Wydarzenia






 
IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Share | 
 

 Gabriel Tonks

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość
Gabriel Tonks
avatar

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t6145-gabriel-tonks https://www.morsmordre.net/t6193-gabrysiowe-listy https://www.morsmordre.net/t6192-ja-nie-mam-recepty-na-szczescie https://www.morsmordre.net/f90-manor-road-35 https://www.morsmordre.net/t6194-gabriel-tonks
Zawód : kolekcjonuję czarnoksiężników jak karty z czekoladowych żab
Wiek : 29
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
kocham i tęsknię, chociaż to takie niemęskie
OPCM : 20
UROKI : 10
ELIKSIRY : 5
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarodziej

PisanieTemat: Gabriel Tonks    05.11.18 19:53

Talia Tarota


Powrót do góry Go down
Gabriel Tonks
avatar

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t6145-gabriel-tonks https://www.morsmordre.net/t6193-gabrysiowe-listy https://www.morsmordre.net/t6192-ja-nie-mam-recepty-na-szczescie https://www.morsmordre.net/f90-manor-road-35 https://www.morsmordre.net/t6194-gabriel-tonks
Zawód : kolekcjonuję czarnoksiężników jak karty z czekoladowych żab
Wiek : 29
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
kocham i tęsknię, chociaż to takie niemęskie
OPCM : 20
UROKI : 10
ELIKSIRY : 5
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarodziej

PisanieTemat: Re: Gabriel Tonks    06.11.18 20:46

Głupiec
Hogwartmaj 1943




Głupota - ostatnia cecha, której spodziewasz się po dumnie kroczącym młodzieńcu z niebieskim krawatem zwisającym u szyi i godłem Roweny Ravenclaw na piersi. Lecz, czy głupota nie jest drogą do mądrości? Sposobem nauki i poznaniem; etapem przejściowym pomiędzy dojrzałością i beztroskim dzieciństwem? A przede wszystkim nieodłączną cechą w charakterze dorastającego chłopca? Każdy nastolatek, którego umysł owładnięty był przekonaniem o własnej nieomylności, wykazywał się niczym innym, a właśnie głupotą, którą mylił z odwagą. Gabriel nie był wyjątkiem potwierdzającym regułę. W przypadku tego młodzieńca zgubnym połączeniem wydawała się bystrość przypisywana każdemu reprezentantowi domu Roweny Ravenclaw oraz śmiałość i brawura, których nie powstydziłby się żaden wychowanek Domu Lwa. Co za tym szło? Paradoksalnie, brak świadomości z zaistniałego z zagrożenia pozwalał mu na posunięcie się dalej i jeszcze dalej, kolejny krok do przodu.
Już jako dziecko, chcąc dopiąć swego, kombinował na różne sposoby, przeważnie wybierając ten najbardziej nierozsądny i ryzykowny, czyli krótko mówiąc - głupi. Prawdopodobnie to jego dziecięce wybryki stały się przyczyną większości siwych włosów na głowach jego rodziców, którzy z zatroskaniem i nutką przerażenia patrzyli na ich syna, który z szerokim uśmiechem siedział na najwyższej szafie w domu; nikt nie wie, jakim cudem udało mu się wdrapać na samą górę - zagadka została nadal nierozwiązana.
Pani Tonks modliła się, aby jej syn w końcu spokorniał, upodabniając się do starszego brata. Marne szanse, pomimo jej niemalże błagalnego wzywania imienia Merlina, ten nadal wpadał na coraz to lepsze pomysły, które przeważnie kończyły się stłuczonym kolanem albo wazą, a na twarzy Gabriela pojawiał się niewinny uśmiech, nie pasujący zupełnie do scenerii, w której obecnie znajdował się sam Tonks, niejako demaskującej jego niewinną przykrywkę.
Dzieciństwo i dorastanie to droga bardzo wyboista, która prowadzi właśnie do bolesnych upadków, z których młody człowiek może czerpać mądrość życiową. Źródłem takich pomyłek jest najczęściej życie szkolne. To właśnie tam większość roku spędzają młodzi czarodzieje.
Życie szkolne Gabriela nie było usłane różami, co w sumie nie budzi ogólnego poruszenia, ponieważ przyszło mu żyć w czasie, kiedy pewna część społeczeństwa w sposób krzywdzący odnosiła się do czarodziejów jego pochodzenia. Na całe szczęście Tonks miał dosyć zdrowe podejście do tych, którzy w sposób niewybredny lub bardziej elokwentny próbowali uprzykrzyć mu życie. Znalazł kilku kompanów swojej wędrówki, których mógł nazwać prawdziwymi przyjaciółmi, którzy bez względu na okoliczności, stali u jego boku. Byli to; Anthony Skamander oraz Hancock Rhodes. To oni pomagali mu trzymać nerwy na wodzy, gdy kolejna uszczypliwa odzywka leciała w jego kierunku, tudzież jakiś Ślizgon postanowił rzucić - jego zdaniem - zabawny urok, w stronę Tonka czy jakiegokolwiek innego ucznia, pochodzenia mugolskiego. Jednakże czasem nawet ta dwójka nie znajdowała sił na to, aby pohamować Gabriela. Szczególnie ciężko było okiełznać jego poczucie niesprawiedliwości i chęć wymierzenia sprawiedliwości na szóstym roku w Hogwarcie, kiedy hormony zaczęły buzować, a przez lata tłamszona frustracja musiała znaleźć gdzieś swoje ujście. Gdy patrzył na to co się wtedy wydarzyło z perspektywy czasu i jak wielką cenę przyszło mu zapłacić za ten występek stwierdzał, że nie było warto.

- Dosyć - fuknął, gdy wszedł z impetem do szatni Krukonów, którzy przygotowywali się do treningu. Zrobił wszystko jak należy, upewnił się, że boisko nie jest zarezerwowane przez żadną inną drużynę i to właśnie Krukoni mieli mieć swój trening. Było to istotne, ponieważ czekał ich bardzo ważny mecz o wszystko. Naprawdę był w stanie zrozumieć, że reprezentacje innych domów też chcą wygrać, ale fakt, że to akurat Ślizgoni zajęli ich godzinę spotkania, sprawił, że dosłownie się w nim zagotowało. Edweena, jedna z ich ścigających ściągnęła brwi do środka i podniosła się. Podeszła do Tonksa ostrożnie, jakby bała się, że ten eksploduje zaraz niczym łajnobomba. - Co się stało? - zadała to pytanie po pytanie, które od dłuższej chwili wisiało w powietrzu. Wypuścił ciężko powietrze z ust i omiótł spojrzeniem twarze zebranych tu zawodników. Buzowało w nim, niczym w rozgrzanym kotle.
- Ślizgoni zajęli boisko - wydusił z siebie w końcu, czerwieniejąc ze złości na policzkach.
- Przecież miało być wolne - zauważył ktoś błyskotliwie z drugiego końca szatni.
- No właśnie, miało - wycedził przez zaciśnięte zęby Gabriel i nie mogąc znieść kolejnego problemu spowodowanego przez podopiecznych Domu Węża wyszedł z szatni, sprężystym krokiem kierując się w stronę zielonej tafli boiska, nad którą już górowali ubrani w stroje treningowe, zawodnicy drużyny Slytherinu.
- Yaxley! - ryknął, chcąc sprowadzić kapitana na ziemię. Jego szczęka na przemian zaciskała się i rozluźniała, a kłykcie pobielały od mocnego zaciskania pięści. Wbijał wzrok w niebo, czekając aż jaśnie pan łaskawie zleci na dół, aby skonfrontować się z Gabrielem. Jako kapitan powinien zachowywać się rozsądnie i odpuścić, udając się z problemem do któregoś z profesorów; najlepiej do opiekuna domu, ale jako mugolak, od lat znieważany przez "rasę panów" miał już tego powyżej uszu. Gdy kapitan ślizgońskiej drużyny łaskawie zleciał na dół przy akompaniamencie szyderczych śmiechów jego kompanów, krew zagotowała się w Gabrielu jeszcze bardziej, chociaż za wszelką cenę chciał przywołać samego siebie do porządku.
- Czego, szlamo? - parsknął pogardliwie wcześniej wezwany szlachcic, prawdopodobnie i tak wykazując się wielką łaską, że zechciał zlecieć na zawołanie Tonksa.
- Dzisiaj boisko jest nasze, więc zabierzcie wasze gadzie zadki z powrotem do ślizgońskiej wylęgarni, z której wyleźliście - syknął, rzucając przeciwnikowi wyzywające spojrzenie. Prawdę mówiąc, sam nie wiedział co chciał osiągnąć takim zachowaniem, przecież bójka przed samym meczem nie była mu potrzebna, ale w danym momencie na pewno nie myślał w sposób racjonalny.
- Coś powiedział? - widocznie niezbyt subtelna wypowiedź nie przypadła do gustu jaśnie pana, ale sam Gabriel nie przejmował się tym. - Boisko przysługuje nam, więc ty zabierz swoją drużynę oferm i szlamowate cztery litery z powrotem do zamku - wycedził, podchodząc bliżej. Zawtórowały mu szydercze śmiechy kompanów, którzy zbiegli się już dookoła swojego lidera. - Jesteś nikim, nie próbuj zgrywać twardziela Tonks - to i dalsza wypowiedź szanownego mości pana, jakoby Gabriel hańbił imię Roweny i całe społeczeństwo czarodziejów sprawiło, że wybuchnął. Czara się przelała - o jedną obelgę za dużo. Jedna iskra spowodowała wybuch, którego nikt - nawet sam prowokator - się nie spodziewał. Przeważnie potulny, niczym baranek wobec przytyków, Gabriel zareagował i to w sposób gwałtowny. Nim sam się obejrzał, jego pięść lądowała już na idealnie gładkiej żuchwie szlachcica. Od razu podniósł się wielki zgiełk. Ostatni Ślizgoni zlecieli na ziemię, Krukoni wybiegli z szatni, zaalarmowani przez jednego z członków drużyny, który obserwował wszystko z bezpiecznej odległości. Sam Tonks odsunął się na kilka kroków wstecz, strzepując dłoń, która jeszcze nie tak dawno znalazła się na nieskazitelnej twarzy szanownego lorda. Obydwie grupy stanęły na przeciw siebie z różdżkami wycelowanymi w siebie nawzajem. Jedynie sprawcy całego zamieszania przez chwilę w osłupieniu stali, patrząc się na siebie. Poleciały obelgi, niewybredne przekleństwa, a ktoś nawet podjął żałosną próbę rzucenia uroku, którego formuły nie zrozumiał. Na nieszczęście wszystkich - a przynajmniej na nieszczęście Tonksa, w ich stronę mknął profesor prowadzący lekcje dotyczące latania na miotle, który być może już zdążył zostać zaalarmowany przez któregoś ze Ślizgonów. Od razu, jeden z członków Domu Węży podbiegł, opisując żywo całe zdarzenie. Edweena oczywiście podniosła krzyk, przekrzykując się z szukającą węży. A Tonks oblał zimny pot.
- Cisza! Wszyscy wracają do szatni, pan Yaxley, pan Tonks, proszę za mną...
Powłóczył się, jak na skazanie za profesorem.

Całość zakończyła się w taki sposób, jaki przewidywał sam Tonks - jako inicjator "konfliktu", a raczej sprawdza "uszczerbku na zdrowiu" innego ucznia dostał zakaz występu w następnym meczu swojej drużyny. Była to największa jego porażka, za którą jeszcze długi czas przepraszał swoich współzawodników. Czuł, że wina za ich przegraną w danym meczu spadła na jego barki, chociaż nikt nie mówił o tym głośno, a w następnym roku po raz kolejny został kapitanem drużyny, która dała mu nowy kredyt zaufania, czystą kartkę, którą mógł zapisać podczas prowadzenia ich do zwycięstwa w ostatnim roku swojej edukacji. Na pewno była to lekcja pokory, chociaż nawet wtedy Gabriel odniósł swoje małe zwycięstwo - nie przeprosił Yaxleya za swoje zachowanie, tłumacząc się zajęciem boiska oraz wielokrotnym obrażaniem uczniów mugolskiego pochodzenia. Nauczył się, że w pewnych sytuacja trzeba być ponad prymitywizm tych, którzy żyli jeszcze w innej epoce - epoce panów i poddaństwa, która już dawno minęła. Bolało, gdy siedział na trybunach zamiast śmigać na miotle wraz z kompanami; kiedy szorował puchary w Sali Trofeów, w czasie treningu. Gorycz porażki z tamtego poru osłodziło zwycięstwo w czterdziestym piątym, którego prawdopodobnie nie zapomni do końca życia. Teraz z rozrzewnieniem i melancholią wracał do tamtych czasów, konfliktów z lat szkolnych, których największą konsekwencją był tydzień spędzony na pomaganiu w porządkach pielęgniarce czy praca jako pomocnik gajowego. Teraz? Każda decyzja zdawała się być tą, która może zaważyć na życiu nie tylko twoim, ale także innych. Czasem, gdy zamykał oczy, naprawdę chciał chociaż na chwilę przenieść się w czasy dzieciństwa. Nawet jeżeli wykazywał się ponad przeciętną głupotą i umiejętnością pakowania się w niepotrzebne kłopoty.


Powrót do góry Go down
Gabriel Tonks
avatar

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t6145-gabriel-tonks https://www.morsmordre.net/t6193-gabrysiowe-listy https://www.morsmordre.net/t6192-ja-nie-mam-recepty-na-szczescie https://www.morsmordre.net/f90-manor-road-35 https://www.morsmordre.net/t6194-gabriel-tonks
Zawód : kolekcjonuję czarnoksiężników jak karty z czekoladowych żab
Wiek : 29
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
kocham i tęsknię, chociaż to takie niemęskie
OPCM : 20
UROKI : 10
ELIKSIRY : 5
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarodziej

PisanieTemat: Re: Gabriel Tonks    11.11.18 0:05

Mag
Londyn, głównie Ministerstwo Magii1952
oznaczenie pozycji odwróconej, jeśli występuje


Mały krok dla człowieka - równie mały dla ludzkości. Pierwszy dzień w Biurze Aurorów. Dla większości tych ludzi, których mijał, idąc w stronę windy. Ukończył kurs - w końcu mógł nazwać się członkiem elitarnej jednostki, której celem było łapanie czarnoksiężników. Po latach przygotowań, morderczych ćwiczeń i zarwanych nocy w końcu mógł z dumnie wypiętą piersią przestąpić próg ministerstwa, postawić ten symboliczny, pierwszy krok, który miał być początkiem jego dorosłego życia. Nie miał zbyt wiele czasu - zaledwie kilka chwil na zachłyśnięcie się pierwszym, małym sukcesem. I nawet brak entuzjazmu ze strony rodziców nie mógł sprawić, aby zwątpił. Nie był już tym samym, podekscytowanym młodzieńcem, który naiwnie wierzył w to, że praca aurora składa się wyłącznie z chwil, w których możesz celebrować sukces, po kolejnej udanej akcji, którą mimo wysokiego stopnia ryzyka, przeżyli wszyscy. Happy endy zdarzały się jedynie w bajkach, o czym boleśnie przekonał się podczas kursu aurorskiego; Edith Bones. Niechaj nie zwiedzie was sympatyczna otoczka tejże kobiety. Surowa, wymagająca i zdyscyplinowana - trzy przymiotniki, które najtrafniej opisują wykładowczynię.
Winda się zatrzymała - tłum ludzi wysypał się na korytarz, a Gabriel, górując nad większością towarzyszy windowej podróży, dosyć niezgrabnie przecisnął się do wyjścia.
- Przepraszam, najmocniej przepraszam, mógłby się pan przesunąć - mamrotał, w końcu wyciskając się z windy. Wypuścił powietrze z płuc i odgarnął niesforne blond kosmyki z czoła, a następnie energicznym krokiem ruszył przed siebie. Z nadzieją w sercu, podekscytowany tym, co przyniesie mu dzisiejszy dzień. Jak miało się okazać, przynosił nic innego, jak właśnie kubeł zimnej wody, który sprowadzić miał go na ziemię. Owym, metaforycznym kubłem okazał się on; wysoki, barczysty czarodziej o ciemnych, długich włosach związanych w kitkę u nasady głowy, haczykowatym nosie, wąskich ustach i smukłej sylwetce. Jednakże ani wzrost, ani nawet groźby wzrok nie skupiał uwagi postronnego obserwatora jak blizna nad i pod prawym okiem, biegnąca pod ukosem.
Mężczyzna wyrósł przed nim niczym zjawa, wprawiając dopiero co przybyłego Gabriela w osłupienie. Kroku próbowała dotrzymać mu filigranowa czarownica, która co chwilę zakładała niesforne kosmyki włosów za ucho.
- Ty to pewnie Tonks - stwierdził, mierząc - jak się okazuje - nowego podopiecznego wzrokiem i z niezbyt zadowoloną miną powrócił łaskawie wzrokiem do twarzy swojego rozmówcy.
- Nazywam się Robert McCarren, idziesz ze mną - minimum słów, maksimum treści. Ten człowiek nie miał imponującej postury, ale coś w jego sposobie bycia sprawiało, że przerastający go o głowę Gabriel, potulnie poszedł jego śladem. Jeszcze wtedy nie przepuszczał, jak ciężka przeprawa czeka go z tym mężczyzną.

Kolejny dzień, po raz kolejny denerwujący dźwięk budzika wyrywa ze snu Tonksa, który nie pierwszy raz zasnął z głową na stoliku do kawy, na którym leżały rozłożone karty, dokumenty, teczki i odręczne notatki - kolejna praca domowa. McCarren wydawał się być najgorszą z możliwych opcji; nie chodziło o jego wymagające podejście do zawodu, które w stu procentach rozumiał. Minęło pół roku, od kiedy dołączył do Biura, inni młodzi aurorzy pod czujnym okiem swoich opiekunów byli na pierwszych misjach. A Gabriel siedział przy biurku, przewracając kartki, które pod nos podsuwał mu McCarren, ciesząc się z wolności od papierologii, której nie musiał wykonywać osobiście. Dzisiaj wyjątkowe odstępstwo od rutyny - obserwacja. Wychodząc z domu machnął różdżką, zgarniając większość papierów do skórzanej torby. Jeszcze płaszcz zarzucił na ramiona i wyszedł z małego mieszkania, które zajmował - mugolska dzielnica, nie zachwycająca okolicą, czyli nic co byłoby ponad stan.
Szedł ramię w ramię z Robertem McCarrenem, koszmarem dnia codziennego. W duchu błagał, aby ten program opieki już się skończył, a on uwolniłby się od tego gbura. Nie odzywał się zbyt wiele, nie dawał cennych rad, jakby z konieczności tolerując jego obecność. Zwykle się nie odzywał, czasem wydając lakoniczne polecenia. Najbardziej frustrujące było to, że z postawy i zachowań aurora wynikała jego rozległa wiedza, ale przede wszystkim doświadczenie, którym najwyraźniej nie miał zamiaru się dzielić. A Tonks, przekonawszy się o małomówności swego przełożonego, nie miał ochoty na inicjowanie rozmowy; nawet kogoś tak pozytywnie nastawionego do życia i kontaktowego można zgasić. A przynajmniej zniechęcić do rozmowy. Jedyną formą jakiejkolwiek edukacji, były wyrywkowe i niespodziewane odpytywanie.
- Jak przygotowujesz się i postępujesz w czasie akcji? - ostry niczym brzytwa ton, przecina mroźne powietrze wczesnego, londyńskiego poranka.
- Na podstawie informacji obmyślam szczegółowy plan z możliwym opracowaniem jak największej ilości wariantów i...
- Pieprzyć szkoleniowe gadanie młody. Zapamiętaj to na całe życie, są cztery zasady, tylko cztery, które zawsze się sprawdzają; przygotuj plan, wciel plan w życie, spodziewaj się, że coś pójdzie nie tak, olej plan, rozumiesz? - to była prawdopodobnie najdłuższa wypowiedź, jaką udało mu się sklecić w towarzystwie Gabriela. Był naprawdę pod wielkim wrażeniem, a słowa, które skierował do niego mentor wyrył w pamięci. Wtedy pomyślał o nim tak po raz pierwszy - mentor. I chociaż nie odezwał się już tego dnia ani słowem, to w Gabrielu obudziła się pewna nadzieja na polepszenie ich współpracy.

On to wszystko potrafił, pomyślał triumfalnie, kiedy lekko kulejąc i dysząc wchodził do biura. Koszula jeszcze była splamiona śladami walki, ale nie było to istotne. Musiał zdać chociaż słowny raport z tego co się wydarzyło. Dopiero, gdy opadł bezwładnie na fotel przy biurku, miał czas na przemyślenia, na faktyczne z analizowanie ostatniego, dosyć długiego okresu w jego życiu. Ostatnie miesiące spędził na - jak się teraz okazuje - irracjonalnej złości, którą pielęgnował w sobie bez najmniejszego powodu. On to potrafił, wiedział to doskonale po dzisiejszym dniu. Udało mi się, dopiął swego, a to wszystko dzięki niemu. Właśnie teraz, gdy wyfrunął spod skrzydeł kolejnego, wielkiego aurora, dostrzegał jak wiele go nauczył i jak wiele zrobił. Nauczył się więcej - nikt nie podawał mu mądrych rad, jak na tacy. Być może Robert nie miał zamiaru w ten sposób kształcić Tonksa, a może to właśnie był jego klucz do sukcesu? Gabriel, nie dostając cennych wskazówek zbyt często, wytężał umysł, obserwując działanie swego mentora. Dostrzegał detale, mechanizmy pewnych działań i notował je w pamięci, aby stały się dla niego taką rutyną, jak dla McCarrena.
Siedział zamyślony, przeczesując blond włosy, przyprószone kurzem, kiedy dotarło do niego pukanie w ściankę boksu. Uniósł nieco nieobecne spojrzenie i przeniósł je w stronę, z której dobiegał ów dźwięk. Zobaczył swobodnie opartego o ściankę właśnie Roberta McCarrena.
- Gratuluję, młody - dwa słowa, wypowiedziane niezbyt głośno, jakby półgębkiem przez postać, która zniknęła z pola widzenia niemalże tak szybko jak się pojawiła. I chociaż były to najgorsze gratulacje, jakie kiedykolwiek otrzymał to prawdopodobnie miały największe znaczenie. Uśmiechnął się pod nosem, rozglądając się dookoła po czym wstał, wziął swój płaszcz i przewiesił torbę przez ramię. Czas wrócić do domu. I chociaż jego organizm domagał się snu, a powieki prawie same się zamykały to on, czuł coś, czego nie sposób opisać słowami. Najtrafniej można by opisać to jako ulgę i satysfakcję. Postawienie kolejnego czarnoksiężnika przed Wizengamotem mogło sprawić, że ten świat stanie się bezpieczniejszym. A satysfakcja? Po latach szkolenia i przygotowań pod czujnym okiem jednego z najbardziej skutecznych aurorów, w końcu dopiął swego - zrobił to o czym marzył od momentu opuszczenia murów Hogwartu.

1954

Ś.P.
Robert McCarren
Stał i patrzył posępnie na wygrawerowany w nagrobnym kamieniu napis, a irracjonalna złość i uczucie niesprawiedliwości otaczało go, przygniatało, nie pozwalając normalnie funkcjonować. Śmierć zabrała ze sobą jednego z najbardziej wartościowych ludzi - świat długo będzie rozpaczał po śmierci McCarrena. Patrzył, chociaż jego spojrzenie było nieobecne, a sam Tonks wydawał się być w zupełnie innym miejscu, niżeli cmentarz w Dolinie Godryka. Być może obecność tutaj skłoniła go do przemyśleć, na temat kruchości naszego życia? A może odpłynął do krainy wspomnień - do samego początku, który z pewnością nie należał do najłatwiejszych, ale żadne początki nie były łatwe. Teraz? Kiedy patrzył na wygrawerowane litery, składające się w imię i nazwisko mężczyzny, który dołożył niemałą cegiełkę w kształtowaniu go jako aurora, czuł dreszcze na plecach. Jednocześnie miał wrażenie, jakby coś mu zostało zabrane. Jakby Robert pomimo naturalnej rozłąki ze swoim uczniem, zabrał coś ze sobą na drugą stronę, wykazując się przekorą, której wcześniej nie okazywał. Wziął głęboki wdech, czując jak mroźne powietrze zaczyna zaczepnie szczypać jego policzki, a palce od stóp, pomimo zimowego obuwia, zaczynają marznąć. A jednakże nie mógł oderwać ich od pokrytego śniegiem podłoża. Po dłuższej chwili wpatrywania się w kamienną płytę, wyciągnął z kieszeni rękę, w której trzymał różdżkę i skierował ją w stronę nagrobka. Wykonał okrężny ruch nadgarstkiem, mamrocząc słowa zaklęcia pod nosem, a na pomniku pojawił się wieniec, którego kwiaty zaczęły rozwijać swoje płatki, pomimo narastającego mrozu.
- Gabriel? - usłyszałem delikatny głos przyjaciółki, która pozwoliła mu na chwilę samotności. Potrzebował tego. Chwilę jeszcze stał w bez ruchu, po czym obejrzał się przez prawe ramię.
- Już idę - odparł, siląc się na uśmiech, który i tak nie był wystarczająco przekonywujący. Odchrząknął, odwracając się na pięcie. Wychodził z cmentarza wciąż zamyślony, jedynie pozornie uczestnicząc w rozmowie z Edweeną. Po raz pierwszy - tak naprawdę - zweryfikował swoje życie. Czy warto je poświęcać? Z pewnością tak, ale śmierć McCarrena pokazała, że nawet najlepsi nie uciekną przed końcem.


Powrót do góry Go down
 

Gabriel Tonks

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

 Similar topics

-
» Gabriel Amitiel
» Andromeda Tonks
» Justine "Just" Tonks
» Gabriel A. Rowle
» Najgorsza lekcja na świecie {Prowadzący: Gabriel i Ivari}

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Morsmordre :: Wprowadzenie :: Archiwa Departamentu Tajemnic :: Myślodsiewnie :: Talia kart Tarota-
Styl: Caelan + Cassandra + Justine

Forum oparte na serii książek J.K.Rowling, niektóre imiona i nazwy własne są jej własnością.
Opisy częściowo pisane w oparciu o Pottermore.
Autorskie opracowania oraz pozostałe treści forum są własnością intelektualną twórców,
zabrania się ich kopiowania.


Baner small nobg

Morsmordre 2015-18