Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia


Ekipa forum
Login:

Hasło:

Gruzja, Tbilisi (01.10.1956)
AutorWiadomość
Gruzja, Tbilisi (01.10.1956) [odnośnik]06.05.22 22:57
Gruzja, Tbilisi
01.10.1956




The eye sees only what the mind is prepared to comprehend
Drew Macnair
Zawód : Poszukiwacz i przemytnik artefaktów, fascynat nakładania klątw , właściciel Karczmy "Pod Mantykorą"
Wiek : 31
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Kawaler
Dan­ger is a beauti­ful thing when it is pur­po­seful­ly sou­ght out.
OPCM : 40
UROKI : 9
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 51
ZWINNOŚĆ : 4
SPRAWNOŚĆ : 15
Genetyka : Metamorfomag

Śmierciożercy
Śmierciożercy
https://www.morsmordre.net/t6211-drew-macnair https://www.morsmordre.net/t4416-avari https://www.morsmordre.net/t4381-to-nie-jest-pokoj-zyczen https://www.morsmordre.net/f277-smiertelny-nokturn-13-18 https://www.morsmordre.net/t4418-skrytka-bankowa-nr-1139 https://www.morsmordre.net/t4417-drew-macnair
Re: Gruzja, Tbilisi (01.10.1956) [odnośnik]06.05.22 22:57
Obudziły mnie promienie wschodzącego słońca, które przebijały się przez materiał namiotu i powoli zaczynały wypełniać całą jego przestrzeń. Delikatnie wysunąłem ramię spod głowy Lucindy i nim zsunąłem się z łóżka pozwoliłem sobie jeszcze przez chwilę przyjrzeć się twarzy śpiącej dziewczyny. Kąciki mych ust drgnęły, kiedy zrozumiałem, że śniło jej się coś miłego i sugerował to nie tylko lekki uśmiech, ale także ciche mamrotanie pod nosem. Wcześniej nie miałem zbyt dużo okazji, aby przekonać się, iż mówiła przez sen – choć niezrozumiale i prawdopodobnie w tylko sobie znanym języku, to i tak wyglądało to zabawnie, czego nie omieszkałem w przyszłości wykorzystać. Przykrywszy ją szczelniej kocem dźwignąłem się na równe nogi, po czym ruszyłem w kierunku stolika, na którym mieliśmy rozłożone notatki zawierające informacje odnośnie całej wyprawy oraz wczorajszych obserwacji. Planowałem ponownie pobieżnie je przejrzeć, gdyż wyruszyć mieliśmy dopiero przed południem. Nie mieliśmy pewności, co do dokładnej godziny rozpoczęcia pracy przez przodka rodu Romanowów, dlatego wspólnie uznaliśmy, iż lepiej mieć czas na ucieczkę, gdy zorientujemy się, że wrócił, niżeli natknąć się na niego nim w ogóle opuści swój dworek.
-Księżniczko czas wstawać- rzuciłem podniesionym tonem spoglądając w kierunku łóżka. Dochodziła dziesiąta, byłem już właściwie gotów do wyjścia; po kawie, kilku kęsach suszonego mięsa, ze skórzaną torbą wypełnioną eliksirami, suchym prowiantem na wypadek niespodziewanych okoliczności, notatkami, których nie zamierzałem tutaj pozostawiać oraz bazami pod klątwy. Te ostatnie zawsze miałem przy sobie, czułem się wtem pewniej i o dziwo bezpieczniej, albowiem wolałem dmuchać na zimne. Nie mogliśmy zakładać, że wszystko pójdzie zgodnie z planem, dlatego uznałem za słuszne wzięcie ze sobą choć kilku fiolek. Na ramiona narzuciłem niezmiennie czarny płaszcz, który miał zakryć nieco wygniecioną koszulę. -Już się nie dziwię, dlaczego wszystko zabierają Ci sprzed nosa- westchnąłem głośno, co rzecz jasna było celowe i uzupełniłem kubek kawą. -Nim się wyśpisz zdążą wrócić do rodzinnego domu- zaśmiałem się pod nosem zerkając w kierunku zaspanych oczu dziewczyny. -No już, raz, dwa- chwyciłem naczynie, które zaniosłem wprost do wyciągniętej dłoni. -Mamy dzisiaj dużo rzeczy do zrobienia. Wczoraj błyszczałaś kreatywnością, a zatem liczę na inwencję i skuteczność- dodałem z szelmowskim uśmiechem. Naprawdę potrafiła wyciągać wnioski, wysuwać dobrze uargumentowane hipotezy i postawić na swoim, nawet w chwili, gdy nie była pewna własnych racji. Świadczyło to o niebywałej intuicji, a właśnie takowa pozwalała podobnym nam osiągnąć sukces, tak samo jak pewność siebie.

~~~

Nie sądziłem, że dwór Dmitrija będzie równie pokaźnych rozmiarów. Przyglądając mu się ze zbocza wzgórza próbowałem ocenić jak wiele czasu będziemy potrzebować, aby przeszukać nie tyle co całość posiadłości, ale chociaż jej strategiczne punkty. Analizowałem nowa trudności w postaci służby wszak z pewnością wielu ludzi dbało o przybytek i zapewniało swego panu komfort życia codziennego. Nie chciało mi się wierzyć, że radził sobie ze wszystkim sam – był na to zbyt majętny, co sugerowały chociażby liczne rzeźby usłane wzdłuż drogi prowadzącej do głównych, dwuskrzydłowych drzwi. -Tego się nie spodziewałem- mruknąłem pod nosem, po czym przeniosłem spojrzenie na dziewczynę. Musieliśmy znaleźć sposób na dostanie się do środka, umiejętnie przemknąć przez ogrody i przekroczyć progi jakimś osamotnionym wejściem.
-Myślisz, że eliksir to dobry pomysł? Na pewno wszyscy się tu znają- powątpiewałem w słuszność obranej strategii, jednakże każda inna wydawała się równie trudna do zrealizowania. -Mówiłem, żeby po prostu go przycisnąć- dodałem bardziej do siebie, po czym upiłem łyk z piersiówki chcąc odrzucić od siebie pesymistyczne wizje.




The eye sees only what the mind is prepared to comprehend
Drew Macnair
Zawód : Poszukiwacz i przemytnik artefaktów, fascynat nakładania klątw , właściciel Karczmy "Pod Mantykorą"
Wiek : 31
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Kawaler
Dan­ger is a beauti­ful thing when it is pur­po­seful­ly sou­ght out.
OPCM : 40
UROKI : 9
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 51
ZWINNOŚĆ : 4
SPRAWNOŚĆ : 15
Genetyka : Metamorfomag

Śmierciożercy
Śmierciożercy
https://www.morsmordre.net/t6211-drew-macnair https://www.morsmordre.net/t4416-avari https://www.morsmordre.net/t4381-to-nie-jest-pokoj-zyczen https://www.morsmordre.net/f277-smiertelny-nokturn-13-18 https://www.morsmordre.net/t4418-skrytka-bankowa-nr-1139 https://www.morsmordre.net/t4417-drew-macnair
Re: Gruzja, Tbilisi (01.10.1956) [odnośnik]07.05.22 21:04
Wbrew ich wcześniejszym przekomarzaniom nikt tej nocy nie spał pod gołym niebem. Łóżko okazało się być wystarczające duże by spokojnie pomieścić ich oboje, a nawet gdyby okazało się inaczej, to i tak skończyliby w podobnej pozycji. Przestała się łudzić, że bariery, które tworzyli na początku ich znajomości teraz miały jakiekolwiek znaczenie . Blondynka nie była przyzwyczajona do tego by dzielić z kimś łóżko, do wszechobecnych łokci, głośnego oddechu tuż przy jej uchu i skrzypnięcia łóżka pod ciężarem większym niż jej własny. Sen jednak przyszedł zaskakująco szybko i przyniósł jej wiele snów, nad którymi nie miała zamiaru się zastanawiać. Pamiętała jedynie uczucie wolności, które jej w nich towarzyszyło, a obraz, który zapadł jej szczególnie w głowę to sowy, obecne na każdym jej kroku. Puszczyk był w końcu jej Patronusem, a samo zwierzę miało dla niej szczególne znaczenie.
Lucinda nie poruszyła się gdy Drew postanowił podnieść się z łóżka. Zbyt pogrążona we śnie nawet nie słyszała jak zbiera rozrzucone po stole notatki. Wbrew temu co sobie pomyślał, blondynka była dość wyczulona na wszystkie dźwięki i nie wiedzieć czemu dzisiejszego ranka wszystko odbijało się od niej jak od tarczy. Dopiero podniesiony głos mężczyzny dotarł do odmętów jej świadomości przypominając, że rzeczywistość wciąż istnieje, a ona ma coś w niej do zrobienia. Zbyła go jednak machnięciem dłoni i przykryła się bardziej kocem. Powoli wracała do siebie, odzyskiwała pion, ale dopiero kolejne słowa mężczyzny całkowicie ją obudziły. Czarownica usiadła wyciągając przed siebie dłonie. – Bardzo śmieszne – zaczęła przecierając prawą dłonią oczy. – Obiecałeś wczoraj, że nie uciekniesz więc… - może nie użył dokładnie tych słów, ale dla własnego pożytku trochę je zmodyfikowała. Z wdzięcznością przyjęła kubek kawy i poniosła się z łóżka. – Może jednak cię zatrudnię – odparła i mrugnęła do niego okiem. Po chwili jednak spróbowała kawy, która była zimna jak lód chociaż mocna tak jak lubiła. – Nie jednak nie – dodała szybko i uśmiechnęła się pod nosem. Potrzebowała zaledwie chwili by zebrać swoje rzeczy, ubrać się w wygodną sukienkę i spiąć włosy na czubku głowy.

```

Posiadłość Romanowów robiła wrażenie nawet na niej. W końcu w swoim życiu widziała już wiele pałaców, posiadłości i dworków. Rodzinna spuścizna miała dawać innym jasny komunikat – jesteśmy bogaci i się tego nie wstydzimy. Obserwowali ją z pewnej odległości zastanawiając się nad kolejnym krokiem. Lucinda przymrużyła oczy słysząc czającą się w jego głosie niepewność. Przykucnęła by lepiej dostrzec drogę prowadzącą do pałacu. – Kameleon działa za krótko byśmy zdążyli dotrzeć do posiadłości i jeszcze w spokoju ją przeszukać – westchnęła. To krzyżowało jej plany polubownego załatwienia sprawy. Naprawdę bała się, że cała ta ich wyprawa w pewnym momencie przybierze niebezpieczny obrót. Nie chciała prowokować Drew do własnych pomysłów i wiedziała, że jego delikatność w działaniu jest też dyktowana jej obecnością. Nie mówiła tu o przestępstwach wielkiego kalibru, bo o takie go nie podejrzewała (na pewno nie świadomie), ale podejrzewała, że mężczyzna już wczoraj znalazłby sposób na wyciągnięcie z dziedzica odpowiednich informacji. – Służba nie wjeżdża główną bramą – zaczęła podnosząc się z ziemi. – Jestem tego pewna. Droga prowadzi wprost do głównych drzwi, a posągi ustawione są regularnie więc nie ma mowy o rozwidleniu. Na szlacheckich dworach wygląda to podobnie. Zwykle służba ma oddzielne wejście z tyłu budynku. – dodała i uśmiechnęła się z narastającą w niej satysfakcją. Jeszcze nie wiedziała jak dostaną się do środka, ale ufała, że to dobry początek. – Zejdźmy – wskazała mu dłonią ubitą kołami ścieżkę, którą według niej jeszcze niedawno przejeżdżał jakiś powóz.
Użycie teleportacji w takiej sytuacji mijało się z celem. Równie dobrze mogli przeoczyć wejście dla służby i błądzić tracąc niezbędny czas. – Po co ktoś kto ma taką posiadłość chodzi w ogóle do pracy? – zapytała, ale zaraz ugryzła się w język. Ona też nie musiała pracować, a jednak to robiła. Praca to nie tylko zarobek, ale też pasja, zainteresowanie, sposób na funkcjonowanie w tym okrutnym i pełnym niebezpieczeństw życiu.
Ruszyli ścieżką w stronę posiadłości. Miała nadzieje, że nie natkną się na nikogo kto mógłby ich rozpoznać lub podejrzewać o coś niecnego. Jak na razie droga była pusta. – Musimy pomyśleć jak dostaniemy się do środka… - wzruszyła lekko ramionami. – Trochę komplikacji jeszcze nikogo nie zabiło. Jak będziemy w środku użyjemy eliksiru, ale jak na razie jestem skazana na twój geniusz. – dodała szturchając go ramieniem. Choć jej gest był żartobliwy to ich sytuacja już niekoniecznie przypominała żart.


Ignis non exstinguitur igneThat is our great glory, and our great tragedy
Lucinda Hensley
Zawód : łamacz klątw i uroków & poszukiwacz artefaktów
Wiek : 28
Czystość krwi : Zdrajca
Stan cywilny : Panna
hope for the best, but prepare for the worst
OPCM : 40
UROKI : 27
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 8
SPRAWNOŚĆ : 2
Genetyka : Czarodziej
Gruzja, Tbilisi (01.10.1956) Tumblr_on19yxR5PA1tj4hhyo2_500
Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t3072-lucinda-lynn-selwyn https://www.morsmordre.net/t3145-sennett#51834 https://www.morsmordre.net/t3144-chodzcie-chodzcie-do-mnie#51829 https://www.morsmordre.net/f104-szkocja-kres-w-john-o-groats https://www.morsmordre.net/t4137-skrytka-bankowa-nr-806#82308 https://www.morsmordre.net/t3214-lucinda-selwyn#55539
Re: Gruzja, Tbilisi (01.10.1956) [odnośnik]10.05.22 0:56
Skrzyżowałem ręce na piersi słysząc jej pierwsze słowa. -Może jakieś dzień dobry?- rzuciłem przyglądając jej się z ironicznym uśmiechem. -Ja rozumiem, że z służbą nie trzeba się witać, ale nie przyjąłem jeszcze tego wakatu-  skwitowałem nim kawa znalazła się w jej dłoniach, co mogło być sygnałem do moich przemyśleń na ten temat. Rzecz jasna nie wchodziło to w rachubę, stanowiło jedynie fundament żartu, ale czułem, iż nie pozostawi tego bez komentarza. Długo nie musiałem czekać. Nim jednak odniosłem się do kwestii braku zatrudnienia skupiłem się na innym, frapującym słowie. Zwykłem niczego nie obiecywać wszak wystarczyło dane słowo, albowiem do podobnych spraw podchodziłem honorowo. -Zaczyna się- pokręciłem głową z rezygnacją malującą się twarzy. -Dopowiadanie sobie- sprecyzowałem myśl. -Czy wy, kobiety, zawsze musicie to robić? Człowiek powie, że zrobi, to zaraz wypominanie, iż obiecał- machnąłem ręką zdając sobie sprawę, że dyskusja o tym i tak nie miała sensu. Płeć piękna była trudna do zrozumienia. -Dla leni tylko zimna. Trzeba było wstać skoro świt- dodałem z szelmowskim uśmiechem i zająłem jej miejsce, kiedy ta w końcu wstała z łóżka. Przypuszczałem, że zajmie jej to sporo czasu, dlatego splotłem palce za głową i ułożyłem wygodniej na poduszce. Ukradkiem obserwowałem wykonywane czynności, a szczególnie gdy przyodziewała sukienkę, bowiem właśnie wtedy przez zaledwie krótki moment pożałowałem, że mieliśmy plany.

~~

Miała rację, kameleon również nie zdałby egzaminu, choć w pierwszej chwili pomyślałem o eliksirze wielosokowym. Merlin wie z jakiego powodu, przecież nigdy z niego nie korzystałem zważywszy na metamorfomagiczny gen. Rzecz jasna nie miałem pojęcia jak go krok po kroku uwarzyć, lecz obiło mi się o uszy, iż niezbędnym składnikiem był włos osoby, w którą pragnęło się przemienić. Nie mieliśmy szans, aby takowy zdobyć – nawet chociażby jeden dla Lucindy. Ja poradziłbym sobie na swój sposób i tym samym odkrył przed nią kolejną tajemnicę. -Ile on działa?- spytałem, albowiem sam nie miałem pojęcia. Moja wiedza o eliksirach była naprawdę żenująca.
-Dostanie się do środka nie będzie większym problemem, jeśli na budynek nie zostały nałożone zabezpieczenia. Gorzej jeśli nasz dziedzic dmucha na zimne i postanowił objąć nimi najmniejszy skrawek ziemi. Ściągnięcie ich może zająć sporo czasu, co z pewnością zwróci  na nas czyjąś uwagę, a tego wolałbym uniknąć. Nie uciekam od pojedynku, ale sam wolałbym rozpocząć bój z ukrycia z uwagi na przewagę, jaką dzięki temu się zyskuje- odparłem starając się znaleźć najlepsze wyjście z sytuacji. Właściwie jedyne co nasuwało mi się na początek, to wspomniane już zbadanie zaklęć ochronnych, dlatego ruszyłem wąską ścieżką wzdłuż zbocza, aby dostać się możliwie blisko wysokiego ogrodzenia. -Tyły, to dobry kierunek- zgodziłem się z nią, niech ma tę satysfakcję. Myślałem o tym samym, ale nie wspomniałem o tym na głos – najwyraźniej nasz styl działania wcale tak bardzo się od siebie nie różnił pomijając drastyczne rozwiązania. Przede wszystkim ostrożność i pozostanie w cieniu.
Zacisnąwszy palce na wężowym drewnie wypowiedziałem cicho Carpiene i ku mojemu zdziwieniu nie przyniosło ono żadnego efektu. Przechyliłem głowę nie ukrywając zaciekawionego wyrazu twarzy, albowiem sam nigdy nie pozostawiłbym równie wielkiego przybytku bez stosownych zabezpieczeń. Być może służbę odwiedzały osoby trzecie tudzież sam Romanow miał wielu gości, albo – co było najgorszą z możliwych opcji – pracowników kręciło się tu na tyle wielu, że jakakolwiek ochrona nie miałaby najmniejszego sensu. -Nie podoba mi się to- szepnąłem zerkając na dziewczynę, po czym ponownie przeniosłem spojrzenie na dworek. -Ale nie ma już drogi odwrotu. Czekaj na sygnał- dodałem, a następnie wyczarowałem wąskie przejście, przez które przeszedłem jako pierwszy. Wychyliwszy głowę rozejrzałem się na boki i kiedy upewniłem, że w pobliżu nie znajdował się nikt niepożądany gestem ponagliłem jej wejście do środka. -To chyba tam- wskazałem skromne, drewniane drzwi, które nijak miały się do wystawnych na froncie budynku. Odległość do pokonania nie była duża, ale prowadziła przez dość otwartą przestrzeń.




The eye sees only what the mind is prepared to comprehend
Drew Macnair
Zawód : Poszukiwacz i przemytnik artefaktów, fascynat nakładania klątw , właściciel Karczmy "Pod Mantykorą"
Wiek : 31
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Kawaler
Dan­ger is a beauti­ful thing when it is pur­po­seful­ly sou­ght out.
OPCM : 40
UROKI : 9
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 51
ZWINNOŚĆ : 4
SPRAWNOŚĆ : 15
Genetyka : Metamorfomag

Śmierciożercy
Śmierciożercy
https://www.morsmordre.net/t6211-drew-macnair https://www.morsmordre.net/t4416-avari https://www.morsmordre.net/t4381-to-nie-jest-pokoj-zyczen https://www.morsmordre.net/f277-smiertelny-nokturn-13-18 https://www.morsmordre.net/t4418-skrytka-bankowa-nr-1139 https://www.morsmordre.net/t4417-drew-macnair
Re: Gruzja, Tbilisi (01.10.1956) [odnośnik]11.05.22 8:00
Wolała działać z ukrycia i tak jak on zdobywać przewagę dzięki zaskoczeniu. Dawniej wykorzystywała skradanie się jedynie podczas poszukiwań, teraz gdy Londyn pogrążył się w wojnie jej umiejętności okazały się być naprawdę przydatne. Jednakże ukrywanie się miało swój cel tylko w momencie, gdy wiedziałeś przed czym się ukrywasz. Czarownica nie miała pojęcia co zastaną po drugiej stronie ogrodzenia, nie wiedziała ile z kręcących się po posiadłości obcych musi uwierzyć w ich dokładnie utkane kłamstwo. Dlatego sięgnięcie po eliksir wydawało się być na pierwszy rzut oka łatwe i najbardziej skuteczne. Wbrew wszystkiemu nie podejrzewała, że posiadłość rodu okaże się być taka okazała. Czy Gruzja nie jest czasem biednym krajem? Czy ludzie mijający posiadłość nie zastanawiają się nad tym skąd ktoś mieszkający na ty ziemiach ma fundusze na utrzymanie takiego przybytku? Zasypana potokiem myśli czuła się całkowicie normalnie. Lubiła ten moment, gdy nagle oprócz artefaktu zyskiwała odpowiedzi na wszystkie nurtujące ją pytania. Była ciekawska, ale też całkowicie niezależnie od siebie, poddawała rzeczywistość ciągłej analizie. Wychodziła z założenia, że wiedza kosztuje grosze jeśli ma się odwagę po nią schylić. Bez niej trzeba dużo za wiedzę zapłacić. Słysząc głos mężczyzny wyrwała się z rozmyślań. Spojrzała na niego zdezorientowana i dopiero po chwili dotarła do niej treść zadanego pytania. Kobieta wzruszyła ramionami. – Nie wiem ile dokładnie. Pewnie jest wiele czynników, które mają na to wpływ, ale… niewystarczająco. – odparła spoglądając jeszcze raz na posiadłość. Nie opierała się na wiedzy dotyczącej eliksirów bo takowej nie posiadała. Opierała się jednak na dedukcji. Pomieszczeń w tym przeklętym zamku było więcej niż pokojów w Ministerstwie Magii. Skąd będą wiedzieć, gdzie szukać?
Czarownica nie brała pod uwagę aktualnie żadnego pojedynku. To po pierwsze wpłynęłoby na całą ich wyprawę i prawdopodobnie utrudniłoby, a może nawet uniemożliwiłoby odzyskanie skarbu Romanowów. Z drugiej strony czemu byli winni ci ludzie? Mogli nawet nie wiedzieć co pod pierzyną chowa ich uwielbiany pracodawca, nie byli też winni tego, że Drew i Lucinda postanowili zajrzeć pod tę pierzynę. – Wszystko będzie zależeć od poziomu ich trudności. Wątpię jednak by nakładał na to miejsce zabezpieczenia niczym w twierdzy. Zbyt dużo ludzi się tu kręci i to zbyt rozległy teren. Myślisz, że mają mapę poruszania się po posiadłości, aby nie zaatakował ich bogin? – zapytała unosząc kącik ust w delikatnym uśmiechu. Sama zastanawiała się nad tym czy dziedzic w ogóle spodziewa się, że ktokolwiek może chcieć go okraść, lub tak jak oni złożyć przyjacielską wizytę. W końcu nawet największy skarb w końcu zostaje zapomniany. Może cała ta historia zatarła się w świadomości innych ludzi, może nikt więcej o niej nie pamięta? – Zobaczmy co będzie dalej… zanim rozpoczniesz jakikolwiek bój – dodała gdy zaczęli schodzić w stronę ogrodzenia.
Blondynka doskonale wiedziała, że tyły to dobry kierunek, ale fakt, że mężczyzna się z nią zgadza poprawił jej humor. To nie zdarzało się często. Odkąd go poznała sprzeczali się o to kto ma rację. Teraz udało im się wprowadzić metodę kompromisów do ich życia i całkiem dobrze im to wychodziło. – I co? – zapytała kiedy mężczyzna mruknął niezrozumiale. Lucinda domyśliła się, że rzucił niewerbalnie zaklęcie. Domyślała się nawet, które. – Czysto? – zapytała.
Była zaskoczona tym faktem. Myślała, że mężczyzna podjął się nałożenia zabezpieczeń chociaż w okolicy ogrodzenia. Albo nigdy nie miewał nieproszonych gości, albo był nazbyt pewny siebie. Kiedy mężczyzna wyczarował wyrwę w ogrodzeniu, a po chwili zatrzymał ją w miejscu, Lucinda westchnęła. Czekała na znak i była gotowa zareagować gdyby jednak któreś z zabezpieczeń się aktywowało. W jej dłoni od kilku dobrych minut spoczywała różdżka. W końcu zobaczyła machnięcie dłonią i przeszła przez przejście. Równo przycięty trawnik, róże wijące się na pergoli, symetrycznie poustawiane małe rzeźby i nic prócz tego. Żadnego ogrodnika, żadnego służącego, żadnego gościa. Blondynka skierowała swoje spojrzenie na wpasowane w mur drzwi. Musieli się tam dostać. Czarownica poczekała jeszcze kilka sekund rozglądając się po otoczeniu skupiona na wszystkich możliwych dystraktorach. W końcu wzruszyła ramionami i wyciągnęła różdżkę w kierunku drzwi. – Abesio – szepnęła i już chwile później stała przy drewnianych drzwiach spoglądając na swojego towarzysza. Na jej ustach pojawił się delikatny uśmiech, gdy machnęła na niego dłoń tak samo jak on jeszcze chwile wcześniej na nią.
Chwile później stali przed drzwiami już we dwójkę. Dla niej najlepszym rozwiązaniem było teraz wypicie eliksiru i przekradnięcie się do środka. Nim jednak zdążyła sięgnąć do torby po fiolkę z płynem drzwi wejściowe otworzyły się. Blondynka zdusiła w sobie krzyk, chwyciła mężczyznę za kołnierz płaszcza i przyciągnęła go bliżej siebie tak by niewielkie drzwi zakryły ich oboje przed wzrokiem wścibskich nieznajomych. Czarownica ze skupieniem zaczęła nasłuchiwać, dłonie wciąż zaciskała na płaszczu mężczyzny jakby w obawie, że gdy go puści ten zostanie zdemaskowany. – Psia krew – usłyszeli nerwowy głos jakiegoś mężczyzny. – Jeżeli dzisiaj się tyle dzieje, to co będzie jutro? – zapytał i Lucinda zrozumiała, że w drzwiach musi stać jeszcze jedna osoba. Serce zaczęło jej mocniej bić, to byłby prawdziwy pech gdyby zostali nakryci tuż przed samymi drzwiami. – Nie przejmuj się… – zaczął inny głos, tym razem kobiecy. – … założę się, że inni mają to głęboko w poważaniu. Nikt się nie stara, Joe. Mi też się nie chce. – odparła kobieta, a po chwili do uszu blondynki doszedł dźwięk lejącej się wody. Czarownica przeniosła spojrzenie z drzwi na swojego towarzysza. Znajdowali się naprawdę blisko siebie, czuła, że zaczyna jej brakować powietrza, ale nie do końca wiedziała co finalnie było tego przyczyną.


Ignis non exstinguitur igneThat is our great glory, and our great tragedy
Lucinda Hensley
Zawód : łamacz klątw i uroków & poszukiwacz artefaktów
Wiek : 28
Czystość krwi : Zdrajca
Stan cywilny : Panna
hope for the best, but prepare for the worst
OPCM : 40
UROKI : 27
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 8
SPRAWNOŚĆ : 2
Genetyka : Czarodziej
Gruzja, Tbilisi (01.10.1956) Tumblr_on19yxR5PA1tj4hhyo2_500
Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t3072-lucinda-lynn-selwyn https://www.morsmordre.net/t3145-sennett#51834 https://www.morsmordre.net/t3144-chodzcie-chodzcie-do-mnie#51829 https://www.morsmordre.net/f104-szkocja-kres-w-john-o-groats https://www.morsmordre.net/t4137-skrytka-bankowa-nr-806#82308 https://www.morsmordre.net/t3214-lucinda-selwyn#55539
Re: Gruzja, Tbilisi (01.10.1956) [odnośnik]13.05.22 0:59
Najciemniej było pod latarnią i choć wiele argumentów mogło zaprzeczyć temu stwierdzeniu, to rzeczywistość je weryfikowała. Nikt nie widział, dlaczego akurat padło na Gruzję wszak z takim majątkiem dziedzic mógłby mieszkać w znacznie piękniejszym i okraszonym nietuzinkowymi walorami miejscu, a nie na ziemiach pozbawionych większych ambicji. Może jednak zależało mu na ukryciu? Zniknięciu z oczu osób łakomych jego galeonów oraz dziedzictwa? Gdybym nie ukradł tych informacji, to nawet przez myśl by mi nie przeszło, aby szukać go akurat tutaj. Stawiałbym na zacznie bardziej rozwinięte rejony, gdzie mógł powiększać swój majątek oraz wykorzystywać go w różnych celach – nie tylko rozrywkowych. Im jednak dłużej się nad tym zastanawiałem, tym bardziej skłaniałem się ku opinii, iż o wiele prościej było mu stąd sterować pewnymi aspektami oraz budować sieć kontaktów stroniącą od legalnych interesów. Tam gdzie była bieda zawsze wygrywała siła i zarazem półświatek.
-Widzę jesteś równie obeznana co ja- zaśmiałem się pod nosem zerkając na nią kątem oka. Nie widziałem jej nigdy przy kociołku, ale to nie świadczyło o tym, iż nie miała zielonego pojęcia o eliksirach. Najwyraźniej jednak tak było i pozostało nam zawierzyć własnej intuicji oraz wykorzystać zawartość fiolek dopiero w chwili większego zagrożenia. Istniała szansa, że mikstura otworzy nam drogę ucieczki i pozwoli bezpiecznie do niej dotrzeć. -Myślisz, że jesteśmy w stanie dzisiaj zwiedzić choć połowę tego przybytku? Skurczybyk musi mieć naprawdę dobrą kondycję. Wyobrażasz sobie przejście z jednego końca na drugi kilka razy dziennie? Przecież to obłęd- pokręciłem głową w niedowierzaniu, iż naprawdę ktoś mógł posiadać równie wielki dwór. Lucinda zapewne miała w tej kwestii o wiele większe doświadczenie wszak ona sama wychowywała się w pokaźnej posiadłości, zaś ja musiałem zadowolić się klitką zapewne mniejszą od jej łazienki. Nie narzekałem, zwykle uciekałem od sytuacji, w której każdy inny kręciłby nosem. Wygody nie były mi potrzebne, jeśli w zasięgu znajdował się cel, jaki pragnąłem osiągnąć.
-Patrząc na to spodziewam się już wszystkiego- rzuciłem dochodząc do wniosku, iż niezbyt dobrze przygotowaliśmy się do dzisiejszej akcji. Mogliśmy wpierw udać się na miejsce, zbadać je i obmyśleć plan z kilkoma wyjściami awaryjnymi na wypadek nieprzewidzianych okoliczności. Zwykle byłem obeznany, miałem wszystko rozpisane w najmniejszych szczegółach, lecz wówczas zdecydowałem się pójść na żywioł i najwyraźniej nie najlepiej się w tym odnajdywałem. Lubiłem ryzyko, znałem je i nierzadko łaknąłem, jednakże nie należało go mylić z brakiem pomyślunku oraz odpowiedzialności, tym bardziej jeśli na szali leżał sukces. -Cóż jest Twoim?- spytałem w kwestii bogina będąc ciekaw odpowiedzi. Nie sądziłem, aby na takową się skusiła, ale może jednak? Każdy czegoś się bał, w każdym kreował się pewien lęk, z jakim trudno było walczyć, a tym bardziej go powstrzymać. Tylko głupcy prawili o swym nieustraszeniu.
-Obawiasz się, że mógłbym przegrać? Czy to znaczy, że się o mnie troszczysz?- zaśmiałem się pod nosem znacznie ciszej niżeli wcześniej, gdyż byliśmy zbyt blisko wysokiego płotu otaczającego ziemię Romanowa. -Wtedy całe łóżko byłoby tylko dla ciebie- posłałem jej zawadiacki uśmiech, po czym przeszedłem do rozpracowywania ochrony terenu. Chciałem mieć to już za sobą.
Przechodząc przez utkane z magii przejście miał szczerą nadzieję, że nie wydarzy się nic niepokojącego. Niepewność wobec tego sprawiła, iż nie chciałem abyśmy szli ramię w ramię, gdyż wbrew pozorom te ułamki sekund, kilka kroków dawały możliwość ewentualnej ucieczki. Wpadnięcie razem nic by nam nie dało, a wręcz mogło zaprzepaścić wszelkie plany. -No już się tak nie denerwuj, gdybym był prostakiem wypchnąłbym cię przodem- niczym w tej jaskini, miałem to na końcu języka, ale w ostatniej chwili powstrzymałem się przed wypowiedzeniem tego na glos.
Czujnym wzrokiem obserwowałem otoczenie i dopiero kiedy dziewczyna znalazła się przed wąskimi drzwiami, z tym swoim kąśliwym uśmieszkiem na ustach, podążyłem jej śladem. Wiedziałem, że to było swego rodzaju odgryzienie się za zatrzymanie jej przed ogrodzeniem, ale nie zamierzałem wówczas tego omawiać. Niech jej będzie, po raz kolejny mogła poczuć satysfakcję. -Z jakiego pomieszczenia służba ma zwykle wyjście?- szepnąłem zdając sobie sprawę, że nawet domysły mogły nam przybliżyć rozłożenie pokoi. To była istotna kwestia, albowiem im dłużej byśmy błądzili, tym większe było ryzyko, że gospodarz wróci na miejsce. Jego obecność wiele utrudniała, gdyż przypuszczałem, iż w najczęściej użytkowanych ścianach posiadał wartościowe rzeczy, a w tym ważne dla nas informacje.
Momentalnie usłyszałem szczęk drzwi, a zaraz po tym poczułem szarpnięcie. Zacisnąłem wargi w wąską linię i skupiłem spojrzenie na jej tęczówkach, kiedy tak kurczowo trzymała się mego płaszcza. Obawiała się, że narobię jej wstydu? Uniosłem nieznacznie brew, a w kącikach ust pojawił się lekki uśmiech – absurdalny, patrząc na ogół sytuacji. Zrobiłem krok do przodu zaniechując dzielące nas centymetry. Słuchałem o czym rozmawiali, próbowałem cokolwiek z owych wypowiedzi wywnioskować, ale w dalszej perspektywie nie miały większego znaczenia. Choć może wieść o braku zaangażowaniu w pracę zapewni nam większą swobodę poruszania się? Może służba zaniechuje obowiązków i poszukuje przestrzeni, w której może skutecznie się lenić? To byłby dobry znak, ale nadal pozostawał w cieniu domysłów. Ostrożności nigdy za wiele.
Caneteria Ficta wypowiedziałem obracając się przez ramię i celując różdżką w nieco oddalony narożnik budynku. Chciałem przekształcić falę tak, aby usłyszeli niezidentyfikowany pisk, który odwróci ich uwagę. Liczyłem, że podążą jego śladem, dzięki czemu uda nam się wejść do środka bez konieczności otwierania głośnych drzwi, jakich szczęk z pewnością wzbudziłby czyjąś uwagę.




The eye sees only what the mind is prepared to comprehend
Drew Macnair
Zawód : Poszukiwacz i przemytnik artefaktów, fascynat nakładania klątw , właściciel Karczmy "Pod Mantykorą"
Wiek : 31
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Kawaler
Dan­ger is a beauti­ful thing when it is pur­po­seful­ly sou­ght out.
OPCM : 40
UROKI : 9
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 51
ZWINNOŚĆ : 4
SPRAWNOŚĆ : 15
Genetyka : Metamorfomag

Śmierciożercy
Śmierciożercy
https://www.morsmordre.net/t6211-drew-macnair https://www.morsmordre.net/t4416-avari https://www.morsmordre.net/t4381-to-nie-jest-pokoj-zyczen https://www.morsmordre.net/f277-smiertelny-nokturn-13-18 https://www.morsmordre.net/t4418-skrytka-bankowa-nr-1139 https://www.morsmordre.net/t4417-drew-macnair
Re: Gruzja, Tbilisi (01.10.1956) [odnośnik]16.05.22 9:07
Stolice zwykle tętniły życiem. Tak jak Londyn przed wybuchem wojny. Przez ulice niósł się podniesiony głos, ludzie chętnie opuszczali swoje domy by zaspokoić swoją społeczną potrzebę. Lucinda nie miała nigdy okazji być w Tibilisi. Prawdę mówiąc teraz też trzymali się raczej obrzeży ignorując centrum miasta. Miała jednak wrażenie, że tok życia tych ludzi był inny. Nawet tutaj przy posiadłości Romanowów można było zauważyć, że natura gra tutaj pierwsze skrzypce. Wielka posiadłość nikła, gdy wzrokiem okalało się okolice. Jeden szybki rzut oka wystarczył by stwierdzić, że jesień zawitała tutaj na dobre. Na to wcale nie czekała.
Słysząc rozbawienie w jego głosie uśmiechnęła się delikatnie i wzruszyła ramionami. Nie była specjalistą w alchemii. Szczerze mówiąc nigdy z kociołkiem zbytnio się nie lubili. Lucindzie udało się uwarzyć kilka eliksirów, ale nie sprawiało jej to żadnej przyjemności. Ludzie są stworzeni do własnych ról, a ona wolała zostawić eliksiry alchemikom tak jak oni powinny zostawić jej klątwy. Nie bez powodu każdy zajmował się czymś innym. Inaczej świat byłby zwyczajnie nudny.
Blondynka zastanowiła się nad pytaniem mężczyzny. Posiadłość z tej odległości naprawdę wydawała się być pokaźna. Lucinda zastanawiała się jednak czy to nie pewnego rodzaju złudzenie optyczne. Intuicja podpowiadała jej, że w środku nie będą mieli tak dużych problemów z poruszaniem się. Oczywiście mogła się mylić, ale tego nigdy z góry nie zakładała. – A po co chodzić kilka razy dziennie? – zapytała, a na jej ustach pojawił się szeroki uśmiech. – Wątpię, żeby urządzał sobie wycieczki rekreacyjne, a takie posiadłości są dzielone za skrzydła. Jedynie służba musi się nabiegać, bo o ich wygodzie raczej nikt nie pomyślał – dodała. Blondynka przypomniała sobie swoją posiadłość. – U mnie w domu były części, do których zabronione mi było wchodzić. Kiedy miałam pięć lat razem z bratem zakradliśmy się do takiego skrzydła. W jednym z pomieszczeń znajdowały się prototypy fajerwerków. Mój brat odkrywał wtedy swoją magię i nie do końca ją kontrolował więc przypadkowo podpalił jeden z nich… na jednym się nie skończyło. W całym pokoju wybiło szyby, a mój ojciec dostał szału… - nie wiedziała dlaczego w sumie mu o tym opowiada. To było jak inne życie, obce, całkowicie nieznane. Brzmiało to jak historia normalnie funkcjonującej rodziny, ale czarownica wiedziała jaka jest prawda i żadne dobre wspomnienie tego nie zatrze.
Lucinda nie widziała sensu w rekonesansie. Żeby sprawdzić co ich tu może spotkać i tak musieli dostać się do środka, a skoro dostaną się już do środka to dlaczego z tego nie skorzystać? Jeżeli im się nie uda, to zrezygnują i przemyślą następne posunięcia, ale będą mieli już jakąś wiedzę i będzie im łatwiej. Blondynka była typem osoby, która nie lubiła marnować czasu. Nie była lekkomyślna, ale podejmowała ryzyko nie chcąc od razu martwić się o konsekwencje. Najlepiej działała w stresie, gdy adrenalina przepływała przez jej żyły wzmagając bicie serca. Zdarzyło im się już wcześniej razem współpracować (chociaż może to za dużo powiedziane) i Lucinda wiedziała, że mężczyźnie też zależy przede wszystkim na rezultacie. Gdy opadła ta zasłona pełna niepewności i braku zaufania, blondynka zaczęła zauważać, że mają ze sobą więcej wspólnego niż się spodziewała. Niż sama chciała przed sobą przyznać.
Kiedy mężczyzna zapytał o to co reprezentuje jej bogin, Lucinda otworzyła usta by udzielić odpowiedzi, ale szybko je zamknęła. Na jej twarzy pojawił się wyraz konsternacji. Przypomniała sobie o tym co wcześniej przerażało ją do szpiku kości. Teraz ta granica bardzo się przesunęła. Po wielu sytuacjach zaczęła przechodzić do porządku dziennego co tylko świadczyło o tym jak dużą odporność ma teraz jej psychika. W końcu wzruszyła ramionami. – Szczerze? Nie mam teraz bladego pojęcia. – powiedziała zgodnie z prawdą. Pamiętała chociażby pożar w Ministerstwie, osmalone ciała niewinnych ludzi, którzy przyszli jedynie do pracy jak każdego innego dnia. Niepewność spowodowana boginem lekko wybiła ją z rytmu. To świadczyło o jej słabości, a tego nikt nie lubił.
Czarownica machnęła jedynie ręką, gdy zapytał czy się o niego zamartwia. Nie bała się bezpośrednio o to, że może stać mu się krzywda, ale nie chciała by to wszystko skończyło się rozlewem krwi. Czasami żyła w bajce, którą sama sobie kreowała. Wzmacniała się przekonaniem, że jeśli czegoś nie ma, jeżeli czegoś nie widać, to znaczy, że to nie istnieje. Uśmiechnęła się jednak na wspomnienie pustego łóżka. – Nadal możesz spać pod gołym niebem, a nic pożytecznego z ciebie nie będzie jak umrzesz – dodała ze wzruszeniem ramionami.
Udało im się pokonać ogrodzenie i nie wpaść w żadną pułapkę. Był to mały sukces i miała zamiar się z niego cieszyć. Westchnęła ponownie słysząc słowa mężczyzny. – Tak… tą część ciebie już znam – dodała sarkastycznie. No cóż… mieli za sobą ciekawe doświadczenia. Czasami zastanawiała się jakimi impulsami Macnair się kieruje. Zastanawiała się czy żałuje niektórych rzeczy, czy teraz zachowałby się inaczej. Z drugiej strony gdyby tak było to wszystko mogłoby się potoczyć całkowicie inaczej. Złe rzeczy dzieją się z ludźmi, którzy igrają z przeszłością. Nawet jeżeli tylko w myślach.
Nim drzwi otworzyły się na chwile zatrzymując ich w miejscu, Lucinda zdążyła odpowiedzieć na zadane jej pytanie. – Zwykle ze spiżarni, która znajduje się obok kuchni, albo w kuchni. – widząc niepewność w jego wzroku pokręciła głową. – To zwykle duże spiżarnie. – dodała.
Świat na chwile się zatrzymał, gdy dwójka czarodziei postanowiła uciąć sobie pogawędkę. Drzwi stanowiły dla nich dobrą zasłonę, chociaż możliwości skupienia się na działaniu były ograniczone. Widząc pytające spojrzenie mężczyzny, Lucinda opuściła delikatnie dłonie, którymi trzymała go za płaszcz. W innej sytuacji byłaby całkiem zadowolona ze swojego położenia. Teraz nie chciała i nie mogła dać się rozproszyć. Na szczęście mężczyzna bardzo szybko znalazł rozwiązanie z sytuacji. Dostrzegła błysk różdżki, a po chwili delikatna mgiełka pomknęła w stronę budynku. Do ich uszu dotarł pisk, a znajdująca się tuż przy drzwiach służba postanowiła go zidentyfikować. Gdy dwójka nieznajomych ruszyła w stronę rogu budynku to był ich znak. Mogli wypić teraz kameleona, ale na to i tak potrzebowaliby chwili, albo mogli po prostu prześliznąć się do środka i sprawdzić co ich czeka za drzwiami. Czarownica wybrała drugą opcję chociaż nie była pewna czy robi dobrze. Posługując się gestami i bezgłośną komunikacją wskazała mężczyźnie drzwi i zmusiła go do tego by się ruszył.
W środku panował półmrok. W pomieszczeniu nie było okien. Przepuszczenia Lucindy się sprawdziły i przekraczając próg posiadłości znaleźli się w dużej spiżarni. Dookoła pomieszczenia poustawiane były wysokie regały wypełnione różnego rodzaju żywnością. W spiżarni panowała cisza, a blondynka wysunęła śmiały wniosek, że są tutaj całkowicie sami. Czarownica skręciła w jedną z alejek i przystanęła na jej końcu. – Cóż za rozproszenie uwagi, Panie Macnair – odparła szeptem i uśmiechnęła się szeroko. Nie była to ironia ani sarkazm. Wprowadził ich do środka, a to było najważniejsze. Musieli teraz jak najszybciej przenieść się do głównej części posiadłości. I to tak, żeby nikt ich nie zauważył.


Ignis non exstinguitur igneThat is our great glory, and our great tragedy
Lucinda Hensley
Zawód : łamacz klątw i uroków & poszukiwacz artefaktów
Wiek : 28
Czystość krwi : Zdrajca
Stan cywilny : Panna
hope for the best, but prepare for the worst
OPCM : 40
UROKI : 27
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 8
SPRAWNOŚĆ : 2
Genetyka : Czarodziej
Gruzja, Tbilisi (01.10.1956) Tumblr_on19yxR5PA1tj4hhyo2_500
Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t3072-lucinda-lynn-selwyn https://www.morsmordre.net/t3145-sennett#51834 https://www.morsmordre.net/t3144-chodzcie-chodzcie-do-mnie#51829 https://www.morsmordre.net/f104-szkocja-kres-w-john-o-groats https://www.morsmordre.net/t4137-skrytka-bankowa-nr-806#82308 https://www.morsmordre.net/t3214-lucinda-selwyn#55539
Re: Gruzja, Tbilisi (01.10.1956) [odnośnik]20.05.22 23:07
Nie ukrywałem chwilowej zadumy, w którą wprawiły mnie jej słowa. Po co komuś w takim razie tak pokaźne domostwo skoro nie wykorzystywał w pełni jego przestrzeni? Na pokaz? Nie mieściło mi się to w głowie, a im dłużej wpatrywałem się w wysokie mury tym więcej biznesowych pomysłów przychodziło mi do głowy. Było to idealne miejsce na składowanie artefaktów, ukazywanie ich i sztuczne podnoszenie wartości dla potencjalnego klienta wszak sam elegancki wystrój sugerowałby, iż gospodarz nie kolekcjonował złomu. Można tu było stworzyć wybitną gorzelnię z wielką salą i niesamowicie gustownym barem, restaurację, muzeum, na Merlina istna żyła złota służyła za łóżko jednemu człowiekowi. W dupach tej całej arystokracji się poprzewracało. -Ja jak chcę sięgnąć do stołu w kuchni będąc w sypialni to wystarczy, że położę się w progu- zerknąłem na nią wymownym wzrokiem. Zupełnie nie trafiały do mnie argumenty wysuwane przez bogaczy i nawet jeśli przyszłość miała mi się ukazać w złotych barwach, to nigdy nie zamierzałem zmarnować równie wielkiego potencjału. Nie po to kupiłbym dom, aby zmuszać się przemierzania mil w celu nalania sobie szklanki ognistej. Nie potrzebowałem też do tego służki, miałem dwie sprawne ręce.  -Jak zabrakło ci suchego materiału w łazience, to ktoś tracił pracę, czy biegłaś nago przez cały dworek do schowka?- spytałem z pełną powagą, choć ironiczny wzrok zdradzał prawdziwy ton wypowiedzi.
-Masz z nim kontakt?- rzuciłem kolejne pytanie, ale tym razem nie było w nim krzty kpiny. Nie spodziewałem się, że wspomni o przeszłości, bowiem wyjątkowo rzadko to robiła. Unikałem drążenia, zwykle nie wciskałem nosa w nie swoje sprawy i nie chciałem wprawiać jej w dyskomfort, dlatego jak tylko sama zagaiła temat to postanowiłem go pociągnąć. -Z bratem- sprecyzowałem spoglądając wprost w jej oczy.
Im bliżej ogrodzenia się znajdowaliśmy, tym bardziej upewniałem się w przekonaniu, że nie starczy nam dnia na zwiedzenie przybytku. Liczyłem, że jej pochodzenie w końcu przyniesie jakieś korzyści i bez większego problemu zaprowadzi nas do odpowiednich pomieszczeń. Wspomnienie podziału dworków na skrzydła było wbrew pozorom istotne, gdyż ograniczało to interesującą nas przestrzeń. Gdybym sam miał tam mieszkać to często użytkowane pokoje umieściłbym blisko własnej sypialni, ale nie brałem za żaden pewnik, że szlachcice myśleli podobnie. Z pewnością dużą rolę odgrywały tu zwyczaje, które najzwyczajniej w świecie były mi obce.
-Jak to nie wiesz?- uniosłem brew nieco zdziwiony odpowiedzią. Przeczuwałem, iż po prostu nie chciała wyjawić prawdy – miała do tego pełne prawo. Jeśli wolała zachować tę informację dla siebie, to byłem gotów to uszanować wszak każdy miał swoje demony, na których samo wspomnienie jeżył się włos na karku. -Warto znać swoje słabości- skwitowałem nieco dyplomatycznie, co nie leżało w mojej naturze.
-Oczywiście, że mogę- rzuciłem w odwecie i posłałem jej wymowne spojrzenie. -Zapewne będzie wygodniej, chociaż nikt nie będzie mi się wiercić pod kocem- dodałem złośliwie. Porywała się na szyderczości, ale byłem pewien, iż nie wywaliłaby mnie z namiotu. Miała za miękkie serce.
-Lubisz wypominać, prawda?- zaśmiałem się pod nosem, po czym momentalnie zamilknąłem nie chcąc zdradzić naszej obecności. Zrobiło się gorąco, ale na szczęście tylko na moment, bowiem udane zaklęcie skutecznie odwróciło uwagę służby. Istniało ryzyko, że nie zrezygnują ze swoich obowiązków na rzecz sprawdzenia nietypowego pisku, jednak finalnie wszystko poszło po naszej myśli. Czyżby miała rację i za drzwiami znajdowała się spiżarnia? Pokaźnych rozmiarów pomieszczenie, gdzie znajdowały się wszystkie dobroci serwowane na dworze? Mimowolnie uśmiechnąłem się pod nosem czując zapach wykwintnych alkoholi, ale gdy tylko przemknąłem przez próg okazał się złudzeniem. Na szerokich, drewnianych półkach nie było nic poza szczelnie zapakowaną żywnością. Niech to szlag. Półmrok nie pomagał, wzniecenie światła nie wchodziło w grę, dlatego wolnym krokiem ruszyłem przed siebie starając się nie narobić hałasu. Jeśli w pobliżu znajdowała się kuchnia – co nawet dla mnie było logiczne – z pewnością znajdowały się w niej kolejne osoby. Kątem oka lustrowałem zapasy; od suszonych, egzotycznych owoców po nazwy, które nie zupełnie nic mi nie mówiły. Zmysł złodzieja uruchomił się samoistnie, dlatego wolną ręką rozsunąłem skórzaną torbę i wrzuciłem do niej kilka mniejszych pakunków oraz dwie puszki. Pozostawało mi wierzyć, że miały w siebie choć parę procent. Może konfitura na winie? Piersiówka miała swe dno, podobnie jak walizka jaką ze sobą zabrałem. Abstrahując od chęci upojenia pozostawała też kwestia jedzenia; chcąc nie chcąc musieliśmy mieć co wrzucić na ząb, a z umiejętnościami Lucindy preferowałem losowe niespodzianki z owej spiżarni. -Co to kurwa, targ?- mruknąłem pod nosem tracąc wiarę, że mimo wykonania kilkunastu kroków pomieszczenie nie miało końca. Trzymali tu konie, świnie i całą fermę? Po raz kolejny dziś załamałem ręce.
W końcu udało mi się dotrzeć do framugi, przez którą wyjrzałem. Gestem próbowałem zatrzymać kobietę, licząc że nie będzie się boczyć i współpraca pójdzie nam całkiem nieźle – a na pewno lepiej niżeli ostatnim razem, kiedy rzucała we mnie skalnymi odłamkami. O dziwo nie dostrzegłem żadnej sylwetki, dlatego ruszyłem przed siebie znacznie żwawiej i finalnie opadłem przy szafce, która miała posłużyć mi za chwilową kryjówkę. Tylko zdążyłem machnąć dłonią na znak, że może ruszać, a w szerokim przejściu ukazała się smukła sylwetka kobiety odzianej w kuchenny fartuch. Zakląłem pod nosem i zacisnąłem wężowe drewno. Nie miałem wyjścia, drzwi prowadzące na korytarz znajdowały się dosłownie na wprost kociołków. Krótkie zaklęcie petryfikujące rozwiązało sprawę, ale i narobiło hałasu.
-Raz, raz. Musimy stąd zniknąć- powiedziałem półszeptem do Selwyn, po czym rzuciłem się w kierunku służki i chwyciłem ją za barki. -Odsuń się- ton daleki był od prośby. Miałem jednak plan i nie zamierzałem nad nim debatować – nie mieliśmy na to czasu. Na tyle szybko, na ile pozwalały mi siły przeciągnąłem kobietę do spiżarni, a następnie przykryłem jej nieruchome ciało workami z ziarnem. Nie zastanawiałem się nad tym czy mogło wyrządzić jej to jakąś krzywdę, albowiem liczył się tylko cel, który zamierzałem osiągnąć. -Idziemy- mruknąłem, gdy tylko wróciłem do kuchni. Musiałem złapać kilka głębszych oddechów, sport, w obojętnie jakim wydaniu, nie był moją mocną stroną. Straciliśmy sporo minut, wróg mógł nadejść z każdej strony. Bez większego zastanowienia zbliżyłem się do Lucindy, po czym splotłem nasze dłonie i wypowiedziałem dwa zaklęcia kameleona. Wpierw na nią, potem na siebie.




The eye sees only what the mind is prepared to comprehend
Drew Macnair
Zawód : Poszukiwacz i przemytnik artefaktów, fascynat nakładania klątw , właściciel Karczmy "Pod Mantykorą"
Wiek : 31
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Kawaler
Dan­ger is a beauti­ful thing when it is pur­po­seful­ly sou­ght out.
OPCM : 40
UROKI : 9
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 51
ZWINNOŚĆ : 4
SPRAWNOŚĆ : 15
Genetyka : Metamorfomag

Śmierciożercy
Śmierciożercy
https://www.morsmordre.net/t6211-drew-macnair https://www.morsmordre.net/t4416-avari https://www.morsmordre.net/t4381-to-nie-jest-pokoj-zyczen https://www.morsmordre.net/f277-smiertelny-nokturn-13-18 https://www.morsmordre.net/t4418-skrytka-bankowa-nr-1139 https://www.morsmordre.net/t4417-drew-macnair
Re: Gruzja, Tbilisi (01.10.1956) [odnośnik]23.05.22 12:33
Ona nigdy nie zastanawiała się nad sensem posiadania tak wielkiej posiadłości. Szkoda jej było czasu na zamartwianie się i walkę z protokołem. Ona nie potrzebowała tego wszystkiego by czuć się bogata, bo nie uważała by pieniądze były największym wyznacznikiem szczęścia. Nie mówiła tego głośno nie chcąc wyjść na hipokrytkę. Jak mogła w ogóle wypowiadać się na ten temat skoro nigdy nie musiała się o pieniądze martwić? Zawsze była jednak samodzielna. Nie potrzebowała służki do czesania włosów, przygotowywania sukien, nawet z gorsetów rezygnowała, bo nie dość, że nie mogła w nich oddychać, to jeszcze krępował ją sam fakt, że ktoś musiał go jej wiązać. Nie patrzyła na dworek, w którym mieszkała jak na dom, a jak na złotą klatkę, w której nie mogła być szczęśliwa. Tak naprawdę nie miała pojęcia jak wygląda dom, bo nawet jej mieszkanie na Pokątnej było puste i smutne. Szlachta upośledzała swoje dzieci budując wokół nich bańkę, nie przygotowując do życia. Marnotrawstwo potencjału, nic więcej. Ona sama czasem czuła się społecznie upośledzona. – To musi być strasznie niewygodne – skomentowała jego wzmiankę o leżeniu w progu. Wiedziała doskonale co ma na myśli, ale nie mogła nie wykorzystać okazji bo dodać do tego swoje trzy grosze. Jedno było pewne, pochodzili z dwóch różnych światów, ale dla Lucindy nie miało to żadnego znaczenia. Mógł obrażać szlachtę jak tylko chciał i ile chciał, mógł się naśmiewać z jej pochodzenia, zadawać głupie pytania i wcale ją to nie obchodziło. Nie dlatego, że nie liczyła się ze swoją przeszłością, ale dlatego, że to wszystko było jedynie otoczką. Tylko ona jedna wiedziała jak to jest tkwić w takim miejscu. Nie było w tym nic przyjemnego, nic zabawnego. – Oczywiście, że biegałam nago… – zaczęła przewracając oczami - … przecież istnieją tylko dwie możliwe opcje – dodała nie chcąc dłużej debatować nad zwyczajami w jej rodzinnym domu. Sam fakt, że nienawidziła świąt, ferii i wakacji świadczył o tym jak bardzo chciała tam przebywać.
Gdy zapytał o brata, Lucinda pokręciła głową. – Już nie – odparła wzruszając ramionami. – Jestem jedyną czarną owcą w rodzinie. Moje rodzeństwo przynosi dumę i chwałę mojemu rodowi – dodała, ale w jej głosie nie było urazy. Tak naprawdę myśl o tym kim aktualnie była napawało ją dumą. Nie potrzebowała aprobaty ojca by czuć się ważna. – Masz rodzeństwo? – zapytała spoglądając na niego z zaciekawieniem. Zdała sobie sprawę z tego, że tak naprawdę niewiele o nim wie. Będzie musiała to zmienić, zacząć zadawać mu pytania i chociaż nie uważała by przeszłość mogła w jakimkolwiek stopniu wpłynąć na to jakim był człowiekiem, to jednak część jej po prostu chciała go znać. Teraz spędzając ze sobą całe dnie i całe noce mieli na to czas.
- Ależ ja znam swoje słabości… - zaczęła i po chwili machnęła dłonią. – Dawno nie spotkałam bogina i wątpię by po takim czasie przybrał ten sam kształt – dodała takim tonem jakby to wszystko wyjaśniało. Nie uważała się za niezniszczalną. Wręcz przeciwnie. Mogłaby godzinami opowiadać o swoich słabych punktach, o wiele łatwiej było jej się na nich skupić niżeli na tych mocnych. Ludzie nazbyt pewni siebie często stają się nieostrożni, myślą, że nic nie może ich złamać. Mylą się. – A jaki jest twój? – zapytała. Zastanawiała się czy jej odpowie, czy otworzy się przed nią. Czasami widziała jak zmienia swoje maski. Tak jak wtedy w jej mieszkaniu gdy pierwszy raz ją pocałował, a ona poprosiła go by wyszedł i nagle czułość zamieniła się w rozgoryczenie i złość. Tak jak wtedy gdy zaatakował ich duch i niepokój, który pojawił się na jego twarzy został po chwili przepędzony przez ironiczny uśmiech i sarkazm w głosie. Tak jak wczoraj gdy wspomniała o ranie na łydce i przez kilka sekund wyglądał tak jakby walczył ze sobą w myślach. Nie chciała go zmieniać, bo wtedy nie byłby przecież sobą, ale zastanawiała się czasem przed czym ciągle się broni. Czym lub kim.
Lucinda miała bardzo dobrą pamięć i zdarzało jej się to wykorzystywać  – Prowokujesz mnie do tego – dodała uśmiechając się do niego wymownie.  
Gdy znaleźli się już w środku wszystko potoczyło się bardzo szybko. Musieli wykorzystać chwilową nieobecność pracowników i przekraść się do środka. Już i tak zbyt dużo czasu niepotrzebnie stracili. Przewróciła oczami słysząc w jego głosie zdziwienie pomieszane z irytacją. Spiżarnia była wypełniona po brzegi, a Lucinda nie do końca rozumiała takie marnotrawstwo. Nie wierzyła, że mieszkańcy domostwa są to wszystko w stanie przejeść. Nie miała zamiaru się jednak nad tym głowić. Ruszyli do przodu w stronę wejścia do kuchni. – Poczekaj… - zaczęła, ale nim zdążyła powiedzieć coś więcej drzwi się otworzyły i do środka weszła postawna kobieta. Drew zareagował natychmiastowo i wcale mu się nie dziwiła. Kobieta upadła na ziemię podnosząc przy tym alarm. Mężczyzna nie zastanawiając się długo chwycił leżącą służącą za barkę i przesunął w kąt tak by nikt jej nie dostrzegł. Lucinda uznała to za dobry pomysł, chociaż kompletnie nie rozumiała co miały oznaczać te worki z ziarnem. – Udusi się – odparła ostro i uklękła przy kobiecie by odsunąć worek z jej twarzy. Blondynka też była zmotywowana by osiągnąć cel, ale nie w taki sposób, na pewno nie po trupach. – Już i tak się dowiedzą, że tu byliśmy – dodała równie nieprzyjemnym tonem. Kiedy ją ponaglił podała mu dłoń. Zaklęcie kameleona ukryło ich przed wzrokiem nieznajomych, ale też ich samych, jeżeli nie chcieli kolejnych komplikacji to musieli trzymać się razem.
Ukryci pod zaklęciem ruszyli w stronę wyjścia. W kuchni panował gwar, Lucinda przemknęła między kolejnymi pracownikami uważając by nic nie strącić, nic nie przewrócić. Gdy dotarli do drzwi zatrzymała się rozglądając po pomieszczeniu. Musieli zaczekać aż ktoś uchyli drzwi, bo nawet w świecie czarodziejów nie było normalnością, że uchylają się same. Po kilku sekundach jeden z kelnerów trzymając tacę w dłoniach przekroczył próg, a czarodzieje wykorzystali okazje by dostać się do środka posiadłości.
Zaledwie krótki korytarz dzielił ich od sali balowej. Wszystkie posiadłości były budowane w podobny sposób. Sala balowa zawsze znajdowała się na środku by goście nie mieli wątpliwości co do tego gdzie mają się udać. Pod sufitem unosiły się setki świec, które przypominały jej Wielką Salę w Hogwarcie, na środku pomieszczenia poustawiane były okrągłe stoły, a wazony pełne kwiatów czekały na ich rozstawienie. Coś musiało być tu w najbliższym czasie organizowane. Lucinda utkwiła wzrok w schodach prowadzących na piętro. Nie miała żadnych wątpliwości, że właśnie tam powinni się udać. Dłoń mężczyzny była ciepła i tylko to ciepło przypominało jej o tym, że jest obok niej. Dźwięk kroków skutecznie zagłuszał gwar panujący w posiadłości. Gdy dotarli na piętro Lucinda zatrzymała nagle, bo na samym szczycie schodów stał ich dziedzic. A raczej jego marna lodowa podobizna. – Patrz… ktoś tu ma wielkie ego– szepnęła i szybkim krokiem ruszyła w stronę jednego z pomieszczeń, którego drzwi były uchylone. Regały książek ustawione były tu po obu stronach i tylko idiota nie domyśliłby się, że znajdują się w bibliotece. Cóż… miała nadzieje, że trafią do gabinetu, ale równie dobrze mogli zacząć tutaj. – Jeszcze raz… czego dokładnie szukamy? – zapytała nie puszczając jeszcze jego dłoni. Głupio było jej mówić w pustą przestrzeń.


Ignis non exstinguitur igneThat is our great glory, and our great tragedy
Lucinda Hensley
Zawód : łamacz klątw i uroków & poszukiwacz artefaktów
Wiek : 28
Czystość krwi : Zdrajca
Stan cywilny : Panna
hope for the best, but prepare for the worst
OPCM : 40
UROKI : 27
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 8
SPRAWNOŚĆ : 2
Genetyka : Czarodziej
Gruzja, Tbilisi (01.10.1956) Tumblr_on19yxR5PA1tj4hhyo2_500
Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t3072-lucinda-lynn-selwyn https://www.morsmordre.net/t3145-sennett#51834 https://www.morsmordre.net/t3144-chodzcie-chodzcie-do-mnie#51829 https://www.morsmordre.net/f104-szkocja-kres-w-john-o-groats https://www.morsmordre.net/t4137-skrytka-bankowa-nr-806#82308 https://www.morsmordre.net/t3214-lucinda-selwyn#55539
Gruzja, Tbilisi (01.10.1956)
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach