Wydarzenia





 
IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Share | 
 

 Humorzasta polana

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6, 7, 8, 9  Next
AutorWiadomość
Mistrz gry
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/f124-woreczki-z-wsiakiewki
naczelny mąciciel
odwieczny
n/d
n/d
Do you wanna live forever?
99
99
99
99
99
99
Czarodziej

PisanieTemat: Humorzasta polana   08.04.16 21:47

First topic message reminder :

Humorzasta polana

Niedaleko Cardiff mieści się legendarna polana, o której niechętnie mówią mieszkańcy. Najpewniej chcą ją zachować z dala od turystów, nieuważających na delikatne kwiaty. Polana nie znajduje się na żadnej mapie, więc nie mają do niej dostępu mugole, dodatkowo chroniona jest zaklęciami. Najczęściej mieszkańcy przychodzą tu, aby zmierzyć się ze swoimi emocjami, bowiem polana posiada pewien sekret; pogoda panująca na jej obszarze dostosowuje się pod humor odwiedzających. Jednak nie mówi się o tym otwarcie, a każdy kto jeszcze tutaj nie był, odkrywa burzę czy upalne słońce na swojej skórze po raz pierwszy. Zazwyczaj dopiero po chwili łączy zjawiska pogodowe ze swoim humorem. Jeśli przyjdziesz tu szczęśliwy, kwiaty będą otulone przyjemnym słońcem, a twoje włosy będą tańczyć z wiatrem. Zobaczysz najpiękniejsze kolory nieba, a zapach wiosenno - letniej łąki będzie pieścił twoje zmysły. Jednak jeśli gniew tobą kieruje, polana zrobi wszystko, aby cię zniechęcić do przebywania na jej terenie. Grzmoty nie pozwolą ci skupić żadnych myśli, a deszcz tworzący się tylko wokół twojej osoby, zmoczy cię doszczętnie. Depresja objawia się tutaj ponurym, zniechęcającym, późnojesiennym krajobrazem, często z opadami deszczu. Musisz uważać na swój humor, ponieważ każda gwałtowna zmiana negatywnie wpływa na rosnącą tu florę.


Powrót do góry Go down

AutorWiadomość
Ramsey Mulciber
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
http://www.morsmordre.net/t2225-ramsey-mulciber http://www.morsmordre.net/t2290-greyjoy-aka-fetor#34823 http://www.morsmordre.net/t2283-sorry-not-sorry#34612 http://www.morsmordre.net/f137-pokatna-3-6 http://www.morsmordre.net/t2326-ramsey-mulciber
Niewymowny
30
Czysta
Kawaler
Nie wstawaj,
noc się jeszcze mroczy.
Ten blask to tylko twoje oczy.
10
20
0
0
0
36
1
3
Jasnowidz

PisanieTemat: Re: Humorzasta polana   13.10.16 13:49

Obserwował ze znudzeniem, jak się oddalają. Patrzył jak uciekają, ale daleko było do zrobienia wrażenia tym pojedynkiem. Weasley po prostu pokazał im, gdzie ich miejsce. A to, co powiedziały na odchodne? Garść wyrzutów i pretensji, które w ogóle nie powinny mieć miejsca? Nie zastanawiał się nad tym, czy w rudzielcu zaszła jakakolwiek zmiana, od chwili, w której się poznali. Nie to, że nie zaobserwował takiej — było to dla niego bez znaczenia. Zmiana była wszechobecna, zawsze dobra, nieunikniona. I trzeba było się z tym zmierzyć.
Nieźle walczyła. Kto wie, może i tak było. Dla Mulcibera "niegdyś" w obliczu dziewczęcia, które jeszcze chwilę temu przed nimi stało, znosiło go do wyobrażeń jej dzieciństwa. To nie musiało być tak dawno, wyglądała na podlotka. Drobna, szczupła i dziewczęcych rysach. Odbiegała od kobiet, które go otaczały, ale on sam przecież wkroczył już w poważną dojrzałość.
Nie odezwał się, nie odpowiedział na to Barry'emu. Posłał mu szybki uśmiech i deportował się z miejsca, kiedy było już po wszystkim, a niebo nad nim pociemniało jeszcze bardziej, grzmiąc zwłowrogo.

| Zt




Crushed and filled with all I found
Underneath and inside just to come around
More, give me more, give me more

Powrót do góry Go down
Peony Sprout
avatar

Neutralni
Neutralni
http://www.morsmordre.net/t3392-peony-sprout http://www.morsmordre.net/t3422-zafir#59251 http://www.morsmordre.net/t3421-piwonia#59246 http://www.morsmordre.net/f105-west-country-dolina-godryka-73 http://www.morsmordre.net/t3742-peony-sprout
własna hodowla Mandragor & warzenie eliksirów
27
Czysta
Wdowa
nie widziałam cię już od miesiąca. nic.

jes­tem może bledsza,

trochę śpiąca, trochę bar­dziej milcząca, lecz wi­dać można żyć bez powietrza.
2
13
19
1
0
0
4
2
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Humorzasta polana   05.11.16 12:31

/ 20 marca, z Dziurawego Kotła

Spięła się cała, kiedy jej ciało kolejny raz teleportowało się same. Nie miała pojęcia dokąd się przenosi. Znowu przecież nie myślała o żadnym konkretnym miejscu. Teraz już wiedziała co to wszystko znaczy. Słyszała o różnych rodzajach teleportacyjnej czkawki, ale nigdy nie przytrafiło się to jej czy komuś z jej bliskich. To było bardzo niebezpieczne. Mogło się teleportować na środek oceanu, albo na szczyt jakiejś góry. Mogło się zrobić krzywdę sobie i innym. Nie miała pojęcia czym taka teleportacyjna czkawka może być spowodowana, ale nie miała zamiaru sobie w tym momencie tym zaprzątać głowy. Liczyło się tylko to by skończyć to szaleństwo i wrócić do domu, albo od razu do Szpitala św Munga. Nie zdążyła jednak pomyśleć ani o domu, ani o szpitalu, kiedy jej ciało zaczęła spadać prosto na pasące się na polanie owce. Naprawdę? Akurat dzisiaj? Mamy marzec! Te owce powinny siedzieć zamknięte, a nie paść się na polanach. Cholerni Walijczycy. Nie wiedziała jak to się stało, że ominęła stado owiec i teleportowała się zaraz obok nich. Leżąc na ziemi i zdecydowanie marząc by się ta czkawka skończyła przymknęła oczy. Dopiero dźwięk mlaskania obok jej ucha sprawił, że kobieta otworzyła oczy. Widząc twarz jedzącej obok niej trawę owcy westchnęła. - Co się gapisz? - nawet jeśli owca mogłaby jej odpowiedzieć to Piwka by jej nie usłyszała. Znowu czknęła. I znowu porwał ją wir teleportacji.

z.t




do not cry because it is over
smile because it happened

Powrót do góry Go down
Garrett Weasley
avatar

Gwardia Zakonu
Gwardia Zakonu
http://www.morsmordre.net/t597-garrett-weasley http://www.morsmordre.net/t627-barney#1770 http://www.morsmordre.net/t630-garrett http://www.morsmordre.net/f112-st-martin-s-lane-45-3 http://www.morsmordre.net/t975-garrett-weasley#5311
auror
29 lat
Szlachetna
Kawaler
żyjąc - pomimo
żyjąc - przeciw
wyrzucam sobie grzech niepamięci
41
25
0
0
0
1
6
7
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Humorzasta polana   27.01.17 4:34

| 12 kwietnia

Ponoć każde miejsce było dobre do ćwiczeń - a przynajmniej ich większość.
Zasada pierwsza: magia powinna pozostać skryta z dala od spojrzeń mugoli; jakkolwiek wielkie zmiany zachodziły w czarodziejskim prawie, jakkolwiek bzdurne dekrety wprowadzała szalona Minister, nikt nie pokusił się (jeszcze?) o rezygnację z Kodeksu Tajności. Zdawało się, że tylko to zapewniało względny pokój; ale wojna i tak wisiała na pojedynczym włosku cienkim jak nić życia szarpana przez złośliwą Erynię.
- Mugole nie widzą tego miejsca - rzucił lekko - w ramach wyjaśnień - pokątnie spoglądając na Alana; nie miał pojęcia, czy mężczyzna miał okazję przybyć tu już wcześniej. Humorzasta polana stanowiła niemalże legendę; jeszcze w trakcie aurorskiego kursu Garrett zjawiał się tu aż zanadto często, by wraz z innymi stażystami - w ich sercach wtedy wciąż krzewiła się buta, zuchwałość, łaknęli emocji, pragnęli starć - by rozgrywać kolejne, prymitywne pojedynki. Ćwiczyli, oddając się szczeniackim zabawom; używali zaklęć upokarzających przeciwnika, chełpili się zwycięstwami, a przegrane mścili bójkami. Bo choć przed dziesięcioma laty zdążyli ukończyć już szkołę, wciąż byli wtedy tylko dziećmi - w świecie pogrążającym się w wojnie (która mimo tego, że znaleźli się w samym jej środku, była dla nich zbyt abstrakcyjna), rozpaczliwie poszukiwali rozrywek, które pozwolą im rozjaśniać twarze w uśmiechach i zapominać o tym, że świat, który znali, poczynał się kruszyć. To były dawne czasy - Garrettowi zdawało się, że był wtedy innym człowiekiem.
Zasada druga: obserwatorzy zawsze działali na szkodę.
Rozpraszali; nic nie dekoncentrowało równie mocno, co świdrujące spojrzenie przypadkowego przechodnia. Gdy dochodziło do potknięć, błędów, pomyłek, w oczach widzów mimowolnie migał karcący błysk - a ten działał na złość, rozpalał zażenowanie, które łatwo mogło przeobrazić się w irracjonalną wściekłość. Nikt nie znosił dobrze porażek, nawet jeśli niektórzy potrafili skryć to za maską sztucznej obojętności.
Dziś spokój humorzastej polany mącił lekki wiatr; rozganiał chmury, gdy te pragnęły zbyt licznie gromadzić się na szarzejącym nieboskłonie, na którym z jakiegoś powodu nie żarzyło się dziś lśniące słońce. To miejsce przepełniała dziwna, stara magia, która z łatwością dopasowywała warunki atmosferyczne do nastrojów swoich gości; kto wie, czy ich potencjalne klęski nie zostaną podkreślone zbliżającą się burzą i jasnymi piorunami przecinającymi czerń bezkresnego nieba.
Raz jeszcze zawiesił spojrzenie na Alanie - wszyscy potrzebowali ćwiczeń, a w chwilach, gdy Zakon szykował się do potencjalnie zbliżającej się wojny, przygotowania stawały się niezbędne; by przetrwać, by doprowadzić do sukcesu, by nie zaprzepaścić sprawy, musieli nieść sobie pomoc. Wyciągać do siebie dłoń.
Nie pytał, dlaczego w sercu Bennetta zatliła się potrzeba udoskonalenia umiejętności walki; nie poruszał tematu Próby, bo po przejściu jej zrozumiał, że była zbyt osobista, by na siłę wspominać o niej gdziekolwiek indziej niż we własnych myślach - jeżeli Alan zechce, sam poruszy temat kierujących nim pobudek. Garrett zachęcał go do tego życzliwym, wyzbytym krytyki spojrzeniem, ale nie wymuszał najmniejszym słowem.
- Chciałbyś przećwiczyć coś konkretnego? - spytał, chcąc brzmieć serdecznie, ale w jego głosie i tak zadźwięczała nuta pustego echa; zawiesił spojrzenie na przykrytym chmurami niebie wyłącznie na chwilę, zaraz po tym powędrował nim znów do uzdrowiciela.
Dziś czuł się marnym rozmówcą - być może lepiej porozumie się w języku zaklęć i inkantacji.




a gniew twój bezsilny niech będzie jak morze
ilekroć usłyszysz głos poniżonych i bitych

Powrót do góry Go down
Alan Bennett
avatar

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
http://www.morsmordre.net/t1283-alan-bennett http://www.morsmordre.net/t1333-poczta-alana http://www.morsmordre.net/t1336-alan-bennett#10315 http://www.morsmordre.net/f182-harley-street-11-3 http://www.morsmordre.net/t1511-alan-bennett
Uzdrowiciel - specjalista od chorób genetycznych
28 lat
Czysta
Kawaler
Mądrego los prowadzi, głupiego - popycha.
10
5
3
22
1
0
2
5
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Humorzasta polana   29.01.17 22:07

Podążał za Garrettem ufając, że on najlepiej będzie wiedział gdzie mogą ćwiczyć. On nie wiedział, nie miał najmniejszego pojęcia, a wszelkie próby odnalezienia takowego miejsca w swej pamięci kończyły się fiaskiem. Tu mugole, tam zbyt mało miejsca, gdzie indziej jeszcze coś innego. Cóż się dziwić? Nie miał doświadczenia w walkach, ani w ćwiczeniu do nich. Nawet Klub Pojedynków odwiedził dopiero w tym miesiącu, z mocnym opóźnieniem przekonując się o tym, co stracił. Ale to nie wystarczyło, klub pojedynków był niczym dziecięca zabawa. I on doskonale zdawał sobie z tego sprawę, nie potrzebując do tego słów Bathildy, która również wiedziała. Potrzebował ćwiczeń, jak największej ich ilości. Dlatego zwrócił się z prośbą do Garretta - jedynej osoby, która przychodziła mu na myśl. I choć odczuwał także swego rodzaju wyrzuty sumienia zabierając mu cenny czas (którego zapewne miał mało), powaga sytuacji nie pozwoliła mu na rezygnację.
Podążali tu w milczeniu, które przerwały słowa Weasleya. Mugole nie widzą tego miejsca. No tak, tego właśnie potrzebowali. Miejsca cichego, spokojnego, oddalonego od oczu innych, a głównie mugoli, którzy momentami potrafili być straszliwie nieprzewidywalni. Polana do której się kierowali zdawała się być idealna. Duża, pusta, chroniona zaklęciami i na swój sposób osamotniona... Zdawała się przyciągać, wciągać wręcz, ale wprawiać także w swego rodzaju dziwny nastrój. Alan czuł jak gdyby duch tej polany potrafił zajrzeć do jego wnętrza, wyciągając z niego wszystkie zmartwienia, obawy i wszystko inne, co tak uparcie starał się ukryć. Nie znał historii tego miejsca, nie słyszał o nim wcześniej i nie miał pojęcia o tym, że było ono magiczne dosłownie i w przenośni. Dopiero po wejściu tutaj zorientował się, że coś jest nie tak, że coś uległo zmianie. Pogoda... Czy dzień nie był słoneczny i ciepły na tyle, na ile jest to możliwe w kwietniu? Angielska pogoda była humorzasta, jednak coś mu wyraźnie nie pasowało.
Nie pytał. Ani o pogodę ani o blizny, które zdobiły jego ciało, a których, jak mu się zdawało, nie dostrzegł na żadnym wcześniejszym spotkaniu Zakonu. Przeczucie podpowiadało mu, że wiedział bardzo dobrze gdzie, albo raczej podczas czego one powstały. Próba. Nie miał pojęcia dlaczego słowo to sprawiało, że na jego rękach pojawiała się gęsia skórka, natomiast w żołądku czuł coś dziwnego, czego nie potrafił nazwać. Może to przez to czego dowiedział się od Adriena w noc po ostatnim spotkaniu Zakonu? A może to przez to co powiedziała mu Bathilda, gdy stanął przed nią uważając, iż jest gotów na jej przejście? Czuł, że Garrett ją przeszedł. Nie... Nie było innej opcji. Jeżeli spośród wszystkich osób miałby wskazać kogoś, co do kogo był pewien, iż ta osoba przeszła bądź przejdzie w najbliższym czasie próbę - tą osobą byłby Weasley. I choć był tylko człowiekiem, choć ciekawość tliła się małym płomieniem w jego żołądku - nie pytał. Czuł, że nie powinien.
- Nigdy nie byłem tu wcześniej. Zaklęcia chroniące to miejsce to chyba nie jedyna magia tu obecna, prawda? - Spojrzał na Garretta pytająco, choć podskórnie przeczuwał, że wie jaka jest odpowiedź. Choć nie potrafił dopasować do siebie wszystkich elementów układanki.
- Zaklęcia obronne. Głównie Protego. - Odparł pewnie, nie zastanawiając się ani chwili nad odpowiedzią. Ścisnął trzymaną w dłoni różdżkę nieco mocniej, spoglądając gdzieś w dal. Nad nimi chmurzyło się, przez co krajobraz ich otaczający był bury, szary, ponury... I z pewnością nie była to zasługa jedynie nastroju Garretta. Minęły zaledwie trzy dni odkąd stanął przed Bathildą. I choć z jakiegoś powodu przeczuwał, że nie nadawał się do przejścia próby, słowa staruszki jednocześnie przyniosły mu ulgę, jak i poczucie swego rodzaju zawodu i goryczy.
- Chciałem wziąć udział w próbie - rzucił nagle, przerywając ciszę. - Stanąłem przed Bathildą i usłyszałem, że nie jestem na nią gotowy. W pewien sposób wiedziałem o tym od samego początku. Nie mam żadnego doświadczenia w walce, zapewne jedynie bym zawadzał. Ale teraz, kiedy minęło już kilka dni od rozmowy z nią, zastanawiam się czy to tylko o umiejętności w walce jej chodziło. - Palce jeszcze mocniej zacisnęły się na drewnianej różdżce, którą trzymał w dłoni. Mrużył oczy, w które wiał wiatr, sprawiając, że te szkliły się i piekły. Nie wiedział czemu nagle zaczął się zwierzać. Może to nastrój panujący na tej polanie go do tego zmusił?
- Chcę umieć bronić siebie, moich bliskich, ale również i tych całkiem mi obcych. Klub Pojedynku to zabawa dla niemowlaków przy tym, co może nas czekać. I nie mam tu na myśli Gwardii, czy nawet Zakonu. - Pewien powagi i determinacji wlepiał swe spojrzenie prosto w oczy Garretta. Czy on zrozumie? Czy będzie potrafił przyjąć do wiadomości jego pobudki? Czy uważa, że Bennett nadaje się do Gwardii, a może powinien grzecznie siedzieć na tych bezpieczniejszych miejscach Zakonu? Nie wiedział czy chciał to usłyszeć, jednak dobrze wiedział, że chciał choć spróbować stać się lepszym czarodziejem. Póki co jedyne co wychodziło mu dobrze to zaklęcia uzdrawiające.





There are no escapes  There is no more world Gone are the days of mistakes There is  no more hope
Powrót do góry Go down
Garrett Weasley
avatar

Gwardia Zakonu
Gwardia Zakonu
http://www.morsmordre.net/t597-garrett-weasley http://www.morsmordre.net/t627-barney#1770 http://www.morsmordre.net/t630-garrett http://www.morsmordre.net/f112-st-martin-s-lane-45-3 http://www.morsmordre.net/t975-garrett-weasley#5311
auror
29 lat
Szlachetna
Kawaler
żyjąc - pomimo
żyjąc - przeciw
wyrzucam sobie grzech niepamięci
41
25
0
0
0
1
6
7
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Humorzasta polana   03.02.17 1:01

Wbijając spojrzenie w zalewające się szarością niebo, nie mógł powstrzymać się od posępnej analizy struktury nawarstwiających się kłębami chmur; sunęły po niebie leniwie, niespiesznie, zdając się ciemnieć w oczach i przepowiadać widmo zbierającej się burzy. Wspomnienia gryzły kontrastem - kiedyś, gdy przybywał w to miejsce, nieboskłon znaczył się złotem słońca kąsającego ich po policzkach i odsłoniętych karkach. Bo byli młodzi, bo byli radośni, bo byli naiwni i ślepi; ćwiczyli, by zapewnić sobie krótką chwilę uciechy i wypełnić serca wrażeniem, że świat należy do nich, że leży u ich stóp.
Dziś czynili to, by przetrwać.
Dostrzegał niemą posępność także na twarzy Alana; ciężko rozjaśniać rysy w beztrosce, gdy zewnętrzny świat balansuje na pograniczu otchłani, znajdując się coraz bliżej upadku na samo jej dno. Ich wszystkich trapiły słowa, które usłyszeli jeszcze w kwaterze w trakcie spotkania z Bathildą. W umysłach nieodzownie budziło się poczucie rychłej katastrofy i potrzeba, by temu zapobiec - by ochronić najbliższych za wszelką cenę.
W innej chwili uśmiechnąłby się do siebie cierpko, ale teraz, gdy rozmyślał o tym zdecydowanie zbyt często (gdy budował scenariusze, gdy planował słowa, które wypowie, by ochronić osobę, na której zawsze zależało mu najbardziej, paradoksalnie raniąc ją przy tym i krusząc na kawałki), bezsilnie zaciskał tylko usta.
- Pogoda lubi płatać figle i odczytywać sekrety z serc tutejszych gości - powiedział, wreszcie wysilając się na (nonszalanckie?) drgnięcie jednego z kącików ust i bardziej beztroski błysk w oku. Nie kpił, lecz brnął w krnąbrność i przekorę; spoglądając na niebo stopniowo zbierające się do deszczu, nie mogli mieć trudności z odgadnięciem, że dziś - zdecydowanie nie na drodze wyjątku - nie tryskali nadmiernym entuzjazmem. Dlaczego nie obrócić tego w (przepełniony goryczą, choć skrywał to pod lekkością głosu) żart?
Na chwilę zerwał się powiew niezbyt mocnego wiatru, który i tak zdołał zmącić pojedyncze kosmyki przydługich włosów, które zdążyły wymknąć się z niedbale zawiązanego kucyka. W tym czasie Garrett milczał i, pogrążony w pewnej zadumie, zdawał się badawczo patrzeć na Alana, może zawieszając na nim wzrok wyłącznie przypadkiem, może próbując spomiędzy słów wyrwać niewypowiedziany kontekst bądź zgadnąć dodatkowe motywacje, o których uzdrowiciel nie zdecydował się wspomnieć.
- Wedle życzenia - odparł, w myślach pochwalając jego wybór; choć atak jest niezbędny w trakcie zmagań, bez umiejętności obrony walka nie trwałaby długo. Nie zliczyłby, ile razy obronne zaklęcie uratowały mu życie. Dlatego nie czekał nawet chwili - wykonując ruch szybki, wprawny, pozbawiony zawahań, sięgnął po różdżkę i, specjalnie nie ociągając się, by zaskoczyć Alana (Bennett musiał przygotować się na ataki znienacka), wyciągnął szybko w jego stronę różdżkę, by głośno wypowiedzieć: - Confundus!
Świetlista smuga wystrzeliła z końca różdżki, ale nie mógł mieć pewności, czy sięgnie celu; działał szybko, impulsywnie, bez przygotowań, więc urok równie dobrze mógł przemknąć nad ramieniem przeciwnika, wcale nie zmuszając go do obrony.
Próba. Wspomnienie o niej wciąż sprawiało, że odczuwał kumulację emocji, których nie potrafił określić; część z nich miała metaliczny smak krwi, inne napełniały go chłodem, niektóre brzmiały rozkosznie jak pieśń potężnego feniksa, dodawały sił. Wiedział tyle, że zmieniła go nieodwracalnie; że przeszedłszy przez nią, zobaczywszy rzeczy, które ujrzał, stał się innym człowiekiem. Nie wiedział, czy lepszym - innym, potężniejszym, choć jednocześnie odartym z czegoś, co wcześniej uznawał za oczywistość.
- Rozumiem - odparł tylko, bo faktycznie rozumiał; aktualne czasy napawały lękiem i były zagrożeniem dla wszystkich, nie tylko tych, których konflikt dotyczył bezpośrednio. Sam czuł się podobnie, a te myśli doskwierały mu tym mocniej, że złożył przysięgę - przysięgę, zgodnie z którą musiał poświęcić całego siebie i jeszcze więcej, nie dbać o bliskich, nie dbać o nieznajomych, dobro świata stawiać nawet nad życiem jednostki. Choć brzmiało to karygodnie, absurdalnie, strasznie, Garrett wiedział, że wojna niosła ze sobą niezwykły ciężar, który zmuszał do czynów moralnie chwiejnych w imieniu czynienia prawdziwego dobra. Ratowania świata osuwającego się wzdłuż krawędzi. - Zamierzasz drugi raz przystąpić do Próby? - spytał, właściwie niepewien, dlaczego porusza ten temat; tylko to rozbrzmiewało mu z tyłu głowy, a nie mógł znieść ciszy, jaka powoli zaczynała budować się na zachmurzonej polanie.




a gniew twój bezsilny niech będzie jak morze
ilekroć usłyszysz głos poniżonych i bitych

Powrót do góry Go down
Morsmordre
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Mistrz gry
n/d
n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
99
99
99
99
99
99
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Humorzasta polana   03.02.17 1:01

The member 'Garrett Weasley' has done the following action : rzut kością


'k100' : 74


Powrót do góry Go down
Alan Bennett
avatar

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
http://www.morsmordre.net/t1283-alan-bennett http://www.morsmordre.net/t1333-poczta-alana http://www.morsmordre.net/t1336-alan-bennett#10315 http://www.morsmordre.net/f182-harley-street-11-3 http://www.morsmordre.net/t1511-alan-bennett
Uzdrowiciel - specjalista od chorób genetycznych
28 lat
Czysta
Kawaler
Mądrego los prowadzi, głupiego - popycha.
10
5
3
22
1
0
2
5
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Humorzasta polana   06.02.17 0:22

- Tak jak myślałem... - Mruknął, z pewną monotonnością w głosie, która zdradzała pewne, lecz dość nikłe, zainteresowanie tematem. Sam Alan również zdawał się być nieobecny, wyciszony wręcz. Zatem ciekawe kogo nastrój ma wpływ na pogodę - zamierzał dodać, lecz powstrzymał się. Był wprawnym obserwatorem, potrzebował tej zdolności w pracy, dlatego też łatwo potrafił ocenić, że nastrój Garretta był podobny do tego, jaki towarzyszył również jemu. Mógł więc domyślać się, iż chmury krążące nad ich głowami były wynikiem połączenia humorów ich obojga. Nie potrafił jednak ocenić cóż takiego mogło spowodować ów nastrój u Weasleya. Nie znał go na tyle i choć Garrett pozostawał dla niego swego rodzaju autorytetem, nie wiedział o nim praktycznie nic poza ogólnymi informacjami oraz tym, co sam mógł zaobserwować. Mógł tylko domyślać się, że próba oraz ostatnie spotkanie Zakonu (a co za tym idzie również pojawienie się na nim Bathildy) były czynnikami, które również miały w tym swój udział. U nich obojga.
Spojrzał na niebo, a wiatr potargał również i jego włosy. Kosmyki, zdecydowanie przydługie i czekające na obcięcie, zawirowały na wietrze, podczas gdy on trzymał w dłoni różdżkę, obracając nią i zaciskając na niej palce. Zaklęcia obronne - to było pierwsze, co chciał poćwiczyć. Zgoda Garretta nie stworzyła w nim czujności, którą mieć powinien, choć nie zdawał sobie jeszcze z tego sprawy. Zdawało mu się, że w zwolnionym tempie widział jak auror unosi różdżkę i wykonuje nią ruch w jego kierunku, zaś usta poruszają się tak, by wydobyć z nich odpowiednią inkantację. Świat zdawał się zwolnić, gdy Bennett unosił swoją różdżkę, kreśląc nią w powietrzu i wyrzucając z siebie słowa zaklęcia. Dobrze, że miał ją w dłoni, jednak czy to pomoże mu, by zareagować w porę?
- Protego!
Białe światło pojawiło się przed nim, lecz to nie znaczyło nic. Mógł nie zdążyć, zaklęcie mogło być zbyt słabe. Garrett wykonał bardzo cwany ruch rzucając zaklęcie znienacka. To było coś, czego się nie spodziewał. Nie miał okazji zbyt wiele razy ćwiczyć reakcji na zaklęcia rzucane niespodziewanie, a właśnie obrona przed takimi może mu kiedyś uratować życie. I nie tylko jemu. Pytanie brzmi - czy potrafił na to reagować?
Sam nie wiedział czemu się otworzył. Nie był pewien, czy to Garrett - ich niepisany dowódca (a przynajmniej Alan tak go postrzegał), czy to ta polana tak na niego działała. Jednak wyrzucił z siebie coś, co od kilku dni ciążyło na nim niczym wielki głaz zarzucony na plecy. Próba - samo to słowo, składające się z zaledwie kilku liter, powodowało w nim dziwne odczucie podobne do niestrawności, ale także uczucie goryczy. Nie potrafił jednoznacznie określić w tym momencie co takiego myślał o tym wszystkim, co czuł i, co najważniejsze, co chciał. Czuł się jak rzucony na środek pustyni, bezbronny, ale świadom tego, że jedna droga może być łatwiejsza, lecz tylko dla niego, zaś druga trudniejsza, lecz przynosząca wiele trudności. To właśnie dlatego wpierw wzruszył ramionami, pozwalając sobie na chwilę milczenia, nim zakłócił ciszę swoimi słowami:
- Nie wiem... - Rzucił, wbijając wzrok w chmury, które zbierały się nad nimi. Czy przyniosą deszcz? - Kiedy szedłem na nią wmawiałem sobie, że jestem gotowy. A teraz nie wiem, bo nie potrafię odpowiedzieć sobie na pytanie ,,ile jestem w stanie poświęcić?". To sprawia, że jestem zły na samego siebie, bo moje niezdecydowanie jak do tej pory przynosi same szkody i zamiast ratować tych, na których mi zależy, jedynie ich tracę. - Nieco mocniej zacisnął dłoń na różdżce, czując ból w palcach, które zaciskały się na drewnie. Przed oczami miał matkę, którą być może mógł uratować, gdyby nie stchórzył.  To była rana, której nigdy nie będzie potrafił uleczyć. - Chcę działać, bo wiem, że stanie w miejscu nic nie pomoże. Bo wiem, że nawet tu gdzie jestem mogę zostać pochłonięty przez ciemność. - Tym razem na myśl przyszła mu Dorea oraz Charlus. Nie znał ich zbyt dobrze, lecz w pamięci potrafił odtworzyć wiele szczegółów: ich twarze, głosy, uśmiechy i spojrzenia, którymi wymieniali się, gdy czasem zjawiali się razem na spotkaniach zakonu. Oni stali w miejscu, bo nie mieli jeszcze okazji postawić kroku do przodu. Kroku, który niby to miał być bardzo niebezpieczny. Kroku, który mógł sprowadzić na nią śmierć. Kroku, który mógł ich zgubić, ale którego nie mogli postawić, bo zguba przyszła wcześniej. Ale jaki sens miało stanie w miejscu, skoro ono również mogło przynieść koniec?


Powrót do góry Go down
Morsmordre
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Mistrz gry
n/d
n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
99
99
99
99
99
99
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Humorzasta polana   06.02.17 0:22

The member 'Alan Bennett' has done the following action : rzut kością


'k100' : 92


Powrót do góry Go down
Garrett Weasley
avatar

Gwardia Zakonu
Gwardia Zakonu
http://www.morsmordre.net/t597-garrett-weasley http://www.morsmordre.net/t627-barney#1770 http://www.morsmordre.net/t630-garrett http://www.morsmordre.net/f112-st-martin-s-lane-45-3 http://www.morsmordre.net/t975-garrett-weasley#5311
auror
29 lat
Szlachetna
Kawaler
żyjąc - pomimo
żyjąc - przeciw
wyrzucam sobie grzech niepamięci
41
25
0
0
0
1
6
7
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Humorzasta polana   13.02.17 0:44

Przez krótką chwilę patrzył, jak promień silnego zaklęcia przecina chłodne powietrze; jego blask odznaczał się na tle ciemniejącego od chmur nieba i mknął w kierunku Alana. Garrett nie musiał długo czekać na odzew - już wkrótce jego mocny urok rozbił się o wyczarowaną tarczę barwy mleka, a potem... zawrócił?; zmarszczył brwi w wyrazie zaskoczenia i natychmiast (w wyuczonym, aurorskim geście) uniósł na wpół opuszczoną różdżkę.
- Expecto Patronum! - wypowiedział głośno inkantację, poniekąd zdając się na przeczucie - a przeczucie kazało mu skorzystać z umiejętności, którą posiadł dopiero po dołączeniu do Zakonu. Strych kwatery skrywał bowiem wiele skarbów; część z nich stanowiła niezliczone studia oraz referaty (czyżby spisane anonimową ręką?) traktujące o obronie przed czarną magią. Oraz o zaklęciu Patronusa, które przy odrobinie wysiłku może stać się znacznie potężniejsze, niż nauczają tego nawet na aurorskich kursach.
A wypowiadając te dwa słowa, nie przywoływał wspomnienia, które zdawało się najmocniejsze od dziesięciu lat - nie myślał o jasnych włosach ani burzowych oczach, nie skupiał się na delikatnym zapachu gardenii ani znajomym dotyku chłodnych, szczupłych palców. Dziś pozwolił, aby przepełniła go inna myśl: myśl, która rozgrzewała go mocniej, dawała więcej sił, umożliwiała rzucenie czaru potężniejszego niż kiedykolwiek dotąd.
To był lipiec; niebo kąsało się czernią; gubił się w zawiłych meandrach korytarzy magicznej restauracji; wołał go głos, przywoływali przodkowie; rozbrzmiewała pieśń feniksa; pod palcami czuł ciepło wełnianej skarpety; szarpnięcie, syknięcie węża, którego zdołał pokonać; spojrzenie błękitnych oczu zza połówkowych okularów tuż pod gęstymi, siwymi brwiami.
I słowa o tym, że są potrzebni - że Zakon musi powstać, że zbudują go własnymi rękoma.
Gdy tylko inkantacja spłynęła mu z ust, wbił spojrzenie w przestrzeń, mając nadzieję, że zaraz rozbłyśnie w niej srebro mknącej jaskółki; ta w takich przypadkach często rozwija mocno skrzydła i, dumnie nimi trzepocząc, wzbijała się w przestworza, by wyłącznie pozornie słabym ciałkiem pochłonąć całą moc zaklęcia przeciwnika. Nawet najbardziej krwiożerczego, nawet najczarniejszego, nawet najmroczniejszego.
Nie mając pojęcia, czy Alan zagłębił się już w te arkany magii i zdążył posiąść umiejętność rzucania potężniejszego Patronusa, Garrett wysłał mu badawcze spojrzenie - nawet z tej odległości próbował dostrzec jakiekolwiek zmiany w mimice Bennetta, choćby drgnienie powieki, choćby niekontrolowane wykrzywienie kącika ust.
- Dobra robota - skwitował, podkreślając wagę (niewylewnych, chociaż nad wyraz szczerych) słów krótkim, jakby pochwalnym skinieniem głową. - Może jednak nie potrzebujesz mojej pomocy - dodał głosem naznaczonym lekkim piętnem żartu; nie znał Alana na tyle dobrze, by po krótko rzuconym zaklęciu - które mogło być skutkiem zarówno piekielnie dobrych umiejętności, jak i zwykłego szczęścia (bądź hybrydy ich obu) - jednoznacznie określić stopień jego zaawansowania. Nawet jeśli Garrett posiadał niemałe doświadczenie związane z ćwiczeniem magii, a wielu młodych kursantów ceniło go jako szkoleniowca, potrzebował czasu - i był pewien, że Alan również dopiero się rozkręca.
Jeżeli pójdzie tak dalej, ten trening mógł okazać się interesujący.
Nie poruszał (jeszcze?) tematu udoskonalonego Patronusa, ale nieprzerwanie taksował spojrzeniem Alana, zupełnie jakby czekał na nieokreśloną reakcję; w milczeniu zastanawiał się, czy zaraz ciszę przetnie przepełnione wątpliwościami pytanie. Bądź zachwycony półokrzyk. Po części stłumione westchnięcie. Głośny wyraz aprobaty?
Choć póki co wyłącznie parę zaklęć przecięło wiosenne powietrze, tyle starczyło, by skutecznie oderwać myśli Garretta od dekadenckich rozważań; skupił się na walce, na krwi nieznacznie przyspieszającej w tętnicach i kompletnie niezrozumiałym zalążku euforii, który poczynał kiełkować w nim za każdym razem, gdy rozpoczynał walkę. Tak było też teraz; wszystko zwalniało, blakło, traciło na znaczeniu - liczyły się tylko palce zaciśnięte na jasnym drewnie różdżki tak mocno, że aż widocznie bielały mu knykcie. Liczyły się promienie wielobarwnych zaklęć i inkantacje spływające z ust.
Ale potem bańka prysnęła po raz kolejny; w powietrzu znów brutalnie zawirował temat Próby i Garrett nieznacznie opuścił różdżkę, rezygnując z idealnej, w pełni profesjonalnej postawy pojedynkowej na rzecz krótkiego spoczynku. Wsłuchał się w słowa uzdrowiciela i wydawało mu się, że każde z nich rozorało raz jeszcze rany, których nabawił się w trakcie próby - i miał na myśli zarówno te fizyczne, jak i te, które szpeciły wyłącznie umysł.
- Jeżeli masz wątpliwości, daj sobie czas - powiedział w końcu, po raz pierwszy zastanawiając się, czy gdyby miał możliwość podejść raz jeszcze do próby - tym razem z pełną świadomością wszystkich konsekwencji - to czy wykonałby to ponownie. Nie musiał prowadzić długich dysput i rozważań; znał siebie, wiedział, że uczyniłby to jeszcze stokrotnie, nawet jakby każde podejście miało oderwać cząstkę jego jestestwa. - To nie jest decyzja, którą powinno się podjąć pochopnie. Musisz być w pełni świadomy... konsekwencji - dodał ciszej, znów nie potrafiąc powstrzymać goryczy barwiącej mu nieznacznie głos; wspomnienie próby za każdym razem paliło równie mocno. Bo była gorsza od najpotworniejszego snu - bardziej przerażająca, bardziej przejmująca, bolesna, rzeczywista. Tak prawdziwa (a jednocześnie sprzeczna i irracjonalna), że do tej pory nie potrafił określić, czy wydarzyła się naprawdę, czy miała miejsce tylko w jego głowie.
- Gotów będziesz nie wtedy, kiedy znajdziesz odpowiedź na dręczące cię pytania, a wtedy, kiedy nauczysz się przestać je zadawać. - Bo on już nie pytał, nie drążył, nie dociekał; przyjmował wszystko za pewnik, za oczywistość, nie polemizował z potencjalnymi rozkazami. Czynił to, co było jego zadaniem - a wykonując je, nie wahał się posunąć się do niczego, co mogłoby zostać gwarantem powodzenia.
Choć Bathilda gwarantowała im, że ich dusza zawsze będzie należeć wyłącznie do nich, Garrett nie miał już pewności, czy rzeczywiście było to prawdą.

Zdolność Zakonu, poziom II - Patronus działający jak Protego, ST 30. (1/7 użyć) Pwease




a gniew twój bezsilny niech będzie jak morze
ilekroć usłyszysz głos poniżonych i bitych

Powrót do góry Go down
Morsmordre
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Mistrz gry
n/d
n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
99
99
99
99
99
99
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Humorzasta polana   13.02.17 0:44

The member 'Garrett Weasley' has done the following action : rzut kością


'k100' : 46


Powrót do góry Go down
Alan Bennett
avatar

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
http://www.morsmordre.net/t1283-alan-bennett http://www.morsmordre.net/t1333-poczta-alana http://www.morsmordre.net/t1336-alan-bennett#10315 http://www.morsmordre.net/f182-harley-street-11-3 http://www.morsmordre.net/t1511-alan-bennett
Uzdrowiciel - specjalista od chorób genetycznych
28 lat
Czysta
Kawaler
Mądrego los prowadzi, głupiego - popycha.
10
5
3
22
1
0
2
5
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Humorzasta polana   19.02.17 13:31

Początkowo przez jego twarz również przemknęło zaskoczenie. Do tej chwili miał okazję rzucać Protego zaledwie kilka razy i choć efekty były raczej zadowalające - po raz pierwszy (a może wcale nie?) udało mu się wyczarować aż tak silne zaklęcie. Nie był pewien, czy było to zasługą łutu szczęścia, obecności Garretta, czy jego własnych umiejętności w połączeniu z determinacją, która od ostatniego dnia marca stopniowo w nim rosła. Pytanie to miało jednak na długo zawisnąć w powietrzu bez odpowiedzi, gdyż zajęty wpatrywaniem się w snop magii, który szybował ku aurorowi, kompletnie o nim zapomniał. Jego twarz nieco stężała w napięciu, gdy z ciekawością i cichą nadzieją obserwował poczynania swojego towarzysza. To nie tak, że życzył mu porażki w obronie, jednak wiedział kogo ma za przeciwnika. Garrett był osobą o wieloletnim doświadczeniu w walce, więc przebicie się przez jego obronę byłoby jego małym sukcesem. Nie zdziwił się jednak, gdy zauważył, iż jego "przeciwnik" jest gotowy do reakcji. Różdżka wprawiona w ruch wyczarowała jednak inne zaklęcie niż się spodziewał. Patronus? Zmrużył oczy, które wkrótce otworzyły się nieco szerzej, gdy snop magii przeistoczył się w jaskółkę. I choć wiedział, że Patronusy przybierają różne postaci wiedział również, że to wcale nie jaskółka tak mocno go zaskoczyła. Takiego Patronusa jeszcze nie widział. Nigdy. Wpatrywał się w błękitny snop magii z wyrazem zaskoczenia i podziwu? wymalowanym na twarzy. Obserwował jak jaskółka pochłania magię, a potem jeszcze przez chwilę podążał za nią wzrokiem, próbując wszystko poukładać sobie w głowie. Nigdy w życiu nie widział takiego zaklęcia, przez chwilę nawet miał wątpliwości czy to co widział było w rzeczywistości Protego. Ale było, co do tego nie mógł mieć wątpliwości. Tylko, że inne, mocniejsze. Czy to była umiejętność Aurorska? A może...?
Nieświadomie otworzył usta, gdy z jego gardła prawie wydobyło się pytanie. Stłamsił je jednak, przez co w powietrzu zawisło tylko ciche, przerwane ,,a". Nie wiedział czy powinien pytać, nie wiedział czy czar, który widział był czymś wyjątkowym także dla innych, czy jego zaskoczenie wynikało bardziej z jego niewiedzy, niźli z rzeczywistej wyjątkowości tego zjawiska. Stłumił więc pytanie, choć na jego twarzy jeszcze długo odznaczało się zaskoczenie, zastanowienie, brak zrozumienia i pewności tego co widział.
- Oj, zdecydowanie potrzebuję - wykrztusił w końcu z siebie, a jego lekki uśmiech przyćmił nieco skołowanie wywołane tym, co zobaczył. - Sam jestem zaskoczony efektem - dodał, wiele wysiłku wkładając w to, by nie przeciąć powietrza pytaniem o Patronusa. Ale powstrzymał się. Zacisnął jedynie dłoń na różdżce, którą teraz trzymał nieco wyżej niż poprzednio, pozostając w gotowości na kolejny atak, który Garrett chciałby wymierzyć bez uprzedzenia. Jednocześnie taksował go wzrokiem, nieświadomie skupiając spojrzenie także na jego bliznach. W zakamarkach jego umysłu pojawiały się pytania odnośnie historii powstawania tych znamion, które z największym prawdopodobieństwem były śladami walki. Jednocześnie czuł, iż respekt, który odczuwał do Weasley'a ciągle rośnie. Był aurorem, nieustannie ryzykował życie łapiąc tych, którzy mogli zagrażać innym. Przez chwilę nawet poczuł wstyd, wątpliwości związane ze swoją pracą. On też ratował życie, ale czyż jego posada nie była tak nudna, łatwa i wręcz mdła? W murach Szpitala Świętego Munga był bezpieczny, spokojny. Nie ryzykował niczym więcej poza bezsennością, nerwami na kapryśnych pacjentów i zatruciem pokarmowym w szpitalnej stołówce. Przez chwilę poczuł wstyd, który sprawił, iż jego twarz lekko stężała, zaś myśli samoistnie prześliznęły się w stronę Próby. Nieświadom popsucia "nastroju" poruszył jej temat.
Słuchał słów Garretta uważnie, ze ściągniętymi w wyrazie uwagi i zastanowienia brwiami. Podobne słowa słyszał już od Adriena, jednak z jakiegoś powodu te odbiły się jedynie krótkim echem, a on sam skierował swoje kroki w stronę kwatery Zakonu. Miał w sobie mętlik, z którego nie potrafił zbyt wiele wyłowić. Czuł więc zarówno zawód, jak i ulgę, gdy Bathilda odesłała go twierdząc, iż nie jest gotowy. Co powinien zrobić? Te pytanie zadawał sobie każdego dnia wielokrotnie, jednak odpowiedź nie znalazła się jeszcze w zasięgu jego rąk.
- Masz rację -  rzucił krótko, przecinając ciszę. W jego głowie wielokrotnie jeszcze pobrzmiewały echem słowa Weasley'a, które miał zapamiętać na długo i które obiecał sobie wziąć do serca.
Gotów będziesz nie wtedy, kiedy znajdziesz odpowiedź na dręczące cię pytania, a wtedy, kiedy nauczysz się przestać je zadawać.
Jakże odkrywcze i a także oczywiste to było. Zmrużył oczy, łapiąc nieco głębszy oddech i odkładając je do pewnej szufladki w swoim umyśle. Jednak w tym samym momencie otworzyła się inna. Szufladka ciemna, spowita mgłą i taka, którą starał się trzymać zamkniętą, lecz ta otwierała się każdego dnia sama z siebie, rozsiewając poczucie niepokoju i strachu? Nie potrafił jej zamknąć. Nie, kiedy stał przed być może jedyną osobą, która mogła mu pomóc w poskromieniu tej niepewności i strachu, które w nim kiełkowały. W głowie brzmiały mu tylko dwa słowa, zlepek paru liter układający się w imiona. Dwa imiona: Dorea i Charlus.
- Garretcie... - zaczął ostrożnie, jakby niepewny czy powinien. Chwilowo wstrzymał oddech, starając się opanować, ale niewiele mu to dało. Na jego twarzy bardzo wyraźnie odbijał się niepokój, niepewność i potrzeba uspokojenia tego. - Ja wiem, że nie jestem osobą, która ma duże znaczenie w tym wszystkim. Już raz zawiodłem, odsuwając Zakon na dalszy plan, jednak chciałbym wiedzieć... Chciałbym wiedzieć, gdy znów stanie się coś, co - zatrzymał się, nie wiedząc w jaki sposób ubrać te słowa. Zmarszczył brwi, nieco mocniej zaciskając palce na różdżce. - Po prostu... Każdego dnia budzę się z myślą o tym, że świat powoli przechyla się niebezpiecznie, dążąc do tego, byśmy zawiśli nad przepaścią zwaną upadkiem. A niewiedza i myśl, że podczas gdy ja jem śniadanie, spaceruję czy robię cokolwiek innego, ktoś z nas może znów... - przyhamował czując, że jego głos stał się zdecydowanie zbyt donośny. Złapał oddech i zaczął spokojniej: - Że komuś z nas znów może się coś stać, podczas gdy inni nie mają o tym pojęcia... To mi nie daje spokoju, nie mogę przestać o tym myśleć. Chcę wiedzieć, chcę być gotów, bo czuję, że zbliża się coś okropnego. Czy mógłbyś, czy mógłbym...? - Nieme, niedokończone pytanie zawisło w powietrzu. Ale wiedział, że Garrett zrozumie. - Sowa, Patronus, cokolwiek.
Potrzebował tego. Musiał wiedzieć. Nie mógł darować sobie faktu, iż o Dorei i Charlusie dowiedział się tak późno, wręcz przypadkiem. Chciał wiedzieć na czym stoi, bo czuł, że grunt pod jego nogami jest bardzo niepewny. I nigdy nie zrobi kroku w przód, jeżeli nie będzie wiedział na czym spocznie jego stopa. Potrzebował tego.
Westchnął, karcąc siebie za poruszenie tematu. Mieli się tu spotkać, by ćwiczyć. Zdawał sobie sprawę z tego, iż Garrett o wiele bardziej od niego był przytłoczony wszystkim tym, co działo się dookoła. Niewiedza mogła być błogosławieństwem, którego nie doceniał. Jednak stało się. Stało się i nie mógł tego odwrócić, więc powtarzał sobie w myślach, że nie powinien żałować. Ściągnął brwi, zaciskając różdżkę mocniej. A potem, wiedziony jakimś impulsem, uniósł ją i skierował w stronę Garretta.
- Jinx!
Nie był pewien czy się uda. W przeciwieństwie do Garretta, on miał słabe doświadczenie w rzucaniu zaklęć. Zwłaszcza takich i zwłaszcza z zaskoczenia.

Edit: Ale obciach ;-;





There are no escapes  There is no more world Gone are the days of mistakes There is  no more hope


Ostatnio zmieniony przez Alan Bennett dnia 19.02.17 13:36, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down
Morsmordre
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Mistrz gry
n/d
n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
99
99
99
99
99
99
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Humorzasta polana   19.02.17 13:31

The member 'Alan Bennett' has done the following action : rzut kością


'k100' : 18


Powrót do góry Go down
Garrett Weasley
avatar

Gwardia Zakonu
Gwardia Zakonu
http://www.morsmordre.net/t597-garrett-weasley http://www.morsmordre.net/t627-barney#1770 http://www.morsmordre.net/t630-garrett http://www.morsmordre.net/f112-st-martin-s-lane-45-3 http://www.morsmordre.net/t975-garrett-weasley#5311
auror
29 lat
Szlachetna
Kawaler
żyjąc - pomimo
żyjąc - przeciw
wyrzucam sobie grzech niepamięci
41
25
0
0
0
1
6
7
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Humorzasta polana   07.03.17 23:21

Burzowe niebo osnute ciemnym całunem przeciął nagły błysk; rozległ się narastający grzmot, a skłębione chmury nawarstwiały się gromadnie, rzucając na trawę lichy cień. W innej chwili, w innej sytuacji - w innym świecie? - Garrett rozproszyłby powagę wyrzeźbioną w rysach twarzy i wygiął usta w cynicznym półuśmiechu; czy widzisz, Alan, jak nasz optymizm rozświetla nieboskłon słonecznymi promieniami? Gdyby tylko wciąż potrafił, znów zatopiłby się w objęciach sarkazmu - bo to właśnie w nim zawsze odnajdował ucieczkę, to dzięki niemu zaklinał rzeczywistość i pozostawał przy zmysłach nawet wtedy, gdy spod stóp wymykał mu się grunt. Zupełnie jak teraz.
Nie uniósł kącika ust w wyrazie ulotnego rozbawienia, gdy dostrzegł na twarzy Alana zalążek zaskoczenia, który szybko rozkwitł; przez moment po prostu wbijał w niego spojrzenie i tknęła go dziwna zazdrość - spoglądał na człowieka pragnącego zanurzyć się w walce, choć nie miał jeszcze okazji, nie mógł, nie potrafił jej rozpocząć. W jego oczach dostrzegał entuzjazm i płonącą niechęć do bezczynności; te same odczucia malowały się na jego własnej twarzy przed dziesięcioma latami, kiedy rwał się już do batalii, nie wiedząc jednak o ciężarze, jakie ze sobą niosły. Za tamtych czasów Garrett znał wojnę tylko z opowieści, z podniosłych książek i mistycznej poezji, w których odnajdował zapomnienie już od najmłodszych lat; walka i jej gorycz były w nich piękne, piękna była miłość i towarzyszące jej cierpienie, piękne było poświęcenie - a choć życie już dawno zweryfikowało nadzmysłowe ideały, wciąż stawiał je na piedestale, pragnąc życia niczym w Arkadii wyśnionej przez Wergiliusza: ale nie dla siebie, lecz dla swoich najbliższych i dla tych, których zwykł nazywać szarymi twarzami gubiącymi się w tłumach anonimowości. Poznając najprawdziwszy - odarty z metafor, ze sztucznego piękna i poszukiwań głębi (bo cierpienie zawsze było puste, było kruche, odbijało się echem; być może właśnie dlatego krzywdziło najdotkliwiej) - ból, poznając wojnę i zawsze towarzyszącą jej śmierć, dobrowolnie zgodził się wyrzec przyszłości, wierząc, że tak będzie lepiej; że nie istnieją inne, lepsze rozwiązania. Zazdrościł Alanowi, że nie był jeszcze świadom ogromu i niedosłowności poświęceń, których łaknął; nawet jeśli zdawał sobie sprawę z tego, na co się pisze, nie czynił tego w sposób pełny - taki mógł być wyłącznie konsekwencją najpaskudniejszych doświadczeń.
- Po reakcji zgaduję, że nie miałeś z tym jeszcze do czynienia - rzucił lekko, choć nie zgasł cień, który nieprzerwanie piętnował mu spojrzenie. Garrett uniósł wzrok, na moment przenosząc go na wciąż błyskającą jaskółkę; ta rozwijała skrzydła i mknęła w powietrzu, pozostawiając po sobie srebrzyste smugi. Machnął różdżką ponownie i rozproszył tym samym przywołane zwierzę, przywołanego obrońcę; rozproszył się jak mgła o poranku smaganym promieniami pierwszego słońca.
Przeniósł spojrzenie na mężczyznę, nie mogąc nie dostrzec na jego twarzy pewnej niepewności, pewnego zawahania. Zamknął usta, zanim zdążył je rozewrzeć i powiedzieć, że wolałby tej racji nie mieć - wolałby nie wiedzieć i mieć kogoś, kto rozgoni przed nim mroki, kto wyjaśni, kto wesprze, kto stanie się oparciem; od lat brakowało mu mentora i niedoścignionego wzorca, więc błądził po omacku, metodą prób i błędów próbując rozeznać się w palecie odcieni rozciągających się pomiędzy bielą a czernią, definiował szarości, samotnie starając się odnaleźć granicę pomiędzy dobrem a złem. Nie zawsze skutecznie.
Zmarszczył lekko brwi, gdy dobiegło go brzmienie własnego imienia; spojrzał na Alana z wyczekiwaniem, choć nie poganiał go, nie mogąc wyzbyć się wrażenia, że dobieranie słów przychodziło mu z trudem. Nie mógł go winić - wszyscy plątali się w zbyt wolno gojących się ranach i rozdrapywali je, zamiast traktować je jako nauczkę; on sam też pogrążał się w żałobie, zamiast działać. Winił się za to - winił też Alana, bo jak mógł on próbować zasięgać rady u osoby, która nadawała się do tego najmniej?
- Wszyscy mamy duże znaczenie - przerwał mu łagodnie, po części nienawidząc się za to, że po raz kolejny w celu ukojenia drugiej osoby przywdziewał nieprzeniknioną maskę pewności - i choć było to od niego silniejsze, otaczał się aurą heroiczności, która coraz częściej wymykała mu się spomiędzy zbyt słabo zaciśniętych palców. - Powinniśmy częściej organizować spotkania - rzucił cicho i niewylewnie po krótkiej chwili milczenia, bijąc się z myślami; znów rodziła się w nim zduszona złość, rodzące się pragnienie zemsty na tych, którzy dokonali masakry, mordu - na tych, którzy wydarli ze świata pełnego mroku osoby, które zasługiwały na to, aby lśnić w nim najjaśniejszym blaskiem.
Walczył o sprawiedliwość, wiedząc, że ta nie istnieje - mimo to wciąż nie potrafił pogodzić się z faktem, że światem rządziło zło, chaos, przypadek. Godzenie się z przeciwnościami losu - nie, to tylko piękny, wyświechtany eufemizm; to zbyt gładkie ujęcie bólu i cierpienia - przychodziłoby mu o wiele łatwiej, gdyby wierzył, że jego losy (że losy ich wszystkich) zostały z góry spisane przez boskiego okrutnika wyzbytego serca.
Bycie kowalem własnego losu stanowiło brzemię.
- Nie jestem w stanie informować wszystkich, Alanie. - A mówiąc to, znów przerzucił na niego wzrok; być może w oczach Garretta czaił się żal, ale stłumiony został przez pustkę, którą przywołał, aby skryć za nią gorycz; to rozdrażnienie przypominało mu tylko o tych, których zdążył już pożegnać i o tych, na których grobach kwiaty będzie musiał złożyć wkrótce. - Musimy znaleźć bardziej uniwersalny sposób. - Bo i tak nie jestem w stanie zadbać o to, gdy sam pogrążam się w tragicznej żałobie - dodał w myśli; były to słowa, których nie odważyłby się powiedzieć na głos: zbyt osobiste, zbyt bolesne, zbyt prywatne, zbyt jego - bo starał się dawać innym jak najwięcej, dzielić się wszystkim, co posiadał, tylko nie własnym cierpieniem. Skrywał je jak najcenniejszą własność, jak dobytek, jak skarb; toksycznie pielęgnował, żywił nim płonącą w żyłach nienawiść i odnajdywał w nim źródło sił do dalszej walki. - A najlepiej po prostu - urwał, przyglądając się własnym przegubom skrytym teraz pod grubym bandażem i pod materiałem lnianej koszuli (dobrze pamiętał, jak przecinał żyły ostrzem, jak zalewał się krwią, jak dokonywał poświęceń), ale rozgonił myśli, zanim zdążyły go opętać i znów przeniósł spojrzenie na Alana - ...najlepiej po prostu starajmy się unikać sytuacji, kiedy Patronus zacznie być nie obrońcą, nie kumulacją pozytywnej energii, a posłańcem o śmierci najbliższych. - Ale nawet przez chwilę nie wierzył w to, że to możliwe; nie sądził, że są w stanie uniknąć bólu i śmierci, te stanowiły przecież nieodłączny element wojny. A choć godził się z własnymi poświęceniami, wciąż nie mógł zdzierżyć faktu, że w walkę zaczęły angażować się także osoby mu najbliższe - nie mógł przestać myśleć o tym, że w jej chaos bez przymusu i zachęty zaplątała się także ona.
Ona - osoba, która od zawsze skradała mu myśli, którą (dobrowolnie?) zgodził się pożegnać.
Gdy w jego stronę pomknęło zaklęcie, szybko wychwycił spojrzeniem, że jego promień z łatwością go wyminie; uniósł różdżkę, ale nie po to, by wyczarować tarczę, a w zwykłym, przepełnionym ostrożnością odruchu. Cofnął się o krok i odsunął lekko ramię, nad którym przemknęło zaklęcie, rozbijając się o pień stojącego gdzieś nieopodal drzewa; Garrett nie powiódł spojrzeniem za torem jego ruchu, nie patrzył, jak urok rozprysnął się w wielobarwny snop iskier. Nie skomentował tego nawet słowem ani zmianą mimiki twarzy; zamiast tego szybko wycelował różdżkę w przeciwnika i wykonał uważny ruch nadgarstkiem.
- Expelliarmus - wypowiedział inkantację, znów wykonując krok do przodu i ledwo widocznie przechylając głowę.




a gniew twój bezsilny niech będzie jak morze
ilekroć usłyszysz głos poniżonych i bitych

Powrót do góry Go down
Morsmordre
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Mistrz gry
n/d
n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
99
99
99
99
99
99
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Humorzasta polana   07.03.17 23:21

The member 'Garrett Weasley' has done the following action : rzut kością


'k100' : 72


Powrót do góry Go down
Alan Bennett
avatar

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
http://www.morsmordre.net/t1283-alan-bennett http://www.morsmordre.net/t1333-poczta-alana http://www.morsmordre.net/t1336-alan-bennett#10315 http://www.morsmordre.net/f182-harley-street-11-3 http://www.morsmordre.net/t1511-alan-bennett
Uzdrowiciel - specjalista od chorób genetycznych
28 lat
Czysta
Kawaler
Mądrego los prowadzi, głupiego - popycha.
10
5
3
22
1
0
2
5
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Humorzasta polana   19.03.17 1:38

Dalej pozostając pod pewnym wrażeniem tego, co zobaczył, w początkowym odruchu jedynie kiwną głową, tym samym potwierdzając Garrettowe domysły. Widział to po raz pierwszy, wcześniej nie mając okazji do bycia świadkiem użycia nowego, znacznie potężniejszego Patronusa, którego tajemnica została zdradzona niewielu. Nie miał pojęcia o tym co takiego skrywały przed nimi stare pergaminy znajdujące się na strychu ich skromnej, lecz dobrze ukrytej Kwatery. Czy miał się kiedyś o tym przekonać? Póki co, w swej niewiedzy, zdobycie nowej umiejętności posiadanej przez część członków Zakonu Feniksa przypisywał nie Zakonowi, a ministerstwu. Zbyt rzadko miał okazję widzieć aurorów w czasie walki, zbyt rzadko widział podczas niej kogokolwiek. Jego wzrok nawykł do oglądania przeróżnych chorób i dolegliwości (nieraz zadziwiających go równie mocno jak wzmocniony patronus), a także do czarów z zakresu magii leczniczej.
- Nie często mam okazję widywać aurorów w akcji - mruknął w odpowiedzi, nadal nie do końca wracając do siebie, lecz swymi słowami jedynie wskazując na błędne rozumowanie, błędne dopasowanie faktów. Wzmocniony patronus jeszcze długo miał pozostać w jego głowie, zachwycając nie tylko bijącą od niego potęgą, lecz również pięknem.
- Chyba powinniśmy. - Powolnie pokiwał głową. Nie wiedział co powinien odpowiedzieć na słowa Garretta, którego po cichu traktował jako osobę najwyżej ustawioną w Zakonowej hierarchii. Tak niewiele wiedział, o tak wielu rzeczach nie miał zielonego pojęcia. Nie zdawał sobie sprawy z tego jak wiele trudu i cierpienia to wszystko za sobą niosło. Zakon, bycie aurorem. W oczach innych był bohaterem, ostoją i podparciem, na którego barki zarzucali coraz więcej ciężaru całkiem nieświadomie. On również to robił.
- Musimy. - Ponownie pokiwał głową, w myślach obiecując sobie, że zastanowi się nad tym. Już wcześniej przez myśl przeszedł mu fakt jak bardzo słabą mają komunikację. Już wcześniej myślał o tym, że gdyby ta była lepsza, może byliby w stanie uratować tych, którzy opuścili ich szeregi na zawsze. Choć być może niewiele mógł w tej sprawie zrobić, poniekąd czuł się winny, jak i również winił każdego z osobna. Chociaż wiedział, że żadne z nich nie mogło wiedzieć, ani pomóc. - To nie będzie takie proste, Garrettcie. - Patronus już teraz kojarzył mu się ze złymi wiadomościami. Przynosił wieści nie tylko o śmierci, ale również o zagrożeniu, problemach, potrzebie pomocy. Ostatnimi czasy widywał go głównie wtedy, gdy ktoś potrzebował jego umiejętności uzdrowicielskich. Już wystarczył sam widok skumulowanej, błękitnej magii, która zdawała się być ożywiona, a jego serce zaczynało łomotać we wzmożonym tempie. Obserwując zaczynał dotkliwie przekonywać się o tym, że wbrew temu co mu się początkowo zdawało - ratowanie świata nie było tak heroiczne, tak proste i piękne jak to, co spotykał w zasłyszanych, bądź przeczytanych historiach.
W milczeniu obserwował jak zaklęcie rzucone przez niego sunie pod niewłaściwym kątem. Snop magii z łatwością został uniknięty, co nie było trudne do przewidzenia. Wydał z siebie krótkie westchnienie, gdy magia rozproszyła się, lecz natychmiast wzmocnił uścisk na różdżce, zupełnie odruchowo napinając mięśnie swojego ciała. Wzrok bardzo szybko zarejestrował ruch nadgarstka, dopasowując go do zaklęcia, które miało zostać rzucone. Potrzebował krótkiej chwili, by ocenić jak celnie leciało ono w jego kierunku. A następnej, by wiedzieć już, że było zbyt celne i wykonać staranny, ale szybki ruch nadgarstkiem. Protego tu nie zadziała. Potrzebował czegoś silniejszego.
- Protego Maxima!
W pierwszym odruchu pomyślał o Patronusie, jednak nie rzucane dawno zaklęcie nie miało szans zadziałać na czas. Zwłaszcza, że wiele trudności sprawiało mu teraz przypominanie sobie tych najbardziej szczęśliwych wspomnień, które dawały siłę, by patronus mógł zaistnieć.

|Post lekko chaotyczny, ze względu na godzinę podkówka





There are no escapes  There is no more world Gone are the days of mistakes There is  no more hope
Powrót do góry Go down
 

Humorzasta polana

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 8 z 9Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6, 7, 8, 9  Next

 Similar topics

-
» Polana w środku lasu
» Polana
» Polana
» Polana jednorożców
» Polana

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Morsmordre :: Reszta świata :: Wielka Brytania :: Walia-
Styl: Evandra + Cassandra



Forum oparte na serii książek J.K.Rowling, niektóre imiona i nazwy własne są jej własnością.
Opisy częściowo pisane w oparciu o Pottermore.
Autorskie opracowania oraz pozostałe treści forum są własnością intelektualną twórców,
zabrania się ich kopiowania.



Baner small nobg

Morsmordre 2015-17