Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia


Ekipa forum
Park Narodowy Dartmoor
AutorWiadomość
Park Narodowy Dartmoor [odnośnik]17.02.21 0:34
First topic message reminder :

Park Narodowy Dartmoor

Prastary, bogaty w zwierzynę park znajduje się pomiędzy dystryktem West Devon i South Hams. Zgiełk wojny i zniszczenia charakterystycznego dla całego hrabstwa Devon zdaje się zapomnieć o magicznym miejscu, w którym zielone wrzosowiska przeplatane są granitowymi skałami, spomiędzy których niejednokrotnie można natknąć się na rozhasaną zwierzynę. Miejsce idealne na wyciszenie się, obcowanie z naturą i dobrami, jakie oferuje. Ze względu na wzgórza okalające miejsce wiatr jest nieodłącznym elementem każdej wizyty. Jedynie potężne formacje skalne są w stanie zapewnić schron przed zimnymi podmuchami, które nie zawadzają stworzeniom przystosowanym do takiej pogody oraz temperatury. W zależności od miejsca można napotkać mokradła i torfowiska objęte mgłą. Pomimo przeciwności warunków można natknąć się na wioski. Największą z nich jest wybudowane w czasach napoleońskich Princetown, gdzie znajduje się strzeżone więzienie.
Punktem przyciągającym gapiów jest zamek Drogo wybudowany w latach 1910-1930 przez jednego ze znanych, mugolskich architektów sir Edwina Lutyens. Obszerność parku nie pozwala na dostrzeżenie najwyższego szczytu High Willhays (610 m n.p.m.), który robi furorę pośród mugolskich, często spotykanych na ścieżce wędrowców oraz badaczy. Typowym widokiem jest szeroka gama ptactwa, kuce Dartmoor, lisy, króliki, borsuki, szare wiewiórki, łasice, zające, sarny, jelenie i gronostaje, a także magiczne stworzenia, o których istnieniu krążą jedynie legendy.
Zarówno pośród mugolskich, jak i czarodziejskich dzieci mówi się o baśniach związanych z wrzosowiskami, które zwykle zahaczają o postaci wróżek, chochlików, czy też jeźdźców bez głowy. Wielu z mugolskich twórców, o których traktuje literatura, inspirowało się magicznym parkiem, w którym świat był jeszcze bardziej magiczny, a czasem nawet surowy.
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Park Narodowy Dartmoor - Page 2 Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki

Re: Park Narodowy Dartmoor [odnośnik]18.05.21 17:17
Może wcale nie mieli dojść do porozumienia? Przecież nie każda poruszona kwestia mogła być tą rozwiązywalną, a tym bardziej łagodną i ułatwiającą pogodzenie się z minionym czasem. Żadne z nich widocznie nie było w stanie tego zaakceptować, choć każde patrzyło z innego kąta i na całkiem odległy punkt, nawet względem siebie. Chciała dobrze i pewnie dlatego było to takie ciężkie, żeby nie dać się okrutnemu odczuciu kolejnego zawodu. Nawet nie próbował walczyć, zwyczajnie zgarbił się i uciekł gdzieś wzrokiem na bok. Nie wiedział jak im pomóc, chciał, a… pokazywała mu palcem dokładnie, gdzie leżało źródło wszystkich niedogodności i jakiejś niefortunności, którą należało zwalczyć, żeby było lepiej. Nie był w stanie patrzeć, zamykał oczy, bo wolał być głupi, ślepy i nie istnieć niż żyć z tym widmem cienia porażki. Wiadomo, że znowu coś by się stało, po co miał w ogóle próbować? Chyba tylko dla nich, bo przecież na ratunek samego siebie już było trochę za daleko. Pewnie to mu dało trochę siły.
- Neala… – szepnął cicho, kiedy jej głos przeszedł w inną oktawę, a może to tylko mocny wiatr zawirował w niespodziewanym harmidrze? Wolał już fizyczną krzywdę od tych słów, które ciosały o wiele głębiej, niż się wydawało. Były szczere i wytykały każdą nieprawidłowość, którą przyjmował za pewnik i zwyczajną psotliwość losu. Tak miało być i tak też było. Nie zasługiwał przecież na lepsze życie, a jednak kiedy kosztowało to łzy młodej kuzynki, wartości zaczynały przechodzić przeróżne deformacje. Nie chciał doprowadzać jej do złości, a tym bardziej płaczu! Kiedy to wszystko tak szybko się poplątało?
Ckliwe podejście do teorii każdy-nowy-dzień przemawiało do niego praktycznie w każdym calu, jednak to nie miało znaczenia, kiedy nie on kierował życiem tych ludzi i ich wyborami. Stał z boku, nawet nie prowadząc ich za rączkę, bo przecież wszyscy mogli sami wybierać, tak samo, choć sam był przekonany, że innego wyjścia nie posiadał.
- Neala. – podjął kolejną próbę przywołania jej uwagi dość cicho. Kolejny raz się uniosła, a on przestał odpowiadać. Był tą głuchą ścianą, w którą uderzał ciężar grochu – jej słów. Mimo wszystko w tym konkretnym momencie wiedział, że do niczego to nie będzie potrzebne, jeśli po raz kolejny podejmie próby wyjaśnienia, zobaczy w jej oczach łzy. Nie chciał być źródłem jej cierpienia, miała dość na głowie, sama to właśnie potwierdziła. Znowu komuś przynosił zawód. Spuścił wzrok jak pięciolatek, do czasu, aż zaczęła wyjaśniać, jak żyją Ci, których obserwował, a może nawet i trochę naśladował. Nie wiedziała, jakie to było ciężkie, choć ani przez chwilę nie próbował podważyć tego, że jako sierota miała dobrze, to… jakoś nie potrafił już dłużej być tak pasywny. Doszła do granicy? Zaczerpnął głęboko powietrza, ściągając brwi i patrząc na nią ostro, kiedy zaraz wyjaśniła, że to wszystko ze zmartwienia, nie z poczucia wyższości, choć wszystko trochę przysłoniły mu jej wcześniejsze słowa.
- Neala. – powiedział ostro, może trochę ostrzegawczo, na pewno nigdy w ten sposób się nie unosił. Jego poliki i uszy były czerwone, a jednak, zamiast ją prosić o wybaczenie, stawał naprzeciw z jedynym sprzeciwem w postaci jej imienia. Dobrze wiedział, że nie może zostawić tego tak niedopowiedzianego. Coś zakuło w piersi, kiedy uświadomił sobie, że wytykała mu bezczynność. – Nic się pewnie nie stanie bez mojego nadzoru, ale jestem w stanie przynajmniej szczątkowo pomóc. Wierzę w to, że mogę. – stwierdził dość naiwnie, choć z pewnością, o jaką sam siebie nigdy nie podejrzewał. Nawet wartość tych słów była mu dość obca, przynajmniej w świadomym umyśle, który nigdy nie rozważał tak dziwacznych myśli.
Chciał już skończyć te dziwy, zaczerpnąć trochę powietrza wolną piersią, a nie tą ponownie przytłumioną poczuciem winy. Niestety odmówiła wspólnego rzucania zaklęć. Faktycznie musiał dać popalić, skoro nawet ta przyjemność wydawała się jej zbyteczna. Wyrzucał sobie głupotę, że też w ogóle się odezwał i znów wypalił z czymś nieodpowiednim. Niestety nigdy nie potrafił kłamać tych najbliższych. W jego umyśle zrodziła się pewna obawa, którą zaraz spróbował wyjaśnić, łapiąc kontakt wzrokowy z rudowłosą. Wahał się nad tymi słowami, choć w rzeczywistości decyzja o niepytaniu padła dokładnie w tym samym momencie, kiedy z jego ust padło – Czy Ty… nie chcesz się już więcej ze mną więcej widzieć? – spytał praktycznie szeptem, bo był przekonany, że głos zdradziłby drżenie i strach, który ogarniał całe ciało. Znowu coś spierdolił i to na pełnej linii. Co z tego, że patrzył na nią z góry, skoro to ona trzęsła całą pewnością o trwałości wartości rodziny!


Serce mnie bije
Dusza zapije

Żyję

Reggie Weasley
Zawód : Prace dorywcze
Wiek : 28/29
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Kawaler
... here we go again
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Metamorfomag

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t8733-regi-weasley https://www.morsmordre.net/t9176-poczta-uriena#278014 https://www.morsmordre.net/t9054-moze-mnie-kojarzysz#272989 https://www.morsmordre.net/f378-devon-okolice-plymouth-krecia-nora https://www.morsmordre.net/t9072-skrytka-bankowa-2069#273565 https://www.morsmordre.net/t9055-u-r-weasley#273095
Re: Park Narodowy Dartmoor [odnośnik]24.05.21 20:47
Zapętliłam się, zawzięłam, nie potrafiłam przestać mówić. Mówiłam więc, wszystko to, co mi się wydawało, dokładnie tak, jak myślałam, mimo że znów on nie mówił w ogóle nic a nic. Mówiłam więc ja. Jakby wzbierał we mnie ogień, trudny do okiełznania, trudny do zatrzymania. Nie zatrzymywałam się więc. Nie, kiedy wpierw szepnął moje imię cicho. Przyspieszyłam, podniosła głos wyżej zamiast tego. Nie potrafiłam zapanować nad emocjami, ale może wcale nie chciałam. Próbowałam mu coś przetłumaczyć, przekazać, potrzebowałam żeby zrozumiał, ale stanęliśmy na rozdrożu nie potrafiąc do tego porozumienia w żadnej sposób dojść. Po raz kolejny padające moje imię wcale mnie nie uspokoiło, wcale nie przerwało. Słyszałam je wyraźnie, ale zdawałam się nie słyszeć. Powinien odpowiedzieć i to milczenie jeszcze mocniej mnie konfundowało i denerwowało. Jak mieliśmy dojść do jakiegoś porozumienia, jak mieliśmy cokolwiek sobie wytłumaczył, kiedy on całkowicie milczał. Kiedy nie odpowiadał na moje wołania, kiedy pozostawał na nie całkowicie głuchym. Jeśli nie chciał, to dobrze. Ja mogłam mówić. Potrafiłam długo i wyraźnie. I im dalej mówiłam, tym mocniej się zapędzałam. Ale i wtedy nie zatrzymywałam się nawet przez chwilę. Dopiero kiedy moje imię wybrzmiało po raz trzeci, wyraźniej, ostrzej, ostrzegawczo nawet zamilkłam, oddychając ciężko. Przesadziłam? I dobrze, chociaż może to zmusi go do wydania na świat jakiejkolwiek odpowiedzi. Nie rozumiałam. Nie potrafiłam zrozumieć. Dlaczego chciał tam być? To nie miało sensu. Żadnego logicznego sensu. Być i patrzeć. W czasie wojny w mieście, które należało do tych, którzy ich mieli za wrogów. Otwarcie sprzeciwiali się innym rodom, od zawsze się im sprzeciwiali. Czy naprawdę obserwowanie zachowań ludzi z portu było tego warte? Warte jego własnego życia?
Nie było. Nie mogło być. Wiedziałam to dokładnie, a jednak żadne z moich słów nie było w stanie do niego trafić. Zwyczajnie zaczął unikać odpowiedzi. Przestał mi ją dawać. A może to ja, po tych wszystkich złych słowach na nie już nie zasługiwałam. Oddychałam ciężko, zaciskając usta do kompletu z dłońmi. Minę nadal miałam zawziętą.
- Pomóc w czym, Urien? - nie odpuszczałam, nie mogłam, ale tym razem zapytałam prawie błagalnie, rozpaczliwie trochę. Chciałam wiedzieć. Chciałam zrozumieć, ale ilość informacji, którą mi doświadczał dawała mi tylko niewygodne przeświadczenie, że nic z tego nie rozumiem. Może jednak byłam na to by rozumieć zbyt młoda, zbyt niedoświadczona. Nic już nie wiedziałam.
Propozycja która popłynęła nie była czymś na co miałam ochotę, nie potrafiłam odciągnąć myśli. Zostawić ich gdzieś na boku, udać że wcale nie padły i wcale się nie wydarzyły. Dlatego odmówiłam, nie byłam w stanie porzucać zaklęć na rozluźnienie, bo wcale nie byłam rozluźniona. Stałam więc w milczeniu, obserwując zmieniającą się mimikę na jego twarzy, a gdy w końcu słowa opuściły jego usta moje brwi uniosły się w zdziwieniu, a początkowa zawziętość ustąpiła łagodności.
- Banialuki, Urien. - odpowiedziałam mu rozkładając dłonie na boki. - Pat. Tak się nazywa sytuacja w której właśnie się znaleźliśmy. Ale to nie znaczy, że więcej widzieć cię nie chcę. Jesteś mi jak brat. - przesunęłam się kilka kroków w przód, tak że znalazłam się obok niego. Bez wahania objęłam go ramionami, na krótką chwilę przytulając się do niego. - Kocham cię, Urien i nie przestanę. - zapewniłam, po krótkiej chwili cofając się znów o kilka kroków. Poprawiłam sukienkę otrzepując ją z jakiś niewidocznych pyłków. - Ale na razie zła jestem i nie rozumiem. - mówiłam dalej, przesuwając się w kierunku Montygona, odwiązałam go od gałęzi drzewa, łapiąc za wodze. Znów zwracając się w kierunku kuzyna. - Dzisiaj nigdzie dalej nie pójdziemy, bo ty odpowiadać przestałeś, a ja wracać muszę, żeby przed zmrokiem zdążyć. - wyjaśniłam, odwracając się do Montygona, wciągnęłam się na siodło. Spojrzałam na niego z góry. - Może z czasem zrozumiem to, co tobą kieruje. Na razie niezmiennie postanowiłam wierzyć w ciebie i twoje decyzje. - uniosłam łagodnie kąciki ust, choć dalekie one były od uśmiechu, takiego prawdziwego. - Proszę, uważaj na siebie , Urien. - wzięłam wdech w płuca, jeszcze przez krótką chwilę patrząc na niego. - Następnym razem, po prostu spotkajmy się w Ottery. - poprosiłam, skinęłam krótko głową wyciągając do niego rękę z siodła, żeby ją ścisnąć krótko. Potem uderzyłam piętami w boki Montygona, musiałam wracać do domu. Z głową pełną wątpliwości, wszystkiego, czego nie rozumiałam, wszystkiego co chciałam zrozumieć. Może rzeczywiście, czas miał pozwolić mi to pojąć. Może wręcz odwrotnie.

| zt?


She took things too seriously, or not too seriously at all. She hated with every fiber of her being, or loved with every piece of her heart. There was no in-between for her. It was either all or nothing.
Neala Weasley
Zawód : dobry duch Devon
Wiek : rocznikowo 17
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Panna
i am under no obligation
to make sense to you
OPCM : 10
UROKI : 2 +2
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 2 +3
TRANSMUTACJA : 7
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej

Dzieci
Dzieci
https://www.morsmordre.net/t4071-neala-weasley https://www.morsmordre.net/t4260-victoria-sowa-brena-ale-tez-moja#87876 https://www.morsmordre.net/t9448-for-as-long-as-the-sun#287505 https://www.morsmordre.net/f171-ottery-st-catchpole https://www.morsmordre.net/t9744-skrytka-bankowa-nr-1054#295656 https://www.morsmordre.net/t4240-neala-weasley#86909
Re: Park Narodowy Dartmoor [odnośnik]10.06.21 18:21
Zasługiwała na wyjaśnienie. Każdy z nich zasługiwał, ale zbyt ciężko było powiedzieć, że w rodzinnym gronie nie czuł się najlepiej. Miał wrażenie, że niezależnie od tego, co zrobi, zawsze będzie tym, który zwyczajnie nie jest godzien, bo zawiódł. Czuł się jak porażka na pełnej linii, a Londyn? Stolica pozwalała mu zapomnieć o całym tym nieporozumieniu, jakim było Oslo i służbowy wyjazd, miał inne cele, inną twarz, inne wszystko. Był kimś innym, a może nieudolnie starał się być? Przecież pomimo zasad obojętności i wzajemnego chłodu zawsze udało się znaleźć skrawki tych przyjaznych wspomnień, szczególnie wieczorami, jeszcze przed oderwanym filmem.
Cały ten czas spożytkował dość lekkomyślnie, choć w rzeczywistości wydawał się żyć z rozumem. Kręcił się w spirali błędu, wmawiając samemu sobie, że tak należy i tylko w ten sposób jest dobrze. Nawet nie zamierzał próbować zrozumieć, że coś w całym tym systemie było nie tak, bo przecież on nie widział problemu. Inni je posiadali, on nie, bo niby czemu?
Dobrze wiedział, że rudowłose panny były niepowstrzymane, kiedy rozpędzą się w słowach, normalnie spuściłby głowę i przyjął wszystko na swoje barki, jednakże rozumiejąc, co sugerowała, czuł zdenerwowanie. Nigdy wcześniej nie próbował się bronić i nawet teraz nie mówił ze względu na siebie, a ich, tych wszystkim imiennych, o których nie miała pojęcia. Nie znała ich. Nie rozumiała, choć czy on faktycznie mógł powiedzieć, że zna?
- We wszystkim, w czym mogę pomóc… ostatnio pomogliśmy uciec dwójce cz… – odchrząknął nagle, łapiąc się na tym, że przecież nie powinien jej mówić o czymkolwiek związanym z ciężką sytuacją, bo… co? Nie znała ciężaru tego życia? Przecież część jej rodziny zginęła właśnie w imię sprawy, lepszego jutra, w które on również wierzył i o które zamierzał walczyć. Wszystko to było jakieś ciężkie do przetworzenia, a tym bardziej obrania jakiegoś złotego środka, w którym oboje mogliby się spotkać i podać sobie dłonie. Zamiast tego próbowała go przeciągnąć i zmusić język do chlapania wszystkiego, żeby tylko wytłumaczyć. Już od jakiegoś czasu sam przestał pojmować, dlatego chyba czuł ten wstyd, bo nie był w stanie odpowiedzieć, było to inne zawstydzenie niż zwykle, jakby bardziej pieczące niż rozpalające. Może miał coś na sumieniu? Nic nie pamiętał, ale za wszystko z pewnością głęboko żałował.
- Pat. – powtórzył po niej, nie rozumiejąc słowa, a tym bardziej określenia. Któż by pomyślał, że dotyczyło ono szachów – dziedziny kompletnie mu nieznanej i w żaden sposób przyciągającej jego uwagę. Zrażony swoją niewiedzą spuścił głowę nieco niżej, bo przecież nie był w stanie nawet pojąć tego, co do niego mówiła, a chciał tak dobrze się dogadywać z rodziną… dopiero na ostatnie jej stwierdzenie poderwał głowę do góry z szeroko otwartymi, błyszczącymi, szczenięcymi oczami, które w pełni jej wierzyły. Była mu jak siostra. Chciał dla niej jak najlepiej, nieważne co mówiła, rodzina musiała trzymać się razem, bo w ten sposób tworzyli pięść i siłę. Poczuł ciepło bijące od jej małej postaci, samemu położył jedną z dłoni pomiędzy jej łopatkami, drugą pogłaskał po rudej czuprynie włosów. Niesamowita moc zapulsowała w jego piersi, rozprowadzając przyjemne ciepło po całym ciele. – Ja też Nealka. – stwierdził cicho do wiatru, chyba nawet mogła nie usłyszeć. Nie mówił przecież tego do niej, bardziej do siebie, jakby właśnie sobie to uświadomił, że przecież mu zależało, bardzo. Odsunęła się na kilka kroków, a on pozwolił dłoniom dyndać wzdłuż dość spiętego ciała. Przecież chciał, żeby było dobrze, może źle dobrał porę na mówienie?
Otworzył kilkukrotnie usta, chcąc coś powiedzieć, jednak żaden głos nie wychodził z suchych od wiatru ust. Powinni skryć się w jakimś nieco mniej widocznym miejscu, ale cóż mogło im grozić na rodzinnych wzgórzach? Dobrze wiedział, że życie bywało prawdziwie różne i skrajne, a mimo to pozwolił sobie na zapomnienie, w rzeczywistości odciągnęła go ważnym tematem. Brakowało mu słów wyjaśnienia. – Wierz we mnie. – przytaknął z niecodziennie zasmuconą miną, był bardzo ufny i łatwowierny, bo przecież Neala zawsze mówiła prawdę, nawet tą najgorszą, świadomość, że życzyła mu dobrze, w pewien sposób ułatwiał kolejne oddechy. Może skoro ona ślepo potrafiła przytaknąć, to rodzice też zdołają? Głupi, westchnął w myślach, zmuszając się do porzucenia tej abstrakcyjnej myśli. – Będę uważał… z pewnością pojawię się w Ottery… proszę… nie mów o Londynie rodzicom, nie chcę, żeby się martwili… – wyjaśnił na odchodne, ściskając jej dłoń w swojej. Prosił o wiele, jednakże każda informacja miała swoją cenę. Nienawidził się za doprowadzanie nastolatki do takiego rozdroża. Miał szczerą nadzieję, że kiedyś zrozumie i mu wybaczy.
Obserwował jak znika na horyzoncie, aż w końcu sam podjął decyzję przejścia się jeszcze pieszo. Tereny były tak znajome, szkoda tylko, że on musiał być tą główną zmienną w całym krajobrazie tej części parku. Jakby nie mogło być jak dawniej.

| zt.


Serce mnie bije
Dusza zapije

Żyję

Reggie Weasley
Zawód : Prace dorywcze
Wiek : 28/29
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Kawaler
... here we go again
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Metamorfomag

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t8733-regi-weasley https://www.morsmordre.net/t9176-poczta-uriena#278014 https://www.morsmordre.net/t9054-moze-mnie-kojarzysz#272989 https://www.morsmordre.net/f378-devon-okolice-plymouth-krecia-nora https://www.morsmordre.net/t9072-skrytka-bankowa-2069#273565 https://www.morsmordre.net/t9055-u-r-weasley#273095
Re: Park Narodowy Dartmoor [odnośnik]29.06.21 0:11
30 października 1957

Wieczór zbliżał się ku końcowi – słońce powoli znikało za horyzontem, krwawe i różowawe refleksy rzucając na chmury, sprawiając, że mimo znikającego światła, niebo wciąż mieniło się wieloma kolorami. Przeciągły wiatr, który przez cały dzień szalał, utrudniając jakiekolwiek poruszanie się bez prób łapania uciekających fragmentów odzieży, teraz wyciszył się, pozostawiając jedynie łagodne podmuchy od czasu do czasu, które sprawiały, że brązowe pukle Sheili, w pomarańczowym blasku nabierające rudawych refleksów, teraz tańczyły lekko, czasem wpadając jej do oczu i sprawiając, że co jakiś czas zarzucała głowę do tyłu, niczym koń poprawiający swoją własną grzywę.
Ostatnie momenty dnia spędzała w samotności na zewnątrz. Nie miała nic przeciwko towarzystwu Neali, ba, była za nie bardzo wdzięczna i jeżeli za coś mogła dziękować losowi to za to, że w takich chwilach podesłał jej osobę, na której mogła polegać. Wciąż jednak nie była to jej prawdziwa rodzina – ci, do których tęskniła i z którymi chciała oglądać takie zachody słońca. A pamiętała je niemal tak dobrze, jakby zdarzyły się wczoraj. Raz, kiedy przejeżdżali obok morza, wybiegła naprzód podczas gdy starsi ustalali dalszą trasę. Wystrzeliła niemal jak z procy, widząc, że mogła wdrapać się na jeden z kamieni, aby lepiej widzieć – co udało jej się jednak dopiero wtedy, kiedy James wziął ją w ramiona. Trwała wtedy tak zachwycona, oglądając, jak morze pokrywa ten niezwykły blask, dający wrażenie, jakby woda płonęła. Z całej tej refleksji wyrwało ich przekleństwo Thomasa, który wpadł na jakiś wystający korzeń. Co prawda chwilę narzekał, skończyło się jednak raczej na lekkich zadrapaniach i paru kuksańcach.
Odchyliła głowę, śmiejąc się cicho pod nosem. Tęskniła za nimi. Za Thomasem. Za Eve. Za Jamesem chyba najbardziej, ale to on był jej najbliższy. Jego zawsze mała Paprotka…Jej dłonie zacisnęły się mocniej na drewnianych barierkach, na których siedziała. Obiecała sobie w końcu, że nie będzie płakać…
Kroki zwróciły jej uwagę dość prędko, myślała jednak, że to ktoś z obejścia, bądź chciano ją zawołać o pomoc przy kolacji. Wyraźnie jednak zmierzano w jej stronę, dość niechętnie więc obejrzała się przez ramię, aby dojrzeć, kto dokładnie przerywa jej moment w samotni.
Słowa uciekły z jej głowy. Była pewna, że jeżeli przyjdzie do spotkania z którymkolwiek z członków rodziny, zrobi wszystko, aby przywitać ich z miłością. Że opowie im o latach rozłąki, przytuli do serca, ucałuje…teraz jednak nogi zaczęły się trząść, język wydawał się splątany, a ona sama czuła, jak serce jej wali, a oddech stał się urywany. Na ziemię niemal ześlizgnęła się, czując się, jakby każdy krok wymagał od niej nadludzkiego wysiłku.
Czy to był on? To musiał być on! Jej kochany Jamie, Jamie, który podawał jej kromki chleba, żeby zjadła pierwsza, który grał dla niej, byleby tylko się rozchmurzyła, który wplatał jej kwiaty we włosy, by potem nazywać ją królową. Do którego miała tyle miłości, że wydawało się, że serce pęknie. A jednak biło dalej, by pomieścić jeszcze więcej uczucia.
- James, James, mój kochany James! – Po raz pierwszy od wielu dni wyrzucała z siebie słowa po romsku, w języku znów prawdziwym, znów żywym. Który tak jak i ona w końcu nie był obcy.


Only those who are capable of silliness can be called truly intelligent.
Sheila Doe
Zawód : Krawcowa, prace na zlecenie
Wiek : 19
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
We look up at the same stars and see such different things.
OPCM : 5 +4
UROKI : 4
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 1 +1
TRANSMUTACJA : 10 +3
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 10
Genetyka : Czarownica

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t9587-sheila-doe https://www.morsmordre.net/t9600-bluszczyk https://www.morsmordre.net/t9602-twoja-droga-paprotka https://www.morsmordre.net/f357-camden-town-iverness-street-10 https://www.morsmordre.net/t9746-skrytka-bankowa-nr-2211 https://www.morsmordre.net/t9604-sheila-doe#291895
Re: Park Narodowy Dartmoor [odnośnik]29.06.21 0:39
Każde jedno uderzenie serca przypominało wybuch bombardy maximy w jego piersi, siłą równoważną mocy zaklęcia burzącego ściany i budynki, sprawiającego ból każdym ciosem, ale mimo to szedł coraz szybciej, powoli tracąc równowagę we własnym pędzie, ale nie chciał biec, odkąd przekroczył bramę domu w Ottery. Prawie potknął się o własne nogi, próbując zmusić je do jeszcze szybszego przebierania, jednocześnie rozglądając się dookoła, jakby liczył na to, że będzie stać gdzieś na drodze, albo na trawie przy wejściu, czekając z założonymi rękami — a jednocześnie maił świadomość, że nie będzie. Nie wiedziała — jeśli to była ona, nie wiedziała. Próbował studzić entuzjazm, powtarzając sobie, że utracona nadzieja boli dwukrotnie mocniej. Przekonywał sam siebie, że póki jej nie ujrzy, nie uwierzy, nie będzie snuł planów i nie będzie tworzył we własnej głowie historii, które jej opowie. Mimo wyraźnego rozkazu własnego rozsądku, serce już wybiegało do przodu, przywołując twarz siostry, podsuwając koncepcje lat, które stracił jak brat na obserwowaniu jak dorasta, dojrzewa. Nie potrafił uspokoić tego walenia w klatce piersiowej, zagłuszyć, wyciszyć. A im bliżej się znajdował, tym emocje były silniejsze. Bolał go żołądek, ale nie zwracał na niego uwagi. Bo to przecież tam pojawiały się najpierw. W dole brzucha, najpierw kiełkując z niewielkiego ziarenka, by pęcznieć i rosnąć, karmione zdarzeniami, wyobrażeniami, ostatecznie wybuchając bez kontroli niczym wulkan.
Kierował się w stronę drzwi wejściowych, nie myśląc wcale o tym, że może spotkać tu inne znajome twarze — Nealę, Melody. Rozglądał się za tą jedną, nie pasująca do obrazu piegowatych rudzielców. Za ciemnowłosa cyganką o magnetycznym spojrzeniu, złotych kołach w uszach ze szmaragdowymi szkiełkami. Szybkimi susami pokonał ostatnią drogę do drzwi, w które zapukał bez głębszego zastanowienia. Może w emocjach zdarzyło się zapukać zbyt mocno, włożyć w ten gest zbyt wiele siły, ale zorientował się kiedy było już za późno, a one otworzyły się. Wysoki mężczyzna spojrzał na niego, a wtedy dopiero dotarło do niego, jak idiotycznie przyszło mu o nią spytać — w cudzym domu, w gościnie u dobrych ludzi. Skrzyżował spojrzenie z mężczyzną dopiero po chwili odzyskując język w gębie, spytał o nią, spytał o Sheilę. Dopiero potem się przedstawił i wyznał, że sprawa jest pilna. Niecierpiąca zwłoki. Czy ją zastał? Czy wciąż tu była? Czy Mały Jim się nie mylił? Miała być w parku Dartmoor, pognał tam na złamanie karku, zwalniając, kiedy po zbyt długich poszukiwaniach ujrzał dziewczęcą sylwetkę na horyzoncie. Siedzącą na drewnianej barierce, wpatrzoną w spektakl kolorów zachodzącego słońca. Serce podskoczyło mu do gardła, wiedziało już, że ją znalazło; to była ona. Musiała. Rozum wciąż chciał, by zwolnił, przestał — co jeśli nie? Jeśli tylko była podobna? Ruszył w jej stronę z duszą na ramieniu, nie potrafiąc przerwać ciszy swoim melodyjnym głosem, pewien, że wyjdzie skrzekliwie przez to, co czuł.
Kurtyna opadła, a ona się odwróciła.
Nabrał wielki haust powietrza, a potem zapomniał, by z niego skorzystać, tak jak wtedy, kiedy próbowało się pokonać czkawkę, zadusić ją brakiem oddychania. Tym razem zupełnie nieświadomie zrobił to samo, ruszając w jej stron szybciej, mimowolnie rozkładając ręce do tego, by ją złapać i zamknąć w ramionach.
—Paprotko. Siostrzyczko— wydusił z siebie podchodząc do niej, by bez zastanowienia porwać ją w ramiona, mocno przyciągnąć do siebie, palce zacisnąć na jej plecach ubraniu tak, aby nie zamierzał jej nigdy wypuścić z klatki własnych ramion. Dopiero wtedy, ze słowami, wypuścił wstrzymywane powietrze, by zacząć oddychać znów. Pachniała inaczej. W jego rękach była inna, a jednak czuł się tak, jakby nie zmieniła się nic. Jej włosy miały jaśniejszy, bardziej miedziany kolor, a może to słońce żegnające dzień nadało im tak pięknego odcienia. Były miękkie, delikatne. Wtulił w nie twarz, zatopił ją zamykając oczy i zaciskając powieki, kiedy zapiekły go oczy. Milczał długo, mocno ją obejmując, próbując opanować szalejący w nim chaos emocjom by zebrać się w sobie i powiedzieć jej coś. Cokolwiek — o tym, jak tęsknił, o tym, jak jej szukał, jak bał się, że nie żyje. Nie potrafił znaleźć odpowiednich słów, nie wiedział, od czego nawet zacząć. Pogładził ją dłonią po włosach czule, zadarł brodę. — Nie było dnia, w którym nie myślałem o tobie. Myślałem… — zawahał się, wciąż przytulając ją do siebie. — Chciałem… Ja… próbowałem…— Nie potrafił znaleźć słów, zebrać ich razem, więc w końcu przestał próbować. Pozwolił sobie po prostu na krótką chwilę, by przytulać ją bez końca.


Czas także ulega potknięciom i wypadkom
i dlatego może się rozbić i zostawić
w jednym pokoju ułamek swojej wieczności.
James Doe
Zawód : grajek, złodziejaszek
Wiek : 19
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Żonaty
How do you love?

Like a fist. Like a knife.
But I want to be more like a weed,
a small frog trembling in air.
OPCM : 0
UROKI : 0 +2
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 12 +3
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 28
SPRAWNOŚĆ : 12
Genetyka : Czarodziej
 little unsteady
Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t9296-james-doe https://www.morsmordre.net/t9307-leonora https://www.morsmordre.net/t9300-skrzypek-na-dachu https://www.morsmordre.net/f358-doki-pont-street-13-7 https://www.morsmordre.net/t9776-skrytka-bankowa-nr-404 https://www.morsmordre.net/t9322-james-doe
Re: Park Narodowy Dartmoor [odnośnik]29.06.21 9:49
Przez dwa lata na przemian karmiła się nadzieją, to gasła, wyobrażając sobie, ze cokolwiek się nie stanie, na pewno odnajdzie się z Jamesem. Że jego oczy dalej trzymało to ciepło, nawet jeżeli przeszedł przez tyle rzeczy, że jego ramiona dalej trzymałyby ją tak pewnie, jak kiedyś. Nowe wspomnienia nie pojawiały się w jej umyśle – nie miała nic, czym mogłaby zastąpić to, co już znała. Nie widziała, jak rozkwitało jego małżeństwo z Eve, a może teraz nawet byłaby już ciocią i trzymałaby swoich bratanków i bratanice na kolanach. Może teraz siedzieliby gdzieś z dala od wojennej zawieruchy, snując opowieści przy ogniskach? A może wydarzyłoby się coś jeszcze i nawet żadne działanie nie miałoby znaczenia, bo los i tak by ich rozdzielił?
Nie ważne były jednak jej oczekiwania, bo oto ucieleśniał się teraz jej sen, jej tęsknoty. Jamie, jej słodkie Jamie stał właśnie tutaj. Serce z początku spokojne, teraz biło jej jak szalone. Stopy jak na złość ślizgały się po gruncie, udało jej się jednak wpaść na niego, twarzą niemal uderzając o jego ramię. Zderzenie z bratem niemal wyssało jej powietrze z płuc, a ona sama wydawała się łapać oddech równie łapczywie co on. Jednak dopóki nie poczuła jego ramion dookoła siebie, trzymała się jeszcze na ostatnich siłach. Kiedy jednak jego zapach ją otulił, kiedy silne, acz niewielkie dłonie zacisnęły się na jej ubraniu, nie powstrzymała łez.
Jej ramiona zaczęły się trząść kiedy szloch przybrał na głośności. Nie wiedziała czemu, oprócz wzruszenia spłynęło na nią poczucie winy. Szukał jej, szukał, a ona jak głupia nie wpadła na to, aby może jednak zwrócić? Mogła spróbować zawrócić wtedy konia, dowiedzieć się, czy ktoś jednak przeżył. Mogła poczekać chwilę w okolicy i wrócić. Mogła…cokolwiek, coś, co nie sprawiłoby, że James szukał jej potem tyle. Że nie musieli znajdować się jak obcy, bez słowa, gdzieś pośrodku niczego…Płakała głośno, próbując uspokoić się kiedy wciskała twarz w jego płaszcz, a emocje uchodziły z niej, mieszając w sobie szczenięcą radość z zachwytem.
- Jamie, mój Jimmy, mój James, braciszek kochany…Przepraszam, przepraszam za wszystko… - Zacisnęła palce na jego ramionach, zaraz jednak puszczając je dość szybko i opuszkami palców próbując wyczuć jakiekolwiek różnice. W rysach jego twarzy, w miękkich lokach, w brwiach, które marszczył tak mocno kiedy tylko próbował coś ukrywać. Odchyliła twarz, uniesioną lekko przez niego kiedy poczuła jego dłoń pod brodą, zerkając na niego załzawionymi oczyma, z nadzieją, którą tak wyrażała kiedy tylko zły sen wybudzał ją i szła do brata po jakiekolwiek wsparcie. Pozwalał jej wtedy spać obok siebie, delikatnie gładząc jej włosy dopóki nie zasnęła ponownie, trzymając jej dłoń i pozwalając jej cieszyć się jego towarzystwem. Robiła to nawet wtedy, kiedy babcia beształa ją, iż dorosła panna nie powinna tak latać do braci. I chyba tym bardziej, kiedy wiedziała, że niebawem obydwaj odejdą do innych wozów aby założyć swoje rodziny.
- Jesteś tutaj, mój kochany braciszku…tak dobrze, że jesteś…mój brat, ukochany… - Przytknęła czoło do jego twarzy, przymykając lekko oczy i czując, jak jej nogi odmawiają posłuszeństwa. Przez chwilę wszystko było w porządku, zaraz jednak oparła się o Jamesa całym ciężarem ciała, nie chcąc przewracać go na ziemię, ale nie umiejąc się trzymać mocno.


Only those who are capable of silliness can be called truly intelligent.
Sheila Doe
Zawód : Krawcowa, prace na zlecenie
Wiek : 19
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
We look up at the same stars and see such different things.
OPCM : 5 +4
UROKI : 4
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 1 +1
TRANSMUTACJA : 10 +3
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 10
Genetyka : Czarownica

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t9587-sheila-doe https://www.morsmordre.net/t9600-bluszczyk https://www.morsmordre.net/t9602-twoja-droga-paprotka https://www.morsmordre.net/f357-camden-town-iverness-street-10 https://www.morsmordre.net/t9746-skrytka-bankowa-nr-2211 https://www.morsmordre.net/t9604-sheila-doe#291895
Re: Park Narodowy Dartmoor [odnośnik]29.06.21 23:50
Wszystkie wyobrażenia na temat tego spotkania były tak naprawdę, jak nudna historia, monotonna, źle zaśpiewana piosenka, ale doszedł do tego dopiero teraz. Przez ostatnie dwa lata wielokrotnie ją śpiewał pod nosem, wymyślał kolejne zwrotki za każdym razem uznając ją za doskonałą, idealną, ale dopiero teraz zdał sobie sprawę, że były niczym w porównaniu z oryginałem — dźwiękiem serca, które odbijało się o jego własną pierś, kiedy przyciskał ją mocno do siebie, kiedy gładził ją po głowie, zaciągał się zapachem włosów — czując ją, nie mając czasu na to by odsunąć od siebie i jej się przyjrzeć. Trochę odwlekał ten moment, bojąc się, że kiedy to zrobi nie znajdzie w sobie słów, którymi mógłby ją przywitać; którymi mógłby wyrazić jak bardzo się cieszył, że ją odnalazł.
Poczuł, że płakała jeszcze zanim usłyszał to między wypowiedzianymi słowami. Jej klatka piersiowa drżała, unosiła się i opadała nieregularnie, w lekkich spazmach. Przycisnął ją jeszcze mocniej do siebie, wyprostował się bardziej, twardo stojąc na nogach, chociaż miękły mu kolana, by dać jej sobą oparcie i pozwolić jej na czucie tego wszystkiego, co czuła.
Nie uspokajał jej przez chwilę. Trzęsła się, a on razem z nią, oddychając coraz wolniej, choć serce wciąż waliło mu w piersi. Ciepło rozchodziło się od niej i egoistycznie chłonął je, jakby ostatnie dwa lata spędził gdzieś daleko na północy, nie pamiętając ani blasku słońca, ani jego przyjemnego ciepła. Była nim - jego słońcem, centrum wszystkiego. I przyciskając ją do siebie nie był sam pewien, czy to ona potrzebowała go przez cały ten czas, jako brata, opiekuna, mężczyzny — w co wierzył do tej pory, czy to on cierpiał na brak, którego nie potrafił niczym uzupełnić.
Pogładził ją po twarzy i w końcu, ujmując ją tak, ich spojrzenie się skrzyżowało. Złapał te miodowe tęczówki, skupił na sobie. Odgarnął włosy z twarzy, jakby przeszkadzały mu w tej krótkiej, gwałtownej obdukcji, przyglądania jej się, obserwowania zmian, które w niej zaszły przez ten czas, kiedy się nie widzieli.
— She… — wyszeptał cicho, kiedy oparła czoło o jego. Przymknął oczy na chwilę, ale zaraz potem otworzył je znów, nie mogąc tracić więcej czasu na tą ciemność — zbyt długo w niej błądził, jak dziecko szukające po klamki. Miał tu przed sobą swoje światło, swoją iskrę. — Za co ty mnie przepraszasz? Za co?!— spytał już po angielsku. Zdenerwowany potrząsnął nią nieświadomie, głos też się podniósł, zaostrzył, a brwi ściągnęły gniewnie ku sobie. — Głupia ty, nie przepraszaj mnie! Nie masz za co. Rozumiesz? Nie masz za co mnie przepraszać, to nie twoja wina! — Nie jej, jego, ale nie odważył się tego powiedzieć głośno. Miał być jej opiekunem, obrońcą. Zawsze był. Taka była jego rola, gdy Thomasa brakowało. Przejął ją nieświadomie, odkąd tylko się urodziła, a matka kazała mu jej pilnować w chybotliwym wiklinowym koszu. Może właśnie jego zniknięcia, ucieczki sprawiły, że już jako dziecko wziął tę rolę tak bardzo do siebie, a obowiązek na własne ramiona. Zawiódł ją. Nie skończyła szkoły — liczył na wieści od Jaydena, ale i on ich szukał u niego; nie miała męża, tułała się dwa lata bez celu, bez opieki, wsparcia, rodziny. Pewnie była przerażona, samotna, zdana zupełnie na siebie. Nie powinno tak być. Nie powinien był nigdy do tego dopuścić. — Shh… nie płacz. Nie płacz już — uspokoił ją, choć jednocześnie uspokajał tym sam siebie. Jego głos znów był łagodny, ciepły. Pocałował ją czule w czubek głowy, a później w policzek, by zaraz znów szybkim ruchem odgarnąć jej włosy, ułożyć na ramionach. Dopiero teraz spojrzał na nią z jakiegoś dystansu, uśmiechnął się lekko, trochę smutno. — Wyrosłaś. Przez te dwa lata…— urwał, znów szukając jej spojrzenia. Jego było niepewne, powinien jej wszystko wyjaśnić. Wiedział to. Powinien, nawet jeśli tego wcale nie chciał. Odsunął się o krok, ale odnalazł jej dłonie, ujął je we własne i zacisnął palce, nie zamierzając dawać jej się odsunąć bardziej. — Bałem się, że… — że nie żyje; nie przeszło mu to przez gardło. — Dziadkowie nie żyją. Bracia Eve nie żyją… — ściszył głos, na chwilę spuścił też wzrok. Nie potrafił ukryć poczucia winy. — To moja wina — powiedział w końcu. Musiał to powiedzieć, nawet jeśli to wszystko, co się wydarzyło stało się przez Thomasa. Był tak samo winny, jak on. Mógł temu zapobiec, mógł zgodzić się na to, by uciekli. Mógł zrobić to, co należy, kiedy był czas, wybić mu głupoty z głowy. Mógł zrobić wiele rzeczy, miał dużo czasu by to przemyśleć. Ale nie zrobił nic. Był uparty jak osioł.— To się nie powinno wydarzyć. Nie powinnaś być sama… Jestem tu. Już się nie rozstaniemy, She. Nie pozwolę na to. Już będzie dobrze, obiecuję.


Czas także ulega potknięciom i wypadkom
i dlatego może się rozbić i zostawić
w jednym pokoju ułamek swojej wieczności.
James Doe
Zawód : grajek, złodziejaszek
Wiek : 19
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Żonaty
How do you love?

Like a fist. Like a knife.
But I want to be more like a weed,
a small frog trembling in air.
OPCM : 0
UROKI : 0 +2
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 12 +3
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 28
SPRAWNOŚĆ : 12
Genetyka : Czarodziej
 little unsteady
Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t9296-james-doe https://www.morsmordre.net/t9307-leonora https://www.morsmordre.net/t9300-skrzypek-na-dachu https://www.morsmordre.net/f358-doki-pont-street-13-7 https://www.morsmordre.net/t9776-skrytka-bankowa-nr-404 https://www.morsmordre.net/t9322-james-doe
Re: Park Narodowy Dartmoor [odnośnik]30.06.21 9:31
Dwa lata stałej niepewności, ciągłego wzdychania w ciemność nocy czy rozważania wielu alternatyw. Musiała się liczyć, że będzie musiała kontynuować życie dalej, bez obecności nikogo z jej rodziny, a chociaż łamało jej to serce, niestety była to możliwa alternatywa. Nie chciała zostawać w Londynie na wieczność, zwłaszcza gdy miasto było zatrute nie tylko swoją innością, ale również wszystkimi ludźmi, którzy uważali, że mają więcej praw od innych, tylko dlatego, że mają jakiś świstek papieru i trochę ziemi. Nie wiedziała, czy to jej naturalna niechęć, czy to po prostu zniesmaczenie tą sytuacją, mimo to zmuszała się do pozostawanie w mieście, licząc na to, że kiedyś dojdzie do spotkania takie jak to. Ale znaleźli się zupełnie gdzie indziej, w miejscu, gdzie ludzie byli przyjaźniejsi, a latem trawa szumiała tak, jak jeszcze Sheila pamiętała. Ale nic nie sprawiało, że wszystko dookoła stało się lepsze, tak mocno, jak obecność Jamesa. Czuła się jak małe kaczątko, zagubione dawno temu, aby nagle odnaleźć kogoś bliskiego. Jak wtedy, kiedy James uciekał wraz z Thomasem przez zabrudzone parapety w Birmingham, tylko na chwilę, jak to jej zawsze mówił, a ona wciąż krzyczała wniebogłosy, wierząc że oto właśnie widzi go po raz ostatni i już nigdy się nie zobaczą.
A teraz właśnie koło fortuny ponownie się odwróciło, pozwalając jej na odkrycie czegoś nowego, zdecydowanie lepszego. Teraz swój ciężar opierała na osobie, której ufała najbardziej na świecie i dla której zrobiłaby absolutnie wszystko. Trzymała się mocno jego ubrania, tak jakby był jej ratunkiem i kotwicą w tym świecie, chociaż nawet nie zwracała uwagi na to, że właśnie swoimi łzami zalewa jego płaszcz, a kolejne pociągnięcia nosem odznaczały się również na materiale, do którego przykładała twarz.
Uniosła głowę, wpatrując się w niego z taką miłością, z takim uczuciem, że nawet gdyby teraz w tym miejscu zjawiłaby się najbardziej niesamowita sytuacja, wybuch nagłej magii czy może wręcz najazd obcych sił, nie zmieniłoby to jej uczyć w tej chwili – tej całej miłości, którą właśnie prezentowała w stronę brata była absolutna, szczera, całkowicie poświęcona jemu i tylko jemu.
Coś jednak przełamało tę sytuację, zwłaszcza kiedy jego ton głosu stał się głośniejszy, a jego dłonie zacisnęły się mocniej, odruchowo się skuliła. Wiedziała, że nigdy by jej nie skrzywdził. Nie było mowy, aby nagle podniósł na nią rękę i prędzej rzuciłby się na kogoś w jej obronie albo uderzył sam siebie, niż zrobił cokolwiek, co by mogło jej zaszkodzić. Ale w tym momencie przypominał tych wszystkich mężczyzn, ich ojca albo innych mężczyzn, którzy podnosili rękę na swoje dzieci, żony, na każdego, komu wydawało się, że był zagrożeniem. Albo po prostu nawinął się od rękę i można było go stłuc, bo był pod ręką.
- Jimmy, krzyczysz, proszę nie krzycz…- Jej głos nieświadomie przybrał ton pisku, tak jakby miała ochotę na ucieczkę właśnie, chociaż nie zrobiła nawet kroku do tyłu. Nie mogłaby, nie teraz. Bo chwilę później powrócił jego spokój, powróciła jego miłość, powróciło jego uczucie. Powróciła jego dobroć, którą zawsze w nim dostrzegała. Dlatego przełamała się uśmiechem, pociągając jeszcze nosem kiedy swoimi dłońmi ujęła jego własne, tak jakby chciała je właśnie wycałować bez końca.
- Ty wcale nie wyrosłeś, pewnie jeszcze zmalałeś i teraz będę mogła ci łatwiej ściągać kaszkiet. – Spróbowała jakoś zażartować, parskając lekko kiedy tak westchnęła, wydobywając z siebie pierwszy głębszy oddech od czasu tego chwilowego spazmatycznego płaczu. Zaraz jednak jakikolwiek śmiech zamarł na jej ustach kiedy rozwiał jej wszelkie nadzieje wobec dziadków. Spojrzenie jej uciekło w grunt, tak jakby nagle nie miała już odwagi spoglądać na kogokolwiek. Słysząc jego następne słowa potrząsnęła jeszcze głową.
- Nie mów tak! To nie ty zabiłeś kogokolwiek! – Niech nawet nie śmie teraz brać na siebie winę za głupie zachowanie, niech nawet o tym nie myśli! Bo nie umiała go obarczyć, nie jakąkolwiek winą i nie teraz. – Nie rozstaniemy się nigdy!
Tego chciała być pewna, całkowicie, nawet nie biorąc pod uwagę innych alternatyw. Znów zmniejszyła dystans pomiędzy nimi, ciągnąc go do siebie i przeczesując włosy dłonią, tak jak robiła to dawniej.
- Co się z tobą działo? Czy ktoś ci zrobił krzywdę? Powiedz wszystko!  


Only those who are capable of silliness can be called truly intelligent.
Sheila Doe
Zawód : Krawcowa, prace na zlecenie
Wiek : 19
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
We look up at the same stars and see such different things.
OPCM : 5 +4
UROKI : 4
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 1 +1
TRANSMUTACJA : 10 +3
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 10
Genetyka : Czarownica

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t9587-sheila-doe https://www.morsmordre.net/t9600-bluszczyk https://www.morsmordre.net/t9602-twoja-droga-paprotka https://www.morsmordre.net/f357-camden-town-iverness-street-10 https://www.morsmordre.net/t9746-skrytka-bankowa-nr-2211 https://www.morsmordre.net/t9604-sheila-doe#291895
Re: Park Narodowy Dartmoor [odnośnik]30.06.21 14:29
Zasiedział się. Londyn miał być tylko przystankiem, miejscem jednym z wielu. Planował zatrzymać się tu na chwilę, wierząc i łudząc się, że to właśnie stolica przyciągnie rodzeństwo, szansa na zarobek, odnalezienie siebie wzajemnie. Nie zamierzał jednak być tu tak długo. Musiał ruszyć dalej, do kolejnych miast, szukając o nich jakichkolwiek wieści, a tkwił tu już niespełna rok, traktując stolicę jak bazę, przeszukując obszary i miasta wokół niej. Wstyd mu było przed samym sobą teraz, kiedy uświadamiał sobie, że wciąż nie wyruszył stąd z własnych, egoistycznych powodów. To Marcel go tu trzymał. Przyjaciel, prawie brat, jedyna żywa, obecna i prawdziwa rodzina. Nie chciał go zostawiać, tracić. Nie chciał znów budzić się ze świadomością, że nie ma tak naprawdę w pobliżu nikogo, żadnej bratniej duszy. Lękał się, że gdy ruszy dalej, zostanie znów sam. Naprawdę sam i w końcu straci całkiem nadzieję na normalność. Źle znosił samotność. Ciszę.
I kiedy zaczynał się łamać, stanęła mu naprzeciw. Była ciepła, miękka. Pachniała jak ona. Domem. Oczy go zapiekły, ale wmawiał sobie, że to wiatr wiał mu prosto w twarz. Zamrugał kilkukrotnie, próbując pozbyć się kamienia w gardle, pieczenia pod powiekami, niespokojnego oddechu. Już wszystko było w porządku, już miało być dobrze. Był przy niej, a ona przy nim. Nie chciał jej wystraszyć, ale w tej chwili w emocje w nim wrzały, mieszały się ze sobą. Zdenerwowała go tym poczuciem winy — nie powinna go mieć. Nie zrobiła nic złego, to jej bracia zawiedli, to na nich spoczywał ciężar odpowiedzialności i tej tragedii. Był zły, że próbowała to wziąć na siebie. Cokolwiek sobie myślała. To był jego obowiązek, aby zadbać o nią, a gdy zaginęła, odnaleźć.
— Ja…— zająknął się, szybko zdawszy sobie sprawę, że ją przestraszył. Wyciągnął znów do niej ramiona i przyciągnął jej drobne, delikatne ciało ku sobie. — Przepraszam, She. Przepraszam — szepnął, przytulając ją znów mocno, głaszcząc ją dłońmi po włosach. — Po prostu… Nie jesteś niczemu winna. To nie ty, mała. — Odsunął się i pogładził ją szybko po policzku wnętrzem dłoni, palcami. Uśmiechnął się czule, znów chwytając jej dłonie, tak jak chwilę wcześniej. I zaśmiał się. Parsknął najpierw, a potem roześmiał się głośno i szczerze, a w kącikach oczu zalśniły mu łzy, które znów odgonił szybkimi mrugnięciami.
— Skurczyłem się— potwierdził jeszcze drżącym ze śmiechu głosem. — Nie miałem przed kim się prężyć, by zbywać natrętnych adoratorów przystawiających się do małej siostry. — Spoważniał, kiedy i ona to zrobiła spuszczając głowę. Chciał jej wyznać, że nigdy w życiu niczego się nie bał tak jak tego, że nigdy jej już nie zobaczy, ale powstrzymał się. Miał przecież być dla niej oparciem. Nie mógł się bać niczego. — Nie, ale… mogłem temu zapobiec. Wiem, że mogłem. To wszystko…— urwał, nie będąc pewnym, czy powinien; czy chce jej powiedzieć prawdę o tym, co się stało i dlaczego. Szukał rozpaczliwie jej spojrzenia; próbował ściągnąć na siebie wbite w ziemię oczy z każdą chwilą coraz bardziej przekonany, że jeśli ujrzy w jej oczach zawód, nienawiść za to, co się stało, jego serce pęknie i nie zniesie tego. Prawda nie mogła go wyzwolić. Mogła tylko obciążyć jeszcze większym poczuciem winy. Straci ją, czuł to. Straci, kiedy powie o wszystkim. Na usta przywołał więc szybko uśmiech, gdy jej dłoń przeczesała mu ciemne włosy. Odetchnął głośno. Z ulgą.
Emocje powoli opadały, choć serce wciąż dudniło szalenie w piersi. Rozejrzał się dookoła, uzmysławiając sobie, że wokół było naprawdę pięknie. W ogóle nie zwrócił na to wcześniej uwagi, gnając tylko do niej, szukając wszędzie jej sylwetki.
— Może się przejdziemy? — zaproponował, chwytając ją za rękę i poprowadził. Milczał chwilę, żałując, że pora roku nie była inna, a ciszy między nimi nie wypełniał radosny śpiew ptaków. Wtedy mógłby udać, że się w nim zasłuchał, a nie próbował poskładać rozlecianych myśli. — Dostałem jakimś zaklęciem, straciłem przytomność. Nie wiem, jak długo to trwało, leżałem w krzakach, błocie, ale kiedy się ocknąłem było już po wszystkim. Nikogo nie było.— Nikogo żywego. Wspomnienia tamtych ciał, martwych bliskich, krwi, ognia były wciąż żywe, wciąż przerażające. [/b]— Szukałem po najbliższej okolicy, ale nie było waszego śladu. Znalazłem uzdrowicielkę, pomogła mi, odpracowałem tę pomoc. Rozesłałem mnóstwo listów. Nie mam pojęcia, jak wiele ich napisałem do ciebie.[/b]– Spojrzał na nią smutno, a potem znów obrócił głowę przed siebie, idąc i nie puszczając jej dłoni ani przez chwilę. W ruchu łatwiej mu było zebrać myśli, poskładać wspomnienia. — Zmierzałem od miasta do miasta, licząc, że ktoś was widział, szukałem cyganów, podróżników. Dotarłem do Londynu, do Marcela. I oto cię mam.— Wzruszył ramionami, nie próbując ubarwiać historii, uzupełniać jej nic niewnoszącymi szczegółami, przypadkami. Najważniejsze było, że ją znalazł.
Zatrzymał się, by na nią popatrzyć.
— A ty? Co się… w ogóle wydarzyło? Jak…? Co się z tobą działo? I… co robisz… tutaj?— Uniósł brwi, spoglądając jej w oczy.


Czas także ulega potknięciom i wypadkom
i dlatego może się rozbić i zostawić
w jednym pokoju ułamek swojej wieczności.
James Doe
Zawód : grajek, złodziejaszek
Wiek : 19
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Żonaty
How do you love?

Like a fist. Like a knife.
But I want to be more like a weed,
a small frog trembling in air.
OPCM : 0
UROKI : 0 +2
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 12 +3
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 28
SPRAWNOŚĆ : 12
Genetyka : Czarodziej
 little unsteady
Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t9296-james-doe https://www.morsmordre.net/t9307-leonora https://www.morsmordre.net/t9300-skrzypek-na-dachu https://www.morsmordre.net/f358-doki-pont-street-13-7 https://www.morsmordre.net/t9776-skrytka-bankowa-nr-404 https://www.morsmordre.net/t9322-james-doe
Re: Park Narodowy Dartmoor [odnośnik]30.06.21 23:57
Nie mogła go oceniać pod tym samym względem – pozostawała w miejscu nieco z podobnych powodów, chociaż innego rozumowania. Kiedy już panika opadła, łzy ciekły tylko w nocy, a ona nie bała się wychylić głowy za próg, musiała ochłonąć i zrozumieć parę kwestii. Po pierwsze nie miała pieniędzy na podróże, a kraść nie chciała – stąd odpadało jeżdżenie po kraju i rozglądanie się poza pozostałymi członkami rodziny, o ile takich jeszcze miała. Dodatkowo odwiedzanie różnych miast było dodatkowym problemem, bo gdyby mijali się pomiędzy miastami, to mogliby tak szukać się całą wieczność. Pozostawała ostatnia kwestia jej edukacji. Nie umiała wrócić do Hogwartu, wiedząc, że gdzieś tam mogą czekać jej bliscy. Zdecydowała się na Londyn. Wydawało się to logiczne, skoro miała tutaj dach nad głową, jedzenie, miejsce, w którym mogła się szkolić, a i takie, które możliwe było, iż James odwiedzi. Na pewno inni przyjęliby ją do siebie, ale nie chciała wyjeżdżać gdzieś daleko, bo kto wie, czy w ogóle docierały do niego listy, czy wiedziałby, że znajduje się u Jaydena, Aidana, tutaj…
…właśnie tutaj się znaleźli. Nie sądziła, że do tego właśnie dojdzie, że to tutaj go zobaczy. Że jakkolwiek znał to miejsce, w którym i ona przez chwilę zyskała spokój ducha, pracując tutaj tak jak dawniej. Czy teraz jednak miało znaczenie to, gdzie się spotkali? Nie bardzo, po prostu cieszyła się, że właśnie zobaczyli się w tym miejscu i gdzie mogli nacieszyć się swoją obecnością. Oddać sobie chociaż mikroskopijną część z tych całych dwóch lat, które dotychczas wypełniała wielka pustka. W której mogli się zastanawiać, na ile się łudzą, na ile to kłamstwo.
Była dalej spięta w tej pierwszej chwili kiedy ponownie ją przytulił, zaraz jednak rozluźniając się, kiedy wydawało się, że James zrozumiał, jak mocno ją straszy. Wolała go znacznie spokojniejszego, takiego jak teraz, kiedy trzymał ją bezpiecznie. Przez te wszystkie lata oznaczało to, że nie stanie jej się krzywda. Że właśnie trzyma ją jej ukochany brat, który obroni ją przed wszystkim. Który zawsze znajdzie jej jeszcze skrawek jedzenia, który przyniesie jej najpiękniejsze kwiaty. A ona zawsze mu ufała. Komu, jak nie jej Jamesowi.
- Czuję się źle, że nie odważyłam się wrócić. Może wtedy nie szukalibyśmy siebie dwa lata… - Nie mogła się powstrzymać przed zadarciem głowy w górę i złożeniu delikatnego całusa na jego policzku. Westchnęła lekko, pozwalając mu też na cieszeniu się z jej obecności, tak samo niemal upajając się tym, ze był tu teraz. Przychyliła dłoń do jego policzka, przymykając oczy. Człowiek, którego kochała najbardziej na całym świecie znów wrócił do jej życia. Zaśmiała się z jego kwestii, pozwalając mu na tę chwilę żartu. Obydwoje je potrzebowali.
- Już wcześniej nawet nie miałeś ku temu okazji, bo nikt się twoją siostra nie interesował! Nawet jak twoja siostra się interesowała twoimi kolegami – zachichotała, kiedy przypomniało jej się jej pierwsze dziecięce zauroczenie. Miała wrażenie, że James w sumie sam nigdy nie dostrzegł jej zauroczenia? A może tylko jej się tak wydawało i tak naprawdę bardzo dobrze widział jej maślane oczy? Teraz wydawało się to tylko odległe, niewinne wspomnienie wzdychania do jasnych włosów i uroczego uśmiechu.
Był jednak jeszcze poważniejszy aspekt tej rozmowy. Taki, w którym właśnie James przyznawał się do czegoś, co być może ciążyło mu przez cały ten czas. Sama Sheila milczała chwilę, nie chcąc nastroić go jeszcze bardziej w tej niepewności, a musząc się zastanowić nad odpowiednimi słowami.
- Nie umiem ci powiedzieć czegokolwiek w tej kwestii, nie chcę i nie będę cię potępiać. Cokolwiek czujesz, powiem ci, że nie powinieneś się martwić. W końcu nawet, gdybym się chciała wściekać, gdybym czuła takie emocje…dwa lata myśląc, że twoja rodzina nie żyje powinny być dla ciebie wystarczającą karą, jeżeli takiej poszukujesz. Nic nie ma gorszego niż strata rodziny. – Położyła jeszcze głowę na chwilę na jego klatce piersiowej, przymykając oczy aby wsłuchać się w bicie jego serca.
Zaraz jednak ruszyli przed siebie, a Sheila ujęła delikatnie dłoń Jamesa. Było w tym coś nostalgicznego – spacery wieczorową porą. Nawet jak były w ciszy, przynosiły im sporą ulgę po gwarnych, tłocznych i nienawistnych miastach. Natura była prosta. Słuchała jego historii w ciszy, łapiąc go jedynie nieco mocniej, licząc na to, że będzie dla niego teraz wsparciem i nie sprawi mu żadnych problemów. Dlatego też czekała, spokojna, na koniec jego opowieści, delikatnymi gestami dając znać, że jest obok i w razie czego zawsze tu będzie.
- Ja…ja byłam z tyłu wozów, gdzie sprzątałam rzeczy gdzie to wszystko się zaczęło. Miałam też wyczyścić konia, jeszcze go nie rozsiodłałam, kiedy to wszystko się zaczęło. Zwinęłam się gdzieś pod wozem i obserwowałam wszystkich, bałam się tak mocno, ale w pewnym momencie wyciągnęła mnie babcia, wsadziła mnie na konia i kazała jechać tak szybko i daleko jak dam radę. Tak właśnie zrobiłam, jadąc gdzieś daleko. Nawet nie wiem, gdzie skończyłam, jeszcze później cały dzień chowając się po lesie. I znalazła mnie Adelaida. Myślałam, że mnie zostawi, ale ona…wiesz, miała dzieci ale chyba odeszły. Może dlatego mnie przygarnęła. Zabrała mnie do Londynu. Po drodze poznałam Nealę, kiedy chwilę siedziałam w okolicy u krewnych Adeli. A potem miałam szkołę na miejscu i pracuję jako krawcowa…czy raczej pomocnik. To niewiele, ale daje mi miejsce do mieszkania i jedzenie.


Only those who are capable of silliness can be called truly intelligent.
Sheila Doe
Zawód : Krawcowa, prace na zlecenie
Wiek : 19
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
We look up at the same stars and see such different things.
OPCM : 5 +4
UROKI : 4
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 1 +1
TRANSMUTACJA : 10 +3
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 10
Genetyka : Czarownica

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t9587-sheila-doe https://www.morsmordre.net/t9600-bluszczyk https://www.morsmordre.net/t9602-twoja-droga-paprotka https://www.morsmordre.net/f357-camden-town-iverness-street-10 https://www.morsmordre.net/t9746-skrytka-bankowa-nr-2211 https://www.morsmordre.net/t9604-sheila-doe#291895
Re: Park Narodowy Dartmoor [odnośnik]06.07.21 1:36
Liczył na to - że znalazła wsparcie u ludzi, u pobratymców, lub nawet obcych — wszystko jedno. Liczył na to, że zniknęła razem z Eve. Żona, młoda, świeżo upieczona, ale przede wszystkim wieloletnia przyjaciółka zabrała ją stamtąd, kiedy widziała, co się dzieje. Nie spodziewał się, by którakolwiek próbowała walczyć, przeciwstawiać się tym ludziom. Miały świetnie wykształcony instynkt samozachowawczy, wiedziały, kiedy należy uciekać, ratować się i chować. A może po prostu widziały, jak dostaje tamtym zaklęciem i upada, wiedząc już, że gra nie była warta świeczki. Po tamtej chwili pozostały mu imponujące blizny, ale i bez nich doskonale pamiętał co się wydarzyło. Wciąż pamiętał gorąc, który go otaczał, duchotę, smród i oślepiający błysk ognia wszędzie wokół. Chciał, aby ocalały, a w ich głowach nigdy nie zagościły podobne wspomnienia. Wiedza o tym, co się wydarzyło była znacznie łatwiejsza w przyswojeniu niż przezwyciężenie tamtych demonów, które od czasu do czasu budziły się niespodziewanie.
Nigdy dotąd nie ryzykował korzystaniem z czyjejś pomocy. Poszukiwał ich sam, pytając, rozglądając się, zaglądając do miejsc, w których wędrowcy rozbijali swe obozy, albo nowo przyjezdni w miastach zatrudniali się w pasujących do nich zawodach. Skąpił ludziom informacji, mówił tylko to, co musiał, nie zdradzając się z dawnymi dramatami, jakby wszędzie mogli się czaić wciąż ci ludzie, którzy wtedy przyszli. Albo z nimi związani, szukający podwójnej zemsty. Nie wiedział, co go tknęło, by poprosić Małego Jima o pomoc, ale teraz, patrząc na siostrę, trzymając ją we własnych ramionach nie mógł czuć większej radości i ulgi, a jednocześnie wdzięczności, że podzielił się okrojoną historią z dilerem. Jego kontakty, rozeznanie, cokolwiek mu pomogło — odszukał ją i zgodnie z obietnicą, poinformował niedługo później. Dwa lata poszukiwań zamknęły się dziś w bursztynowych oczach małej Sheili.
Nigdy by jej nie skrzywdził i nie pozwolił na to nikomu. Opiekował się o nią, dbał, odkąd tylko pamiętał. Czuł się za nią odpowiedzialny — był. Nawet teraz, gdy zapomniał, że była już dorosłą kobietą. Kiedy ona tak wyrosła?
— Nie...— szepnął i pogładził ją po policzku, a następnie pozwolił sobie, by palce przeczesały jej gładkie, gęste włosy. — Gdybyś wróciła... zabiliby cię. Tak jak zabiliby mnie, gdybym wtedy nie stracił przytomności. Pokręcił głową, jakby chciał zakończyć temat. — Dobrze, że nie wróciłaś. Dobrze zrobiłaś, Paprotko. Nie masz pojęcia, jak się cieszę — dodał ciszej, wypuszczając głośno powietrze z płuc. — Eve z tobą wyruszyła? Jej siostra? Byłyście razem? — Łudził się, że miały kontakt, trzymały się jakoś, dodawały wzajemnie otuchy. Była tu? W Devon? Był tu tak niedawno, możliwe, że się jakoś minęli? — A... Tommy? — Wspomnienie brata wypadło z jego ust przypadkiem. Widziała się z nim? Przeżył? Nie widział nigdzie jego truchła, podobnie jak ciała Jeanie. Przekonywał sam siebie przez ostatnie dwa lata, że przecież nie mógł po prostu uciec, kiedy rozpętało się piekło. Zostawić ich tam, by zginęli. Uciec jak tchórz, nie odwracając się za siebie, myśląc wyłącznie o własnej dupie. Porzucając rodzinę. Przekonywał. Bardzo chciał w to wierzyć, ale z każdym kolejnym dniem uzmysławiał sobie, że oszukiwał sam siebie. Kreował jego nieobecność tak, jak mu pasowało, usprawiedliwiając go przed samym sobą.
— Którymi kolegami?— Uniósł brew, ale zaraz potem otworzył usta. — Och, no tak. Marcel. Masz na myśli Marcela...— Nie był aż tak ślepy, znał ją za dobrze, by nie widzieć jak zerkała zalotnie w jego stronę, jak uśmiechała się, a policzki różowiły jej się od wstydu, kiedy to odwzajemniał. — Ale to nieprawda, że nikt się nie interesował. Młodszy Lovell był w tobie zakochany po uszy. Nie udawaj, że nie wiedziałaś...— mruknął. Był pewien, że jego zalecanie się było kwestią czasu. Brakowało mu śmiałości, odwagi. Ale to był dobry synek.
Szybko zamilkł i spuścił wzrok, słuchając tego, co chciała mu przekazać. Brakowało mu słów, a nawet odwagi, by spojrzeć jej w oczy. Może nie zabrał tych pieniędzy. Może nie wpadł na pomysł, by tyle ryzykować, ale mógł coś zrobić. Wiedział, że to się źle skończy, wiedział i zwlekał z tym zbyt długo. Ale przecież miał dopiero siedemnaście lat, jak mógł przemówić starszemu bratu do rozsądku? Kiedy uniósł na nią wzrok, napotkał na swej drodze ciepło i zrozumienie. Uśmiechnął się z wdzięcznością. Nie była pewnie świadoma, jak wiele znaczyły dla niego jej słowa. I jak bardzo ją kochał. Objął ją, oddychając powoli. Na chwilę, chłonąc jeszcze jej ciepło, dobroć. Jej energię.
A potem ruszyli przed siebie po parku.
— Dobrze, że to zrobiła.— Ale babka zawsze o nich myślała w pierwszej kolejności. Nie wiedział, jak umarli. Umarli właściwie za swojego wnuczka. Poprzysięgli go chronić i strzec i tak też się stało. Musiał przeżyć, by ich ofiara nie poszła na marne. — I byłaś tam przez cały czas...— W Londynie, tuż pod jego nosem. A jednak miał rację, co do tego, że jeśli gdzieś mają się spotkać to właśnie w stolicy. — Nealę? — spytał, dopiero teraz przypominając sobie wszystko. Tu w Deven mieszkała przecież Neala. Neala Weasley. Widział się z nią raptem dwa tygodnie temu. Może nawet nie.— Świetnie sobie radzisz. Mam nadzieję, że ta Adelaida nauczyła cię wszystkiego, co mogła... Nie wróciłaś... Do szkoły.— Straciła przez nich dwa lata szkoły. A powinna była zdać OWTMy.


Czas także ulega potknięciom i wypadkom
i dlatego może się rozbić i zostawić
w jednym pokoju ułamek swojej wieczności.
James Doe
Zawód : grajek, złodziejaszek
Wiek : 19
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Żonaty
How do you love?

Like a fist. Like a knife.
But I want to be more like a weed,
a small frog trembling in air.
OPCM : 0
UROKI : 0 +2
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 12 +3
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 28
SPRAWNOŚĆ : 12
Genetyka : Czarodziej
 little unsteady
Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t9296-james-doe https://www.morsmordre.net/t9307-leonora https://www.morsmordre.net/t9300-skrzypek-na-dachu https://www.morsmordre.net/f358-doki-pont-street-13-7 https://www.morsmordre.net/t9776-skrytka-bankowa-nr-404 https://www.morsmordre.net/t9322-james-doe
Re: Park Narodowy Dartmoor [odnośnik]07.07.21 11:41
Nie wiedziała, kogo dokładnie poprosił o pomoc, bo Małego Jima znała pod jego trzema wcieleniami i nie miała pojęcia, kogo tak naprawdę spotkała. Czy cieszyła się, że jej brat poprosił kogoś o pomoc? Jeżeli dzięki temu się odnaleźli, to nie miała co narzekać. Liczyło się to, że byli tu i teraz. Mogła mieć nadzieję, że James nie zapłacić za to zbyt słonej ceny. Wtedy chciałaby pomóc mu ją spłacić. W końcu ona też z tego skorzystała.
- Nie, ja…ja sama byłam. – Sama przez te całe dwa lata. Ani jej brat ani nikt inny jej nie towarzyszył. Tęskniła za nimi wszystkimi, gromadząc w sobie te wyrzuty sumienia, że przed ślubem była taka niemiła dla wszystkich. Było to głupie, ale sama wtedy myślała, że naprawdę zostanie sama. Jej obawy stały się rzeczywiste, szybciej, niż by się spodziewały i to jeszcze w sposób, w który nigdy nikomu nie życzyła. Może właśnie to była jej kara? Dwa lata bez nikogo, kto mógłby się nią zająć.
Zachichotała lekko kiedy wspomniał o Marcelu, zaraz też poważniejąc. Właśnie, Marcel…czy James miał z nim jakikolwiek kontakt? Kiedy w końcu mogła skończyć swoją edukację, spróbowała szukać znajomych z dawnych lat, ale gdy nareszcie udało jej się zajść do cyrku dowiedziała się, że nie pracuje tam żaden Marcelius Sallow. Jej listy do Steffena wracały nieotwarte albo bez odpowiedzi, wiedziała więc, że albo nie trafiały, albo stało się coś, co przeszkadzało mu pisać. Musiała dowiedzieć się, co z nimi, ale może później, kiedy trochę zgaśnie w niej ta samolubna ochota na to, żeby nacieszyć się jego obecnością, opuszkami palców przesunąć po każdym centymetrze jego twarzy i włosów, tak żeby chłonąć go całego. Jej Jamesa, ukochanego brata, najdroższego Jimmy’ego.
- Młodszy Lovell, jak byliśmy mali, to ciągał mnie za warkocze i rzucał kulkami z błota. Co prawda raz, bo go potem nasza babka szybko dopadła, a wiesz, jej nikt podpadać nie chciał. – Oj tak, babcia potrafiła być straszna i to nawet nie intencjonalnie. A może właśnie jednak za tym stały jej zamiary nastraszenia? W końcu była świadoma, że musi ogarnąć młodsze i niesforne dzieciaki, a duet złożony z Jamesa i Thomasa potrafił przyprawić o wielki ból głowy.
Przylgnęła jeszcze do niego kiedy znów ją objął, po raz kolejny – i pewnie nie ostatni dzisiejszego dnia – pozwalając się zamknąć w jego ramionach. Jego obecność wydawała się przełamać coś, zakończyć jakieś oczekiwanie, zupełnie jakby wypatrywany dzień w końcu nadszedł, ale zbierane przez ten czas nadzieje, marzenia i oczekiwania po prostu się rozbiły. Nie istniały. Bo w końcu przecież liczyło się to, co było tu i teraz, nie to, co myślała jeszcze tydzień czy dzień temu. Wtedy nie miała obok siebie swojego brata, ale w tej chwili…nic oprócz Jimmy’ego się nie liczyło.
- Wiem, że ciężko to mówić, ale…cieszę się, że my przeżyliśmy. – Naprawdę to nie znaczyło, że chciałaby wyrzec się teraz dziadków albo powiedzieć, że cieszy się z tego, że nie żyją. Nie, absolutnie nie! Po prostu…kiedy mogła kogoś spotkać, cieszyła się, że to akurat jej brat. Że on przeżył. Bo za Jamesa poświęciłaby wszystko na tym świecie. Nawet własne życie. – Tak…ale sama niezbyt…nie szukałam na własną rękę…nie zebrałam jeszcze pieniędzy. – Dlatego go nie szukała. A chciała w końcu. Ale przecież samotne chodzenie po mieście gdzie musiała wypytywać obcych ludzi o niego.
Przechyliła głowę, bawiąc się jego dłonią kiedy wspomniał o nauce i tym, że nie wróciła do szkoły. On też nie wróci. Imię przyjaciółki zaś wywołało u niej uśmiech i skinięcie głową.
- Tak, Neala Weasley. Zaprzyjaźniłyśmy się przez ostatnie dwa lata. I ty też nie wróciłeś do szkoły…ja skończyłam edukację na miejscu… - Bo mogła od razu uczyć się fachu i nie zostawać sama. I nie panikować w szkole, którą opuściło tak wiele osób przez to, że byli „nieodpowiedni”.


Only those who are capable of silliness can be called truly intelligent.
Sheila Doe
Zawód : Krawcowa, prace na zlecenie
Wiek : 19
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
We look up at the same stars and see such different things.
OPCM : 5 +4
UROKI : 4
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 1 +1
TRANSMUTACJA : 10 +3
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 10
Genetyka : Czarownica

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t9587-sheila-doe https://www.morsmordre.net/t9600-bluszczyk https://www.morsmordre.net/t9602-twoja-droga-paprotka https://www.morsmordre.net/f357-camden-town-iverness-street-10 https://www.morsmordre.net/t9746-skrytka-bankowa-nr-2211 https://www.morsmordre.net/t9604-sheila-doe#291895
Re: Park Narodowy Dartmoor [odnośnik]30.07.21 11:30
Poczuł delikatne ukłucie zawodu i choć ogromnie cieszył się z tego, że miał ją przed sobą, całą i zdrową, nie był w stanie powstrzymać instynktownej fali, która na sekundę, a może dwie, cieniem zajęła jego oczy. Bo przecież byłoby pięknie, gdyby prócz niej byli inni. Gdyby okazało się, że miała jakiś kontakt z Eveline, jej siostrą, Tommym. Nie miał o nich żadnych wieści, nie wiedział, gdzie byli, jak się trzymali, jak żyli. Czy potrzebowali pomocy. Starszy brat zawsze dawał sobie radę, miał piekielne szczęście do wychodzenia cało z opresji, ale Eve? Co jeśli jej się nie udało? Uśmiechnął się, choć trochę smutno, wyciągając rękę, by pogłaskać ją wierzchem palców czule po policzku. Była sama. Sama jak palec, cały ten czas. Z nich wszystkich to ona była najmłodsza, najbardziej wrażliwa i delikatna — narażona na zło, które czaiło się za każdym zakrętem. Niewinna. Wyrzuty sumienia jeszcze silniej dały mu się we znaki. Spuścił wzrok i przełknął ślinę ciężko. To nie powinno było się wydarzyć. Zawiódł ją, mamę, której obiecał, że nigdy jej nie zostawi, zawsze będą razem. Samego siebie, bo miał względem niej obowiązki.
Był tak fatalny w słowach. Miał tyle myśli, tyle chciał jej powiedzieć, o tyle ją poprosić, ale nie wiedział, jak nawet się do tego zabrać.
— Teraz już nie jesteś sama, She. Jesteśmy we dwoje. I tak już będzie zawsze. Odnalazłem cię i nie pozwolę znów zniknąć. — Ciemne oczy powędrowały do jej. Szkliły się z tych wszystkich emocji, których nie potrafił opanować. Z radości, żalu, tęsknoty i wielkiej ulgi, że jakoś to się udało i to wtedy, kiedy zaczął już tracić nadzieje, że wszystko się ułoży. — Może los się do nas w końcu uśmiechnie — dodał szeptem. Takie miał życzenie, pragnął, by się spełniło. W końcu zaczęło się układać.
Teraz, tu, w Devon wszystko pachniało inaczej. Nadchodziła zima, stali już w jej przedsionku. Powietrze było nieprzyjemne, wilgotne, chłodne. Ale okolica była tak piękna, Sheila była piękna — doskonale tu pasowała. Widok go zachwycał. A może to było coś innego, może po prostu ta chwila stała się magiczna, gdy szedł, ściskając ją za rękę, czując bijące od niej ciepło. Tak blisko, tak prawdziwe.
— Wiesz, no, wtedy mu się wydawało, że takie zaczepki sprawią, że zwrócisz na niego uwagę. Ile on miał wtedy lat?— zaśmiał się; może nie powinien. W gruncie rzeczy oni wszyscy nie zachowywali się dziś dojrzalej niż wtedy. — Ta, babcia. Pamiętasz jej karty? Były takie zniszczone. Ale wściekała się, kiedy ich dotykaliśmy, jakby przez to miała spaść na nas jakaś paskudna klątwa. Czasem myślę, że tak było. — Frasunek pojawił się na jego twarzy. Na moment urwał, przygryzając lekko wargę. — Ukradłem jej kiedyś kartę. Koło fortuny. Była wściekła, a ja nie miałem odwagi jej oddać, więc położyłem ją w jej spódnice. Co jeśli miała rację? Co jeśli to było przekleństwo?— Uśmiech, który przywdział na usta był raczej gorzki, nie do końca szczery. Próbował nadać temu żartobliwy ton, ale sam tak naprawdę nie wiedział, w co wierzyć. Czym było koło fortuny, jakie nosiło znaczenie — nigdy nie wiedział, ale chyba dziś także nie chciał poznać tej interpretacji.
Cieszyła się, że przezyli. Uśmiechnął się w odpowiedzi, przytulił ją do siebie mocniej, ale nie odpowiedział tymi samymi słowami. Bywały takie dni, takie chwile i momenty, że tego żałował. Żałował, że się obudził — był świadkiem tego wszystkiego, a później odbywał tą potworną, niekończącą się walkę z samotnością, wyrzutni i poczuciem bezradności. Zagubienia. Czasem myślał, że byłoby lepiej, gdyby miał wtedy mniej szczęścia. Gdyby to wszystko stało się wcześniej. Gdyby nie trafili do tego taboru, zostali z pijącym ojcem, który tłukłby ich dopóki nie uciekliby sami. Gdyby nigdy nie poznał Eve. Byłaby bezpieczna. Ona i cała jej rodzina. Może wyszłaby za mąż za jakiegoś grajka, wiodła szczęśliwe życie. Gdyby Sheila ukończyła Hogwart, znalazła się pod opieką profesora, który okazał im tyle dobroci i wsparcia. Ale nie mógł zdecydować, czy gdyby naprawdę w jego ręce wpadł zmieniacz czasu, czy odważyłby się zmienić los tych zdarzeń. Czy nie brakłoby mu odwagi.
— Nie, ale nic nie szkodzi. I tak nie miałem szans na nic wielkiego. Żadnych perspektyw — mruknął, wzruszając ramionami. Nie nadawał się na żaden ministerialny kurs, nie ciągło go do magii leczniczej i pomocy innym. Nie miał fachowej wiedzy, by zająć się magicznymi stworzeniami, a rodzina zbyt mocno trzymała go przy sobie, by został żeglarzem, łowca, poszukiwaczem. Każdy jeden zawód, o którym z nadzieją wspominali niegdyś jego rówieśnicy nie był dla niego. Nic nie stracił. Nie stać go było na nic lepszego. — Naprawdę cieszę się, że miałaś przy sobie kogoś, kto się o ciebie troszczył, She. Kogoś kto się tobą zajął i dał ci szansę.— Zatrzymał się na moment i spojrzał na nią. — Spotkałem wiele ciekawych osób po drodze, ale wiesz. To nie to samo, co rodzina. Dom. Byłem w Londynie z Marceliusem, Steffenem trochę. U nich wszystko dobrze, wiesz? Cattermole pracuje w banku Gringotta, jest specjalistą od zabezpieczeń. Ale czego innego można by się po nim spodziewać, nie? Zawsze kochał runy. I ma narzeczoną. Dasz wiarę? Arystokratkę. Zostawiła dla niego wszystko i po prostu... wiesz. Z miłości.— Brzmiało, jak bajka, prawda? — Marcel jest wciąż w cyrku. Jest niesamowity, w tym co robi. Naprawdę. Gdybyś tylko go widziała....


Czas także ulega potknięciom i wypadkom
i dlatego może się rozbić i zostawić
w jednym pokoju ułamek swojej wieczności.
James Doe
Zawód : grajek, złodziejaszek
Wiek : 19
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Żonaty
How do you love?

Like a fist. Like a knife.
But I want to be more like a weed,
a small frog trembling in air.
OPCM : 0
UROKI : 0 +2
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 12 +3
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 28
SPRAWNOŚĆ : 12
Genetyka : Czarodziej
 little unsteady
Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t9296-james-doe https://www.morsmordre.net/t9307-leonora https://www.morsmordre.net/t9300-skrzypek-na-dachu https://www.morsmordre.net/f358-doki-pont-street-13-7 https://www.morsmordre.net/t9776-skrytka-bankowa-nr-404 https://www.morsmordre.net/t9322-james-doe
Re: Park Narodowy Dartmoor [odnośnik]01.08.21 20:09
Powinna się przejmować innymi, powinna rozmyślać o Thomasie, o Eve, o Jeanie…ale teraz jej świat zamykał się w Jamesie i jego obecności. Teraz myślała tylko o nim o tym, jak bliska była jej jego obecność. Potrzebowała go dwa lata i teraz, kiedy się odnaleźli…potrzebowała go a nie ludzi, których tu nie było. Na pewno będzie myśleć o nich później, na pewno przypomni sobie o reszcie, ale w tej krótkiej, egoistycznej chwili chciała skupić się jedynie na nim. I cieszyć się, że byli razem.
- Oczywiście, teraz będziemy razem. Jak rodzina! Wiesz…wiem, gdzie jest mój koń, jakby coś..możemy go potem zabrać i pojechać z nim, jak będziemy już w trasie. – Na pewno im się uda odzyskać Ravena! Był bardzo łagodny i nie sądziła, aby ktokolwiek zrobił mu krzywdę, zwłaszcza, że oddała go dobrym ludziom! Odetchnęła lekko, zastanawiając się, czy będzie potrzebowała zastanawiać się nad tym teraz, czy raczej mogłaby odłożyć na później.
- Nie wiem i nie chcę wiedzieć. Wy chłopcy to myślicie, że całe życie jesteście tacy mądrzy i poważni. A tak naprawdę to wystarczy was zaczepić i tak to się kończy, o! Tak mieliście też w szkole, że wszystko wiedzieliście najlepiej, nawet jak się suszyło wam głowę! – Mimo tego całego besztania go teraz, uśmiechała się lekko. Nie umiała w końcu tego potraktować poważnie, nie teraz. Teraz się skupiała na nim, na jego obecności, na jego ciepłych oczach…na tym, że w końcu miała go koło siebie.
- Nie Jimmy, nie było to przekleństwo. Babcia wściekała się, bo z Thomasem byliście zdolni do popsucia dosłownie wszystkiego, co mieliście pod ręką. Wystarczyło, że na to spojrzeliście. Ale to, co się zdarzyło…to byli obcy, James. Nie klątwa, nie magiczne czary którymi straszyło się dzieci…obcy. I teraz jak jesteśmy razem, to nie ma znaczenia, czy ukradłeś jej koło fortuny czy może samą cesarzową. Nie ma co zrzucać tego na los, bo to nie zależy od tego. – Delikatnie przesunęła jego kosmyk włosów znad jego oczu, uśmiechając się. Zbyt wiele potrafił dopisać pustemu przeznaczeniu, w które wierzyło tak wielu cyganów, ale nie ona.
Była blisko niego, trwając w uścisku. Ceniła to, że jedyne co, to mogła trzymać się go mocno, ceniąc go tak jakby miała znów upaść. Nie chciała go puszczać, tęskniąc dwa lata do tych ramiona, do jego rozbawionego uśmiechu. W przeciwieństwie do niego nie żałując, ale ciesząc się. Nigdy nie zastanawiała się, czy jej życie byłoby lepsze bez któregoś z braci Doe, bo wiedziała, że nie byłoby. Co prawda Thomas mógłby się uspokoić zamiast wydziwiać, ale ona na pewno nie sądziła aby było jej lepiej bez Jamesa. Niezależnie od tego, co mówili inni i niezależnie, co myślał sam Jimmy. Potrzebowała go tak mocno, jak potrzebowała powietrza, wody czy jedzenia. Był częścią jej życia i nie zamieniłaby go na nikogo innego, nie ważne, jakie miałby wykształcenie czy pieniądze. Był jej Jimmym.
- Wcale tak nie mów! Zawsze byłeś zdolny, tylko za bardzo ciągnęło cię na przygody z Marcelem byś mógł usiedzieć na miejscu na czytanie książek! – Może i on sam w siebie nie wierzył, ale Sheila była przekonana, że gdyby zależało mu na tym, umiałby się temu poświęcić. Tak było zawsze – nie tylko z bronieniem jej, ale ze wszystkim, na czym mu zależało: podążaniem za Thomasem, na Eve, na wspieraniu Marcela. Wydawało się, że po prostu nauka nigdy nie była jego priorytetem i to nie w tym złośliwym słowa znaczeniu. Po prostu już od początku wiedział, gdzie będzie jego świat.
Słuchała uważnie o Steffenie i Marcelu, uśmiechając się do wspomnień które miała o obydwu mężczyznach – czy raczej już chłopcach – jako ostatnie, próbując wchłonąć nowe informacje na ich temat. Marcel, jak zawsze zwinny i sprawny, uśmiechający się jedynie w ten swój zawadiacki sposób kiedy tylko piszczała, aby nie kołysał się tak na drzewie. I Steffen, wiecznie uśmiechający się z ostrożnością kiedy tylko ciągnęła go za rękaw prosząc o pomoc w zadaniu domowym.
- Cieszę się, że miałeś ich przy sobie Jimmy. Mam nadzieję, że nie zdążyłeś wpakować się w jakieś dziwne kłopoty? I nie obrażaj się, dobrze was znasz! W końcu jesteśmy cyganami, problemy i kłopoty to nasza specjalność, ale te przyciągasz je nad wyraz często. Ile to szlabanów miałeś w szkole, hm? – Zadarła lekko brodę, znów przysuwając się bliżej i przymykając oczy. Był tu. Była z nim. Czyli wszystko było już dobrze!


Only those who are capable of silliness can be called truly intelligent.
Sheila Doe
Zawód : Krawcowa, prace na zlecenie
Wiek : 19
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
We look up at the same stars and see such different things.
OPCM : 5 +4
UROKI : 4
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 1 +1
TRANSMUTACJA : 10 +3
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 10
Genetyka : Czarownica

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t9587-sheila-doe https://www.morsmordre.net/t9600-bluszczyk https://www.morsmordre.net/t9602-twoja-droga-paprotka https://www.morsmordre.net/f357-camden-town-iverness-street-10 https://www.morsmordre.net/t9746-skrytka-bankowa-nr-2211 https://www.morsmordre.net/t9604-sheila-doe#291895
Re: Park Narodowy Dartmoor [odnośnik]10.09.21 13:17
Uśmiechnął się, gdy wspomniała o koniu. To brzmiało przez chwilę nierealnie — jakby lada moment mieli stać się znów rodziną, znaleźć wszystkich, którzy przeżyli, stworzyć namiastkę tego, co utracili. Zbudować dom, cygański tabor przemierzający karawanami ulice Wielkiej Brytanii. To nic, że byli tylko we dwoje, ona i on. Jego oczy błyszczały z radości, a usta wyginały się w pogodnym uśmiechu. Nie potrafił się na nią napatrzeć, nadziwić, jak wyrosła, jak się zmieniła. Miała już osiemnaście lat, kiedy to wszystko się wydarzyło miała szesnaście. Choć wychowana w cygańskiej społeczności była już kobietą, w jego oczach i wtedy, jak i teraz wciąż była małą dziewczynką. Tą samą, którą niósł na rękach mając niewiele więcej, drżącymi z wysiłku dłońmi, na chwiejnych nogach z Birmingham na obrzeża.
— Odzyskamy go, Sissy — szepnął i skinął głową dodatkowo, dla potwierdzenia. Objął ją ręką mocniej, przyciągając do siebie ramieniem, na boku czując ciepło jej ciała. Palce mocno zacisnął na jej ramieniu, jakby bał się, że jeśli nie zrobi tego dostatecznie mocno, wysunie się i zniknie w oka mgnieniu. Łzy wzruszenia wciąż kręciły mu się w kącikach. Przecierał je palcami raz po raz, próbując przełknąć słony smak bezsprzecznych okruchów szczęścia. Był szczęśliwy. Pierwszy raz, naprawdę od bardzo dawna. Zaśmiał się po chwili, spoglądając w bok, a jego śmiech był dźwięczny i melodyjny, choć dużo poważniejszy i niższy niż wtedy, gdy miała usłyszeć go po raz ostatni. — Wciąż nic się nie zmieniło. Wciąż jesteśmy najmądrzejsi, wiesz? — Zerknął na nią z góry, z lekko uniesioną, ciemną brwią. — I poważni, w końcu jesteśmy dorośli — dodał po chwili z faktyczną powagą i odchrząknął w wolną, zaciśniętą pięść.
Nie potrafił w słowach wyrazić, jak bardzo cieszył się z jej obecności, jak bardzo był za nią wdzięczny. Miał wciąż nadzieje, że wie; wie jak bardzo tęsknił, jak bardzo czuł się wybrakowany bez niej obok.
— Nieprawda! — zaprotestował od razu, wchodząc jej w słowo, ostatecznie pozwalając dokończyć to, co chciała powiedzieć. Spojrzał pod nogi, na kamyki, na pożółkła trawę i przełknął ślinę, a w gardle poczuł trudny do określenia przedmiot, który zatykał mu przełyk. Nie mógł sobie z tym poradzić. Był niczym kawałek jabłka, który utknął po drodze. — Obcy, ale nie przyszli bez powodu. Babcia mówiła, że wszystko jest zapisane w gwiazdach. Nasze przeznaczenie, nasza droga przez życie, a ja nie jestem tego taki pewien. Czasem zastanawiam się, czy można zmienić bieg zdarzeń, przerwać łańcuch przekleństw, nieszczęść. Czy można uniknąć katastrofy. — Nigdy nie narzekał na swój los, aż do tamtej tragedii. Urodzili się w takiej, a nie innej rzeczywistości, wpojono im, że to jak żyją i jak traktują ich ludzie jest normalne i nie mają na to wpływu. Nie mogą z tym nic zrobić, nie mają jak tego zmienić. Tak, już po prostu było. Przeznaczenie. Nie umiał się z tym pogodzić. Chciał wierzyć, że pasmo niefortunnych zdarzeń musi się kiedyś skończyć.
Podążył spojrzeniem, za jej palcami, gdy z taką czułością ogarniała mu kosmyk włosów z czoła. Uśmiechnął się, przytomniejąc, odrzucając od siebie wszystkie nieprzyzwoicie smutne myśli. Nie powinien się nimi zadręczać, było już po wszystkim. Chciał ruszyć dalej — nie potrafił, przeszłość mocno trzymała go w swych szponach.
— Komu by się chciało czytać te wszystkie książki…— mruknął cicho, z oczywistością. Nie miał szans nadgonić z pewnymi rzeczami innych uczniów, pojąć tych wszystkich istotnych rzeczy, opanować magii biegle, na tyle, by móc bronić siebie i swoich bliskich w czasie wojny. A ona mimo wszystko ślepo wierzyła, że mógł wszystko. Zawsze w niego wierzyła.
— Cieszę się, że mam ciebie przy sobie teraz — odpowiedział jej, spoglądając ciepło w jej oczy. — Nie mam żadnych kłopotów, Paprotko. I mam nadzieję, że tak już zostanie — szepnął szczerze, z głęboką nadzieją, że to, co stało się przeszło dwa lata temu było ostatnim, co mogło im się przytrafić.
Potarł jej przedramię pokrzepiająco i ruszyli przed siebie, w głąb parku na dalszy spacer.

| ztx2


Czas także ulega potknięciom i wypadkom
i dlatego może się rozbić i zostawić
w jednym pokoju ułamek swojej wieczności.
James Doe
Zawód : grajek, złodziejaszek
Wiek : 19
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Żonaty
How do you love?

Like a fist. Like a knife.
But I want to be more like a weed,
a small frog trembling in air.
OPCM : 0
UROKI : 0 +2
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 12 +3
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 28
SPRAWNOŚĆ : 12
Genetyka : Czarodziej
 little unsteady
Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t9296-james-doe https://www.morsmordre.net/t9307-leonora https://www.morsmordre.net/t9300-skrzypek-na-dachu https://www.morsmordre.net/f358-doki-pont-street-13-7 https://www.morsmordre.net/t9776-skrytka-bankowa-nr-404 https://www.morsmordre.net/t9322-james-doe

Strona 2 z 3 Previous  1, 2, 3  Next

Park Narodowy Dartmoor
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach