jej ubrań odrobinę na nią za dużą - spodnie leżały gdzieś obok, ale nie sięgnęła po nią. - Właź, Despsenser! - ponowiła nawoływanie, nie ruszając się do drzwi. Zakładając, że będzie umiała znaleźć szklankę. Sama podniosło się łaskawie z łóżka, przechodząc kilka kroków do jednej z szafek. No jej lewym udzie, po zewnętrznej stronie ciągnęła się długa, brzydka blizna. Jeden z najnowszych nabytków po spotkaniu z Rosierem. Ale, co zabawne, akurat jej nogi, wyglądały najlepiej. Całe szczęście, nie potrzebowała współczucia. Nawykła już do znaków i znamion na ciele - był świadectwami zarówno jej porażek, jak i zadziwiającej żywotności. Podeszła do jednej z szafek schylając się i wcyiągając dwie butelki Czarnego Ale. Drzwi w końcu się otworzyły. - Wewnątrzy czy dotrzymujemy towarzystwa moim butom? - zapytała Despenser, rzucając jej przeciągłe, trochę dłuższe spojrzenie. Wzięła wdech w płuca, wypuszczając powietrze. - Byłaś w okolicy i postanowiłaś wpaść? - zapytała jej odrobinę pozornie niewinnie, ale skłamałby mówiąc, że spodziewała się dzisiaj wizyty kobiety. Wierzyła, że chciała odnowić kontakt, ale nie spodziewała, że zjawi się u niej osobiście. Postawiła butelki przed sobą, unosząc rękę, żeby potrzeć nią o szyję, a potem unieść też drugą i związać na czubku głowy nawet krótkie włosy. Złapała jedną z butelek i wyciągnęła w jej stronę. - Delektuj się nim i pij małe łyczki, bo poza tymi zostało mi tylko jedno. - powiedziała zgodnie z prawdą. Nie siadając, oczekiwała na decyzję co do tego w którym miejscu Evelyn chciała spędzić tę chwilę czasu.



The Devil whispered in my ear, you are not strong enough to withstand the Storm. Today I whispered in the Devil's ear,
I am the Storm.
Justine Tonks
Justine Tonks
Zawód : auror, rebeliant
Wiek : 29
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Panna
The gods will always smile on brave women.
Like the valkyries, those furies who men fear and desire.
OPCM : 58 +2
UROKI : 36 +6
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 7 +3
TRANSMUTACJA : 6
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 15
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Metamorfomag
Wejście 1
Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t3583-justine-just-tonks https://www.morsmordre.net/t3653-baron#66389 https://www.morsmordre.net/t12082-kronika-towarzyska#372204 https://www.morsmordre.net/f437-lancashire-forest-of-bowland-stocks-reservoir-gajowka https://www.morsmordre.net/t4284-skrytka-bankowa-nr-914#89080 https://www.morsmordre.net/t3701p15-just-tonks
Re: Wejście [odnośnik]18.11.23 13:42
Długo nie musiała czekać, by ciszę przerwał kobiecy krzyk. Parsknęła, kręcąc głową, bo czegóż innego mogła się spodziewać? Cofnęła się jeszcze na chwilę, łapiąc rozdzielony but, by ustawić go równo przy drugim, na powrót tworząc z nich parę. Od ostatnich porządków, które hucznie urządziła na swoich ziemiach, wyrzucając rzeczy drzwiami i oknami, teraz nie mogła przejść obojętnie nawet przy tak błachych mankamentach. Nie miała sobie zresztą nic do zarzucenia, spełniła w ten sposób dobry uczynek, wykorzystując swój dzienny limit uprzejmości, co oznaczało, że teraz ze spokojem mogła spotkać się z Tonks i przyjmować na siebie grad jej uprzejmości, który zwykle przypominał spotkanie ognia z wiatrem - jedno nieustannie podsycało drugie.
- Justine Tonks, czym zasłużyłam na tak uprzejme powitanie, czyżbym w czymś ci przeszkodziła? - burknęła, przekraczając próg gajówki, próbując odnaleźć wzrokiem gospodynię. Liczyła się z tym, że odnajdzie ją ze zbolałą głową, może wciąż odrobinę nazbyt rozchwianą i chmurną, ale widok, który zastała, wywołał szereg nowych możliwości. - Fiu fiu - uniosła brew, lustrując czarownicę od góry do dołu. Ewidentnie jej problemy nie sięgały już jedynie bałaganiarstwa i rozrzucania obuwia, a im dłużej patrzyła na jej odzienie, tym bardziej zastanawiała się, czy skąpy ubiór jest jakąś niezrozumiałą nowomodą, czy może jedynie stanowi o elementarnych brakach w garderobie. - Trzeba pomóc ci z praniem, czy po prostu wybrałaś ten strój specjalnie dla mnie, hm? - wymruczała z pobłażliwą nutą, gdy nieskrępowanym spojrzeniem stalowoniebieskich tęczówek przemknęła po bliznach poznaczających odsłonięte nogi kobiety, niespiesznie kierując wzrok w górę, ku oczom swej rozmówczyni. Blizny jak blizny, każdy jakieś nosił, niezależnie, czy na ciele, były jedynie świadectwem trudnych ścieżek, wszak każdy je nosił, niektóre były po prostu bardziej widoczne od innych, dlatego te nie robiły na Despenser wrażenia, nie skłaniały do żadnych skrajnych emocji, jedynie skłaniały do wspomnień. Soren również miał takowych wiele, jeszcze w czasach, gdy wszystko było względnie normalne. Niejeden wieczór spędziła nad sprawowaniem pieczy nad bliźniakiem, nawet jeśli ten warczał, żądając pozostawienia go samego. Gdyby wtedy wiedziała, jak prędko wszystko się zmieni, może mogłaby temu zaradzić, niestety Merlin nie uraczył jej tego typu łaską.
Przejęła od kobiety butelkę, ważąc ją w dłoni. Sama nie narzekała na przesadny dostatek, więc też nie oczekiwała większej gościny, przynajmniej w kwestii trunku, bo o posiłku nawet nie śmiała myśleć, tym bardziej teraz, gdy przez pieprzoną kometę jej apetyt był znikomy i często musiała się upominać, że jednak należałoby się nasycić, by nabrać sił do dalszej pracy. - Uznajmy, że byłam nieopodal, ostatnio sporo się kręcę, wiesz, to tu, to tam - odpowiedziała wreszcie, wzruszając ramionami z obojętną miną, na powrót chwilowo przybierając jedną z chłodnych masek. Nie chciała o tym rozmawiać, bo oznaczałoby to poruszenie wczorajszego incydentu w labiryncie, co swoją drogą, było ostatnim tematem, jaki miałaby ochotę dziś rozpoczynać. - Chodźmy na zewnątrz, złapiesz trochę słońca, świeże powietrze też dobrze nam zrobi - lato w końcu nie będzie trwać wiecznie. Niespiesznym krokiem ruszyła z powrotem do drzwi, otwierając je na oścież.
Coś tu jednak jej się nie zgadzało i choć już jedną nogą była za progiem, tak nagle stanęła, by ponownie spojrzeć na kobietę. Kątem oka zlustrowała łóżko, potem zaś na szafę, jakby szukała czegoś niewidocznego dla oczu. - Zaklinam, jeśli zamknęłaś jakiegoś kochasia w szafie, to wypuść go, nim się biedaczysko udusi - skwitowała z wolna, przekrzywiając głowę. - Już modliszki mają więcej litości - dodała z kpiącym uśmieszkiem, wieńcząc tym samym swoją wypowiedź. Po prawdzie jedynie żartowała, ale zważając na okoliczności i ferwor obecnego festiwalu, wiedziała, że wszystko jej założenia nie są do końca niemożliwe.


I survived because the fire inside me burned brighter than the fire around me
Evelyn Despenser
Evelyn Despenser
Zawód : hodowca aetonanów, opiekun magicznych zwierząt
Wiek : 31
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
try to find a chain that i won't break
a price i wouldn't pay for what i want
OPCM : 11 +2
UROKI : 5 +3
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 14
SPRAWNOŚĆ : 10
Genetyka : Wilkołak
Wejście 2d41c2c8f703b039a49a3b12d08f6e84758a13dar1-245-150_00
Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t9065-evelyn-despender https://www.morsmordre.net/t9070-wloczykij#273545 https://www.morsmordre.net/t12156-evelyn-despenser#374148 https://www.morsmordre.net/f168-szkocja-balmaha-farma-despenser https://www.morsmordre.net/t9075-skrytka-bankowa-2130 https://www.morsmordre.net/t9076-evelyn-despender#273691
Re: Wejście [odnośnik]03.12.23 23:59
Przyjście Evelyn ją obudziło, a może bardziej wyrwało - bo sen miała niezmiennie lekki. Może nawet słaby. Ustawiona na ciągłe czuwanie - nawet w czasie zawieszenia działań wojennych. Podniosła się, rozpoznając znajomy głos, okrzykiem zapraszając do środka - wcale nie bardziej uporządkowanego niż zewnętrze. Fakt, że to miejsce nie było zagracone całkiem powodował chyba jedynie fakt, że niewiele zniosła - i miała - własnych rzeczy. Całe szczęście, że nie widziała Evelyn poprawiającej jej buty, bo pewnie zaproponowałaby złośliwie, żeby posprzątała jej też resztę domu.
- Wow, ale oficjalnie. - gwizdnęła, słysząc swoje imię i nazwisko, nie spoglądając w stronę Evelyn, zamiast tego kierując się do jednej z szafek. Niosąc dwa piwa ziewnęła gdzieś po drodze przecierając oko. Postawiła butelki na stole, ale zanim otworzyła własną cofnęła cię, żeby nalać sobie szklankę wody, którą wypiła duszkiem. Uniosła rękę, żeby machnąć nią. - Nie robiłam nic, poza spaniem. - odrzekła jej unosząc brwi wyżej, kiedy zagwizdała lustrując ją od góry do dołu, w usta zatrzymując trochę wody, którą połknęła. Przełknęła, ale jedynie wywróciła oczami, by za chwilę zrobić to ponownie. - Dla ciebie. Ale jak nie masz co robić z czasem, to za pranie się nie obrażę. - odpowiedziała nonszalancko, opierając się tyłkiem o jedną z szafek, zakładając ręce na piersi, ciężar ciała opierając na jednej nodze, drugą przesuwając na przód, żeby zahaczyć kostką o kostkę. Przekrzywiła głowę spoglądając w dół na swój strój. - Nie podoba ci się? - zdziwiła się niemal teatralnie, z nadal pochyloną głową dźwigając spojrzenie ku znajomej jednostce, przybierając na twarz minę, która wydawała się prawdziwie zraniona jej krytycznym spojrzeniem. Czasy nie były lekkie, zdobycie czegokolwiek, ciężkie jak cholera. A co zabawne, to co wcześniej było normalne, teraz zdawało się czasem niemal rarytasem.
- Uznajmy. - zgodziła się wzruszając ramionami, sama przechodząc przez niewielką izbę, żeby ściągnąć z oparcia krzesła granatową spódnicę, którą wciągnęła na biodra. Wsunęła w nią jasną koszulę. Nie dociekała, bo Despenser zdawała się nie do końca mieć ochotę zagłębiać się w szczegóły. Skinęła głową, kiedy wybrała by wyszły na zewnątrz, wsuwając w szlufki pasek i zaciskając go, zapinając na dorobionej dziurce, po to, żeby otrzymana w spadku po kimś spódnica nie zleciała jej z tyłka. - Mój nos twierdzi, że więcej go nie potrzebuje. - odpowiedziała jej, ale wyszła na zewnątrz, bo osobiście było jej wszystko jedno. Zatrzymała się krok później niż Evelyn, unosząc jedną z brwi do góry kiedy rzuciła jej spojrzenie. Powędrowała za jej spojrzeniem na własne łóżko. Zostawiła tam coś poza rozwalonym kocem? Nie pomknęła dalej, ku wiekowej szafie wracając tęczówkami do niej. Ale słowa które wypowiedziała wlały na jej twarz najpierw zaskoczenie. By chwilę później wybuchła śmiechem, ruszając na zewnątrz, po drodze klepnęła Evelyn w ramię. - Naprawdę sądzisz, że schowałabym kogokolwiek? - zapytała jej widocznie rozbawiona, nie bardzo wiedząc, czemu miałaby biedaka wpychać do szafy. - Ale jak chcesz ulżyć własnemu sumieniu możesz sprawdzić szafę. - dodała, stawiając kilka kroków po drewnianym ganku. Przeszła kawałek dochodząc do drewnianych, starych schodów, na jednym z nich przysiadając. - Poza tym, mój następny kochaś będzie się musiał ze mną hajtnąć. - zażartowała - choć wewnątrz siebie ponuro - bo doskonale wiedziała, że nigdy do tego nie dojdzie. Już nie. Nie zamierzała i nie mogła zostać żoną. Ale poflirtować raz na jakiś czas jeszcze mogła. Co nie zmieniało faktu, że nie zamykała nikogo w szafie. - Ale wymyśliłaś. - skomentowała jeszcze krótko, odchylając się, podciągając ramiona, żeby ułożyć je na schodku uprzednio układając butelkę obok siebie. Spojrzała w niebo. - Więc? Nie jesteś na festiwalu? - zadała kolejne niezobowiązujące do niczego pytanie.



The Devil whispered in my ear, you are not strong enough to withstand the Storm. Today I whispered in the Devil's ear,
I am the Storm.
Justine Tonks
Justine Tonks
Zawód : auror, rebeliant
Wiek : 29
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Panna
The gods will always smile on brave women.
Like the valkyries, those furies who men fear and desire.
OPCM : 58 +2
UROKI : 36 +6
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 7 +3
TRANSMUTACJA : 6
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 15
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Metamorfomag
Wejście 1
Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t3583-justine-just-tonks https://www.morsmordre.net/t3653-baron#66389 https://www.morsmordre.net/t12082-kronika-towarzyska#372204 https://www.morsmordre.net/f437-lancashire-forest-of-bowland-stocks-reservoir-gajowka https://www.morsmordre.net/t4284-skrytka-bankowa-nr-914#89080 https://www.morsmordre.net/t3701p15-just-tonks
Re: Wejście [odnośnik]13.01.24 0:15
Machnęła lekceważąco dłonią, ignorując zupełnie uwagę o sztywnym tonie powitania. Zamiast tego zamknęła drzwi i spojrzała na blondwłosą kobietę z wyrazistym wzniesieniem jednej brwi. – Jasne, akurat tęsknię za kilkugodzinnym praniem dla całej rodziny, już niemal zapomniałam jak to jest prać większą ilość ubrań – parsknęła, rozglądając się po pomieszczeniu, a złośliwy pedantyzm zwrócił uwagę na wszystkie niezaopiekowanie kąty w których przydałoby się choć zetrzeć kurze. Nie zauważyła przesadnego bałaganu, ot zwykłe oznaki zamieszkania i lekkie zaniedbanie, które dało się odnaleźć w większości domów innych ludzi, a przynajmniej tych pozbawionych natręctw i nawyków nabytych przemocą w dzieciństwie. Zbyt dobrze pamiętała te mroźne, zimowe wieczory, które spędzała na dworze, próbując doszorować zakrwawioną koszulę Sorena i tę okropną reprymendę od matki, gdy jednak jej trudy spełzły na niczym. Była wtedy dzieckiem, ale wspomnienia wciąż były w niej żywe.
Zwróciła się ku Just, marszcząc wymownie brwi w reakcji na jej pytanie, prędko prześlizgując spojrzeniem po kobiecej sylwetce. – Podobać może i podoba, ale chyba nie złamię ci serca mówiąc, że wciąż wolę mniej roznegliżowany styl? – zaczęła z krzywym uśmieszkiem wymalowanym na drżących w rozbawieniu wargach. – Swoją drogą, ostatnio robiłam porządki w domu i nie wiem, co zrobić z ubraniami matki. Na mnie są odrobinę zbyt ścisłe, miałyśmy mocno różniące się sylwetki, ale może na ciebie byłyby dobre? – zastanowiła się na głos, nie myśląc zupełnie o tym, że dla Tonks mógłby być to przytyk, wszak nie miała nic złego na myśli. Nie mogła patrzeć na spoczywające w skrzyniach ubrania, nie miała też serca ich wyrzucać, tym bardziej w tych paskudnych czasach. Problem stanowił jednak fakt, że nie za bardzo wiedziała, co z nimi począć, tak samo jak z ubraniami ojca i Sorena, a gdyby nie powrót rozsądku, pewnie spaliłaby je w złości i przemożnym żalu, który wylewała z siebie jeszcze na początku tego miesiąca. – Jakbyś chciała, to przyjdź kiedyś przetrząsnąć skrzynki. Nie wszystko się nada, ale może coś byś znalazła – zaproponowała po prostu, nie spodziewając się, by czarownica przystała na ów propozycję, ale chociaż spróbowała, prawda?
Otworzyła drzwi na oścież, przekraczając ich próg z powrotem w kierunku słońca i rześkiego powietrza. Marudzenie Justine było jej już znane, choć nie spodziewała się, że tym razem skieruje je akurat na Merlinowi ducha winną pogodę. – Brednie, trzeba korzystać z łaskawej pogody, dopóki nas rozpieszcza – zaprotestowała bez przekonania, to lato przyniosło jej zbyt wiele oparzeń od słońca, doprowadzając jej skórę do plamiastych alabastrowo-różowych barw. Nic a nic się nie opaliła, nie nabrała brązowego odcienia, zupełnie jakby jej ciało skutecznie sprzeciwiało się cieplejszym barwom.
Poczuła nagłe klepnięcie w ramię, wzdrygając się nieznacznie pod gwałtownością gestu. Parsknęła zaraz, kręcąc głową w niedowierzeniu wobec zasłyszanych słów. – A gdzie tam, wolałam się upewnić, ale wierzę ci. Wiesz jak jest, czas jest akuratny do nowych znajomości, czy odnawiania starych, a moja wizyta była dość… niezapowiedziana – przyznała lekko, bez sugestywnych i całkowicie zbędnych gierek, które mogłyby aż za bardzo wejść na tematy nieporuszalne, tym bardziej, że wiedziała już o niej i o Vincencie. Nie chciała zasiać ziarna dyskomfortu w tej rozmowie, tym bardziej, że i tak nie potrafiłaby się na niej na pewno wystarczająco skupić i później biłaby się w pierś za własną, choć niezamierzoną arogancję.  – Czyli mówisz, że to już następny? Mam się szykować? A może od razu zaprosisz mnie na ślub? Porzucam ci kwiatki, czy inny ryż, a przynajmniej będę mieć czas żeby potrenować– wygięła wargi w rozbawionym uśmiechu, zajmując miejsce na ławce i podciągając zaraz kolana pod brodę, by ciasno opleść nogi wolną ręką. Odchyliła głowę do słonecznych promieni, ciesząc się letnim ciepłem, które już niedługo miało ustąpić miejsca szaroburej jesieni, dostarczając chandrę godną najbardziej niewdzięcznej pory roku.
Było dobrze, naprawdę dobrze, przynajmniej do momentu w którym czarownica zadała kolejne, pozornie proste i nic nieznaczące pytanie wobec którego Szkotce prędko zrzedła mina, a grymas na jej wargach podpowiadał, że jednak nie jest tak kolorowo, jak mogłaby sobie tego życzyć. - Ach, tak, festiwal – zaśmiała się pusto, obracając butelkę w dłoniach. – Wierzysz w przeznaczenie? – prychnęła, rozsiadając się wygodniej, emanując pozorną nonszalancją wobec podjętego tematu, choć tak po prawdzie myślała jedynie o tym, że oszukując własny los, skazała się na prześladowanie, ciągłe umykanie, wieczny lęk przed tym, co niemal doprowadziło do jej śmierci. – To całkiem zabawne. Czuję, że żyję tylko, gdy on wraca. Napędza mnie strachem, wizją bólu rozbudzając wszystko, co uśpione. Powraca jak choroba, jest moim absurdalnym lekarstwem na otępienie i trucizną, która nie pozwala ruszyć mi dalej. Od ośmiu lat nie pozwala mi zapomnieć, jaką ma nade mną władzę – zmarszczyła brwi, zawieszając niewidzące spojrzenie na jednym z konarów drzew. – Nigdy jednak nie nawiedził mnie, gdy byłam wśród ludzi, aż do wczoraj, bo – wyobraź sobie – pojawił się tam, w tej samej postaci, co niegdyś, w niemal identycznych okolicznościach i nawet nie wiedziałam, że to pieprzony bogin, który przybrał postać mego brata, nachodząc mnie podczas świetnie zorganizowanej i w pełni bezpiecznej zabawy – mruknęła, zbliżając butelkę do ust z towarzyszącą temu gestowi wzdrygnięciem, bo wspomnienia nadal były w niej żywe, zbyt prawdziwe, bolesne i napawające lękiem. – Szkoda strzępić język, ale chyba musiałam to z siebie wyrzucić, nie czuj się zobowiązana – bezwiednie wzruszyła ramionami, by zaraz pociągnąć łyk z butelki. Była szczera, niekoniecznie z własnej woli, nagłego przypływu chęci, a zmęczenia, zwykłego wyczerpania rzeczywistością, wiecznym rzucaniem kłód pod własne nogi. Ulewało się jej już od udawania nieustannie perfekcyjnej, opanowanej i obojętnej persony. Gdzieś na jej drodze coś się wykruszyło, jeden mur runął, ciągnąc za sobą następne, a po nich jeszcze kolejne i w tym wszystkim cierpliwość do niesprawiedliwości została wyczerpana, wszak niczym sobie nie zasłużyła na takie życie. - A ty? – zapytała nagle, chcąc podjąć jakikolwiek inny temat, by choć na chwilę odciąć się od własnego marazmu. – Dlaczego nie ma cię na najlepszej imprezie roku? – wypowiadane pytanie nacechowane było ironią, zdawać się mogło, że Szkotka nie zmieni już swojego nastawienia co do festiwalowych atrakcji.


I survived because the fire inside me burned brighter than the fire around me
Evelyn Despenser
Evelyn Despenser
Zawód : hodowca aetonanów, opiekun magicznych zwierząt
Wiek : 31
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
try to find a chain that i won't break
a price i wouldn't pay for what i want
OPCM : 11 +2
UROKI : 5 +3
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 14
SPRAWNOŚĆ : 10
Genetyka : Wilkołak
Wejście 2d41c2c8f703b039a49a3b12d08f6e84758a13dar1-245-150_00
Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t9065-evelyn-despender https://www.morsmordre.net/t9070-wloczykij#273545 https://www.morsmordre.net/t12156-evelyn-despenser#374148 https://www.morsmordre.net/f168-szkocja-balmaha-farma-despenser https://www.morsmordre.net/t9075-skrytka-bankowa-2130 https://www.morsmordre.net/t9076-evelyn-despender#273691
Re: Wejście [odnośnik]24.06.24 1:25
Mimowolnie splotła dłonie na ramionach patrząc na machnięcie dłonią znajomej kobiety. Nie skomentowała go jednak w żaden sposób. Kącik warg uniósł się ironicznie za to na komentarz, który pojawił się pomiędzy nimi.
- Idealnie więc sie składa. - zgodziła się, potakując z udawaną powagą głową. - Z przyjemnością pomogę ci przywołać upragnione wspomnienia by nie wpadły w zapomnienie czy coś. - nie przejmowała się - ani spojrzeniem którym raczyła Evelyn zakamarki niewielkiej chatki ani ocenie, której dokonywała. Nie była pedantką i nie zamierzała czyścić każdej drobiny - zwyczajnie nie miała na to ani chęci, ani czasu. Nie czuła też takiej potrzeby. Było jak było - ot cała filozofia. Jeśli się komuś nie podobało, mógł o to zadbać - ona nie bardzo miała na to chwile. Przeważnie gdzieś w terenie, nawet teraz w czasie festiwalu. A kiedy nie piła miodu na plaży odpoczywała śpiąc, zbierając energie, planując w głowie kolejne działania, których się podejmie. Westchnęła teatralnie na komentarz Evelyn, przechodząc kawełek żeby z jednego z krzeseł ściągnąć wysłużoną dość, bordową spódnicę, którą wciągnęła na biodra. - Co nosiła? - zapytała przekrzywiając trochę głowę. Miała z dwie spódnice i jedną sukienkę, więcej w sumie nie potrzebowała, przeważnie nosiła spodnie, podczas akcji w terenie był wygodniejsze, nie zaczepiały się o gałęzie i nie istniała możliwość, by świecić tym co pod nią w trakcie upadku. Jeśli jednak mama Evelyn nosiła też jakieś koszule - pewnie o wiele bardziej eleganckie niż te, które ona miała (kilka z nich były po prostu tymi w które nie wchodził Michael albo drugi z jej braci) to nie miałaby nic przeciwko, żeby kilka dla siebie zgarnąć. To była zdecydowanie oszczędność - zwłaszcza że i tak nie planowała zakupów nowych rzeczy. Zamiast tego wolała trochę kawy, którą dostać teraz w nie tylko przyzwoitej cenie, ale i jakości niemal graniczyło z cudem. Wyszła za Evelyn siadając na jednym ze schodków, piwo stawiając przed sobą odchylając się i opierając łokciami o schodek wyżej. Jej nos nadal nosił ślady zbytniego zaprzyjaźnienia się ze słońcem.
- Nie sprowadzam tutaj żadnych gości na chwilę, Eve. - powiedziała do niej z krótkim westchnieniem. - Takie sprawy załatwia się poza domem, jak już. Trafisz na jakiegoś psychola i zacznie cię nachodzić. - wywróciła oczami, zerkając na nią, nim zamknęła oczy korzystając z pogody o której mówiła. Wypowiadając te słowa w taki sposób, że trudno było powiedzieć, czy żartowała czy mówiła całkiem poważnie.
- Nie wyciągaj kiecki, Evelyn. - wstrzymała jej konie, nie otwierając oczu zarzucona kilkoma pytaniami na raz. - Najszybciej kwiatki rzucisz na moim pogrzebie. - otworzyła jedno oko przekręcając głową. - Ale postaram się by to nie było za szybko. - obiecała jej, dźwigając zmęczony kącik ust ku górze, przebijając poważną minę.
Na padające pytanie odwróciła niebieskie spojrzenie by spojrzeć w jednakie im niebo. W końcu wzruszyła koślawo ramionami.
- Czasem. - przyznała nie rozwijając temu bardziej. Czasem w nie wierzyła. W to, że wszystko działo się po coś. A czasem nie chciała wierzyć w to, że jej matka musiała umrzeć w taki sposób. Czy miało to znaczenie? Nie bardzo, bo żyła w przekonaniu, że dokonuje sama swoich wyborów. Nawet jeśli były z góry zasądzone, to przynajmniej czuła jakby należały do niej. Zrodzone z potrzeby, logiki czasem - a może wcześniej - emocji. Umilkła słuchając padających słów z początku nie wiedząc do czego właściwie Evelyn zmierza. Ale jej nie przerywała. Otworzyła oczy sięgając po butelkę z której napiła się trochę alkoholu odkładając ją obok w końcu spoglądając na nią. Zastanawiając się, czy ulżyłoby jej gdyby wiedziała. Ale ostatecznie wybrała milczenie. Zmarszczyła brwi - użyli boginów do zabawy? Otworzyła wargi chcąc to jakoś skomentować, ale Evelyn ją ubiegła, więc przesunęła jeszcze po niej spojrzeniem zamykając usta.
- To miało jakiś cel? - zapytała w końcu jednak. - Ta atrakcja. - dorzuciła, nie miała nic przeciwko, by pozwolić Evelyn popsioczyć trochę na to wszystko. Mogła jej wysłuchać, nigdzie się dzisiaj nie wybierała. - Ja? - powtórzyła po niej bez zrozumienia. Ale jej kolejne pytanie wyjaśniło wszystko. - Odsypiam. - przyznała zgodnie z prawdą. - Wojna nie daje wiele czasu na wylegiwanie się w łóżku, więc dzisiaj korzystam z dobrodziejstw zawieszenia broni. Bagnold na jutro zwołał spotkanie które pewnie zajmie kilka godzin. - westchnęła lekko unosząc własną butelkę. - Może potem skoczę napić się trochę miodu i potańczyć. - zastanowiła się wydymając lekko wargi. - Ale marny ostatnio ze mnie towarzyszy do zabawy. Ten zastój doprowadza mnie do szału. - przyznała zgodnie z prawdą. Zmuszał do zmierzenia się z sobą samą. A tego od dawna nie chciała robić. Odsunęła od siebie emocje, odsunęła żałobę, ale w głębi siebie - w głębi serca cierpiała nadal. Nic nie było w porządku, nic nie było dobrze. A przed wszystkim, czuła się naprawdę samotnie.



The Devil whispered in my ear, you are not strong enough to withstand the Storm. Today I whispered in the Devil's ear,
I am the Storm.
Justine Tonks
Justine Tonks
Zawód : auror, rebeliant
Wiek : 29
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Panna
The gods will always smile on brave women.
Like the valkyries, those furies who men fear and desire.
OPCM : 58 +2
UROKI : 36 +6
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 7 +3
TRANSMUTACJA : 6
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 15
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Metamorfomag
Wejście 1
Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t3583-justine-just-tonks https://www.morsmordre.net/t3653-baron#66389 https://www.morsmordre.net/t12082-kronika-towarzyska#372204 https://www.morsmordre.net/f437-lancashire-forest-of-bowland-stocks-reservoir-gajowka https://www.morsmordre.net/t4284-skrytka-bankowa-nr-914#89080 https://www.morsmordre.net/t3701p15-just-tonks
Wejście
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach