Wydarzenia






 
IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Share | 
 

 Komis Menteur

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6, 7, 8  Next
AutorWiadomość
Mistrz gry
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
naczelny mąciciel
odwieczny
n/d
n/d
Do you wanna live forever?
99
99
99
99
99
99
Czarodziej

PisanieTemat: Komis Menteur   07.03.16 18:31

First topic message reminder :

Komis Menteur

Niewielki sklepik umieszczony na krańcu ulicy Śmiertelnego Nokturnu. Bordowa witryna pokryta mchem i kurzem nie zachęca do wejścia do środka. Podobno znajdziesz tu wiele skradzionych rzeczy, których czarodziejscy złodzieje chcą się pozbyć zanim wywęszy ich magiczna policja. Gdy przekroczy się próg, od razu nozdrza drażni zapach stęchlizny. Stara lada pokryta jest przeróżnymi bibelotami. Trudno jest zrobić chociaż krok przez piętrzące się kartony. Właściciel zazwyczaj czuwa nad swoją skromną kolekcją, wykłócając się z klientami o coraz wyższą cenę. Nikt nigdy nie wie, czy jest do nich aż tak przywiązany, czy aż tak chciwy? Nokturn podobno rządzi się swoimi prawami. Sklepik ma dość spore zaplecze, lecz właściciel niechętnie tam kogokolwiek wpuszcza. Na małych taboretach zazwyczaj siedzi jego dwójka synów, która w wolnym czasie struga mroczne figurki z drewna.


Powrót do góry Go down

AutorWiadomość
Benjamin Wright
avatar

Gwardia Zakonu
Gwardia Zakonu
https://www.morsmordre.net/t656-benjamin-wright https://www.morsmordre.net/t683-smok#2087 https://www.morsmordre.net/t3555-nokturnowa-rubryka-towarzyska#62778 https://www.morsmordre.net/f104-smiertelny-nokturn-20-6 https://www.morsmordre.net/t1416-jaimie-wright
eks-gwiazda quidditcha, nadzorca w smoczym rezerwacie
32
Półkrwi
Kawaler
may the bridges I burn
light the way
40
16
0
5
0
1
14
36
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Komis Menteur   03.07.16 11:00

| 30 grudnia

Poświąteczna a przedsylwestrowa krzątanina czarodziejskiego świata, tłoczącego się na wyjątkowo ciasnej o tej porze roku Pokątnej, sprzyjała niespodziewanym spotkaniom. Przypadkowe wpadnięcie na znienawidzonego profesora z Hogwartu, teraz utykającego o lasce i przez to nieco mniej przerażającego niż przed laty. Nadepnięcie na uroczą kilkulatkę, dziwnym trafem okazującą się córką dziewczęcia, które w szczenięcych latach wywoływało szybsze bicie serca i skłaniało do niegodnych myśli. Wysypanie stosu kociołków na niczego nie spodziewającego się przyjaciela ze smoczych wypraw, uśmiechającego się szeroko pomimo poparzeń, przecinających zmęczoną twarz. Wszystko to stawało się bardzo prawdopodobne w tym magicznym czasie, w którym każdy - dosłownie każdy - załatwiał ostatnie sprawunki, jakby z nadejściem mitycznej północy ostatni dzień grudnia stawał się jednocześnie ostatnim dniem życia.
Benjamin wyjątkowo nie wyłamywał się z społecznego schematu, choć na Pokątną wygnała go raczej krytyczna potrzeba a nie szaleńcza chęć wydania kilku galeonów. Może dlatego, że galeonów właściwie nie posiadał a może dlatego, że niezbyt nęciły go sklepy, budujące ściany handlowego tunelu, pełnego podekscytowanych głosów mężczyzn, trajkotania kobiet i pisków dzieciarni, liczącej na to, że oprócz gwiazdkowych prezentów otrzymają jeszcze najnowszy model miotły. Wright torował sobie drogę wśród tego tłumu, starając się nie wgnieść żadnego berbecia (ani tym bardziej goblina) w zaśnieżony bruk. Zerkanie pod nogi prawie pozbawiło go możliwości uczestniczenia w szaradach losu, stawiających mu na drodze dawnego znajomego, lecz na szczęście w odpowiednim momencie spojrzał w bok, gdzie pod drzwiami Esów Floresów (zaglądał tam nieziemsko rzadko, słusznie uznając księgarnię za przybytek wiedzy niepotrzebnej filozofowi swego pokroju) stał wyprostowany Colin Fawley we własnej, szlacheckiej acz zdegenerowanej do cna osobie.
W innym dniu - i innym stanie emocjonalnym - zapewne Wright pomachałby mu serdecznie i ruszył przed siebie, w kierunku Dziurawego Kotła, by liczyć na Frankową przyjaźń (dzielili wspólną kobietę, z pewnością powinien postawić mu za to Ognistą), ale widocznie świąteczna aura wpłynęła i na brodacza, bowiem skręcił przez tłum ludzi i ruszył ku brzegowi człowieczej rzeki. Po chwili stał już obok Fawleya, posyłając mu szeroki acz nieco kpiący uśmiech i wyciągając rękę, by klepnąć go przyjacielsko po ramieniu. Już otwierał nawet usta, do jakichś wesołych życzeń, zawierających wypominanie nieudanego ujeżdżania podczas ostatnich łowów, ale jego wzrok znów skierował się w inną stronę. W dół. Zmieniając wyraz twarzy Wrighta na dość...zaskoczony, żeby nie powiedzieć targnięty czystym szokiem. I nie sprawiła tego blada dłoń bez rękawiczki (cóż za nieodpowiedzialność) a drugi komplet palców. A właściwie jego brak.
- Na galopującego kutasa Merlina - zaklął bardzo szpetnie, co na szczęście nie zostało usłyszane w ogólnym gwarze. Powrócił wzrokiem do twarzy Colina, jakby szukając w przystojnych rysach jakiejś wskazówki lub kolejnych blizn, mających wytłumaczyć tą nagłą absencję dość istotnej części ludzkiego ciała. Właściwie mógłby powiedzieć coś więcej, ale wesolutka atmosfera Pokątnej, ociekająca lukrem i podekscytowaniem z powodu zbliżającego się Sylwestra, nie pasowała mu do tak poważnej pogawędki, dlatego mruknął coś o bardziej sprzyjających okolicznościach i niezbyt delikatnie szarpnął Colina za połę płaszcza, wpychając go najpierw w boczny zaułek sklepu a potem wiodąc wąskimi uliczkami prosto w otchłanie Nokturnu. Zatrzymał się dopiero na tyłach Komisu Menteura, w końcu odnajdując spokój, intymność i coraz mroźniejszy (a także mroczniejszy) klimat, doskonale odzwierciedlający jego zdezorientowane myśli. - Wpychałeś rękę tam, gdzie nie trzeba, Fawley? - zagadnął jednak w swym stylu, rubasznie i idiotycznie zarazem, po pierwszym wybuchu benjaminowej głupoty reagując jednak w miarę sensownie. Odkaszlnął i spytał już poważniej. - Co się stało? - mruknął, opierając się o mur bocznej ściany sklepu. Nie przywlókł go tutaj bez powodu a rozhasana przez święta Zakonu empatia pokierowała go niemalże instynktownie do (ostatniego) miejsca, gdzie Colin mógłby znaleźć coś dla siebie, ale...na razie nie wylewał swojej troski, chcąc najpierw usłyszeć zapierającą historię o walce z diabelską mantykorą. Ewentualnie o przerażającym fetyszu jednego z tych popieprzonych szlachciców, w których łaski Fawley ostatnio lubił się wkradać.




Make my messes matter, make this chaos count.
Powrót do góry Go down
Colin Fawley
avatar

Nieaktywni neutralni
Nieaktywni neutralni
http://morsmordre.forumpolish.com/t592-colin-fawley http://morsmordre.forumpolish.com/t1184-poczta-kociarza-colina https://www.morsmordre.net/t2648-ten-smaczniejszy-wafelek http://morsmordre.forumpolish.com/f123-inverness-stuart-street http://morsmordre.forumpolish.com/t1185-colin-fawley
Właściciel Esów&Floresów i własnej sieci ksiegarni
36
Szlachetna
Kawaler
Zasada pierwsza: nie angażować się
9
9
0
0
1
2
0
5
Czarodziej
A co, jeśli wszyscy żyjemy w świecie, który nie ma końca?

PisanieTemat: Re: Komis Menteur   05.07.16 10:41

Pierwszy haust powietrza zaciągnięty gwałtownie po wyjściu z Munga, gdzie otaczał go nieprzyjemny, świdrujący nos zapach szpitala, Colin mógł porównać - choć nieco bluźnierczo - do czysto fizycznej przyjemności. Prawie czuł, jak jego płuca wypełniają się odżywczym tlenem, świeżą mieszanką życiodajnego powietrza, które rozchodziło się po całym organizmie, pobudzając leniwe, opieszałe komórki do działania i mobilizując każdy nerw do większego i wrażliwszego odczuwania tego, co  przygotował dla niego wielki świat. Uparcie nie patrzył tylko w dół, przezornie chowając zabandażowaną wciąż dłoń (jej nędzną pozostałość?) do kieszeni płaszcza, oszukując się j e s z c z e przez kilka kolejnych godzin, że wszystko jest w porządku i nic się nie zmieniło. Odkładał jak mógł chwilę, w której będzie musiał zmierzyć się z rzeczywistością; wypowiedzieć na głos słowa, których nie chciał wypowiadać; pogodzić się z przeznaczeniem, które po raz kolejny z niego zadrwiło, czyniąc go - jakże nienawidził tego słowa! - kaleką do końca życia. Och, owszem, magomedycy sugerowali magiczną protezę, delikatnie napominali o innych rozwiązaniach twierdząc, że spotykali już o wiele gorsze przypadki, ale Colin nie chciał o tym słyszeć. Nie wtedy, gdy wszystko było jeszcze tak obrzydliwie świeże, a wspomnienie drwiącego uśmiechu Samaela i błysku zaklęcia sprawiało, że dostawał mdłości, blednąc momentalnie i drżąc na całym ciele w niemej panice. Nie przed bólem i nie przed Averym; w panice przed powtórką z zawodu, jaki wtedy odczuł, z rozczarowania Samaelem i z rozczarowania samym sobą, że okazał się tak dziecinnie, żałośnie naiwny. Poświęcił mu, przyznawał to bez żadnej przesady, najlepsze lata swojego życia. Nie! Oddał mu swoje życie do wyłącznej dyspozycji, klękając przed nim wielokroć i składając raz po raz hołd bezwarunkowego posłuszeństwa; przysięgając wierność i posłuszeństwo, godząc się na wszystko, czego tylko Avery by zapragnął, w geście ponurej, acz pełnej satysfakcji wdzięczności dla szlachcica. Wystarczyło jednak kilka brutalnych słów, kilka zdań wypowiedzianych szeptem, niemalże wyplutych z obrzydzeniem, aby Colin poczuł się zwolniony ze wszelkich przysiąg i obietnic. A teraz znalazł się tutaj, drobiąc kroki wzdłuż Pokątnej, kierując się - całkowicie automatycznie - w stronę swojej księgarni i zatrzymując się przed wejściem, nie do końca pewien, czy chce wejść do środka i już dziś zacząć stawiać czoła rzeczywistości.
Zamyślił się, nieświadomie wyciągając zranioną dłoń z kieszeni płaszcza, opierając się o szklaną witrynę i spoglądając niewidzącym wzrokiem na tłum osób przemierzających ulicę w desperackim, przedsylwestrowym szale, gdy nagle się okazuje, że mimo wielodniowych przygotowań nadal czegoś brakuje. Sam nie miał najmniejszego pomysłu na to, jak spędzić własnego Sylwestra i Nowy Rok; zaproszenie na Sabat wydawało mu się teraz kpiną, zresztą nie miał najmniejszej ochoty znów oglądać parszywej gęby Avery'ego. Pozostawała zabawa w Dolinie Godryka, o której nieśmiało przebąkiwała wcześniej Keira, ale i do tego pomysłu nie był do końca przekonany; nie chciał robić za tanią sensację i jednorękiego bandytę. W tym całym zamyśleniu nie zauważył masywnej postaci Wrighta, która pojawiła się tuż obok, przysłaniając i tak nieliczne promienie słońca, z uporem przedostającego się przez zachmurzone, zaśnieżone niebo - co samo w sobie świadczyło już o stanie Colina, skoro Wright miał wymiary ekstra powiększonej szafy trzydrzwiowej z najnowszej kolekcji producenta mebli Komodorro z Madrytu i był typem gościa, który raczej od razu rzuca się w oczy. Postanowił zignorować wulgaryzm łagodnie spływający między Wrightowymi wargami (już dawno zrozumiał, że tak jak nawracanie niesfornego lwa na wegetarianizm mija się z celem, tak uczenie Wrighta poprawnego języka jest zajęciem dla desperatów), ale od razu się zrehabilitował, znów chowając kikut dłoni w kieszeń. Nie miał zamiaru zwracać na siebie większej uwagi niż to było konieczne.
- Mówiła, że jest dziewicą, a okazała się psychopatyczną piranią - odpowiedział mu jednak równie rubasznie i uznając, że czarny humor może być bardzo dobrym sposobem na poradzenie sobie z kopiącym go w dupę życiem. - Poza tym... lepiej dłoń niż sam-wiesz-co - wzruszył ramionami pilnując, aby ręka nie wysunęła się z kieszeni płaszcza; tylko tyle brakowało, aby Wright zaczął ją teraz macać na środku ulicy. Ten jednak najwyraźniej nie zamierzał prowadzić żadnych interesów na Pokątnej i wywlókł Colina prosto na Nokturn, zaciągając go między jakimiś bocznymi uliczkami, zakamarkami i dziwnymi przejściami, o których istnieniu Colin wolałby nigdy nie wiedzieć (i ich nie poczuć), aż w końcu stanęli pod zniszczoną witryną komisu. Skrzywił się nieznacznie, jakby ten widok coś mu przypominał; mgliste wspomnienie rozproszyło się jednak błyskawicznie, zastąpione setkami innych. - Nigdy nie ufaj kobietom, Benjaminie, nigdy. A już na pewno nie tym, które twierdzą, że są dziewicami - przykazał mu poważnie, wbijając w środek jego klatki piersiowej palec wskazujący zdrowej dłoni i patrząc na niego z namysłem. - Chociaż ciebie chyba nie muszę ostrzegać, co, stary pryku? - zaśmiał się niepewnie, próbując uniknąć dokładniejszych wyjaśnień o swoim małym wypadku. Miał nadzieję, że dzisiaj Wright okaże się winem. Albo kotem. Wino i koty nie pytały, wino i koty zawsze rozumiały.


Powrót do góry Go down
Benjamin Wright
avatar

Gwardia Zakonu
Gwardia Zakonu
https://www.morsmordre.net/t656-benjamin-wright https://www.morsmordre.net/t683-smok#2087 https://www.morsmordre.net/t3555-nokturnowa-rubryka-towarzyska#62778 https://www.morsmordre.net/f104-smiertelny-nokturn-20-6 https://www.morsmordre.net/t1416-jaimie-wright
eks-gwiazda quidditcha, nadzorca w smoczym rezerwacie
32
Półkrwi
Kawaler
may the bridges I burn
light the way
40
16
0
5
0
1
14
36
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Komis Menteur   05.07.16 13:20

Właściwie ciągnięcie za sobą Colina w zakamarki Nokturnu nie miało najmniejszego sensu, ale Wright działał jak zwykle instynktownie, zostawiając mózg daleko za sobą. W krainie szczęśliwości, gorących pocałunków Percivala, psiej sierści, rozlanej na stół Ognistej i zakurzonych plakatów Qudditcha. Sporo zmieniło się w przytulnej kawalerce od czasu, w którym często przebywał tam Fawley i być może dlatego Ben zamierzał na nowo pokazać mu urządzone odmiennie wnętrza (popielniczka przestawiona bardziej na prawo parapetu i zapach nowej wody kolońskiej w łazience), przy okazji urządzając wesołą wycieczkę po ciemnych zaułkach. Tak w ramach przypomnienia stanu kawalerstwa, kiedy to w podobnie mroźnych okolicach przyciskał Colina do ceglanych ścian, by wygłodniale sięgać po jego spierzchnięte od mrozu usta. Teraz też takie posiadał - dziwne, że ślepy na romantyczne drobiazgi Jaimie zauważał takie rzeczy - ale wyjątkowo myśli brodacza skupiały się wokół innych części ciała, nie zapędzając się w niemoralne rejony wspominania nagiego mężczyzny. Brak dłoni stawał się problemem na tyle palącym, że zerkał z ukosa na Fawleya absolutnie moralnie. Być może wpływ miał na to także szczęśliwy związek i serce spętane zielonym spojrzeniem innych, szlacheckich oczu, ale Wright nie analizował swojego wnętrza, chcąc po prostu zabrać Colina gdzieś, gdzie będą mogli swobodnie porozmawiać.
Ciąg przyczynowo-skutkowy mózgu Bena sprawdził się więc doskonale. Ciemne uliczki dodać spokój dodać brak ręki równa się...zaułek za komisem, w którym przecież mogły znajdować się magiczne kule! Albo protezy. Albo chociaż śmieszny piszczący pluszak-bazyliszek, który mógłby odciągać uwagę od niekompletności członków szlachcica. Wright nie widział w tym nic niedorzecznego, na razie jednak nie zamierzając przekraczać progu przybytku Menteura. Chłodna ściana za plecami koiła poświąteczne emocje, nie hamując jednak ciekawości, niezaspokojonej rubaszną opowiastką Colina.
Owszem, Wright zawtórował zachwyconym rechocikiem, lecz ten urwał się dość szybko. Zapisał sobie w pamięci doskonały żart o vagina dentata, by wykorzystać go podczas następnej popijawy Zakonu, a następnie przeszedł do kontynuowania troskliwego wywiadu.
- Słabo zabierałeś się do tego rozdziewiczania, skoro straciłeś dłoń a nie kutasa - zauważył niezwykle bystrze, nie bawiąc się w eufemistyczne nazwy. Byli dorosłymi mężczyznami, na dorosłym Nokturnie, dorośle biorąc sprawy w swoje ręce. Niestety, w przypadku Colina już niedosłownie. Ben zaśmiał się ponownie do swoich szalenie zabawnych myśli, wyciągając z kieszeni kurtki paczkę fajek. Wyjął z niej dwie sztuki, jedną wsuwając do swoich ust a drugą mało kulturalnie wpychając pomiędzy wargi Fawleya. - Jak teraz będziesz robił...no, wszystko? Będę musiał od teraz odpalać ci szluga jakbyś był jakąś panienką lekkich obyczajów - spytał może niedelikatnie, ale ze szczerą troską, faktycznie podtykając zardzewiałą zapalniczkę pod colinowego papierosa, szybko jarzącego się ogniem. Śmiech śmiechem, ale Jaimie czuł jakąś świąteczną niezgodę na dziki los, pozbawiający dłoni jego...dawnego przyjaciela? Widzianego raz na pół roku kolegi? Byłego pojętnego kochanka? Mężczyzna na pewno mógł widzieć pewne zafrasowanie, przebłyskujące z czekoladowych tęczówek, ciepłych i przyjacielskich pomimo panującego w zaułku półmroku i dość mrocznej tematyki. - Ale tak na poważnie, co tu się odpierdoliło? - spytał już całkiem serio, zaciągając się papierosem z wyraźną lubością, jakby trzymany pet był dużo lepszy od arystokratycznych cygar.




Make my messes matter, make this chaos count.
Powrót do góry Go down
Colin Fawley
avatar

Nieaktywni neutralni
Nieaktywni neutralni
http://morsmordre.forumpolish.com/t592-colin-fawley http://morsmordre.forumpolish.com/t1184-poczta-kociarza-colina https://www.morsmordre.net/t2648-ten-smaczniejszy-wafelek http://morsmordre.forumpolish.com/f123-inverness-stuart-street http://morsmordre.forumpolish.com/t1185-colin-fawley
Właściciel Esów&Floresów i własnej sieci ksiegarni
36
Szlachetna
Kawaler
Zasada pierwsza: nie angażować się
9
9
0
0
1
2
0
5
Czarodziej
A co, jeśli wszyscy żyjemy w świecie, który nie ma końca?

PisanieTemat: Re: Komis Menteur   10.07.16 13:57

Colin raczej wybuchnąłby śmiechem - a nawet na pewno dusiłby się ze śmiechu, żałując swoim płucom nadmiernego wysiłku przy kolejnych haustach powietrza - gdyby zdawał sobie sprawę z tego, jak jego małe, niespodziewane i absolutnie nieprzyjemne kalectwo absorbuje uwagę Wrighta, działając jak jakiś cholerny, zupełnie zaskakujący pas cnoty. Póki co jednak usilnie ignorował spojrzenia Benjamina, raz po raz wędrujące w kierunku jego dłoni, wzdychając jednak w duchu i uświadamiając sobie, że zapewne właśnie tak - że d o k ł a d n i e tak - będzie teraz wyglądało jego życie w następnych kilku tygodniach. Ciekawskie spojrzenia, zdziwienie malujące się na twarzy, niemo pytające spojrzenia, może nawet wścibskie paluchy, które koniecznie będą chciały go dotknąć i pomacać, aby upewnić się, że Colin nie stosuje żadnej magicznej sztuczki ani iluzji. Dziesiątki pytań i dziesiątki bajeczek, które będę musiał na bieżąco wymyślać, aby ukryć swój faktyczny stan i trzymać w tajemnicy powód, dla którego jego szanowny corpus został tak brutalnie pozbawiony dość istotnej swojej części. Najchętniej więc zaszyłby się teraz w Szkocji, gdzie od pytań, odpowiedzi, ciekawości i współczujących słów przyjaciół dzielić go będą śnieżne zaspy - miał w tym w końcu doświadczenie, w ucieczce od świata i w odcinaniu się od wszystkiego, w zapominaniu o przeszłości i życiu wyłącznie dniem teraźniejszym, jakby jutro było mało istotne i niewarte poświęcania mu uwagi. Jednak, o ironio, nie mógł, ponieważ przeszłość była teraz dla niego zbyt ważna, a świat, którego wcześniej nienawidził, okazał się jednak wart jego zainteresowania, jego czasu... nawet jego specyficznej miłości. Świat, który pokazał mu Samael, nawet bez niego mógł nadal zachować swoje piękno i zachwycać - w zaułkach Nokturnu, w spokoju ulicy Pokątnej, w gwarze i krzątaninie Esów i Floresów; wszędzie, gdzie Colin zostawił swoją historię, jakąś część siebie stale przypominającą mu o tych najwspanialszych, najpiękniejszych chwilach.
- Możesz uważać mnie za wymuskanego paniczyka, ale nie jestem pieprzonym dzieckiem, Wright, żeby wszystko robić za mnie - powiedział z nagłą wrogością w głosie, jakby żart wielkoluda go uraził, a przynajmniej zirytował. Nie przywykł jeszcze do swojego małego defektu i wciąż wiele czynności próbował robić automatycznie, dopiero po chwili orientując się, że z powodu braku dłoni są nie do końca wykonalne. Był wtedy zły na samego siebie, na swoje zagubienie, ale przynajmniej n i k t poza nim nie widział tych głupich wpadek; i nikt poza nim nie uświadamiał mu teraz, że wszystko się zmieni. A teraz pojawiał się rozczochrany Wright w tym swoim rubasznym śmiechem i sylwetką zajmującą pół zaułka, prosto z mostu oświadczając coś, co dla Colina było wciąż delikatną kwestią, nierozwiązaną i cholernie skomplikowaną. - Mam różdżkę. A ty byłbyś okropną pielęgniarką - dodał już mniej zirytowany, zdrową ręką poprawiając papierosa w ustach. Mały czerwony punkcik na jego końcu zapłonął mocniej, żarząc się chwilę jaśniejszym światłem, gdy Colin wciągnął powietrze, trując płuca dymem. I krztusząc się chwilę później; paskudztwo, czy na tym Nokturnie nie mieli porządnych używek? A może jego szlacheckie gardło przywykło do eleganckich, delikatnych papierosowych woni? Spojrzał z niesmakiem na Benjamina, który zaciągał się papierosem jak Colim przepysznym kawiorem na arystokratycznych przyjęciach.
- Okazało się, że moja praca księgarza jest bardziej niebezpieczna niż przypuszczałem - stwierdził lakonicznie, stawiając pierwsze fundamenty pod całą lawinę kłamstw, które będzie musiał teraz wypowiadać. Przyznanie się, że stracił rękę w wyniku czarnomagicznego zaklęcia, które w dodatku rzucił sam i które odbiło się nieszczęśliwy rykoszetem, było zbyt ryzykowne, a w dodatku - powiedzmy sobie szczerze - drażniło i tak nadwątlone w ostatnich dniach ego Colina. - Jedna z książek okazała się zbyt... - urwał, wymownie spoglądając na swoją zranioną dłoń. Wrightowi powinno to wystarczyć, resztę może sobie dopowiedzieć sam.


Powrót do góry Go down
Benjamin Wright
avatar

Gwardia Zakonu
Gwardia Zakonu
https://www.morsmordre.net/t656-benjamin-wright https://www.morsmordre.net/t683-smok#2087 https://www.morsmordre.net/t3555-nokturnowa-rubryka-towarzyska#62778 https://www.morsmordre.net/f104-smiertelny-nokturn-20-6 https://www.morsmordre.net/t1416-jaimie-wright
eks-gwiazda quidditcha, nadzorca w smoczym rezerwacie
32
Półkrwi
Kawaler
may the bridges I burn
light the way
40
16
0
5
0
1
14
36
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Komis Menteur   11.07.16 10:19

Wright od zawsze odznaczał się delikatnością smoka w składzie magicznej porcelany, z niezwykłą gracją tłuczka poruszając się po wrażliwych meandrach ludzkiej psychiki. Kultury nie nauczyły go nawet liczne mordobicia, wywołane niezbyt taktownym pytaniem o pochodzenie blizn, czyraków oraz innych dziwnych narośli na twarzach zakapturzonych mężczyzn, przesiadujących w Mantykorze. Ben z uporczywością i urokiem małego dziecka stawiał znaki zapytania po każdym zdaniu, które stawało się dla niego tajemnicą...a że posiadał niezbyt duży rozumek, w którym mieściły się tylko najpotrzebniejsze centra dowodzenia (jeść, pić, pieprzyć, bić, ratować świat, kochać przyjaciół), to często zdarzało mu się przekraczać granice przyzwoitości. Rzecz jasna istniały kwestie, które kompletnie go nie interesowały (a szkoda, może zmądrzałby pytając o naprawdę istotne rzeczy i zasady działania wszechświata), ale w przypadku odciętej dłoni nic nie wydawało się równie nęcące. Cóż to musiała być za walka! Krew lejąca się strumieniem, palce jeszcze drgające w pośmiertnym tańcu, lśniące paznokcie powoli zaczynające puchnąć od fioletu zgniłej posoki, biała kość, ucięta w połowie...Wright kreował sobie obraz tego tragicznego wydarzenia coraz dokładniej, przyglądając się to schowanej w kieszeni ręce - a raczej jej pozostałości - to wykrzywionej w grymasie niezadowolenia twarzy Colina, jakby chcąc połączyć piękno i brzydotę w personę jednej osoby. Wyraźnie niezadowolonej z tak nachalnego tematu, dotykającego bezpośrednio wrażliwego miejsca.
- Problem w tym, że jesteś pieprzonym dzieciakiem. Masz jakieś czterdzieści lat a zachowujesz się jak urażony pięciolatek, który zawiódł się na paskudnym świecie- odparł na jego nieprzyjemne słowa wyjątkowo pogodnie, nie chowając urazy. Miał w sobie zbyt dużo dobrych emocji, by wdawać się w pyskówki, zresztą, postanowił dać Fawleyowi taryfę ulgową. I to nie z powodu kalectwa a przez wzgląd na przyjemne chwile, jakie wspólnie przeżyli.
Przyjrzał mu się uważniej, w końcu przestając wzrokowym slalomem krążyć między przystojną mimo wszystko twarzą a dziwnym wybrzuszeniem szaty. Jego uroczy, paniczykowy kaszelek wywołał na ustach Jaimie'go kolejny zawadiacki, zadowolony uśmiech.
- Różdżka nie zastąpi ci dłoni - odparł tylko dość dwuznacznie, przynajmniej dla siebie samego, poświęcając chwilę na rubaszny chichocik. Na szczęście krótki, wolał zaciągać się papierosem i wysłuchiwać dość słabej opowieści Fawleya. Poddawał w wątpliwość tę historię, ale nie zamierzał drążyć. Zdecydowanie wolałby stracić dłoń w morderczym pojedynku lub podczas walki z dzikim stworem niż przy czytaniu książek. Nie istniał chyba bardziej żenujący sposób na utratę tak ważnej części ciała, ale Wright wykazał się resztkami wyczucia i zachował tę okrutną opinię dla siebie, kiwając tylko głową z marnie udanym zrozumieniem. - Dobrze, że omijam te świństwa z daleka - skomentował tylko z wrodzoną uprzejmością, strzepując popiół na swoje pobrudzone rozmokłym śniegiem buciska. - Stało się to, co się stało, ale...co teraz? Magiczna proteza? Odszkodowanie od gryzipiórka, który napisał te durną książkę? - zapytał wyjątkowo konkretnie, usilnie starając się przypomnieć sobie, czy podczas ostatniego pobytu w Komisie widział tam jakąś mroczną protezę dłoni. Z paznokciami wiedźmy. Albo z purchlami czarownicy. Albo z wbudowaną funkcją legendarnej ręki Glorii.




Make my messes matter, make this chaos count.
Powrót do góry Go down
Colin Fawley
avatar

Nieaktywni neutralni
Nieaktywni neutralni
http://morsmordre.forumpolish.com/t592-colin-fawley http://morsmordre.forumpolish.com/t1184-poczta-kociarza-colina https://www.morsmordre.net/t2648-ten-smaczniejszy-wafelek http://morsmordre.forumpolish.com/f123-inverness-stuart-street http://morsmordre.forumpolish.com/t1185-colin-fawley
Właściciel Esów&Floresów i własnej sieci ksiegarni
36
Szlachetna
Kawaler
Zasada pierwsza: nie angażować się
9
9
0
0
1
2
0
5
Czarodziej
A co, jeśli wszyscy żyjemy w świecie, który nie ma końca?

PisanieTemat: Re: Komis Menteur   16.07.16 14:02

Nie liczył, ile razy dusił w sobie głębokie westchnięcia, prowadzony pod ramię przez Wrighta po zatłoczonej Pokątnej, kuląc się pod obstrzałem zaciekawionych spojrzeń, które zniknęły dopiero w chwili, gdy i oni zaszyli się w spokój Nokturnu. Paradoksem było, że najbardziej niebezpieczna i podejrzana część magicznego Londynu była zarazem dziwnie cicha i spokojna; oczywiście do czasu, bo wystarczył jeden nieuważny ruch, odwrócenie wzroku w złą stronę, a człowiek mógł się pożegnać z sakiewką przytroczoną do pasa. Liczył jednak suchy, paskudny kaszel wywołany paskudnym papierosem; sześć głośnych odkaszlnięć, zanim płuca wróciły do normy, a żarzący się papieros znalazł się na ziemi, przydeptany obcasem Colina. Kolejny dobry powód, aby rzucić palenie. Mlasnął dwa razy, sprawdzając działanie swojego gardła i nabierając pewności, że głos nie będzie ani śmiesznie piskliwy, ani drażniąco chrapliwy.
- No właśnie, brodaty gówniarzu, wytrzyj z wąsa mleko - odparował wkurzony, mierząc Wrighta zirytowanym spojrzeniem, w którym kryła się obietnica bardziej bezpośredniego ataku; Wright go prowokował, a potem oczekiwał ugrzecznionej odpowiedzi? Z tym swoim włochatym, zarośniętym twarzomordziem wyglądał na starszego od Colina, a poziom dowcipu wydawał się księgarzowi jeszcze niższy niż kilka lat temu, gdy żarty Wrighta oscylowały głównie wokół łóżkowych odniesień. Dzisiaj jednak Colin wybitnie nie był w humorze do żartów t e g o typu i wybitnie nie miał ochoty rozmawiać o swoim małym wypadku, ale najwyraźniej w całym czarodziejskim Londynie była jedna jedyna osoba, która właśnie w t e n sposób chciała żartować i właśnie na temat wypadku rozmawiać; i na domiar złego tą osobą był Benjamin Wright, a on ze wszystkich czarodziejów i czarownic przemierzających Pokątną musiał się natknąć właśnie na niego. Najwyraźniej dzisiaj na szachownicy do zabawy los postanowił postawić obok siebie sylwetki zwalistego wielkoluda i przybitego księgarza w jakieś śmiesznej parodii walki króla z pionem. - I odczep się w końcu od mojej dłoni. Ja nie pytałem, kto ci obijał mordę za każdym razem, gdy pokazywałeś mi się na oczy w formie kawałka rozbitego mięsa - dodał już nie tylko zirytowany, ale wyraźnie zmęczony. Kto jak kto, ale Benjamin mieszkający w zaułkach Nokturnu powinien doskonale wiedzieć, że jeśli ktoś o czymś nie chce mówić, to tego nie powie.
Oparł się plecami o ścianę i zsunął na ziemię, szorując materiałem o chropowatą powierzchnię. Mógł rozedrzeć sobie płaszcz, ale w chwili obecnej nic go to nie obchodziło; udawało mu się panować nad żalem po utracie dość cennej kończyny, a miałby się przejmować kawałkiem materiału, który w każdej chwili mógłby naprawić prostym zaklęciem? Spojrzał na Wrighta z dołu, na wysoką, potężną sylwetkę byłego zawodnika, która z tej perspektywy przesłaniała mu wszystko, prócz kawałka mdłego nieba w górze. Kilka lat temu też przesłaniał mu cały świat; ba!, był wręcz ucieczką od całego świata, zapomnieniem, którego Colin szukał w miejscach zupełnie nieodpowiednich osobie swojego stanu, a jednak jedynych, w których mógł znaleźć ukojenie. Czy i teraz też skierowałby w końcu swoje kroki na Nokturn, do dobrze znanych sobie melin, do ciasnego mieszkania Benjamina, gdyby nie Keira, która stanowiła zupełnie nowy - a jednocześnie dobrze znany - sposób na zapomnienie? Uśmiechnął się mimowolnie na myśl o tej kruchej dziewczynie, która potrafiła sprawić, że na długie godziny świat przestawał mieć jakiekolwiek znaczenie.
- Teraz będę żył jak dawniej - wzruszył ramionami, samemu do tej pory bojąc się zadać sobie to pytanie. Nie wiedział, co będzie t e r a z; nawet niespecjalnie go to obchodziło, gdy w szpitalu robił wszystko, aby o tym nie myśleć. Po co myśleć o przyszłości, która wcale nie maluje się w kolorowych barwach?


Powrót do góry Go down
Benjamin Wright
avatar

Gwardia Zakonu
Gwardia Zakonu
https://www.morsmordre.net/t656-benjamin-wright https://www.morsmordre.net/t683-smok#2087 https://www.morsmordre.net/t3555-nokturnowa-rubryka-towarzyska#62778 https://www.morsmordre.net/f104-smiertelny-nokturn-20-6 https://www.morsmordre.net/t1416-jaimie-wright
eks-gwiazda quidditcha, nadzorca w smoczym rezerwacie
32
Półkrwi
Kawaler
may the bridges I burn
light the way
40
16
0
5
0
1
14
36
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Komis Menteur   21.07.16 10:40

Być może targanie za fraki przez ciemne uliczki Nokturnu swojego dawnego przyjaciela nie zasługiwało na tytuł najmądrzejszego okazania troski w tym stuleciu, ale Benjamin naprawdę wierzył w czytelność swych intencji. Okazywał się przecież niezwykle opiekuńczy: spotkawszy Colina po dość długim okresie nie widzenia, nie rzucił typowym, żenującym tekstem o spisaniu się przez sowy, a wyciągnął do niego pomocną dłoń. Oraz otworzył zębiska, by wydobyć spomiędzy nich słowa zaniepokojenia oraz wyrazy wsparcia. Ba, podzielił się z nim nawet papierosami o zbawiennych właściwościach zdrowotnych. Doprawdy nie rozumiał, dlaczego Fawley reaguje na te jasne oznaki przyjaźni w tak niewdzięczny sposób, fucząc, bocząc się i po prostu odgrywając szlachecką panienkę, której ktoś nadepnął na nieskalany błotkiem bucik. Ben posiadał zaskakująco głębokie pokłady wyrozumiałości dla szlachty - nie mogło być inaczej, skoro za jednego z bliższych druhów uważał uwznioślonego Rosiera, wierszem mówiącego nawet o rżnięciu i chlaniu - ale i jego cierpliwość mogła się nagle skończyć. Na szczęście wrażliwość na trudy egzystencji kalek dodawały Colinowi kilka czasowych bonusów i Wright nie zaklął szpetnie na jego dość wyrafinowane przytyki, wytrzymując je z rozbrajającym uśmiechem. Wzbogaconym o szluga wciśniętego między zaskakująco - biorąc pod uwagę ilość wdychanych świństw - białe zęby. Co dodawało mu uroku zawadiaki...albo skończonego menela, naćpanego poprawiaczem humoru. Ewentualnie wspomnieniami, które dziwnym trafem powracały bocznymi uliczkami zagraconego umysłu. Wspólne śniadania, krótkie rozmowy, morze wypitego alkoholu: Wright mimo wszystko dobrze wspominał swego chwilowego kompana, tak łaskawie wpraszającego się do jego życia. Wtedy też osuwał się w podobny sposób po ścianie, choć z pewnością benowy przedpokój był znacznie czystszy od nokturnowego bruku. Wright aż skrzywił się z niesmakiem na myśl o siadaniu na ziemi w tym miejscu, co wyraźnie wskazywało na poziom syfu, płynącego po obecnym siedzisku Fawleya.
- No już, królewiczu, bo ci pończoszki pękną z tego zdenerwowania- mruknął pojednawczo, obserwując go z góry z niemalże ojcowską rezygnacją. Stojąc Colin prezentował się nawet normalnie, ale skulony pod ścianą w zaułku wyglądał dość mizernie. Nic, tylko wcisnąć mu do ręki kilka knutów jałmużny...albo zamordować i sprzedać organy dziwacznym alchemikom spod ciemnej gwiazdy. Mimowolnie - i mimo czystego serca - Wright przekalkulował w głowie wartość rynkową Fawleya. Rachunek nie wyszedł najlepiej, dlatego mógł z uspokojonym sumieniem proponować mu pomoc.
- Skoro chcesz żyć jak dawniej, to musisz mieć dłoń. Menteur na pewno ma coś w swoim asortymencie, a jeśli nie...może znajdzie ci hak. Albo kalendarz z nagimi paniami z burleski. Ewentualnie łajnobomby, one zawsze poprawiają humor - zaproponował niezwykle serdecznie, zaciągając się do końca fajurką i rzucając peta gdzieś obok siedzącego Colina, co miało być sygnałem do ruszenia wspaniałego tyłka z brudnej ziemi i ruszenia na podbój sklepu. Naprawdę sądził, że znajdą tam coś, co wywoła na skrzywionej twarzy Fawleya szczery grymas radości. A jeśli nie: to chociaż zażenowanej zgrozy.




Make my messes matter, make this chaos count.
Powrót do góry Go down
Colin Fawley
avatar

Nieaktywni neutralni
Nieaktywni neutralni
http://morsmordre.forumpolish.com/t592-colin-fawley http://morsmordre.forumpolish.com/t1184-poczta-kociarza-colina https://www.morsmordre.net/t2648-ten-smaczniejszy-wafelek http://morsmordre.forumpolish.com/f123-inverness-stuart-street http://morsmordre.forumpolish.com/t1185-colin-fawley
Właściciel Esów&Floresów i własnej sieci ksiegarni
36
Szlachetna
Kawaler
Zasada pierwsza: nie angażować się
9
9
0
0
1
2
0
5
Czarodziej
A co, jeśli wszyscy żyjemy w świecie, który nie ma końca?

PisanieTemat: Re: Komis Menteur   22.07.16 19:59

Wychodząc ze szpitala prezentował się wcale nie tak źle, pozwalając sobie nawet na uśmiechy kierowane w stronę tych pielęgniarek, które uczyniły jego pobyt na oddziale dość przyjemnym. Nawet pierwsze kroki na Pokątnej wypadały doskonale, chociaż Colin szedł trochę krzywo, próbując chronić swoją lewą stronę przed wzrokiem przechodniów, jakby samo schowanie ręki w kieszeń płaszcza nie wystarczyło. Trzymał się też w chwili, gdy stał przed wejściem do swojej ukochanej księgarni oraz później, gdy był niejako wleczony przez Bena na Nokturn i postawiony przed ścianą jakiegoś podłego komisu, gdzie sam z własnej woli nigdy by nie wszedł, z odrazą patrząc na rozwalające się szyldy i okna niepierwszej już czystości. Ale teraz rozkleił się całkowicie, z całą świadomością przyjmując fakt, że jest pieprzoną, niedoskonałym, wybrakowanym kaleką i prawdopodobnie zostanie nim już do końca życia. Magiczne protezy były jakimś rozwiązaniem, ale Colin wcale nie był pewny, czy zadziałają na uszkodzenia ciała powstałe w wyniku użycia czarnej magii; wiązało się to ze zbyt dużym ryzykiem i pytaniami, na które niekoniecznie chciał odpowiadać.
- Już zapomniałem, jaki potrafisz być upierdliwy - wymamrotał, wpatrując się tępo w bruk ulicy, który w tym miejscu był albo wyjątkowo brudny, albo wyjątkowo czysty. Niestety nie znał aż tak dobrze Nokturnowych standardów, aby to stwierdzić. Było mu dobrze na tej niewielkiej przestrzeni, na twardych kamieniach, z zimną ścianą za plecami i błotem walającym się zaledwie kilkadziesiąt centymetrów dalej. Wystarczyło wyciągnąć rękę, nabrać go między palce i wsadzić Wrightowi w gębę, żeby na chwilę się zamknął i przestał ciskać swoje drwiące komentarze. Zdawał sobie sprawę z tego, jak żałośnie teraz wygląda; skulona i zrezygnowana kupka nieszczęścia, którą nagle dopadły wszelkie możliwe wątpliwości dotyczące kolejnych dni i miesięcy. Niewiele go to jednak obchodziło; dbanie o reputację przestało być już ważne, a odgrywanie ważnego szlachcica straciło jakikolwiek sens.
- Skąd pewność, że przyjemność sprawiłyby mi nagie pannice - burknął oburzony, dźwigając się jednak na nogi i stojąc na nich nieco chwiejnie, jakby właśnie wyszedł z jakiejś podrzędnej meliny, a nie ze szpitala. Przez chwilę łapał równowagę, a potem rzucił nieufne spojrzenie na drzwi prowadzące do środka, wciąż nie mogąc się odpędzić od wkurzającego uczucia, że coś tu nie gra. - Ale hak brzmi zacnie, mógłbym go wsadzić ci w... - reszta słów zagłuszona została przez skrzypienie drzwi, które otworzyły się gwałtownie, wypuszczając na zewnątrz klienta komisu, który widząc stojące przed nim dwie osoby, przytrzymał im drzwi. Colinowi nie pozostawało więc nic innego, jak wejść do środka.


Powrót do góry Go down
Benjamin Wright
avatar

Gwardia Zakonu
Gwardia Zakonu
https://www.morsmordre.net/t656-benjamin-wright https://www.morsmordre.net/t683-smok#2087 https://www.morsmordre.net/t3555-nokturnowa-rubryka-towarzyska#62778 https://www.morsmordre.net/f104-smiertelny-nokturn-20-6 https://www.morsmordre.net/t1416-jaimie-wright
eks-gwiazda quidditcha, nadzorca w smoczym rezerwacie
32
Półkrwi
Kawaler
may the bridges I burn
light the way
40
16
0
5
0
1
14
36
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Komis Menteur   22.07.16 20:48

Komplement, który padł spomiędzy wąskich ust Colina, Wright przyjął z jeszcze szerszym uśmiechem, jakby upierdliwość stanowiła najdoskonalszą z cnót. W sumie tak właśnie ją postrzegał, woląc jednak nazywać swą namolność upartością. Zawsze dążył do celu, niezależnie, czy chodziło o wypicie dziesięciu butelek Ognistej Whisky podczas jednej nocy, złapanie zbira, zagrażającego pokojowi na świecie czy też doprowadzenie Harriett do skraju irytacji. Wyrzucany drzwiami wchodził oknem, a gdy i to zamykano na cztery spusty, teleportował się z trzaskiem prosto do sypialni, z jowialnym uśmiechem numer osiem-i-pół obserwując właścicielkę mieszkania w koronkowym negliżu. W świecie Wrighta nie istniały problemy: wolał wyzwania, jakie życie wyjątkowo chętnie rzucało mu pod nogi w postaci mocarnych kłód, które później turlał przed sobą, by w końcu zbudować z nich wytrzymałą arkę, pozwalającą mu przeżyć każdą apokalipsę. Wierzył w siebie, swoje ideały i poglądy, idąc przez życie radośnie ślepy na szarości, choć przecież zmagał się z potworną słabością, umiejscawiającą go właśnie gdzieś pomiędzy na skali barw. Czy podobnie miał Colin? Żałował, że nie poznał go dokładniej, większość czasu poświęcając na zbadanie go fizyczne. Podniosłe rozmowy o problemach mniejszości i psychicznych zagwozdkach wydawały mu się wtedy nie tyle nie na miejscu, co niezwykle nużące. Było przecież tyle whisky do wypicia i miejsc na ciele do dotknięcia. Teraz wszystko to minęło bezpowrotnie, nie tylko ze względu na mały wypadek Colina, pozbawiający go dłoni dość niezbędnej podczas wyrafinowanych miłosnych gier, ale także na moralne zmiany w życiu Benjamina Wrighta, odnajdującego się w dojrzałym, wiernym związku. Był pewien Percivala i swoich uczuć, dlatego też nie rozmyślał o tym, by ponownie zaprosić Colina do swego mieszkania. Chciał mu tylko (aż?) pomóc. Na swoje, niezbyt rozsądne sposoby, ale liczyły się intencje.
- Fakt. To nadzy panowie. Koniecznie gracze Qudditcha albo ci twoi literaci - zgodził się z nim niemalże uprzejmie, obserwując, jak podnosi się z ziemi. Trochę nieporadnie, co niemalże poruszyło wrażliwe serduszko Wrighta, lecz na szczęście nie na tyle, by pomagał mu stawać na nogi lub otrzepywać szatę z pyłu i brudu Nokturnu niczym troskliwy tatuś, prowadzący niesfornego uczniaka na przedszkolne zakupy. Drzwi komisu otworzyły się z trzaskiem, głośnym prawie tak bardzo, jak chichot Bena, który oczywiście dosłyszał uroczą groźbę. - Chyba pomyliły ci się role, Fawley - mruknął mu do ucha, gdy przechodzili pod niskim sklepieniem do wnętrza zagraconego sklepu. Ledwie powstrzymał się od przyjacielskiego klepnięcia go po plecach, ale wytrzymał pokusę, od razu kierując się w boczną nawę pomieszczenia, gdzie znajdowały się najróżniejsze drobiazgi, od zardzewiałych klatek, przez złote szkatuły na dziwnych, ruszających się urządzeniach skończywszy. - Może zrobisz sobie protezę innej kończyny? - zaproponował wesoło, wskazując na falliczny kształt jakiegoś dziwnego posążka, posiadającego na pewno okrutne właściwości.




Make my messes matter, make this chaos count.
Powrót do góry Go down
Colin Fawley
avatar

Nieaktywni neutralni
Nieaktywni neutralni
http://morsmordre.forumpolish.com/t592-colin-fawley http://morsmordre.forumpolish.com/t1184-poczta-kociarza-colina https://www.morsmordre.net/t2648-ten-smaczniejszy-wafelek http://morsmordre.forumpolish.com/f123-inverness-stuart-street http://morsmordre.forumpolish.com/t1185-colin-fawley
Właściciel Esów&Floresów i własnej sieci ksiegarni
36
Szlachetna
Kawaler
Zasada pierwsza: nie angażować się
9
9
0
0
1
2
0
5
Czarodziej
A co, jeśli wszyscy żyjemy w świecie, który nie ma końca?

PisanieTemat: Re: Komis Menteur   25.07.16 17:49

Wnętrze komisu nie nastrajało pozytywnie swoją ponurością i wszechobecnym mrokiem, który z wielkim trudem rozwiewany był przez nieliczne świece; na pierwszy rzut oka komis Menteur mógł przypominać sklep Borgina i Burke'a, z tą jedną zasadniczą różnicą, że było to zdecydowanie mniej miejsca, o wiele bardziej brudno, a przy tym śmierdziało tak, jakby w każdym kącie pomieszczenia rozkładały się jakieś zwłoki. Colin zmarszczył czoło i starał się nie oddychać przez nos, ale i tak niewiele to dało, zwłaszcza że co rusz natykał się na eksponaty, których wolałby nigdy w życiu nie oglądać. Wolał również nie pytać, skąd i dlaczego Wright zna takie miejsca, bo niektórych rzeczy lepiej było po prostu nie wiedzieć.
- A może ty kupisz sobie protezę mózgu, bo czasami zdaje się ci go brakować? - pół warknął, pół jęknął z irytacji. I pomyśleć, że zaledwie rok temu takie obcesowe odzywki niewiele go obchodziły i zbywał je kiwnięciem dłoni, czasami nawet się uśmiechając w odpowiedzi; wystarczyło jednak kilkanaście miesięcy, aby i on obrósł szlachecką warstwą poprawności językowej, spychając obcesowe żarty gdzieś bardzo, bardzo daleko i nie pozwalając sobie na nie nawet w zaufanym towarzystwie. Przeszedł jedną z alejek, starając się nie rozglądać za często dookoła i skupiać wzrok na zakurzonej podłodze przed sobą, ale wcale nie było to takie łatwe. Zwalczenie naturalnej ciekawości nigdy nie było proste, a wnętrze sklepu kusiło mimo swojego obmierzłego, obrzydliwego wyglądu i zapachu. Nie zatrzymał się jednak przy wypchanym ptaku, który łypał na niego groźnie i kłapnął dziobem tuż przy jego uchu, ani nie poświęcił więcej niż dwóch sekund na przyjrzenie się marnej imitacji pozłacanej kolii, którą właściciel komisu wycenił zdecydowanie zbyt drogo jak na standardy tutejszej klienteli.
Jego zainteresowanie wzbudziły dopiero ustawione w nierównym rządku zakrzywione haki, sztylety, nawet kawałek czegoś, co wyglądało jak rolnicza kosa, której używali mugole, dalej hiszpańska garota i coś, co w dobrym świetle mogło uchodzić za jakiś składany scyzoryk, chociaż ilość rdzy na tajemniczym przedmiocie już dawno przekroczyła jakiekolwiek normy. Colin z lekkim niesmakiem sięgnął po średniej wielkości hak, który był jednak najczystszy ze wszystkich i zważył go w dłoni. Nie był ciężki, jakby został wykonany z jakiejś lekkiej stali, a przy tym zakończony był bolcem, który można byłoby umieścić w sztucznej protezie i zamocować go do niej. Chociaż z początku pomysł wydawał mu się absurdalny - tak jak absurdalny byłby widok księgarza paradującego z hakiem zamiast dłoni - im dłużej patrzył na ten kawałek metalu, tym bardziej zapalał się do całego pomysłu. Szczególnie, że z pewnością wywołałby tym niemałą sensację i znów na nowo przylgnęłaby do niego łatka dziwaka i ekscentryka.
- Piękny, prawda? - wyszeptał z zachwytem, podtykając hak pod nos Wrighta. - Idealny rozmiar, cudownie zagięty, sztywny i mocny - dziabnął go lekko w klatkę piersiową, demonstrując wspomnianą sztywność (hak nie odgiął się nawet na ułamek milimetra), a oczy wręcz mu się zaświeciły z rosnącego podniecenia. - Wypolerujesz go i będzie jak nowy - dodał jeszcze ze złośliwym uśmiechem, mierząc wielkoluda wyzywającym spojrzeniem i odwrócił się na pięcie, zmierzając w stronę miejsca, gdzie prawdopodobnie powinna być kasa.

z/t


Powrót do góry Go down
Samael Avery
avatar

Martwi/Azkaban/Zaginieni
Martwi/Azkaban/Zaginieni
https://www.morsmordre.net/t631-samael-marcolf-avery#1801 https://www.morsmordre.net/t1443-samaelowa-skrzynka-z-pogrozkami#12562 https://www.morsmordre.net/t807-call-me-doctor-love https://www.morsmordre.net/f119-shropshire-peace-street-102 https://www.morsmordre.net/t972-ten-lepszy-avery
ordynator oddziału magiipsychiatrii
30
Szlachetna
Zaręczony
Szalony, niech ukocha swe samotne ściany
I nie targa łańcucha, by nie draźnić rany
0
30
0
10
0
14
Czarodziej
Doskonała rozpusta wymaga doskonałego odprężenia.

PisanieTemat: Re: Komis Menteur   29.12.16 12:42

|3 kwietnia

Złoto znakomicie rozwiązało język nokturnowego draba, który poruszył się niespokojnie, kiedy tylko usłyszał nazwisko padające cicho z ust Avery'ego. Nie musiał długo go przyciskać, grozić różdżką, ani bardziej prymitywnie - machając przed nosem kułakami? Wystarczyło kilka galeonów oraz czujność; nie umknęło mu zmrużenie ciemnych oczu mężczyzny, drgnięcie jego ciała, zafalowanie niechęcią z dzielenia się z kimś obcym wyraźnie cennymi informacjami. Nie wiedział wiele, lecz i ten ochłap okazał się cenny, ponieważ pozwalał Avery'emu na kontynuowanie poszukiwań. Nie musiał w kółko błądzić po Nokturnie, mając przed sobą inny cel. Postanowił jednakże, iż do komisu wróci nazajutrz. Było późno, do świtu zostało ledwie kilka godzin. Właściciel już raczej nie pracował, a i Samael potrzebował choć odrobiny snu.
Wypoczynek zrobił mu dobrze, chociaż drzemka nie była zbyt długa. Nim wyszedł, ponownie odziany w długi, czarny płaszcz, wyposażony w różdżkę oraz nieco złota (wczoraj okazało mu się wyjątkowo przydatne), poświęcił jeszcze chwilę małej Julie, tęskniącej i niezamierzającej nigdzie go wypuścić. Serce łamało mu się na pół, gdy odrywał od swego ciała jej drobne rączki i przykazywał służbie mieć na nią baczenie. Robił to także dla niej, z nadzieją, że jeśli odkupi swe winy, Czarny Pan spełni jego najskrytsze marzenie. Znał je... a czy dla niego istniały rzeczy niemożliwe?
Ponowna wędrówka przez Nokturn nie wzburzał w nim krwi, nie zrobiła żadnego wrażenia. Słońce dopiero wschodziło i opromieniona jasnym światłem uliczka zdawała się wręcz przyjazna, w porównaniu ze swym nocnym obrazem. Może dlatego Avery się ośmielił, dumnie, wręcz butnie krocząc ulicą. Obcasy skórzanych butów stukały o bruk, kiedy otwierał drzwi znanego sobie komisu. Zadźwięczał dzwoneczek, trzasnęły szybki w drzwiach, kiedy zamknął za sobą wrota do tego skarbca, ale właściciel się nie pojawił. Samael wzruszył ramionami, przechadzając się z wolna między półkami i od niechcenia sięgając po przypadkowe przedmioty. Oglądał je uważnie, acz z pewną rezerwą, nie sądząc, by to, czego szukał, znalazł tak prędko.






And when my heart began to bleed,
'Twas death and death indeed.
Powrót do góry Go down
Morsmordre
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Mistrz gry
n/d
n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
99
99
99
99
99
99
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Komis Menteur   29.12.16 12:42

The member 'Samael Avery' has done the following action : rzut kością


'k100' : 21


Powrót do góry Go down
Samael Avery
avatar

Martwi/Azkaban/Zaginieni
Martwi/Azkaban/Zaginieni
https://www.morsmordre.net/t631-samael-marcolf-avery#1801 https://www.morsmordre.net/t1443-samaelowa-skrzynka-z-pogrozkami#12562 https://www.morsmordre.net/t807-call-me-doctor-love https://www.morsmordre.net/f119-shropshire-peace-street-102 https://www.morsmordre.net/t972-ten-lepszy-avery
ordynator oddziału magiipsychiatrii
30
Szlachetna
Zaręczony
Szalony, niech ukocha swe samotne ściany
I nie targa łańcucha, by nie draźnić rany
0
30
0
10
0
14
Czarodziej
Doskonała rozpusta wymaga doskonałego odprężenia.

PisanieTemat: Re: Komis Menteur   29.12.16 13:04

Drażniąca cisza rozsadzała bębenki równie mocno, jak najbardziej nieprzyjemne i zgrzytliwe dźwięki, męczące uszy i powodujące ciężką migrenę. Avery nie wiedział, co powinien myśleć - pusty sklep, otwarte drzwi, niezabezpieczone żadnym zaklęciem. Ani śladu właściciela komisu, nawet jego synów... żadnych duchów, nikogo. Wnętrze sklepu zdawało mu się zimne i puste. A także... wyjątkowo nieporządne. Zazwyczaj choć panował tu bałagan, ograniczało się to raczej do specyficznego zapachu stęchlizny oraz kurzu osiadłego na wszystkich bibelotach, a także skrzącego się we wznoszącym się tutaj powietrzu. Dużo przedmiotów było lepkich, na niektórych widniały ślady zakrzepłej krwi, lecz w tym obrzydliwym chaosie widniała także prosta harmonia. Nic nie kurzyło się poza półkami, każdy artefakt był opatrzony etykietą, wszystko miało swoje stałe miejsce. Teraz? Avery nie mógł tego zrozumieć, ale część przedmiotów o zapewne specyficznych właściwościach leżała rozsypana na ziemi - w progu prawie nadepnął na dziwny posążek bez twarzy, wyłącznie cudem unikając jego zniszczenia - jakby ktoś przeprowadzał tu poszukiwania. Może podobne tym, na które on sam tutaj przybył... Albo w jakiś sposób związane z rodziną właściciela. Brak tego charakterystycznego starca mocno mu się nie podobał i podsuwał złe przeczucia, że coś się stało. Może w końcu wpadli i w pośpiechu opuścili komis, zawiadomieni że za chwilę miejsce zostanie zajęte przez czarodziejską policję? Spakowali najpotrzebniejsze, najcenniejsze przedmioty o uciekli? Avery w zamyśleniu potarł szczękę, trącając ów zastanawiający posążek nogą. Potoczył się po krzywej podłodze, by w końcu się zatrzymać; Samael uklęknął przed nim i ostrożnie, przez szatę, wziął go do ręki. Nie wiedział, do czego mógłby służyć, lecz przynajmniej nie został przeklęty - na pewno zaś nie powodował szkód widzialnych, mogących natychmiastowo wykluczyć go z jego misji. Pokręcił głową, odkładając nieinteresujący obiekt na pierwszą lepszą powierzchnię płaską, nie mógł zatrzymywać się nad nim, skoro miał przed sobą niemalże cały sklep, w którym mogły znajdować się ukryte wskazówki.






And when my heart began to bleed,
'Twas death and death indeed.
Powrót do góry Go down
Morsmordre
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Mistrz gry
n/d
n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
99
99
99
99
99
99
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Komis Menteur   29.12.16 13:04

The member 'Samael Avery' has done the following action : rzut kością


'k100' : 28


Powrót do góry Go down
Samael Avery
avatar

Martwi/Azkaban/Zaginieni
Martwi/Azkaban/Zaginieni
https://www.morsmordre.net/t631-samael-marcolf-avery#1801 https://www.morsmordre.net/t1443-samaelowa-skrzynka-z-pogrozkami#12562 https://www.morsmordre.net/t807-call-me-doctor-love https://www.morsmordre.net/f119-shropshire-peace-street-102 https://www.morsmordre.net/t972-ten-lepszy-avery
ordynator oddziału magiipsychiatrii
30
Szlachetna
Zaręczony
Szalony, niech ukocha swe samotne ściany
I nie targa łańcucha, by nie draźnić rany
0
30
0
10
0
14
Czarodziej
Doskonała rozpusta wymaga doskonałego odprężenia.

PisanieTemat: Re: Komis Menteur   29.12.16 18:26

Stare szafy, komody, meblościanki. Zapełnione od dołu aż do samego sufitu mnóstwem bibelotów, okurzonych, starych, często również zniszczonych. Napotykał dziwaczne skorupy, jakby ktoś ustawił na półkach elementy zabytkowych serwisów, dziwnych naczyń ozdobionych nieznanymi mu symbolami. Może były to runy, może inskrypcje w dziwacznym języku, a jakim jeszcze nigdy nie słyszał? Czy mimo zniszczenia wciąż kryły w sobie jakąś niezwykłą magię? Avery zadawał sobie w myślach tysiące pytań, krążąc po tym małym labiryncie - prywatnym sklepiku, gdzie znajdowała się ukryta odpowiedź na jego pytanie. Miał dużo czasu, by ją wydobyć: może z dna zagraconej skrzyni, może spod obluzowanej deski podłogi, może z kasetki schowanej w biurku właściciela? Istniało nieskończenie wiele możliwości, a mała przestrzeń wcale nie ułatwiała poszukiwań. Widział wiele skrytek i skrupulatnie przeglądał każdą po kolei, lecz nadal nie dostrzegał niczego, co mogłoby powiedzieć mu coś więcej o Harringtonach. Może powinien pójść za ciosem i spróbować wyciągnąć informacje od starego właściciela komisu albo jego synów? Wprawdzie sądził, że są oni upośledzeni, aczkolwiek w wypadku tak okropnego impasu, gotów byłby zaryzykować. Gdyby tylko ich zastał... Czy poszukiwanie wskazówek powinien zmienić na poszukiwanie ludzi? To było zastanawiające: gdzie tak nagle zniknęła trójka dorosłych mężczyzn? A może oni świetnie się bawili, patrząc na niego z ukrycia? Martwa cisza nie wskazywała, by ktoś jeszcze przebywał w środku, ale czyż nie byli czarodziejami? Nie takie przeszkody z łatwością można usunąć za pomocą magii, wszak nawet wyduszenie z kogoś życia zajmuje ledwie chwilę, opromienioną ostatnimi sekundami blaskiem zielonego światła. Ale... wpadł na pomysł, jakim ewentualnie wywołałby wilka z lasu. Może działał nierozsądnie - najpierw rozwścieczyć, by później oczekiwać, ba, żądać pomocy - lecz Avery oszalał już dawno temu, więc nawet nie zastanawiał się dwa razy, kiedy kilkoma celnymi zaklęciami strącał z półek jakąś ceramikę, wyglądającą na antyczną. Do czego mogły służyć te wazy? Może pośród nich znajdowały się egzemplarze rzadko spotykanej czary goryczy? Najwyraźniej były na tyle cenne, że znikąd i to dosłownie w mgnieniu oka na horyzoncie pojawił się właściciel, rzucając się Samaelowi pod nogi, aby w ostatnim ułamku sekundy złapać naczynie, nim rozbiło się z hukiem o twardą ziemię.






And when my heart began to bleed,
'Twas death and death indeed.
Powrót do góry Go down
 

Komis Menteur

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 6 z 8Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6, 7, 8  Next

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Morsmordre :: Londyn :: City of London :: Ulica Śmiertelnego Nokturnu-
Styl: Evandra + Cassandra



Forum oparte na serii książek J.K.Rowling, niektóre imiona i nazwy własne są jej własnością.
Opisy częściowo pisane w oparciu o Pottermore.
Autorskie opracowania oraz pozostałe treści forum są własnością intelektualną twórców,
zabrania się ich kopiowania.



Baner small nobg

Morsmordre 2015-18