Wydarzenia


Ekipa forum
Windy Ministerstwa Magii
AutorWiadomość
Windy Ministerstwa Magii [odnośnik]21.06.15 20:18

Windy Ministerstwa Magii

Windy w Ministerstwie Magii nie są najprzyjemniejszym miejscem, jakie można sobie wyobrazić. Pracownicy starają się spędzać w nich jak najmniej czasu. Petenci też. Złote kraty wydają się zapraszać do wejścia do niewielkiego, często zatłoczonego pudełka, którym podróżują ludzie, dziwne przedmioty, a przede wszystkim sowy – środek komunikacji między departamentami. I o ile biura udaje utrzymać się we względnym ładzie po ich przelotach, o tyle z windami jest już większy problem. Bordowa wykładzina zawsze naznaczona jest przynajmniej dwoma plamami po ptasich odchodach. Ptaszyska dodatkowo lubią siadać na ramionach i głowach czarodziejów, bo za mało jest miejsca, by mogły latać, a nieprzyjemne stratowania oduczyły je zajmowania miejsc na podłodze. Niedogodności te nie zmieniają jednak faktu, że windy są najwygodniejszym i najszybszym sposobem poruszania się po olbrzymim gmachu Ministerstwa.
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Windy Ministerstwa Magii Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Windy Ministerstwa Magii [odnośnik]27.06.16 22:45
| początek

Pękły.
Nie powinien być nawet szczególnie zaskoczony, biorąc pod uwagę fakt, że wszelkie prawa i statystyki chociażby dla zasady zdawały się być przeciwko niemu. Nie uważał się za pechowca, skądże. Wręcz przeciwnie, był głęboko przekonany, że został obdarowany nieprawdopodobną i niezasłużoną wręcz ilością szczęścia, że nic, co go spotykało, nie mogło być zupełnie złe.
Mimo tego wszystko było źle.
Był wtorek, a świat walił mu się na głowę. Był wtorek, a pościel, spod której musiał się wygrzebać, była pokryta zaschniętymi już brunatnymi pokrywami rozległych skorup (z nosa znowu lała mu się krew, plamiła mu szatę, kapała na palce, szyję, stopy, a on był w stanie jedynie obserwować jej ciągły potok, dziwiąc się, jak wiele krwi może mieścić się w jednym człowieku i że wcale nie różni się ona od krwi szlacheckiej, cóż za rozczarowanie, cóż za gorycz!). Był wtorek, a on znowu przemierzał Pokątną biegiem, żłobiąc ślady długich stóp w pokrytej brudem wąskiej ścieżce chodnika (nikogo nie zdziwił już widok rudego chłopaka biegnącego przed siebie na oślep, szybko, szybko, wyciągającego przed siebie długie nogi w imitacji zawodnika mugolskich olimpiad; stara pani Robindale jedynie z niesmakiem pokręciła głową, marszcząc i tak pokrytą gęstą siecią zmarszczek twarz, a jakiś dzieciak rzucił w niego śnieżką-czuł się więc zobowiązany, aby zatrzymać się i rzucać śniegiem tak długo, aż wreszcie trafił chłopca prosto w perkaty nos). Był wtorek, a on znowu wrzucił knuta do Fontanny, mrucząc pod nosem życzenie (oby Strzały z Appleby wygrały następny mecz, inaczej przegram cholernego galeona), znowu przypadkowo uderzył czarną aktówkę ponurego mężczyznę w meloniku (przepraszam, rozproszył mnie widok pańskiego kapelusza!), znowu wpadł do windy w pełnym biegu, i właśnie wtedy usłyszał trzask.
Nogawka zacerowanych spodni pękła, odsłaniając w całej okazałości jego kolano.
Na początku poczuł gorące uderzenie wstydu, falę ciepłej krwi napływającą do jego policzków; chwilę potem roześmiał się jednak, wzruszając jedynie ramionami, przyzwyczajony, prawie mile zaskoczony faktem, że przewrotny los ciągle o nim nie zapomniał. Nacisnął przycisk windy, a złota klatka wystrzeliła do góry z cichym świstem.
Dopiero wtedy zauważył, że nie był sam; znał tego mężczyznę, a przynajmniej wydawało mu się, że kojarzy jego pociągłą twarz z biura aurorów. Uprzejmie skinął mu głową, zastanawiając się w międzyczasie, czy może liczyć na jego skinienie, czy też raczej na pogardliwe splunięcie. Inaczej mówiąc, zastanawiał się nad czystością jego krwi- aż do czasu, kiedy świat nagle gwałtownie zadrżał w posadach i zatrzymał się z piskiem.
Mimowolnie pochylił się do przodu. Lata treningu w cyrku nauczyły go stałego utrzymywania balansu, starannego manipulowania ułożeniem sylwetki, które chroniły go od upadku- niezależnie od tego, czy znajdował się sto, tysiąc, milion metrów nad ziemią, czy był zamknięty w pięknej klatce ze złota.
Należało jednak stawić czoła faktom. Był wtorek, jego spodnie miały na kolanie dziurę wielkości krateru, a on sam utknął w ministerialnej windzie z obcym aurorem i skrzeczącą głośno i rozpaczliwie sową.
Zaczynało robić się gorąco i duszno, ale on i tak parsknął nerwowym nieco śmiechem.
-Uwaga, ona dziobie- ostrzegł aurora, odwracając się w jego stronę, i lekkim skinięciem głowy wskazując na kotłującą się pod sufitem sowę o ciemnych piórach. Następnie wzruszył lekko ramionami i uśmiechnął się leniwie, jedynie kącikami ust.- Wygląda na to, że czarnoksiężnicy do złapania na dziś będą musieli poczekać.
Dodał jeszcze, czekając cierpliwie na interwencję aurora, będąc prawie pewnym, że jego własna interwencja w ten wtorek mogła prowadzić jedynie do jeszcze większej katastrofy.
A tych, z uwagi chociażby na piastowany urząd, miał już serdecznie dość.
Duncan Beckett
Zawód : pracownik Niewidzialnego Oddziału Zadaniowego
Wiek : 26 lat
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
spare me your judgements and spare me your dreams,
don't cover yourself with thistle and weeds
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
 xxx
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t3098-duncan-beckett#50701 https://www.morsmordre.net/t3184-to-do-pana-panie-beckett#52861 https://www.morsmordre.net/t3139-duny#51645 https://www.morsmordre.net/f312-pokatna-8-5 https://www.morsmordre.net/t3185-duncan-beckett
Re: Windy Ministerstwa Magii [odnośnik]28.06.16 7:50
|grudzień

Dzień zaczął się z kopnięciem Alastora. Nie wiem jak to się stało, może za sprawą mojej żony, że syn znalazł się w naszym małżeńskim łożu. Zazwyczaj mnie to dziwi, niż przeszkadza, bo ni potrafię przywyknąć do tego, że mamy gościa w łóżku. Ale dobrze, przynajmniej wiem, że jesteśmy razem i zdołam ochronić ich, gdyby coś się stało. Bo nawet najlepsze zabezpieczenia mogą kiedyś zawieść i trzeba być przygotowany na każde ewentualne ryzyko. Lecz nie byłem przygotowany na to, że synem kopnął mnie w twarz, przy czym obudził mnie z dosyć nawet przyjemnego snu. Ja jak jakiś szaleniec zaraz podniosłem się z łóżka i ujrzałem Alastora, który się po prostu przekręcił w łóżku i kopał, bo szukał dogodnego dla siebie miejsca. Zaśmiałem się sam z siebie i zaraz poprawiłem synka, po czym udałem się ubrać, zjeść śniadanie i wyjść do pracy. Oczywiście nie zapomniałem o swej żonie, która smacznie spała, lecz nie chciałem jej budzić. Niech śpi, póki może. Na mnie świat czeka i kolejna pula czarnoksiężników, którą trzeba zamknąć.
Po prostu trzeba.
Wszedłem do Ministerstwa witając się ze znanymi mi osobami, nieraz kiwnięciem głowa, czasem uściskiem dłoni, a nawet i chwilową konwersacją. Dowiedziałem się o problemach mego znajomego oraz o nieudanej akcji jednego z kursantów. No cóż, młodzi może i popełniają błędy, lecz jeśli wyciągną z nich wnioski, to będą lepsi, bo mądrzejsi. Przynajmniej ja tak uważałem i z takimi myślami wyszedłem z tunelu kominkowego kierując we kroki po płytkach gmachu ministerstwa i skierowałem się do windy, by dostać się na swoje piętro. Wchodząc do windy ujrzałem rudzielca, któremu poszedł materiał w kolanie, na co nawet się roześmiał. Swoje zdumione spojrzenie skierowałem w jego stronę, bo nie widziałem powodu do śmiechu, chyba że ze swojej niezdarności. Lecz kiwnąłem jemu głową, gdy się przywitał i zaraz spojrzałem przed siebie, na złote kraty. Winda ruszyła, lecz nagle stanęła, wszystko się zachwiało i zadygotało. Odruchowo wyciągnąłem oba ręce w boki i rozstawiłem nogi chcąc się ustabilizować, jak i przypadkowo nie zlecieć. Wolałem nie ryzykować stania na jednej nodze.
Skrzek, dziwny i niemal rozpoznawalny. Uniosłem głowę nad sobą i ujrzałem sowę, a zaraz po niej usłyszałem komentarz, że ona dziobie. Nie no, lepiej być nie mogło, prawda? Jestem zamknięty z jakimś rudzielcem i dziobiącą sową w windzie.
- Jak nie ja, to ktoś inny, spokojnie panie- zaraz posłałem pytające spojrzenie w stronę rudzielca stojąc już normalnie i zerknąłem na gmach przycisków, a raczej na ich brak. Zaraz złapałem się za głowę i zacząłem po niej się drapać. Nie, to chyba nie pomoże w uratowaniu sytuacji. Można by wysłać sowę, lecz czy ona wyjdzie stąd?
- Będzie trzeba chyba poczekać na wsparcie. - mruknąłem niezbyt zadowolony z tego faktu. Cholerna winda, że też musiała się zaciąć. Z pewnością ktoś to zauważy i powiadomi odpowiednie osoby, lecz pytanie, kiedy zjawią się naprawić? Teraz? Za godzinę? A może jutro? - Chyba że Pan ma pomysł, ja to diabelstwo naprawić.- posłałem już rudzielcowi pogodny uśmiech odwracając się w jego stronę. Tak, można by sobie zagrać w rundkę pokera, gdyby się miało karty. Przynajmniej czas szybciej by zleciał. A tak to co mi pozostaje prócz czekania?
Gość
Anonymous
Gość
Re: Windy Ministerstwa Magii [odnośnik]28.06.16 19:13
Tym razem przynajmniej miał alibi. Alibi, praktycznie rzecz biorąc, nie do zbicia; gdyby ktoś nie uwierzył jemu (co było ponad wyraz prawdopodobne, nawet on sam nie zawsze sobie wierzył), musiał uwierzyć wersji aurora. Nieważne, jak żałośnie śmiesznej i mugolskiej do bólu zębów. Czarodzieje mieli być przecież lepsi, mieli być doskonalszą wersją zwykłego człowieka, i jeśli spóźniali się już do pracy, zawsze musiała stać za tym wyższa idea. Czarnoksiężnik noszący się z zamiarem wymordowania przynajmniej połowy Londynu, tak na przykład. Opcjonalnie wybuch kociołka z silnie trującym eliksirem, którego same opary były w stanie powalić sporych rozmiarów bydlę lub konia z rzędem. W najgorszej, najbardziej pospolitej i niesmacznej wersji awarii mogła ulec sieć Fiuu, niewprawnie rzucone zaklęcie mogło spowodować zawalenie się sufitu, na twarzy pojawić się mogły drobne krostki niepokojąco podobne do pierwszego stadium groszopryszczki.
Ale winda? Merlinie, pospolita winda? Zwyczajny towarzyski nietakt, niesmak i faux pas.
Jakkolwiek przykre i niechlubne nie byłoby to, co rozgrywało się właśnie przed jego oczami, Duncan wcale nie czuł się urażony. Raczej rozbawiony; odrobinę może zaniepokojony wizją ściągniętego w wyrazie pochmurnej wściekłości czoła swojego przełożonego, krępego człowieka o nalanej twarzy i mocnej pięści, która, w zetknięciu z gładką powierzchnią biurka, wydawała straszliwie głośny huk.
Duny mógł przysiąc, że odkąd znalazł pracę w Ministerstwie, na biurku szefa departamentu pojawiło się kilka szerokich, wielce wymownych rys.
-...Beckett- gładko wszedł mu w słowo, wyczuwając pytający ton aurora, i uśmiechnął się, starając się wyglądać choć odrobinę bardziej poważnie i oficjalnie, niż się czuł.- To żaden afront, jeśli nic to panu nie mówi. Do pańskich usług, panie... jak mniemam, Moody.
Dodał, z trudem wyciągając z odmętów pamięci błąkające się tam nazwisko. Spróbował dodać coś jeszcze- i właśnie w tym momencie sowa, znużona i rozwścieczona najwidoczniej czasem oczekiwania i obraźliwie wręcz rudym odcieniem jego włosów, zapikowała, wyciągając przed siebie długie pazury. Schylił się niemalże odruchowo, pozwalając jej przelecieć nad własną głową i wlecieć w najbardziej oddalony kąt windy, gdzie mogła do woli trzepotać skrzydłami i wściekle posykiwać.
Duny westchnął cicho i przycupnął w rogu, ostrożnie i powoli, starając się nie uszkodzić jeszcze bardziej i tak uszkodzonych już spodni.
-Zapewne moglibyśmy spróbować Locomotor, względnie zwykłego Reparo, chociaż najskuteczniejsze będzie chyba wołanie o pomoc- mruknął, rozsiadając się wygodniej i posyłając stojącemu mężczyźnie przyjacielskie spojrzenie.
-Zaproponowałbym panu kolejkę albo rundę w karty, ale obawiam się, że mam ze sobą tylko różdżkę i kilka raportów o dzieciakach, które wypuściły wozaka, po czym pozwoliły mu zbluzgać mugolską sklepikarkę odmawiającą sprzedania im butelki wina. Zainteresowany?- Dodał jeszcze pogodnie, opierając tył rudej głowy o złote kraty i coraz usilniej próbując zignorować rosnącą duszność i pohukiwanie rozeźlonej sowy.
-Na pana ósmej- mruknął jeszcze ostrzegawczo, kiedy brązowy puchacz począł znowu szykować się do szarży.
W ostateczności przynajmniej nie musiał stawiać czoła kolejnej stercie dokumentów.
Duncan Beckett
Zawód : pracownik Niewidzialnego Oddziału Zadaniowego
Wiek : 26 lat
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
spare me your judgements and spare me your dreams,
don't cover yourself with thistle and weeds
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
 xxx
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t3098-duncan-beckett#50701 https://www.morsmordre.net/t3184-to-do-pana-panie-beckett#52861 https://www.morsmordre.net/t3139-duny#51645 https://www.morsmordre.net/f312-pokatna-8-5 https://www.morsmordre.net/t3185-duncan-beckett
Re: Windy Ministerstwa Magii [odnośnik]28.06.16 19:51
Windy chyba staną się jednym z drażliwych miejsc, w których będę chciał przebywać. Szkoda, że na każdym z pięter nie ma kominków, do których przy użyciu proszku fiuu by się dostawało. Zaoszczędziłoby się na naprawach tej piekielnej windy, która pewnie częściej się psuje, niż działa. No i co by tu z nią zrobić. Niby przydatna jest, lecz do czasu, kiedy się nie zepsuje Mugolskie prototypy. Widać, że z odrobiną magii łatwo się psują. Niech windę zamienią na coś innego, serio.
Beckett, kojarzyłem nazwisko, lecz tego nie pokazałem po sobie, tylko uśmiechnąłem się szczerze, a gdy usłyszałem swoje nazwisko, przytaknąłem głową dając jemu komunikat, że dobrze zgadł. Ja raczej nie chciałem jego atakować, nie jestem taki. Dla mnie każdy jest równy, póki nie bawi się w czarną magię i nie walczy. Bo u mnie jest kategoria albo sojusznik, albo wróg. Lepiej być w tej pierwszej grupie, bezpieczniej przede wszystkim. Bo druga grupa gwarantuje przeprowadzkę tejże osoby do celi w Azkabanie.
Spojrzałem na sowę i zaraz pochyliłem się odruchowo widząc, jak szybko zmienia zarówno pozycje, jak i swoje cele. Co ona taka nerwowa się zrobiła. Nie tylko ona jest tutaj zamknięta bez możliwości wyjścia. Niech ten pierzak się uspokoi, na gacie Merlina. Westchnąłem niezadowolony i zaraz spojrzałem na Becketta, który to zaczął proponować jakieś zaklęcia.
- Pewnie już ktoś zauważył i zgłosił, lecz nie wiadomo, kiedy ktoś przyjdzie naprawić. A co do zaklęć - lepiej nie ruszać tej windy. Nie wiadomo w końcu, co się stało.- rzuciłem stojąc ciągle i obserwując ruchy rudzielca, który usiadł na podłożu windy. Głupio mi się zrobiło, że tak teraz stoję, więc wpierw przykucnąłem, a następnie usiadłem.
- Kart także niestety nie posiadam, choć może zacznę je nosić do pracy, lecz opowiedz mi o tych dzieciakach. Rozum im odjęło?- rzuciłem początkowo wesoło o kartach. Naprawdę, jak tak winda lubi się psuć, to będę nosić jedną talię w kieszeni, by urozmaicić sobie czas oczekiwania na pomoc. Lecz gdy zacząłem mówić o dzieciakach, to było widać u mnie moje poddenerwowanie i nawet mały zawód nad takimi młodzikami. Takie żarty są stanowczo nie na miejscu, gdzie kultura wobec starszych osób? Oj, oni powinni mnie spotkać. Dostaliby taką szkołę, że moje nauki byłyby zapamiętane do końca ich żywotu. Trzeba uczyć tych młodych szacunku do starszych, bo inaczej będą szaleć niewychowani i zrujnują wszystko, co ich przodkowie zarówno stworzyli, jak i zbudowali.
Zaraz jednak po usłyszeniu ostrzeżenia pochyliłem głowę, by ten pierzak nie zaczepił mnie o moje włosy. - Co ta sowa, nie karmią jej czy co.- powiedziałem obserwując uważnie sowę i jednocześnie wywołałem wojnę wzrokową. Ja na sowę, a sowa na mnie. Widziałem, jak z innego kąta czai się na mnie, a ja nie byłem bez winy, bo tez z drapieżnym wzrokiem obserwowałem zwierzaka.
Gdzie jest poradnik, jak wypędzić stąd nocne zwierzę?
Gość
Anonymous
Gość
Re: Windy Ministerstwa Magii [odnośnik]28.06.16 23:37
Kiedyś- kiedyś był zachwycony całym splendorem tego miejsca. Kiedyś spędzał przerwy w pracy na nieustannym kursowaniu między piętrami, chodzeniu od drzwi, do drzwi, przebieganiu palcami po klamkach (jedna, zaczarowana przez widocznie złośliwego dupka, ugryzła go w kciuk), obchodzeniu dookoła fontanny, zanurzaniu rąk w jej wodzie, na jeżdżeniu windami bez celu, podglądaniu stażystów i pracowników przy pracy i zamawianiu wszystkiego, co można było zamówić do jedzenia. Wszystko było nowe. Wszystko wydawało mu się bez mała cudowne i interesujące.
Być może był to syndrom dziecka, które dorastało w czterech ścianach sierocińca, znów i znów oddychającego tym samym stęchłym powietrzem rezerwatu dla niechcianych dzieci. Mógłby przysiąc, że słyszy gorzej na lewe ucho od czasu, kiedy jego opiekunka uderzyła go w nie tomikiem Baśni Braci Grimm, tuż po tym, jak nowi potencjalni rodzice odjeżdżali z piskiem opon. Nie próbowała go słuchać, kiedy drżącym głosem tłumaczył, że chciał tylko przekonać się, jak smakują te krótkie, zwinięte w rulonik tubki, które tamten pan nosił w kieszeni, i że był jedynie ciekawy, jaka jest w dotyku suknia tej pani, przecież nie chciał jej porwać, sama pękła mu w dłoni!
Od zawsze był ciekawski, zbyt ciekawski, próbujący chłonąć świat wszelkimi dostępnymi zmysłami i sposobami, radośnie ignorując świadomość, że niektórych aspektów świata zwyczajnie nie warto było poznawać.
Wtedy był jeszcze dzieckiem. Wtedy nie wiedział jeszcze prawie nic. Ale nawet wtedy na liście jego poznawczych pragnień nie znajdowało utknięcie w ministerialnej windzie, którą zdołał już poznać wzdłuż i wszerz. I której miał serdecznie dosyć.
-Ciekawe, między którymi piętrami utknęliśmy- podsunął, wolną dłonią pocierając się po podbródku.- Im dalej od mojego, tym lepiej, bo jestem prawie pewien, że jeśli się spóźniłem...
A spóźnił się na pewno, o czym upewnił go tylko szybki rzut oka na zdezelowany zegarek zapięty na nadgarstku.
-... to furia mojego szefa ani chybi rozsadzi dwa najbliższe piętra- mruknął, wciąż jednak dziwnie daleki od zdenerwowania w ten irytująco beztroski sposób, który równie beztrosko irytująco zwykł wybawiać go z najgorszych kłopotów.
-Para trzeciorocznych z Hogwartu. Ślizgoni, rozumiesz- mruknął, uśmiechając się pod nosem i jednocześnie modląc, aby towarzysz rozmowy nie okazał się być byłym Ślizgonem, co jeszcze zagęściłoby i tak duszną i ciasną atmosferę.- Byli wyjątkowo zdesperowani, a wozak wyjątkowo niewychowany. Zaszczycił Merlina ducha winną kobiecinę potokiem tak obrzydliwych bluzgów, że biedactwo rozpłakało się najpierw ze strachu, a później z żalu. Spora robota dla amnezjatorów, słyszałem, że nie mogli jej uspokoić. Jeden z chłopców płakał prawie równie głośno, kiedy jego matka na oczach kolegi sprała go na kwaśne jabłko i zawlekła za ucho do domu.
Wzruszył ramionami, poklepując lekko aktówkę ze starannym opisem i przebiegiem sprawy. Które, prawdę mówiąc, jakieś pięć minut temu powinny leżeć już spokojnie na szefowskim biurku.
-Niezbyt ekscytujące, ale zawsze lepsze od tonięcia w papierach- podsumował, opierając się wygodnie o ramę windy i posyłając współpracownikowi przyjacielski uśmiech.- Jestem pewien, że w waszym biurze dzieją się rzeczy znacznie ciekawsze od pulchnych matron tłukących swoich przygłupich synów. Więc jak, historia za historię?
Zaproponował, i właśnie ten moment puchacz wybrał na następny atak.
-Téigh transa ort féin- zaklął, z grzeczności bądź przyzwyczajenia przy klęciu przechodząc na irlandzki, po czym wyskoczył jak szczupak i złapał ptaka w objęcia tuż przed tym, nim tamten zdążył wreszcie chwycić go za gniazdo rudych włosów. Puchacz przez chwilę kontynuował walkę, szarpiąc się i skrzecząc, poszerzając też pazurem dziurę na kolanach jego spodni. Duncan nie poddał się jednak. Kiedy sowa z wrogim syknięciem obwisła w końcu w jego ramionach, uspokajając się, posłał Cilianowi wymuszony nieco uśmiech.
-Ptak z głowy, czarodziejom lżej- mruknął, poprawiając zacisk, kiedy sowa podjęła ostatnią, rozpaczliwą próbę dziabnięcia go w odkrytą dłoń.
Każde, nawet mało spektakularne zwycięstwo, poniekąd sprawiało wszakże satysfakcję.
Duncan Beckett
Zawód : pracownik Niewidzialnego Oddziału Zadaniowego
Wiek : 26 lat
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
spare me your judgements and spare me your dreams,
don't cover yourself with thistle and weeds
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
 xxx
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t3098-duncan-beckett#50701 https://www.morsmordre.net/t3184-to-do-pana-panie-beckett#52861 https://www.morsmordre.net/t3139-duny#51645 https://www.morsmordre.net/f312-pokatna-8-5 https://www.morsmordre.net/t3185-duncan-beckett
Re: Windy Ministerstwa Magii [odnośnik]01.07.16 11:34
Gdyby ministerstwo inaczej zbudowano, dano inne materiały, inaczej wszystko by zostało ułożone, to może byłoby prościej nie gubić się wśród licznych korytarzy, piętr, gabinetów. A najlepiej by było, gdyby były mapki na każdym piętrze. Bo nie tylko nowi się gubią wśród ministerialnego pojedynku na najszybsze dotarcie do czyjegoś gabinetu. Ale nie, za to ciągle ktoś się pyta, biega się i gubi. A niedziałająca winda wcale nie pomaga. Ani trochę.
- Chyba tego wolałbym nie wiedzieć.- dodałem żartobliwym tonem zerkając na złote kraty i brak oznaczenia. Czemu tutaj nie ma oznaczeń, gdzie się jest? Jak ekipa naprawcza odkryje, gdzie jesteśmy? Co, skoczą na dach windy? Chcą sobie połamać karki tym skokiem? Chociaż... to zależy z jakiej wysokości będę skakać. Spojrzałem zaraz na dach windy, lecz zaraz usłyszałem jakieś słowa o szefostwie Becketta.
- Jeśli chcesz, mogę iść z Tobą jako ochroniarz. I tak mi się nie śpieszy do papierkowej roboty.- powiedziałem spokojnie gwarantując chłopakowi razie czego ochronę. Bo kto by śmiał podbić słowa aurora, szczególnie moje słowa. Nie dam od tak krzywdzić rudzielca, z którym nawet miło się gawędzi. Poza tym, wszystko jest lepsze od papierkowej roboty. Bo w końcu nie tylko pojedynkami się żyje. Ach, zapomniałem że dziś jeszcze mam trening z młodymi w sali treningowej. Ale do tego ma jeszcze parę dobrych godzin. Może do tego czasu naprawią windę? Oby.
- Ślizgoni.- skomentowałem wywracając oczyma, po czym wysłuchałem opowieści owego wydarzenia. No tak, tylko oni są na tyle tępi, by wpierw pakować się w kłopoty, a następnie płaczą, bo dostali porządne manto. - No, w końcu ktoś się bierze za wychowanie tych dzieciaków.- dodałem będąc zadowolony z tej kobiety. Nie ma to jak manto na dzieciaka, który tak się zachowuje. Mam nadzieję, że nie będę musiał prać Alastora i wyjdzie na godnego czarodzieja jak i godnego Moody'ego.
- No dobra.- po chwili zamyśleniu przyznałem mu rację co do treściwej wymiany i szybko w swoich myślowych kartotekach wyszukałem coś, co mogłoby pasować i jednocześnie to nie były same morderstwa. Bo kto by chciał słuchać o morderstwach.
- Tylko wiesz, ja nie jestem wysyłany do rodzin, gdzie kłótnie i awantury są na miejscu dziennym. Sam mam rodzinę, którą się zajmuję i pochłania mój czas. Ale pamiętam sprzed paru lat, kiedy nie było tej wojny z Grindelwaldem, gdy zostałem wysłany do dzieciaków, które to włamały się do apteki tu, na Pokątnej. Szczuny poczuły że są wakacje i stwierdziły, że sobie sami uwarzą jakiś eliksir. Gdy się tam zjawiłem, zdążyli wejść do środka, więc zaraz wyjąłem różdżkę i skierowałem ją w ich stronę. żebyś widział ich minę, jak się zdziwili na mój widok z różdżką w dłoni. Zaraz zaczęli uciekać, lecz im na to nie pozwoliłem i związałem gagatków. Narobiło się im nieco problemów zarówno w prawie, jak i u rodziców, bo oni ponoć nie byli tym faktem zachwyceni.- skończyłem mówić historię sprzed kilku lat z uśmiechem na twarzy wspominając miny dzieciaków. O tak, szybko nauczyli się, że takich rzeczy nie wolno robić. W końcu trzeba młodzieży przekazać, jak powinno się postępować. Zaraz jednak wspomnienie uleciało, gdyż sowa znów przystąpiła do ataku. Obserwowałem ją uważnie, jak i rudzielca, który umiejętnie pochwycił sowę, lecz w razie czego trzymałem rękę przy różdżce gotów zwierzę uśpić.
- Co za uparte i dumne zwierzę. Twoja?- zapytałem z grzeczności. To jest jego sowa? Ponoć zwierzę jest takie samo jak jego właściciel. Więc rudzielec też lubił tak znienacka atakować i kąsać ludzi?
Gość
Anonymous
Gość
Re: Windy Ministerstwa Magii [odnośnik]02.07.16 17:47
Ministerstwo nigdy nie było szczytem jego marzeń. Nigdy nie należało do jego marzeń w ogóle; w swojej cudownej, dziecięcej wyobraźni miał nigdy nie dorosnąć do jakichkolwiek zobowiązań, nigdy nie zbudować domu, nie posadzić drzewa, finalnie nie pozostawiając po sobie nic, co mogło zatrzymać go w jednym miejscu. Miał jedynie korzystać z życia- śmiać się, oddychać często, szybko, głęboko, żeby pamiętać, że żyje- cokolwiek to znaczyło. Być może dalej spędzać czas jedynie w chmurach, pozwalając ludziom-mrówkom na dole klaskać i gwizdać z zachwytu pod nieboskłonem cyrkowego namiotu. Być może dalej podróżować, fiukając tam, gdzie Merlin poprowadzi, teleportując się na skraj lasu równikowego albo spalonej słońcem pustyni, wsiadając w plujący paskudną parą mugolski pociąg i przez chwilę udając, że sam też jest jedynie mugolem. Być może robić coś, czego nikt inny robić nie chciał, tylko na przekór całemu światu. Być może przestać udawać durnia i wykorzystać naukowy potencjał, zamiast nieustannym idiotyzmem przyprawiać światłą Rowenę o wątpliwości co do jej ideałów.
Być może, być może, być może. Być może właśnie na tym polega życie- na dostawaniu jedynej marnej namiastki własnych pragnień i upiększaniu jej marzeniami jak kwiatami, które, prędzej czy później, i tak zwiędną- jednocześnie odżywiając jałowy grunt, który zdobiły.
Wylądował może właśnie tam, gdzie miał wylądować od samego początku. A przynajmniej był tego bliski, gdyby móc jedynie zignorować fakt, że utknął w windzie i tylko pięćdziesięćpiętnaście minut dzieliło go od uduszenia nagrzanym już powietrzem.
Uśmiechnął się i z zapałem pokiwał głową, w reakcji na co sowa syknęła ostrzegawczo.
-Wygląda na to, że winda oszczędzi problemu nam obojgu. Ja zachowam głowę, a Ty zyskasz trochę wolnego czasu- odparł z uśmiechem, po czym z westchnieniem oparł głowę o ścianę windy.- Cóż, świetnie się składa, że jeśli na świecie istnieje coś, czego mój szef się obawia, to są to aurorzy.
W odpowiedzi na jego następne słowa pokiwał jedynie głową, usatysfakcjonowany, że zdołał ominąć niebezpieczeństwo i nie uraził przypadkowo aurora, który mógł być wszakże byłym Ślizgonem. Nie, żeby żywił do tego domu jakiekolwiek pretensje- jeśli, oczywiście, nie liczyć faktów, że go nie znosił. Zresztą ze szczerą wzajemnością.
Słysząc historię aurora, roześmiał się, ściskając sowę być może odrobinę mocniej niż powinien, o czym poinformowała go gwałtowna próba dziobnięcia.
-Pozwól mi zgadnąć- Eliksir Wielosokowy, żeby zmienić się w jednego z kolegów i narobić mu kłopotów? Czy może Wywar Żywej Śmierci, bo stary profesor nie zaliczył im wypracowania z OPCMu?- Zapytał rozbawiony, chociaż chwilę później przygasł nieco, przypominając sobie, że jego umiejętności eliksirowarskie zazwyczaj kończyły się fiaskiem. Odkąd przypalił staremu Slughornowi brwi i został zrugany za nadmiar energii i głupoty, używał kociołka jedynie w ostateczności.
W tym momencie sowa zaatakowała po raz kolejny- i, jak miał nadzieję, ostatni.
Najpierw usłyszał skrzek- chwilę później upierzone skrzydło trafiło go prosto w nos, zahaczając przy tym o oko i usta.
-Na szczęście- stęknął, próbując objąć rękoma rozszalałe skrzydła- nie. Czasem... jej używam... ale tylko wtedy, kiedy mam gorszy dzień i myśli samobójcze.
Wyrzucił z siebie w przerwach na oddech, dostrzegając różdżkę Ciliana i posyłając mu błagalne spojrzenie.
-Mógłbyś czynić honory?- Zapytał z nadzieją, krzywiąc się nagle, kiedy pazur umiejętnie zaatakował jego nadgarstek.
Tym razem szef musiał mu uwierzyć.


intertwined
I've pinned each and every hope on you
I hope that you don't bleed with me



Duncan Beckett
Zawód : pracownik Niewidzialnego Oddziału Zadaniowego
Wiek : 26 lat
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
spare me your judgements and spare me your dreams,
don't cover yourself with thistle and weeds
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
 xxx
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t3098-duncan-beckett#50701 https://www.morsmordre.net/t3184-to-do-pana-panie-beckett#52861 https://www.morsmordre.net/t3139-duny#51645 https://www.morsmordre.net/f312-pokatna-8-5 https://www.morsmordre.net/t3185-duncan-beckett
Re: Windy Ministerstwa Magii [odnośnik]03.07.16 12:17
Każdy lubi marzyć, kierować swe decyzje pod nie. Niektórzy, jak ja, podążamy wręcz śladem po marzeniach deptając to, co jest złe. A złe było lenistwo, nic nie robienie, bawienie się w czarnomagiczne klątwy i tak dalej. Można to długo wymieniać, lecz czy to jest warte uwagi? Mi wystarczy to, że nie siedzę z tyłkiem przy biurku, tylko kiedy mam okazję, jestem w terenie. Jeden czy dwa dni jestem w stanie poświęcić się dla biurokracji, by wypełnić wnioski o aresztowania, czy spisać raport ze zdarzenia. Nie więcej. Ja jestem typem, który lubi działać, nie siedzieć bezczynnie i czekać na koniec świata. Z resztą sam mój zawód wiele o mnie mówi, jak i samo moje zachowanie. Aurorowanie nie jest łatwą sztuką do zagrania. A w sumie ciekawe, w jakim dziale pracuje rudzielec. Na pewno nie jest aurorem, bo bym jego od razu poznał.
- Skoro się nas boi, to gdzie ty pracujesz? Jesteś jednym z sędziów może?-zadawałem pytania z ciekawością jak i z uśmiechem na twarzy. Gdyby był szlachcicem, od razu rozpoznałby jego ton i mowę, ale mówi, jak normalny, pospolity czarodziej, tak więcej i w ten sposób spokojnie rozmawiałem. Bez tytułów, od razu przechodząc na "ty" mimo, że znamy się tylko z nazwiska. Życie w takich momentach należy umilać, bo nie wiadomo, kiedy wyjdzie się w brutalną rzeczywistość pełną różnych obowiązków, nakazów i zakazów.
Zaraz słysząc próby domniemania, o jaki eliksir chodziło, roześmiałem się na początku, lecz zaraz zakryłem ręką usta, by móc przestać się śmiać.
- Nie uwierzysz, gdy ci to powiem... eliksir Dyńka. Uwierzysz, że chcieli uwarzyć eliksir, po którym osobie pijącej ten napój zamienia się głowa w dynię? Merlinie, szkoda, że nie ma takiego zaklęcia, bo wtedy bym im pokazał, jak to wygląda.- powiedziałem wesoło wspominając jak to sam warzyłem bardzo dobre eliksiry. Eliksir Dyńki nie jest skomplikowany, bo do tego potrzebne są tylko jaja bahańków, które można dostać niekoniecznie w aptekach. Też i w domach czarodziejów znajdują się za szafami te małe niebieskie stworki. Teraz to raczej nie czuję potrzeby uwarzenia tego eliksiru. Szybciej to bym pomyślał na jakimś dodającym wigoru, czy nawet i tym wielosokowym. W przyszłości on może się przydać.
Zaraz jednak sowa znów zaczęła szaleć. No co za nieznośny stwór. Chwili spokoju dać nie może. Z niewielkim zadowoleniem przyjąłem fakt, że chłopak nie jest jej właścicielem. Kimkolwiek jest ta osoba, z pewnością będzie miała potem problemy, bo jeśli sowa nie uspokoi się, to zajmę się tą sprawą osobiście. W Ministerstwie mają być wytresowane sowy, kulturalne i wychowane, a nie agresywne, jakby przybyły świeżo z łowów i były niedosycone tym, co upolowały. Ostatecznie pokręciłem głową niezadowolony i słysząc prośbę pomocy, wycelowałem różdżkę w zwierzaka i uśpiłem zwierzę. To było najlepsze wyjście, póki winda się nie naprawi. Nie chcę ryzykować tym, że rozdrażniona sowa wściekłaby się i zaczęła burzyć porządek zarówno dnia, jak i ładu, z którym żyję za pan brat.
- Ja winda się naprawi, to ją obudzę. Teraz chyba będzie najlepiej, jak będzie spała. Może się potem uspokoi.- powiedziałem w stronę rudzielca chowając różdżkę do kieszeni. Przynajmniej obydwoje przeżyjemy bez krwistych ran w tej duchocie.
Gość
Anonymous
Gość
Re: Windy Ministerstwa Magii [odnośnik]04.07.16 11:04
Kiedyś zastanawiał się nad byciem aurorem. Kiedyś. Jak każdy chłopiec przeżywał ten etap marzeń o własnej przyszłości, który obejmował wizję jego samego w złotej zbroi, pogromcy wszelkiego zła na świecie, bezinteresownego wojownika o dobro i wolność- niepokonanego. Niedoścignionego. Bohatera, którego imię i sława będą krążyć po świecie jeszcze na długo po jego odejściu.
Nigdy nie spróbował jednak dostać się na ministerialny staż.
Zwyczajnie nie był stworzony do wielkich czynów; nie w ten sposób, który obejmował otwartą walkę, zwalczanie zła w ten najprostszy i najskuteczniejszy sposób. Nie lubił tej myśli, traktując ją jako coś wstydliwego, ale był tym rodzajem człowieka, który zwalczał zło powoli. Małymi krokami. Nic widowiskowego i z pewnością nic wartego uwagi, jak ocieranie sierotom łez z wychudłych twarzy, jak wrzucanie do kapeluszy żebraków kilka knutów, kupowanie zwiędłych już nieco kwiatów od wyśmiewanej, starej charłaczki, którą zawsze można było znaleźć gdzieś w zaułkach magicznej części Londynu.
To nie było zło, które zagrażało światu, jednak i tak cieszył się, że mógł je eliminować. I podziwiać (z daleka lub bardzo bliska, jak w zatrzaśniętej windzie) tych, którzy szerzyli prawdziwe dobro i zwalczali prawdziwe zło na ogromną skalę.
-Nic z tego, wyrzuciliby mnie po kilku pierwszych dniach stażu- roześmiał się, gestem wolnej dłoni wskazując na rozdartą paskudnie nogawkę i równie paskudną piegowatą gębę.- Departament Magicznych Wypadków i Katastrof. Niewidzialny Oddział Zadaniowy, jeśli chcemy bawić się w szczegóły. Dużo babrania się w zaklęciach maskujących i jeszcze więcej kontaktu z mugolami, dlatego większość czarodziejów nawet nie bierze pod uwagę wstąpienia do nas. Przynajmniej nikt nie zgarnie mojego etatu.
Uśmiechnął się jeszcze beztrosko, po czym, wiedziony spóźnionym nieco wstydem, zaciągnął rozdarte brzegi spodni, obiecując sobie naprawić je tuż po wydostaniu się z windy.
Parsknął śmiechem, wolną dłonią uderzając się lekko w kolana.
-Czekaj, chcesz mi powiedzieć, że włamali się do sklepu, żeby uwarzyć Eliksir Dyńka? Merlinie, ze wszystkich eliksirów na świecie, złamali prawo, żeby zamienić głowę swojego kumpla w dynię?- Pokręcił głową, radośnie ignorując fakt, że będąc nieco młodszym, zapewne uznałby to za świetną zabawę- jak wszystko zresztą, co miało związek z łamaniem prawa i durnymi żartami.
W ramach uznania pokiwał głową i ostrożnie umieścił śpiącą już sowę na podłodze koło siebie. Pobieżnie ocenił straty (kilka zadrapań, jedna, dość płytka rana po dziobnięciu, cholerne ptaszysko) i westchnął, poprawiając pogniecione już znacznie mankiety koszuli.
-I właśnie dlatego w zupełności wystarcza mi moja ropucha- mruknął, opierając głowę o ścianę windy. Która, wbrew oczekiwaniom, poruszyła się nagle i zadrżała. Mimowolnie odskoczył, obracając się w jej stronę z wyrazem niedowierzania na twarzy, kiedy zza cienkiej ściany rozległ się głośniejszy już łomot i nosowy, znudzony głos.
-Jest tam aby kto? Słyszycie mnie państwo?
-Słyszycie- potwierdził Duny, posyłając Cilianowi pełne ulgi spojrzenie.- Słyszycie i chcecie wyjść, jeśli łaska.
Wyglądało na to, że przymusowe (choć wcale nie tak niemiłe, jak można by się było spodziewać) uwięzienie w windzie powoli zmierzało ku końcowi.


intertwined
I've pinned each and every hope on you
I hope that you don't bleed with me



Duncan Beckett
Zawód : pracownik Niewidzialnego Oddziału Zadaniowego
Wiek : 26 lat
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
spare me your judgements and spare me your dreams,
don't cover yourself with thistle and weeds
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
 xxx
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t3098-duncan-beckett#50701 https://www.morsmordre.net/t3184-to-do-pana-panie-beckett#52861 https://www.morsmordre.net/t3139-duny#51645 https://www.morsmordre.net/f312-pokatna-8-5 https://www.morsmordre.net/t3185-duncan-beckett
Re: Windy Ministerstwa Magii [odnośnik]06.07.16 12:49
Aurorowanie nie jest złe. Może co prawda męczące i wyczerpujące wszelkie siły posiadane w sobie, lecz czy nie było potem przyjemnym uczuciem, gdy się kogoś wsadza słusznie za kratki? Że świat pozbywa się w tym momencie zła, które zostanie uduszone z dementorami? Mało który ma silną wole, by wytrzymać o zdrowych zmysłach z tymi demonami. Nawet i ja się ich boję, dlatego wolę z dala się od nich trzymać, jeśli mogę oczywiście.
Lecz jeśli rudzielec chciał by kiedyś zmienić piętro, zmienić pracę, to przecież wszyscy jego przywitają z otwartymi rękoma - o ile wcześniej oczywiście zaliczy kurs aurorski! Bo inaczej to raczej aurorem nie zostanie.
- Zawsze warto spróbować.- dodałem z uśmiechem na twarzy obserwując rudzielca, a potem przytakując, gdy zaczął mówić, w którym departamencie pracuje. Nie leni się, co jest istotne dla mnie, bo ja po prostu nie znoszę leni, którzy siedzą z tyłkiem całe tygodnie. Dobrze wiedzieć, że właśnie nawiązało się znajomości z osobą, która zajmuje się maskowaniem. Będę w przyszłości wiedzieć, kogo wezwać, jeśli zaczną się jakieś rozróby w mugolskich dzielnicach, gdzie czarodzieje będą bezkarnie tam paradowali. W końcu trzeba nie tylko zadbać o bezpieczeństwo mugoli, ale te i czarodziei, bo byłoby bardzo źle, gdyby mugole poznali prawdę. Po to są te wszystkie ustawy Tajności.
- Ale jestem pewny, że nie raz się spotkamy na polu bitwy. W końce te wszystkie ataki zaczynają sięgać domostw mugoli, a wątpię, by z ówczesną władzą one ustały.- powiedziałem spokojnie, jakbym toczył dalszą część opowieści, mimo iż w środku aż rwałem się do tego, by tych ludzi przymknąć. Lecz bez dowodu nic nie mogę zrobić, ta więc muszę cierpliwie czekać, jak i znieść nieco tyrani. Byleby mieć potem dowód na nią.
- Ja wolę nie mieć żadnego zwierzaka. Mniej problemów z opieką nad nimi.- powiedziałem wesoło. Ja tam zwierząt nie potrzebowałem tak bardzo. Jeśli ktoś coś chciał od mnie, to wiedział, pod jaki adres wysłać sowę. Proste. Zaraz jednak, nim zdążył coś powiedzieć, było słychać czyjś głos. W końcu. Westchnąłem zerkając na Becketta z ulgą wymalowaną na mojej twarzy, po czym stanąłem na nogi. Wolałem sobie wyprostować kości, skoro zaraz wszystko wróci do normy.
Panowie z dołu jeszcze z piętnaście minut siedzieli przy windzie, nim ona ruszyła. W międzyczasie spokojnie rozmawiałem z rudzielcem opowiadając żarty między sobą, aż w końcu winda ruszyła. Zaraz oboje mogliśmy wrócić do swoich obowiązków dziękując Merlinowi, że tylko godzinę siedzieliśmy utkwieni w windzie.

z.t oboje
Gość
Anonymous
Gość
Re: Windy Ministerstwa Magii [odnośnik]15.07.16 15:52
14 grudnia

Nie lubił wizyt w Ministerstwie. Zawsze było tam dużo ludzi na małej przestrzeni i nie wszyscy potrafili zachować nawet podstawowe zasady etykiety. O szacunku dla wyżej urodzonych nie wspominając. Jednak zdarzały się takie momenty, że jego obecność tam była wręcz obowiązkowa. Prosto z wielkiego salonu pałacu Yaxley'ów przeniósł się do jednego z ustawionych w szeregu kominków Ministerstwa Magii. Skierował swoje kroki na poziom szósty, gdzie znajdował się Departament Kontroli Nad Magicznymi Stworzeniami. Na szczęście nie musiał długo czekać i sprawa związana z zapoznaniem go z jakimś nowym załącznikiem aktów prawnych została załatwiona dość szybko. Teraz Morgoth chciał wrócić jak najszybciej do domu. Godzina była zdecydowanie za późna na takie podróże, ale nie mógł pojawić się kiedy indziej. Wchodząc do Ministerstwa, czarodzieje przepychali się jeden przez drugiego, ale gdy spotkanie dobiegło końca, ludzi nie było zbyt wielu. Młody Yaxley odetchnął, wchodząc do windy, która oczywiście była od góry do dołu zasrana przez latające w tę i z powrotem sowy. Ich praca kończyła się, gdy w Ministerstwie zapadała noc. O tej godzinie latały już tylko pojedyncze zwierzęta. Na szczęście. Morgoth mruknął piętro i zaraz winda ruszyła. Musiał złapać się wiszącej z góry trzymajki, by nie stracić równowagi. Miał nadzieję, że szybko dotrze na miejsce.



They call him The Young Wolf. They say he can turn into a wolf himself when he wants. They say he can not be killed.

Morgoth Yaxley
Zawód : a gentleman is simply a patient wolf, buduję sobie balet trolli
Wiek : 22
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Żonaty
Thus he came alone to Angband's gates, and he sounded his horn, and smote once more upon the brazen doors, and challenged Morgoth to come forth to single combat. And Morgoth came.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej

Martwi/Uwięzieni/Zaginieni
Martwi/Uwięzieni/Zaginieni
https://www.morsmordre.net/t3063-morgoth-yaxley https://www.morsmordre.net/t3117-kylo#51270 https://www.morsmordre.net/t3115-the-young-wolf#51264 https://www.morsmordre.net/f288-fenland-palac-yaxleyow https://www.morsmordre.net/t3525-skrytka-bankowa-nr-803#61584 https://www.morsmordre.net/t3124-morgoth-yaxley#51390
Re: Windy Ministerstwa Magii [odnośnik]15.07.16 16:47
Elisabeth wielokrotnie słyszała, iż jest zbyt ambitna jak na swój ród. Parkinsonowie należeli do osób dość próżnych, w dużej mierze przejmujących się wizerunkiem zewnętrznym, w szczególności wyglądem, promując tym samym odzie pochodzącą z ich domu mody. Kobieta również taka była, w kwestiach ubioru będąc wręcz pedantyczną, jednakże oprócz ojcowskich cech rodowych, wydawała się być doskonałą przedstawicielką rodu matki. Polityka i ogromna wiedza na temat najnowszych wydarzeń w czarodziejskim świecie były jej chlebem powszednim. W dużej mierze wychowywana przez dziadków, nie mogła dorosnąć na kogoś innego. Pracowita, uparcie działająca na swój jak najszybszy sukces i przy tym bardzo ambitna, często przesiadywała dość długie godziny, chcąc dostać jak najszybszy awans. Nic więc dziwnego, że tego dnia była obecna w Ministerstwie praktycznie bez przerwy od samego rana, starając się dokładnie przestudiować sprawę wykroczenia pewnego czarodzieja. I prawdopodobnie nie byłoby to jej powierzone, gdyby nie fakt iż dokonując go znajdował się na obcej ziemi, gdzie prawo nieco różniło się od tego brytyjskiego. Wynik był taki, iż od tutejszego ministerstwa domagano się sprawiedliwości według tamtejszego rządu, na co przecież nie mogli się zgodzić. Sprawa była tym trudniejsza, iż nie była to pierwsza podobna sytuacja tamtego mężczyzny - trudno było wymyślić sensowną ugodę, dzięki której oba rządy byłyby chociaż trochę zadowolone. Skomplikowana sytuacja, jednakże panna Parkinson nigdy nie dawała za wygraną, teraz też tak nie było. Robiąc mnóstwo notatek, omawiając sprawę z wieloma osobami, powoli dochodziła do dość zadowalającego rozwiązania i chociaż już w południe mogła przedstawić swój sukces szefowi, wolała jeszcze raz dokładnie wszystko przeanalizować, usuwając tym samym wszelkie błędy i niejasności. Efektem tego wszystkiego było dość późne zakończenie, jednakże i satysfakcja, malująca się w duszy kobiety. Na twarzy starała się tego nie pokazywać, trudno jednak było powstrzymać jej nieco triumfalny uśmiech.
Zadowolona opuściła swoje miejsce pracy, stając przed jedną z wind i czekając, aż ta zatrzyma się na jej piętrze. Chwilę czekania wykorzystała na codzienne nawyki, jakimi było wygładzenie ubrań, by usunąć wszelkie nawet najmniejsze skazy, mając przy tym nadzieję na możliwie najmniejszą obecność sów. Nie mogła wymagać perfekcyjnej czystości w windzie, i chociaż miała malutki cień nadziei na to, to gdy krata się rozsunęła, brunetka straciła wszelkie złudzenia. Powoli weszła, dopiero po chwili dostrzegając postać mężczyzny. Nie mogła sobie darować ukradkowego zmierzenia go wzrokiem, starając się przypomnieć sobie jego tożsamość. I chociaż miała problemy z imieniem, tak szybko przypomniała sobie z jakiego rodu pochodzi.
- Witam lordzie Yaxley - powiedziała po chwili, tym razem już otwarcie patrząc się na towarzysza niedoli, bo inaczej tej podróży nazwać nie mogła. - Zaskakujące spotkanie, zważywszy na fakt, iż wcześniej tylko raz widziałam lorda w Ministerstwie, tak więc wnioskuję iż nie jest to pańskie miejsce pracy.


A little learning is a dangerous thing...

Elisabeth Parkinson
Zawód : tłumacz
Wiek : 25
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Panna
I'm cold-hearted and evil.
And I'm vengeful.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarownica

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t3102-elisabeth-parkinson https://www.morsmordre.net/t3136-persephone https://www.morsmordre.net/t3137-amici-fures-temporum https://www.morsmordre.net/f110-cotswolds-hills-broadway-tower https://www.morsmordre.net/t5184-skrytka-bankowa-nr-804 https://www.morsmordre.net/t3276-elisabeth-parkinson
Re: Windy Ministerstwa Magii [odnośnik]15.07.16 17:18
Najwidoczniej jego podróż nie miała się skończyć, aż tak szybko jak sądził. O tej godzinie działało tylko kilka wind, a nie wszystkie jak podczas normalnych godzinach pracy i obsługujący urządzenie pracownik, wciskał wszystkie piętra po kolei. A przynajmniej tam, gdzie oczekiwano, że się zjawi. Morgoth nic nie powiedział, wbijając spojrzenie w ścianę przed sobą obitą dziwną draperią. Mężczyzna stojący przed nim był tak niski, że młody Yaxley praktycznie mógł go uznać za dziecko. Karłem nie był z tego co zdołał zauważyć, więc jedynie trzeba było mu współczuć i nie komentować jego wzrostu. Chociaż blondyn zastanawiał się jak ten miał zamiar znaleźć sobie żonę. Skoro o ożenku była mowa wiedział, że rodzice prowadzili już rozmowy z nestorem jego rodu na ten temat. Skrzywił się lekko, zdając sobie sprawę, że mało kto brał ślub w jego wieku. A przynajmniej męska część arystokracji. Kobiety wychodziły za mąż już w wieku nastoletnim i nikogo to nie dziwiło. Jego myśli pobiegły do siostry, która pewnie też niedługo miała zostać z kimś zaręczona. Zmarszczył brwi, chcąc odgonić od siebie ten niewygodny obrazek. Wiedział, że był to jej obowiązek, ale gdyby to od niego zależało, zostawiłby ją taką, jaką była. Zaraz jednak przeniósł myśli na fakt, że ubranie pracownika windy było nienaruszone. Młody lord zmarszczył lekko brwi, zastanawiając się jakimże to sposobem, gdy dookoła panowała po prostu Sodoma i Gomora. Coś szarpnęło windą i stanęła, a jej drzwi się rozsunęły. Do środka weszła znajomo wyglądająca kobieta o długich, czarnych włosach. Miała wysoko podniesiony podbródek, który był tak charakterystyczny dla wysoko postawionych rodów. Mimo że Morgoth nie miał pamięci do nazwisk - lub przynajmniej tak tłumaczył ludziom fakt, że miał bardzo obojętne do nich nastawienie - znał jej tożsamość. Jakiś czas temu było o niej bardzo głośno zważywszy na śmierć narzeczonego. Wszyscy znali ją jako bardzo niedostępną, zimną i wyrachowaną. Bezwzględnie pięła się w górę kariery i gdyby nie fakt, że cóż... Była kobietą mogłaby zajmować wysokie stanowisko na tak młody wiek. Gdyby nie fakt, że jego siostra uwielbiała interesować się nie wnikającymi w schemat kobietami, Morgoth w ogóle nie rozpoznałby Elisabeth Parkinson.
- Miło mi, lady Parkinson - odpowiedział, lekko skinąwszy jej głową. Czuł na sobie jej spojrzenie, ale swoje dość swobodnie odwrócił, zerkając ile jeszcze zostało do celu. Musiał przyznać, że to co zobaczył niezbyt mu się spodobało. - Ma lady rację - odpowiedział, przenosząc na nią ponownie wzrok. Jak na kobietę była dość wysoka, a ubrane obcasy prawie zrównywały ich wzrostem przez co człowieczek przy obsłudze wydawał się jeszcze mniejszy. - Praca w Ministerstwie zawsze wydawała mi się odpowiednia dla ludzi z większymi aspiracjami - dodał, wiedząc, że zrozumiała. - Nie wiem czy ktoś stąd za to chciałby się zamienić miejscem ze mną i zajmować się smokami - urwał, pozwalając by na chwilę zapadła cisza. - A co lady tu robi o tej godzinie? - spytał. - Wydawało mi się, że Ministerstwo już zostało zamknięte.



They call him The Young Wolf. They say he can turn into a wolf himself when he wants. They say he can not be killed.

Morgoth Yaxley
Zawód : a gentleman is simply a patient wolf, buduję sobie balet trolli
Wiek : 22
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Żonaty
Thus he came alone to Angband's gates, and he sounded his horn, and smote once more upon the brazen doors, and challenged Morgoth to come forth to single combat. And Morgoth came.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej

Martwi/Uwięzieni/Zaginieni
Martwi/Uwięzieni/Zaginieni
https://www.morsmordre.net/t3063-morgoth-yaxley https://www.morsmordre.net/t3117-kylo#51270 https://www.morsmordre.net/t3115-the-young-wolf#51264 https://www.morsmordre.net/f288-fenland-palac-yaxleyow https://www.morsmordre.net/t3525-skrytka-bankowa-nr-803#61584 https://www.morsmordre.net/t3124-morgoth-yaxley#51390
Re: Windy Ministerstwa Magii [odnośnik]15.07.16 22:09
Na jego odpowiedź o wykonywanym zawodzie, kiwnęła tylko głową, nie mogąc sobie darować uśmiechu przy aluzji skierowanej w jej stronę. Pomimo wszystko ten ukryty komplement schlebił jej, w końcu była kobietą, a większość przedstawicielek płci pięknej przepadały za takimi dodatkami do konwersacji. To oraz sposób wypowiadania się mężczyzny zwrócił jej uwagę - wyraźnie do tej pory żyła w mylnym przekonaniu, że hodowcy smoków należą do tej bardziej nieokrzesanej części populacji męskiej. Jak na razie pod ty względem niczego mu nie brakowało, miała jednak wciąż być czujna na jego słowa i ukryte informacje. Choćby sam ton głosu czy gesty wiele potrafiły powiedzieć o rozmówcy, a to właśnie na tym Elisabeth skupiała większą część uwagi.
- W istocie tak też jest, lordzie Yaxley, Ministerstwo zostało już zamknięte, co nie znaczy iż wszyscy pracownicy muszą je opuścić. - odpowiedziała, kątem oka zerkając na dość niskiego mężczyznę towarzyszącemu im podczas podróży. Nie widzi go tutaj już pierwszy raz, a wręcz stał się dla niej czymś trwałym, co nie zmienia się, dlatego też z początku nie zwróciła na niego uwagi. - [b]Chciałam dzisiaj dokończyć pewną dość istotną sprawę, nie lubię odkładać niczego na później. Niedokończone rzeczy bywają czasami bardzo niewygodne, jeżeli wie lord co mam na myśli.
W przypadku tej konkretnej sprawy wyjątkowo uciążliwym był sam czarodziej - jego wielokrotne wykroczenia wciąż powracały na biurka pracowników Departamentu Międzynarodowej Współpracy Czarodziejów, nie raz doprowadzając do szczerej nienawiści. Sama Elisabeth najchętniej z czystą premedytacją zakopałaby papiery i tym samym pamięć o zaistniałej sytuacji, tym samym skazując niewygodnego mężczyznę na pastwę losu i jego dość nikłego sprytu. Niestety w tej chwili każde jej postępowanie zaważało na drodze kariery, nie mogła sobie pozwolić na tego typu przyjemności.
- Lord też dzisiejszego dnia wychodzi dość późno - zauważyła panna Parkinson, przerywając tym samym chwilę ciszy, która zapanowała w dość wolno zjeżdżającej windzie. - Czyżby coś poważnego stało się z pana podopiecznymi?


A little learning is a dangerous thing...

Elisabeth Parkinson
Zawód : tłumacz
Wiek : 25
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Panna
I'm cold-hearted and evil.
And I'm vengeful.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarownica

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t3102-elisabeth-parkinson https://www.morsmordre.net/t3136-persephone https://www.morsmordre.net/t3137-amici-fures-temporum https://www.morsmordre.net/f110-cotswolds-hills-broadway-tower https://www.morsmordre.net/t5184-skrytka-bankowa-nr-804 https://www.morsmordre.net/t3276-elisabeth-parkinson

Strona 1 z 5 1, 2, 3, 4, 5  Next

Windy Ministerstwa Magii
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach