Wydarzenia


Ekipa forum
Salon
AutorWiadomość
Salon [odnośnik]14.11.21 13:29
First topic message reminder :

Salon

Niewielki pokój z oknem wychodzącym na przód domu. Jasne ściany o brzydkiej tapecie zostały ozdobione obrazami w potężnych ramach, mocno przytłaczając małe wnętrze. Pod jedną ze ścian stoi kanapa obita miękkim, zielonym materiałem, tuż obok fotele i stół pozastawiany książkami. Na regałach i kominku stoją liczne bibeloty, od staromodnych puzderek, przez lekko odrapane ramki ze zdjęciami, zegarki oraz rzeźby, wskazujące na skłonność właścicieli do zbieractwa. Drewniane deski podłogowe nieco skrzypią, więc zostały pozakrywane dywanami celem wytłumienia dźwięku.
Claire Fancourt
Zawód : klątwołamaczka w banku Gringotta
Wiek : 31
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna
if it scares you it might be
a good thing to try
OPCM : 17 +4
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 6 +1
ZWINNOŚĆ : 11
SPRAWNOŚĆ : 11
Genetyka : Czarownica

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t10616-claire-fancourt https://www.morsmordre.net/t10763-atena#326881 https://www.morsmordre.net/t10764-claire#326882 https://www.morsmordre.net/f404-gloucestershire-cranham-the-mulberry-house https://www.morsmordre.net/t10762-skrytka-bankowa-nr-2336#326880 https://www.morsmordre.net/t10765-claire-fancourt#326891

Re: Salon [odnośnik]30.11.22 12:04
Ach, te piece – westchnąłem nieco teatralnie w reakcji na wyjaśnienia Claire, lecz uśmiech, który jej przy tym posłałem, nie miał w sobie nic z uszczypliwości. Sam miałem na swoim koncie kilka poważnych bitew ze sprzętem kuchennym, i choć większość z nich miała miejsce dawno temu, gdy zostałem zmuszony do prędkiego podłapania choćby podstaw kulinariów, to czasem nadal przytrafiały mi się mniejsze lub większe katastrofy. Nie chciałem się jednak nimi chwalić, przynajmniej nie w tym momencie. – Jesteś pewna, że nie masz tam jakiegoś poltergeista, który robi ci na złość? – dopytałem, przy okazji odnotowując sobie w pamięci zdradzoną mi w ten sposób informację: nie mieszkała tutaj długo. W takim razie kiedy dokładnie przeniosła się na obrzeża Cranham? I skąd? Nie spodziewałem się, że częściową odpowiedź na te pytania poznam już zaraz, jak tylko okażę odrobinę cierpliwości. – Może, może – mruknąłem tylko; moją twarz rozświetlił szerszy uśmiech, gdy czarownica puściła mi oczko. No proszę, chyba była w niezłym nastroju, skoro zachowywała się tak swobodnie; to dobrze. Miałem nadzieję na uniknięcie niezręczności, skrępowania powodowanego jedynie tym, że nie widzieliśmy się od ładnych kilku lat. – Czyli wcześniej mieszkałaś w mieście, hm? – Spróbowałem pociągnąć Claire za język, niezbyt nachalnie nakłonić do rozwinięcia tematu, gdy odniosła się do mojego komentarza dotyczącego lokalizacji domu. Rozumiałem, co miała na myśli. Czasem nawet ja, od szczenięcych lat przyzwyczajony do pomieszkiwania w samym sercu lasu i bliskiego kontaktu z naturą, musiałem zasmakować w wygodach oferowanych jedynie przez stoliczne lokale. Osiedlenie się blisko cywilizacji, posiadanie nieliczonych sklepów na wyciągnięcie ręki, z pewnością miewało swoje plusy. Z drugiej strony – większość angielskich miast pustoszała, tak to przynajmniej wyglądało w moich oczach, odkąd ludzie zaczęli porzucać swe domostwa i uciekać przed zataczającym coraz szersze kręgi konfliktem. – Dla koni? Masz swojego? Czy dopiero myślisz o kupnie? – Wyraźnie ożywiłem się na tę myśl; zwierzęta zawsze były mi bliskie, a odkąd pomagałem Evelyn przy jej hodowli, z aetonanami miałem do czynienia, no, może nie codziennie, ale wciąż dość często. Gdyby Fancourt potrzebowała rady albo kontaktu do zaufanego hodowcy, mógłbym się na coś przydać. – Bo się zaraz zarumienię – mruknąłem w odpowiedzi na wzmiankę o wyjątkowym gościu. Nie oponowałem, gdy to czarownica zabrała się do napełniania przywołanych zaklęciem kieliszków; dla mnie nie miało to większego znaczenia, czy za butelkę łapał się facet, jak obyczaj nakazywał, czy spragniona kobieta. Przyjąłem swoją porcję wina z wdzięcznością wyrażoną lekkim skinięciem głowy; kącik ust skierowałem przy tym w górę, a wzrokiem odnalazłem oczy stojącej obok Claire. – To co, napijemy się za spotkanie? I za twoje zdrowie, gospodyni? – Uniosłem wyżej brwi, wciąż utrzymując ten sam lekki, zabarwiony żartobliwością ton głosu. Mówiłem jednak całkowicie poważnie. Brzmiało to jak dobry toast, wszak należało uczcić spotkanie po latach i zaoferowaną gościnę; Fancourt mogła posłać mnie do diabła, zignorować skreśloną przeze mnie wiadomość, a zamiast tego zaprosiła w swe progi. Poczekałem więc, aż moja towarzyszka zareaguje na tę propozycję, po czym wzniosłem kieliszek wyżej, a w końcu umoczyłem usta w Quintinie. Przyjemnie było napić się czegoś po podróży, a zwłaszcza czegoś, co mogło – w połączeniu z trzaskającym w kominku ogniem – pomóc się rozgrzać. Podążyłem za kobiecą dłonią wzrokiem, rozumiejąc ten gest w lot. Zacząłem rozważać, na którym siedzisku spocząć. W końcu zdecydowałem się na kanapę; opadłem na nią z ulgą i rozsiadłem niemalże tak, jak gdybym był u siebie, a nie w gościach. Plecak rzuciłem obok, nie było już w nim nic kruchego, na co powinienem uważać. – Czy daleką drogę? Ciągle mieszkam w Lancashire, ale wiesz, tu się teleportowałem, tu skorzystałem z miotły... Nie było tak źle. – Powiodłem za czarownicą wzrokiem, na poły by ustalić, gdzie postanowi usiąść, a na poły w celu dalszej analizy jej aparycji. Dopiero teraz zwróciłem większą uwagę na strój, który wybrała na tę okazję; zawsze miała długie nogi i smukłe łydki, to się akurat nie zmieniło. – Większość ludzi zwraca się do mnie drugim imieniem, Everett, ale ty nazywaj mnie jak ci wygodniej – wtrąciłem bez cienia przygany, w końcu skąd miałaby o tym wiedzieć, poza tym, nie miałem zamiaru naciskać, gdyby wolała tytułować mnie w dawny sposób. Próbowałem nie myśleć o czasach, w których uznałem, że taka zmiana wyjdzie mi na dobre; wspomnienia Norwegii niezmiennie wywoływały we mnie gorycz zawodu. – O tak, minęło już kilka ładnych lat, wróciłem tutaj na stałe chyba... tak, prawie sześć lat temu. Wychodzi na to, że wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej – zacząłem, po czym znów zamoczyłem usta w winie. Lancashire miało swój niezaprzeczalny urok, kochałem znajome lasy, a także potrzebowałem odnowić relację z zostawioną za sobą rodziną. Zwłaszcza w obliczu decyzji, którą podjąłem. – Prawda jest taka, że nie jestem już odpowiedzialny tylko i wyłącznie za siebie, ale także za mojego syna, Jarvisa. Chciałem stworzyć dla niego ostoję. – Wciąż próbowałem utrzymać lekki ton głosu, lecz udało mi się to jedynie połowicznie; przez moją twarz przemknął cień powagi, a między brwiami pojawiła się niewielka zmarszczka. Na szczęście trwało to ledwie mgnienie. – A co z tobą, Claire? Kiedy wyruszasz w kolejną podróż? Myślałem, że nie potrafisz usiedzieć dłużej w jednym miejscu i że zamierzasz zwiedzić cały świat... – odbiłem piłeczkę, zachęcając ją do wyspowiadania się ze swoich decyzji. O ile dobrze rozumiałem, to nadal zajmowała się tym samym, była klątwołamaczką dla Gringotta, a to z kolei oznaczało, że jeździła to tu, to tam, zależnie od tego, czego akurat wymagały interesy. Choć nie miałem problemu z przyznaniem się do zmian, które zaszły w moim życiu, to znacznie chętniej posłuchałbym teraz o tym, co działo się u niej przez te wszystkie lata. Potrzebowała spokoju? Wytchnienia? A może wszystko skomplikowało się z uwagi na konflikt?


nature always wins
Everett Sykes
Zawód : wagabunda
Wiek : 32
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Kawaler
You hate my bad behavior
You cut my loosened tongue

OPCM : 12
UROKI : 6
ALCHEMIA : 12 +4
UZDRAWIANIE : 0 +1
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 10
Genetyka : Czarodziej

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t9528-everett-sykes#289810 https://www.morsmordre.net/t9569-freya#291015 https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/f356-lancashire-forest-of-bowland-gawra https://www.morsmordre.net/t9570-skrytka-bankowa-nr-2189#291016 https://www.morsmordre.net/t9530-jareth-everett-sykes#289896
Re: Salon [odnośnik]06.12.22 14:44
Pokręciła głową ze śmiechem, trochę rozbawionym, a trochę wciąż nerwowym. Czy musiała przyznać, że obcowanie z kuchnią pozostawało dla niej czymś zupełnie obcym? Matka z pewnością uznałaby to za słabość, wszak każda szanująca się pani domu powinna być obyta z porządkami, jak i przyjmowaniem gości i zabawianiem ich swoim towarzystwem. W każdej z tych kwestii Fancourt radziła sobie przeciętnie, skutecznie odsuwając od siebie stale wizję siebie w roli gospodyni.
- To byłaby odpowiedź na wszystkie moje niepowodzenia. Trochę żałuję, że tak nie jest - odparła z połowicznym przekąsem i autoironią. Jeszcze tego by brakowało, aby w domu prócz przywoływanych przez Deimosa duchów zjawił się tu poltergeist. Nie zdawała sobie sprawy z tego, że Sykes analizuje każde jej słowo, wyłapując interesującego go informacje i nasuwając kolejne pytania. Niewiele miała wszak do ukrycia, a przynajmniej nie sądziła, że pytać będzie o to, co niewygodne.
- Przez dłuższy czas mieszkałam w Londynie. Zdążyłam przywyknąć do miasta, możliwości posiadania wszystkiego na wyciągnięcie ręki. Uciekłam stamtąd zeszłej wiosny. Potrzebowałam… odmiany. - Nieprzypadkowo użyła słowa ucieczka, choć niekoniecznie zamierzała spowiadać się ze wszystkiego, co w tamtych dniach przeżywała. Niewielu wiedziało o tym co zrobił jej były narzeczony i jak tragicznym okazał się być planem na życie. Jak bardzo zbrukał jej ciało oraz przyszłość, wypaczył umysł, zmusił do ciągłej ucieczki. Od tamtego dnia minęło już niemal półtora roku, a dopiero niedawno przestała oglądać się wciąż przez ramię i wstrzymywać oddech oraz sięgać po różdżkę przy każdym szmerze. - Odhaczyłam tam swoje, raczej więcej mi nie trzeba.
Nie zdziwił jej wcale swoim ożywieniem. Wydawał jej się mieć rękę do magicznych stworzeń, zainteresowanie nimi przejawiając już w czasach szkolnych. To oczywiste, że nie mógł ich porzucić, ukierunkowując swoją karierę na tworzenie talizmanów, nikt nie mógł żyć wyłącznie pracą - poza Claire.
- Przy moim rodzinnym domu była stajnia, ojcem zjeździliśmy wspólnie chyba całe Derbyshire - odparła z szerszym uśmiechem, w którym błąkała się nuta nostalgii. Z każdym kolejnym miesiącem uświadamiała sobie jak tęskniła za spędzaniem czasu na świeżym powietrzu, jak bardzo brakowało jej chwil, w których mogła oczyścić myśli. - W centrum Londynu nie było miejsca na trzymanie własnego wierzchowca, tu zaś nawet jeśli jest sporo miejsca, to gorzej z czasem, który mogłabym mu poświęcać. - Ściągnęła brwi, zatrzymując się w swoim wywodzie na moment. - Sądzisz, że to wymówki? Przed podjęciem decyzji? - zapytała nagle, tym samym zbijając siebie z tropu. W życiu nie posądzałaby się o taką szczerość, zwłaszcza w towarzystwie dawno niewidzianego czarodzieja.
Wniosła kieliszek w toaście, nie mając nic przeciwko temu, by inicjować rozlewanie alkoholu. Zresztą, czy nie tak czynić powinny dobre gospodynie? Matka mogłaby wtrącić tu swoje trzy knuty, przyszło jej na myśl, gdy przed oczami wyobraźni pojawiła się sylwetka pani Fancourt, wywodząca się z Multonów prawdziwa dama.
- Niech będzie za spotkanie. Na kolejne toasty będziemy mieć jeszcze dzisiaj czas. - Jeden kieliszek, drugi kieliszek, pierwsza butelka, kolejna butelka. Takich gości nie można było przyjmować w byle jaki sposób, wszak nie codziennie się ich miewa. Szczerze liczyła na to, że Jareth zostanie z nią tu na dłużej, niż na wymianę kilku zdań. Założyła jedną nogę na drugą, materiał spódnicy zamajaczył nad linią kolan, nim niespiesznie obciągnęła brzeg. Może i na co dzień nie przykładała wielkiej wagi do zasad dobrego wychowania, ale miała w sobie jeszcze jakąś przyzwoitość. - Everett? Skąd ta zmiana? - zainteresowała się od razu, przypominając iż rzeczywiście otrzymany od niego list był pokreślony. - Wolałabym, by mnie nikt nie nazywał drugim imieniem. Madalline brzmi jakoś… pompatycznie. - Skrzywiła się, gdy poświęciła krótką chwilę, by przypomnieć sobie imię, którym lubiła zwracać się do niej matka. Owiane niechęcią skojarzenie było nieprzypadkowe.
Czarownica zastukała opuszkiem palca o szklaną ściankę kryształowego kieliszka, tym razem nie ściągając brwi w zastanowieniu, słysząc wzmiankę o posiadanym synu. Kilka lat wcześniej obiło jej się o uszy istnienie dziecka Sykesa, lecz historia matka Jarvisa nie była jej znana. - Ah tak, przypomniałeś mi, że miałam ci to wytknąć i się obrazić za brak zaproszenia na ślub. - Przybrała ironiczny ton, bo ani nie zapomniała, ani też nie była obrażona. Zbyt krótko niepokój zagościł na twarzy Jaretha, by mogła go wychwycić, specyficzne wrażenie wywarł natomiast na niej dobór słów czarodzieja. ”Odpowiedzialność”, “ostoja” - czy tego chciała nauczyć ją matka, wysyłając Deimosa do Mulberry House?
- Chciałabym - skwitowała z gorzkim uśmiechem, upijając głębszy łyk wina. - Niestety sytuacja, jaką nam Ministerstwo i ci cholerni, pożal się Merlinie arystokraci zgotowali, zmusiła bank do zawieszenia ekspedycji. - Wolała nie przytaczać podczas dzisiejszego spotkania tematu wojny, lecz wnikał on na tak wiele aspektów życia, że nie sposób go zwyczajnie zignorować. - Po raz ostatni pakowałam walizki przed dwoma laty. Niewiele wtedy znaleźliśmy, katakumby na terenach Epiru, choć mające niewątpliwą wartość estetyczną, zostały ogołocone na krótko przed naszym przybyciem. Zostałam z poczuciem niedosytu, który staram się od dłuższego już czasu ugasić, tyle że każdy jeden wniosek zostaje odrzucony lub odroczony. - Wymownie wywróciła oczami i pokręciła głową z rozczarowaniem. Do kolejnych odmów zdążyła się już przyzwyczaić, do przesiadywania w ciasnych przestrzeniach z irytującymi goblinami i stosami papierkowej roboty. Możliwości narzekania na pracę nie odbierze jej nikt. - Rozważam rzucenie pracy i wyruszenie gdzieś na własną rękę. Jeśli dojdą cię słuchy o tajemniczym, zaginionym skarbie, wiesz gdzie mnie znaleźć. - Nie była do końca zdecydowana z ostatecznym zrezygnowaniem pracy. Nadal płacili jej niemałe pieniądze, a te warto było odkładać na czarną godzinę.
Claire Fancourt
Zawód : klątwołamaczka w banku Gringotta
Wiek : 31
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna
if it scares you it might be
a good thing to try
OPCM : 17 +4
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 6 +1
ZWINNOŚĆ : 11
SPRAWNOŚĆ : 11
Genetyka : Czarownica

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t10616-claire-fancourt https://www.morsmordre.net/t10763-atena#326881 https://www.morsmordre.net/t10764-claire#326882 https://www.morsmordre.net/f404-gloucestershire-cranham-the-mulberry-house https://www.morsmordre.net/t10762-skrytka-bankowa-nr-2336#326880 https://www.morsmordre.net/t10765-claire-fancourt#326891
Re: Salon [odnośnik]28.12.22 19:42
Ach, no proszę. Nie tyle w jakimś mieście, co w samej stolicy. Ale nie dziwię się, w Londynie można... albo można było?... znaleźć wszystko. Nie jestem pewien, jak wygląda to teraz, jestem tam sporadycznym gościem, ale centrum pewnie dalej ma się dobrze. – Od mojej ostatniej wizyty w Piórku Feniksa minęło już kilka ładnych miesięcy. Jakoś nie miałem okazji, ani głowy, do podziwiania kolejnego pokazu burleski. – A i do banku miałaś blisko, nie musiałaś przejmować się awariami sieci Fiuu albo teleportacją przed pierwszą kawą. – Trochę plotłem trzy po trzy, bo i nie miałem bladego pojęcia, jak często klątwołamacze musieli pojawiać się w progach Gringotta. Może tylko sporadycznie, by przedyskutować detale nowego zlecenia. Fakt jednak pozostawał faktem: mieszkanie we wspomnianym mieście miało swoje ewidentne plusy. Gwarantowało bliskość wszelkiej maści lokali, sprzedawców, bibliotek. Ja jednak pewnie zacząłbym się dusić po kilku tygodniach, jeśli nie ledwie dniach, i uciekł z powrotem do lasu. Co poradzić, że za sąsiadów wolałem mieć wiewiórki i nieśmiałki.
Poza tym, nie chciałem dopytywać Claire o tę ucieczkę. Słyszałem plotki o rozstaniu się z narzeczonym, najwidoczniej było w nich coś więcej niż jedynie ziarno prawdy – a przynajmniej tak przypuszczałem, skoro zostawiła za sobą wygody Londynu i osiadła tutaj, by zapewnić sobie odmianę. Doskonale wiedziałem, jak to jest mieć wspomnienia, do których za nic nie chciało się wracać, wspomnienia smakujące goryczą i wstydem. Z tego też powodu wolałem skupić się na kolejnym z poruszanych tematów. – Musiałem o tym zapomnieć! Albo nigdy się nie chwaliłaś. – Zareagowałem na wzmiankę o dzieciństwie spędzonym w siodle. Widziałem zabarwiony nostalgią uśmiech, nieco nieobecny, rozmarzony wzrok, i sam mimowolnie wzniosłem kąciki ust ku górze. Szczerze wierzyłem, że potrzebujemy tego, by zachować zdrowe zmysły: bliskiego kontaktu z naturą. – Tak, to wymówki – odparłem bez cienia zawahania, lecz niewątpliwie żartobliwie, nie próbując nawet ubrać tego przekazu w taktowniejsze słowa. Skoro pytała, to dlaczego miałem nie odpowiedzieć? – Domyślam się, że praca zajmuje większość twojego czasu, a jak nie praca, to inne okołodomowe obowiązki, ale sama pomyśl... Chciałaś odmiany. A tutaj masz doskonałe warunki, żeby ugościć zwierzęcego towarzysza. – Nie zamierzałem wiercić jej dziury w brzuchu, raczej po prostu zachęcić do ponownego rozważenia wszelkich za i przeciw. – Gdybyś już miała takiego końskiego przyjaciela, to nie mogłabyś mu się oprzeć. Spojrzałabyś w jego oczyska i przepadła. A później stanęła na uszach, byle tylko znaleźć dla niego czas – skwitowałem, podkreślając ten przekaz ruchem wystawionego przed siebie palca wskazującego. – Poza tym, gdybyś przypadkiem uznała, że to właściwa pora, mógłbym spróbować pomóc z tym tematem. Znam właścicielkę hodowli aetonanów i tak dalej. – Nie chciałem wdawać się w szczegóły, przynajmniej dopóki nie zostanę o nie zapytany, żeby nie przytłoczyć mojej uroczej gospodyni natłokiem zbędnych informacji. Niech przemyśli to na spokojnie, takie decyzje musiały być podejmowane z chłodną głową.
Niech i tak będzie. Za spotkanie! – zgodziłem się z Claire, kiedy już ujęliśmy kieliszki w dłonie. Na kolejne toasty przyjdzie jeszcze czas? No proszę, to chyba oznaczało, że nie zamierza się ze mną pożegnać po byle kwadransie. Do tej pory nie wiedziałem, czy zaproszenie na tę godzinę powinienem interpretować w jakiś konkretny sposób. Wyglądało jednak na to, że nie musiałem wypatrywać żadnych subtelnych gestów, które miałyby na celu nakłonienie mnie do szybszego opuszczenia domu. Zająłem miejsce na kanapie, bezwiednie obserwując ruch kobiecej spódnicy. Jak przyjemnie było rozprostować nogi, zanurzyć się w półmroku i wsłuchać w trzaskanie rozpalonego w kominku ognia. – Madalline faktycznie brzmi... No, nie pasuje do ciebie. Jest zbyt wymyślne. Zbyt twardo stąpasz po ziemi, by być ubraną w falbanki Madalline. – Parsknąłem cicho, rozbawiony zestawieniem tego dziwacznego imienia z postacią siedzącej na przeciwko Fancourt. Zawsze widziałem ją może jako nieco wycofaną, trzymającą się z boku, a przy tym konkretną i skupioną na osiąganiu celów, które przed sobą postawiła. – To zabrzmi głupio, ale kiedy wyjechałem do Norwegii... Sam nie wiem. Chyba uznałem, że muszę zacząć od nowa. Odciąć się od przeszłości. Przedstawiałem się jako Everett i tak już zostało. – Wzruszyłem ramionami, przelotnie uciekając wzrokiem w stronę ciemnego, odbijającego wnętrze salonu okna. To nie miało większego znaczenia. Nie tak naprawdę. Imię stanowiło jedynie etykietkę, do każdego dałoby się przyzwyczaić, prędzej lub później. No, może oprócz Madalline.
Zdawało mi się, że spojrzenie Claire przybrało na wadze. Że bada mnie, próbuje przejrzeć na wskroś, albo duma nad tym, co właśnie powiedziałem. Chociaż równie dobrze to mogła być iluzja powodowana grą świateł i cieni. – Och, wybacz, moja droga, ale muszę wyprowadzić cię z błędu. Żadnego ślubu nie było, nie ominęła cię żadna popijawa, toteż nie ma powodu do urazy. – Jej ton był na tyle zabarwiony ironią, że nie wziąłem wypowiedzianych słów na poważnie, czułem się jednak w obowiązku, by odnieść się do zawartego w nich przekazu w ten czy inny sposób. Nie miałem problemu z przyznaniem się do tego faktu – że miałem dziecko, za to żony już nie. Czasem tylko zastanawiałem się, czy gdyby tamta relacja nie potrwała dłużej, czy gdybym nie dowiedział się o czarnomagicznych zakusach dawnej ukochanej, nie skończylibyśmy jako państwo Sykes. Ale pewnie nie. Żadne z nas nie przejmowało się formalnościami.
Skrzywiłem się w reakcji na wieści dotyczące ostatniej ekspedycji Fancourt i tego, że nie miała pojęcia, kiedy nadarzy się okazja do kolejnego ruszenia w teren. – To musi być naprawdę frustrujące. Ale w sumie obecna sytuacja polityczna, społeczna... komplikuje wszystko. Niestety. Co w takim razie robisz, jeśli ekspedycje odpadają? Przesiadujesz w banku? Przekładasz papiery z jednej kupki na drugą? – Uniosłem wyżej brew. Nie wątpiłem, że i na Wyspach była masa pracy z klątwami, z drugiej strony – bezpieczniej już pewnie było w wiekowych ruinach drugiego końca świata niż tutaj. – O! W sumie, dlaczego nie. Wtedy nie musiałabyś się przejmować wnioskami, odroczeniami... Tylko kwestia finansowania takiej wyprawy wyglądałaby, cóż, inaczej. Ale gdybyś się na to zdecydowała... Wiesz już, gdzie chciałabyś pojechać? Myślałaś o czymś konkretnym? Czy czekasz na jakieś przecieki na temat tajemniczego skarbu? – Wsparłem się na podłokietniku, po czym ulokowałem brodę na dłoni, poświęcając temu tematowi pełnię uwagi. No, przynajmniej do czasu, aż nie doznałem olśnienia. Powinienem mieć w plecaku coś jeszcze, coś oprócz butelki wina, którą już napoczęliśmy. Po chwili już grzebałem we wszystkich kieszeniach, będąc niemalże pewien, że skręty z diablego ziela przybyły do Mulberry House wraz ze mną. – Aha – obwieściłem radośnie po minucie intensywnych poszukiwań, ujmując między palce nieco wygniecioną bibułkę z nie do końca legalną zawartością. – Zapalisz ze mną? – zaproponowałem takim tonem, jakbym prosił ją do tańca na szkolnej potańcówce.


nature always wins
Everett Sykes
Zawód : wagabunda
Wiek : 32
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Kawaler
You hate my bad behavior
You cut my loosened tongue

OPCM : 12
UROKI : 6
ALCHEMIA : 12 +4
UZDRAWIANIE : 0 +1
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 10
Genetyka : Czarodziej

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t9528-everett-sykes#289810 https://www.morsmordre.net/t9569-freya#291015 https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/f356-lancashire-forest-of-bowland-gawra https://www.morsmordre.net/t9570-skrytka-bankowa-nr-2189#291016 https://www.morsmordre.net/t9530-jareth-everett-sykes#289896
Re: Salon [odnośnik]06.01.23 13:39
- To prawda, łatwo skomunikowane miejsca były tu niewątpliwym plusem. Muszę jednak przyznać, że jeśli chodzi o spacery, preferuję leśne ścieżki od zadymionych ulic. - Teraz było ich wprawdzie znacznie mniej, tego nagromadzonego zadymienia, od kiedy Londyn wyparł ze swych ramion mugolskie pojazdy, które warkotem i nieznośnym smrodem potrafiły nie raz dać się we znaki. Gdyby miała ponownie okazję, by wrócić do Londynu, na przyjemniejszych, pozbawionych zagrożenia warunkach, wolałaby nie wciskać się do samego serca stolicy. Dopiero po zadomowieniu się w Cranham - jeśli tak można nazwać przeniesienie swojego dorobku i miejsca do spania - doszła do wniosku, że tu czuje się znacznie lepiej.
Była mu wdzięczna za porzucenie tematu Londynu. Ostatnie, czego dziś potrzebowała, to ponowne przedzieranie się przez bolesne wspomnienia, jakie mimo ciągłego powtarzania sobie, iż zdążyła zamknąć za sobą tamten nieprzyjemny etap, nadal ją prześladowały. Dostrzegalne na twarzy Sykesa ożywienie potwierdziło przypuszczenie, że miał on nadal styczność ze stworzeniami, do których od zawsze przejawiał słabość.
- Rzeczywiście, mogłam o tym nie wspominać - przyznała, nie potrafiąc sięgnąć wspomnieniami do szkolnych lat, by wyłuskać z nich interesującą ją myśl. - Mogłeś być też zbyt zajęty otaczającym cię wianuszkiem pięknych panien, przesłaniających resztę świata. - W tonie głosu Claire wybrzmiała pewna uszczypliwość. Nie miał to być jednak złośliwy przytyk, w końcu każde z nich spędzało wolny czas w ulubiony przez siebie sposób. - Na początku roku korespondowałam z niejaką Elevyn Despenser, także właścicielką hodowli, może mówimy o tej samej? - podsunęła, zaskakująco szybko przypominając sobie nazwisko czarownicy. - Do spotkania jednak nigdy nie doszło, porwał mnie wir pracy i jakoś tak… Kontakt się urwał. - Machnęła niedbale ręką, za brak finalizacji biorąc winę na siebie. Może tym razem, mając pod ręką doświadczonego z końmi czarodzieja, uda się wreszcie wprowadzić ten plan w życie. - Byłoby miło, mieć z kim spędzać wolny czas - wyrwało jej się gdzieś mimochodem. Dopiero kiedy usłyszała własny głos zrozumiała, jak samotnie i ponuro może brzmieć to w jej ustach, a ostatnie, czego pragnęła, to wzbudzać w kimkolwiek współczucie. - Zresztą konie to stworzenia stadne, sam jeden mógłby się czuć osamotniony. Nie sądzę, by z bankowej wypłaty udało mi się zakupić, a co dopiero utrzymać całą gromadę. - Praca w stajni wymagała czasu, który mogłaby spróbować wyłuskać, poświęcając obowiązki związane z klątwami. Musiałaby przeorganizować wypracowany na każdy dzień plan, nadać nowe wartości swoim celom, zastanowić się czy aby na pewno chce zmienić kierunek swojego życia.
Interesujące towarzystwo było tym, czego Fancourt brakowało w długie wieczory. Może i zdążyła przywyknąć do ciszy i spokoju, do trzymania się na uboczu, z dala od tłocznych pubów, do których jej rówieśnicy zdawali się wręcz lgnąć z utęsknieniem, ale musiała przyznać, że nadmierne przbywanie wyłącznie we własnym (bądź goblińskim) towarzystwie, potrafiło namieszać w głowie.
- Gdybyś poznał moją matkę, zrozumiałbyś, jak bardzo zdruzgotałam jej marzenia co do posiadania przynoszącej dumę córki. - Uśmiechnęła się kwaśno, także nie widząc siebie w uroczych koronkach. - Rozumiem potrzebę zmiany. Everett nawet do ciebie pasuje. - Nie znaczyło to jednak, że od tej pory zacznie się do niego tym imieniem zwracać. Przyzwyczajenie robiło swoje, lecz jeśli miało to przywoływać mu niechciane wspomnienia, nie chciała sprawiać mu przykrości.
Rozwiane wątpliwości dziwnym sposobem odciążyły serce. Skąd ta nagła ulga, możliwość odetchnięcia pełniejszą piersią? Z Jarethem nie łączyła jej przecież żadna bliższa zażyłość, nie miała jak rościć sobie praw do wprowadzania siebie do cudzego życia, a mimo to ucieszyła się z otrzymanych rewelacji. Odpowiedziała mu cieniem uśmiechu. - Wobec tego jest ci wybaczone.
Ponownie uzupełnione kieliszki nie miały chwili na ogrzanie zawartego weń alkoholu ciepłem powietrza. Znajoma słodycz znów przyjemnie drapała przełyk.
- Żebyś wiedział, przekładanie papierów z jednej strony biurka na drugą, to ostatnio moje ulubione zadanie. - Ironia była w niej silna, potrafiła pokusić się o dystans, zwłaszcza jeśli obfitował w czarny humor. - Głównie przesiaduję w magazynie, kataloguję jego zawartość. Marzy mi się za to powrót do Egiptu, gdzie byłam tylko raz, jeszcze w czasach stażu. Może się wydawać, że tamtejsze tereny zostały przekopane wzdłuż i wszerz, ale sądzę, że wciąż wiele przed nami. - Rozmarzyła się na samą myśl o ciepłych krajach, gdzie słońce przyjemnie kładzie się na skórę, a przesypywany między palcami piasek jest złocisty, pozbawiony chłodu angielskich plaż. - A ty? Czym zajmujesz się w Lancashire, poza poszukiwaniem nowych nabywców aetonanów? - zapytała w nawiązaniu do hodowli koni, kiedy grzebał gorączkowo w kieszeniach w poszukiwaniu czegoś niezwykle cennego. Claire ściągnęła brwi, a w myślach pojawiło się przypuszczenie, że zaraz Sykes stwierdzi, że o czymś zapomniał i czym prędzej musi wrócić do siebie. Czy naprawdę była tak okropnym towarzystwem, by uciekać z jej domu? Czy to przez beznadziejne przekąski?
- Z tobą? Zawsze - zaśmiała się na widok skręta - a więc nie chodziło o wymówkę. Głowę mogła mieć twardą, odporną na przelewany przez lata alkohol, ale wystarczyła nawet mała dawka diable ziela, by pozwolić trzeźwości Fancourt odejść w zapomnienie. Podniosła się więc z fotela i zgarnąwszy z kominka ciężką popielnicę przeniosła na kanapę obok Sykesa. Nieomal zakrztusiła się przy pierwszym dymku, nieprzyzwyczajona ani do tytoniu, ani tym bardziej do narkotyku. Ogarniający ich przyjemnie gryzący zapach zaczął z wolna wnikać w materiał ubrań.
- W międzyczasie zajmuję się też prywatnymi zleceniami - zaczęła ostrożnie, nie będąc pewną czy powinna o tym w ogóle wspominać. Mogła zatrzymać ten fakt dla siebie, pominąć jakże drobny szczegół, wszak nie było mu to do szczęścia w żaden sposób potrzebne. - Prócz badania artefaktów i zdejmowania zabezpieczeń, zdarza mi się też je nakładać. Wielu jest tych, których łapie zachcianka na zaklęty przedmiot, ale kiedy płacą, nie pytam o powody. - Czy takie rozwiązanie mieściło się w moralności byłego Puchona? Czy oburzy się, słysząc że przyszło mu spędzać dziś czas w domu czarownicy parającej się czarną magią? W dzisiejszych czasach niemal każdy obierał zdecydowane stanowisko w trwającym w kraju konflikcie, wymagając by inni także opowiadali się po jednej ze stron. Dla Fancourt istniała tylko jedna sensowna opcja, wyrażana w liczbach na bankowym koncie.
Claire Fancourt
Zawód : klątwołamaczka w banku Gringotta
Wiek : 31
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna
if it scares you it might be
a good thing to try
OPCM : 17 +4
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 6 +1
ZWINNOŚĆ : 11
SPRAWNOŚĆ : 11
Genetyka : Czarownica

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t10616-claire-fancourt https://www.morsmordre.net/t10763-atena#326881 https://www.morsmordre.net/t10764-claire#326882 https://www.morsmordre.net/f404-gloucestershire-cranham-the-mulberry-house https://www.morsmordre.net/t10762-skrytka-bankowa-nr-2336#326880 https://www.morsmordre.net/t10765-claire-fancourt#326891
Re: Salon [odnośnik]25.01.23 14:54
Porzuciłem temat Londynu, bo i ten kolejny, dotyczący zwierzęcego kompana, wydał mi się znacznie ciekawszy, a przy tym mniej ryzykowny. Nawet nie próbowałem ukryć ożywienia, które objawiło się w mej mimice, gestykulacji, zaintrygowanym spojrzeniu; już za szczeniaka reagowałem w ten sam sposób, gdy rozmowa zbaczała na podobne tory. Lecz czy kiedykolwiek dyskutowałem o wierzchowcach akurat z Claire? Nie, chyba nie. Sam już nie wiedziałem. Wspomnienia mieszały się, jedne zasnute mgłą zapomnienia, pozbawione ostrości, inne z kolei przejaskrawione aż do granic. Pamiętam, że swego czasu próbowałem zrobić na niej wrażenie, prowadziłem cierpliwą grę w podchody, co nawet przyniosło pewien efekt, lecz nie sposób było zignorować ukradkowe spojrzenia, które posyłała tamtemu ślizgonowi... Jak mu było? Macnair?
Nim jednak zdołałbym przypomnieć sobie cokolwiek więcej, zabrnąć zbyt głęboko w zostawionej daleko za sobą przeszłości, urocza towarzyszka postanowiła dać mi niedosłownego prztyczka w nos – jednak bez jadu, a raczej z niegroźną dawką przekory. – Proszę cię, gdybyś opowiadała akurat o dzieciństwie spędzonym w siodle, zapomniałbym o istnieniu wszystkich innych panien – odparłem żarliwie, z udawanym oburzeniem; efekt ten psuł uśmiech, który wciąż błądził po moich ustach. Czy naprawdę tak to pamiętała? Że otaczałem się wianuszkiem dziewczyn? A co gorsza, że nie słuchałem, co do mnie mówiła? Punkt widzenia musiał zależeć od punktu siedzenia. Byłem zdolny do spojrzenia na tamte lata z dystansem, przyznania się do popełnionych błędów, a przynajmniej części z nich, mimo to coś mnie w tej wizji rzeczywistości uwierało. – Evelyn? – Uniosłem brwi w niekłamanym wyrazie zdziwienia, gdy wspomniała personalia mojej przyjaciółki. No tego się nie spodziewałem. Świat był niby taki duży, a jak przychodziło co do czego, to wszyscy prędzej czy później na siebie wpadali. Nie wiedzieć czemu, pojawiająca się w naszej rozmowie Despenser w jakimś stopniu przywołała mnie do porządku. – Kto by pomyślał. Tak, to ją miałem na myśli. Znamy się jeszcze z Hufflepuffu, a od kilku lat pomagam jej z hodowlą. Dlatego gdybyś znalazła jakiś wolny termin w swoim napiętym grafiku – tym razem to ja mogłem pozwolić sobie na lekką zaczepkę, stop pracoholizmowi, Fancourt – i chciała rozeznać się w sytuacji, popytać o szczegóły, to mógłbym pomóc z ustawieniem spotkania. – Niewątpliwie, miło byłoby mieć z kim spędzać wolne chwile, oczywiście jak już udawało się jakieś wygospodarować; czy Claire czuła się samotna? Od dawien dawna wierzyłem, że każdy powinien obcować z naturą, z naszymi zwierzęcymi towarzyszami, tak dla załagodzenia stresu powodowanego wyścigiem szczurów oraz miejskim gwarem, a także podtrzymania więzi z dziedzictwem przodków. – Wiesz, nawet gdybyś uznała, że nie jesteś w stanie zapewnić koniowi odpowiedniej opieki... Co powiesz na kota? Taki futrzak powinien poradzić sobie z twoim pojawianiem się i znikaniem. No, chociaż dzięki psidwakowi miałabyś dodatkową motywację do odbywania spacerów... – Pozwalałem sobie jedynie na luźne sugestie, nic więcej. Najgorszym co można było zrobić, to wmusić komuś takie stworzenie; wszak nie każdy miał dość czasu, cierpliwości, siły, by opiekować się drugą istotą. Sowy pod wieloma względami były samowystarczalne.
Choć przekroczyłem próg domostwa ledwie chwilę temu, to musiałem przyznać, że prędko i bez większego trudu odnalazłem się w towarzystwie Claire. Na pewno pomagał w tym fakt, że miała w sobie coś swojskiego, i nie miałem tu na myśli jedynie wykonywanego zawodu. Łączyła nas, hm, nazwijmy to swoboda w podejściu do wydumanych wymogów społeczeństwa. Na próżno było szukać na jej dłoni pierścionka, nie założyła rodziny i nie szukała spełnienia w roli matki, zamiast tego marzyła o kolejnych wyprawach w nieznane, ryzykownych ekspedycjach, stale goniąc za swoimi pasjami. Jak wiele osób posyłało jej z tego powodu krytyczne spojrzenia? I co na to pani matka, zwolenniczka imienia Madalline? Po chwili miałem już swoją odpowiedź podaną na tacy. – Brzmi jak urocza osóbka, prawie żałuję, że jej nie znam – zauważyłem z wyraźną ironią; obce były mi podobne sytuacje, nikt nigdy nie próbował narzucić mi, jak powinienem kształtować swą przyszłość, nie stawiał przede mną idiotycznych warunków. – Mam nadzieję, że nie bierzesz tego do siebie – dodałem nieco poważniej, gdzieś pomiędzy stwierdzeniem a pytaniem. Jak bardzo ją to uwierało? Nie każdy był tak gruboskórny jak ja czy Jade, a przelotny grymas, który wykrzywił twarz Claire, sugerował istnienie wciąż żywych emocji.
Skinąłem lekko, z wdzięcznością, głową, gdy usłyszałem, że drugie imię do mnie pasuje. Znaczy, nawet pasuje. Nie chciałem jednak kontynuować tematu, przynajmniej nie sam z siebie; wracanie pamięcią do tamtych dni na obczyźnie ścierało mi z ust uśmiech, a przecież wolałbym spędzić ten wieczór w przyjemnej, może nawet leniwej atmosferze. Wzniosłem wolną dłoń do piersi w reakcji na kolejne słowa Fancourt; skoro zostało mi wybaczone, chciałem wyrazić w ten sposób ulgę. Niby nie powinno to robić żadnej różnicy, czy byłem szczęśliwym mężem, czy raczej pogodzonym ze swym losem wdowcem, ale może i dobrze, że tak szybko zyskałem okazję, by rozwiać ewentualne wątpliwości. Przymknąłem oczy, kiedy kolejny łyk alkoholu rozlał się po ciele falą przyjemnego ciepła, idącego z nim w parze spokoju. Zaraz jednak wróciłem spojrzeniem do siedzącej na przeciwko rozmówczyni, nie chciałem przecież, by uznała, że nie interesuje mnie to, co ma mi do powiedzenia. – Słodka Helgo – sapnąłem cicho, gdy opisała mi swoją codzienność. Nie ma to jak porządkowanie papierzysk czy spędzanie całych dni w magazynie, w otoczeniu zakurzonych bibelotów czy jakże sympatycznych goblinów. Na pewno nie o tym śniła, gdy decydowała się na podjęcie takiej a nie innej ścieżki kariery, postawiła wszystko na jedną kartę, zaryzykowała. – Powrót do Egiptu brzmi zdecydowanie lepiej. Żaden ze mnie ekspert, nie wiem, jak trudno byłoby znaleźć tam nowego, coś, czego jeszcze nikt nigdy nie zbadał, ale z pewnością lepiej czułabyś się tam, w terenie, niż za biurkiem. – Tak przynajmniej podejrzewałem, a rozmarzenie, które zdawało się pojawić na dnie jej tęczówek, tylko potwierdzało tę hipotezę. Nim zdołałbym ją poprosić, by opowiedziała mi coś więcej na temat stażu, swojej pierwszej wyprawy w tamte dużo cieplejsze rejony, odbiła piłeczkę. – W sumie to ich nie szukam. Evelyn zajmuje się takimi sprawami. Ale gdybyś potrzebowała specjalisty od naprawiania płotów albo karmienia zwierząt niemalże bladym świtem, to to właśnie ja. – Zacząłem przetrząsać kieszenie w poszukiwaniu zaginionego skarbu. Skarbu, który – o ile pamięć nie płatała mi figla – musiałem mieć ze sobą. Tak rzadko trafiały się preteksty do swobodnego zanurzenia w oparach diablego ziela, teraz zaś, gdy przebywałem w przyjemnym kobiecym towarzystwie, okazała wydawała się wprost idealna. – Głównie jednak zajmuję się wytwórstwem talizmanów, przyjmuję prywatne zlecenia, mam na poddaszu niewielką pracownię... Wychodzi na to, że Sykesowie miłość do run mają we krwi, tylko każde z nas zajmuje się nimi na swój sposób – mruknąłem pod nosem, pewnie kojarzyła Jade, a jak nie Jade, to innych członków naszej rodziny, którzy obracali się w podobnym kręgach. Niewiele później odnalazłem skręta i wzniosłem go w górę z nieskrywaną dumą. – Zawsze? No proszę, zapamiętam to sobie – chwyciłem się tego słówka, zadowolony z efektu, który udało mi się wywołać, ze śmiechu, który wyrwał się spomiędzy jej ust. Śledziłem wzrokiem wędrówkę z fotela na kanapę, podskórnie rad z faktu, że znalazła się bliżej, tuż obok, i że przystała na moją propozycję. Odetchnąłem głębiej, próbując ustalić, czym pachniała, jednocześnie pozwalając Claire, by wzięła pierwszy haust ziołowego specyfiku. – Tylko ostrożnie, nie chciałbym, żebyś się zadławiła – skomentowałem jej pierwszą reakcję na spotkanie z ostrym, charakterystycznym dymem skręta; w ostatniej chwili powstrzymałem się przed poklepaniem czarownicy po plecach, to mogłoby tylko zaszkodzić. Ostrożnym ruchem, delikatnie muskając przy tym skórę jej dłoni, odebrałem od niej nieco wygniecionego skręta i ulokowałem go sobie między wargami. Zaciągnąłem się z niejaką wprawą, czasem popalałem nie tylko ziele, ale i papierosy, choć z oczywistych względów tytoń był teraz towarem deficytowym. Skinąłem krótko głową, gdy wspomniała o prywatnych zleceniach; co się dziwić, jakoś trzeba było zarobić na życie, a przy okazji robić coś, by nie umrzeć z nudów między jednym regałem archiwów a drugim. Wtedy jednak rozwinęła tę myśl, a całe to rozluźnienie, całą tę błogość, które sprowadziło do mnie połączenie wina z narkotykiem, a może też i bliska obecność Claire, szlag jasny trafił. Zdarza jej się również nakładać klątwy? Nie tyle je zdejmować, co nakładać? Zamarłem, wwiercając w jej ładną, charakterystyczną twarz spojrzenie pustych, nieruchomych oczu. Nie miałem nawet siły przełknąć śliny. Słowa te huczały mi w uszach, odbijały się echem po czaszce, a obrazy, które do mnie wróciły, wyniszczonej chorobą, czarnomagicznym plugastwem kobiety – tej, którą niegdyś kochałem – sprawiły, że poczułem się, jak gdyby ktoś uderzył mnie w żołądek. Dlaczego to robiły? Dlaczego same sprowadzały na siebie zgubę? Uwodziła je potęga? Obietnica poznania tego, co zakazane? Nie pytała o powody; było to wygodne. Ja też tak postępowałem Wytwarzałem amulety dla każdego, kto był w stanie zapłacić, choć starałem się unikać tych, które mogłyby działać na korzyść czarnoksiężników. Lecz nawet gdybym podjął się takiego zlecenia, nie wymagałoby to ode mnie znajomości tego wstrętnego odłamu magii.
Dlaczego, Claire? Dlaczego to robisz? – odezwałem się w końcu przez ściśnięte gardło, sucho, z trudem utrzymując na wodzy emocje, które rozbudziły się wraz z tym wyznaniem. Złość. Lęk. Dwie strony tej samej monety. Czy mogłem cokolwiek zrobić, by zapobiec kolejnej tragedii? – Rozumiem, pieniądze nie śmierdzą, nie trzeba mi tego tłumaczyć. Ale po jaką cholerę ryzykujesz? Po co igrasz z czarną magią? Nie boisz się sinicy? Nie boisz się, że to plugastwo zwróci się przeciwko tobie? Odbierze zdrowie, a w końcu życie? Ż y c i e. – Już nie siedziałem na kanapie. Nawet nie zauważyłem, kiedy zerwałem się na równe nogi, nagle i gwałtownie; musiałem wstać, musiałem to rozchodzić, musiałem pozbyć się choć odrobiny krążącego w krwiobiegu wzburzenia. Bo, do kurwy nędzy, znaleziony w Norwegii trup przybrał nagle jej twarz, twarz Fancourt, a ja znów przeżywałem tamten dramat. – Jesteś na to zbyt mądra, wiesz o tym – warknąłem ostro, z pewnością zbyt ostro jak na kogoś, kto był jej niemalże obcy, po czym sięgnąłem po stojącą na stole butelkę. Dotknięty do żywego, rozedrgany, gniewny.
Musiałem się napić.


nature always wins
Everett Sykes
Zawód : wagabunda
Wiek : 32
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Kawaler
You hate my bad behavior
You cut my loosened tongue

OPCM : 12
UROKI : 6
ALCHEMIA : 12 +4
UZDRAWIANIE : 0 +1
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 10
Genetyka : Czarodziej

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t9528-everett-sykes#289810 https://www.morsmordre.net/t9569-freya#291015 https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/f356-lancashire-forest-of-bowland-gawra https://www.morsmordre.net/t9570-skrytka-bankowa-nr-2189#291016 https://www.morsmordre.net/t9530-jareth-everett-sykes#289896

Strona 2 z 2 Previous  1, 2

Salon
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach