Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia


Ekipa forum
Borgin & Burke, luty 1954
AutorWiadomość
Borgin & Burke, luty 1954 [odnośnik]10.08.16 20:01
Mróz rysował szronem wymyślne wzory na szybach. Luty w tym roku był wyjątkowo siarczysty. Avery cieszył się więc z ciepła trzymanego w ręku kubka. Herbata parowała, ale wiedział, że nie zdąży jej wypić do końca. Zegar stojący w gabinecie tykał cicho, oznajmiając jak kurczy się jego czas. Nie wypadało się spóźnić, zwłaszcza na spotkanie z Amodeusem. Inaczej znów przez pół godziny będzie wysłuchiwał jego marudzenia o tym, że pewnie wychowywał się z trollami, a nie w domu szlacheckim. Uśmiechnął się pod nosem, upił ostatni łyk herbaty, która zapewne zdąży ostygnąć do jego powrotu. Wyszedł z gabinetu, kierując swoje kroki do salonu, w którym dogasał kominek, jego środek transportu. Plus był taki, że nie będzie musiał się zmagać z panującą na dworze śnieżycą, ale kiedy wróci mieszkanie będzie wychłodzone. Cóż, będzie musiał z tym żyć. Zapiął ostatnie guziki płaszcza, który zabrał po drodze z przedpokoju. Nie przepadał za podróżowaniem siecią fiuu, ale to był jedyny sposób na dostanie się do sklepu na Nokturnie. Nie zwykł odwiedzać tamtego rejonu, jeśli nie towarzyszył mu w tym obeznany w okolicy przyjaciel.
Wszedł ostrożnie na świeży popiół, nie chcąc pobrudzić później podłogi, bo wiedział, że dostanie za to burę. Rzucił trochę proszku i dokładnie wypowiedział nazwę sklepu. Borgin i Burke. Gdyby nie znał przyjaciela tak dobre uważałby to z jego strony za kompletne marnotrawstwo, po tak trudnym kursie pracować jako podrzędny subiekt. Wiedział jednak, że daje mu to zupełnie inne możliwości. Dlatego jeśli chciał wyjść z nim na Ognistą, kiedy akurat nie miał treningu to poświęcał się i odbierał go z pracy.
Wirowanie w końcu ustało i mógł wydostać się z kominka, będąc już we wnętrzu sklepu. Nie był tu po raz pierwszy, ale nigdy nie mógł się do tego przyzwyczaić. Miejsce to napawało go dziwnym niepokojem, chociaż przecież czarna magia nie była mu obca. Może to przez fakt, że kojarzyło mu się to z bratem, a to na pewno nie było miłe skojarzenie. Dlatego nie rozglądał się dookoła tylko ruszył wprost do lady. Tylko nie było tam osoby, której szukał. Stała tam kobieta, której się tutaj w ogóle nie spodziewał. Widział ją z profilu, ale chyba nie miał aż tak złej pamięci, żeby ją pomylić z kimś innym.
- Wynonna? - zapytał zaskoczony. Chociaż przecież nie powinien. Jej nazwisko występowało w nazwie tego sklepu.


okay, i hated you but even when you left, there was never a day that i’ve forgotten about you and even though i actually miss you, i’m gonna erase you now cause that’ll hurt way less
than blaming you


Soren Avery
Zawód : pałkarz Os z Wimbourne
Wiek : 26
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Zaręczony
jest szósta mojego serca
a po kątach trudno pozbierać wczorajszy dzień
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
sny są dla ludzi bez wyobraźni
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t796-sren-avery https://www.morsmordre.net/t859-stella https://www.morsmordre.net/t850-sren https://www.morsmordre.net/f121-whitcomb-st-43-7 https://www.morsmordre.net/t1180-sren-avery
Re: Borgin & Burke, luty 1954 [odnośnik]10.08.16 21:04
Ponoć byłam jak zimą. A przynajmniej od najmłodszych lat ojciec zawsze zwykł tak mawiać. I choć Wynonna spędziła nad tym sporo czasu to zima zawsze określana w jej głowie była jako bezlitosna. A ona przecież miała w sobie dużo litości. Dla ludzi niższych rasą, gdy czasem pozwoliła im stanąć obok siebie. Dla arystokratycznych też była wspaniałomyślna, pozwalała im czasem przybywać w swojej obecności. Zima nie miała sumienia i nie oszczędzała, ona znów nie raz darowała życie jakieś istocie tchnięta jakąś dziwną emocją. Nie mówiąc już o tym, że tolerowała głupotę innych ludzi.
Jednocześnie w jakiś dziwny sposób lubiła zimę i lubiła pracować zimą. Noce nadchodziły szybko, a klimat zdecydowanie osłabiał zwierzęta i rośliny czyniąc je mniej groźnymi. Oczywiście, że na innych kontynentach zarówno klimat, jak i czas był inny.
Wynonna dopiero co teleportowała się do sklepu z dzikich terenów Ameryki Północnej. Od tygodnia tropiła Reema. Dziś w końcu udało jej się na niego trafić i choć przygotowywała się do całej wyprawy jak i wiedziała, że nie będzie lekko zwierzakowi udało się ją kilka razy zaskoczyć. W końcu wygrała ten ciężki pojedynek. Gdy tylko w swojej dłoni dzierżyła róg Rema, zmęczona, ale i szczęśliwa, teleportowała się do sklepu. Były tam środki odpowiednie, to oporządzenia tego składnika. Już po chwili jednak przerwał jej znany odgłos korzystania z sieci fiu. Nie odwróciła się jednak, dalej zajmując się swoją robotą. Musiała być w tej chwili doprawdy ciekawym zdarzeniem. Była wykończono i widać to była w jej pozie. Dobierany warkocz, wcześniej mocno związany, teraz był w opłakanym stanie. Kosmyki wystawały z niego na wszystkie strony. Właściwie już nawet nie przypominał warkocza. Strój miała jeszcze dziwniejszy, bo smukłe nogi opinały beżowe spodnie do jazdy konnej, zaś w nie wciśniętą miała białą męską koszulę, przez której prawy rękaw ciągnęło się długi rozcięcie. Biały materiał cały był ubrudzony, a wokół rozcięcia widniała czerwona plama. Nie była jednak na tyle głęboka, by Wynonna zwróciła na nią uwagę. Wolała najpierw zająć się rogiem, a dopiero potem doprowadzić siebie do stanu względnie normalnego. Jednak gdy ktoś wypowiedział jej imię wiedziała, że nie obejdzie się bez dyskusji. Uniosła spojrzenie i dostrzegła dawnego znajomego.
-Avery. – mruknęła tylko chwilę mierząc go spojrzeniem, skinęła mu głową, po czym znów skupiła wzrok na dłoniach, które sprawnie działały przy rogu. – Potrzebujesz czegoś? – zapytała, niby to jak przystało na właściciela sklepu, jednak więcej było w tym ostrzeżenia, że jeśli wpadł tutaj w celach towarzyskich, to powinien znaleźć inne miejsce, bo ona kompletnie się do towarzystwa nie nadaje. Jeśli zaś czegoś chce, dobrze by było, jakby wykrztusił w końcu z siebie czego chce i dał jej się zająć sobą.


You say

"I can fix the broken in your heart You're worth saving darling".
But I don't know why you're shooting in the dark I got faith in nothing.


Wynonna Burke
Zawód : Łowca rzadkich ingrediencj, ex alchemik
Wiek : 24
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Zaręczona
Im difficult, but I promise
I'm worth it.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarownica
Snow Queen
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t3517-wynonna-persephone-burke https://www.morsmordre.net/t3530-tryton#61808 https://www.morsmordre.net/t3529-lady-burke-na-salonach#61753 https://www.morsmordre.net/t3531-wynonna-burke#61812
Re: Borgin & Burke, luty 1954 [odnośnik]11.08.16 18:33
Nigdy nie lubił zimy. Może to kwestia tego, że urodził się w środku lata albo po prostu od zawsze kojarzyła mu się z pewnymi ograniczeniami. Kiedy był małym chłopcem nie pozwalano mu w czasie tej pory roku latać na miotle po ogrodzie. Czuł się wtedy zamknięty niczym zwierze w klatce. Brakowało mu gwizdu powietrza w uszach, wiatru rozwiewającego włosy, a przede wszystkim tej szczególnej mieszanki adrenaliny i radości, jaką pompowało jego serce. Już wtedy to uwielbiał i trudno mu było usiedzieć przed oknem, przyglądając się wirującym w powietrzu płatkom śniegu.
Niewiele już zostało w nim z tamtego, niewinnego i niedoświadczonego małego chłopca. Teraz mógł latać kiedy tylko chciał. Można by to nazwać przymusem, ale tak naprawdę kochał każdą chwilę, którą spędzał na miotle. Quidditch zawsze stanowił dla niego odskocznię, powalał mu oczyścić umysł, uspokoić się, nabrać dystansu. Tylko niechęć do tej mroźnej pory roku pozostała. W tym czasie treningi odbywały się w mniejszej ilości niż w czasie sezonu ze względu na trudne warunki pogodowe, częściej schodzili do sal, a tam czuł to znajome uczucie zamknięcia. Nie lubił tego, ale znosił wszystko dla swojego ukochanego sportu. Było to częstym tematem żartów jego przyjaciela, ale Avery'emu to nie przeszkadzało. Po części właśnie to napędzało ich przyjaźń, nieustające uszczypliwości, dzięki którym czas leciał płynniej i robiło się weselej. W dodatku dzięki tym spotkaniom nie musiał siedzieć w czterech ścianach samotnie, wyczekując pojawienia się kolejnego listu od ukochanej bliźniaczki. Sowy to szybkie stworzenia, ale podróż z Egiptu do Anglii musi zająć dłuższą chwilę.
Natomiast stojąca przed nim kobieta zdecydowanie wyglądała jak po przebyciu jakiejś trudnej podróży. W krótkiej chwili milczenia Søren przyglądał się jej iście męskiemu strojowi w stanie wyjątkowego nieładu. Nie ominął rany, na które był przeczulony ze względu na stan zdrowia siostra. Nie był jednak człowiekiem wścibskim, nie zamierzał zagadywać nagle lady Burke na tematy, na które nie wypadało pytać po tak długim czasie niewidzenia. Nie można było nazwać ich przyjaciółmi, ciężko było też nazwać to swego rodzaju znajomością. Byli dawnymi członkami jednej drużyny, a spotkanie jej tylko uświadomiło mu jak wiele czasu już minęło od ukończenia Hogwartu.
- Mój przyjaciel powinien kończyć teraz pracę - odpowiada, rozglądając się dookoła, jakby ten miał nagle wyskoczyć zza kontuaru. Nie widać go jednak nigdzie, a takie zabawy raczej nie wchodzą w skład jego charakteru. Dlatego koniec końców wzrok Avery'ego ponownie ląduje na jedynej oprócz niego osobie w sklepie. - Widziałaś może Prince'a? - Miał jednak małe nadzieje. Prawdopodobnie zajmował się czymś w terenie i jego powrót się opóźnia. A to oznaczało, że będzie musiał tutaj poczekać.


okay, i hated you but even when you left, there was never a day that i’ve forgotten about you and even though i actually miss you, i’m gonna erase you now cause that’ll hurt way less
than blaming you


Soren Avery
Zawód : pałkarz Os z Wimbourne
Wiek : 26
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Zaręczony
jest szósta mojego serca
a po kątach trudno pozbierać wczorajszy dzień
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
sny są dla ludzi bez wyobraźni
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t796-sren-avery https://www.morsmordre.net/t859-stella https://www.morsmordre.net/t850-sren https://www.morsmordre.net/f121-whitcomb-st-43-7 https://www.morsmordre.net/t1180-sren-avery
Re: Borgin & Burke, luty 1954 [odnośnik]12.08.16 2:17
Lato, zima, jesień czy wiosna, co tak naprawdę za różnica? Dni, a zaraz potem tygodnie, miesiące i lata, leciały tak szybko, że nim się człowiek obejrzał pił szampana za nowy rok, jednocześnie zastanawiając się, jak to możliwe, że stary zleciał tak szybko. Wynonna często odnosiła wrażenie, że pogubiła dni. Chociaż każdy starała się wykorzystać do maksimum rozwijając swoje umiejętności, albo planując kolejną wyprawę, nadal nie była w stanie zrozumieć, jak czas mógł lecieć tak szybko, bez pytania jej o zdanie, albo o zgodę, może jej to nie odpowiadało, co?
Ale wszechświat, na równi z czasem, miał to kompletnie gdzieś i nigdy nie pytał jej o zdanie. Miło by było jakby choć w jakiejś malutkiej zwrócili się po pporadę, w końcu lady Burke wykształconą i obeznaną kobitą była i na pewno coś mądrego im poradziła.
Co do miotły zaś, skłamałaby gdyby powiedziała, że nie lubi na niej siedzieć i latać. Zawsze ciągnęła ją do różnego rodzaju aktywności ruchowych. Za dzieciaka łaziła po drzewach, za co często dostawała burę od guwernantki, zaś co do jazdy konnej, zdecydowanie wolała tą w wykonaniu „męsko-klasycznym”, gdzie na tyłek wkładała męskie spodnie i siadała na koniu okrakiem, a potem, galopując czuła jak wiatr rozwiewa jej włosy.
Wynonna często ze zdobytą ingrediencją teleportowała się prosto do ich rodzinnego sklepu. Tak było prościej. Poza tym, na zapleczu zawsze czekały na nią świeże rzeczy, głównie dlatego, że w te, w których wyruszała na wyprawę rzadko kiedy później nadawały się jeszcze do użytku. Często też wpadała tutaj na Prince, ale jakoś każde z nich zajmowało się swoimi sprawami, zwłaszcza, że jak wiemy, Burke raczej nie rzucała się w bezsensowne rozmowy.
-Dopiero się tu teleportowałam. – powiedziała unosząc na chwilę przygotowany i oczyszczony róg reema by Soren mógł go zobaczyć. Zwróciła też na niego spojrzenie swoich zielonych oczu. Tym razem uważnie mierząc go nim. Prześlizgnęła się po nim od góry do dołu i z powrotem, jakby sprawdzając jak bardzo się zmienił od ich ostatniego spotkania. Swoje przemyślenia na ten temat, jeśli jakieś miała, zachowała jednak dla siebie. Chwilę później znów zajmowała się sobą. Róg położyła na blacie, sama zaś wygięła się tak, by zobaczyć swoją prawą dłoń. Niewiele czekając zaczęła rozpinać guziki białej koszuli. Przyszedł czas, by w końcu ogarnąć siebie.


You say

"I can fix the broken in your heart You're worth saving darling".
But I don't know why you're shooting in the dark I got faith in nothing.


Wynonna Burke
Zawód : Łowca rzadkich ingrediencj, ex alchemik
Wiek : 24
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Zaręczona
Im difficult, but I promise
I'm worth it.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarownica
Snow Queen
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t3517-wynonna-persephone-burke https://www.morsmordre.net/t3530-tryton#61808 https://www.morsmordre.net/t3529-lady-burke-na-salonach#61753 https://www.morsmordre.net/t3531-wynonna-burke#61812
Re: Borgin & Burke, luty 1954 [odnośnik]12.08.16 22:37
Czas w ogóle jest dziwny. Avery zauważył to dopiero stosunkowo niedawno, ale życie pokazywało mu to w różnych aspektach. Wakacje w, z jakiegoś nie do końca zrozumiałego powodu, smutnym domu dłużyły się niemiłosiernie, chociaż to były tylko dwa miesiące. Tylko tak samo było z tymi lekcjami historii magii, podczas których zdecydowanie bardziej wolał wyglądać przez okno i wyobrażać sobie jak śmiga po niebie na miotle. Za to te chwile na miotle kończyły się bardzo szybko, łapiąc go zupełnie z zaskoczenia. Teraz, kiedy dorósł to te śmieszne zależności nie zmieniły się ani trochę. Kiedy siostra oraz najlepszy przyjaciel wyjechali nagle w jednym momencie to czas nagle zupełnie zwolnił. Minuty zdawały się trwać godzinami, ciągnęły się niczym mugolska guma przypadkiem przyklejona do buta. Nigdy nie przypuszczał, że rok może tyle trwać, chociaż dla wszystkich innych zdawał się niczym nie wyróżniać. Powrót Amodeusa zdecydowanie ukrócił jego męki, ale wciąż wyczekiwał powrotu siostry i momenty samotności wciąż zdawały się być dłuższe niż zwykle.
Tylko z drugiej strony godziny zdawały się uciekać przez palce niczym piasek na plaży nieopodal rodzinnej rezydencji. Sypał się powoli i spokojnie aż nagle okazywało się, że dłoń jest już pusta. Nie zdążył się obejrzeć, a już ukończył szkołę. Przez chłodną aparycję, wiecznie obojętną minę, która rzadko ukazywała jakiekolwiek emocje można było uznać, że wcale nie specjalnie podoba mu się pobyt w Hogwarcie, ale było dokładnie odwrotnie. Zwłaszcza, kiedy jego mury opuścił starszy brat poczuł się naprawdę wolny. Pozbawiony wszelkich ograniczeń, nie musiał już być do Samaela porównywany. Do dziś pamiętał, jaką popularnością cieszył się u Slughorna, będąc jednym z jego wyjątkowych uczniów w kolekcji. Dobrze rokujący gracz Quidditcha oraz niezwykle utalentowany w eliksirach; stary Ślimak wróżył mu spektakularny sukces w chociaż jednej z tych dziedzin. Nie pomylił się.
Czas chyba jedna nic sobie z tego nie robił, traktował go tak jak każdego, szarego człowieka, czyli według własnego mniemania. Przyszedł nadzwyczaj punktualnie na spotkanie z przyjacielem, a tego okazało się nie być. Zamiast tego przeszkodził lady Burke. Z zaciekawieniem przyjrzał się trzymanej przez nią rzeczy. Skoro dopiero co się teleportowała to znaczy, że musiała ją przed chwilą zdobyć. Czy to nie przypadkiem róg reema? Już chciał o to zapytać, z czystej ciekawości osoby znającej ten przedmiot z użyteczności dla eliksirów, kiedy po prostu zaczęła się rozbierać. Jego brwi powędrowały w górę, po czym taktownie obrócił się do niej boki, udając, że ręka Glorii jest niezwykle fascynującym przedmiotem.
- Nie boisz się, że ktoś tu wejdzie? - spytał mimochodem. Nie sądził, że rodzice byliby dumni z ich córki obnażającej się w towarzystwie chociaż jednego mężczyzny, a kilku przypadkowych klientów tym bardziej.


okay, i hated you but even when you left, there was never a day that i’ve forgotten about you and even though i actually miss you, i’m gonna erase you now cause that’ll hurt way less
than blaming you


Soren Avery
Zawód : pałkarz Os z Wimbourne
Wiek : 26
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Zaręczony
jest szósta mojego serca
a po kątach trudno pozbierać wczorajszy dzień
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
sny są dla ludzi bez wyobraźni
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t796-sren-avery https://www.morsmordre.net/t859-stella https://www.morsmordre.net/t850-sren https://www.morsmordre.net/f121-whitcomb-st-43-7 https://www.morsmordre.net/t1180-sren-avery
Re: Borgin & Burke, luty 1954 [odnośnik]13.08.16 0:23
Oj tak, czas był jest i będzie dziwny. Przynajmniej dla ludzi, którzy próbowali się z nim ścigać. Albo którzy nie przystawali łatwo na to, co ten postanowił im przynieść. Czy raczej co postanowił im sprezentować los, który był nieodłącznym towarzyszem czasu. W każdym razie nie było co siedzieć i roztkliwiać się nad tym za bardzo, bo jak to mówią mądrzy ludzie – czasu się nie cofnie – choć i w tej kwestii można sobie polemizować.
Wynonna wybrała sobie dość nietypowy zawód. Zwłaszcza na kobietę w tych czasach. Od kilku lat musiała znosić męskie spojrzenia, które patrzyły na nią lekceważąco, z niewielkim rozbawieniem, a nawet i wielkim. Większość pewnie wychodziła z założenia, że droga kariery, którą obrała to zwykła zachcianka szlachcianki. Nic nie sprawiało jej większej przyjemności, niż uświadamianie im, jak bardzo się mylą. I choć w ciągu tych lat, już nie raz udowodniła, że to nie kaprys, a prawdziwy, życiowy cel to i tak nadal napotykała niedowiarków, którzy po prostu nie potrafili przyznać, że i kobieta może wykonywać taką pracę.
Co do przeszkadzania, tak długo, jak ktoś nie wtykał jej łap, albo nie mówił jak coś robić, nie uważała tego za przeszkadzanie. Chociaż z drugiej strony obecność innej osoby jak zwykle sprawiało, że czuła pewien dyskomfort. Zdecydowanie wolała przebywać i pracować w samotności, obecność innych osobników ją drażniła. Jej długie i zwinne palce ześlizgnęły się na pierwszy z guzików i dopiero po chwili zorientowała się, że Soren, który jeszcze przed chwilą stał do niej frontem teraz nadzwyczaj uważnie przyglądał się ręce Glorii. Na jego pytanie uniosła lekko brwi, przesuwając dłonie do kolejnego guzika i odpinając go.
Oh, lordzie Avery, czyżby pan sądził, że Wynonna Burke tak po prostu postanowiła zaprezentować światu swoją bieliznę? W sumie, nic dziwnego, w końcu po niej można było spodziewać się wszystkiego. Zazwyczaj pod białą koszulą miała podkoszulek na ramionach. Często go zakładała by w tropikalnych klimatach móc bez większych problemów ściągnąć koszulę i obwiązać ją wokół talii. Tym razem jednak nie miała go na sobie. Nie rozumiała jednak tych wzburzeń. Każdy wiedział jak była zbudowana kobieta i mężczyzna. Poza tym, jej piersi nadal opinał stanik. Wyciągnęła koszulę ze spodni i zdjęła ją z ramion. Obejrzała uważnie ramię i zniknęła na chwilę na zapleczu. Wyszła z niego w kompletnie nowym stroju, zawsze miała tam ubrania na zmianę. Tym razem zarzuciła na siebie sukienkę granatową w białe koła ze spódnicą na planie koła, której długość sięgała niewiele nad kolana. Nie martwiła się jednak suwakiem w tej chwili. Wróciła do pomieszczenia  w którym przebywał Soren, niosąc w dłoni czerwone szpilki. Postawiła je na ziemi i sięgnęła do włosów które rozpuściła, z dobieranego warkocza i tak prawie nic nie zostało. Przeczesała włosy dłońmi, a potem zebrała i przerzuciła przez jedno ramię. Podeszła do Sorena nadal mocno zapatrzonego w czarnomagiczny artefakt.
-Mógłbyś? – zapytała obracając się do niego plecami i prosząc, by pomógł jej z suwakiem, kompletnie zignorowała jego pytanie. Pewnym było, ze prędzej czy później ktoś tu wejdzie, w końcu przebywali w sklepie, a te miały to do siebie, że ludzie czasem do nich wchodzili. Oczywiście, pewnie byłaby w stanie dopiąć go sama, ale musiałaby się nadmiernie wyginać, lepiej było wykorzystać mężczyznę, który i tak nie zamierzał na razie wychodzić. Biedny Soren, miał tak mało możliwości do pociągnięcia rozmowy, czy też zaczepiania się o jakiś temat, że gdyby Wynonna nie była Wynonną, to pewnie zrobiłoby się jej szkoda mężczyzny. Ale że sobą była, to nawet nie zrozumiała, że w takiej sytuacji ktoś może czuć się niezręcznie.


You say

"I can fix the broken in your heart You're worth saving darling".
But I don't know why you're shooting in the dark I got faith in nothing.


Wynonna Burke
Zawód : Łowca rzadkich ingrediencj, ex alchemik
Wiek : 24
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Zaręczona
Im difficult, but I promise
I'm worth it.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarownica
Snow Queen
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t3517-wynonna-persephone-burke https://www.morsmordre.net/t3530-tryton#61808 https://www.morsmordre.net/t3529-lady-burke-na-salonach#61753 https://www.morsmordre.net/t3531-wynonna-burke#61812
Re: Borgin & Burke, luty 1954 [odnośnik]14.08.16 17:46
Avery wybrał zły zawód. Przynajmniej według jego matki. Coś, co nie przystoi osobie szlachetnie urodzonej. Wcale nie chodziło o to, że ma predyspozycje do bycia kimś innym, lepszym, odniesienia spektakularnego sukcesu w innej dziedzinie. Laidan nigdy nie widziała swojego młodszego syna w ten sposób. Po prostu według niej wybór Quidditcha, jako sposobu na życie w pewien sposób urągał arystokracji, był zajęciem dla plebsu, pożywką dla mas, której oni winni się wystrzegać. Nie był to dostateczny powód, aby go wydziedziczyć i był pewien, że rodzicielka niezmiernie tego faktu żałuje, a jemu dostarczało to ogromnej satysfakcji. Zwłaszcza, że przecież postawił na swoim. Nie było łatwo, z wielu powodów, ale udało się. Udowodnił wszystkim, że mimo nałożenia wielu zakazów może chociaż coś zrobić po swojemu. Może nie cieszył się z tego powodu popularnością i szacunkiem wśród pozostałych szlachciców, ale nie przeszkadzało mu to. Ich opinia nie była mu do szczęścia potrzebna, dopóki nie spluwali mu za plecami. Wszystko wynagradzała mu ta wolność, którą czuł wzbijając się w powietrze. Pozostałe ograniczenia, spod których nie mógł się wyplątać traciły wtedy na znaczeniu.
Dlatego tym bardziej mógł docenić to, czym zajmowała się jego dawna znajoma ze szkolnych lat. W końcu nie zajmowała się, co prawda mało legalnym na rynku, rogiem reema w sklepie na Nokturnie z czysto hobbystycznego zamiłowania. Pozostawało mu przypuszczać jak może być jej ciężko. Z jednej strony kręcące nosem społeczeństwo socjety, uważające to za kaprys, a z drugiej ludzie po fachu, którzy zapewne pokpiwali i zakładali, że nie da sobie rady. Tylko miała przewagę, miała przecież rodzinę. Dlatego nie współczuj jej, nie sądził, że chciałaby tego. Była inna niż większość znanych mu arystokratek i cenił to. Nie lepiła się od lukru, zgrywając wspaniałą pannę na wydaniu, ale nie była też szorstka i przesadnie męska. Była dobrze wyważona, przynajmniej wydawała się taka być na pierwszy rzut oka. Zarówno osobowością jak i aparycją, gdy tak spoglądał na nią kątem oka. Wiedział doskonale, że zgodnie z etykietą nie powinien sobie na to pozwolić, a nie mógł się oprzeć. Niestety zdołał ujrzeć jedynie jej znikające plecy. W dodatku nie odpowiedziała mu. Obraziła się? Rozważał to chwilę wpatrując się w drzwi, w których zniknęła, a kiedy się pojawiła - odwrócił raptownie, chcąc zachować pozory taktu. Nie musiała wiedzieć, że jest go raczej pozbawiony. Ocknął się z pozbawionej celu kontemplacji ręki Glorii, gdy zapytała go o pomoc. Tego się nie spodziewał. Jeszcze przed chwilą wyglądała jak po trudnej podróży, a tu taka zmiana. Nie zagapił się jednak jak sroka w gnat na te naprawdę ładne plecy tylko przystąpił do powierzonego mu zadania. Chwycił za zamek i powoli zapinał, aby nie przyciąć materiału. Kiedyś pomagał siostrze i pamiętał, że bardzo tego nie lubiła.
- Mogę spytać, gdzie byłaś, lady Burke? - spytał, korzystając z okazji. Jego myli wciąż kręciły się wokół tego niezwykłego rogu. Mimo wszystko jego alchemiczne zacięcie wciąż w nim siedziało. A może chciał tylko odwrócić swoją uwagę, aby nie gapić się perfidnie na jej bladą skórę.


okay, i hated you but even when you left, there was never a day that i’ve forgotten about you and even though i actually miss you, i’m gonna erase you now cause that’ll hurt way less
than blaming you


Soren Avery
Zawód : pałkarz Os z Wimbourne
Wiek : 26
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Zaręczony
jest szósta mojego serca
a po kątach trudno pozbierać wczorajszy dzień
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
sny są dla ludzi bez wyobraźni
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t796-sren-avery https://www.morsmordre.net/t859-stella https://www.morsmordre.net/t850-sren https://www.morsmordre.net/f121-whitcomb-st-43-7 https://www.morsmordre.net/t1180-sren-avery
Re: Borgin & Burke, luty 1954 [odnośnik]14.08.16 18:55
To łączyło te dwójkę. Oboje mieli z pozoru zły zawód. Oboje zdecydowali się, by robić coś, co ich spełnia. A jednocześnie oboje też w jakiś sposób dla innych ludzi wybrali zawód dla nich nieodpowiedni. Sorenowi Quiddtich nie odpowiadał, bo nie było to iście szlacheckie zajęcia. Zaś droga, którą obrała Wynonna zdecydowanie nie pasowała do szlachcianki, która z reguły i pozoru miała być istotą kruchą, która nie myśli o robieniu karieru, a dodatkowo jej największym osiągnięciem i celem winno być wyjście dobrze za mąż i ładnie zdobić ramię męża. I choć Wynonna wiedziała doskonale, że przydzie dzień w którym, z miłości, czy też nie, będzie musiała stanąć na ślubnym kobiercu, to jednak fakt ten nie zaprzątał jej głowy. Z reguły chłodna i ciężka w obyciu panna Burke nie martwiła się na zapas, bo doskonale wiedziała, że jeśli coś ma się stać, to stanie się niezależnie do tego jak mocno będzie się zapierała. Zaś jeśli znów chodzi o poparcie rodziny, to ciężko to wszystko określić jednym słowem. O ile jej bracia wspierali ją w dążeniu do celu, o tyle ojciec po prostu przyzwolił jej, chyba sam, tak jak reszta, uznając, że jest to jedynie chwilowa zachcianka, która za jakiś czas po prostu zniknie, gdy, jego zdaniem, Wynonna uświadomi sobie, że kompletnie nie nadaje się do tego rodzaju pracy. I choć wiedziała, że ojciec się myli, wiedziała też, że żadne słowne argumenty do zmiany zdania go nie przekonają, wątpiła nawet, by sukces w tej dziedzinie w jakikolwiek sposób zmienił jego zdanie.
Dobrze, że Soren nie wpadł na pomysł, czy nie doszedł do wniosku, że należy jej współczuć. Jedyne czego nie znosiła bardziej, niż mężczyzn sądzących, że tylko oni mogą rozwijać swoją karierę, to współczucie i litość. Nie potrzebowała żadnego z wyżej wymienionych, a co ważniejsze, nie chciała. Postanowiła osiągnąć wszystko ciężko pracą i tak naprawdę mocno nie interesowało jej to, co inni mają do powiedzenia na jej temat, czy na temat tego co robi.
Wynonna była inna. I inni z pewnością też to dostrzegali. Pomimo, że znała zasady etykiety, którą wpychała jej do głowy guwernantka przez wiele lat, to nadal zdecydowanie niewerbalnie im oponowała. Tak, zachowywała się odpowiednio przy stole. I nie, nie zaliczała jakiś wielkich wpadek. Ale w tańcu nadal nie potrafiła całkowicie oddać prowadzenia mężczyźnie i solennie odmawiała uczestniczenia w nic nie znaczących pogawędkach. Tak samo, jak często zapominała o odgrywaniu czystej i nieskażonej kobiety, która wstydzi się odsłonić kawałek skóry. Czasem, gdy podczas wyprawy, musiała zanurkować bez większych ceregieli zrzucała z siebie rzeczy i zanurzała się w wodzie. W sklepie czuła się równie swobodnie, głównie dlatego, że spędzała tutaj dużą część swoje czasu. A że Soren nie był obcą osobą, kompletnie nawet nie pomyślała o tym, by czynności pozbawiające ją ubrań rozpocząć na zapleczu.
W każdym razie teraz stała plecami do Sorena i choć sytuacja mogła wydawać się w jakiś sposób intymna, a nawet gdyby zamek sunął w drugą stronę, erotyczna, to dla Wynonny nie było niczym poza zapinaniem zamka. Gdy suwak dotarł do końca lady Burke ruszyła do wniesionych wcześniej butów i wsunęła w nie stopy, momentalnie dodając sobie kilka centymetrów. Chociaż przy wzroście którym mógł poszczyć się lord Avery, lady Burke wyglądała nadal dość karłowato, żeby nie powiedzieć, że wyglądała niczym mała bezbronna kobietka, bo tą nie była.
Gdy Soren ponownie się odezwał Burke odwróciła się w jego stronę i przez kilka sekund mierzyła go uważnie zielonym spojrzeniem, jakby zastanawiając się, czy wart jest szczerej odpowiedzi. Chociaż z drugiej strony kłamanie zawsze sprawiało, że czuła się niesamowicie brudna, do tego nie miała żadnego powodu, by nie powiedzieć mu prawdy. Nie trzymała w tajemnicy swoich wypraw i chociaż wolała odbywać je w samotności, to i tego nigdy nie starała się ukrywać. Oczywiście, zgodnie ze swoją naturą nie chodziła i nie krzyczała, gdzie zamierza wybrać się następnym razem, tak samo jak nie zostawiała nikomu notatek, ze wybrała się tu czy tam.
-Odwiedziłam puszczę tropikalną niedaleko Peru. – przez chwilę jeszcze patrzyła na Sorena, po czym jakby przypomniała sobie o ranie. Choć nie była ona głęboka ciągnęła się prawie przez całą długość ramienia. Zmarszczyła lekko nos, podniosła dłoń wykręcając ją najmocniej jak mogła, a potem zaczęła ją uważnie mierzyć spojrzeniem. Wokół widać było odrobinę zeschniętej krwi. Uniosła lewą dłoń i z rozmysłem dotknęła rany w miejscu przecięcia. Odczuła lekkie ukłucie bólu, ale mimo tego twarz nawet jej nie drgnęła. Oddała się rozmyślaniom nad tym, czy powinna użyć magicznej maści, czy też jakiegoś leczącego zaklęcia, albo eliksiru, niestety nie wpadła jednak na to, że i ona powinna o coś zapytać swojego towarzysza, by pociągnąć rozmowę i nie pozostawiać go tak całkowicie tylko ze swoją i tak skrótową odpowiedzią.


You say

"I can fix the broken in your heart You're worth saving darling".
But I don't know why you're shooting in the dark I got faith in nothing.


Wynonna Burke
Zawód : Łowca rzadkich ingrediencj, ex alchemik
Wiek : 24
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Zaręczona
Im difficult, but I promise
I'm worth it.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarownica
Snow Queen
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t3517-wynonna-persephone-burke https://www.morsmordre.net/t3530-tryton#61808 https://www.morsmordre.net/t3529-lady-burke-na-salonach#61753 https://www.morsmordre.net/t3531-wynonna-burke#61812
Re: Borgin & Burke, luty 1954 [odnośnik]17.08.16 0:16
To ich różniło. Chociaż Avery wiedział, że istnieją pewne obowiązki, jakie przyjdzie mu wypełnić to odpychał od siebie tę świadomość. Sam nie wiedział dlaczego. Nie był przecież na tyle naiwny, aby wierzyć w ich magiczne zniknięcie, czy ominięcie go. Życie wielokrotnie uświadamiało go, że tak to nie działało. Chyba bardziej liczył, że znajdzie jakiś sposób, żeby to zmienić. Nie była to nadzieja, której chwytałby się łapczywie. Wyzbył się jej już dawno, zauważając jak bardzo nie ma ona odzwierciedlenia w rzeczywistości. Było to raczej rozpaczliwe pragnienie pochwycenia kontroli nad swoim życiem. Kontroli, której tak często go pozbawiano na różnych płaszczyznach, że teraz łaknął jej naprawdę silnie. Tylko bycie szlachcicem często wiązało się z większą ilością obowiązków niż przywilejów. Należało zachowywać się w określony, przyjęty odgórnie sposób bycia. Mówić odpowiednie rzeczy, odpowiedni tonem i ogólnie rzecz biorąc żyć według modełka, które nie zmieniało się chyba od setek już lat.
Chociaż na pierwszy rzut oka mogło wydawać się, że spełnia on wszystkie te normy bez zarzutu. Z nienagannymi manierami, zawsze dumnie wyprostowany, z chlubą noszący swoje nazwisko. Odzywał się w sposób uprzejmy, nawet jeśli jego aparycja uchodziła za trochę chłodną i zdystansowaną. Nikt jednak nie potrafił odkryć, że to była zwykła maska. Tkana już od najmłodszych lat pod wpływem odpowiedniego wychowania oraz atmosfery, jaka dotykała w domu. Szybko nauczył się, że okazywanie prawdziwych emocji jest zdecydowanie niepożądane i może przynieść więcej szkód niż pożytku. Zresztą miał w życiu naprawdę niewiele osób, które chciały, żeby się przed nimi otwierał, więc nawet nie przeszkadzał mu taki obrót sprawy.
Tak samo jak życie z poczuciem winy. Brał na swoje barki wiele rzeczy, które nie były do końca jego winą, ale on i tak nie potrafił tego odebrać inaczej. Nie chciał więc tym bardziej współczucia, co pozwalało mu łatwo zrozumieć innych, którzy mieli to samo zdanie. W końcu, co to dawało? Pełna politowania spojrzenia nic nie dawały, mogły co najwyżej łatwo zirytować. Nie cofnie się nimi czasu, nie odkupi wyrządzonych krzywd, nie dozna się nagłej łaski. Być może było tak w bajkach, ale życie takie nie było. Tutaj zawsze obrywało się najcięższym kalibrem, a człowiek, nawet czarodziej o czystej krwi, mógł tylko na to patrzyć i próbować nie zatonąć.
Myśli rozpierzchły się jednak szybko. Wciąż był w sklepie Borgina i Burke, czekał na swojego przyjaciela, aby móc czym prędzej napić się po raz kolejny ognistej, które przyjemnie zapiecze w przełyk, rozgrzeje żołądek i usunie wszelkie zbędne myśli. Tylko właśnie to czekanie mu się nie podobało. Nawet jeśli odbywało się w towarzystwie naprawdę przyjemnym. Miał jednak wrażenie, że nie jest jednak specjalnie mile widziany. Musnął wzrokiem obcasy lady Burke i z rozbawieniem stwierdził, że nadal pozostaje sporo od niego niższa. Trudno było znaleźć osobę, która wzrostem się z nim równała. Nie wypowiedział jednak ani słowa, jego wyraz twarzy pozostawał cały czas tak samo doskonale obojętny. Brew jedynie wygięła się lekko ku górze, kiedy usłyszał w końcu odpowiedź na swoje pytanie. Peru. Nazwa brzmiała dla niego niezwykle egzotycznie. Miejsce, w które zapędził się najdalej to Szkocja i obawiał się, że nie przyjdzie mu już w życiu zwiedzić więcej. W odpowiedzi skinął jedynie Wynonną w głowie, zanurzając się w cichej kontemplacji. Zresztą miał wrażenie, że kobieta nie bardzo przejmuje się jego obecnością. Nie chciał w żaden sposób się jej narzucać, więc kierowany wewnętrzną ciekawością wrócił z powrotem do lady. Oparł się o nią jedną ręką, aby znów przyjrzeć się rogowi, którym wcześniej się zajmowała. Gdyby nie kochał Quidditcha to na pewno zostałby alchemikiem i teraz ta fascynacja dawała o sobie poznać.


okay, i hated you but even when you left, there was never a day that i’ve forgotten about you and even though i actually miss you, i’m gonna erase you now cause that’ll hurt way less
than blaming you


Soren Avery
Zawód : pałkarz Os z Wimbourne
Wiek : 26
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Zaręczony
jest szósta mojego serca
a po kątach trudno pozbierać wczorajszy dzień
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
sny są dla ludzi bez wyobraźni
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t796-sren-avery https://www.morsmordre.net/t859-stella https://www.morsmordre.net/t850-sren https://www.morsmordre.net/f121-whitcomb-st-43-7 https://www.morsmordre.net/t1180-sren-avery
Re: Borgin & Burke, luty 1954 [odnośnik]17.08.16 3:34
Oh jakby pięknie by było, jak cudownie, gdyby ignorowane obowiązki obrażały się tak mocno, że odchodziłby daleko w siną dal w złości swej postanawiając więcej nas nie nękać. Czcze mrzonki. Wredne obowiązki miały to do siebie, że no cóż, najzwyczajniej w świecie były po prostu bardzo upierdliwe. A ignorowane, wcale nie znikały, a wręcz przeciwnie, najpierw niewinnie zaczynały cię tykać w ramię i żebra długimi paluchami, by potem wejść na głowę i zgnieść swym ciężarem.
W chwili obecnej jednak Wynonna nie zaprzątała nimi sobie głowy. Już dawno doszła do wniosku, że martwienie się na zapas nie przyniesie niczego innego poza wrzodami żołądka i nerwicą. Póki nikt, a w szczególności ojciec, od niej nie wymagał czegoś konkretnie, żyła swoim życiem i skupiała się na nim. Jako nowa twarz w świecie łowców musiała wyrobić sobie pozycję. A że była kobietą, miała dwa razy trudniej. Musiała więc robić trzy razy więcej i starać się pięć razy bardziej. Ale nie przeszkadzało jej to. Naprawdę. Lubiła pokonywać stawiane przed nią przeszkody i udowadniać mężczyzną, jak bardzo się mylą lekceważąc ją. Nie mogła też ich jednak całkowicie winić za tego typu postawę, przy swojej drobnej budowie i niskim wzroście wniosek, choć błędny, tłukł się do ich głów sam.
Wynonna już jakiś czas temu przestała przejmować się swoimi brakami, a może bardziej wyczuciem, jeśli szło o salonowe życie. Zarówno cierpki język, jak i obycie Wynonny nie przynosiło jej jakiejś niesłychanej popularności wśród angielskiej szlachty. Zazwyczaj też milczała, a gdy już postanowiła otworzyć usta, to głównie po to, by w ładnych, lecz kąśliwych słowach, uświadomić któregoś nadzwyczaj irytującego ją, szlachetnie urodzonego osobnika, że jest chodzącym imbecylem. Pamiętała, jedno z przyjęć, na którym dziwnym trafem wieść o tym, że zamierza zostać łowcą rozniosła się szybko. Jeden z obecnych tam gości wyłożył jej tyradę na temat miejsca kobiet w tym świecie i tego, jak mocno nie nadaje się do obranej ścieżki. Wynonna wysłuchała go grzecznie, a twarz nie drgnęła jej ani razu. Na sam koniec zapytała go zaś, czy któraś z opiekunek upuściła go na głowę jak był mały, czy po prostu urodził się tak niemożliwie głupi. Wokół ich stołu zrobiło się cicho, chociaż Wynonna miała wrażenie, że cała sala czekała na odpowiedź lorda z wstrzymanym oddechem. Ten zaś roześmiał się, jakby opowiedziała naprawdę dobry żart. A i nawet pokręcił z rozbawieniem głową, którą to potem zwrócił ku osobie siedzącej obok i to z nią postanowił dalej prowadzić rozmowę. I dobrze, bo Wynonna po swoich słowach i tak podniosła się, by owe wydarzenie opuścić.
Obecność lorda Avery’ego o dziwo nie specjalnie przeszkadzała Wynonnie. Może powodował to fakt, że już w czasach szkolnych zaakceptowała jego obecność, gdy razem grali w jednej drużynie. A może wpływał na to fakt, że i on nie przepadał za prowadzeniem rozmowy tylko po to, by wypchać dzielącą ich ciszę. Złapała jego rozbawione spojrzenie, gdy wkładała drugą ze stóp w buta. Zmarszczyła tylko wtedy na chwilę oczy nie mówiąc nic więcej. Potem w tej ciszy kontemplowała swoją dłoń, dochodząc do wniosku, że jednak będzie musiała odwiedzić jutro medyka, bo rana choć nie była głęboka na całej długości, w pewnym momencie się pogłębiała i według jej własnej opinii potrzebowała dobrego zaklęcia szyjącego i eliksiru odkażającego. A ten drugi ostatnio jej się skończył. Uniosła więc spojrzenie i ze zdziwieniem zauważyła, że Soren jest przy ladzie. Nie była do końca pewna, czy tak ją pochłonęła ocena stanu swojej dłoni, czy to on tak szybko i cicho zmienił swoje położenie, nie miało to jednak znaczenia. Sama też ruszyła do lady, a właściwie to za nią, a jej kroki odbijały się głucho na drewnianej podłodze. Na chwilę zniknęła za nią, by później położyć na niej drewniany kuferek. Uchyliła jego wieko i uważnie zbadała jego zawartość. Jedyne czego miała pod dostatkiem to bandaży. Odkręciła wieczko maści leczniczej, tak jak się spodziewała – prawie jej nie było. Co najgorsze, zero środka odkażającego. Wyłożyła na blat gazę, bandaże i resztkę maści. Ułożyła dłoń na biodrze przez chwilę zamyślając się, czy wizyta u medyka nie powinna odbyć się wcześniej niż zakładała. Nie rzucała zaklęć z magii leczniczej z jednego prostego powodu – praktycznie się na niej nie znała Wtedy jakby doznała olśnienia. Kucnęła raz jeszcze pod ladą i znalazła zapas alkoholu jednego ze swych braci. Ten krok desperacji jasno pokazywał jak mocno nie lubiła szpitali i lekarzy. Złapała za szklaną butelką i postawiła ja na ladzie. Mokrą ściereczką zmyła zaschniętą krew, odsłaniając długą czerwoną pręgę na prawym ramieniu. Brzegi miała cienkie i choć długie to nie głębokie, stopniowo rozchodziły się do środka, nabierając na szerokości i głębokości. Na piętnastu centymetrach rany, tylko pięć środkowych było głębokich i Wynonna doskonale wiedziała, że w ramię wbił jej się róg reema, podczas ich potyczki.  Drugą rozłożyła na ladzie. Już sięgnęła po butelkę, by przemyć ranę, gdy nagle jakby znów spłynęło na nią olśnienie. Zerknęła na Sorena z butelką Ognistej w dłoni. Zielone soczewki mierzyły go uważnie, a ona nieświadomie zmarszczyła brwi-pierwszy jawny przejaw faktu, że jej twarz potrafiła oddać inną, od zwyczajowej minę.
-Jak mniemam, lordzie Avery, magia lecznicza jest Ci tak samo obca jak mnie? – zapytała, jednak wątpiła, żeby Soren ją znał. Ale zawsze należało wykorzystywać dostępne środki. A w tym momencie mógł się właśnie okazać jednym z nich.

ej nie zabijaj mnie, bo trochę mnie poniosło


You say

"I can fix the broken in your heart You're worth saving darling".
But I don't know why you're shooting in the dark I got faith in nothing.


Wynonna Burke
Zawód : Łowca rzadkich ingrediencj, ex alchemik
Wiek : 24
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Zaręczona
Im difficult, but I promise
I'm worth it.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarownica
Snow Queen
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t3517-wynonna-persephone-burke https://www.morsmordre.net/t3530-tryton#61808 https://www.morsmordre.net/t3529-lady-burke-na-salonach#61753 https://www.morsmordre.net/t3531-wynonna-burke#61812
Re: Borgin & Burke, luty 1954 [odnośnik]19.08.16 23:41
Czy to nie ironia losu? Tak wiele czarodziejów chciałoby mieć czystą krew, a on, a może nawet oni, uważali to za przekleństwo. Nieprzyjemne ograniczenie, kajdan u nogi niepozwalający w pełni rozwinąć skrzydeł. Marzenia obijały się o czaszkę, niczym schwytany ptak obija się o pręty klatki w palącej potrzebie wolności. Może udało im się odnieść sukces, przeciwstawić się skostniałym do bólu zasadom, ale to był dopiero przedsmak prawdziwego życia. Avery chciał więcej. Nigdy się z tym nie afiszował. Jest typem człowieka, który na pierwszym miejscu stawia innych, a dopiero potem dba o siebie. Nie sprawiło to jednak, że jego charakter i osobowość wypłowiały i zatarły się. Wcale nie. Wiele bezsennych nocy, kiedy można się jedynie przekręcać z boku na bok są idealnym paliwem napędowym dla marzeń. Można wtedy roztaczać nieskończone wizje o tym jak wykorzystać swoje życie. Jak dobrze wypełnić dany mu czas. Niestety większość z nich była niemożliwa do realizacji ze względu na tę właśnie drobną niedogodność, jaką jest szlacheckie pochodzenie. Nie można jednak powiedzieć, że poddał się z tego powodu. Owszem, po większość prawdopodobnie nie sięgnie, ale gdyby wszystko dobrze przemyśleć to coś mogłoby się udać.
Oczywiście Soren nie mógł wtedy przypuszczać jak potoczy się jego życie. Jakie zawirowania i przeszkody postawi przed nim losem. Nawet nie podejrzewał, że to, co dane mu było przeżyć dotychczas było zaledwie wierzchołkiem góry lodowej. Skąd jednak mógł wiedzieć? Był tylko zmęczonym doświadczeniem życia, młodym czarodziejem, świetnie rokującym graczem Quidditcha. Może nie mówił tego na głos, żeby nie zapeszyć, ale po cichu liczył, że najgorsze ma już za sobą, że teraz już tylko wyjdzie na prostą. Nie można go za to winić. Niestety szybko przekonał się, że to wcale tak nie działa.
Na szczęście póki co stał w sklepie na otoczonej złą sławą ulicy Śmiertelnego Nokturnu i nie czuł jeszcze napływających burzowych chmur. Głowę zaprzątały mu zupełnie inne sprawy. Jak na przykład ten róg należący wcześniej do reema. Nie był najlepszym alchemikiem, jego edukacja w tym zakresie skończyła się wraz z ukończeniem Hogwartu, ale to wciąż była jedna z jego pasji. Tym bardziej, jeśli przyjaźni się z kimś o zamiłowaniu do wiedzy to warto mieć jakiegoś własnego konika. Eliksiry były tylko jego, Amodeus nie był w tym najlepszym, co zawsze dawało mu sporą szczyptę satysfakcji. Na to wspomnieniem na jego twarzy zakwitł blady cień uśmiechu, ale zniknął, kiedy tylko Wynonna zbliżyła się do kontuaru. Chociaż nadal udawał skupienie tym niezwykłym składnikiem to jego spojrzenie uciekło w kierunku tego, co robiła. Nie dziwił się, że musi się opatrzyć, ani że umie to robić. Inaczej nie mogłaby być taka dobra w swoim zawodzie. Tylko kiedy sięgnęła po butelkę alkoholu, jak szybko swoim fachowym okiem rozeznał - bardzo dobrego alkoholu uniósł głowę prosto na nią. Twarz nie wyrażała żadnych emocji, ale brwi miał lekko ściągnięte, jakby zastanawiając się, jak powinien się w tej sytuacji zachować.
- Niestety, a żałuję tym mocniej widząc, że tą Ognistą zdecydowanie warto zużytkować w inny sposób. - Uśmiech lekko wygiął mu wargi. Nie chciał przecież, żeby zabrzmiało to jakby konsumpcja była ważniejsza od zdrowia. Zresztą zawsze można napić się także dla zdrowia.


okay, i hated you but even when you left, there was never a day that i’ve forgotten about you and even though i actually miss you, i’m gonna erase you now cause that’ll hurt way less
than blaming you


Soren Avery
Zawód : pałkarz Os z Wimbourne
Wiek : 26
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Zaręczony
jest szósta mojego serca
a po kątach trudno pozbierać wczorajszy dzień
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
sny są dla ludzi bez wyobraźni
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t796-sren-avery https://www.morsmordre.net/t859-stella https://www.morsmordre.net/t850-sren https://www.morsmordre.net/f121-whitcomb-st-43-7 https://www.morsmordre.net/t1180-sren-avery
Re: Borgin & Burke, luty 1954 [odnośnik]20.08.16 2:55
A czy to nie zawsze tak było, że ludzie zawsze chcieli tego, czego nie mogli mieć? I to wszystko miała swój zarodek w zazdrości i sprowadzało się czasem do naprawdę błahych rzeczy. A zjawisko to, najmocniej objawiało się u kobiet. Te z kręconymi włosami, marzyły o prostych, te z z prostymi o kręconych, te z zielonymi oczami o niebieskich, posiadaczki niebieskich chciały brązowe, a te ostatnie jakiekolwiek inne niż swoje – oczywiście opcji było wiele, te są zwykłymi przykładami. Te z prostym długim nosem, wolałyby mały krąglejszy. Te z dużymi ustami zamieniłby się z tymi, co mają je mniej wydane. I to nie tak, że tylko kobiety chciały mieć rzeczy, których nie mogły. Z mężczyznami też tak było, tylko że oni – w przeciwieństwie do kobiet – rzadko o tym mówili. Znaczy, oczywiście, mugolki miały czego zazdrościć arystokratom, ale czy nie było też i w drugą stronę. Bo z jednej strony kto nie chciałby urodzić się i żyć w dostatku w szanowanym rodzie jednak za cenę obowiązków i zasad narzuconych z góry przez to okrojone społeczeństwo. Może szlamy nie zdawały sobie sprawy, czego im się marzy? Miały wolność, która im się nie należała. Mogły robić co chciały, bo nikt ich nie osądzał i wybierać partnera na życie, bo nie wisiała nad nim widmo przedłużenia linii rodu. Kiedyś Wynonnie przeleciało nawet przez głowę, że może bycie szlachcianką wcale nie jest takie świetnie, bo pomimo wszystko dogodności, mało dostaje się miłości i przez większość czasu jest się więzieniem własnej rodziny. Zaraz jednak zganiła się w myślach, za te głupie i niedojrzałe myśli i więcej nie wracała już do tematu nawet z samą sobą.
Chociaż noce często mijały jej bezsennie, to nie powodował tego natłok myśli w jej głowie. Jeśli zaś jakieś przemyślenia w niej się znajdowały, głownie dotyczyły czasów minionych. Lady Burke nocami analizowała minione zdarzenia, nie po to, by przypomnieć sobie coś miłego. Robiła to po to, by sprawdzić co zrobiła źle. Bo nawet jeśli na pierwszy rzut oka tego nie było widać, zawsze znalazło się coś, co można było zrobić lepiej. A Wynonna chciała być tak dobra jak tylko się da. Bo ciągle, gdzieś na dnie jej duszy czuła, że jest niewystarczająca.
Co do życiowych zmian, o ile Sorena się zmieniło, o tyle Wynonnie zmieniały się tylko miejsca, które odwiedzała. Nie zmienił się jej charakter, nie zmieniły się jej poglądy ani stosunki z rodziną. Ciągle była taka sama. Niektórzy nawet wysuwali twierdzenie, że od czasów szkoły, kiedy to ją poznali nie zmieniła się w ogóle. I było coś w tym z prawdy. Nie dopuszczała do siebie większości uczuć. A to przecież właśnie uczucia były największą siłą sprawczą jeśli szło o zmianę charakteru człowieka.
Teraz oboje byli w sklepie, w którym on jeszcze nie wiedział ile jeszcze spotka go w życiu, a ona zaś postanawiała jak zwykle przyjąć to, co życie dla niej ma. Była wściekła na siebie za to, że nie uzupełniła zapasów. Prawdopodobnie będzie musiała nawiedzić swojego uzdrowiciela, któremu często składała domowe wizyty. I choć to przy każdej innej osobie pewnie zabrzmiałoby dwuznacznie, tak przy Wynonnie o takie skojarzenie mógłby posądzić ją tylko ktoś, kto nigdy z nią nie rozmawiał.
Rodzinny sklep odwiedzała często, na tyle, że w końcu dostała własną podladową szafkę, która zawsze była wypełniona. I mimo, że i dziś sporo było w środku, tak w woym kuferku brakowało kilku istotnych rzeczy. Już zdążyła wyzwać się od idiotki w głowie. Nie była dobra z magii leczniczej, dlatego też stawiała w swoim wydaniu na klasyczne metody leczenia, a potem gnała do uzdrowiciela. Nigdy do szpitala, nie lubiła ich. Mocno i bardzo.
Po jego słowach sama leciutko uniosła kącik ust ku górze. Kto wie, czy nie był to pierwszy raz, kiedy w ogóle zrobiła coś takiego w jej obecności. I choć gest ten był skąpy, dawał tylko przedsmak tego, jak pięknie może prezentować się w całym uśmiechu. To jednak było czczym życzeniem, Wynonna nie uśmiechała się często, a w sumie nawet odpowiedniejszym stwierdzeniem było nigdy. Uniosła do góry wskazujący palec zdrowej dłoni i znów zanurkowała pod ladą a dwie czyste szklaneczki już po chwili wylądowały pomiędzy nimi. Wynonna odkręciła alkohol i rozlała go do szkła, a potem podała butelkę Sorenowi, przed ramię układając na rozłożonej wcześniej ścierce by mieć oparcie. Górna część dłoni była zaś centralnie przed mężczyzną. Zacisnęła zęby i przymknęła oczy, jednocześnie napinając mięśnie do granic możliwości. W głowie nastawiła się już na ból, po to, by zderzenie z nim było mniejsza. Wiedziała jednak, że tak czy siak będzie boleć jak cholera. Odkażała już ranę alkoholem. I wierzcie lub nie, ale miało się wrażenie, jakby sam Lucyfer przypiekał Ci skórę. Najchętniej w życiu więcej nie zrobiłaby sobie czegoś takie z własnej woli… gdyby nie musiała. Dlatego czekała dzielnie, przy okazji też wstrzymując oddech, by móc potem całą masę powietrza wypuścić nosem i mając nadzieję, że Soren nie wyleje jej wszystkiego na rękę, bo jedna szklanka po, to było zdecydowanie za mało, a Wynonna wiedziała, że wychyli ją duszkiem w momencie, w którym alkohol nadal będzie wnikał w ranę.


You say

"I can fix the broken in your heart You're worth saving darling".
But I don't know why you're shooting in the dark I got faith in nothing.


Wynonna Burke
Zawód : Łowca rzadkich ingrediencj, ex alchemik
Wiek : 24
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Zaręczona
Im difficult, but I promise
I'm worth it.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarownica
Snow Queen
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t3517-wynonna-persephone-burke https://www.morsmordre.net/t3530-tryton#61808 https://www.morsmordre.net/t3529-lady-burke-na-salonach#61753 https://www.morsmordre.net/t3531-wynonna-burke#61812
Re: Borgin & Burke, luty 1954 [odnośnik]05.09.16 14:57
Nie żył w ciągłym zaprzeczeniu. Nie był takim człowiekiem. Nie lubił zaglądać przez na inne podwórka, aby torturować się widokiem bardziej zielonego trawnika od swojego. Wiedział przecież doskonale, że wszystko ma swoje plusy i minusy. Był obiektywny, a przynajmniej takim być się starał. Nie chciał z góry przekreślać całego szlacheckiego życia, bo inaczej straciłoby ono całkowicie swój sens. Miał przecież jak dobry start miał zapewniony dzięki górze złota, którą ród Averych trzymał w podziemiach banku Gringotta. Nie rekompensowało to jednak w całości dzieciństwa o słodko-gorzkim smaku. Szybko odkrył, że pieniądze wbrew powszechnemu podejściu nie dają zbyt wiele radości. Może miał najlepszą dostępną na rynku miotłę, ale to przecież nie dzięki niej był dobrym pałkarzem. Przecież mógłby nim być będąc nawet mugolskiego pochodzenia. Przecież krew w żaden sposób nie determinowała charakteru czy umiejętności. Widział przecież jak zachowuje się jego brat, a jak chociażby jego przyjaciółka, która nie miała w swoich żyłach ani krzty szlachetnej krwi. Życie rozdysponowało różne cechy według własnego widzimisię, może nie było to do końca sprawiedliwe, ale Sørenowi to nie przeszkadzało. Lepszy taki rozdział niż rzeczywisty podział według krwi. Szlachta prawdopodobnie spuchłaby do niebotycznych rozmiarów i pewnie wybiłaby się na wzajem już dawno. W końcu już teraz byli skłonni do nienawiści, chcąc uchodzić za najlepszych. Dlatego tak często żałował, że się z nich wywodzi. Nie potrafił tego zrozumieć, pęd do władzy i siły był mu zupełnie obcy. Przyglądał się temu zjawisku z miną kompletnego laika niezdolnego pojąć tę potrzebę. Miał zupełnie inne potrzeby, pragnienia, które sprawiały, że czuł się obcy wśród osób, jakie powinien uznawać za swoje.
Natomiast Wynonna Burke stanowiła dla niego swoistą tajemnicę. Już od czasów szkolnych, gdy spotykali się podczas treningów Quidditcha drużyny ślizgonów była wyróżniającą się z tłumu sylwetką. Nie tylko za sprawą wyróżniającej się z angielskiego marazmu urodą. Pod pewnymi względami czuł do niej podobieństwo w zdystansowaniu do świata oraz oszczędnemu podejściu emocjonalnemu do innych ludzi. Nie była męcząca jak większość dziewczyn, nie trajkotała bezustannie o rzeczach zupełnie sens pozbawionych. Teraz też tak była, co sprawiało, że Avery czuł się w jej towarzystwie nadzwyczaj komfortowo jak na takie spotkanie po latach. Być może przyczyniał się do tego fakt braku jakiegokolwiek bagażu emocjonalnego, byli wobec siebie bezpiecznie neutralni. Nie licząc tej nagłej zmiany garderoby rozpoczętej w jego obecności. Chwila ta wydawała się jednak rozpłynąć w niebyt już bardzo dawno, zastępując bardzo absorbującym widokiem doborowej Ognistej. Wyraz jego twarzy pozostawała niewzruszony, chociaż czuł rozlewające się po nim uczucie satysfakcji, gdy lady Burke zniknęła na chwilę pod ladą, aby wydobyć dwa kieliszki. I tak miał już wkrótce pić z Amodeusem, więc nie było potrzeby odmawiać. Nieznaczne zaskoczenie ukazało się jednak poprzez uniesienie brwi, kiedy podała mu butelkę, po czym ułożyła przed nim zranioną rękę. Nie spodziewał się, że powierzy mu takie zadanie. Chyba nie powinna, bo czuł nieodpartą chęć przytknięcia gwintu do ust. Zignorował to uczucie, zamiast tego pochylając się nad stojącym na ladzie kuferkiem. Wydobył z niego czystą gazę, którą zamiast swoich warg przytknął do butelki nasączając alkoholem. Nie miał zbyt wielkiej wprawy w opatrywaniu i w ogóle magii leczniczej, ale podszedł do powierzonego mu zadania z należytą dawką skupienia. Skrupulatnie oczyścił ranę, raz po raz nasączając bardziej materiał alkoholem. Kiedy skończył odsunął się, aby z zadowoleniem obejrzeć swoje dzieło. Odstawił ostrożnie butelkę na blat i wymienił ją na szklaneczkę.
- Zdrowie - mruknął unosząc ją w stronę Wynonny. Wiedział jak musiało być to nieprzyjemne, bo nieraz na szybko dezynfekowano jego rany podczas treningów, ale były to malutkie otarcia w porównaniu z tym, co czerwieniło się na jej przedramieniu. Była dzielna, ale oczywiście jej tego nie powiedział. Zbytnio skupił się na trzymanym w ustach alkoholu o niezwykłym smaku.


okay, i hated you but even when you left, there was never a day that i’ve forgotten about you and even though i actually miss you, i’m gonna erase you now cause that’ll hurt way less
than blaming you


Soren Avery
Zawód : pałkarz Os z Wimbourne
Wiek : 26
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Zaręczony
jest szósta mojego serca
a po kątach trudno pozbierać wczorajszy dzień
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
sny są dla ludzi bez wyobraźni
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t796-sren-avery https://www.morsmordre.net/t859-stella https://www.morsmordre.net/t850-sren https://www.morsmordre.net/f121-whitcomb-st-43-7 https://www.morsmordre.net/t1180-sren-avery
Re: Borgin & Burke, luty 1954 [odnośnik]06.09.16 19:00
Nie jestem pewna, czy w ogóle da się tak żyć. W sensie, w zaprzeczeniu. Bo przecież, to nie jest tak, że nasz problemy znikały, gdy wyrzucaliśmy je z świadomości. Ciągle tam były, my tylko odmawialiśmy dojrzenia ich, zapominając, że wcześniej czy później i tak wejdą ze swoimi brudnymi buciorami do naszego życia. Dlatego Wynonna nie odkładała nic na potem. Z każdym problemem chciała uporać się od razu, by móc spokojnie potem spać – a raczej wspominać miniony dzień, by sprawdzić, co mogła zrobić lepiej. Dawno też już pogodziła się z życiem, jakie przyszło jej wieść. Nie narzekała, ani też nie skakała z radości na myśl o nim. Zwyczajnie, przyjęła je jako swoje i nie negowała. Choć ród jej posiadał swoją własną fortunę nie lubiła z niej korzystać. Miała jakieś dziwne przeświadczenie, że na wszystko należy zarobić samemu – choćby ciężką pracą. Całe swoje życie ukierunkowała tak, by dojrzeć znów w oczach ojcach błysk dumy, którego tak mocno pragnęła. Gdy jednak pomimo upływu lat do tego nie doszło, postanowiła postawić na pierwszym miejscu siebie. Doskonale zdawała sobie sprawę, że ścieżka którą obrała była kręta i stawiała wiele przeszkód, co najważniejsze zaś, spotykała się z niemałą dezaprobatą arystokratycznej śmietanki. Może przemyślałaby swój wybór. Może spróbowałaby czegokolwiek innego. Może… Gdyby chociaż odrobinę przejmowała się opinią zgrupowania marionetek, które swoje prawdziwe oblicza chowały pod wieloma maskami.
To nie tak, że Wynonna swojej nie miała. Każdy z nas przecież co rano jedną ubierał. Jej zaś, na stałe przylgnęła do jej lica i od wielu lat pozostawała niezmienną, dokładnie tak, jak jej wnętrze. Zbudowała wokół siebie wiele murów, których nie udało się pokonać żadnemu śmiałkowi. Które mocno i pewnie strzegły zarówno jej serca, jak i emocje. Dlatego czasem zdawać by się mogła być bardziej do posągu podobna, aniżeli do człowieka żywego uzbrojonego w emocje. Czasem ktoś zasłużył na jakiś nikły grymas, który pojawiał się na jej twarzy. Działo się to jednak tak rzadko, że prawdopodobnie ci, którzy owego zjawiska doświadczyli, do tej pory pewni nie byli, czy nie był on jedynie wytworem ich mózgu.
Co zaś tyczy się Sorena, był po prostu bardziej znośny niż reszta z []ich[/i] towarzystwa. Nie zadawał niepotrzebnych pytań, a także nie posiadał w sobie tej dziwnej potrzeby, by słowami zapchać ciszę. Był w jakiś sposób podobny do niej, mimo, że tak wiele ich różniło. Jego obecność nie była męcząca, czy też nużąca. Była  odpowiednia.
Czekała. Pierwsze zderzenie skóry z piekącym alkoholem zawsze było najgorsze. Nie pomyliła się nawet odrobinę. Gdy Soren po raz pierwszy przytknął gazę nasączoną alkoholem do jej rany drgnęła odrobinę, spinając wszystkie mięśnie. Wypuściła powietrze nosem, czując, jak sam diabeł przypala ją rozgrzanym do czerwoności metalem. Z każdym kolejnym dotykiem mokrego materiału ból przychodził jakby mniejszy. Rozlewał się jednak pasmami bólu po całym jej ciele. Gdy cały zabieg dobiegł końca, a ona usłyszała słowa Avery’ego jeszcze przez chwilę się nie odzywała. Nadal czuła ranę, która w tej chwili żywym ogniem pulsowała na jej ramieniu, uczucie to rozprzestrzeniając dalej w głąb jej ciała. W końcu otworzyła oczy, zerknęła na kieliszek, który złapała bez większego zastanowienia, po drodze gdzieś machając nim w stronę swojego towarzysza. Całość wchłonęła jednym haustem, z brzdękiem odstawiając puste naczynie na ladę. Ognista rozlała się po jej przełyku aż do żołądka, chociaż na chwilę pozwalając skupić na sobie całą uwagę i odciągnąć ją od przeklętego ramienia. Policzki zaszły jej różem, ale nawet nie zwróciła na to uwagi. Zerknęła na rękę uważnie – wizyta u medyka była koniecznością. Wrzuciła pozostałe środki opatrunkowe do kuferka i schowała go pod ladą w swojej szafce, którą zamknęła. Gdy wchłonęła znad lady uzupełniła swoją już pustą szklankę. Potem zaś w końcu spojrzała na Sorena, dokładniej w jego oczy. Mierzyła go chwilę spojrzeniem, które – choć nadal harde i ostre, zdradzało zmęczenie.
-Dziękuję. – powiedziała i pchnięta jakimś dziwnym odruchem położyła na chwilę swoją dłoń na jego dłoni. Nie wiedziała dlaczego. Nie wiedziała też po co. Znów chochlik przejął ster i postanowił za nią. Szczęściem wręcz był fakt, że drzwi do sklepu otworzyły się. Wynonna zabrała dłoń, dostrzegając w wejściu pracownika jej rodzinnego biznesu. Złapała za szklaneczkę i znów spojrzała na Sorena. Wyszła zza lady uprzednio skinąwszy mu głową. Po podłodze rozległ się głuchy stukot jej butów. Zatrzymała się na chwilę odwracając w ich stronę. – Róg reema, Asmodeuszu, zajmij się nim później. – poprosiła, nie prosząc. Cała Wynonna. Tylko stanąć i westchnąć nad nią. Nawet gdy nie chciała brzmiała lodowato. – I zamknij sklep. – odwróciła się ponownie ruszając w stronę zaplecza, jeszcze zanim na nim zniknęła dodała. – Nie krępujcie się wypić do końca Ognistej. Lord Avery zasłużył na zdecydowanie więcej za okazaną mi dziś pomoc.A ja i tak będę musiała zwrócić ją bratu. Ostatni zdanie rozbrzmiało tylko w jej głowie. W końcu dotarła na zaplecze. Tam zasiadła na chwilę przy swoim kalendarzu jednocześnie kończąc drugą szklaneczka alkoholu. Gdy skończyła narzuciła na siebie palto i skierowała się do drzwi, zauważając, że i mężczyźni odziani są już w odzież wierzchnią. Wyszli razem, nie zamieniając ani słowa. Podzieli się na dwie grupy, z których każda poszła swoją drogą. I żadne z nich nie miała z tego powodu żalu do drugiego. Ot, normalny dzień w Bogrin & Burke’s.


You say

"I can fix the broken in your heart You're worth saving darling".
But I don't know why you're shooting in the dark I got faith in nothing.


Wynonna Burke
Zawód : Łowca rzadkich ingrediencj, ex alchemik
Wiek : 24
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Zaręczona
Im difficult, but I promise
I'm worth it.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarownica
Snow Queen
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t3517-wynonna-persephone-burke https://www.morsmordre.net/t3530-tryton#61808 https://www.morsmordre.net/t3529-lady-burke-na-salonach#61753 https://www.morsmordre.net/t3531-wynonna-burke#61812
Borgin & Burke, luty 1954
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach