Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia



Login:

Hasło:

Park Narodowy Dartmoor
AutorWiadomość

Park Narodowy Dartmoor

Prastary, bogaty w zwierzynę park znajduje się pomiędzy dystryktem West Devon i South Hams. Zgiełk wojny i zniszczenia charakterystycznego dla całego hrabstwa Devon zdaje się zapomnieć o magicznym miejscu, w którym zielone wrzosowiska przeplatane są granitowymi skałami, spomiędzy których niejednokrotnie można natknąć się na rozhasaną zwierzynę. Miejsce idealne na wyciszenie się, obcowanie z naturą i dobrami, jakie oferuje. Ze względu na wzgórza okalające miejsce wiatr jest nieodłącznym elementem każdej wizyty. Jedynie potężne formacje skalne są w stanie zapewnić schron przed zimnymi podmuchami, które nie zawadzają stworzeniom przystosowanym do takiej pogody oraz temperatury. W zależności od miejsca można napotkać mokradła i torfowiska objęte mgłą. Pomimo przeciwności warunków można natknąć się na wioski. Największą z nich jest wybudowane w czasach napoleońskich Princetown, gdzie znajduje się strzeżone więzienie.
Punktem przyciągającym gapiów jest zamek Drogo wybudowany w latach 1910-1930 przez jednego ze znanych, mugolskich architektów sir Edwina Lutyens. Obszerność parku nie pozwala na dostrzeżenie najwyższego szczytu High Willhays (610 m n.p.m.), który robi furorę pośród mugolskich, często spotykanych na ścieżce wędrowców oraz badaczy. Typowym widokiem jest szeroka gama ptactwa, kuce Dartmoor, lisy, króliki, borsuki, szare wiewiórki, łasice, zające, sarny, jelenie i gronostaje, a także magiczne stworzenia, o których istnieniu krążą jedynie legendy.
Zarówno pośród mugolskich, jak i czarodziejskich dzieci mówi się o baśniach związanych z wrzosowiskami, które zwykle zahaczają o postaci wróżek, chochlików, czy też jeźdźców bez głowy. Wielu z mugolskich twórców, o których traktuje literatura, inspirowało się magicznym parkiem, w którym świat był jeszcze bardziej magiczny, a czasem nawet surowy.
Mistrz gry
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : 99
UROKI : 99
ELIKSIRY : 99
LECZENIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Park Narodowy Dartmoor Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki

Powrót do góry Go down

| 03.10.57 |

Nie istniały piękniejsze rejony niż Devon, a przynajmniej w takim poczuciu trzymał się Urien, prędko przebierający krok za krokiem. Portowy smród już dawno zniknął gdzieś za lekko przygarbiony plecami metamorfomaga, który pomykał pod jedyną zarejestrowaną ze ‘swoich’ twarzy. Zdecydowanie nie należało nadużywać przywilejów w postaci rejestracji i możliwości legalnej legitymizacji, dlatego starając się nie zwracać uwagi osób trzecich, przetransportował się poza granice Londynu mniej legalnymi przejściami. Starając się powstrzymać paranoiczne odruchy zerkania przez plecy, dotarł do punktu aportacyjnego w jednym kawałku, od razu oddając się charakterystycznemu szarpnięciu w okolicy pępka. Lata praktyki sprawiły, że dziwaczne uczucie przywołujące na myśl wymioty już dawno odeszło w niepamięć. Zabawnie było teraz myśleć o takiej błahostce, która wydawała się wtedy tak poważna.
Nagły podmuch wiatru przywołał go do rzeczywistości, którą był wietrzysty park. W oddali widział rogate krowy górskie, widoki typowe dla tego regionu. Głęboki wdech pozwolił mu bardzo szybko przemienić się w naturalną postać i twarz, które zdecydowanie bardziej pasowały do całego obrazu. Momentalnie rude loki wzbiły się w powietrze, zabierając mu możliwość zauważenia postaci kuzynki, z którą miał się spotkać tuż obok jednego z bardziej skalnych miejsc, gdzie znajdował się również charakterystyczny menhir. Był to region wysunięty możliwie najbardziej na północny wschód, tuż pod wejściem do parku w Dunsford. Oczyma wyobraźni śledził jej drogę, jeśli znajdowała się w Ottery St. Catchpole, musiała cały czas kierować się na zachód, aż do mugolskiego Exeter, a potem już zostawała tylko kontynuacja podróży do dalszego zachodu. Rodzina z pewnością nie miałaby nic przeciwko ich spotkaniu, jednak matczyny wzrok nieco zbyt mocno przytłaczał, żeby mógł swobodnie przychodzić tam dzień w dzień. Miał świadomość tego, że pewne niedopowiedzenia tworzyły pomiędzy nim a wszystkimi dystans, którego nikt nie był w stanie ukrócić...może poza Nealą. Nastoletnia dziewczynka miała ewidentnie tyle samo odwagi, co Brendan, tylko czy wróżyło to dobrze w jej przyszłości? Być może odrobina tchórzostwa pozwalała na pewne ustępstwa, choć czy w takim wypadku faktycznie można się wtedy nazwać Gryfonem? Pytanie to dosyć mocno zakorzeniło się w jego głowie. Nawet przestał walczyć z wiatrem, który przez cały czas starał się go zirytować, pchając jego rude loki prosto w wielokolorowe oczy. Może to te cholerne Pixie, o których krążyło tyle legend, próbowały mu zrobić psikus, zakrywając możliwość spostrzeżenia postaci kuzynki? Niech je diabli!
[bylobrzydkobedzieladnie]


Serce mnie bije
Dusza zapije

Żyję



Ostatnio zmieniony przez Reggie Weasley dnia 24.02.21 20:46, w całości zmieniany 2 razy
Reggie Weasley
Reggie Weasley
Zawód : Prace dorywcze
Wiek : 28
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Kawaler
... here we go again
OPCM : 22
UROKI : 1
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 1
TRANSMUTACJA : 13
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 10
Genetyka : Metamorfomag

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t8733-regi-weasley https://www.morsmordre.net/t9176-poczta-uriena#278014 https://www.morsmordre.net/t9054-moze-mnie-kojarzysz#272989 https://www.morsmordre.net/f156-doki-pont-street-37-4 https://www.morsmordre.net/t9072-skrytka-bankowa-2069#273565 https://www.morsmordre.net/t9055-u-r-weasley#273095

Powrót do góry Go down

Już od rana miałam sporo energii. Zwłaszcza, że dzień ten dobrym miał być - taką przynajmniej nadzieję miałam. Ale jak mogłaby być inaczej, kiedy to właśnie dziś miałam zobaczyć się z kuzynem Urienem. Co prawda, nie byłam całkowicie pewna, czy to moje słowa sprawiły, że postanowił jednak w Devon się pojawić, czy sprowadzały go tu inne sprawy, ale na razie nie zaprzątało to moich myśli. Wszystko i tak miało się prędzej czy później samo wyjaśnić.
Oczywiście, że im powiedziałam. Oczywiście, że ich uprzedziłam. Nie rozumiałam dokładnie, dlaczego Urien zamiast w domu, wolał spotkać się na otwartych przestrzeniach, ale nie naciskałam go w tej kwestii. Widziałam zdziwienie na twarzy wujaszka, ale żadne z nich nie zapytało o dokładny powód. Zgodzili się jednak bym wzięła Montygona, tak samo jak pozwolili mi dziś podróżować samej. Chociaż widziałam, że cioteczka mimo wszystko obawia się o moje własne bezpieczeństwo. Zjadłam śniadanie, chociaż nogi już same chodziły by ruszać w drogę i obiecałam solennie, że wszelkich niebezpieczeństw - jeśli by się pojawiły - unikać będę. Nie wdawać się w za długie rozmowy z obcymi, co więcej nie decydować się na przebywanie z nikim w samotności, jeśli nie będzie Urienem. Wiedziałam, ze się martwi, a ja nie chciałam jej zawieść. Zresztą pamiętałam też słowa Brendana, że teraz bardziej niż wcześniej uważać należy, komu właściwie się ufa.
Do Dartmoor był spory kawałek drogi, ale nie przeszkadzało mi to jakoś nadto. Zawsze lubiłam jeździć konno, a w Londynie nie było ku temu wiele sposobności. Wstążką spięłam włosy z tyłu głowy związując je luźno, żeby w czasie podróżny nie wpadały mi w oczy. W torbie, którą przyczepiłam do siodła miałam schowane kilka jabłek, dwie kanapki - na wypaedk, gdybym po drodze zgłodniała i butelkę wody. Kiedy wsiadałam na wierzchowca podszedł wujaszek wciskając mi w ręce trochę pieniędzy. Zauważyłam, że to zarówno mugolskie jak i czarodziejskie pieniądze są. Prawdopodobnie dlatego, ze wiedział, że i przez mugolską wioskę przejeżdżać będę. Podziękowałam ściskając go ramionami i chwilę później ściskając lejce razem z Montygonem ruszyliśmy w Devon. Większą część trasy pokonałam cwałem. Czasem w miejscach bardziej zaludnionych zwalniając by nikogo przypadkiem nie stratować. Zdarzyły się jednak chwile, kiedy mogłam pozwolić sobie na więcej. Podniosłam się wtedy na siodle, żeby odciążyć grzbiet Montygona i cieszyłam się jego cwałem. Zawsze uwielbiałam uczucie wolności, które towarzyszyło prędkości. Zarówno w przypadku jazdy konnej, jak i latania. Momenty w których świat wirował i zdawał się zlewać w jedność którą był. Nie mogłam jednak cwałować długo, głównie dlatego, że nie wychodziło mi to za idealnie i szybko się męczyłam sama.
Wiatr smagający moje policzki zaróżowiły je. Brązowe buty za kostkę wystawały spod granatowej sukienki które sięgała za kolana. Siedziałam jednak w siodle po męsku - bo najzwyczajniej w świecie tak było wygodnie. Damulskie jazdy nigdy nie były dla mnie. W końcu dostrzegłam pojedynczą jednostkę, która musiała być nic. Pociągnęłam za lejce kierując konia w jego kierunku. Kiedy znalazłam się już obok przerzuciłam nogę nad grzbietem Montygona i zsunęłam się z niego na ziemię.
- Nareszcie! - tak zaczęłam, podchodząc do niego, by zarzucić mu się na ramiona i trochę nieuważnie pociągnąć konia za sobą. - Dobrze, że jesteś Urien. - dodałam jeszcze, odsuwając się kawałek, by zmierzyć go uważnie od góry do dołu. - Tylko czemu tutaj spotkać nam się przychodzi. Zamiast w miejscu, które domem nazwać oboje możemy? - chciałam widzieć, zawieszając na nim jasne tęczówki, które - równie mocno jak ja - domagały się odpowiedzi.


Anything’s possible if you’ve got
enough nerve.

Neala Weasley
Neala Weasley
Zawód : dobry duch Devon
Wiek : 16!
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Panna
Jutro jest zawsze czyste, nieskalane żadnym błędem.
OPCM : 10
UROKI : 5
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 2
TRANSMUTACJA : 9
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej

Dzieci
Dzieci
https://www.morsmordre.net/t4071-neala-weasley https://www.morsmordre.net/t4260-victoria-sowa-brena-ale-tez-moja#87876 https://www.morsmordre.net/t9448-for-as-long-as-the-sun#287505 https://www.morsmordre.net/f171-ottery-st-catchpole https://www.morsmordre.net/t9744-skrytka-bankowa-nr-1054#295656 https://www.morsmordre.net/t4240-neala-weasley#86909

Powrót do góry Go down

Słyszał kopyta rozpędzonego rumaka. Nigdy nie był w stanie wystarczająco zaufać tym bestiom, wolał własne nogi, które z każdym dniem nabierały coraz szybszego tempa narzucanego pospiesznym trybem życia. Już dawno przestał zwracać uwagę na to, czy rzeczywiście mu to służyło - był przecież zmuszony do...nie wiedział czego. Obserwując zbliżającą się postać, której zaogniona twarz okalały rude pasma włosów, zaczął zachodzić sobie w myślach, przed czym faktycznie się bronił. Przecież był w stanie w każdej chwili wrócić do domu, ale zawsze znalazł się jakiś powód, by odroczyć to w czasie. Pozostając w rodzinnych stronach nieco dłużej, nie czuł pełnego komfortu, jakby zatajając swoje wielobarwne życie, wstydził się tego, co rzeczywiście robi i tak chyba było najlepiej. Zmniejszony kontakt oznaczał o wiele mniejsze spazmy poczucia winy, które głównie pojawiały się przy zadżumionym alkoholem umyśle usypianym wraz z wystrzałami adrenaliny w trakcie bójek. Ból i akcja pozwalały mu pozostawiać to, co najbardziej bolało gdzieś z boku, idealny szpieg to przecież ten bez rodziny. Nikt nie byłby w stanie go złamać skoro już i tak nie miał nikogo z własnej krwi, a tak? W żadnym stopniu nie żałował posiadania potężnej rodziny, jednak zmartwienia trapiące rudowłosą głowę były czasem zbyt wielkie, by mógł je pomieścić w jednym umyśle. Zbyt mocno zależało mu na tym, żeby z twarzy kuzynki nie schodził ten uśmiech, żeby Ria miała wystarczająco dużo kur, dorszy, saren i innych jadalnych stworzeń na stole u Macmillanów, żeby rodzice nie patrzyli na niego z tą mieszanką niepokoju i zmartwienia. Dobrze wiedział, że czas nie zagoił ran, wszystko było zbyt szybkie; szczególnie strata Brendana.
Nawet nie myśląc, co robi, nachylił się do nastolatki, zakleszczając ją w swoim uścisku. Wyrosła - cały czas był pełen podziwu, że kuzynka cały czas rosła, a świat w żaden sposób nie był w stanie zapewnić jej wystarczającej ochrony, nawet on.
- Cześć kruszynko - ucieszył się szczerze, pokazując rząd zębów i lustrując całą jej twarz spojrzeniem. Miewał tendencje do szukania wszystkich tych zmian, których nie był w stanie kontrolować przez dzielący ich dystans. Z każdym dniem wydawało się, że ta mała, uzdolniona czarownica zaczynała rozkwitać, przemieniając się w coraz to piękniejszą dziewczynę! Zdecydowanie widział ją jako nieskalaną duszę, dla której świat był zbyt ciemny by rozpromieniła go swoją odważną postacią. Nie chciał, żeby stała jej się krzywda, a pewne skrzywienie i jakiś niewdzięczny pesymizm dorzucały nieco przerażające myśli, przed którymi chciał ją uchronić. Zrobiłby to dla każdego członka swojej rodziny...i nie tylko.
- Ja.. - próbował odnaleźć słowa, które wytłumaczyłyby jego prośbę, sytuację, a może nawet i problem, jednak wszystko, co przychodziło do głowy, było zbyt trywialne, żeby móc próbować ją oszukiwać. Odnajdując jej jasne tęczówki, dobrze wiedział, że nie było tutaj miejsca na kłamstwa; kobiety z domu Weasley miały pewną zdolność, a on nigdy nie potrafił mu się oprzeć. Podejrzewał, że przyjdzie również czas na tłumaczenie się przed szesnastolatką, ale czuł się tak bezradny; jakby opanowała go jej rozbrajająca szczerość i troska będąca odległym wspomnieniem, a nie uczuciem skierowanym w jego stronę. Naturalnie martwili się o niego - głównie uzdrowiciele, jednak nikt nie był w stanie przejrzeć go tak mocno, jak rudowłose panienki Weasley. - zmieniłem się - powiedział ze smutkiem, nawet samemu nie będąc pewnym, czy było to wyznanie grzechu, czy też nieporadna próba wytłumaczenia się. Na wysuszone usta cisnęło się wiele pomysłów odpowiedzi, jednak ta mała postać, przed którą kucał dla zrównania wzroku, obalała je już na samym wstępie. - tak samo i trochę inaczej niż Ty. - spróbował nieco rozluźnić atmosferę, która ciążyła na jego piersi. Kątem ust posłał w jej kierunku uśmiech; smutny, ale jednak uśmiech. - Czy...brakuje Ci czegoś? - spytał dość naiwnie, nawet w najśmielszych marzeniach nie myśląc o tym, że mogłaby powiedzieć mu o czymś poza dobrami materialnymi.


Serce mnie bije
Dusza zapije

Żyję

Reggie Weasley
Reggie Weasley
Zawód : Prace dorywcze
Wiek : 28
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Kawaler
... here we go again
OPCM : 22
UROKI : 1
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 1
TRANSMUTACJA : 13
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 10
Genetyka : Metamorfomag

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t8733-regi-weasley https://www.morsmordre.net/t9176-poczta-uriena#278014 https://www.morsmordre.net/t9054-moze-mnie-kojarzysz#272989 https://www.morsmordre.net/f156-doki-pont-street-37-4 https://www.morsmordre.net/t9072-skrytka-bankowa-2069#273565 https://www.morsmordre.net/t9055-u-r-weasley#273095

Powrót do góry Go down

- Urienie Reginaldzie Weasley, cóż za banialuki pleciesz. - zaczęłam unosząc rękę ku górze, jasne tęczówki skrzyżowały się z tymi należącymi Wiatr unosił ku górze kosmyki, które w czasie jazdy wplotły się z warkocza z tyłu głowy. Błękitna wstążka powiewała na różne strony, zgodnie z wolą jednego z żywiołów. Oh, jakże wiatr potrafił być piękny wprawiając w ruch to co zastałe, ale jednocześnie i okrutnie bezwzględny, kiedy ktoś sprzeciwił się jego sile. - Oczywiście, że się zmieniłeś. - wypowiedziała, spokojnie patrząc mu uważnie w twarz. Na piegi tak podobne do tych które sama miałam i włosy w odcieniu równie rude. - Tylko głupcy w miejscu stoją, nie ruszając się o krok nawet. Wyobrażasz sobie, jak ludzie i świat, byliby bezdennie nudni, gdyby codziennie nie pozostawili czegoś nowego do odkrycia i zobaczenia własnymi oczami? - zapytałam ze spokojem, kiedy włosy tak mi wokół twarzy latały. A kiedy kolejne z pytań wypadło z jego ust moja rękę przesunęła się, na chwilę odnajdując policzek kuzyna. - Ciebie - to chyba dość jasno zaznaczyłam? - wypowiedziała retoryczne pytanie odsuwając się o krok. - Ale weź wstań, nie możemy porozmawiać poważnie, jak kucasz przede mną jak przed jakimś brzdącem. - poprosiłam cofając się jeszcze o krok. Uniosłam, dłonie, żeby nimi odgonić z twarzy rude kosmyki. Brzdącem już dawno nie byłam. Czasy, które teraz nastały, sprawiały, że każdy musiał trochę mocniej się zdecydować niż wcześniej. Nie mogłam przecież siedzieć i udawać, że nie widzę tego, co dzieje się dookoła i tego nie słyszę. Wojna zbierała swoje żniwo, a do jasno znaczyło się przed moimi oczami. Zresztą, dokładnie wiedziałam, bo wujaszek i cioteczka uznawali też moją dorosłość i mówili też przy mnie o rzeczach, które działy się w innych hrabstwach. Szczęście w nieszczęściu to było, że w Devon nie działo się aż tak okrutnie, choć i tak natrafić można było na bestialstwo drugiego człowieka. Tutaj, było jeszcze względnie bezpiecznie, chociaż słowa cioteczki wyryły się mocno w mojej głowie. Pamiętaj, Neala, bezpiecznie nie jest już do końca nigdzie. I pamiętałam, trzymając różdżkę blisko przy sobie i starając się za bardzo nie rozkojarzyć pięknem otaczającego mnie świata.
- Posłuchaj, wiem, że dorosły jesteś już. I że moment taki przychodzi, kiedy każdy zaczyna o własnych nogach poruszać się po świecie. I to normalne jest, życie tak w zwyczaju ma przebiegać. - zaczęłam, splatając dłonie za plecami, unosząc trochę podbródek, żeby spojrzeć na kuzyna. - Tęsknią za tobą, wiesz? - zadałam kolejne pytanie tęczówkami przesuwając po jego twarzy, znajomych piegach, kształcie oczu czy nosa. - I wiem, że nie tylko Devon potrzebuje pomocy. Przecież właśnie dlatego Brendana tu nie ma. On walczy gdziekolwiek teraz jest. - przesunęłam spojrzenie na bok, zawieszając je na znajdującej się dalej parce rogatych krów. Zmarszczyłam na kilka chwil rude brwi jakby nad czymś zastanawiając się mocniej. Bo i taka też prawda była. - Nigdy nie sądziłam, że przyjdzie mi w czasach wojny żyć, myślałam, że jedynie z książek o nich słyszeć będę. - wyznałam, nie przestając marszczyć brwi. Wzięłam wdech w płucach. - Ale mama zawsze mówiła, że czasem to co chcemy, czy to co najgłębszym pragnieniem serca jest, wcale nie idzie z tym co powinniśmy, lub to co odpowiednie jest. - powtórzyłam zasłyszane lata temu słowa. Tęskniłam za nią, ale szczęśliwie dla mnie samej, zdążyła powiedzieć mi wiele ważnych rzeczy, zanim zostałam sierotą. Choć niewątpliwie, posiadałam ogrom szczęścia, nie będąc całkowicie samą, mając brata i rodzinę, która zawsze przyjmowała mnie w swoje objęcia. - Jak niegdyś przed wiekami broniliśmy ziem przed najazdami tak i dziś nie możemy pozwolić jej zagrabić ludziom, którzy w sercach tylko ciemność mają. Nie dla nas, ale dla tych, co wybrali życie tutaj. - stwierdziłam, spoglądając znów na niego, unosząc rękę, żeby założyć za ucho kosmyk rudych włosów. - Co zamierzasz, Urienie i jak mogę ci pomóc? - tutaj w Devon, bo zrobię co będzie w zasięgu moich własnych możliwości. Co zamierzasz, bo więcej w życiu widziałeś i więcej o nim wiesz. Kłócić się z tym faktem, byłoby jedynie głupotą. Przyjmę zadania, którym będę w stanie stawić czoła. Zaryzykuję, żeby ludzie żyjący na na ziemiach krwi naszej byli bezpieczni. Bo przecież, nigdy nie interesowały nas te wielkie nazwy, statusy, czy wielkie zamki. Interesowały nas innych serca.
Przesunęłam się do torby przyczepionej do siodła Montygona, wyciągając z niego dwie kanapki owinięte w papier. Jedną z nich podałam Urienowi. Wyciągnęłam jeszcze butelkę wody, którą postawiłam obok nogi. Mogliśmy trochę zjeść w czasie rozmowy. Bo nie miała krótko trwać, miałam wiele pytań i wątpliwości, wiele niepewności i strachu. Ale mama zawsze mówiła, że razem siła była mocniejsza.


Anything’s possible if you’ve got
enough nerve.

Neala Weasley
Neala Weasley
Zawód : dobry duch Devon
Wiek : 16!
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Panna
Jutro jest zawsze czyste, nieskalane żadnym błędem.
OPCM : 10
UROKI : 5
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 2
TRANSMUTACJA : 9
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej

Dzieci
Dzieci
https://www.morsmordre.net/t4071-neala-weasley https://www.morsmordre.net/t4260-victoria-sowa-brena-ale-tez-moja#87876 https://www.morsmordre.net/t9448-for-as-long-as-the-sun#287505 https://www.morsmordre.net/f171-ottery-st-catchpole https://www.morsmordre.net/t9744-skrytka-bankowa-nr-1054#295656 https://www.morsmordre.net/t4240-neala-weasley#86909

Powrót do góry Go down

Nie wiedział czy były to jej słowa, które uderzały z poczwórną mocą, czy też ton, a może zwyczajnie cała persona. Neala potrafiła przemówić do rozsądku niejednemu jegomościowi i był przekonany, że w szkole robiła potężną furorę stawiając wszystkich w pionie. Chyba nigdy nie spotkał się z uczuciem tak wielkiej bezsilności, która niemalże odbierała mu dech i była inna niż ta przeżyta w Oslo, cieplejsza. Rozbieganym wzrokiem patrzył na twarz kuzynki szukając w niej podstępu, choć dobrze wiedział, że nie starałaby się go oszukać, była dobra. Kiedy już poczuł, że może w pełni zachłysnąć się tym wspaniałym uczuciem poczuł wewnętrzny ziąb, a co jeśli...ściągnie ją na dno. Przeraźliwa myśl zakotwiczyła się pod rudą czupryną, nie dając możliwości spojrzenia na wszystko z takiej perspektywy jaką szkicowała mu młodsza dama. Z całych sił pragnął, żeby było dokładnie tak jak kiedyś, kiedy nie musiała myśleć o sobie jako sierocie, której brat zniknął w wirze walki. Chciałby być równie dzielny i skuteczny jak Brendan, ale nie każdy miał to czego pragnął, więc lepił co tylko mógł ze wszystkiego co mu zostało w oddali od rodziny dla ich bezpieczeństwa. Nie było łatwo wrócić myślami gdzieś indziej. Posłusznie wstał, robiąc spory dystans pomiędzy ich twarzami.
Kolejny raz wyraziła tęsknotę, a on jak pierwszorzędna owca - nawet lepiej - baran, stał i patrzył w otępieniu. Serce wybijało jakiś szalony rytm, choć przecież nie działo się nic wielkiego, tylko rozmawiali, AŻ rozmawiali na tak poważne tematy, że poczuł, jak jego dłonie zaczynają się pocić. Nie przejmował się tym, że miała szesnaście lat, jej słowa brzmiały o wiele doroślej, co przysparzało jedynie więcej bólu i trosk niż powinno. Przeszła wiele i nikt nie był w stanie jej na to przygotować, ale czy ktokolwiek mógł? Choć wzrostem była niska, to hartem ducha i mądrością wspinała się po wyżynach, które zdawały się mu być nieosiągalne. Dobrze wiedział, że nie było jej łatwo, jak każdemu żyjącemu w trakcie wojny, jednak starał się w pełni swoich sił, żeby nie odebrać jej możliwości kontynuacji swojego zdania. Liczyła się zarówno ona, jak i wszystko, co było wypowiadane w jego stronę. Był głupi, nie było to tajemnicą od dawna, jednak w obecności tej małej osóbki zdawał się prawdziwie mały. Sięgnął po kanapkę, siadając zaraz na trawie. Nie chciał patrzeć na nią z góry, tym bardziej że chciał porozmawiać, poznać ją na nowo, bo kiedy zniknął i stało się tak wiele, zdążył zorientować się, że nie była to ta sama Neala, którą znał z zeszłego roku...
- Pomogę wam z całych sił. - powiedział wprost, nie szukając jej oczu, dobrze wiedział, że te dwa niebieskie tunele patrzą na niego w oczekiwaniu na odpowiedź, a on nie był w stanie odmówić niczego. Pomimo swojego żarłocznego stylu bycia nie był w stanie wziąć choćby gryza kanapki. Rosnąca gula w gardle nie była zbyt pomocna. - Do ostatniego tchu będę was wspierać i... - przerwał na chwilę, starając się znaleźć słowa, które przepełnione były czczym sentymentalizmem wyczuwalnym w każdym skrawku jego ciała - też za wami tęskniłem, tęsknię. - skończył w końcu, siłując się na dzielne dotrwanie do końca rozmowy bez łez, które pchane jakimś wewnętrznym ciepłem starały się uciec poza zaszklone oczy.
- Wiesz, że nigdy nie był ze mnie wielki strateg...po prostu utrzymuję się na lądzie. - przyznał z goryczą ściskającą za gardło. - Przykro mi, że musisz przeżywać to wszystko co dotychczas widziałaś tylko w księgach, uwierz mi, gdybym potrafił to wszystko cofnąć...zrobiłbym to bez wahania. - zadeklarował poważnie, nie spuszczając z niej oczu. Ugryzł się w język, przemieniając przekleństwo, które niemalże wyszło z jego ust na nieco lżejszą wersję wyrażenia złości. - Do diaska, gdyby Merlin by pozwolił, cofnąłbym chociaż swój wyjazd, którego wcale nie chciałem...znikać bez wytłumaczenia...przepraszam Neala...postaram się to wszystko naprawić...oddać...zreperować...potrzebuję jedynie czasu - którego nie mamy dopowiedział w myśli, dławiąc się własnym żalem za wszystko, co się wydarzyło. - Jesteś teraz mieszkanką Ottery...znasz okolicznych ludzi, lepiej powiedz mi, co jest potrzebne...mogę postarać się o jakieś racje żywieniowe, leki, eliksiry, Londyn nie zachwyca, ale mamy tam dosyć ciekawy port. - przyznał po chwili, stawiając ją niczym równą sobie, bo przecież inna opcja nie wchodziła w rachubę. Neala była już praktycznie dorosła, jeśli nie wiekiem, to z pewnością zachowaniem, a to liczyło się o wiele bardziej niż jakieś błahe cyferki. Weasley'owie nigdy nie robili sobie zbyt wiele z narzucanych przez większość reguł, nie zamierzał robić w tym przypadku wyjątku. - Z pewnością wojna niesie za sobą potężne straty, a uciekający ze stolicy potrzebują pomocy. - zasugerował z nieco bardziej rozluźnionym gardłem. Przejście do tematów, na które był w stanie faktycznie coś zmienić, ułatwiało mu funkcjonowanie. Nawet znalazł dość apetytu, żeby zanurzyć swoje zębiska w pysznej kanapeczce!


Serce mnie bije
Dusza zapije

Żyję

Reggie Weasley
Reggie Weasley
Zawód : Prace dorywcze
Wiek : 28
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Kawaler
... here we go again
OPCM : 22
UROKI : 1
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 1
TRANSMUTACJA : 13
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 10
Genetyka : Metamorfomag

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t8733-regi-weasley https://www.morsmordre.net/t9176-poczta-uriena#278014 https://www.morsmordre.net/t9054-moze-mnie-kojarzysz#272989 https://www.morsmordre.net/f156-doki-pont-street-37-4 https://www.morsmordre.net/t9072-skrytka-bankowa-2069#273565 https://www.morsmordre.net/t9055-u-r-weasley#273095

Powrót do góry Go down

Przytaknęłam głową na obietnicę pomocy. Dobrze, zapowiadało się naprawdę dobrze. Właśnie tego potrzebowało Devon, jego gotowego do działania. Oczy złagodniały mi trochę, kiedy mówił o tęsknocie. Usiadłam obok uśmiechając się promiennie.
- Mogłabym się obrazić okropnie, gdybyś twierdził że nie tęskniłeś nawet trochę. - stwierdziłam więc spokojnie, odkręcając butelkę wody, żeby upić z niej trochę. Przesunęłam jasnym spojrzeniem po otoczeniu. Devon było naprawdę piękne. Potrafiła zapierać dech w piersiach już samym pięknym widokiem.
- Nie ma co żałować rzeczy, których zmienić się już nie da. Anglia toczy wewnętrzną wojnę, to fakt - a uciec przed prawdą się nie da. - odpowiedziałam mu, wzruszając lekko ramionami. Wgryzłam się w kanapkę którą wyciągnęłam z białego papieru w który była zwinięte. Patrzyłam na niego przeżuwając jedzenie, by w pewnym momencie zawinąć papier ponownie wokół chleba i odłożyć go obok siebie.
- Posłuchaj mnie. - zaczęłam, wyciągając rękę, żeby położyć ją na tej większej, należącej do niego. Tęczówki zawiesiłam na jego twarzy. Otwierając usta ponownie. - Nie warto czasu marnować na gdybanie, czy składanie do losu próśb o czasu cofnięcie, kiedy ten nigdy nie był skory na tyle by pójść komukolwiek na rękę. Przeszłość w przeszłości zostawić trzeba, ugrząźć w niej to największe nieszczęście. - mama tak mi kiedyś i byłam pewna, że miała rację. Zawsze miała rację, przekonywałam się o tym na co dzień i niezmiennie. Tęskniłam za nią. Była mądra. Zdecydowanie mądrzejsza ode mnie. Zostawiła mi wspomnienia wspólnych chwil i mądre słowa, a te były najcenniejsze. Nikt nie mógł mnie z nich obrabować. Zdążyła wychować Brendana i zostawić wiele wspomnień mnie. A Brendan, mimo swoich obowiązków, niewielkiej ilości czasu zadbał o to, bym uczyła się dobrze, ale też i swoje wiedziała o życiu. Pracy nie bała się ani trochę i miała świadomość, że na rzeczy trzeba zapracować. - To już nie ważne. - zapewniłam go spokojnie, nie przestając wpatrywać się w niego. -  Gdzie byłeś, co robiłeś wcześniej. Jeśli powiedzieć zechcesz, wysłucham cię dokładnie. - dla potwierdzenia przytaknęłam głową. -  Jeśli mówić nie chcesz, nie musisz wcale. Cioteczka i wujek z pewnością też nie będą wymagać od ciebie tłumaczeń wielkich. - tego ostatniego pewna całkowicie nie byłam. Ale teraz, kiedy wszystkie ręce były potrzebne, przeszłość niezmiennie pozostawała jedynie czasem minionym. Tego jednego byłam pewna. Zabrałam rękę, biorąc się dalej za kanapkę. Trochę zgłodniałam jednak po tej podróży na Montygonie, a wrócić jeszcze musiałam przed zmierzchem najlepiej. Skrzyżowałam nogi siadając po turecku. Uniosłam rękę odsuwając z twarzy kosmyk włosów.
- Potrzebujemy wszystkiego. Zima się zbliża, a ludzi jest coraz więcej. Dzięki rozgłośni zawsze wiemy, że kolejni ludzie idą na Dorset, ale zima będzie…. - zatrzymałam się w wypowiedzi, bo coś nagle do mnie dotarło. Coś sobie nagle uświadomiłam. Jedno słowo, które opuściło jego usta. Chyba pobladłam odrobinę. Nie, pobladłam na pewno. Mimo, że zimno jakoś okrutnie jeszcze nie było. To jednak czułam, jak przez plecy dreszcz nieprzyjemny mi przechodzi.
- Londyn? - powtórzyłam po nim, czując jak moja warga drga niebezpiecznie. - Na wszystkie sasanki, Urienie, Londyn? - powtórzyłam raz jeszcze zapominając na chwilę by wymieniać to, co niezbędne będzie i ile pracy przed nimi było. Podniosłam się na równe nogi zaczynając chodzić po wytyczonym kawałku miejsca. Brwi zmarszczył mi się wyraźnie. Z rozdrażnieniem odsunęłam kosmyki z twarzy. Zacisnęłam usta w wąską linijkę w końcu spoglądając na niego z góry. - Zabiją cię, jeśli dowiedzą się kim jesteś. Zdajesz sobie z tego sprawę? - to był prosty wniosek. Prosty jak fakt, że co dzień wstawało słońce. Nie sądziłam, żeby moje słowa histerią były, czy powiedziane nad wyrost i niepotrzebnie trochę. Stwierdzenie, po którym wypowiedziałam pytanie. Mogłam jeszcze zaakceptować fakt, że ryzykował, jeśli wiedział po co dokładnie. Garrett był w Zakonie o którym mówił jej Brendan i którego sam był częścią. W Zakonie za którego członkami rozesłano listy gończe. Przestała głośno wypowiadać swoje nazwisko obcym osobom, zgadzając się z cioteczką kiedy mówiła, że nikt nigdzie nie jest już bezpieczny. Co prawda, zawsze mogły zdradzić ją włosy. Na to jednak nie była w stanie wiele poradzić. Ostatnie czego chciałam, to by Brendan był zawiedziony nieroztropnością, kiedy czasy były tak okropne. Zaciskałam rękę w pięść i rozwijałam ją ponownie. W końcu uniosłam lewą, zaciskając lekko zęby na palcu wskazującym. Nad czymś gorączkowo myślałam. Nie przestałam chodzić w te i wewte. - Też w nim jesteś? - zapytałam spoglądając ku niemu. Nie mówiąc głośno o co mi chodzi. Jeśli był, wiedzieć będzie. - Do wojny wrócić nam dane będzie, ale na razie odpowiadaj naprędce.. - ponagliłam go, zakładając dłonie na piersiach. Serce tłukło mi się okrutnie


Anything’s possible if you’ve got
enough nerve.

Neala Weasley
Neala Weasley
Zawód : dobry duch Devon
Wiek : 16!
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Panna
Jutro jest zawsze czyste, nieskalane żadnym błędem.
OPCM : 10
UROKI : 5
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 2
TRANSMUTACJA : 9
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej

Dzieci
Dzieci
https://www.morsmordre.net/t4071-neala-weasley https://www.morsmordre.net/t4260-victoria-sowa-brena-ale-tez-moja#87876 https://www.morsmordre.net/t9448-for-as-long-as-the-sun#287505 https://www.morsmordre.net/f171-ottery-st-catchpole https://www.morsmordre.net/t9744-skrytka-bankowa-nr-1054#295656 https://www.morsmordre.net/t4240-neala-weasley#86909

Powrót do góry Go down

Kąciki ust same pociągnęły się ku górze, słysząc jej prostą i szczerą odpowiedź; chciał, żeby wszystko, co go otaczało, miało ten sam płomień prawdy, której nikt i nic nie było w stanie zachwiać. Rodzinny dom kojarzył się tylko z tym, co trwałe, mocne i przede wszystkim - bezpieczne. Kolejna mądrość wypłynęła z ust nastoletniej kuzynki, a on chłonął wszystko, co mówiła, potakując jedynie. Jako rodzina mieli doświadczenie życia na wojnie, a nawet egzystowania z ich skutkami, co było widoczne po włościach rudzielców. Potrafili łapać chwile swobody tylko wtedy, kiedy był na to czas i raczej nic nie mogło tego zmienić, po cóż więc przejmować się tym nieodwracalnym?
Każda kobieta z rodziny Weasley posiadała pewien instynkt pozwalający dojrzeć tam, gdzie zwykły wzrok nie sięgał. Pod wpływem dotyku jej dłoni gula w gardle odpuściła, pozostawiając mu melancholię, której nie miał ochoty przelewać na zewnątrz. Było zbyt wiele powodów do trosk, nie miał ochoty dokładać kolejnego, tym bardziej że nie było go tak długo. Zostawić przeszłość w przeszłości pomyślał, biorąc kolejny kęs kanapki, bo przecież jedzenie nie mogło się marnować dla jego rozważań, miał w końcu powód do przegryzienia kilku dręczących zagwozdek. Świadomość posiadania wsparcia w rodzinie zawsze dodawał sił, być może dlatego zdołał przemóc się w wytłumaczeniu ogólnikami, co się stało, tylko czy w ten sposób historia nie odejdzie w niepamięć? Rodzice zdecydowanie nie mieli oporów przed przywitaniem go z otwartymi ramionami, jednakże te bolesne spojrzenia zmuszały go do natychmiastowej ewakuacji przed własnym załamaniem wszelkich barier, które zostały utworzone w czasach poza krajem. Nie mógł pozwalać im dochodzić tak blisko siebie, byli mu najbliżsi, jednocześnie będąc dalekimi, bo przecież jak wytłumaczy swoją nadopiekuńczość o ich bezpieczeństwo, kiedy sam co którąś noc szedł komuś porządnie obić twarz, jednocześnie doprowadzając się do skraju. Czy z takiego syna byliby dumni? Tego, który spośród wszystkich jest najbardziej bezużyteczny, zepsuty.
- W Oslo - zaczął spokojnie, wbijając wzrok gdzieś we wzniesienie w oddali, kiedy ona wgryzała się w kanapkę - wszystko poszło nie tak, jak miało pójść. Nasza misja skończyła się fiaskiem, mój towarzysz... - zamilkł na chwilę, nawet nie starając się analizować, dlaczego spośród wszystkich osób opowiada tę historię właśnie jej. - nie zdołał dotrwać do końca, a po powrocie nie mogłem wrócić do Ministerstwa. Nie wiem jakie pogłoski krążą po drugim piętrze, ale domyślam się, że śmierć mojego towarzysza mogłaby zostać podciągnięta pode mnie... - dokończył ze smutkiem, bo przecież nigdy nie był tym, który zdoła grać przed najbliższymi, nie było w tym żadnego sensu, jedyne co wykorzystywał to niedopowiedzenia, które były zbyt ciężkie do konfrontacji, żeby mógł faktycznie się z nimi zmierzyć.
Nie był zbyt specjalnie zaznajomiony radiowymi audiencjami, a jednak w uszach wybrzmiało mu kilka urywków specyficznego brzmienia buntowniczej częstotliwości, którą słyszał jedynie w części Kornwalijskiej; nie było się czemu dziwić, przecież w Londynie mogłoby to grozić czymś gorszym niż Tower, a przynajmniej takie miał domysły. Właśnie wtedy jego uwagę zwróciła jej nagła zmiana głosu, szybko wrócił wzrokiem do rudowłosej, obserwując jej twarz w celu odnalezienia odpowiedzi na nurtujące pytanie - o cóż chodziło. Dopiero dobitne słowa, których był świadom, przywróciły go do szarej rzeczywistości będącej jego portowym życiem. Obserwował, jak nad nim góruje, jednak ani na chwilę nie spuścił wzroku, a tym bardziej pokazał niepewności, bo przecież dobrze wiedział z czym wiąże się tak ryzykowne przebywanie w stolicy, tym bardziej że wiele organów ścigających znało jego długą, rudowłosą czuprynę i ten mało szelmowski uśmiech. - Wiem o tym Nealu. - przytaknął z powagą, nie odczuwając żadnych dreszczy, bo przecież dobrze wiedział, jak działała ta gra, giniesz albo żyjesz, innego wyjścia nie było. Przyzwyczajony, a raczej nieświadomie uzależniony od adrenaliny potrzebował bodźców, które odnalazł właśnie w porcie, gdzie skrupulatnie wykorzystywał swoje zdolności metamorfomagiczne. Jednak tu nie chodziło o niego, chodziło o nią! Kiedy zauważył jej przejęcie w postaci chodzenia tam i z powrotem, stanął na nogi, podchodząc w dwóch krokach i nachylając się do niej, z rękoma ulokowanymi na wysokości jej barków. Wiedział, że powinna wiedzieć, przecież tajemnice zawsze wszystkich krzywdziły, co nieco przeczyło jego ciągłemu życiu w kłamstwie, jednak teraz, tutaj, musiał jej powiedzieć jak czarodziej czarodziejowi, bez owijania w bawełnę. - Pomagam im... nie wiem zbyt dużo, pewnie żyjąc w Londynie jestem zbyt dużym niebezpieczeństwem... mogą mi też nie ufać ze względu na... wszystko, ale to nic, grunt to przecież pomagać. - przyznał szczerze, pozwalając uśmiechowi przebić się gdzieś przez całą tę powagę sytuacji. - Jesteś w to zamieszana? - spytał zaraz, ściągając brwi w zmartwieniu. Miała do tego pełne prawo, była już niemal dorosłą czarownicą, a jednak martwił się o każdą duszę, w szczególności te bliskie. Jeśli została w to zaangażowana, to...


Serce mnie bije
Dusza zapije

Żyję

Reggie Weasley
Reggie Weasley
Zawód : Prace dorywcze
Wiek : 28
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Kawaler
... here we go again
OPCM : 22
UROKI : 1
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 1
TRANSMUTACJA : 13
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 10
Genetyka : Metamorfomag

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t8733-regi-weasley https://www.morsmordre.net/t9176-poczta-uriena#278014 https://www.morsmordre.net/t9054-moze-mnie-kojarzysz#272989 https://www.morsmordre.net/f156-doki-pont-street-37-4 https://www.morsmordre.net/t9072-skrytka-bankowa-2069#273565 https://www.morsmordre.net/t9055-u-r-weasley#273095

Powrót do góry Go down

Swobodnie przy nim mi było. Bo też bliski mi był zawsze, choć starszy prawie o połowę, nigdy nie miałam wrażenia, że traktuje mnie jak podlotka, który to nic do powiedzenia nie ma. Chociaż, nawet kiedy i takie traktowanie spotykałam, właściwie rzadko słowa powstrzymywałam. Mówiłam zawsze i mówiłam prawdę w którą wierzyłam. Słowa, były ważne, posiadały siłę zależnie od tego, jak były nacechowane. Ale wiedziałam, że od słów, ważniejsze były czyny. I mama i tata zadbali o to, żebyśmy oboje z Brendanem wiedzieli w którą stronę kroki stawiać. A kiedy ich zabrakło, dbał o to u mnie Brendan. Pamiętałam wyraźnie ten jeden konkretny dzień, który zdawał się jednocześnie dawno i jakby wczoraj był. Kiedy wrócił cały w krwi, kiedy jego słowa poważniejsze były i inne. Pamiętałam słowa przysięgi, którą mu wtedy złożyłam, tak samo dokładnie jak obawę w jego oczach. Jak nagłą potrzebę sprawdzenia, upewnienia się, że będzie wiedziała którędy kroczyć, kiedy jego już nie będzie. Złożyłam przysięgę i od tamtego momentu byłam z nią związana. Nie oczekiwałam, a nawet właściwie nie chciałam i nie potrzebowałam tego, by Urien pośpieszył z wyjaśnieniem. Nauczyłam się już, mimo rozdzierając mnie ciekawości, że nie wszystko przeznaczone dla moich uszu było. W jakiś sposób pogodziłam z tym. Przesunęłam spojrzenie z zielonej trawy przede mną, kiedy określił najpierw słowem kierunek. Spojrzałam uważnie na niego, nie przerywając nawet raz, kiedy mówił. - A jaka to różnica, Urien? – zapytałam spokojnie, sięgnęłam po szklanką butelkę z wodą, przytknęłam ją do ust unosząc na niego spojrzenie znad niej. Napiłam się kilka łyków. – Wiesz, mama mówiła, że przeszłość w przeszłości zostawić trzeba, ale uciec przed nią też się nie da. - uzupełniłam po chwili kiedy już się napiłam. Poprawiłam kosmyk rudych włosów marszcząc łagodnie brwi do kompletu z nosem. - Nie wiem, czy dobrze czy źle zrobiłeś nie wracając do Ministerstwa. Wtedy, kiedy wracałeś. Ale jakie znaczenie ma to teraz? – zadałam to samo pytanie raz jeszcze opuszczając rękę, podając mu butelkę z wodą. Wyprostowałam nogi, splatając je w kostkach, ręce ułożyłam za plecami i to na nich się oparłam spoglądając w nawet pogodne dziś niebo. – Przegrałeś i straciłeś przyjaciela. Jesteś tylko człowiekiem. Prawdziwie idealna, pozbawiona wad i przywar istota musiałaby być bezdennie nudna. - wyznałam z westchnieniem. Świat nie składał się z grona idealności. Tylko z jednostek z przywarami. Czasem sądziłam, że też dlatego, że nikt prawdziwe czegoś idealnego nie byłby w stanie zaakceptować, wiedząc, jak wiele jemu samemu brakuje do niego. Ideał, niedościgniony, oddalony, był dobrym celem, do którego można było próbować zmierzać i który pozwalał nad sobą pracować. -  Nigdy nie mierzyłam się z wielkim niebezpieczeństwem, ale wiem jak boli strata tego, co sercu jest bliskie. Ale kiedy tak się tak zastanowisz, to wszędzie można znaleźć coś… dobrego. W każdej rzeczy i sytuacji. Nawet tej najgorszej. - kontynuowałam dalej, nie z potrzeby ulżenia jemu, tylko może powiedzenia głośno czegoś, czego nie usłyszał dawno, albo nie usłyszał nigdy. - Co za różnica, co tam gadają, skoro ciebie już tam nie. - skonkretyzował bardziej, jeszcze raz się nad tym głośno zastanawiając. - No i wiadomo co stało się z Biurem Aurorów. Może lepiej, że siedzisz tutaj, a nie tam w murach Ministerstwa. - w końcu opuściłam głowę, żeby spojrzeć znów uważnie na niego. - Jeśli oni najbardziej prawe dusze jakie znam, mianem terrorysty wołają, to nie wierzę, że coś dobrego w ich murach znaleźć jeszcze można. - na plakatach widziałam niektóre znajome twarze. A w sam Zakon wierzyłam, bo wierzył w niego Brendan. I nie wierzyłam w żadną propagandę, które Ministerstwo rozsiewało. Wyznanie o Londynie poderwało mnie do góry. Wprawiło w prawdziwą obawę.  - Widziałam ludzi, którzy uciekali z Londynu i rozumiem, czemu Brendan nie chciał, żebym tam żyła. Ale ty też nie powinieneś. Nawet jeśli wiesz, Urien. Co innego wiedzieć, a rozumieć. Rozumiesz, czy tylko wiesz? - zapytałam spoglądając z góry na niego. - Bo ja wiem, jak niebezpieczna może być informacja, że Brendan to mój brat. Wiem, ale nie rozumiem całkiem bo jak mogłabym skoro lat mam tylko szesnaście. - mówiłam szybko, całkowicie rozemocjonowana. Pamiętałam dokładnie jego reakcję, na spotkanie z panem Bottem w naszym mieszkaniu i więcej tak naiwna i nierozsądna postanowiłam nie bywać. - Co ty tam właściwie robisz? - zażądałam kolejnej odpowiedzi, zaciskając trochę dłonie w pięście. Kolejne pytanie wyrzuciłam, czekając na odpowiedź i jej też po chwili słuchając. - Dla siebie Urien! Dla siebie niebezpieczeństwem. Co innego, wchodzić tam od czasu do czasu a co innego na stałe mieszkać. Słyszałam co tam się dzieje! - powiedziałam z wyrzutem, ale to co innego bo z troski on szedł. Martwiłam się codziennie o Brena, a teraz Urien jeszcze mówił, że mieszka w paszczy potwora. Uniosłam rękę, żeby przesunąć nią po twarzy. - Ja rozumiem, naprawdę staram się zrozumieć, ale Urien, naprawdę musisz co noc tam spać? - zapytałam ciszej, nie mogłam mu niczego nakazać, nie mogłam nic też wymagać tak naprawdę w ogóle. Ale już sama możliwość widzenia go częściej, pewności, że wszystko jest w porządku, byłaby czymkolwiek. Pytanie które potem padło sprawiło, że spojrzałam na niego zdumiona. A za chwilę parsknęłam. - Ja? - powtórzyłam dla upewnienia, by zaraz powrócić głową. Ale rozbawienie szybko zeszło z ust. - Niewiele jeszcze umiem, by na coś rzeczywiście móc się przydać w walce. Nigdy nawet w pojedynku nie uczestniczyłam bo kiedy. Mniej szkód tutaj narobię. - wypowiedziałam bez złości, czy żalu. Tamtego dnia w kwietniu zeszłego roku, obiecałam mu, że też kiedyś będę pomagać jak on - bohater. Ale na razie musiałam się wspiąć na dość wysoką górę.


Anything’s possible if you’ve got
enough nerve.

Neala Weasley
Neala Weasley
Zawód : dobry duch Devon
Wiek : 16!
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Panna
Jutro jest zawsze czyste, nieskalane żadnym błędem.
OPCM : 10
UROKI : 5
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 2
TRANSMUTACJA : 9
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej

Dzieci
Dzieci
https://www.morsmordre.net/t4071-neala-weasley https://www.morsmordre.net/t4260-victoria-sowa-brena-ale-tez-moja#87876 https://www.morsmordre.net/t9448-for-as-long-as-the-sun#287505 https://www.morsmordre.net/f171-ottery-st-catchpole https://www.morsmordre.net/t9744-skrytka-bankowa-nr-1054#295656 https://www.morsmordre.net/t4240-neala-weasley#86909

Powrót do góry Go down

Słowa zwykle były proste, jednak każdy wyraz rzucony w przestrzeń nie przynosił ulgi. Przeżycia pozostawiały nieskrywany ból, którego źródłem nie było nic poza żalem do samego siebie - braku przebaczenia. Nie powinien zwracać tym głowy młodej dziewczyny, której wprawdzie nie traktował jak podlotka, ale niekoniecznie też zamierzał zwierzać się ze wszystkiego... była w końcu kobietą krwi Weasley, bał się suszenia głowy o własne występki. Każda dama urodzona w ich rodzinie posiadała pewne nadzwyczajne predyspozycje do zwyczajnego wzbudzania respektu i swojskiego poczucia wstydu za każde głupstwo, a tych miał w swoim arsenale wiele.
Pozostawienie przeszłości gdzieś za sobą nigdy nie było opcją, którą był w stanie przyjąć; bardzo możliwe, że nawet nie potrafił tego zrobić, w końcu, na czym mógłby się uczyć, jeśli nie dręczących brudach i rycinach błędów? Nigdy nie były one popełniane intencjonalnie, a jednak zawsze pojawiały się najmniej oczekiwanym momencie. Mimo wszystko słuchał jej, gotów przyjąć na barki kolejne mocne spojrzenia i słowa krytyki czającej się gdzieś za cieniem słów, a jednak mówiła to w dobrej intencji. Zamiary zwykle parły ku jasności i to też starał się dojrzeć w tych wyrazach nauki, którą się dzieliła. Przymknął oczy, starając się wziąć w garść, nawet perspektywa kolejnej kanapki zdawała się dosyć odległa od aktualnych pragnień skupiających się na zapadnięciu pod ziemię. Na polikach pojawiły się delikatne rumieńce, bo przecież stwierdzenie o przegranej nie przechodziło przez jego gardło tak łatwo i sprawnie; nikt nie lubił przegrywać, mimo to jej słowa dźwięczały gdzieś w umyśle, nie dając chwili wytchnienia. Ból w klatce piersiowej nie był zwyczajną reakcją na przyjazne, surowe i dosyć chłodne powiewy wiatru będącego najczystszymi, które był w stanie złapać w przeciągu ostatnich miesięcy. Londyn, a szczególnie port nigdy nie zachwycał tak wielkimi, prowincjonalnymi przyjemnościami jak dobra jakość nabieranego powietrza przy oddechach. Napawał się każdą chwilą spędzaną w tym harmonijnym miejscu o wielu historiach i troskach pokonywanych każdego dnia. Wojna odcisnęła potężne piętno na rodzimych mieścinach, gdzie wciąż próbowano wiązać koniec z końcem na nieco innych, mniej drastycznych zasadach jak w stolicy.
Jesteś tylko człowiekiem, ponownie wybrzmiało w jego głowie, kiedy nieco odważniej objął otoczenie spojrzeniem nieco niepewnych tęczówek. Wolał być zwierzęciem, jeśli miałoby to lepsze przełożenie na wszystkie z przeżytych sytuacji, kiedy okazywał się zawodzić. Nie odpowiadał, po prostu słuchał, pozwalając palącemu poczuciu niedostatecznej doskonałości obejmować również jego uszy, które zaraz zaszły czerwienią. Szukanie dobrego wydawało się takie nieodpowiednie do śmierci towarzysza w Oslo, bo z czegóż mógłby się cieszyć - własnego przetrwania? Przypominając sobie te przerażające chwile jedyne, na co miał ochotę, to zastąpić mężczyznę i umrzeć dokładnie na tamtej nieznajomej sobie ulicy w pogoni za niewymierzoną sprawiedliwością. Dopiero po czasie okazało się, jak błędne były ich założenia i cała misja będąca zwyczajną przykrywką, a czas stracony na leczeniu ran okazał się potężną porażką dla Anglii trapiącą anomalie. Wiedział, że nie zdołałby odmienić nikogo losu jednakże możliwość trwania przy boku, zapewniania, że wszystko jest w porządku... odebrał sobie wszystko z własnej nieprzymuszonej woli, każąc cierpieć nie tylko sobie, ale również rodzinie. Był okropnym synem.
- Nie wiem, co dokładnie działo się z Ministerstwem, choć słyszałem o tym, ile osób o dobrych zamiarach zostały zdegradowane, już o samych pogłoskach mówić nie będę. - powiedział w końcu, przyznając, że Ministerstwo nie do końca było już tym samym organem, do którego zapisywał się na początku swojej kariery. Każde słowo mówione przeciwko instytucji, która niegdyś była mu tak ważna i bliska wciąż raniła nawet jego myśli. - Terroryści... - powtórzył cicho, przypominając sobie, jak w dziwacznym szale próbował pokiereszować swojego szwagra z powodu wszystkich tych plakatów, którymi karmił się od powrotu. Zdecydowanie nie było to zbyt przyjazne pierwsze spotkanie.
Rozumiesz, czy tylko wiesz? Neala zdecydowanie nie miała oporów przed wytykaniem mu szczegółów, które składowały się na całość. Twarz zachmurzyła się w zaskoczeniu na to pytanie, którego kompletnie się nie spodziewał z jej strony. Przez chwilę miał ochotę nawet warknąć, jednak powstrzymał się na rzecz wytłumaczenia. - Rozumiem i wiem Neala. - bardziej szepnął, niż powiedział, próbując schować gdzieś całą tą pewność, bo czy aby na pewno był w stanie mówić to głośno? Rzeczywistość uwielbiała weryfikować wszystkie słowa padające bez zastanowienia, a nie chciał po raz kolejny kogoś zawieść, rodzina była przecież najważniejsza. Niestety kolejne pytanie podsycane emocjami wywołało niepowstrzymaną falę silnych uczuć, których nie był w stanie zatrzymać. Pewnym już wzrokiem spojrzał jej prosto w oczy, nie uciekając jak dotychczas po bokach. - Żyję tam i żyć będę. Nie każdy jest taką samą łajzą, choć więcej jest tych nieprawych, to fakt. Nie będę udawał, że jest bezpiecznie, bo nie jest, sama dobrze to pewnie wiesz, ale nie mam zamiaru z tego rezygnować. Taka jest moja ścieżka i będę żyć przy tych ludziach w każdym znoju, jaki przyniesie los. - nie starał się być ostry, choć pod wpływem wielu składowych mogło to brzmieć dość mocno, jednak nie mógł pozwolić na to, aby ktokolwiek obrażał ludzi z problemami, ludzi cierpiących, ludzi tak bliskich im samym. Niesienie pomocy wydawało mu się podstawą, choć jeden z nieczystych zwodów kompletnie przeczył idei; czasem było się zmuszonym do robienia tego, co się nienawidzi, a zna lepiej niż niejeden chłystek tylko po to, aby przeżyć jeszcze jeden dzień dłużej. Sprzedawanie używek nie było jedynie interesem dla monet, liczyły się tam również informacje, których jako były Wiedźmi Strażnik pożądał równie mocno co ryzyka. Pomimo upuszczonych litrów krwi pewne zachowania i impulsy nie zmieniały się nigdy. Nie mam innego wyjścia, nie mam spać gdzie indziej. Odpowiedział w duchu, mocno gryząc się w język. Wiedział, że nie byłaby w stanie zrozumieć, żadne z Weasley'ów nie mogłoby zrozumieć, że pomimo gdzie zgoda, tam zwycięstwo, on chciał podążać własną ścieżką, myśląc jedynie o ich pomyślności. Przyciągał zbyt wiele kłopotów, by tak zwyczajnie wejść do Ottery i oświadczyć o swoim pełnym powrocie do rodzinnego ciepła, przecież nawet na to nie zasługiwał. Cierpiętniczy wzrok ulokował się w niebieskich tęczówkach, gdzie szukał zrozumienia tych niewypowiedzianych wytłumaczeń.
- Nie trzeba walczyć, żeby pomagać. - odpowiedział z cieniem uśmiechu na jej obawy, czy też stwierdzenie co do użyteczności w bitwie. Nie pozwoliłby na to, żeby stanęła ramię w ramię przeciwko potężnym czarodziejom dla zwyczajnej zasady opiekuńczości nad młodszymi. - Masz dobre serce, które znajduje dużo współczucia, które można przekuć w czyny. Z pewnością wszelka pomoc uciekającym, organizacja ich i doglądanie będzie niemałym wyzwaniem, ale również i zapomogą. - zaproponował śmiało - Jeśli masz ochotę, z przyjemnością pomogę. W Londynie zapanowały czystki, ale wciąż zdarza mi się natrafić na jednostki, które wymagają pomocy po ucieczce. - wiedział, że była w stanie zrobić wszystko dla dobra ludzi, tak samo, jak i on. - A jak... jak z wami? Wy... - Garrett, Brendan... Samantha, uciskający ból w klatce piersiowej przeszedł grymasem na piegowatej twarzy. Wszyscy tak zaangażowani, a on? Czy to był ten czas? Czy mógł próbować postawić krok w tym kierunku? - Co wiesz o całym tym Zakonie? - zdecydował w końcu, powietrze stało się jakieś cięższe, nietutejsze.


Serce mnie bije
Dusza zapije

Żyję

Reggie Weasley
Reggie Weasley
Zawód : Prace dorywcze
Wiek : 28
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Kawaler
... here we go again
OPCM : 22
UROKI : 1
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 1
TRANSMUTACJA : 13
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 10
Genetyka : Metamorfomag

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t8733-regi-weasley https://www.morsmordre.net/t9176-poczta-uriena#278014 https://www.morsmordre.net/t9054-moze-mnie-kojarzysz#272989 https://www.morsmordre.net/f156-doki-pont-street-37-4 https://www.morsmordre.net/t9072-skrytka-bankowa-2069#273565 https://www.morsmordre.net/t9055-u-r-weasley#273095

Powrót do góry Go down

Mówiłam to, co sądziłam. Co uważałam, jak sprawę widziałam. Śmierć nigdy nie była łatwa. I nigdy jako takiej nie należało jej przyjmować. Ale jeśli sprawa szła o przeszłość, należało niej pamiętać, ale nie można było pozwolić, żeby wpływała na teraźniejszość zbyt mocno. Przeszłość nas uczyła, kształtowała nas, sprawdzała, dawała informacje i doświadczenie, które niezmiennie były cenną walutą. Tak przynajmniej zawsze mama mówiła, a ja nie spotkałam jeszcze nic, co mogłoby przeczyć jej słowom. Chciałam, żeby Urien zrozumiał, może pojął, że każdy na świecie popełnia błędy. Że nie ma jednostek, które są nieskazitelnie bezbłędne. Kwestia zawsze polegała na tym, żeby jakoś się po błędzie podnieść, żeby próbować iść dobrą drogą.
- Ludzie Ministerstwa w Bezksiężycową Noc wyszli na ulice i dokonali tam okrutnych i podłych rzeczy. Odbierali życie. Biuro Aurorów sprzeciwiło się tym rozkazom. Nie tylko biuro w sumie, niektórzy wiedźmi strażnicy też. Tak powiedział wujaszek Dai.  - dodałam wzruszając ramionami. Zdegradowane nie wydawało mi się całkowicie odpowiednio. Ci ludzie odeszli sami dlatego, że sprzeciwiali się temu co robiło Ministerstwo. I sprzeciwili się temu otwarcie. Mówiłam dalej, znowu trochę paplając, trochę emocjonalnie, trochę odbiegając z głównego tematu, trochę zastawiając się na głośno.
- A czy oni zrobią to samo dla ciebie?! - uniosłam się też, bo krzyczeć i być ostrą i ja potrafiłam. - CIEBIE! - powtórzyłam wyraźniej. - Wiedzą w ogóle kim jesteś? - zapytałam dalej po ostrych słowach, które padły z jego ust. Opadły mi ramiona, spojrzałam w bok, uniosłam lewą rękę i zacisnęłam usta na wskazującym palcu marszcząc brwi. - Przepraszam. - wypowiedziałam już ciszej. Objęłam się ramionami. Wiatr zatoczył się wokół unosząc rude włosy. - Nie mógłbyś… - zaczęłam, przygryzając dolną wargę. - Nie mógłbyś robić tego dalej, ale chociaż kłaść się spać w miejscu w które jest naprawdę bezpiecznie? - zapytałam już spokojniej, unosząc rękę, żeby odsunąć kilka kosmyków z twarzy.
- Oczywiście, że nie. - zgodziłam się z nim z początku. Walczyć można było na wiele różnych sposobów. Niekoniecznie w spieraniu się na różdżki. Ale Zakon walczył właśnie w ten sposób, przeważnie, najwięcej, niewiele miałby ze mnie pożytku.
- Już to robimy, Urienie. - odpowiedziałam mu marszcząc odrobinę brwi. Naprawdę sądził, że to tej pory Devon pozostawało niewzruszone na pojawiających się na tych ziemiach ludzi? - Ale jeśli ktoś w Londynie będzie potrzebował pomocy, Devon przyjmie każdego. Tak powtarza wujek. Nie dokładnie tak, ale że nie zamkniemy się i podzielimy tym, co mamy. Devon się jednoczy, Urienie, dlaczego nie możemy i my? - zapytałam wypuszczając z rezygnacją powietrze. Opadając na nowo na trawę, podwinęłam nogi i oparłam brodę na kolanach zapatrując się na rozpościerające przede mną połacie zieleni. Dłonie oplotłam wokół nóg. Kiedy kolejne z pytań wymknęło się między nimi spojrzałam w kierunku ciotecznego brata. Przez krótką chwilę mierzyłam go jasnym spojrzeniem by w tej pozycji wzruszyć ramionami. - Wiem tyle ile powiedział mi Brendan. - zaczęłam odsuwając tęczówki, żeby zawiesić je na niebie. Oparłam dłonie za plecami, a nogi wyciągnęłam, zarzucając jedną za drugą. Wspominając dzień jednej z ostatnich z poważnych rozmów nim wyjechał. - Powiedział że mając Cronosa za ministra, na próżno oczekiwać zmian - wręcz przeciwnie, należy spodziewać się że nadchodzi coś gorszego. I już wtedy rację miał. - dodałam trochę ciszej, smutniej, choć wtedy na klifach nie spodziewałam się tego, co wydarzyło się później. - Wyjaśnił, że Zakon to grupa ludzi, która nie godzi się na niesprawiedliwość i że kuzyn Garry jej przewodził. I że on też. Że kuzyn miał wiarę i posłuch wśród ludzi. Co nie dziwi mnie wcale, zawsze wiedział jak rozgrzać serce i duszę. - zmarszczyłam na chwilę znów nos. - Po pożarze Ministerstwa znajdował się na liście zaginionych, ale powiedział, że Garrett już nie wróci, postawiliśmy dla niego nagrobek niedaleko klifów w Blackpool. - uzupełniłam jeszcze cicho, zanim podjęłam rozmowę dalej. Westchnęłam krótko, zaciskając rękę na znajdującej się pod nią trawie. - Wiem że to Zakon pokonał Grindelwalda i tak Brendan stracił rękę - chociaż nie znam dokładnych szczegółów. Wiem że to oni pokonali też anomalie a znakiem na to był dość specyficzny deszcz. Oh, zaczekaj. - przerwałam nagle podnosząc się żeby podejść do juków Montygona i wyciągnąć kryształ, który skierowałam w stronę kuzyna. Już zauważyłam, że niby wygląda niepozornie, ale przyłożony do ucha odnosi się wrażenie, jakby śpiewał. - Takie spadły wtedy z nieba. - wyjaśniłam jeszcze - Powiedział, że pokonają też Voldemorta, ale ta wojna pochłonie wiele istnień. - wróciłam zasiadając znów na trawie, tym razem splatając nogi po turecku. - I żebym pamiętała, że jeśli kiedyś będę potrzebowała pomocy, to oni mi tej pomocy udzielą. - skubnęłam źdźbło trawy. - Powiedział też, że kryje więcej sekretów i jeśli ktoś będzie chciał do nich dotrzeć, spróbuje to zrobić przeze mnie, bo jestem łatwym celem. Trudno się z tym nie zgodzić. - przyznałam wzruszając lekko ramionami. - Nie powiedział mi więcej, bo nie byłam gotowa, by więcej wiedzieć. - wzruszyłam łagodnie ramionami, bez złości. Byłam młoda, choć chciałam wiedzieć, wiedziałam, że nie wszystko jeszcze mogę. - Dlatego dalej się pilnie uczę, pomimo ogromu obowiązków, które dodatkowo się pojawiły. Nie chcę żadnego z nich zawieść. - dodałam ciszej nie podnosząc jednak głowy. Nie było łatwe, czasem spędzać całe dnie przy pomocy uchodźcom a później po męczącym dniu otwierać podręcznik od jakiegoś ze szkolnych przedmiotów. Ale nie narzekałam, miałam szczęście żyć w Devon, z wujkiem i ciotką. Względnie bezpiecznie, wokół życzliwych mi ludzi.


Anything’s possible if you’ve got
enough nerve.

Neala Weasley
Neala Weasley
Zawód : dobry duch Devon
Wiek : 16!
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Panna
Jutro jest zawsze czyste, nieskalane żadnym błędem.
OPCM : 10
UROKI : 5
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 2
TRANSMUTACJA : 9
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej

Dzieci
Dzieci
https://www.morsmordre.net/t4071-neala-weasley https://www.morsmordre.net/t4260-victoria-sowa-brena-ale-tez-moja#87876 https://www.morsmordre.net/t9448-for-as-long-as-the-sun#287505 https://www.morsmordre.net/f171-ottery-st-catchpole https://www.morsmordre.net/t9744-skrytka-bankowa-nr-1054#295656 https://www.morsmordre.net/t4240-neala-weasley#86909

Powrót do góry Go down

Upór trzymał na obranej ścieżce pomimo wszelkich przeciwności, jakie napotykał pod nogami. Słowa kuzynki docierały do niego, wydawało się, że nawet je rozumiał, ale nijak był w stanie przemienić je w czyny, bo przecież nie tak łatwo przebaczyć sobie własnych błędów. Przekonany o własnej beznadziei nawet nie próbował się podnosić z klęczek, gdyby chciał wstać, z pewnością pociągnąłby w dół kogoś starającego się pomóc, a ta wizja zawsze była niedopuszczalna. Samodzielny, podupadły głupiec, w żaden sposób nawet nie oponował jeszcze zdolności samokrytyki na poziomie wystarczająco wysokim, żeby nie obwiniać się za każdą porażkę w otoczeniu. Śmierć przełożonego w Oslo stała się najmocniejszym z przykładów braku sensu i poczucia pełnej beznadziei.
- Takie dochodziły mnie słuchy… – mruknął pod nosem, starając się nie brzmieć zbyt posępnie, choć nijak mu to wychodziło, w końcu przez cały ten czas łudził się, że historie nie były prawdziwe. Praktycznie całe jego życie ustawione było z potężną wiarą w organy śledcze i rządzące, więc cały ten przełam powodował, że ramiona zwykle zaczynały się mocniej garbić w całym niespodziewanym bezsensie zrzuconym na barki. Z potężnym bólem na początku powrotu wiedział, że musi wybrać bezpieczeństwo rodziny lub Ministerstwo i ich zagrywki. Wtedy wybór był prosty, dziś nie zmieniłby niczego być może poza jednym z zawodów twarzy, które musiał stworzyć na poczet utrzymywania się powyżej powierzchni wciągającego wiru wodnego. Jakoś jeszcze się trzymał, jakoś. Wspomnienie kolegów z wiedźmiej straży i ich rozłamu nieco załamywał ręce, jednak pewna nadzieja, którą niósł za sobą cały ten podziemny, wyobcowany świat niebędący nawet przez niego odwiedzonym sprawiała, że balansował na niewidzialnej granicy nieczułości i nadmiernej troski. Być może w rzeczywistości wszystko to było razem zmieszane, a on zwyczajnie tego nie zauważał? Trudno było pojąć to, co zdaje się tak niepojęte. Kiedy wszystko tak mocno poszło łeb na szyję?
Chciał już odgryźć się, czując, jak krew zaczyna wzburzać się pod skórą, jednak widok jej odwracającego się wzroku spowodował, że oklapł z sił. Nie było to jego intencją, żeby krzywdzić, a tym bardziej denerwować, choć zwykle taki miał swój urok. Głupotą byłoby zaczynać budować kolejne mosty na złości, bo przecież miała rację. Prawdopodobieństwo, że zdechnie jak bezpański, nieznajomy pies były potężne, szczególnie kiedy czuł każdą cząstką swojego ciała, że tak należało i w ten sposób było dobrze. Milczenie było złotem, a jednak chciał wytłumaczyć samego siebie przed nią, tą, która wycierpiała na swojej ścieżce dość niedopowiedzeń.
- Nealu… najprawdopodobniej nie zrobią, ale to nic. Ważne, żebyśmy my o sobie pamiętali i martwili o siebie. Nie jestem nikim ważnym, nie wiem dużo, Merlin dał mi wspaniałą rodzinę, o czym cały czas pamiętambo przecież nie mam co liczyć na nic więcej przemknęło gdzieś w umyśle, kiedy spokojnie próbował wytłumaczyć – to ja powinienem przeprosić, bo wiem, że przez mieszkanie tam doprowadzam was do zmartwień, ale… – zacisnął na chwilę usta, marszcząc brwi w głębokim zastanowieniu. Wcześniej nigdy nie musiał sięgać tak głęboko siebie, zwykle wystarczyło kilka ciosów i zbawienne poczucie bólu, które otępiało mocne emocje i straszliwe myśli o tęsknocie odczuwanej latami; tylko był w tym pewien problem – zbyt dużo się zmieniło. – nie jestem w stanie tego tak szybko zmienić, nie kiedy mogę się tam przydać i nawet jeśli umrzeć… to w dobrej sprawie. Przecież wojna niesie za sobą ofiary, sama widzisz wszystkich tych uciekających, w Londynie ludzie latami budowali coś dla siebie i mieliby to zostawić, żeby uratować własną skórę? To chyba właśnie ich powinniśmy bronić i im pomagać, nawet jeśli spanie tam oznacza pewne ryzyko… staram się tylko ich zrozumieć. – powiedział w końcu, nie afiszując się z faktem, że wielce im pomaga, bo przecież tego nie robił, po prostu tam żył i dostarczał informacji lub pomocy tym, którzy tego potrzebowali, zwykle nawet bez dodatkowych opłat. – Sam niestety niewiele wiele robię, bo miasto żyje własnymi zasadami, ale to przecież nie oznacza, że wszyscy są straceni. – stwierdził dosyć śmiało z lekkim uśmiechem na twarzy. Nikt z portowego towarzystwa nie był mu dość bliski, by faktycznie mógł mówić o jakimkolwiek przyjacielstwie i życzliwości, jednakże byli jego codziennością, tym do czego się przyzwyczaił, tym co znał, tym w czym widział problemy i próbował je rozwiązać.
Domyślał się, że działania w rodzinnym hrabstwie pędziły do przodu, a pan zarządzający ich włościami zdecydowanie przyjmował każdego potrzebującego pomocy, jednak słowa te wypełniły jego pierś poczuciem dawno nieodczuwalnej nadziei. Niestety ostatnie pytanie rozłożyło go na łopatki, w rzeczywistości odbierając mu jedynie tlen z piersi. Wypuścił je bardzo mocno, pozwalając sylwetce zgarbić się pod tą jakże trafną i wielce niespodziewaną uwagą. – Nealu, wiesz, że zawsze będziemy zjednoczeni. Odległość nie jest tak ważna, zawsze postawię się, kiedy nadejdzie potrzeba… – zaczął ze szczenięcym, błyszczącym wzrokiem. Sam chciał w to wierzyć, a jednak ona wydawała się kompletnie nieprzekonana i być może nawet zawiedziona tym, że był takim, a nie innym kuzynem. Przecież tak się do cholery starał! Naturalnie to nie była jej wina, jak zwykle tylko on nawalił po pełnej linii. Widząc jej skuloną postać jedyne, na co miał ochotę to usiąść obok i schować ją w swoich barkach, żeby tylko przestała się zamartwiać o to, co dalej, wystarczyło, że robili to wszyscy przerośnięci nie tylko wiekiem, ale również i wzrostem od rudowłosej. To nie powinno tak wyglądać. Bolał każdy wyłapany w jej wzroku i geście smutek, bo znowu coś musiał tak po prostu, po ludzku spieprzyć. Czy były gdzieś granice?
Obserwował ją, nawet kiedy przeniosła spojrzenie na niebo. Żołądek pomimo przepysznych kanapek leżących przed nim nie miał zamiaru przyjąć niczego poza kwasem żalu i smutku świadomości, że znowu zawodził pomimo dobrych intencji. Nie potrafił tego, co Garrett, nie potrafił tego, co Brendan, nie potrafił nawet tego, co Neala, a jednak wciąż nosił to samo nazwisko, przynależność, która w pewien sposób pchała go w odmęty nieuchronności wojennego reżimu, tylko czy była to dobra droga? Czy cała ich rodzina miała umrzeć pod sztandarem idei, bo zdawało im się, że potrafią przewodzić? Może było w tym coś, o czym nie mieli pojęcia? Mógł figurować jako człowiek małej wiary, choć potężnej nadziei albo zwyczajnie nie ufał zwyczajnemu zrządzeniu losu, którym zwykło tłumaczyć się te wszystkie przykrości utraty. Z drugiej strony czy ich zacięcie sprawie nie pokrywało się z jego oddaniem względem tych odległych, nieznajomych ludzi i ich historii? Wydawał się nie mieć prawa do tak ryzykownych wniosków, a jednak robił to, do czasu, aż usłyszał znienawidzone słowo – Grindelwald. Oczy jakby powróciły do rzeczywistej obecności w parku z daleka od niecodziennych rozważań, których w prawdzie dotychczas unikał. Przez twarz przemknęła jakaś niekontrolowana emocja i dopiero kiedy zauważył, jak wyciąga coś z juków, opanował wrzącą złość. Przyjął kryształ dosyć podobny do tego, który sam znalazł kilka miesięcy temu. Przysunął go przed twarz, obracając w każdą stronę; był nieco inny, różnił się kolorem, szlifem i wielkością, a jednak wydawał się bardzo podobny, dziwne. Odłożył go obok jej splecionych nóg. Cały czas myśląc o tym zjawisku, kątem oka zauważył, że posmutniała, a może tylko miał takie wrażenie? Słowa, które składały się na zdania, zdecydowanie nijak niosły pozytywną wieść, dlatego bez zawahania zrobił to, co zdawał się potrafić najlepiej, dostrzegł człowieka. Bez żadnych dodatkowych pytań podźwignął się, w kilku krokach podchodząc do niej od tyłu. Szybkim ruchem złapał pod pachy i podniósł do pionu. – W takim razie młoda damo będziemy się uczyć! – i wrócił ten sam uśmiechnięty i rozweselony Urien, którego zdawał się już dawno zgubić gdzieś po drodze. Wychylił głowę znad jej ramienia, nawet nie próbując zgrywać zawstydzenia przed Nealą, która jako członek rodziny była traktowana jak jedna z kończyn! – Gotowa na trochę akcji? – zaproponował dziarsko, starając się odciągnąć ją od całego tego zamieszania, którego dziewczyna w jej wieku nie powinna w ogóle dotykać. Nie chciał, żeby smutek był jedynym co zapamiętała z tych czasów, choć zapewne i tak wszystko właśnie się na tym skończy. Nadzieja umiera ostatnia.


Serce mnie bije
Dusza zapije

Żyję

Reggie Weasley
Reggie Weasley
Zawód : Prace dorywcze
Wiek : 28
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Kawaler
... here we go again
OPCM : 22
UROKI : 1
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 1
TRANSMUTACJA : 13
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 10
Genetyka : Metamorfomag

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t8733-regi-weasley https://www.morsmordre.net/t9176-poczta-uriena#278014 https://www.morsmordre.net/t9054-moze-mnie-kojarzysz#272989 https://www.morsmordre.net/f156-doki-pont-street-37-4 https://www.morsmordre.net/t9072-skrytka-bankowa-2069#273565 https://www.morsmordre.net/t9055-u-r-weasley#273095

Powrót do góry Go down

- To wcale nie jest nic, Urien! - krzyknęłam na niego, wtrącając się w wypowiadane słowa, czując, jak zaczynam tracić nad sobą jakąkolwiek kontrolę. Robiłam się zła. Zła, bo mi zależało. Zależało no nim. Zaciskałam dłonie w pięści, ręce trzymając blisko przy ciele. Patrząc na niego, kiedy mówił dalej. Marszczyłam gniewnie brwi, jedna z nich drgnęła kiedy o przepraszaniu zaczął mówić, ale opadła znów tworząc grymas złości, kiedy pojawiło się ale. Dlaczego, na wszystkie sasanki, zawsze musiało pojawiać się jakieś ale. Tupnęłam nogą. - Żadnego umierania, Urien, bo sama cię w tym Londynie znajdę. - zagroziłam mu poważnie. Nieważne, że nie wiedziałam za kogo się tam podawał, ani jak tam wyglądał. Znajdę go jakoś, choć na razie nie myślałam nad tym jak. W tej chwili to było ani trochę nieważne. Ale kiedy zaczął dalej mówić moje brwi uniosły się coraz wyżej, a na twarzy pojawiało się bezdenne zdumienie i szok. - O nie. Nie, nie i jeszcze raz nie. - zaczęłam unosząc rękę i oskarżycielsko nią na niego wskazując, kręcąc przy tym głową. - Słyszysz co ty mówisz?! - krzyknęłam rozszerzając w zdumieniu i złości oczy, oczy które zaczęły zachodzić mi łzami. Dostałam tylko to, co mi powiedział i do tego się odnosiłam. - Stoisz tutaj, przede mną, krwią krwi tej samej. W Devon, ziemi, która nas na świat wydała i mówisz mi że siedzisz w paszczy smoka, żeby zrozumieć ludzi, którzy zamiast własnego życia - ŻYCIA URIEN, ŻYCIA NIE SKÓRY - martwią się dobrami materialnymi? - nawet nie poczułam, kiedy łzy zaczęły płynąć po mojej twarzy. -  Że jesteś tam bo chcesz ich ZROZUMIEĆ?! - płakałam już na dobre, ale to wcale nie zatrzymywało jakoś mocno słów. - Wytłumacz mi, wytłumacz mi po co. - ale zanim dałam mu wytłumaczyć pociągając nosem mówiłam dalej. - Bo właśnie mówisz mi, że chcesz poświęcać się dla ludzi, którzy latami coś budowali dla siebie, czyli innymi słowy dla tych, którzy nie chcą zostawić swoich dobytków - rzeczy materialnych. A wiesz, co?! Pieniądze można na nowo zdobyć, a rzeczy po raz kolejny kupić. A wiesz czego się nie da dostać drugiego? ŻYCIA. - wydarłam się a kilka ptaków poderwało się do lotu trzepocząc skrzydłami, nawet nie spojrzałam w ich stronę. - I że nie robisz tam wiele i po prostu jesteś?! - uniosłam dłonie odgarniając z twarzy włosy, ścierając łzy. Zatrzymując je na  niej próbując opanować szloch, którego już nie kontrolowałam. Wiedziałam, że ktoś mógł zostać w Londynie z innych powód, ale nie myślałam teraz o nich, bo Urien dokładnie mówił o dobytkach, a nie o problemach, czy strachu. Nie potrafiłam zrozumieć kogoś, kto dla pieniędzy postanowił zostać w tym mieście strachu i śmierci. A jeśli postanowił właśnie dlatego - tylko i wyłącznie dlatego, nie splamionego strachem, niepewnością, może ograniczeniem - to nie chciałam próbować go zrozumieć. - Nie wszyscy są straceni. - powtórzyłam po nim głucho, nie wierząc, że naprawdę dla czegoś takiego naraża się codziennie. Dla jakiegoś… nawet nie wiedziałam co to było, to co robił. To o czym mówił. Nie mieściło się to w mojej głowie. Może potrafiłam spojrzeć tylko z jednej strony, może nie byłam zdolna to tego rozumienia ich i może ktoś mi zarzuci, że miałam łatwo. Łatwo, bo miałam rodzinę, która przyjęła mnie. Bo nie musiałam obawiać się nieznanego, tego co czekało dalej. Ale nie zostałabym w mieście dla czterech ścian, bo to nie one tworzyły dom, nie pełne szafy, nie galeony w banku tylko ludzie. - Nie wiem co bym zrobiła, sama jak palec, gdyby nie ciocia, Brendan i wujek, może byłabym w tym Londynie dalej, ale ze strachu Urien, nie wiedząc co zrobić, ani gdzie uciec. Ale ci ludzie o których mówisz, oni nie brzmią na takich, którzy czekają na rycerza w białej zbroi, albo szukają pomocy. Jeśli to jest ta twoja dobra sprawa, to zginiesz na marne, dla ludzi, którzy nawet nie wiedzą kim jesteś. - uspokoiłam się trochę, przestałam tak mocno płakać, ale łzy nadal świeciły mi się na policzkach. - Gratuluję. - dodałam jeszcze obrażona całkiem, mimo że wiedziałam, że to dziecinne strasznie, pociągając nosem, nadal marszcząc gniewnie brwi.  Podciągnęłam kolana pod brodę i oparłam ją na niej nie patrząc na ciotecznego brata. W tej chwili nie chciałam. Nie mogłam. Nie umiałam chyba też trochę. Mówiłam więc dalej, odpowiadałam, zadając kolejne pytania i odpowiadając na te, które padły.  
- Nie. - nie zgodziłam się z nim od razu, przenosząc na niego tęczówki - tylko je kiedy odezwał się ponownie na temat zjednoczenia ich samych. - Odległość może i jest nieważna, ale nie o nią chodzi, oboje wiemy, że nie. Teraz jest potrzeba. Teraz, nie kiedy - burknęłam, zaplatając dłonie wokół ramion. - Nie każe ci zostawać, pytam kiedy pójdziesz porozmawiać z ciotką i wujkiem. - porzuciłam mówienie metaforami wypowiadając swoje żądanie wprost. Widocznie tak musiałam. Okropnie się uniosłam, wiedziałam, że tak. I nawet trochę tego żałowałam, ale nawet mając szesnaście lat swoje zdanie miałam. Swoje własne, choć wartości przez lata wpoił mi Brendan. Był moim najbliższym wzorem. Poświęcił wszystko, nawet własne szczęście dla ratowania ludzi. Ale była jedna rzecz, którą kiedyś mi powiedział. Nie da się uratować kogoś, kiedy ten ktoś ratunku nie chce. Złość przychodziła szybko, zostawała czasem na dłużej, a czasem odchodziła sama. Mówiłam dalej o tym, co Brendan powiedział mi o zakonie, wykorzystując ten czas, żeby uspokoić własny oddech. Zamierzałam pomagać, tak jak powiedziałam kiedyś Garrettowi i nigdy nie sięgnąć po czarną magię, jak przyrzekłam Brendanowi. Lubiłam myśleć że walczę tak jak oni, tylko na innym froncie, tam, gdzie mogę rzeczywiście zrobić jakąś różnicę, choćby niewielką. Dlatego zaangażowałam się cała - całkowicie i dokładnie. Tak jak i ciocia i wujek. Właśnie za to, za ich zainteresowanie, pomoc za którą nie trzeba było płacić i o którą nie trzeba było prosić kochali ich ludzie. I wierzyłam, że Urien też się angażuje na swój sposób, też walczy, ale to co mówił sprawiało, że nie byłam pewna, czy obrał drogę odpowiednią bo ciągle dzwoniły mi w głowie słowa, które Brendan kiedyś powiedział. Kiedy zjawił się obok, za mną zdziwiłam się trochę. Zamrugałam kilka razy. - Czego? - chciałam wiedzieć unosząc jedną z brwi ku górze. - Jakiej akcji? - to też chciałam wiedzieć, tylko teraz zmarszczyłam brwi, wpatrując się w błądzący na jego ustach uśmiech.


Anything’s possible if you’ve got
enough nerve.

Neala Weasley
Neala Weasley
Zawód : dobry duch Devon
Wiek : 16!
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Panna
Jutro jest zawsze czyste, nieskalane żadnym błędem.
OPCM : 10
UROKI : 5
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 2
TRANSMUTACJA : 9
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej

Dzieci
Dzieci
https://www.morsmordre.net/t4071-neala-weasley https://www.morsmordre.net/t4260-victoria-sowa-brena-ale-tez-moja#87876 https://www.morsmordre.net/t9448-for-as-long-as-the-sun#287505 https://www.morsmordre.net/f171-ottery-st-catchpole https://www.morsmordre.net/t9744-skrytka-bankowa-nr-1054#295656 https://www.morsmordre.net/t4240-neala-weasley#86909

Powrót do góry Go down

Zimno wdarło się do piersi, a na twarzy zapiekły poliki jakby od uderzenia. Krzyczała na niego, kiedy starał się wyjaśnić te zawiłości, w których sam nawet nie bardzo potrafił się odnaleźć. Wiedział, że nie jest w stanie polepszyć sytuacji, a jednak wciąż i wciąż próbował mówić i nieporadnie tłumaczyć. Wycofał się, uciekając wzrokiem od jej twarzy i gubiąc go gdzieś z boku, tak by nie widziała, jak obejmuje go chłód, a oczy zachodzą mgłą. Rodzina była mu najważniejsza, ta sama rodzina, która nie potrafiła zrozumieć, że zdążył przejrzeć kilka spraw, ustosunkować się do nich i zaadaptować w nową formę, którą sam się stał. Każdy z nich wiedział, że w jedności była siła, jednak w jaki sposób mógł być silny, kiedy rozłam zaczynał się tuż przy korzeniach?
- Wiem Neala. – nie próbował mówić do niewyparzonej małolaty, dobrze wiedział, z kim rozmawiał i dlaczego tak bardzo zależało mu na tym, by się spotkali; jedyne czego nie przewidywał to tak ognista reakcja na przewinienia, które w jego oczach stały się codziennością. Był bardzo krótkowzroczny, ale nie widział żadnego innego wyjścia, kiedy wszystko przeszło tak diametralne zmiany. Nawet ona przechodziła deformacje widoczne nie tylko w długości rudych pasm na głowie, ale również charakternemu i głośnemu nie, które niegdyś brzmiało błaho, teraz zdołało doprowadzać go do skruchy. Tak samo nie mógł być dłużej obojętnym na tupnięcie z jej strony, wręcz momentalnie wrócił do niej wzrokiem, a potem padły mocne słowa i w rzeczywistości nawet by się zaśmiał, gdyby nie cała rozmowa, której ton ciągnął bardziej do przygnębienia i jeszcze większego obniżenia samopoczucia niż na odwrót. Nie po to się z nią spotykał, a jednak pewne kwestie wymagały odpowiedzi, a on rzadko kiedy potrafił kłamać bliskim, tym bardziej że wiedzieli, kiedy kręcił. Na początku swojej kariery cieszył się, że nikt z rodziny nie był w komisji przy jego staraniach do Wiedźmiej Straży. Ponownie podniosła głos, krzycząc, tym razem jednak zdołał utrzymać to ciężkie, rozognione spojrzenie kuzynki. Pierś wciąż utrzymywał ten sam chłód, jakby ktoś wylał mu lodowatą wodę i podtrzymywał cały czas niską temperaturę. Tym razem jednak to zimno spowodowało, że zdobył się na odwagę i własny ogień, który zapłonął gdzieś w środku. Nie mógł pozwalać na pomiatanie osobami, których życie było ciężkie, może nie zawsze równie mocno, jak turbulencje w jej historii, ale nigdy nie tak słodkie, jak wolność, którą oferowała im dobrze usytuowana, choć skromna rodzina. Widział wiele i nie zamierzał odwracać wzroku, a tym bardziej pozwalać komukolwiek oceniać ich z własnego poziomu, sam robił to zbyt wiele razy. – Tak, chcę ich zrozumieć, chcę, żeby mieli lepsze to życie, bo sama nawet mówisz – nie ma drugiego. Dlaczego miałbym się od nich odwracać? Nigdy nie pozwalaliśmy na to, żeby cierpieli ci, którym możemy pomóc. Przepraszam, że źle mówię, ale… nie jestem Brendanem, nie jestem Garrettem, nie mam głowy do wielkich słów… po prostu uczę się żyć razem z tymi, których należy chronić. Sam nie do końca ich rozumiem, ale przecież na tym polega ten proces, powinnaś wiedzieć najlepiej, że wszystko przychodzi z czasem. – odezwał się w końcu, momentami zatrzymując się dla opanowania żalu, który wkradał się gdzieś przez pierś i umysł prosto na struny głosowe. Wiedział, że nigdy nie zdoła dotrzeć do tak wielkiego autorytetu, jakim byli oni, aurorzy, wielcy wojownicy Weasley, ale jakoś nigdy nie miał kłopotów z tym, żeby pomagać i wspierać, zawsze przecież starał się dać możliwie najwięcej informacji, niektórzy po prostu nie byli wystarczająco odważni i zdolni. Neala powinna to wiedzieć od dawna, tak samo, jak wiedziała to komisja odrzucająca jego aplikację na aurora; nigdy przez to nie płakał, był po prostu zawiedziony tym, że zawiódł rodzinę, szczególnie ojca. Teraz historia jakby zataczała koło, bo ścieżki ułożone przez życie zmusiły go do ponownego dostosowania się i sprzeniewierzenia całej tej wiary pokładanej przez najbliższych mu ognistowłosych, czyli dawał plamy, ponownie. Cholera, aż zapiekło go w gardle. Przez myśl przeszła chęć zatopienia ust w jakimś alkoholu. – Tak, miałaś to szczęście, żeby mieć rodzinę, są tacy, którzy nie mają niczego i jedyne co im pozostaje, to te marności, których się dorobili. Nie jestem ich rycerzem, ale staram się do nich dotrzeć, sprawdzać, czy wciąż są, bo oni stamtąd nie odejdą, a kto ich będzie doglądać? Chyba nie sądzisz, że kiedykolwiek potrzebne by mi były jakieś popiersia. – westchnął nieco już zrezygnowany na końcu, bo nie mieściło się w jego głowie, żeby chcieć coś w zamian za to, że nie robił nic specjalnego poza zwyczajnym życiem i pomaganiem na miarę możliwości. Status szlachcica nie oznaczał górnolotnych idei, które chyba starała się wmówić, był zbyt prosty. – W ogóle nie pasuję na portrety i rzeźby, musieliby zatrudnić kogoś od karykatur. – zawyrokował pod nosem w pewnej bezradności, nawet nie zmuszając się do smutnego uśmiechu, sam pojawił się na twarzy, bo przecież dobrze wiedział, że nijak pasuje do wszystkich tych opiewanych pieśni o wojownikach rodzinnych, a jej łzy sprawiały, że gubił się w całej tej bezradności. Nie tak to powinno wyglądać. Serce łamało się na pół, a usta wysychały od wszystkich słów, które chciałby powiedzieć, ale nie potrafił odnaleźć liter.
- Rozmawiałem z nimi, wciąż rozmawiam, staram się. – odpowiedział poważnie, tężejąc na twarzy. Jedno z gorszych przeżyć, jakie miał okazję przeboleć. Kochał ich zbyt mocno, żeby móc powiedzieć każdą z palących spraw, o które pytali. Sam chciał im zanieść wszystko na tacy, a jednak blokada powodowała, że wymieniał z nimi smutne spojrzenia i słowa, w których było zbyt wiele żalu do minionego czasu. Zmienił się, cholera by to wszystko… - Nie jesteśmy skłóceni po prostu… potrzeba trochę czasu.mam nadzieję, tonem głosu też nie przyprawiał o zachwyty, był nieco rozkojarzony, jakby niepewien, bo sam nie bardzo wiedział jak ma wszystko odczytywać, choć to właśnie on stawiał bardzo powolne kroki do przodu, jakby w obawie, że go nie zaakceptują, bo przecież mogli, a może i nawet powinni? Cały ten czas spędzony w odosobnieniu po częstej obecności w domu sprawił, że mimo zapachu, obrazu i obecności czuł się niekompletny, jakby wraz z Oslem pozostało tam wiele tego czarodzieja, którym był wcześniej. Nie spodziewał się, że śmierć przełożonego mogłaby tak wpłynąć na… wszystko, szczególnie że przez dłuższy czas był sam i kto wie, czy to właśnie nie to osamotnienie sprawiło, że zginęła również ta cząstka znanego wszystkim Weasley’a.
- Takiej, która nam pozwoli na chwilę zapomnieć o tym, że jesteśmy zwyczajnymi ludźmi i pozwoli nam spojrzeć na siebie jak zwierzaczki? – zaproponował z całkiem niezłym uśmiechem w kącikach ust, wyciągnął różdżkę i pokazał jej w sugestywnym ruchu, jakby objawiał coś najwspanialszego. – Chcesz trochę porzucać zaklęciami? – zaproponował żywo, podnosząc się i podając jej rękę do powstania. Nie miał zamiaru jej przymuszać, nie po wszystkich słowach, które wcześniej padły. Pewne kwestie wymagały odpowiedzi, a na te należało jeszcze poczekać. Życie było dość skomplikowane, a tutaj mogli na chwilę pozwolić sobie na relaks, pytanie tylko, czy ona rzeczywiście chciała spędzić z nim trochę czasu. W jego wzroku czaiła się pewna obawa, jednak przede wszystkim na piedestale stały dobre intencje, z którymi wyszedł jako pierwszy. W piersi wciąż odczuwał chłód, jednak nie był on tak zatrważający, jak z początku. Oddychał płytko choć przemyślanie, był świadom wszystkiego dookoła, dlatego też nie widział problemów w małej zabawie pozwalającej na chwilę relaksu.


Serce mnie bije
Dusza zapije

Żyję

Reggie Weasley
Reggie Weasley
Zawód : Prace dorywcze
Wiek : 28
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Kawaler
... here we go again
OPCM : 22
UROKI : 1
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 1
TRANSMUTACJA : 13
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 10
Genetyka : Metamorfomag

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t8733-regi-weasley https://www.morsmordre.net/t9176-poczta-uriena#278014 https://www.morsmordre.net/t9054-moze-mnie-kojarzysz#272989 https://www.morsmordre.net/f156-doki-pont-street-37-4 https://www.morsmordre.net/t9072-skrytka-bankowa-2069#273565 https://www.morsmordre.net/t9055-u-r-weasley#273095

Powrót do góry Go down

- To żadna odpowiedź. Na Godryka, Urien, naprawdę próbuję zrozumieć, ale powtarzasz jedno i to samo. Nie da się pomóc komuś, kto pomocy nie chce. JAK chcesz im pomóc? - zapytałam więc nie ustępując. Byłam uparta i czasem - a nawet często - kiedy powzięłam jakieś zdanie, nie potrafiłam z niego zrezygnować. To nie tak, że nie dało się mnie przekonać, że jest inaczej niż myślę. Ale potrzebowałam argumentów. A tych na razie nie widziałam, a może nie rozumiałam wcale. - Pomóż im, proszę bardzo, jeśli tej pomocy twoim zdaniem potrzebują. - mówiłam dalej, stojąc, machnęłam zirytowana ręką, która opadała wzdłuż ciała po chwili. -  Zaproponuj Devon, zaproponuj miejsce w którym będą mogli żyć spokojniej w którym otrzymają pomoc w którym będą mogli zbudować swoje życie na nowo. - proszę Urien, rozwiązanie, nie wierzyłam, że sam o nim nie pomyślał. A jeśli nie, to dlaczego? - Wuja mówi, że Devon przyjmie każdego, więc na pewno tak będzie. - podkreśliłam jeszcze, nie wątpiąc w prawdziwość słów wujaszka. Był człowiekiem nie tylko słowa, ale i czynu. Mimo pogodnej osobowości, wiedziałam że zawsze twardo trzyma się własnych postanowień. - Ale bycie tam, żeby siedzieć i patrzeć, próbować zrozumieć nie jest pomocą w żaden sposób. - podkreśliłam raz jeszcze marszcząc niezmiennie brwi. Dopiero kiedy wspomniał o Brendanie łagodność znów na moją twarz wstąpiła. Westchnęłam lekko, unosząc ręką, żeby ręką odgarnąć włosy z twarzy. - Bezsensownie się do nich porównujesz, równie bezsensownie widzisz tylko to, czego uważasz, że nie umiesz. - zaczęłam łagodniej, bo nie powinien nigdzie w sobie szukać ułomności jakiś. Wady każdy posiadał. Ale i zalety. Tak było, ja byłam emocjonalna strasznie i uparta jak osioł. Podziwiałam Grretta i Brendana, ale podziwiałam też Reggiego i Melody. W każdym dało się dostrzec coś, za czym można było podążać. Brendan był mi najbliższy, bo mnie wychował. - Sam siebie blokujesz. Brendan też w siebie wątpi czasem, wiesz? I to, że nie jesteś nim czy kuzynem Garrettem w niczym ci nie ujmuje. - mówiłam dalej, mając nadzieję, że to zrozumie. Nie musiał mieć głowy do wielki słów, prawdę powiedziawszy Brendan do nich też głowy nie miał chyba, pamiętałam jak wątpił w to, czy da radę sam kiedy zabrakło Garretta. - Ale to….  To o czym mówisz, to coś…. TO ABSURDALNE, URIEN! - głos mi się uniósł w niedowierzaniu ponownie, mimo, że wcale nie zamierzałam. Splotłam dłonie przed sobą tym razem nie wiedząc dokładnie co z nimi zrobić. Rozmawialiśmy dalej, ja mówiłam on słuchał i odwrotnie. Ale kiedy do szczęścia doszliśmy moją twarz ogarnęło zdziwienie. Usta rozchyliły się trochę w rosnącym zdumieniu, kiedy mówił dalej. Może i miałam je - szczęście, ale ono nie chroniło od wszystkiego. A kiedy samo szczęście z rodziny przeszło znów na materialność złość ponownie dobijała się do wyjścia.
- Szczęście… - powtórzyłam po nim głucho. - Szczęście! - powtórzyłam raz jeszcze rozkładając dłonie na boki, ironią oplatając powtarzane słowo. - Nie próbuj mnie nawet przekonywać, że przywiązanie do jakiś bibelotów powoduje fakt bycia samemu czy bycia sierotą - też nią jestem, jakbyś nie zauważył - czy bycie mniej szczęśliwszym ode mnie. To brednie, banialuki, androny! Każdy dzień jest nowy i codziennie zacząć można na nowo. - pokręciłam energicznie głową. Jeśli ktoś by kiedyś zapytał, nigdy bym nie powiedziała, że ja i Urien tak różne zdania mieć możemy. Próbowałam, naprawdę próbowałam, ale nie byłam w stanie przyjąć tego punktu widzenia. Bo to była droga bez celu. Codziennie niebezpieczeństwo bez jakiegokolwiek doraźnego rozwiązania. Trwanie w miejscu, punkcie, bez rozwiązania. Nie potrafiłam tego zaakceptować.
- ZOSTAJĄ TAM NA WŁASNĄ ODPOWIEDZIALNOŚĆ URIENIE REGINALDZIE WEASLEY. - uniosłam się po raz kolejny, czując jak łzy napływają mi do oczu. Myślałam, że mówić umiem i ze słowami radzę sobie dobrze, ale miałam wrażenie, że dzisiaj ciągle mijamy się i w słowach i w znaczeniu. - Czy tylko ja jestem w stanie to pojąć, czy ty nie dopuszczasz do siebie tej myśli w ogóle? - zapytałam widocznie nie potrafiąc znaleźć odpowiedzi. - Albo znów może ja posiadam jakąś ułomność, która nie pozwala mi patrzeć w bardziej zawoalowany sposób. Tyle osób odeszło, uciekło, postanowiło zacząć na nowo - bez niczego w ubraniu które mieli na sobie. Czym oni się różnią, dlaczego oni nie mogą, bo co, w innym miejscu, mieście, nie będą mogli kupić sobie mieszkania od razu? Bo nie będzie łatwo i będzie wymagało więcej pracy? - zadawałam kolejne pytania próbując to pojąć - zrozumieć. Wiedziałam, że nie znam jeszcze dokładnie świata. Że niewiele przeżyłam, czy widziałam. Ale zdania na ten moment nie mogłam zmienić, nie miałam jak. - JAKIE POPIERSIA ZNOWU?! - zapytałam trochę historycznie w ogóle nie rozumiejąc o czym mówi w tej chwili trochę. - Urien, na mądrą Rowenę. Jakie portrety, jakie rzeźby? Martwię się, rozumiesz? To co robisz, to nie jest pomoc, bo z tego co mówisz to po prostu tam jesteś. Sam, jeden z sercem wyciągniętym na dłoni, żeby co? Żeby ich doglądać? Bo bez twojego nadzoru co się stanie? - chciałam wiedzieć. Potrzebowałam. Wiedzieć. Dlaczego musiał codziennie kłaść się spać w miejscu, które tylko czyhało na jego głowę, które należało do ludzi, którzy byli dla nas wrogami. Którym otwarcie się sprzeciwialiśmy, którzy nigdy nie byli dla nas przyjaciółmi. Brendan przeczuwał, że Londyn nie jest bezpieczny, już zanim wyjechał a ja zamieszkałam u cioteczki.
- Nie chcę. Nie chcę rzucać żadnych zaklęć, Urien. - odpowiedziałam urażona, rzucanie zaklęć w niczym nie mogło pomóc. Założyłam dłonie na piersiach odwracając głowę na bok, przesuwając spojrzeniem po horyzoncie. Z westchnieniem rozplatając je ponownie. Uniosłam rękę i pozwoliłam, żeby pomógł mi wstać. Zadarłam głowę, żeby spojrzeć mu w twarz. - Nie wiem po co naprawdę pozostajesz w Londynie, ale jeśli wierzysz w to wszystko co powiedziałeś, to nie wiem, co więcej miałabym powiedzieć. Londyn to przegrana sprawa, Urien - tak mówi wujek. A jeśli znają tam Weasleya… - urwałam z lekko zmarszczonymi w zmartwieniu brwiami. - Nie możesz umrzeć, rozumiesz? - zapytałam go cicho drżącym głosem. Straciliśmy już Garretta. Brendan był daleko i nie było od niego wieści od miesięcy. Nie byłam w stanie znieść kolejnych strat. A może nie chciałam być zmuszona do tego.


Anything’s possible if you’ve got
enough nerve.

Neala Weasley
Neala Weasley
Zawód : dobry duch Devon
Wiek : 16!
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Panna
Jutro jest zawsze czyste, nieskalane żadnym błędem.
OPCM : 10
UROKI : 5
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 2
TRANSMUTACJA : 9
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej

Dzieci
Dzieci
https://www.morsmordre.net/t4071-neala-weasley https://www.morsmordre.net/t4260-victoria-sowa-brena-ale-tez-moja#87876 https://www.morsmordre.net/t9448-for-as-long-as-the-sun#287505 https://www.morsmordre.net/f171-ottery-st-catchpole https://www.morsmordre.net/t9744-skrytka-bankowa-nr-1054#295656 https://www.morsmordre.net/t4240-neala-weasley#86909

Powrót do góry Go down

Strona 1 z 2 1, 2  Next

Park Narodowy Dartmoor

Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach