Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia


Ekipa forum
Jak rozwiązywać problemy wychowawcze?
AutorWiadomość
Jak rozwiązywać problemy wychowawcze? [odnośnik]20.10.15 19:51
W domu Averych hołdowano starym, wręcz średniowiecznym tradycjom, gdzie najważniejszą rolę odgrywała zasada patriarchatu. Niepodzielną władzę sprawował tam senior rodu i Samael nie pamiętał, aby kiedykolwiek było inaczej. Dziadek od zawsze zajmował pierwsze miejsce za stołem, przed nim najpierw się kłaniano i nawet jego ojciec zachowywał wobec Marcolfa jakąś tajemniczą – lub całkiem naturalną – rezerwę. Młody Avery nigdy nie myślał o nim w kategoriach staruszka. W jego oczach jawił się prędzej jako bohater i najwznioślejszy wzór do naśladowania. Ikoną uczyniła go matka, która nauczyła Samaela identycznego szacunku względem swego rodzica. Chłopiec nie zastanawiał się nad specyficznym rozdziałem praw i obowiązków, przyjmując niepodzielne panowanie Marcolfa za najzupełniej oczywiste. Może i dziadek powinien usunąć się w cień i pozwolić Reaganowi na pełnienie zaszczytnej funkcji głowy rodu, lecz zdaniem Samaela wywiązywał się z owych zadań perfekcyjnie. Nie był stetryczałym próchnem tylko pełnym sił, surowym mężczyzną, a on pragnął kiedyś stać się dokładnie taki sam. Kiedy przyjeżdżał z Hogwartu na letnie wakacje, nie szukał towarzystwa czy atencji ojca, lgnąc właśnie do swojego dziadka. On był dla Avery’ego największym autorytetem: dostrzegał podziw w oczach Lai za każdym razem, kiedy do pokoju wkraczał Marcolf i aspirował, by wzbudzać w matce dokładnie taką samą reakcję. Osiągnąć doskonałość mógł mu zaś pomóc jedynie on, pan i władca włości w hrabstwie Shropshire, trzymający w garści ich kilkuosobową rodzinę. W której niezwykle rzadko uwzględniał ojca, a prawie nigdy bliźniaków, utrzymując że jest jedynakiem. Tak poniekąd się czuł, rozpieszczany przez matkę i dorastający bez przykrego brzemienia w postaci młodszego rodzeństwa plączącego się u stóp. Brzdące nie wywoływały w młodzieńcu najmniejszego podrygu serca, raczej zdegustowania nad swoją nieporadnością. Szczerze cieszył się, iż nie zmuszają go do zabawy, integracji z tymi drobnymi, jasnowłosymi kukiełkami, które czasami dla własnej uciechy zderzał ze sobą, czerpiąc dziwną satysfakcję z ich donośnego płaczu. Allison i Soren byli intruzami, alienami w jego świecie i nie zamierzał się z nimi dzielić ani odrobiną rodzicielskiej czułości oraz troski, jaką otrzymywał od Laidan, jak również zainteresowaniem, które wykazywał nim jego dziadek. Samael był z siebie ogromnie dumny, gdy Marcolf prowadził z nim zawiłe dysputy, traktując go niemal jak dorosłego. Jego r o d z o n y ojciec nigdy z nim tak nie rozmawiał, przeważnie przerywając poważne kwestie pobłażliwym poczochraniem jego czupryny i rozbawionym uśmiechem z powodu słów twardych i brzmiących szczególnie okrutnie w ustach dwunastolatka. Samael nie szukał więc z nim kontaktu, dryfując w stronę dziadka, najmądrzejszej spośród znanych mu osób. Niegdyś lękał się, że go zawiedzie, a tym samym narazi się na gniew. Obecnie widmo ewentualnej kary nie przerażało go tak bardzo, jak świadomość, iż rozczaruje Marcolfa. Tylko ten dychawiczny strach przygniatał klatkę piersiową Samaela, utrudniając mu oddychanie, kiedy samotnie stawał przed obliczem swego dziadka. Darzył go respektem znacznie większym niż profesorów w Hogwarcie, respektem większym niż ten, jakim otaczał ojca i drżał przed niezadowoleniem seniora rodu. Jednak kiedy pukał do drzwi jego gabinetu był niesamowicie pewny siebie. Po usłyszeniu zaproszenia wyprostowany niczym struna i z dumnie uniesioną głową przekroczył próg pomieszczenia, natychmiast podchodząc do biurka, za którym siedział Marcolf. Młodzieniec ucałował jego dłoń ozdobioną rodowymi sygnetami, a kiedy nieznośna cisza utrzymywała się między nimi, zdecydował się ją przerwać. Nienauczony (jeszcze) należytej cierpliwości oraz tego, że milczenie jest złotem.
- Chciałeś mnie widzieć, dziadku – rzekł, odważnie patrząc mu prosto w oczy. Z ciekawością rozpalającą go od środka, bowiem liczył, że i dziś dowie się czegoś interesującego.


And when my heart began to bleed,
'Twas death and death indeed.
Samael Avery
Zawód : ordynator oddziału magiipsychiatrii
Wiek : 30
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Zaręczony
Szalony, niech ukocha swe samotne ściany
I nie targa łańcucha, by nie draźnić rany
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Doskonała rozpusta wymaga doskonałego odprężenia.
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t631-samael-marcolf-avery#1801 https://www.morsmordre.net/t1443-samaelowa-skrzynka-z-pogrozkami#12562 https://www.morsmordre.net/t807-call-me-doctor-love https://www.morsmordre.net/f119-shropshire-peace-street-102 https://www.morsmordre.net/t2798-skrytka-bankowa-nr-160#45281 https://www.morsmordre.net/t972-ten-lepszy-avery
Re: Jak rozwiązywać problemy wychowawcze? [odnośnik]24.10.15 12:07
Wygodnie oparty w fotelu gładził monotonnym gestem wierzch wielkiej księgi spoczywającej na biurku, której pozłacany grzbiet zdobiły wyraźnie rysujące się litery AVERY, wykaligrafowane równym pismem. Księga nie nosiła zewnętrznych znamion użytkowania; była albo nabytkiem zupełnie nowym, gotowym na rozdarcie stronic i pierwszego dziewiczego przeczytania, albo liczyła sobie już wiele dziesięcioleci, wdzięcznie pielęgnowana troskliwymi dłońmi, które usuwały z niej każdą niedoskonałość zaraz po jej powstaniu. Coś na cień nikłego uśmiechu pojawiło się na twarzy seniora rodu, gdy jego palce powoli przesuwały się po literowej wypukłości, obrysowując każdą z nich z należytą uwagą w jakimś groteskowym akcie inicjacji tuż przed tym, gdy okładka zostanie brutalnie otwarta, ukazując wszystkie swoje tajemnice. Zamknął oczy, czekając na zbliżającego się syna, który zapewne drobił już te swoje dziecięce kroczki gdzieś korytarzami na górze, nerwowo poprawiając mankiety koszuli, kołnierzyk, przeglądając się w każdym mijanym lustrze, by powitać dziadka nie tylko nienagannymi manierami, ale i doskonałym wyglądem. Marcolf nigdy się nie zastanawiał nad absurdalnym pomysłem, by zostawić dzieciom ich dzieciństwo; w świecie arystokracji takie pojęcie nie istniało, a najdoskonalszym prezentem dla młodych dziedziców było wyuczenie ich wszystkiego tego, co miało im się przydać w dorosłym życiu. Kiedy ród miał im wpajać niezbędną wiedzę, skoro większość swojego młodego życia - gdy jakakolwiek nauka miała w ogóle sens - młodzi arystokraci spędzali w murach Hogwartu? Gdzie byli narażeni na niebezpieczne myśli z zewnątrz, nieszlacheckie, mugolskie, wręcz szlamowate naleciałości; gdzie ich umysły toczone były niepożądanymi hasłami, gdzie zawierali znajomości zdecydowanie poniżej stanu, gdzie ich szlachecka duma, honor i godność spajała się w jedno z prostackimi zachowaniami plebejskiej tłuszczy.
Ponure rozmyślania przerwało mu pukanie do drzwi, a potem sylwetka chłopca wchodzącego do środka, który oddał mu należną cześć i stanął wyprostowany, oczekujący, ale w jego postawie nie było przestraszonej uległości; wyłącznie sam szacunek i odrobina ciekawości... która przestała być odrobiną, gdy z ust chłopca wydarło się kolejne zdanie. Marcolf uśmiechnął się teraz widocznie i odsunął od biurka, robiąc chłopcu miejsce obok siebie, by stanął przy nim. Ciężka dłoń mężczyzny opadła na chłopięce ramię, gdy drugą przyciągał księgę na skraj biurka. Litery zabłyszczały w świetle świec, których nie szczędzono w gabinecie.
- Skup się, Samaelu - powiedział cicho, otwierając tom na pierwszej stronie, gdzie eleganckim, lekkim pismem wyryto tytuł księgi. - Nasza rodowa historia - wyjaśnił zupełnie niepotrzebnie, bo chłopiec już wpatrywał się w litery z nabożnym zainteresowaniem, zupełnie niepodobnym do zwykłych dwunastolatków, którzy bardziej zainteresowani byli brojeniem i dokuczaniem, niż poważnymi obowiązkami. Marcolf z zadowoleniem stwierdził, że pierwszy rok pobytu w Hogwarcie nie zmienił jego potomka ani na jotę; nauki pobierane przez chłopca przed pójściem do szkoły okazały się wystarczające, by Samael mógł bezpiecznie zachować świadomość swojego pochodzenia. - Chcę, byś ją przeczytał, a póki co... - przełożył kilkadziesiąt, a może już i kilkaset stron, zatrzymując się na ostatnich zapisanych. Karty poświęcone Lai stanowiły bluźnierczy kontrast dla niewielkiej, ledwie kilkuzdaniowej wzmianki o Reaganie, ale Marcolfowi najwyraźniej zupełnie to nie przeszkadzało; nawet nie zwrócił na to uwagi, skupiając się na nowej stronie, której nagłówek zdobiło imię Samaela. Nigdzie nie było miejsca dla bliźniaków. Spojrzał na chłopca, kładąc dłoń na niezapisanej karcie, gdzie już wkrótce miały pojawić się litery i słowa łączące się w całość nowej historii, nowej opowieści o potomku Averych, godnym zapisania się w księdze równie mocnym akcentem, jak jego rodzice. To nie przegrani pisali historię - Reagan i bliźniaki mogli liczyć na drobne napomknienia - to zwycięzcy dyktowali skrybom swoją wersję zdarzeń i to ich punkt widzenia miał służyć przyszłym pokoleniom za niezachwianą pewność i fundamenty wiedzy.
Gość
Anonymous
Gość
Re: Jak rozwiązywać problemy wychowawcze? [odnośnik]25.10.15 13:26
Od maleńkości wpajano mu rozmaite nauki, które miały przygotować go do pełnienia w przyszłości funkcji głowy rodu. Samael wiedział, że kiedy tylko ukończy siedemnaście lat, będzie mierzył się z dorosłością, założy własną rodzinę i pokieruje jej losami, dokładnie w taki sam sposób, w jaki czynił to Marcolf. Młodzieniec praktycznie nie dostrzegał wkładu własnego ojca w funkcjonowanie ich familii. Reagan był gdzieś daleko, a on czuł się kompletnie odsunięty i pozbawiony z nim kontaktu. Którego jednak w ogóle nie pragnął, ponieważ zupełnie wystarczała mu atencja jednego rodzica. Z matką czuł dużo silniejszą emocjonalną więź, niż z tym miałkim mężczyzną, preferującym wygłupianie się z bliźniakami niż poważne zajęcia i dokształcanie go w dziedzinach, których nie nauczano w Hogwarcie. Laidan zapoznawała Samaela z kulturą i sztuką, otworzyła mu oczy na estetyzm i zasiała w nim wzrastające wciąż ziarno megalomanii. Młodzieniec posiadał pełne prawo, aby trzymać głowę wysoko i uważać się za daleko lepszego od swych rówieśników. Niewielu wszak chłopców w jego wieku (o dziewczętach nie wspominając) mogło pochwalić się doskonałą znajomością tak szerokich dziedzin oraz odpowiednią wrażliwością, aby właściwie interpretować piękno utrwalone na kartach papieru, w bloku śnieżnobiałego marmuru lub uwięzionego na płótnie. Zaangażowanie matki w wychowanie syna procentowało; Samael był w nią zapatrzony niczym w obraz Madonny pędzla Santiego i poważał ją znacznie bardziej niż Reagana, którego ledwo tolerował.
Niechęć bynajmniej nie wzięła się znikąd, lecz narastała stopniowo, dla niego prawdopodobnie zupełnie niezauważenie. Młodzieniec zawsze zachowywał się wręcz nieskazitelnie, odznaczając się doskonałym manierami, niezwykłymi wręcz jak na chłopca. Poddawany jednak twardej, niemalże żołnierskiej dyscyplinie seniora rodu Averych nawykł do posłuchu oraz niewyrażania na głos swego niezadowolenia. Brak posłuszeństwa wobec dziadka, czy inne, choćby i najmniejsze uchybienie groziło strąceniem ze szczytu aż w najgłębszą czeluść Tartaru. Samael nie potrafił wyobrazić sobie gorszego scenariusza od popadnięcia w niełaskę Marcolfa. Wówczas nawet matka nie uchroniłaby go przed karą, a chłopiec doskonale wiedział, iż żałowałby buntu znacznie dłużej, niż przypominałyby mu o tym piekące pośladki. Dziadkowi po prostu nie wolno było się sprzeciwiać: on rozporządzał majątkiem, on decydował o losie każdego członka ich rodziny i on podejmował decyzję w sprawach największej wagi. Młodzieniec domyślał się, iż kiedy nadejdzie odpowiednia pora, to właśnie on wybierze mu kobietę, z którą stanie na ślubnym kobiercu. Choć było to dla chłopca wizją odległą oraz nieco abstrakcyjną, wiedział, że taka jest naturalna kolej rzeczy, a Marcolf pragnie pewności, iż oddali zagrożenie jakiegokolwiek skandalu. Samael zaakceptowałby wszak każdy wybór dziadka, bez zbędnych pytań, czy niedorzecznych prób pertraktacji warunków.
Kiedy mężczyzna skinął na niego, natychmiast znalazł się tuż przy nim, nachylając się nad grubą księgą oprawioną w twardą skórę. Może zdjętą z mugoli, których ich przodkowie wyrżnęli przed laty, żeby zapewnić sobie dożywotnie panowanie nad tymi ziemiami? Samael zdusił w sobie to pytanie, z nabożeństwem wpatrując się w grube karty, zapełnione drobnym, eleganckim pismem. Wolumin zawierał w sobie dzieje ich rodu, historie, opisujące, w jaki sposób dotarli na sam szczyt i spoglądali na maluczkich z wysokiego nieboskłonu. Wątłe ramię chłopca nieznacznie się ugięło, ale już po chwili ponownie stał w pozycji pełnej gotowości, jak i bezwzględnego szacunku. Który należał się Marcolfowi z racji jego pozycji, wieku, ale przede wszystkim mądrości, w jaką młodzieniec wierzył bezkrytycznie.
-Tak jest, dziadku – odparł gorliwie, zachłannie przebiegając wzrokiem po tekście, stanowiącym epizody z życia jego matki. To oznaczało, że i on zostanie uwieczniony w owej księdze. Jego dziecięce policzki pokraśniały z zadowolenia, a w granatowych oczach pojawił się błysk zadowolenia oraz podniecenia, kiedy pytająco spoglądał na marsowe oblicze Marcolfa, z niecierpliwością oczekując potwierdzenia swych przypuszczeń, napełniających go niezmierzoną dumą.


And when my heart began to bleed,
'Twas death and death indeed.
Samael Avery
Zawód : ordynator oddziału magiipsychiatrii
Wiek : 30
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Zaręczony
Szalony, niech ukocha swe samotne ściany
I nie targa łańcucha, by nie draźnić rany
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Doskonała rozpusta wymaga doskonałego odprężenia.
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t631-samael-marcolf-avery#1801 https://www.morsmordre.net/t1443-samaelowa-skrzynka-z-pogrozkami#12562 https://www.morsmordre.net/t807-call-me-doctor-love https://www.morsmordre.net/f119-shropshire-peace-street-102 https://www.morsmordre.net/t2798-skrytka-bankowa-nr-160#45281 https://www.morsmordre.net/t972-ten-lepszy-avery
Re: Jak rozwiązywać problemy wychowawcze? [odnośnik]29.10.15 17:20
Doprawdy, jak łatwo było rozszyfrować tego chłopca. Jego dziecięce spojrzenie, choć na wiek dojrzałe i z pewnością znacznie różniące się od swoich rówieśników, było jednak wciąż spojrzeniem dziecka, nadal nieukształtowanego w pełni, robiącego błędy, stąpającego po kruchym lodzie, który nazbyt często się łamał, zmuszając Samaela do brodzenia w lodowatej toni własnych pomyłek. Było w tym chłopcu coś, co czyniła go wyjątkowym nie tylko z racji jego wspaniałego urodzenia, ale i ze sposobu bycia. Ród Averych należał do jednego z najświetniejszych; strzegł pilnie wszelkich tradycji i swojej historii, łamiąc jedynie te zasady, które stanowiły idiotyczne ograniczenia dla miłości. Marcolf z troską przyjrzał się twarzy Samaela, kryjąc w głębi serca dumę z postępów chłopca. Chociaż odkąd poszedł do Hogwartu, jego edukacja znacznie przystopowała, Marcolf z zadowoleniem przyznawał, że wykształcenie i nauki, jakie wpoił mu przez minione lata, procentowały i teraz. Samael nie zdziecinniał, nie stracił wrodzonej powagi i dumy, nie stał się rozkapryszonym bękartem, których nie brakowało w innych rodach; owszem, wciąż przejawiał wiele cech typowych dla dziecka, pozostawał wszak nadal młodym człowiekiem, ale były to jedyne drobne pozostałości, które miały już niebawem zniknąć. Tym większą więc budziły gorycz jego upadki, gdy nagle całe żmudne wychowanie okazywało się bezcelowe; gdy dziecięca fantazja przysłaniała dorosłą odpowiedzialność, jaką próbował w niego wszczepić. Na co były wielogodzinne tłumaczenia, nakazy, wielorakie nauki poparte przykładami, skoro Samael wciąż folgował swojemu postępowaniu, dopuszczając się zachowań wręcz karygodnych?
Jak to ostatnie, gdy w dziecięcej zabawie naraził się prawie że na ujawnienie, postępując z tym mugolskim pomiotem w sposób dalece odbiegający od wszelkich zasad, jakie Marcolf mu od dawna wpajał. Nie było potrzeby karać go dotkliwie; niemniej Samael powinien poznać na własnej skórze granicę, która dzieliła barbarzyństwo od stonowanej arogancji, jaką należało okazywać mugolom. Nie wątpił, że zaklęcie pozbawiające pamięci raz na zawsze załatwiło problem ze strony mugolskiego chłopaka - ale Samael wciąż pozostawał boleśnie nieświadomy braku odpowiedzialności, jakiego się dopuścił. Był jeszcze zbyt mały, zbyt niedoświadczony, by móc samodzielnie wskazywać pełzającym mugolom im właściwe miejsce; nie został jeszcze do tego właściwie przygotowany, wchodząc swoim zachowaniem w kompetencje dziadka - i za to właśnie miał ponieść karę. Zamknął księgę z cichym westchnieniem i spojrzał na chłopca, zastanawiając się nad odpowiednią formą kary. Nie zwykł stosować fizycznej przewagi do ukazywania swojej wielkości, tym razem jednak Samael popełnił wykroczenie, którego nie dało się załatwić zwyczajową rozmową i wskazaniem błędów; należało je utrwalić, uświadomić chłopcu, że na niego również przyjdzie pora w stosownym czasie, gdy będzie już gotowy przyjąć namaszczenie, które zesłał na niego los; póki co musiał jednak okazywać cierpliwość i szacunek dla swojego nauczyciela, a nie próbować mu imponować dziecinnymi zachowaniami.
- Możesz zostać pozbawiony przywileju pojawienia się w naszej kronice - zaczął cicho, odwracając chłopca twarzą do siebie. Jego przenikliwe spojrzenie wbiło się w dziecięce oczy, szukając w nich szoku, strachu i rosnącej niepewności. - A tak się stanie, jeśli nadal będziesz się zachowywał nieodpowiedzialnie. Ta sytuacja z mugolskim dzieckiem była niepotrzebna, naraziła cię na ujawnienie i co gorsza - zmrużył lekko oczy, zaciskając usta, przez co jego twarz nabrała o wiele ostrzejszego wyrazu - sprawiła, że musiałem się osobiście pofatygować, by naprawić twój błąd. - Wstał z fotela, stając krok od biurka. Jego wysoka sylwetka dominowała nad chłopięcą, teraz lekko skuloną, jakby Samael przeczuwał, że z pozoru beznamiętne słowa dziadka wcale nie skończą gładko całej sprawy. Czy żałował teraz, że jego wychowaniem nie zajmuje się Reagan? Jakkolwiek bezpłciowy i pozbawiony szlacheckiej dumy, którą Marcolf posiadał w każdym najmniejszym geście, był w stanie podarować Samaelowi każdą przewinę. Zapewne nawet niebezpieczeństwo ujawnienia się przed mugolem skwitowałby jedynie machnięciem ręki i pomrukiem, że każdy musi się wyszaleć w swoich młodzieńczych latach. - Ponieważ jesteś już prawie że młodym mężczyzną - w głosie Marcolfa dało się słyszeć prócz delikatnej dumy również brzęczenie słodkiej ironii - pozwolę ci wybrać: wolisz, żebym bił do pierwszej krwi, czy wymierzył ci dwadzieścia uderzeń, poprzestając tylko na tym? - jego dłoń spoczęła na spodniach, powoli odpinając pasek. Delektował się strachem bijącym od chłopca; doskonale wiedział, że to właśnie oczekiwanie na nieunikniony los jest o wiele boleśniejsze od razów spadających na ciało. Nie odczuwał przyjemności z karania Samaela. Był jego ukochanym synem, jedynym, który miał przekazać dalej prawdziwie nieskażoną krew rodu. I dlatego wymagał od niego znacznie więcej, niż senior wymaga od swojego dziedzica. W Samaelu nie mogło być żadnej, najmniejszej słabości i Marcolf musiał dopilnować, by tak się stało - stosując przy tym metody, które nie zawsze jemu samemu się podobały.
Gość
Anonymous
Gość
Re: Jak rozwiązywać problemy wychowawcze? [odnośnik]31.10.15 21:17
Spojrzenie, jakim młodziutki Samael patrzył na świat niewątpliwie różniło się od zaćmionego wzroku jego rówieśników. Obrazy, jakie rysowały się pod jego powiekami przybierały ostrzejsze barwy, wyraźniejsze kontury, utrzymane jednak w stonowanej, dorosłej formie. Zamiast fajerwerków, dziecięcych psot oraz figli (które nie przystawały przecież dziedzicowi rodu Averych), bez najmniejszego słowa sprzeciwu poświęcał się wszechstronnej edukacji. Jego czas wolny był zaś całkowicie wypełniony zajęciami, których cel również stanowił rozwój – zarówno intelektualny, jak i fizyczny. W wieku dwunastu lat nie potrafił jeszcze rozróżnić sfer otium oraz negotium, płynnie przenikających się i tworzących jedność, lecz doskonale rozumiał, konieczność takiego kształcenia. Dziadek odgrywał w nim rolę istotną – mentora oraz opiekuna. Niby Wergiliusz prowadzący Dantego po czeluściach piekielnych, odkrywał przed Samaelem kolejne wrota, wprowadzając go w tajniki sztuk niedostępnych dla wszystkich, przekazując wiedzę sekretną. Młodzieniec pęczniał z dumy za każdym razem, kiedy spotykał się z aprobatą seniora i starał się robić wszystko, aby na nią zasłużyć. Marcolf miał specjalne miejsce, nie tylko na szczycie hierarchicznej drabinie ich rodu, czarodziejskiego społeczeństwa, ale również i w wejrzeniu swego wnuka. Który gloryfikował go, nadając mu znamiona boga, który zstąpił między ludzi, aby łaskawie dzielić się z nimi swoim doświadczeniem. Samael nie znał ani mądrzejszego, ani bardziej władczego człowieka, ucieleśniając w dziadku cechy herosa, przywódcy. Słuchał go niemal w każdym aspekcie, wykonując rozkazy wręcz bez zastanowienia, instynktownie przyjmując ich słuszność. Dziadek zawsze miał rację, nigdy się nie mylił i dla chłopca czymś niewyobrażalnym było kwestionowanie jego słów. Do tej pory nie zdarzyło mu się uczynić tego wprost; kiedy w przypływie dziecięcego buntu oraz skrajnie głupiej nieodpowiedzialności protestował, robił to skrycie. Przeważnie rewolucja zostawała stłumiona w zarodku, zanim zdążyła słusznie rozpalić jego chłopięce serduszko. Finisz w postaci kilku niezadowolonych pomruków, natychmiastowo uciszanych jednym, ostrym, karcącym spojrzeniem. Samael kontrolował swe emocje na tyle dobrze, iż nie odstawiał żałosnych scen niezadowolenia z tupaniem nogami, krzykami i płaczliwym zawodzeniem. Nie tego wszak uczył go dziadek, który wpajał mu, że szlachcic winien odznaczać się powściągliwością, opanowaniem oraz rozwagą. Naturalnie, zdarzało się, że chłopiec nieco naginał granice, postawione mu przez Marcolfa. Mimo ciągu zasad, które recytował z pamięci oraz arystokratycznego, surowego wychowania, momentami mu się sprzeniewierzał. Nikt przecież nie stał ponad nim (z wyjątkiem dziadka) i przecież w s z y s t k o mu się należało. W mgnieniu oka mogła zostać spełniona każda jego zachcianka, czy to błahostka, czy też rzecz dużej wagi. Matka nie odmawiała jego prośbom, ojciec pobłażał aroganckim odzywkom, więc Samael s ł u s z n i e czuł się małym panem domu i okolicy. Nic dziwnego, iż zrobił porządek z brudnym mugolskim chłopcem, który pałętał się niebezpiecznie blisko granicy ich włości. Nie uczynił nic złego, ledwie go nastraszył i nie przejawiał z tego względu żadnych wyrzutów sumienia. Nie sądził też, iż ten incydent stanie się powodem, dla którego został wezwany przez Marcolfa. Oczekiwał raczej ciekawej lekcji historii, kolejnej opowieści o złotym wieku czarodziejskiej oligarchii, a zamiast tego otrzymywał reprymendę, będącą niczym hiobowe wieści – zapowiedzią nieszczęścia, kary, jaka miała spaść na niego z ręki dziadka. W którego wpatrywał się z najprawdziwszą zgrozą, porażony wręcz wizją, jaką przed nim roztoczył. Choć w Samaelu nadal próżno było doszukiwać się skruchy, czuł się przygwożdżony surowym spojrzeniem Marcolfa i jego twardymi słowami. Okrutnymi, ponieważ chłopiec miał przykre wrażenie, jakby został mu odebrany największy skarb. Pielęgnował w sobie bycie Averym, z godnością nosił to nazwisko, teraz zaś ledwo poskramiał chęć wybiegnięcia z gabinetu i dania upustu swej złości. Zatrzymały go wszakże mocne dłonie dziadka, stanowczo obracające go ku sobie – aby na pewno dotarło, co się do niego mówi? Milczał, z pokorą słuchając ostrego głosu mężczyzny, choć zacięty wyraz twarzy chłopca przeczył potulności postawy. Samael nie żałował swego postępku, nie widząc w nim absolutnie nic niewłaściwego. Pokazał mugolskiemu pomiotowi, że powinien okazywać szacunek – czemu dziadek miał mu to za złe? Stonowane argumenty jednakże przyniosły efekt: zrozumiał, że to pewne czynniki spowodowały, iż jego zachowanie spotkało się z gniewem dziadka. Kiedy więc ten dźwignął się ze swojego krzesła, chłopiec mimowolnie skurczył się w sobie, czując przeszywający go dreszcz. Nie wątpił, co zaraz nastąpi i nie przeliczył się, kiedy zapadł wyrok. Samael pobladł gwałtownie, niepewnie patrząc na Marcolfa, w dziecięcej naiwności oczekując aktu łaski.
- Dziadku… – wyrwało się z jego ust, lecz w odpowiedzi na pytające spojrzenie, zacisnął tylko usta i pokręcił głową. Ciało może się ulęknąć, lecz on sam zniesie karę bez strachu. Bez błagania o litość, bez żałości.
-Wybieram dwadzieścia uderzeń – powiedział, starając się pohamować drżenie głosu. Wyprostował się dumnie i wyzywająco popatrzył w oczy Marcolfa, obiecując sobie, że przyjmie swój los i nie będzie prosić o zmiłowanie. Był mężczyzną i tak też powinien się zachować.


And when my heart began to bleed,
'Twas death and death indeed.
Samael Avery
Zawód : ordynator oddziału magiipsychiatrii
Wiek : 30
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Zaręczony
Szalony, niech ukocha swe samotne ściany
I nie targa łańcucha, by nie draźnić rany
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Doskonała rozpusta wymaga doskonałego odprężenia.
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t631-samael-marcolf-avery#1801 https://www.morsmordre.net/t1443-samaelowa-skrzynka-z-pogrozkami#12562 https://www.morsmordre.net/t807-call-me-doctor-love https://www.morsmordre.net/f119-shropshire-peace-street-102 https://www.morsmordre.net/t2798-skrytka-bankowa-nr-160#45281 https://www.morsmordre.net/t972-ten-lepszy-avery
Re: Jak rozwiązywać problemy wychowawcze? [odnośnik]04.11.15 13:18
Dlaczego czasem poddajemy się karze z tak niezwykłą i zaskakującą dla siebie zgodnością i uległością, z przedziwnym pogodzeniem się losem, z którym zazwyczaj walczymy, chociaż w każdej innej sytuacji bronilibyśmy się przed tym barbarzyńskim aktem każdym nerwem i każdą komórką swojego ciała? Dlaczego niekiedy oczekujemy na karę z jakąś niezwykłą niecierpliwością i niepoprawnym wyuzdaniem? Co sprawia, że tak chętnie, tak desperacko nadstawiamy drugi policzek, pomni przy tym biblijnej nauki płynącej z kat świętej (ponoć?) księgi? Czyżby taka kara, choćby zadana ukochaną ręką, choćby wymierzona nienawistnym dotykiem, przynosiła złudne zbawienie i oczyszczenie? Katharsis, której nie dostąpimy w żadnej religijnej ceremonii, w żadnym rytualnym obmyciu się z winy wobec świata i ludzkości, wobec własnej duszy i własnej osoby?
Drobne ciało Samaela też spokojnie oczekiwało, godząc się z ciężkim losem, czy budowało pierwsze fundamenty buntu, pierwszy sprzeciw i wyraźny protest powstałe na poczuciu niesprawiedliwości? Na ogromnym zawodzie i na poczuciu, że został oszukany przez tego, w którym dotąd pokładał pełnię zaufania? Któremu wierzył we wszystkim, którego każdą naukę skwapliwie chłonął, który naznaczył go na swojego następcę, przekazując wiedzę nieznaną innym i wpajając zasady, które już zawsze miały rządzić jego przyszłym życiem? Co zrobić, gdy taka osoba staje się niespodziewanym katem? Marcolf nawet nie chciał się zastanawiać nad gonitwą myśli, która musiała teraz dręczyć wnuka - nie to było jego rolą teraz, gdy przyjął na swoje barki jarzmo karzącej siły. Gdyby zaczął rozmyślać, zastanawiać się, stawiać pytania, gdyby pojawiły się najmniejsze chociaż wątpliwości... Nie, nie zrezygnowałby z wymierzenia raz postanowionej kary, ale i sam począłby szukać w niej drugiego dna; innej (prawdziwej?) przyczyny swojego zachowania i swojej decyzji. Czy karałby wtedy wnuka, bo faktycznie na to zasłużył, czy tylko po to, by zademonstrować mu swoją pozycję i władzę? Jakkolwiek w myślach Samael mógł się buntować i sprzeciwiać całym sobą, złorzecząc i rzucając przekleństwami, płacząc i planując tchórzliwą ucieczkę, bocząc się i doznając skrajnej - w jego mniemaniu - niesprawiedliwości, Marcolf nie mógł mu odmówić tego, że nadal zachowywał względem niego bezwzględne posłuszeństwo, gdy stał przed nim z dumą w oczach - tą samą, która wyzierała ze spojrzenia Marcolfa i tą samą, która błyszczała w oczach Laidan - gdy godził się w końcu z nieuniknionym przeznaczeniem kary. Jeśli miała z tego płynąć dla niego jakaś lekcja, musiał doświadczyć jej na własnej skórze. Musiała wryć się w każdą komórkę jego ciała, w pamięć i umysł; musiała wracać za każdym razem, gdy Samael znów chciałby sięgnąć poza swoje możliwości, wchodząc w kompetencje, które jeszcze nie były mu przeznaczone. Kiedyś, gdy przyjdzie jego czas, być może sam stanie w podobnej sytuacji, rozdarty w rozterce między karą a pobłażliwością względem ukochanego potomka. Tego, w którym płynęła najczystsza krew rodu, ale z umysłem wciąż nieukształtowanym do końca.
- Zatem zsuń spodnie i oprzyj się o biurko - polecił, kiwając głową na znak aprobaty dla wnuka, że ten nie okazał się zdradziecko miękki w chwili swojej kolejnej próby. Chciał wychować go na mężczyznę, w którym nie byłoby najmniejszej słabości; te należało wyplenić jak najwcześniej, by nie wydały owocu, nie zakorzeniły się w dziecięcej świadomości jako coś dobrego i naturalnego. To nie słabości miały kształtować potomków Averych - tych godnych noszenia tego nazwiska - lecz siła, hart ducha i odpowiedzialność za własne czyny - choć z czasem niezrozumiałe dla ludzkości przez swoją wielkość - które były wizytówką każdego człowieka. To one miały być doskonalone, miały być celem samym w sobie, dzięki któremu Samael mógł poznać samego siebie; swoją naturę, nieodwracalnie złączoną z wartościami, które powinien wyznawać, a które Marcolf pieczołowicie wpajał mu przez ostatnie lata. Wartościami przekazywanymi z pokolenia na pokolenie: szacunku do rodu i nazwiska, do tradycji i zasad, do czystości - jak największej, o czym być może kiedyś miał się dowiedzieć - własnej krwi. O dumie i wyższości, która wyróżniała Averych spośród arystokratyczego motłochu. Ten rozwój własnej tożsamości, indywidualnego ja, ten powrót do korzeni tkwiących na historycznej płaszczyźnie, odbywał się nie tylko przez słowne nauki. Miał się też odbyć w aspekcie brutalne fizyczności, gdy kolejne uderzenia będą zapisywały się w abstrakcyjnej świadomości chłopca.
Gość
Anonymous
Gość
Re: Jak rozwiązywać problemy wychowawcze? [odnośnik]05.11.15 19:08

Dzieciństwo Samaela poniekąd było sielskie i anielskie. Spędzał je na łonie ukochanej rodziny, z którą separowały go wyłącznie miesiące nauki w Hogwarcie, czego przecież większość jego rówieśników nie doświadczała. Modelowy układ o jakim najczęściej słyszał i jakiemu wprost nie potrafił się nadziwić, przedstawiał matkę dbającą jedynie o swą prezencję, oschłego ojca-karierowicza oraz sztab służby, zajmującej nierzadko miejsce rodziców. Familia wciąż pozostawała tematem tabu, omijanym zwłaszcza przez dzieci, pilnie strzegących sekretów swoich domów. Samael również miał takich mnóstwo i nauczył się o nich nie mówić. Wśród arystokratycznych rodów panowała zacięta rywalizacja i choć zewnętrznie były spojone w silną jedność (niby za dawnych czasów złotej oligarchii), wewnętrzne podziały rysowały się zbyt zdecydowanie, aby im folgować. Cała jego wiedza i światopogląd – niesamowicie już ukształtowany z jasnym spojrzeniem na sprawy nurtujące raczej głowy dorosłych – spoczywał bezpieczny i silnie chroniony rękami dziadka. Który od lat nadzorował rozwój chłopca, sprawdzał poczynione przez niego postępy, wydawał przyzwolenie na rozrywki, stosowne dla dziedzica nazwiska oraz majątku. Młodzieniec zdecydowanie nie miał pstro w głowie i uważał się za nad wyraz dojrzałego i przygotowanego do życia, czekającego na niego za szklanym kloszem. Złote pręty klatki powoli zaczynały mu dokuczać, a rozbuchane ambicje żądały możliwości sprawdzenia się. Dostatecznie długo słuchał, aby zapragnąć samemu stać się częścią owej historii. Czy już odzywały się w nim zalążki megalomanii, gdy pragnął udowodnić, iż może tyle samo, a nawet i więcej, co jego zasłużeni przodkowie? Czy to uderzenie wody sodowej, czy też niekontrolowanie forma przerosła dziecięcą treść, pisaną jeszcze niewprawnym, chwiejnym pismem? Wewnętrznie buntował się całym sobą, każdy mięsień przynaglał ciało do odwrotu, a usta układały się do głośnego krzyku tak jawnej niesprawiedliwości. Miał ponieść karę – przyjmie ją z pokorą, gdyż wiedział, iż z dziadkiem się nie dyskutuje. Młodzieńca bolał jednak fakt tej bezpodstawności, odwrotnie proporcjonalnej do bardzo surowego wyroku. Za co otrzymywał naganę? Za swój postępek? Nie cofnąłby czasu, nawet gdyby została mu ofiarowana taka możliwość. Za swoje poglądy i chłodny osąd sytuacji? Doskonale zdawał sobie sprawę, iż Marcolf identycznie ocenia mugolskie popychadła, pałętające się niebacznie po ziemiach, gdzie ród Averych niegdyś decydował o życiu i śmierci wszystkich tam urodzonych. Czy to wyłącznie drobna nieostrożność ściągnęła na niego gniew dziadka? Niezauważalna niesubordynacja, nieznaczne zboczenie z wytyczonej przez niego drogi? Wiedział, iż winien podążać nią z całkowitą ufnością i poddawać się wszystkim wyrokom seniora rodu, jednakowoż p o t r z e b o w a ł impulsów oraz okazji do wykazania się. Teoretyzowanie nie leżało w naturze chłopca, gorączkowo spragnionego wrażeń i ciekawego świata. W oczach Samaela ten, który zawsze go do tego zachęcał i nakłaniał, właśnie nałożył nań potwornie ograniczające kajdany. Nie przekroczyłby przecież tej granicy i choć poniekąd pobudki dziadka były mu znane – nadal ocierały się o niesłuszność. Którą poczuł jeszcze dotkliwiej, słysząc to upokarzające polecenie, twardo padające z ust dziadka. Samael zacisnął drobne piąstki i spojrzał na Marcolfa spode łba, może aż nazbyt demonstrując swoje niezadowolenie. Narażając się tym samym jeszcze bardziej? Miał ochotę prychnąć lekceważąco: miał już d w a n a ś c i e lat! Nie pamiętał, kiedy ostatnio przyjmował podobną chłostę i właśnie takie potraktowanie zakuło najbardziej. To poniżenie paliło chłopca zdecydowanie mocniej niż jakiekolwiek uderzenie, lecz nie ważył się sprzeciwiać.
- Tak jest – powiedział hardo, głosem oschłym, zdecydowanie różniącym się od pełnego wigoru tonu, jakim chwilę wcześniej wypowiadał identyczne słowa. Odwrócił się od dziadka i bez słowa zsunął spodnie wraz z bielizną, czując, jak oblewa się szkarłatem, a jego ręce drżą z nieukrywanej złości. Raczej gniew niż wstyd był powodem pałających policzków, jednak milczał, próbując zachować resztki dumy, jaka jeszcze mu pozostała. Oparł się o biurko z nadzieją, iż Marcolf zrobi to szybko i pozwoli mu odejść. Bez konieczności patrzenia mu w twarz po czymś tak uwłaczającym męskiej godności Samaela.


And when my heart began to bleed,
'Twas death and death indeed.
Samael Avery
Zawód : ordynator oddziału magiipsychiatrii
Wiek : 30
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Zaręczony
Szalony, niech ukocha swe samotne ściany
I nie targa łańcucha, by nie draźnić rany
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Doskonała rozpusta wymaga doskonałego odprężenia.
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t631-samael-marcolf-avery#1801 https://www.morsmordre.net/t1443-samaelowa-skrzynka-z-pogrozkami#12562 https://www.morsmordre.net/t807-call-me-doctor-love https://www.morsmordre.net/f119-shropshire-peace-street-102 https://www.morsmordre.net/t2798-skrytka-bankowa-nr-160#45281 https://www.morsmordre.net/t972-ten-lepszy-avery
Re: Jak rozwiązywać problemy wychowawcze? [odnośnik]06.11.15 21:11
Prostota wychowawczych kar - czy to fizycznych, cielesnych, boleśnie rozrywających skórę, czy duchowych, umysłowych, godzących w uczuciowość, emocje i brutalnie miażdżących godność drugiej osoby, wdzierających się w ich poczucie wartości i upadlających do granic możliwości - tkwiła w ich nieuchronności. Ofiara wiedziała o zbliżającej się ręce sprawiedliwości, o zaciskających się palcach praworządności, które nadawały w końcu przestępstwu rangę zmazanej winy. Odbyta kara przekreślała przeszłość, przenosząc ją w mroki historii, okraszając ofiarę - teraz już uniewinnioną - czystą swobodą czynienia od nowa dobra lub zła. To od niej miało teraz zależeć, czy znów podda się pragnieniu uroczego grzeszenia i ryzyka ponownej kary, czy wstąpi na ścieżkę odpowiedzialności i unikania pokus. Marcolf nie wątpił, że Samael wyciągnie z dzisiejszego dnia właściwą naukę i choć teraz chłopiec sam do końca mógł nie rozumieć, dlaczego znalazł się w takiej sytuacji, z biegiem czasu z pewnością pojmie ciężar swojej przewiny. Zrozumie, czemu jego ukochany dziadek musiał posunąć się do kary z pozoru nieadekwatnej do popełnionego wykroczenia; dlaczego drobna potyczka z byle mugolem kosztować musiała utratę niemalże dziecięcej godności i szacunku, na jaki Samael pracował przez swoje całe dzieciństwo. Gdyby chodziło wyłącznie o krzywdę wyrządzoną mugolskiemu dziecku, Marcolf bez wahania machnąłby ręką na całe zajście, chwaląc wręcz wnuka za odpowiednią postawę; Samael popełnił jednak prosty błąd, stawiając siebie, dwunastoletniego chłopca, ponad zasady ustalone przez dziadka; wkroczył w kompetencje, które nie były domeną dziecka, nawet tak doskonałego stworzenia natury, jakim był młody dziedzic Averych. Tym razem jego krnąbrne zachowanie nie skończyło się większą szkodą - i Samael mógł to zawdzięczać wyłącznie łutowi szczęścia - ale Marcolf nie mógł pozwolić, by sytuacja znów się powtórzyła. By wnuk - nieprzygotowany przecież nawet w połowie do szlacheckiego życia, bez odpowiedniego wykształcenia i co najważniejsze, bez właściwej wiedzy o samej magii - mógł samodzielnie decydować o tym, co było przeznaczone wyłącznie dojrzałym czarodziejom. Marcolf nawet nie chciał myśleć, jak skończyłaby się cała ta farsa, gdyby mugolak dostrzegł coś więcej niż kilka błysków; gdyby konieczne było zaangażowanie ekipy amnezjatorów, a Ministerstwo zaczęłoby węszyć, wypytując, drążąc temat i poddając w wątpliwość metody wychowawcze stosowane w rezydencji Averych. To za to Samael miał dzisiaj odpowiedzieć i na nic zdawały się jego buntownicze nastroje, błyski w oku, zacięty wyraz twarzy. Widoczne w całej jego sylwetce niezadowolenie nie rozjuszyło jednak Marcolfa, czyniąc go jedynie bardziej zawiedzionym niż złym. Najwyraźniej dotychczasowe kształcenie wnuka nie przyniosło oczekiwanych efektów, a buntownicza postawa mająca niewiele wspólnego z wpajanym mu posłuszeństwem, była tego doskonałym przykładem.
Układał w dłoni pas, błądząc myślami gdzieś ponad brutalną fizyczność aktu, który zaraz miał nastąpić. Zastanawiał się, czy nie pokłada we wnuku przesadnej nadziei - skoro był krwią z jego krwi, najlepszą mieszanką bezwarunkowej miłości, jaką Marcolf obdarzał Laidan, doskonałym stworzeniem w swojej idealnej prostocie - czyż nie przejął tych samych cech, które niegdyś gnieździły się w ojcu? Samael miał być tym, który łączyć w sobie będzie to, co najlepsze; jego doskonałość miała przejawiać się w nienagannym zachowaniu, umiłowaniu tradycji, poszanowaniu historii i wartości wyznawanych przez ród. Miał być tym, który połączy dwa idealne pokolenia, czyniąc je jednością i przedłużając doskonałość dwóch osób w sobie samym - przez współudział i współuczestnictwo swojego umysłu i swojej duszy, podatnych na nauki wpajane przez Marcolfa. Pierwsze trzy uderzenia padły błyskawicznie, zanim Samael zdążył zacisnąć dłonie w pięści, czekając na wymierzenie kary. Skóra zabarwiła się na czerwono, znacząc ślady czerwonymi pręgami, gdy Marcolf uderzył jeszcze raz, i jeszcze, wymierzając kolejne siedem uderzeń. Dłoń zaciskająca się na skórzanym pasie pobielała; zaczął odczuwać jej lekkie drętwienie i drżenie, gdy unosił rękę, by opuścić ją zaraz ze świstem powietrza. Spojrzał na wnuka, zastanawiając się, czy chłopiec jest w stanie znieść drugą taką serię uderzeń, nie wybiegając z płaczem z pokoju i nie szukając ukojenia w ramionach matki. To była już nie tylko kara; to był swoisty sprawdzian, który miał pokazać, czy w dwunastolatku narodził się chociażby zalążek posłuszeństwa, jakiego wymagał Marcolf.
Gość
Anonymous
Gość
Re: Jak rozwiązywać problemy wychowawcze? [odnośnik]09.11.15 20:23
Nie raz i nie dwa miał okazję doświadczyć sprawiedliwości dziadka, kiedy w swej krnąbrności posuwał się nieco za daleko. Nie był wprawdzie niesfornymchłopcem, a jego nieodpowiednie zachowanie objawiało się właściwie w czynach poważnych. Samael pragnął usilnie naśladować swego dziadka we wszystkim, kopiować jego ruchy, postawę, głęboki ton głosu, surowe spojrzenie. Starał się kroczyć z równym dostojeństwem co Marcolf, mówić identycznie dobitnie i zmuszać do posłuchu samym tylko spojrzeniem. Naturalną koleją rzeczy było więc, iż pragnął posiadać podobne uprawnienia. Kiedy układał się do snu, wyobrażał sobie siebie na miejscu dziadka, dzierżącego nieograniczoną władzę. Niewątpliwie matka byłaby z niego bardzo dumna, gdy zobaczyła, na jakiego wspaniałego mężczyznę wyrósł jej syn. Dlatego tak uporczywie dążył do celu, który jednak osnuwał się zdradziecką mgłą przypadku. Oraz znienawidzonego zastoju, jeżeli nie regresu. Nie cierpiał stagnacji oraz nudy, niemalże zawsze poszukując wówczas zajęć na własną rękę. Kończących się w ten sposób – zaangażowaniem Marcolfa, krótką pogadanką oraz niezwykle wymownym ściągnięciem pasa. Dziadek budził strach (słusznie), aczkolwiek przesłaniał go olbrzymi szacunek, jaki Samael do niego żywił. Prawdopodobnie niwelujący odrobinę lęk przed karą. Młodzieniec był bowiem całkowicie pewny, iż Marcolf w żaden sposób go nie skrzywdzi. Mógł cierpieć (widział srogie postanowienie w jego stalowych oczach) fizycznie – przez bolesne uderzenia – i psychicznie – przez okropną plamę na honorze, jednakowoż wiedział, że nie dozna trwałego uszczerbku.
Zdawał sobie sprawę, iż tę karę zapamięta na długo, podobnie jak pamiętał każdą inną od niego otrzymaną. Wyrytą w świadomości, aby nie popełnił kolejny raz tej samej omyłki i nie podążał po szlaku wytyczonym przez błędne koło. Słowna lub fizyczna perswazja (chłosta) zawsze miało identyczny charakter. N a p r o w a d z a j ą c y chłopca na właściwy tok rozumowania oraz mimochodem podsyłający mu alternatywne rozwiązania zagadnienia, które zdawałoby się mieć tylko jedno rozwiązanie. Było to pouczające znacznie bardziej od zwykłego wykrzyczenia powinności, wytknięcia niedociągnięć i braków, okraszonego tęgim laniem. Młodzieniec ostatecznie sam musiał przyznać się do własnej głupoty i przyznać się do niej przed dziadkiem. Posłusznie krocząc wzdłuż jego ścieżki, aby ostatecznie przekonać się, iż rzeczywiście on miał rację. Na nic zdawały się głupie protesty i opieranie się zdaniu Marcolfa, skoro z każdego konfliktu to on wychodził z tarczą, a Samaelowi nie pozostawało nic innego, jak podporządkowanie się jego woli. Surowość kary oraz jej nieuchronność wpływało na chłopca, który zawsze starał się pomyśleć dwa razy, nim poważył się na gest, mogący wzbudzić dezaprobatę dziadka.
Słysząc niepokojące odgłosy skórzanego paska układanego w dłoni, miał ogromną ochotę się odwrócić, jakby chcąc się upewnić, czy zagrożenie rzeczywiście nadchodzi. Powstrzymał wszakże ten tchórzliwy gest, starając się nawet nie drgnąć i zachować wyniosły wyraz twarzy. Wręcz śmieszny na obliczu dwunastoletniego chłopca z nagim tyłkiem, wystawionym na razy. Dla Samaela jednakowoż sytuacja była nadzwyczaj poważna. Nie mógł okazać najmniejszej słabości, zawahania oraz na trzęsących się nogach przypaść dziadkowi do stóp, objąć jego kolana i ze łzami prosić o litość. Prędzej dałby się oćwiczyć skórzanym batogiem nie dwadzieścia, a dwieście razy, niż skomlałby o łaskę Marcolfa. Heroiczne myśli uciekły wszakże wraz z pierwszym, zupełnie niespodziewanym uderzeniem. Samael zawył, kiedy poczuł pulsujący ból rozchodzący się powoli po jego ciele. Piekło okropnie, lecz zawiniło bardziej zaskoczenie – chłopiec natychmiast przygryzł język, obiecując sobie w duchu, iż więcej nie wyda z siebie żadnego odgłosu skargi – ani jęku, ani najcichszego pisku. Kiedy słyszał świst pasa, instynktownie zamykał oczy i kurczowo zaciskał dłonie na kancie biurka, byle tylko nie ulec i nie poruszyć się niespokojnie, wiedziony prymitywnym instynktem samozachowawczym. Po twarzy młodzieńca płynęły łzy, których nie starał się już hamować – te przynajmniej nie alarmowały Marcolfa, iż ma już dość. Poprzysiągł sobie, iż wytrzyma i zamierzał wytrwać w postanowieniu. Ściskając coraz mocniej brzeg dębowego blatu, aż knykcie pobielały mu z wysiłku, kiedy próbował nie wydusić z siebie żadnego dźwięku. Mimo że czuł naprawdę dotkliwy ból i wiedział, iż to zaledwie półmetek kary.


And when my heart began to bleed,
'Twas death and death indeed.
Samael Avery
Zawód : ordynator oddziału magiipsychiatrii
Wiek : 30
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Zaręczony
Szalony, niech ukocha swe samotne ściany
I nie targa łańcucha, by nie draźnić rany
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Doskonała rozpusta wymaga doskonałego odprężenia.
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t631-samael-marcolf-avery#1801 https://www.morsmordre.net/t1443-samaelowa-skrzynka-z-pogrozkami#12562 https://www.morsmordre.net/t807-call-me-doctor-love https://www.morsmordre.net/f119-shropshire-peace-street-102 https://www.morsmordre.net/t2798-skrytka-bankowa-nr-160#45281 https://www.morsmordre.net/t972-ten-lepszy-avery
Re: Jak rozwiązywać problemy wychowawcze? [odnośnik]11.11.15 17:36
Może powinien częściej zastanawiać się nad tym, jakie metody wychowawcze stosować względem Samaela, by jego nauki przynosiły zawsze stuprocentowy efekt, nie pozostawiając najmniejszego pola na domysły i niejasności. Czy powinien skupić się wyłącznie na wpajaniu mu rodowej dumy i samoświadomości wyższości, jaka wyróżniała go na tle całej arystokracji? Czy raczej kierować jego myśli w stronę lekkiej, nieprzesadnej pokory i pokazać Samaelowi, że niezależność i samowystarczalność - chociaż pozytywne i pochwalane przez Marcolfa - należy czasem schować do kieszeni, dążąc do wyższych celów. Nie miał oporów przed wykorzystywaniem ludzi; szastał ich osobami jak marnymi pionkami na szachownicy, odkładając je na bok, gdy zostają zbite i muszą opuścić pole gry. Nie był jednak głupcem; robienie sobie wrogów wśród tych, którzy kiedyś mogli im zagrozić, było domeną fanatycznych arogantów, nieświadomych swoich słabości - każdy wszak miał swoją piętę Achillesa, słaby punkt, który należało z całych sił chronić. Nie zadzierał więc z tymi (a mógł), którzy mogli dysponować władzą i potęgą porównywalną z jego rodem, chociaż wielokrotnie w akcie prostackiej zemsty miał ochotę wytoczyć im wojnę; sprawdzić, za kim pójdzie arystokracja. Szykował dla ukochanego syna przyszłość, jakiej Samael nie mógł sobie samemu przygotować, tworzył grunt pod jego dorastanie, jego karierę, doskonale zdając sobie sprawę z tego, jak wymagające potrafią być arystokratyczne salony. Martwił się, chociaż z każdym kolejnym rokiem był coraz bardziej dumny z wnuka i z czynionych przez niego postępów. Nie był krnąbrny, nieposłuszny, nie buntował się i nie sprzeczał; okazywał należny mu szacunek, dając dowód swojej nadzwyczajnej dojrzałości... i nagle okazał się zbyt słaby, by wytrzymać w tym do samego końca. Marcolf musiał wyplenić z niego ten ostatni przejaw (nieświadomego?) buntu. Unosił pas z ponurą determinacją, nie zważając na pierwszy i jedyny okrzyk bólu Samaela. Dziecięce ciało prężyło się pod uderzeniami, ale chłopiec nie krzyknął, nie jęknął i nie powiedział nic więcej, chociaż Marcolf był pewien, że w środku cały się burzy przeciwko doznawanej krzywdzie. Miał przez ulotny moment ochotę przerwać należną torturę, ale dałby tym samym dowód swojej słabości - swojej własnej pięty Achillesowej - którą była bezwarunkowa miłość do swoich ukochanych dzieci. I właśnie z tej miłości nie przestawał liczyć kolejnych uderzeń, jedenastego, dwunastego, piętnastego i dwudziestego. Przerwał, biorąc głęboki oddech, zupełnie niepodobny do urywanego szlochu, który targał Samaelem; był zbyt mały, zbyt niedoświadczony, by umieć zapanować nad bólem i krzywdą, by nie dać po sobie poznać słusznego wzburzenia i wręcz tym samym kolejne narzędzie tortur dla swoich oprawców. W ostatnie uderzenie włożył zdecydowanie więcej siły niż w poprzednie, ulegając chwilowej złości na syna, który ten jeden jedyny raz posunął się zbyt daleko w swojej dziecięcej niezależności. Odsunął się, nie wypowiadając jednak żadnego słowa, a metalowa sprzączka pasa zabrzęczała cicho, mimo że w panującej ciszy brzmiało to wyjątkowo głośno, kalecząc uszy, które przywykły wyłącznie do chłopięcego szlochu. Usiadł w fotelu, mierząc Samaela spokojnym wzrokiem; lekkie zainteresowanie jego stanem ustąpiło od razu dziadkowej zadumie, jakby zastanawiał się, czy Samael odważy się jeszcze coś powiedzieć, przeprosić za swoje zachowanie, może nawet podziękować za wymierzenie kary, czy też wyjdzie bez słowa z gabinetu, szukając ukojenia w bezpiecznych ramionach matki? A może on sam powinien odnaleźć Laidan i nakazać jej zajęcie się synem i zaaplikowani mu odpowiedniej maści kojącej ból? Z drugiej strony nie chciał tego; kara nie miała się skończyć wraz z ostatnim uderzeniem, ale powinna trwać w świadomości chłopca jeszcze długo. A piekące pośladki były doskonałym sposobem, by wspomnienie to wryło się na zawsze w dziecięcą pamięć.
Gość
Anonymous
Gość
Re: Jak rozwiązywać problemy wychowawcze? [odnośnik]11.11.15 23:17

Był spokojny o swoją przyszłość zabezpieczoną rodzinnym majątkiem oraz wpływami rodziców. Oprócz tego dobry start w dorosłym życiu zagwarantowały mu nauki Marcolfa. Samael obracał się w gronie szlachetnie urodzonych dzieci i z cynizmem (zadziwiającym u dwunastolatka) zaliczał ich do grona imbecyli i półinteligentów. Nie umywali się przecież nawet w najmniejszym stopniu do niego – wykształconego perfekcyjnie według arystokratycznej myśli, wychowanego doskonale i pozbawionego tej irytującej maniery. Zadbał o to oczywiście jego dziadek – chłopiec znakomicie orientował się w hierarchii, nie wykraczał poza nią i nie demonstrował swoich fumów. Znał swoje miejsce – nad szlamami, pospolitymi mieszańcami i zdrajcami krwi – choćby nie wiadomo kim byli – oraz zdecydowanie pod dorosłymi szlachcicami, a już zwłaszcza – krewnymi. Noszenie nazwiska Avery zobowiązywało do lojalności wobec rodziny, a młodzieniec za nic nie chciał splamić jej honoru swoimi niedorzecznymi postępkami. Rozumiał zależności, pokornie wypełniał swoje obowiązki, poddawał się rozkazom dziadka – czy to tyczącymi się błahych kwestii wystrojenia się w elegancką szatę podczas wizyty ważnego urzędnika z Ministerstwa, czy tym poważnym, które miały rzutować na jego całe życie. Chłopiec był niezmiernie wdzięczny dziadkowi za wkład w swoje wychowanie. Wiedział, ile własnego, jakże cennego czasu Marcolf poświęca na jego edukację, czyniąc to dobrowolnie i nigdy mu tego nie wypominając. Potrafił docenić zaangażowanie seniora rodu – często wręcz niespotykane. Godziny, jakie spędzał wraz z dziadkiem nad księgami, analizowaniem runicznych inskrypcji, słuchaniem wykładów z historii magii oraz wprawianiem się w sztuce konwersacji przecież nigdy nie miały mu się materialnie zwrócić. Od tak podstawowych nauk byli guwernerzy, a jednak Marcolf osobiście dbał o rozwój Samaela. Chłopiec w tej chwili odbierał zaś karę (nagrodę?) za pojedyncze nieposłuszeństwo, wykroczenie widocznie straszliwe i zasługujące na brutalne sprowadzenie na ziemię. Czyżby nadużył zaufania dziadka bardziej niż przypuszczał? Młodzieniec struchlał ze strachu, kiedy ogarnęła go przerażająca wizja gniewu Marcolfa, wydziedziczenia, a także towarzyszącej mu wiecznie, niezmywalnej hańby. Nie tak to się jednak miało skończyć – posłusznie przyjmując na siebie dwadzieścia uderzeń, zmazywał swoje winy i odkupywał grzechy. Dlatego usilnie zaciskał zęby, postanawiając, że cokolwiek by się działo, nie umknie przed dokonaniem się całego wyroku. Cel szczytny: dowiedzenie swego męstwa, niezłomności, umiejętności zaakceptowania konsekwencji swego zachowania, wykazanie swoistego rodzaju odpowiedzialności za własne czyny. Wielu dorosłych czarodziejów nie była do tego zdolna – dwunastoletni Avery z pielęgnowanym od maleńkości poczuciu obowiązku nie potrafił zignorować wyzwania. Nie był tchórzem, kulącym się na świst pasa, nie bał się spojrzeć w oczy swemu katu. Który przecież przyjmował tę rolę wyłącznie na chwilę i tylko w celu uświadomienia mu pewnych niezbywalnych racji oraz błędów, jakie niebacznie popełnił. Samael już rozumiał i nie sprzeciwiał się już nawet w duchu, kiedy na jego pośladki spadały kolejne uderzenia. Łzy obficie płynęły mu po twarzy, ale nie wydarł z siebie najcichszego lamentu ani jęku. Cierpiał w ciszy, jak przystało na prawdziwego mężczyznę. Skargi i użalanie się nad sobą było domeną słabych niewiast, nie zaś twardych wojowników. Ból promieniował, palił, rozchodząc się po jego ciele i dotykając niemalże każdej jego komórki, ale młodzieniec pozostawał nieugięty w swym postanowieniu. Przełykał słone łzy w kompletnej ciszy – zakończonej w momencie ostatniego świstu skórzanego pasa, zdecydowanie najsilniejszego uderzenia, po którym zaczerpnął głęboki oddech – oraz cichego brzęku metalowej klamry. Samael przez moment nie ruszał się, nadal zaciskając dłonie na krawędzi biurka, opanowując dygotanie oraz drżenie ust od hamowanego płaczu. Podciągnął spodnie, po czym skierował się ku siedzącemu w fotelu Marcolfowi.
-To już się nie powtórzy, dziadku – rzekł, nieco bardziej piskliwym tonem niż zamierzał – przepraszam. I dziękuję – dodał, po raz kolejny całując jego dłoń. Z nadzieją, iż dziadek nie będzie chciał kontynuować tematu i pozwoli mu odejść, nie komentując zaczerwienionych i zapuchniętych od szlochu oczu.


And when my heart began to bleed,
'Twas death and death indeed.
Samael Avery
Zawód : ordynator oddziału magiipsychiatrii
Wiek : 30
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Zaręczony
Szalony, niech ukocha swe samotne ściany
I nie targa łańcucha, by nie draźnić rany
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Doskonała rozpusta wymaga doskonałego odprężenia.
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t631-samael-marcolf-avery#1801 https://www.morsmordre.net/t1443-samaelowa-skrzynka-z-pogrozkami#12562 https://www.morsmordre.net/t807-call-me-doctor-love https://www.morsmordre.net/f119-shropshire-peace-street-102 https://www.morsmordre.net/t2798-skrytka-bankowa-nr-160#45281 https://www.morsmordre.net/t972-ten-lepszy-avery
Re: Jak rozwiązywać problemy wychowawcze? [odnośnik]15.11.15 13:05
Marcolf nie poczuwał się do bycia szlachcicem jako takim; jego rodowa duma, samoświadomość i swoiste przekonanie o własnej wielkości, przeradzające się po latach w specyficzną pewność wynikającą z wiedzy, nie pozwalała mu identyfikować się z każdym, kogo natura i los umieścili na drabinie społecznej na równi z nim. Jego szczebel znajdował się zdecydowanie wyżej, ponad szlachecką burżuazją z mieszczańskimi, plebejskimi zachowaniami, które niegodne były prawdziwego arystokraty - arystokraty, nie szlachcica, który swój tytuł zawdzięczał przypadkowi. Ród Averych od wielu pokoleń, od setek lat stał na straży rodzinnej tradycji, rodzinnej historii, wpajając swoim dzieciom nauki i wiedzę, której nie posiadły inne rody. W mrokach przeszłości niknęła nieczysta krew, którą nieopacznie wprowadzano do rodu, natychmiast wypalając czarne piętno na tych, którzy ośmielili się zbrukać wielowiekową czystość. I w końcu on, Marcolf, dokonał cudownego zjednoczenia pokoleń, tworząc sobie dziedzica niemalże opływającego w świętość tejże krwi: doskonałego w każdym calu, łączącego krew rodu w skondensowanej postaci. A teraz jego największa nadzieja na zbudowanie rodowej potęgi okazała się niedostatecznym wytworem jego rąk, nieułożonym do końca, nieposłusznym (choćby nieświadomie), wyraźnie pokazując długą drogę, jaka ich jeszcze czekała, by uczynić z Samela jego wierną kopię, wzbogaconą indywidualizmem syna i jego nieprzeciętnymi cechami charakteru. Przyjdzie czas, gdy będzie mu sączył do ucha słodkie słowa o prymitywności kobiet, wskazując Laidan jako chlubny wyjątek w tej tłuszczy kobiecego plugastwa. Teraz jednak musiał wykonać swój obowiązek, ucząc Samaela czegoś zupełnie innego, pokazując mu, że granice posłuszeństwa nie są stałe i trwałe i że zawsze można je jeszcze bardziej przesunąć. Niemniej z pewną satysfakcją i radością przyjął w ciszy bezpośredni gest szacunku Samaela, na który chłopiec zdobył się chwilę później, gdy uderzenia ustały, a pokój opanowało jedynie gasnące chlipanie i wciąganie nosa. Resztki odgłosów minionej kary, trwale drążącej właśnie cienkie tunele w myślach chłopca i bezczelnie wdzierające się w jego świadomość. Podobało mu się, że syn znalazł w sobie jeszcze tyle godności, by przyjąć karę z pełną odpowiedzialnością swoich czynów, nie zapominając przy tym o oczekiwaniach Marcolfa. On sam nie czuł i nie wyobrażał sobie, by słodkie podziękowanie Samaela mogło godzić w jego dumę - wręcz przeciwne, to była kolejna nauka, jaką chłopiec musiał przyswoić... i wykorzystać w przyszłości, gdy to jemu z wdzięcznością będą się kłaniać w pas, całować dłoń i patrzeć w oczy z bezwarunkową lojalnością tylko za to, że łaskawie naprowadził zgubione owieczki na właściwą drogę, nie pozwalając im dłużej błąkać się w ciemności.
- Jestem z ciebie dumny, Samaelu - powiedział w końcu, mierząc go spojrzeniem, w którym kryła się nagła łagodność, kontrastująca karykaturalnie z dotychczasową brutalnością czynów. - Udowodniłeś po raz kolejny, że jesteś wart noszenia naszego nazwiska. - Wstał z fotela, a przez jego twarz przemknął nigdy uśmiech, kiedy kładł mu rękę na ramieniu, zanim chwilę później opuścił gabinet, zostawiając w nim Samaela samego z księgą, która wciąż leżała na biurku.

z/t
Gość
Anonymous
Gość
Re: Jak rozwiązywać problemy wychowawcze? [odnośnik]15.11.15 19:40
Ból wciąż pulsował z identyczną mocą i młodzieniec nadal odczuwał mocny fizyczny dyskomfort. Połączony z piekącym wstydem, który skumulował się w wyjątkowo nieprzyjemny sposób.
Z powodu obnażenia się przed dziadkiem, z powodu łez, jakie płynęły mu po policzkach, z powodu szlochu, który wydarł się z zaciśniętych ust. Oraz z powodu nieposłuszeństwa. Kara najwidoczniej przyniosła efekty, bowiem chłopiec był okropnie zakłopotany, zażenowany własnym zachowaniem. Dopiero teraz otworzyły mu się oczy na ewentualne następstwa jego czynu. Hańba, niezmywalne piętno na nim oraz na całym rodzie. Wystawienie na pośmiewisko nazwiska, utrata przywilejów oraz własnej godności. Dlatego słowa przeprosin oraz podziękowania były prawdziwe. Powinien odczuwać wdzięczność nie tylko za oświecenie, ale również za łaskawość dziadka. Samael znał jego ciężką rękę, a po przemyśleniu sytuacji (nawet z dziecięcego, nieukształtowanego właściwie punktu widzenia), wiedział iż zasługiwał na karę – może i surowszą niż złojenie skóry. Zniesienie tej próby okazało się jednak uszlachetniające. Słowa pochwały oraz uznania płynące z ust dziadka może i nie ukoiły jego cierpienia, ale podniosły go na duchu i sprawiły, iż przestał czuć się jak najpodlejszy robak. Odwzajemnił słaby uśmiech, dłoń zatrzymującą się na swym ramieniu odczytując jako największy zaszczyt. Podążył wzrokiem za dziadkiem, kiedy ten zostawiał go samego w swoim gabinecie. Czy chciał, aby przemyślał jeszcze raz dzisiejsze wypadki? Może tym gestem nakazywał mu, by zaczął zapoznawać się z treścią opasłego tomiszcza, zawierającego historię ich rodu? Samael nie wątpił, iż wkrótce zostanie z niej dokładnie odpytany. Egzaminy z historii magii nie umywały się stopniem trudności do pytań, zadawanych mu przez dziadka, kiedy ten pragnął sprawdzić jego wiedzę. Chłopiec zdawał sobie sprawę, że musi opanować materiał dokładnie i w krótkim czasie, nie czyniąc Marcolfowi okazji, do wypomnienia mu kolejnej niesubordynacji. Nie ważył się usiąść na dziadkowym fotelu (również z uwagi na wciąż dokuczające mu pośladki), lecz stojąc przy biurku studiował księgę, cofając się do samego jej początku, opiewającego czyny Averych sprzed jedenastu stuleci. Wraz z wybiciem pełnej godziny zabrał ze sobą księgę i wyszedł z gabinetu, nie kłopocząc się z doprowadzeniem swego wyglądu do porządku. Wciąż miał mocno zaczerwienione oczy, na twarzy widać było ślady niedawnych łez, koszula byle jak wepchnięta z powrotem w spodnie wystawała z nich, dziwnie wygięta – Samaela jednak w ogóle to nie obchodziło. Przynajmniej do momentu, kiedy na drugim końcu korytarza zauważył swoją matkę. W pierwszym odruchu zapragnął się gdzieś przed nią schować, żeby nie zdradzić tej haniebnej i niemęskiej słabości, jednakowoż wiedział, iż byłoby to niegrzeczne. Jedną ręką otarł twarz, aby się upewnić, iż nie błyszczą się już na niej żadne krople wilgoci, po czym włożył koszulę do spodni, aby prezentować się porządnie. Podejrzewał, iż matka i tak domyśli się, co się wydarzyło za zamkniętymi drzwiami gabinetu Marcolfa, ale nie zamierzał mówić jej o tym pierwszy. Nie naskarży przecież na dziadka – był zresztą pewny, iż mama nie podważyłaby jego metod wychowawczych – słusznych?


And when my heart began to bleed,
'Twas death and death indeed.
Samael Avery
Zawód : ordynator oddziału magiipsychiatrii
Wiek : 30
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Zaręczony
Szalony, niech ukocha swe samotne ściany
I nie targa łańcucha, by nie draźnić rany
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Doskonała rozpusta wymaga doskonałego odprężenia.
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t631-samael-marcolf-avery#1801 https://www.morsmordre.net/t1443-samaelowa-skrzynka-z-pogrozkami#12562 https://www.morsmordre.net/t807-call-me-doctor-love https://www.morsmordre.net/f119-shropshire-peace-street-102 https://www.morsmordre.net/t2798-skrytka-bankowa-nr-160#45281 https://www.morsmordre.net/t972-ten-lepszy-avery
Re: Jak rozwiązywać problemy wychowawcze? [odnośnik]15.11.15 20:52
Popołudniowe spotkanie z Cedriną przebiegło w lepszej niż doskonała atmosferze. W końcu, po długiej rozłące, Laidan udało się wyrwać panią Rosier z nieco zbyt zaborczych ramion męża oraz obowiązków, po raz pierwszy od dłuższego czasu mogąc porozmawiać z nią naprawdę swobodnie z dala od przytłaczających murów rodzinnych posiadłości. Uwielbiała różany ogród w Dover, ale nawet w pięknych okolicznościach przyrody czuła się odrobinę nieswojo, otoczona posłusznymi skrzatami, guwernantkami oraz latoroślami rodu, nie pozwalającymi na toczenie długich dyskusji. Niekoniecznie dotyczących przyziemnych spraw, od których Laidan chciała się oderwać. Marzenie spełniło się z nawiązką, bo nie dość, że mogła spędzić z wieloletnią przyjaciółką kilka godzin, to jeszcze cały czas przeznaczyły na kontemplację sztuki w National Portrait Gallery. Trochę wyśmiewając się z mugolskich zapędów do czynienia obrazów magicznymi, chociaż w głębi duszy Lai przy pewnych arcydziełach czuła się wręcz poruszona, co przykrywała zjadliwą krytyką. Brakowało jej wspólnego spacerowania po marmurowych wnętrzach galerii, dzielenia się spostrzeżeniami i po prostu kobiecego towarzystwa, przy którym nie musiała zachowywać pozorów kobiecej sympatii. Cedrina stanowiła wyjątek potwierdzający mało feministyczną regułę: Laidan nie przepadała za przedstawicielkami płci pięknej, uznając je w większości za pretensjonalne heroiny albo źle wychowane lafiryndy. Rosier posiadała jednak zarówno klasę jak i wiedzę, stanowiąc godną kompankę dla Avery. Zwłaszcza, kiedy w grę wchodziła sztuka wysoka oraz kieliszki o równie wysokiej stopce, wypełnione białym winem, gdy żegnały się w luksusowej, acz kameralnej restauracji w Hampstead. Cedrinę wzywał mąż a Laidan nie zamierzała naciskać na przedłużenie spotkania, przyjmując obietnicę rychłego ponowienia podobnej przyjemnej wycieczki - tym razem także i do nowo powstałej pod pieczą Avery galerii.
Nic więc dziwnego, że powracająca do Shropshire Lai uśmiechała się lekko nawet do skrzatów, przycinających właśnie żywopłot, prowadzący wyłożoną marmurem ścieżką ku drzwiom domu. Teleportowała się niedaleko posiadłości, postanawiając zakończyć wyrwanie się ze szponów Reagana krótkim spacerem wśród ulubionych dalii. Wahała się, czy nie zerwać jednego, wyjątkowo pięknego kwiatu, ale takie działanie byłoby zbyt niefrasobliwe, nawet jak na stan leciutkiego upojenia lampką wina. Odetchnęła tylko głębiej, rozkoszując się intensywnym aromatem, po czym skręciła w kierunku głównego wejścia, pozwalając zatrudnionemu lokajowi odebrać swoje okrycie. Zignorowała pytanie o ewentualne zaanonsowanie wizyty; skrzywiła się tylko nieznacznie w wyrazie niezadowolenia, odsyłającego mężczyznę do pomieszczeń przeznaczonych dla służby. Wygięte usta powróciły jednak szybko do lekkiego uśmiechu, kiedy zgrabnie pokonywała szerokie, dębowe schody, by jak najszybciej znaleźć się na drugim piętrze i móc zastukać do drzwi gabinetu ojca. Nie widzieli się długie cztery dni i Laidan łaknęła jego towarzystwa z niemalże niemoralną niecierpliwością. Przechodząc obok lustra w złotej ramie, postawionego w jednym z setek korytarzy, zerknęła kontrolnie w odbicie, sprawdzając, czy jej długie włosy są dalej puszyste a sukienka wygląda odpowiednio przyzwoicie. Poprawiła perłowy naszyjnik i ruszyła dalej…zauważając na końcu korytarza Samaela. Uśmiech na jej twarzy powinien zgasnąć – obecność pierworodnego syna w tym miejscu oznaczało, że nauki pobierane u Marcolfa skończyły się nieco wcześniej, a profesor udał się znów do Ministerstwa – ale smutek nigdy nie mógł zagościć w jej sercu, nie, kiedy widziała swoje ukochane dziecko. Westchnęła tylko lekko do swoich niegodnych myśli, odsuwając je tym dalej, im bliżej znajdowała się stojącego na środku korytarza panicza: nawet z odległości kilkunastu kroków zauważała niepokojące gesty, ocieranie oczu i szybkie próby poprawy swego wyglądu. Serce zadrżało jej z nagłego smutku; znalazła się przy Samaelu od razu, próbując na szybko doszukać się w jego wyglądzie jakiejś rany lub śmiertelnego zagrożenia. Pobieżne oględziny nie wskazały żadnego śladu krwi, co ukoiło nieco histeryczne obawy Laidan, niepasujące do doskonale wychowanej kobiety, traktujące swoje dzieci z dystansem. Gdyby zauważyła zranione bliźnięta, pewnie żałowałaby, że nie zostały zamordowane, ale pierworodny syn był kimś nieporównywalnie ważniejszym, dlatego też dotknęła przelotnie palcami jego brody, unosząc jego głowę nieco do góry. Nadal była o dobrych kilka centymetrów wyższa od syna, co – we własnej głowie – usprawiedliwiało czułe pieszczoty matki. Teraz posyłającej mu pytające spojrzenie, przesuwające się także po zaschniętych na policzkach łzach.
- Co się stało, najdroższy? – powiedziała, powoli przesuwając opuszką kciuka po ostatnim, niewytartym jeszcze mokrym śladzie smutku po prawej stronie jego wąskich ust.



when your smile is so wide and your heels are so high you can't cry

Laidan Avery
Zawód : mecenas i krytyk sztuki
Wiek : 48 lat
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Wdowa
I wanna see this world, I wanna see it boil
I wanna burn the sky, I wanna burn the breeze
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Jak rozwiązywać problemy wychowawcze? Tumblr_n6rzyyaEVN1rmr774o6_250
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t1280-laidan-avery https://www.morsmordre.net/t1289-ludwig#9767 https://www.morsmordre.net/t1290-kobieta-w-czerwieni https://www.morsmordre.net/f98-shropshire-ludlow-dwor-averych https://www.morsmordre.net/t1532-laidan-avery
Re: Jak rozwiązywać problemy wychowawcze? [odnośnik]21.11.15 14:21
Przywiązanie do matki powinno kwalifikować go jako zniewieściałego, jeszcze całkiem dziecinnego, , aczkolwiek Samael był przecież całkowitym przeciwieństwem wychuchanego, przebieranego w śliczne sukienki, wydelikaconego chłoptasia. Poczuwał się do męskich obowiązków oraz do naśladownictwa swego dziadka – ojciec wszak nie stanowił dlań żadnego wzoru. Marcolf zaś również okazywał Laidan swe względy, więc i on nie miał najmniejszy obiekcji przed manifestacją uczuć płynącą w stronę matki. Młodzieniec nie dostrzegał w tym absolutnie nic zdrożnego, nawet pomimo osiągnięcia wieku, w jakim (rzekomo) nie wypadało mu już przebywać w części przeznaczonej wyłącznie dla kobiet. Wyrastał w przekonaniu, że rodzina jest największą spośród wszystkich świętości, zaś matka, która dbała o pielęgnację tych więzi, zasługiwała na szacunek.
Czuł się przez nią kochany, ale nie na pokaz i nie podczas przyjęć, a na każdym kroku, jaki stawiał na krętej ścieżce prowadzącej ku dorosłości. Lai prowadziła go po niej za rękę, zaznaczając w ten sposób ich wyjątkowość. Chętnie chwalił się tym zainteresowaniem rodzicielki (bynajmniej niewymuszonym) wśród szkolnych towarzyszy, zaś z jeszcze większą satysfakcją obnosił się ową uwagą przed oczami bliźniaków. Spragnionych uczucia, jakiego Samael miał nawet w nadmiarze, ale egoistycznie nie zamierzał się nim dzielić. Zawłaszczał atencję matki t y l k o dla siebie, wręcz zaborczo, roszcząc sobie prawo do wyłączności. Otrzymał ją: długie godziny spędzone na spacerach w ogrodzie, wspólnym muzykowaniu i fortepianowych ćwiczeniach, szlifowaniu idealnego francuskiego akcentu należały wyłącznie do niego. Podobnie jak i myśli matki, kiedy wyjątkowo (i na krótką chwilę) udało mu się przebić przez tworzoną przezeń barierę i dostrzec wyjątkowo schludne oraz poukładane wzory jej umysłu. W którym przeplatał się on wraz z dziadkiem, w cudownej mozaice, która dawała chłopcu pewność, iż jest dla Lai najważniejszy na świecie.
Odczytywał to z każdego jej gestu oraz spojrzenia; od przygładzenia niesfornych włosów podczas uroczystego bankietu po tkliwy wzrok i twarz ściśniętą w grymasie tęsknoty, tuż przed jego wyjazdem do szkoły. Nie chciał więc przysparzać jej bólu ani trosk, nie chciał, aby się o niego martwiła. Był już w końcu prawie dorosły i to on powinien zacząć się nią opiekować. Nie mógł przecież ponownie wybuchnąć płaczem, rozkleić się, pozwolić, aby stało się to na jej oczach. Zawsze starał się być idealny: wybitnie poprawny, kulturalny, perfekcyjny. Ukazanie emocji stanowiłoby ogromny błąd, zaprzeczający powściągliwości, do jakiej nawykł. Obawiał się zresztą nie tylko swej własnej słabości; piekący ból rozszedł się po ciele, pozostawiając po sobie ledwie nikłe igiełki dyskomfortu – Samael niepokoił się o reakcję matki. Czy przyklaśnie dziadkowi, zruga go srodze za nieposłuszeństwo, czy pocieszy i wstawi się za nim u Marcolfa? Chłopiec pamiętał, że Lai wywalczyła im jego studia w Hogwarcie, jednakowoż nie zamierzał narażać matki i stawiać jej między Scyllą a Charybdą. Dlatego też, kiedy matka w kilku zaledwie krokach znalazła się przy nim – uporczywie odwracał głowę, aby nie mogła spojrzeć w jego zaczerwienione oczy i odczytać z nich całego przebiegu wydarzeń. Jego ciałko lekko zadrżało, zmagając się z ogromnym dysonansem uczuć: z jednej strony pragnął wtulić się w pierś matki, zarzucić jej ręce na szyję i znaleźć ukojenie w tej uspokajającej, rodzicielskiej bliskości, z drugiej wolałby zniknąć niezauważenie, zanadto nie frasując Lai. Z rezygnacją poddał się jednak, pozwalając na uniesienie swej głowy, choć wstydliwie umykał przed nią wzrokiem. Spłonił się, gdy matka ocierała łzę spływającą z jego twarzy: dowód słabości, szkalujący go jako mężczyznę. Zawahał się nieznacznie, wbijając spojrzenie w niezidentyfikowany punkt wysoko sklepionego sufitu i mnąc w palcach rąbek koszuli.
- Nic takiego, mamo – wymamrotał cicho – naprawdę – dodał, nieco bardziej zdecydowanie, choć jego głos nadal się trząsł. W końcu nie wytrzymał i po prostu przylgnął ciałem do Lai, chowając głowę w zagłębieniu jej szyi. Marząc jedynie o czułym uścisku oraz nierozpoczynaniu maratonu pytań, na które nie miał najmniejszej ochoty odpowiadać.


And when my heart began to bleed,
'Twas death and death indeed.
Samael Avery
Zawód : ordynator oddziału magiipsychiatrii
Wiek : 30
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Zaręczony
Szalony, niech ukocha swe samotne ściany
I nie targa łańcucha, by nie draźnić rany
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Doskonała rozpusta wymaga doskonałego odprężenia.
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t631-samael-marcolf-avery#1801 https://www.morsmordre.net/t1443-samaelowa-skrzynka-z-pogrozkami#12562 https://www.morsmordre.net/t807-call-me-doctor-love https://www.morsmordre.net/f119-shropshire-peace-street-102 https://www.morsmordre.net/t2798-skrytka-bankowa-nr-160#45281 https://www.morsmordre.net/t972-ten-lepszy-avery

Strona 1 z 2 1, 2  Next

Jak rozwiązywać problemy wychowawcze?
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach