Wydarzenia



Login:

Hasło:




 
IndeksIndeks  SzukajSzukaj  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Share
 

 Marcella Figg

Go down 
AutorWiadomość
Marcella Figg
Marcella Figg

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t6925-marcella-figg#181615 https://www.morsmordre.net/t6971-arkady#183169 https://www.morsmordre.net/t6970-lelolelo-bagiety-jado#183167 https://www.morsmordre.net/f104-szkocja-kres-w-john-o-groats https://www.morsmordre.net/t6991-skrytka-nr-1723#183527 https://www.morsmordre.net/t6972-marcella-figg#183216
Zawód : by walczyć i chronić
Wiek : 26
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna
Gdziekolwiek się poruszasz
słyszę odgłosy zamykających się skrzydeł
upadających skrzydeł.
OPCM : 35
UROKI : 15
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 10
Genetyka : Czarodziej

Marcella Figg  Empty
PisanieTemat: Marcella Figg    Marcella Figg  I_icon_minitime07.02.19 22:57

Talia Tarota


Powrót do góry Go down
Marcella Figg
Marcella Figg

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t6925-marcella-figg#181615 https://www.morsmordre.net/t6971-arkady#183169 https://www.morsmordre.net/t6970-lelolelo-bagiety-jado#183167 https://www.morsmordre.net/f104-szkocja-kres-w-john-o-groats https://www.morsmordre.net/t6991-skrytka-nr-1723#183527 https://www.morsmordre.net/t6972-marcella-figg#183216
Zawód : by walczyć i chronić
Wiek : 26
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna
Gdziekolwiek się poruszasz
słyszę odgłosy zamykających się skrzydeł
upadających skrzydeł.
OPCM : 35
UROKI : 15
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 10
Genetyka : Czarodziej

Marcella Figg  Empty
PisanieTemat: Re: Marcella Figg    Marcella Figg  I_icon_minitime11.05.19 0:59

Głupiec
Szkocjagrudzień 1955

za nami pozostaje sto okazji przegapionych

Marcella

Widziała przed sobą jedynie otchłań bezkresnego pomarańczu, otaczającego ze wszystkich stron grubą warstwą przebarwionego światłem puchu. Dłonie w ciemnych rękawiczkach mocno zaciskały się na ciemnym drewnie miotły, choć wydawało się jej, jakby jej w ogóle tutaj nie było. Tak jakby jej ciało zupełnie zelżało do tego stopnia, że nie potrzebowała już niczego by się wznieść. Blask już nie oślepiał niebieskich oczu. Black wydawał się jej zupełnie znajomy, niczym dawny przyjaciel przybywający z dalekiej podróży. Prosił o wyjście mu naprzeciw, to też zrobiła. Puściła trzonek miotły i wyciągnęła ku niemu dłonie. Otchłań się rozstąpiła, a czarownica wyleciała z zabarwionej światłem zachodzącego słońca chmury. I nad nią już tylko niebo, niebo całe w fiolecie. Pod nią warstwa przyjaznych, białych puszków, spod których wdzierały się promienie jaśniutkiego słońca. Nie wiedziała, nigdy nie poznała podobnego uczucia niż to tutaj. Serce chciało wyskoczyć z piersi, dłonie trzęsły się nieopanowanie, a na twarz wstępował skurcz, mimowolnie nawet wciskający na jej usta uśmiech. Krzyknęła. Nic konkretnego, po prostu krzyk rozdarł się ku niebu, gdy uniosła głowę, zaciskając powieki tak mocno jak tylko pozwalały jej na to ostatnie siły.
Tutaj nie liczyło się już nic. Nie liczyły się błędy, nie liczyło się stare życie, nie liczyła się pogoń za kolejnym dniem, liczył się tylko ciepły wiatr uderzający w twarz, bezkres nieba i ona gdzieś pośrodku tego. Bez nikogo, po prostu tutaj, gdzie już nic nie mogło jej dosięgnąć. Gdzie mogła zapomnieć o wchodzących w twarz włosach, o wyprasowaniu spódnicy, o przydużej garsonce pożyczonej od siostry. Gdzie ból nie miał prawa jej dosięgnąć.
Złapała mocno za miotłę i szarpnęła - ta posłuchała natychmiast, niczym najdroższy egzemplarz, na który kiedyś było ją stać. Nie dbała o kierunek, chciała poczuć znów jak wiatr rozwiewa grzywkę, jak uderza o zaczerwienione od chłodu policzki. Szum wiatru nie był już szumem, był muzyką w jej uszach, łagodnie wystukiwanymi dźwiękami fortepianu. Fiolet, pomarańcz i biel tańczyły przed jej oczami, a w uszach tańczyła muzyka. Najpiękniejsza muzyka na świecie, melodia wolności.
Pod palcami poczuła nagle pustkę, choć jej ciało nadal unosiło się wysoko. Rozłożyła ręce, uniosła głowę, niebieskie oczy spojrzały się z barwą nieba.
I nagle świat przypomniał sobie, że nie jest pyłem unoszonym na wietrze. Siła ciążenia ściągnęła ją w dół. Powoli i sukcesywnie, opadła w pomarańczowe chmury, przebiła się przez nie niczym ołowiana kula. Odwróciła ciało przodem do kierunku spadania i zobaczyła zbliżającą się nieuchronnie ziemię.
Zacisnęła powieki.
- Marcy, spóźnisz się.
Przetarła zaspane oczy i w końcu uchyliła je. Zorientowała się, że jej pokój rozświetlony jest ciepłym światłem poranka. Mimowolnie westchnęła głośno i przekręciła się na drugi bok, gdzie z jej spojrzeniem spotkała się uśmiechnięta, zaczerwieniona buzia chłopca. Jego błękitne oczy wpatrywały się w nią z radością, szczerzył swój niepełny uśmiech i krzywił lekko nosek, na którym miał dokładnie cztery piegi.
- Wstałaś! Babcia woła na śniadanie.
Nie jest Twoją babcią… - Nasunęło jej się na myśl, choć usta nawet nie postanowiły się rozchylić. Tkwiła mocno zakorzeniona pod ciepłą, białą pierzynką z jasnymi włosami rozsypanymi na bawełnianej poduszce. Nie chciała otwierać oczu, było jej tak dobrze w świecie chmur. I pokazywała to całym swoim ciałem, co najwyraźniej rozzłościło małego chłopca, który wdrapywał się już na jej łóżko, by znów potrącić Marcy swoimi małymi dłońmi i zrobić wszystko, by tylko zwlokła w końcu to cholernie ciężkie ciało z miękkiego materaca.
Było wielu ludzi, wielu, którzy dziękowaliby za dar, jakim jest ta rodzina. Dwójka urwisów, dzieci Connie, o tak, oni byli perfekcyjnymi Figgami. Obaj zadziorni, obaj uparci, obaj niebieskoocy. Nie potrafiłaby wyobrazić sobie innego scenariusza tych dzieciaków. Kiedyś będą wspaniałymi czarodziejami. Wspanialszymi od niej.
- Cześć, tato. - Przywitała się, gdy tylko jej stopa w końcu postanęła w kuchni. Mężczyzna siedział jak zwykle, na swoim ulubionym miejscu na skraju stołu. Jego wyraz twarzy wydawał się surowy, kiedy wzrok jeździł powoli po kolejnych stronach Proroka Codziennego, a do ust unosił swoją ukochaną, rzeźbioną fajkę wodną. Na całym parterze unosił się zapach tytoniu i łagodny dym otulał czule każde pomieszczenie. Blathair był mężczyzną, który starzał się jak wino. Zmarszczki, choć dodawały lat niezaprzeczalnie, sprawiały, iż jego twarz wyglądała poważniej i odpowiedzialniej, a gdy rozświetlał ją uśmiech, był on tak kontrastujący, że błyszczał jak promień słońca i rozświetlał ducha każdego w ich rodzinie. Ojciec przyjął ją pod swój dach, gdy miała problemy finansowe choć wcale nie musiał. Nie dokładała praktycznie nic do utrzymania domu poza swoją obecnością oraz dokładaniem odrobiny własnej pracy do utrzymania porządku w domostwie.
Kochała swój dom ponad wszystko. Gdy siadała przy stole i mogła obserwować ojca niczym najbardziej niesamowity obraz dobroci i łagodności.
Parę lat temu nie powiedziałaby, że to jego osoba stanie się tą, która będzie napędzać ją do kolejnych działań, do pracy nad sobą, do zmian, które powinny w niej zajść. Parę lat temu była dzieciakiem upojonym swoim nienagannym sukcesem. Miała wszystko - pieniądze, karierę, miłość. Dzisiaj nie miała nic. Była białą kartką pochłoniętą w atramencie melancholii, która ciągnęła ją w dół, nie pozwalając pójść naprzód. Nie potrafiła zliczyć ile nocy przepłakała. Nie potrafiła nawet powiedzieć, w którym momencie dawna radość zniknęła, to działo się tak długo, tak powolnie, pochłaniało ją doszczętnie aż w końcu wylądowała tutaj. W bawełnianym szlafroku, u boku ojca. Jedynego człowieka, który w jej oczach wiedział wszystko. On jeden potrafił wskazywać ścieżkę, której sama nie dostrzegała.
- Późno wczoraj wróciłaś. Jak było? - Nie uniósł nawet wzroku znad gazet, gdy zadał to pytanie. Zapewne nie chciał widzieć miny swojej córy. Jej zawiedzionej i niezadowolonej miny. Jak było, co za pytanie…
- W porządku.
Nie, wcale nie było w porządku. Miała siniaki w miejscach, w których nie wiedziała, że mogą powstawać. Dotąd jej magiczne umiejętności były dosyć nierozwinięte. Była sportowcem, skupiała się na fizycznych umiejętnościach, zaś magiczne zaniedbywała. Nie uczęszczała do Klubu Pojedynków. Dopiero na szkoleniu zrozumiała jak bardzo jest do tyłu i jak bardzo jest irytującym to, gdy różdżka po raz kolejny wypada z dłoni pod wpływem zaklęcia, ile razy przeklinała to pod niebiosa. Czuła, że oni wszyscy kłamali. Mówili jej, że zrobiła niesamowite postępy w jedynie rok, że się zmieniła, że stała się bardziej uparta, że starała się, jednak ona nie czuła żadnej zmiany, żadnej ważniejszej siły. Gdy pierwszy raz pojawiła się w Ministerstwie jako pełnoprawna policjantka nie potrafiła się nią nazwać.
Wtedy pierwszy raz spotkała się z krytycznym spojrzeniem jasnych, zielononiebieskich oczu człowieka, który podstawą zdradzał, że wcale nie chce tu być, a już na pewno nie chce, by była tutaj również ta dziewczyna. Przydzielono mu nowicjuszkę, w dodatku kobietę. Jak wielkie rozgoryczenie musiał czuć? Może zmienili mu na nią o wiele lepszego partnera?
Wrzała emocjami, gdy przypominała sobie to spojrzenie, które chciała jedynie zakryć i uwolnić się od niego. Wielu wyczuwało jej negatywne emocje, wielu widziało jak bardzo bezsilna się czuje, a Blathair, on wiedział ledwie po krótkim rzuceniu okiem na swoją córkę. Rzucał wtedy jedynie proste wiem, że dasz sobie radę. I choć to zupełnie głupie, ona wiedziała, że w tych słowach były wielkie nadzieje.
Ojciec nigdy nie chciał, by żadne z jego dzieci wybierało swoją przyszłość przez jego zachciankę. Czuł jednak dumę, że jego córka podjęła się takiego zawodu, że chciała zmieniać świat i podjęła się czegoś zupełnie nowego. Gdy Marcella spoglądała w jego błękitine oczy za każdym razem utwierdzała się mocniej, że to co zrobiła nie wystarcza. Ta decyzja nie była prosta i zajęła jej wiele dni przemyśleń. Zajmowała jej myśli, powodowała głupie gafy na misjach i jeszcze bardziej denerwowała jej współpracownika, który nieraz nie szczędził jej przykrych słów, coraz bardziej budując w niej chęć buntu.
Przyszła do macochy. Z uśmiechem i prośbą.
Tego dnia wybrały się razem do Londynu. Odwiedziły fryzjera i Marcella pierwszy raz od wielu lat zmieniła fryzurę. Swoje długie, jasnorude fale ścięła do długości okolic ramion. Mówi się przecież, że fryzurą kobieta sygnalizuje początek dużych zmian w swoim życiu. I w tym momencie kobieta postanowiła już zapomnieć o fioletowym niebie, o pomarańczowych chmurach, a skupić się na ziemi nim niechybnie w nią uderzy.
Złapała za plik papierów, które włożyła do teczki i schowała w szufladzie regału, który stał pod ścianą siedziby Policji. Wróciła na swoje miejsce, by uzupełniać kolejne raporty z kolejnych zupełnie nieznacznych, wydawałoby się, spraw. Napad na księgarnię, zakłócanie ciszy nocnej, łapanie przemytników z portu…
Komisarz podszedł do jej biurka i położył na nim teczkę, rzuciwszy tylko Twoja sprawa, Figg. Blondynka uniosła nań spojrzenie jedynie i może z czystej ciekawości nic nie powiedziała, jedynie zajrzała do środka.
Zaginiona. Jane Douglas
Nikt przecież nie spodziewałby się, że ta właśnie sprawa, pozornie prosta i idealna dla nowicjusza stanie się początkiem czegoś zupełnie nowego. Okropnego przekrętu, który pchnął jedną, małą osobę w ręce nowego życia, zupełnie oddalonego od tego, co prezentowała jeszcze rok temu.
Weszła do mieszkania zaginionej bez większych problemów. Na miejscu było już też dwóch innych policjantów - robili oni oględziny oraz pomniejsze badanie miejsca. Salon wydawał się przytulny, choć przyznać trzeba było, że coś w nim sprawiało, że czuła ciarki na plecach, wydawałoby się, że właściwie niekoniecznie. Przeczucie jednak mówiło, że nie może tego zignorować. Znacznie wątpiła w swoją niewykształconą w ogóle śledczą intuicję, ale nie mogła zignorować niejasnego sygnału. Zza paska wyciągnęła jedną z fiolek z eliksirami, które dostała przed misją od specjalistów z Departamentu Przestrzegania Prawa. Otworzyła zamkniętą korkiem fiolkę i chwilę później fioletowy gaz zapełnił pomieszczenie i osiadł. Osiadł niemal wszędzie.
Biuro Aurorów dostało list.
Czas zapomnieć o obłokach.







If you can teach me the meaning of being here,
I can always stay strong and unchanged.
Powrót do góry Go down
 

Marcella Figg

Powrót do góry 
Strona 1 z 1

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Morsmordre :: Wprowadzenie :: Archiwa Departamentu Tajemnic :: Myślodsiewnie :: Talia kart Tarota-
Styl: Caelan + Cassandra + Justine

Forum oparte na serii książek J.K.Rowling, niektóre imiona i nazwy własne są jej własnością.
Opisy częściowo pisane w oparciu o Pottermore.
Autorskie opracowania oraz pozostałe treści forum są własnością intelektualną twórców,
zabrania się ich kopiowania.


Baner small nobg

Morsmordre 2015-20