Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia


Ekipa forum
Hogwart, dziedziniec 14/02/1946
AutorWiadomość
Hogwart, dziedziniec 14/02/1946 [odnośnik]17.08.16 21:13
Czas sam w sobie był dziwnym zjawiskiem. A jeszcze bardziej dziwna była zmienność, która go cechowała. Nie tylko jego zresztą, bo cechowała ona wszystkie organizmy żywe, zwłaszcza ludzi, którzy z kilkudziesięciu centymetrów rośli do prawie dwóch metrów. I choć zmienność dotyczyła też ludzkich charakterów, to niektórzy czasem wysnuwali wniosek, że Wynonne Burke postanowiła ona ominąć szerokim łukiem. Chociaż systematycznie doglądała tego, by odpowiednio rosło jej ciało, to jakby nie ingerowała w tą część jej osoby, której nie widać, a mianowicie - umysł. I Wynonnie wcale to nie przeszkadzało. Było jej dobrze ze sobą, a fakt, że innym osobom już trochę mniej wcale nie spędzał jej snu z powiek.
Był czternasty luty, zima jakby powoli zaczynała już odpuszczać, w tym roku była stosunkowo łagodna. Dziedzińce i hogwarckie błonia właściwie nie miały już na sobie żadnych znamion śniegu, a zieleń traw, choć wydawać by się mogło, że nie śmiało, zaczynała informować o nadchodzącej wiośnie. I wszystko było normalnie, a zadawałoby się być, gdyby nie przeklęte święto Świętego Walentego - święto miłości. Na same te dwa ostanie słowa Wynonna miała chęć wywrócić oczami, a jeszcze mocniej potęgowało w niej to uczucie to, co działo się na około. Ludziom jakby odbijało tego dnia. I zrozumiałaby jeszcze, gdyby wariowały tylko szlamy, ale i arystokratom zdawała się do głów uderzać amortencja. Na każdym kroku można było napotkać się na czerwone, tandetne serduszka, korytarzowe wyznania miłości i obściskujące się pary. A słodkawy zapach, przypominający watę cukrową przyprawiał o mdłości. Dlatego też Wynonna wyszła na dwór, by zaczerpnąć świeżego, choć nadal mroźnego powietrza. Siedziała na swojej ulubionej ławce, na dziedzińcu z fontanna, czytając kolejną z ksiąg traktującą o ważności ingrediencji, gdy podszedł do niej Duncan. Duncan Beckett, z dłońmi splecionymi za plecami, jakby coś za nimi chował. Który zdecydowanie zaprzątał Wynonnie więcej myśli, niż by chciała. Tłumaczyła sobie, że to dlatego, że tak niepomiernie irytuje ją swoją impertynencja i błazenadą, którą lubił raz na jakiś czas przed nią odstawić, nie zważając nawet na fakt, że ze swoją brudną krwią nie powinien nawet stawać obok niej. Poznała go po butach, czy może raczej po tym, jak przebierał nogami, jakby nie umiał ustać w miejscu. Uniosła na niego chłodne spojrzenie na jego piegowatą twarz, bo doskonale wiedziała, że ignorowanie go i tak nie zadawało egzaminu, tak czy siak zaczynał mówić. I nie pomyliła się. Nie ma sensu opisywać wszystkich jego słów dokładnie, starczy powiedzieć, że uraczył ją kolejną, jego zdaniem pewnie piękną, historią o Walentynkach. Gdzieś po drodze wplatając w nią jeszcze jej postać. Przez cały ten czas Wynonna nawet nie drgnęła, jej brew unosiła się tylko leciutko z każdą minutą coraz wyżej. Tu akurat powinien sobie przyznać medal, za to, że wyciągnął z jej twarzy jakikolwiek gest. Radość pewnie nie trwała długo, bo mimo, że już sama historia ją irytowała, to zwyczajowo zamierzała jej wysłuchać, a potem odejść bez wypowiedzenia jakiegokolwiek słowa, jednak Beckett postanowił i ją wciągnąć w to jakże błahe i marne święto, bo gdy tylko skończył z zza pleców wyciągnął bombonierkę w kształcie serca. Wynonna opuściła wtedy brew i choć widać po niej tego nie było, burza w jej wnętrzu rozszalała się tak wielka, że każdy o zdrowym umyśle chowałby się przed nią tak szybko, jak tylko by mógł. Zagięła róg kartki w książce i odłożyła ją na ławce obok. Potem podniosła się i zrobiła te kilka kroków odległości, która była między nimi. Jeszcze raz zerknęła na bombonierkę, a potem zaś na właściciela rdzawych włosów którego twarz zdobił uśmiech tak szeroki, ze gdyby nie uszy, pewnie owijałby się dookoła twarzy i to przelało czarę. Zamiast odejść jak zawsze przyzwoliła sobie na to, by pokierowały nią emocję. Nim się obejrzała jej pięść zderzała się z nosem chłopaka, a na dziedzińcu echem poniósł się dźwięk łamanej kości. Czekoladki wypadły mu z dłoni i rozsypały się na kamiennym bruku. On zaś trzymając się za nos ociekający krwią uchwycił spojrzenie Wynonny, w którym ta o dziwno nie dostrzegła złości, a nawet coś na zasadzie jakiegoś dziwnego triumfu. Później zniknął na krużgankach, pewnie biegnąc czym prędzej do pielęgniarki, by poskładała mu nos w całość. Wynonna zaś zganiła siebie w myślach, będąc pewną, że czeka na nią szlaban za ten moment uniesienia. Wróciła jednak na ławkę, na której zasiadła ponownie, po czym sięgnęła po książkę, którą otworzyła w zaznaczonym miejscu i powróciła do czytania, jakby przed chwilą wstała tylko po to, by rozprostować nogi, kompletnie ignorując kilka ciekawskich spojrzeń.


You say

"I can fix the broken in your heart You're worth saving darling".
But I don't know why you're shooting in the dark I got faith in nothing.




Ostatnio zmieniony przez Wynonna Burke dnia 18.08.16 3:34, w całości zmieniany 1 raz
Wynonna Burke
Zawód : Łowca rzadkich ingrediencj, ex alchemik
Wiek : 24
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Zaręczona
Im difficult, but I promise
I'm worth it.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarownica
Snow Queen
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t3517-wynonna-persephone-burke https://www.morsmordre.net/t3530-tryton#61808 https://www.morsmordre.net/t3529-lady-burke-na-salonach#61753 https://www.morsmordre.net/t3531-wynonna-burke#61812
Re: Hogwart, dziedziniec 14/02/1946 [odnośnik]18.08.16 1:27
Lily nie lubiła walentynek. Chyba nikt, kto kochał kogoś bez wzajemności za nimi nie przepadał, prawda? Duncan za to miał niesamowity talent nieświadomego rozdeptywania jej delikatnego serca każdego czternastego lutego. Sposoby były różne i zwykle z pozoru niewinne. Bo on nigdy nie chciał jej zranić. Jak i w tym roku. Ledwie jeszcze wczoraj mała być jego walentynką i promieniała z radości - do chwili, kiedy rano nie zrozumiała, że to były tylko wygłupy. Nawet nie żarty, znów Duncan nie chciał być podły, bo przecież był jedynie ślepy, przecież całkowicie nie widział, jak bardzo zauroczona nim jest jego rówieśniczka. Po prostu wygłupy. Nie mówił poważnie. Może sama jest sobie winna, skoro była na tyle głupia, by mu uwierzyć?
A jednak przez cały ranek zasługiwała na miano bardzo dzielnej, pomagając temu idiocie ładnie zapakować bombonierkę dla prawdziwej walentynki i tłumacząc swój kiepski nastrój słabymi wynikami z kolejnego testu. I, chociaż czuła się, jakby po jej już i tak złamanym sercu przejeżdżał traktor, wysłuchiwała całego jego planu. A co na koniec zrobił tegoroczny laureat nagrody na Najbystrzejszego Krukona Roku? Obiecał pomóc z nauką w przedmiocie, który ją tak zasmucił.
Czasami miała ochotę go roznieść, rozerwać na strzępy. Ale potem docierało do niej, że właściwie to nie jego, bo przecież czemu on winien? Przecież nie ma obowiązku jej kochać. Nic nie musi do niej czuć, a przecież się przyjaźnią. Tylko ona jest głupia i tylko do siebie może mieć żal, bo po prostu nad tym wszystkim nie panuje. Choć przez cały dzień chodziła struta i czekała na wieści z placu boju i gdzieś w głębi duszy trzymała kciuki, bo przecież chciała, żeby był szczęśliwy. Choć nie miała pojęcia, co by ze sobą zrobiła. Po tych sześciu latach musiałaby chyba wreszcie stanąć na ziemi? Tylko jak?
Ale nie będzie musiała. Dowiedziała się o tym, kiedy mijał ją biegnąc do Skrzydła Szpitalnego i zaraz pobiegła za nim. Z przerażeniem patrzyła na jego zakrwawioną twarz i nie mogła uwierzyć, że ktoś mógł coś takiego zrobić. Z takiego powodu? I pierwszy raz w jej życiu wzbierała w niej prawdziwa, szczera złość, kiedy tak na niego patrzyła. Nie byle jaka złość, ale taka, która nie przejmuje się lękami, czy tym, że przecież Lily nie potrafi czarować.
Choć to zachowanie musiało wyglądać dziwnie, po prostu wyszła ze Skrzydła i doskonale wiedziała, gdzie szukać winowajczyni.
W drodze nakręcała się tylko mocniej. Bo martwiła się o Duny'ego. O to, że jest taki dobry i kochany, tak potwornie naiwny, że kiedyś pewnie bardzo tego pożałuje. Bo przecież widziała, że nie wściekł się nawet na wariatkę, która złamała mu nos. A wyglądał tak okropnie, to tak musiało boleć!
I przecież ona powinna się bać tej wariatki, skoro ona potrafi złamać komuś nos! Ale nie bała się w ogóle. Bo w tym wszystkim wcale nie chodziło o ten nos, a o właśnie zamach na jego wspaniały świat.
I zobaczyła ją czytającą na ławce, jak się spodziewała. Podeszła pewnym krokiem, szokująco pewnym i wszyscy, którzy znali małą, zastraszoną Lily zapewne mieli problem w tym, żeby ją w ogóle rozpoznać. I tak oto Wynonna została pierwszym człowiekiem, którego w swoim szesnastoletnim życiu uderzyła Lily - prosto w twarz z otwartej dłoni, odreagowując całą swoją złość w tym jednym, acz bardzo mocnym uderzeniu.
- Nie wiem, czego was, błękitnokrwistych bufonów uczą w domach, których kulturą przecież tak się szczycicie, ale za prezenty wypada podziękować, nie łamać kości. - powiedziała, patrząc na nią wciąż z tą samą złością.


Maybe I'm scared because you mean more to me than
any other person.

Lily MacDonald
Zawód : Ex iluzjonistka, obecnie wytwórca i naprawiacz mebli.
Wiek : 26
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Panna
Creagan an fhithich!
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t3510-lily-macdonald#61296 https://www.morsmordre.net/t3545-kukulka https://www.morsmordre.net/t3544-zostan-moim-przyacielem#62383 https://www.morsmordre.net/f102-fleet-street-187-9 https://www.morsmordre.net/t4801-skrytka-bankowa-nr-878#102962 https://www.morsmordre.net/t3580-lily-macdonald#64284
Re: Hogwart, dziedziniec 14/02/1946 [odnośnik]18.08.16 2:30
Oh, może gdyby nie dzielący ich Duncan może te dwie nawet by się dogadały? Ha! Dobre sobie. Fakt, że i ona nie lubiła walentynek z pewnością nie zmieniłby jej nastawienia do szlam. A już na pewno nie popchnął by jej do tego, by zaczęła się z którąś z nich zadawać. Miała w sobie za dużo szlacheckiej dumy wyniesionej  domu. Może nie do końca rozumiała tą całą nienawiść, a w sumie bardziej, szkoda jej było na to czasu, jednak jako lojalna córka robiła tak, jak należało.
Wynonna nie wiedziała czym jest miłość. Nie. Może nie tak. Inaczej. Czym jest ta jej ciepła odmiana. Znała miłość Burke’ów, zimną, prostą i nieoszlifowaną, w której dobro rodziny przedkładało się nad ich członków. Braci kochała i wiedziała, że i oni kochają ją, chociaż żadne sobie tego nigdy nie wyznało. Była tego pewna, tak samo jak też tego, że gdyby stanęła w opozycji do rodziny, żaden z nich by jej nie poprał nawet, gdyby chciał – ród był ważniejszy niż poszczególne jednostki. Matki praktycznie nie widywała, ojciec zaś od wielu lat nie uraczył jej tak upragnionym spojrzeniem wypełnionym dumą, jakby po prostu akceptował fakt że jest, istnieje i na tym należało poprzestać. Wynonna nauczyła się radzić na tyle dobrze ze swoimi emocjami, że trzymała je zamknięte głęboko na dnie serca pod kluczem. A jej ciężki charakter i upór raczej nie znajdował jej wielu przyjaciół, których nawet nie pragnęła i tak.
Dziś jednak Duncan ją zaskoczył. Nigdy nie spodziewała się, że ma tak niespełna rozumu, by przyjść do niej z bombonierką w to, pożal się Merlinie, święto. I chociaż zniknął z jej pola widzenia już ładne kilkanaście minut temu, to emocje wewnątrz niej nadal szalały. Z zewnątrz wyglądała jak zawsze – w statycznej, sztywnej poziome, z głową pochyloną nad książką. Uczniowie którzy obserwowali całe zdarzenie albo rozpierzchli się już po szkole, albo powrócili do przerwanych wcześniej rozmów i czynności. Na pozór wszystko wróciło na swoje wcześniejsze tory. Ale jak to mówią, pozory mylą. Choć Wynonna miała głowę pochyloną nad książką nie mogła się na jej czytaniu wcale skupić. Wciąż próbowała dojść, co też głupiemu Beckett’owi do głowy przyszło, by wyskakiwać z czymś takim. Już sam fakt, że był szlamą powinien go od tego pomysłu szybko i porządnie odwieść. Ale Duncan jakby chyba nie zdawał sobie sprawy z tego, jaki mur, czy też przepaść, tworzyła pomiędzy nimi różnica krwi. I nawet gdyby tego nie brał pod uwagę, to choć Burke mocno starała się, nie mogła znaleźć momentu, w którym mogłaby sprawić wrażenie choć odrobinę zainteresowanej rdzawym jegomościem. Zazwyczaj po prostu go ignorowała, czasem zaszczycając spojrzeniem zielonych oczu. Skąd więc w jego głowie zrodził się pomysł, że wręczenie jej walentynki to dobry pomysł? Nie wiedziała. Rozsierdzał ją mocno ten fakt. Znaczy kilka ją rozsierdzało. Wkurzało ją to, że czegoś nie rozumie i to, że nie potrafi zapanować nad szalejącymi w niej uczuciami, a głównie to dlatego, że nie wszystkie z nich potrafiła zrozumieć. Zła była też przeokropnie na to, że ten bezczelny krukon tak po prostu miał czelność zrobić coś takiego. Wściekła zaś była na niego też, za to, że nawet się na nią nie wkurzył. A wręcz przeciwnie, odniosła wrażenie, jakby właśnie ten cios w nos dawał mu jakąś magiczną wiedzę, której ona nie miała. A najmocniej i najbardziej wkurzała się na samą siebie, że dała ponieść się emocją i zamiast zostawić go bez słowa jak zawsze, zniżyła się do poziomu, w którym biła szlamę. Skrzywiła się na chwilę. Potrząsnęła głową, jakby w ten sposób mogła wyrzucić wszystkie te myśli i powróciła do poprzedniej miny. Wzrokiem wędrując po kolejnych słowach, jednak mając wrażenie, że żadne z nich nie trafia do jej głowy.
I tak mocno skupiła się na tym, by zrozumieć co czyta, że nawet bardziej niż zwykle nie zwracała uwagi na mijających ją ludzi. Chociaż, pewnie nawet gdyby uniosła głowę i zwróciła uwagę na szarżującego w jej stronę kolejnego rudzielca nawet by nie drgnęła, czekają na rozwój wydarzeń.
No to się doczekała. Poczuła niespodziewane ukłucie bólu gdy dłoń Lily znalazła się na jej policzku. Siła uderzenie wprawiła w ruch jej twarz, a Wynonna pozwoliła swojej głowie przebyć tą drogę. W końcu siła uderzenie wygasła, a jej szyja już więcej się nie odchyliła. Zastygła tak, na tyle długo, by odgłos uderzenia zdołał się ponieść po dziedzińcu, a na jej policzku wykwitł ślad, który zostawiała dłoń Lily. Odczekała chwilę, a później powróciła tym samym torem do wcześniejszej pozycji swojej twarzy. Uniosła chłodne, zielone soczewki na rudą dziewczyną i przez kilka długi sekund mierzyła ją spojrzeniem. Rozmowy na powrót ucichły. Nawet ćwierkające nieśmiało ptaki zdawały się wstrzymywać oddech w oczekiwaniu na rozwój akcji. Trudno było powiedzieć co myśli sobie Wynnona, ponieważ jej twarz miała ten sam co zawsze neutralny wyraz. Nie wykrzywiła jej żadna emocja, a jedyne, co zdawało się być nowe w tym obrazku, to czerwona plama, którą sprezentowała jej kurkonka. Wiedziała, że szlamy są głupie, ale że aż tak to nawet się nie spodziewała. Zerknęła na książkę, a potem zamknęła ją i wygładziła jej grzbiet wzdychając i odkładając książkę na bok. Tak.  Wynonna Burke westchnęła. Westchnęła, bo była zmęczona tym dniem. Zmęczona tym głupim świętem i tym, że w jakiś magiczny sposób przyciągała dzisiaj do siebie mugolaków. Zmęczona tym, że uwaga szkoły skupiła się na niej, podczas gdy ona nader wszystko lubiła swoją prywatność, a co więcej samotność. Potem zaś podniosła się z ławki i stanęła naprzeciwko krukonki nadal mierząc ją tym samym chłodnym wzrokiem, który jakby potrafił przeniknąć do środka i zmrozić do reszty.
-No dobrze. – mruknęła, wygładzając poły swojej slytherinskiej szaty i dobywając różdżki, której nawet nie skierowała w jej stronę. Nie miała chęci na konfrontowanie się teraz z kurkonką, zwłaszcza na oczach tych wszystkich osób tutaj zebranych – nie lubiła robić z siebie widowiska. Jednocześnie wiedziała, że musiała zareagować. Gdyby rozniosła się wieść, że uderzyła ją jakaś podrzędna szlama, a ona nie zareagowała… cóż, wolała nie myśleć, jak mogłoby się to skończyć. – Powiedz mi, moja droga – zaczęła, na powrót lokując swoje spojrzenie w stojącej naprzeciw rudej dziewczynie. Ten z pozoru miły zwrot praktycznie wypluła, owijając go w jad– napiłaś się esencji szaleństwa do śniadania, czy może po prostu życie Ci nie miłe? – i choć wpatrywała się w Lily już chwilę, dopiero teraz doszedł do jej świadomości fakt, że często szlajała się z Duncanem i to pewnie on jest powodem, dla którego zebrała w sobie tyle odwagi, by zaatakować szlachciankę. Po jej słowach kilkoro uczniów z arystokratycznych rodów zaśmiało się i z rosnącym zainteresowaniem zwróciło spojrzenia w ich stronę.  

właśnie ustanowiłam swój nowy rekord w długości posta, pozdro 600


You say

"I can fix the broken in your heart You're worth saving darling".
But I don't know why you're shooting in the dark I got faith in nothing.


Wynonna Burke
Zawód : Łowca rzadkich ingrediencj, ex alchemik
Wiek : 24
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Zaręczona
Im difficult, but I promise
I'm worth it.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarownica
Snow Queen
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t3517-wynonna-persephone-burke https://www.morsmordre.net/t3530-tryton#61808 https://www.morsmordre.net/t3529-lady-burke-na-salonach#61753 https://www.morsmordre.net/t3531-wynonna-burke#61812
Re: Hogwart, dziedziniec 14/02/1946 [odnośnik]18.08.16 13:42
Dopiero po chwili emocje zaczęły opadać. Jakby w tym uderzeniu zmieściła się cała złość i odwaga, jaką Lily dała radę w sobie zebrać. W jej wypadku nie było wątpliwości, Tiara nie wahała się ani przez chwilę, panna MacDonald nie miała nic wspólnego z odważnymi, pewnymi siebie Gryfonami, którzy robili wszelkiej maści głupoty, bo przecież może być fajnie.
To jednak nie była głupota. To było bronienie kogoś innego, ale też własnego serca, bo zachowanie Lily było po części egoistyczne. Nie chciała stracić Duncana takiego, jakim był, ciepłego, wesołego, zabawnego. Odrobinę ślepego na to, jaki świat potrafi być. Może trochę głupio w ten świat zapatrzonego, nie dostrzegającego minusów. Ale właśnie to, że on widział tylko dobro było w nim wspaniałe. Całe jego ciepło i fakt, że w tym wielkim sercu miał miejsce dla każdego, najmniejszego nawet robaczka. MacDonald domyślała się, że jej przyjaciel kiedyś runie na ziemię, szczególnie przez to w jak niebezpiecznych czasach przyszło mu żyć jako ktoś, kto nawet nie zna swojego pochodzenia - chciała jednak chronić go za wszelką cenę przed tym zderzeniem. Jeszcze chwilę, jeszcze troszeczkę.
W końcu on wiele razy ją bronił i wspierał, czym więc jest to jedno głupie zachowanie z jej strony?
I, choć emocje trochę opadły, choć jej wzrok na chwilę padł na różdżkę Wynn i, choć wiedziała że jeśli to spotkanie źle się dla kogoś skończy to właśnie dla niej, ten jeden raz nie uciekała. Była lojalna swojemu postanowieniu bronienia przyjaciela nawet jeśli robiła to tylko w swoim umyśle. Bo może w tej chwili nic mu nie groziło. Ale Lily chciała, żeby nigdy mu nic nie groziło. Jeśli nie może być ich, niech chociaż gdzieś tam, osobno, równą porcją miłości obdarzając każdego na świecie i faworyzując kogoś, kto nie będzie nią, kogo Lily najpewniej gdzieś w głębi duszy znienawidzi, bo ona nie potrafiła być tak szlachetna, nie potrafiła nie być zazdrosna, niech on gdzieś tam będzie szczęśliwy, a wszystko będzie dobrze. I nawet, jeśli lęk zaczął do niej wracać, tym razem nie zamierzała uciekać, bo tym razem nie chodziło o śmianie się z niej, o uderzenie jej, o rzucenie jakiegoś paskudnego zaklęcia na nią.
- Ja się napiłam esencji szaleństwa?
Prychnęła, unosząc wzrok na młodszą dziewczynę. Jej wiek nie miał najmniejszego nawet znaczenia i Lily o tym wiedziała. Wiedziała, że ten dzieciak pewnie w domu poznał zaklęcia, jakich ona nigdy się nie nauczy. Może w walce na szarpanie za włosy miałaby jakąś szansę, ale to nie leżało w naturze Lily, a było na pewno poniżej poziomu jej rozmówczyni. A szkoda.
- Ktoś przychodzi do ciebie z sercem na dłoni, a ty w odpowiedzi zamiast powiedzieć choćby "nie jestem zainteresowana", łamiesz mu nos? Jesteś nawiedzona. Skończenie nawiedzona i popaprana. I masz się do niego nie zbliżać. - jej dłoń też zacisnęła się na różdżce, a głos lekko zadrżał. Gest ręki był czysto obronny, jeśli Wynn ją zaatakuje Lily pewnie spróbuje coś zrobić. Bo właściwie zawsze próbowała, może któregoś razu się uda, może czasami coś jej to da. Nie można przecież pozwolić robić ze sobą cokolwiek nawet, jeśli bunt niewiele daje to jest ważny. Dla samego faktu buntowania się przeciw czemuś, co nie powinno mieć miejsca.
Najsmutniejsze w tym było to, że Lily w głębi duszy wiedziała, że to co robi jest bezcelowe. Wiedziała, że to Dunny wróci do tej wariatki. Jak wspomniał, ma co do niej plan. A serce Lily pękało powoli coraz mocniej z każdym słowem z którego składało się to paskudne zdanie. Lily nie czuła się kimś niesamowitym. Wiedziała, że mało kto spojrzałby na nią inaczej niż jak na dziecko, patrząc przez pryzmat jej lęków. Wiedziała, że mało kto miałby ochotę opiekować się nią, kiedy po raz kolejny zamyka się we własnym świecie i odmawia choćby najmniejszego ruchu w obawie przed niejasnymi lękami, demonami. Mało kto chciałby być obok osoby, która robi z siebie pośmiewisko na co drugie Obronie Przed Czarną Magią, czy Opiece Nad Magicznymi Stworzeniami, która ucieka przed pająkami, przed insektami, ogniem, boginami, Ślizgonami, duchami, ciemnością, miłością, właściwie to przed całym życiem. O wiele łatwiej było jej zrozumieć Duncana, który nie tyle ją odtrącał, co wyraźnie nie widział w niej jakiegokolwiek materiału na kogoś, kogo możnaby kochać w ten jeden, wyjątkowy sposób, niż Matta, który chyba zdołał coś w niej dostrzec.
Mimo to fakt, że miejsce w sercu Duncana, o którym tak bardzo marzyła zajęła osoba, która prędzej je podpali, niż doceni sprawiał, że kawałeczki na które rozkruszono jej serce wyglądały, jakby miały nigdy nie dać się poskładać. Oczywiście, Lily składała je jeszcze wiele razy, sklejała nieporadnie i znów wręczała Beckett'owi, ale w oczach nastolatek nie trzeba wiele, żeby coś wydawało się skończone i ostateczne.
Dajmy więc raz Lily samej zrobić z siebie pośmiewisko nie ze względu na lęk, a na nagłą, dziwną odwagę. A potem niech zamknie się w dormitorium i nie wychodzi z niego nigdy więcej.
- Wiem, że sam przyjdzie. Bo jest... bo nawet w takiej wariatce widzi coś wartościowego. Warto to docenić. Jeśli nie potrafisz, przynajmniej nie podkreślaj, jak bardzo nie jesteś tego warta.
Dodała na sam koniec. Bo wiedziała, że Duncan przyjdzie. Może nawet osiągnie swój cel. Oby osiągnął, jeśli drugą opcją miałoby być zburzenie jego światopoglądu.


Maybe I'm scared because you mean more to me than
any other person.

Lily MacDonald
Zawód : Ex iluzjonistka, obecnie wytwórca i naprawiacz mebli.
Wiek : 26
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Panna
Creagan an fhithich!
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t3510-lily-macdonald#61296 https://www.morsmordre.net/t3545-kukulka https://www.morsmordre.net/t3544-zostan-moim-przyacielem#62383 https://www.morsmordre.net/f102-fleet-street-187-9 https://www.morsmordre.net/t4801-skrytka-bankowa-nr-878#102962 https://www.morsmordre.net/t3580-lily-macdonald#64284
Re: Hogwart, dziedziniec 14/02/1946 [odnośnik]18.08.16 14:08
Wynonne zaś mocno otrzeźwił policzek, który sprezentowała jej Lily i choć, tak jak większość rzeczy, nie wzbudził w niej jakiś większych emocji, to skutecznie odegnał natrętne myśli, które krążyły wokół rdzawego chłopaka jeszcze chwilę temu. Brawo panno MacDonald, tym brawurowym posunięciem załatwiła sobie pani całą uwagę lady Burke, nie zmąconą żadnymi innymi, niepotrzebnymi myślami.
Ten swój objaw głupoty Lily mogła nazywać jak tylko sobie chciała. Chociaż Wynonnie nigdy nie przeszła by przez głowę odwaga, przy opisywaniu jej zachowania. A sam fakt, że postanowiła bronić Duncana, trochę sprawiał wrażenie, jakby sam o sobie zadbać nie potrafił. Nie było to jednak zmartwieniem Wynonny. Znaczy, po części było, bo właśnie stała na środku dziedzińca, konfrontująca się z jakąś, pożal się Merlinie, szlamą, która miała czelność nazywać się czarodziejem, a co więcej podnieść na nią rękę. I najchętniej, to by ją wzięła i wyminęła. I zostawiała tutaj przy fontannie po tym całym jej monologu bez odpowiedzi, bo nie miała ochoty na jakieś słowne potyczki, na kogo szkoda była powietrza w ogóle.  I w swej wspaniałomyślności dałaby się jej nawet pocieszyć z wygrania tej jakże mało interesującej ją sprzeczki, póki sama ponownie by się nie pogrążyła. Ale nie mogła, bo nie były same, a rozwojowi akcji przyglądało się kilka osób.
Trzymała różdżkę wzdłuż ciała. Znaczy bardziej dłonie wzdłuż ciała trzymała, a różka była po prostu przedłużeniem jej prawej dłoni.
Wynonne zawsze zastanawiało, jak ludzie bardzo potrafią oszaleć ze względu na swoich, tak zwanych, bliskich. W jakiś sposób była wdzięczna, że wychowała się w swojej rodzinie, bo od dziecka musiała nauczyć się, jak zadbać sama o siebie. A samo proszenie o pomoc, w jej osobistym odczuciu, było poniżej jej godności. Nie wstawiała się też nigdy za nikim, ani nie broniła nikogo. Nigdy też nie walczyła w kogoś imieniu. Wierzyła, że świat zaopatrzony jest w tak zwaną selekcję naturalną i najszłabsze jednostki, siłą rzeczy i postępu, najzwyczajniej w świecie zostaną wyeliminowane, albo tak jak Lily postanowią sprowadzić zagładę sami na siebie bez pomocy innych. I nie, to nie Wynonna ową zagładą była, ale już dziś czuła, że właśnie tak to wszystko się potoczy.
Lily wypowiedziała pierwsze zdanie, niby to prychając pogardliwe, co wewnętrznie rozśmieszyło Wynonne. Z zewnątrz nadal patrzyła na puchonkę przenikliwym, chłodnym spojrzeniem i nie ruszyła się nawet na milimetr. Słuchała dalej jej wywodu, zastanawiając się, czy przypadkiem nie ma do czynienia z jakąś dziwną mieszanką rozumności trolla i wzrostu karła. Co też te szlamy miały w głowie, że myślały, że mogą się tak właśnie zachowywać? Nie wiedziała. Czy ona w ogóle cokolwiek wiedziała, czy była taką ignorantką, że wolała po prostu tworzyć sobie w głowie jakieś urojone historie. Czy mugolakom naprawę trzeba była mówić coś prosto w twarz, żeby do nich docierało, bo są tak głupi, że nie łapią niewerbalnych przekazów, czy może jej przyjaciel nie powiedział jej nigdy, że ich spotkania zazwyczaj zaczynają się w tym samym momencie, co kończą. Wynonna nigdy nie spędziła dłuższej chwili by Duncanie. Pozwalała mu po prostu skończyć myśl, gdy już zaczął mówić, bo była dobrze wychowana, a potem odchodziła. A to, że Beckett mówił dużo i długo czasem przeciągało moment jej odejścia. Nigdy się do niego nie odezwała. Nigdy nie pokazała w żaden sposób, że jest nim zainteresowana – bo przecież nie była – skąd więc na gacie Merlina ta dwójka wysnuła tezę, że Wynonna była zainteresowana?
Nie wiedziała też, czy Lily chciała ją urazić, czy rozzłościć swoimi słowami, ale gorzej już ją nazywano. Zresztą jej mniemanie w ogóle nie interesowało panny Burke, pewnie też właśnie z tego powodu, wszystkie słowa rudowłosej dziewczyny spływały po niej jak deszcz po rynnie. O wielkim p l a n i e Duncana nie wiedziała, bo i skąd. I może to i nawet lepiej, bo musiałaby iść i złamać mu coś jeszcze, by zmienił zdanie. Mogłaby też postanowić nie opuszczać lochów w wolnych chwilach, ale przecież dlaczego miałaby przejmować się jakimś podgatunkiem czarodzieja?
Gdy zrobiła chwilę przerwy Wynonna myślała, że ten cały wykład skończył się już. Jednak jak była w błędzie. Lily znów otworzyła usta i zaczęła mówić. Oh, jak strasznie Wynonne irytowali ludzie, którzy wyrzucali z siebie słowa tak niepotrzebnie. Jednak jej ostatnie słowa sprawiły, że Wynonna uniosła brew do góry. I wtedy jakby doznała olśnienia, bo przecież wcześnie nic(wcale a wcale, co nie) nie wskazywało na to, że podoba się Duncanowi. Przynajmniej dla niej to nie było oczywiste. Dopiero ta wygłoszona przez puchonkę tyrada w jakiś magiczny sposób poukładała wszystkie rozrzucone elementy układanki. Podobała się Duncanowi. On. Wynonna Burke. Niedorzeczne. Brednie to jakieś były jedne wielkie, zrodzone nie wiadomo po co. Jakby wyprzeć ze swoich myśli ten fakt Wynonna uznała, że czas najwyższy w końcu coś zrobić. Bo zdawało się, że rudowłosa postanowiła dzisiaj słowami jakąś powieść napisać. Uniosła więc różdżkę i skierowała w jej stronę.
- Balneo- wypowiedziała, idealnie inkatując zaklęcie. Zaraz potem na głowę Lily wylała się taka ilość wody, która przeciętnie mieściła się w wiadrze. Wokół rozbrzmiały śmiechy.
-Ochłoń. – powiedziała tylko Wynonna, opuszczając uniesioną brew. Na powrót odrzucając całe te brednie, jakby miała się komuś podobać. Zresztą to nie był jej problem, że ktoś zauroczył się właśnie w niej. Dawała jasny przekaz całemu światu, który brzmiał nie inaczej jak „zajmijcie się sobą, mnie zostawcie w spokoju”. Widocznie to było za mało. – I przeproś. – dodała jeszcze na koniec. Możliwym nawet było, że nie zamierzała Lily gnębić, gdyby ta tylko postanowiła w odpowiedni sposób przeprosić ją za swoją bezczelność. Były różne, wywnioskował by to największy cymbał już po samej ilości słów, które wypowiadały.


You say

"I can fix the broken in your heart You're worth saving darling".
But I don't know why you're shooting in the dark I got faith in nothing.




Ostatnio zmieniony przez Wynonna Burke dnia 18.08.16 15:12, w całości zmieniany 1 raz
Wynonna Burke
Zawód : Łowca rzadkich ingrediencj, ex alchemik
Wiek : 24
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Zaręczona
Im difficult, but I promise
I'm worth it.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarownica
Snow Queen
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t3517-wynonna-persephone-burke https://www.morsmordre.net/t3530-tryton#61808 https://www.morsmordre.net/t3529-lady-burke-na-salonach#61753 https://www.morsmordre.net/t3531-wynonna-burke#61812
Re: Hogwart, dziedziniec 14/02/1946 [odnośnik]18.08.16 14:08
The member 'Wynonna Burke' has done the following action : rzut kością


'k100' : 19
Morsmordre
Zawód : Mistrz gry
Wiek :
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Hogwart, dziedziniec 14/02/1946 Tumblr_lqqkf2okw61qionlvo3_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Hogwart, dziedziniec 14/02/1946 [odnośnik]18.08.16 22:15
Nie miała pojęcia, że dopiero ona uświadomiła Wynn o intencjach Dunny'ego. Pewnie ostrożniej dobierałaby słowa. Choć może nie? W końcu czy to cokolwiek zmienia? Z resztą czy ona jest ślepa? Jak w inny sposób można zrozumieć podarowanie bombonierki w kształcie serca dziewczynie w Walentynki?
To z resztą nie ważne. Może i Dunny sobie radził, może nie potrzebował jej obrony. W końcu chłopcy są silni, ich nie trzeba bronić, prawda? Lily nigdy nie pojmowała tej zależności, bo owszem, są wyżsi i silniejsi fizycznie, ale nie uważała, żeby emocjonalnie bardzo się od dziewcząt odróżniali. Tak, jak one plotkowali choć twierdzili, że to domena kobiet. Podobnie kombinowali i robili cięte uwagi. Przecież widziała, że i oni bywali zauroczeni albo bezradni, co najwyżej większość z nich ciężej na tę bezradność reagowała. I może i uchodzili za silniejszych też psychicznie, ale Lily nigdy nie przejmowała się takimi rzeczami i zarówno o swoich braci, jak i przyjaciół martwiła się na równi, jak martwiła się o przyjaciółki, kiedy tylko miała powód.
A o niego martwiła się prawie zawsze. Bo był inny. Inni niż wszyscy i to na pewno nie tylko ze względu na uczucie, jakim go obdarzyła. Był inny, bo nie myślał o sobie więcej niż o innych - wręcz przeciwnie, myślał o innych o wiele więcej niż o sobie, aż ta proporcja wydawała się niezdrowa. I, bo miał takie wielkie serce i jak dziecko ładował do niego wszystkich i wszystko, co tylko zobaczył. I owszem, Lily czuła, że ma powody, by w tej chwili stać w jego obronie.
Kiedy oblano ją wodą, zadrżała z zimna i zamknęła mocno oczy. Dookoła było lodowato, więc już po chwili cała dygotała. I na pewno nie zamierzała całej tej wariatki przepraszać, co to to nie.
Każdego innego pewnie by przeprosiła - dla spokoju i ze strachu. Ale to była inna sytuacja i, choć docierał do niej naturalny w takich sytuacjach lęk, ten jeden raz potrafiła go znieść. Co ta miłość robi z ludźmi!
- Chyba nie czujesz się najlepiej. - prychnęła ze złością. Nie próbowała oddawać, bo nawet by nie umiała, Lily nie miała pamięci do zaklęć służących do niemiłych psikusów, a już tym bardziej na pewno nie umiałaby kogokolwiek na prawdę skrzywdzić. Nawet tej nadufanej pannicy, której szczerze w tej chwili nie znosiła.
Patrzyła na nią przez chwilę, po czym dotarło do niej, że to nie ma większego sensu. Może mówić co chce, a ta wariatka nie pojmie, że zachowuje się beznadziejnie, nie zrozumie o co chodzi. Po prostu jest... inna. Inaczej wychowana. Może nawet Lily trochę je współczuła. Musiała być bardzo popaprana w relacjach międzyludzkich, jeśli nie potrafiła tego zobaczyć. I może panna MacDonald też była w tych relacjach popaprana, w inny sposób, owszem. Ale chyba wolała swój sposób. Nie ma z resztą nad czym się głębiej zastanawiać, ani próbować przemawiać do kogoś, kto nie ma ochoty słuchać.
Tym razem to ona po prostu odwróciła się, nie zamierzając kontynuować tej rozmowy. Nie żałowała, że tu przyszła, ale żałowałaby, gdyby ta pyskówka trwała choć chwilę dłużej. Odwróciła się po prostu i ruszyła do szkoły, do Pokoju Wspólnego Puchonów, żeby wysuszyć się i ogrzać.

zt x 2


Maybe I'm scared because you mean more to me than
any other person.

Lily MacDonald
Zawód : Ex iluzjonistka, obecnie wytwórca i naprawiacz mebli.
Wiek : 26
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Panna
Creagan an fhithich!
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t3510-lily-macdonald#61296 https://www.morsmordre.net/t3545-kukulka https://www.morsmordre.net/t3544-zostan-moim-przyacielem#62383 https://www.morsmordre.net/f102-fleet-street-187-9 https://www.morsmordre.net/t4801-skrytka-bankowa-nr-878#102962 https://www.morsmordre.net/t3580-lily-macdonald#64284
Hogwart, dziedziniec 14/02/1946
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach