Wydarzenia






 
IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Share | 
 

 Sala obrad

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : Previous  1 ... 10 ... 16, 17, 18
AutorWiadomość
Mistrz gry
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
naczelny mąciciel
odwieczny
n/d
n/d
Do you wanna live forever?
99
99
99
99
99
99
Czarodziej

PisanieTemat: Sala obrad   24.03.16 21:32

First topic message reminder :

Sala obrad

Wstęp do sali obrad posiadają wyłącznie członkowie Gwardii Zakonu.

Drzwi, które prowadzą do sali obrad, zupełnie nie pasują do całości starej chaty. Duże, brązowe wrota z ornamentami w kształcie feniksa w płomieniach znacznie bardziej pasowałyby do Hogwartu. Podobnie jak wnętrze i sam charakter tego magicznego pomieszczenia. Przyjmuje ono bowiem rozmiary takie, jakie w danej chwili są potrzebne; stół wydłuża się wraz z przybyciem kolejnych osób. Każdy może liczyć na krzesło. Na tej samej ścianie co drzwi wiszą pióra feniksa, na których, jeśli się przyjrzeć, przeczytać można imię i nazwisko każdego członka Zakonu.
Do sali obrad wejść może każdy członek Gwardii - aby to uczynić, musi położyć na odpowiedniej ścianie w chacie (zaraz naprzeciw drzwi wejściowych) rękę, którą zdobi pierścień Zakonu. Wtedy pod jego dłonią pojawi się klamka, a po jej naciśnięciu - zarys całych wrót. Znikną one jednak zaraz po przekroczeniu progu i ich zatrzaśnięciu.


Powrót do góry Go down

AutorWiadomość
Bathilda Bagshot
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
https://www.morsmordre.net/t4085-o-bathilda-bagshot https://www.morsmordre.net https://www.morsmordre.net https://www.morsmordre.net https://www.morsmordre.net
historyk magii
136
Czysta
Panna
Jam jest Myśląca Tiara,Los wam wyznaczę na starcie!
0
0
0
0
0
0
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Sala obrad   05.08.17 19:59

Pani Bagshot, tak jak zapowiedziała, wyłączyła się z reszty rozmowy; z zamyśleniem spoglądała w przestrzeń, by potem skinąć parę razy głową, jakby zgadzała się z padającymi słowami. Zajęta zwijaniem mapy, spojrzała jeszcze z dobrotliwym uśmiechem na Benjamina dzielnie trzymającego kota.
- Jest w dobrych rękach - powiedziała i mogłoby to zabrzmieć nawet na lekką, wesołą wstawkę, gdyby nie ciężka atmosfera trudnych decyzji, która zapadła w sali obrad. Najprawdopodobniej miała rację - kot bowiem wiercił się tylko przez chwilę, jakby próbował wyrwać się z objęć, ale szybko przestał; zaczął nawet cichutko mruczeć i trącił łebkiem ramię Wrighta, domagając się pieszczot.
Bathilda w pełni ożywiła się dopiero wtedy, gdy skrzynia skrywająca serce z cichym stuknięciem została postawiona na stole obrad. Pani Bagshot zamarła w bezruchu, spoglądając na nią w milczeniu, a potem z jej ust spłynęło ciche westchnienie.
- Brendanie, Samuelu - czy mogę poprosić was o to, byście pozostali przy skrzyni? Tuż obok? Być może zaistnieje potrzeba, żeby ją... przytrzymać - rzuciła ostrożnie, spoglądając na Gwardzistów z prośbą skrywającą się w mądrym spojrzeniu. - Reszta z was niech także będzie przygotowana. Podjęliście decyzję. Wcielmy ją więc w życie.
Poczekała, aż Gwardziści wyciągną różdżki - sama uczyniła podobnie, choć z kieszeni liliowej szaty wyjęła także sztylet. Gwardziści mogli rozpoznać w nim narzędzie, które otrzymali w trakcie Próby, by zakończyć jej ostatni etap - zapłacić krwią. A może było to tylko złudzenie; może to tylko ciężki nastrój zwiódł w tym kierunku ich myśli.
- Gotowi? - spytała cicho Bathilda, lecz było to pytanie retoryczne - spojrzała na twarze zgromadzonych wokół Gwardzistów i wysłała im słaby, lecz w pewien sposób ciepły, pocieszający uśmiech. Zdawał się on mówić, że wszystko będzie dobrze; że wreszcie osiągną to, o co walczyli od tak dawna. Powoli uniosła różdżkę - zdawało się, że gest ten trwał w nieskończoność - a w lewej dłoni mocno zacisnęła rękojeść sztyletu; machnęła drewnem, a skrzynia drgnęła: tuż po tym wieko powoli zaczęło się unosić.

Nie mogli jeszcze wiedzieć, że wkrótce świat pogrąży się w mroku.




Ja, światło w ciemności, iskra pośród bezkresnej nocy...

Powrót do góry Go down
Frederick Fox
avatar

Gwardia Zakonu
Gwardia Zakonu
https://www.morsmordre.net/t2155-frederick-fox#32552 https://www.morsmordre.net/t2178-poczta-fryderyka#33148 https://www.morsmordre.net/t2176-fantastic-mr-fox#33126 https://www.morsmordre.net/f220-varden-street-19 https://www.morsmordre.net/t2332-freddie-fox#35856
łowca czarnoksiężników... znaczy auror!
32
Zdrajca
Kawaler
I am sometimes a fox and sometimes a lion. The whole secret of government lies in knowing when to be the one or the other.
45
20
0
0
5
1
6
5
Metamorfomag
Love all, trust a few, do wrong to none.

PisanieTemat: Re: Sala obrad   28.11.17 17:59

Profesor Bagshot miała rację – czekała nas długa noc. Zapanowanie nad żądnym krwi (a może raczej zniszczenia) tłumem, nawet, jeśli mieliśmy gotowe do walki oddziały, nie było zadaniem łatwym – być może miało okazać się jednym z najtrudniejszch, które dotychczas spoczęły na naszych barkach – a także ryzykownym. Otwarte działanie na ulicy mogło nas zdemaskować – zarówno przed tymi, którzy podzielali idee Zakonu Feniksa, jak i przed Rycerzami Walpurgii, którzy zdawali się na nas polować.
Propozycja Brendana wydawała się słuszna. Miał rację: nie istniały realne szanse na to, abyśmy byli w stanie powstrzymać wszystkich. Cenna była również uwaga Samuela... ale czułem, że to nie wystarczy. Porywaliśmy się na skalę, która dotychczas nam nie towarzyszyła. Z całych sił chciałem wierzyć, że powstrzymanie absurdalnego planu Tuft było w zasięgu ręki, jednak im mocniej rozważałem propozycje Gwardzistów, tym szanse na powodzenie wydawały mi się coraz bardziej znikome.
- Co z mugolami, ktrórzy mogą przebywać w obranych na cel budynkach? Powinniśmy odpowiednio wcześnie wysłać kilka osób, które przeprowadzą ewakuację na czas. - Nie przypuszczałem, by Ministerstwo było na tyle łaskawe, aby zadbać o ich zdrowie – zwłaszcza przy propogacji swoich antymugolskich poglądów. A my nie mogliśmy pozwolić na rozlew krwi.
Nawet, jeśli było nas za mało.
Przeniosłem spojrzenie na skrzynię, która spoczęła między Samuelem a Brendanem, a moje tętno mimowolnie przyspieszyło. Czy rzeczywiście upadek Grindewalda miał okazać się taki prosty? Nie był to na pewno zwiastun końca naszych zmagań – Ministwrstwo bez wsparcia czarnoksiężnika mogło powoli zluzować swoje sztywne ryzy, ale z cienia wyłaniała się przecież trzecia siła. Czułem jednak pewną ulgę na myśl o tym, że nasze okupione krwią i życiem zmagania w końcu miały przynieść długo oczekiwane zmiany. Zadługiwaliśmy na to: my i wszyscy ci, którzy ponieśli najwyższą ofiarę, oddając życie w imię lepszego jutra.
Niczym zahipnotyzowany utkwiłem spojrzenie w drewnianym pudle - usłyszałem dźwięk puszczających zawiasów, kątem oka wyłowiłem błysk stalowego ostrza.
A później ogarnęła mnie ciemność.

koniec





While you were hanging yourself on someone else's words, dying to believe in what you heard, I was staring straight into the shining sun.
Powrót do góry Go down
Susanne Lovegood
avatar

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t4789-susanne-echo-lovegood https://www.morsmordre.net/t5182-deszczowa-sowa#113703 https://www.morsmordre.net/t5758-kapelusz-z-niespodzianka#135806 https://www.morsmordre.net/f304-west-country-dolina-godryka-24 https://www.morsmordre.net/t5133-susanne-echo-lovegood#111350
opiekunka zwierząt, naczelny treser królików
23
Półkrwi
Panna
walking in my sleep
like the naked trees
will they wake up again?
do they sleep, do they dream?
10
0
5
0
23
0
10
0
Czarownica
now take me home, home where I belong

PisanieTemat: Re: Sala obrad   18.02.18 23:44

21. maja
A więc to tutaj - pomyślała, gdy poznała tajemniczą lokalizację kwatery Zakonu Feniksa, do pewnego momentu stanowiącą sekret, teraz odsłoniętą przed oczami każdego zainteresowanego, zniszczoną, marną. Potrzeba pomocy i działania pchała Susanne do przodu, nie dając zapomnieć o wspólnym celu - ostatnie spotkanie mogło ich poróżnić, lecz była pewna, że przed sobą mają ten sam punkt, walczą o dobro wielu ludzi, dążą do przywrócenia porządku. Spór był bolesnym doświadczeniem, szczególnie w grupie, jaka z założenia miała być zjednoczona i silna. Nie wahała się i trwała przy ideałach, w każdej chwili gotowa do wyruszenia w niebezpieczną podróż, lecz miała świadomość, że pewną osobę konkretne słowa zabolały bardziej, wprowadzając w niepewność i zastanowienie. Znała go już kilka lat, spodziewała się więc, że podobne wypowiadanie się na temat rodziny Constantine'a stanowiło twardy orzech do zgryzienia i od dłuższego czasu przymierzała się do tej rozmowy, zwlekając w obawach przez kłótnią - czy potrafili poróżnić się aż tak mocno?
Okoliczności, w jakich otrzymała list od przyjaciela, sprawiły, że serce drgnęło w rozpaczy. Nie życzyła nikomu, z ręką na owym poruszonym sercu, doprawdy nawet największemu wrogowi, podobnej straty, jakiej doznała sama. Wielką ulgą było bezpieczeństwo rodziny - sama nie miała tyle szczęścia, o czym wciąż nie mogła zapomnieć, lecz brak miejsca, z którym był tak związany, wciąż brzmiał potwornie przykro. Wiele razy słyszała o Silverdale, o tej bezpiecznej przystani, miejscu powrotów i radości, dzielonej z najbliższymi. Pamiętała nawałnicę, niszczycielską i przerażającą, pozostawiającą po sobie mnóstwo ofiar i wypełniającą lecznicę masą cierpiących stworzeń. Domyślała się, że to mniej więcej wtedy musiały nadejść te trudne chwile.
Czekała, bezmyślnie bawiąc się sznurówką, z podbródkiem opartym o kolana, skulona na płaskiej przestrzeni ściętego drzewa. Nie było stąd widać kwatery, lecz nie musieli iść daleko - zaledwie kilka minut. Ich głównym zadaniem były poszukiwania rzeczy, przeczesywanie okolicy. Ponoć leżały wszędzie, trzeba było zrobić z tym porządek. Podniosła się, słysząc, jak przyjaciel nadchodzi i nie wahała się ani chwili - po prostu podbiegła do niego i objęła ciepło.
- Mamy do pogadania, panie O'Llordivander. I będziemy pomagać w ratowaniu kwatery - objaśniła, odsunąwszy się, gdy spoglądała na niego. Radości w tym spojrzeniu nie było zbyt wiele, wszak ostatnie okoliczności nie sprzyjały.




I'm walking in the air

I'm floating in a moonlit sky; the people
far below, they greet us as we fly


Powrót do góry Go down
Constantine Ollivander
avatar

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t5068-constantine-ollivander https://www.morsmordre.net/t5083-paladyn https://www.morsmordre.net/t5085-invictus-maneo#110272 https://www.morsmordre.net/f207-lancashire-silverdale-posiadlosc-ollivanderow https://www.morsmordre.net/t5081-constantine-ollivander#110205
Badacz i ilustrator flory magicznej
21
Szlachetna
Kawaler

once there was a tree,
and she loved a little boy


20
15
0
0
0
0
6
5
Jasnowidz
you have a nice heart

PisanieTemat: Re: Sala obrad   19.02.18 18:17

     Dołączoną do listu mapkę jeszcze tego samego wieczora wsunął za ramę lustra, które było już w tej sypialni, gdy się do niej wprowadzał. Nie zwykł spoglądać w jego stronę zbyt często, pewnie w obawie, że siebie samego w nim nie rozpozna. Tym sprytnym, według niego, fortelem starał się odwieść od wczytywania się w przeznaczoną im na spotkanie lokację i w to, co mogła ona oznaczać. Była dobra, ta Sue, czyżby wyczuwała, że dając mu więcej przerwy od otrzymanej odpowiedzi, pozostawiłaby mu miejsce na rozrost wątpliwości? Nie był pewien, czy jego przeczucie miało więcej do czynienia z jego obawami, czy wywodziło się wyłącznie z jego Krukońskiej zdolności łączenia pojedynczych kropek w klarowny obraz sytuacji.  O ile coś takiego istniało w odmętach chaosu, określanego przez nich jako rzeczywistość. Były noce, podczas których budził się w wymiętej, wciąż obcej pościeli i na granicy jawy skupiał rozpędzone myśli na jednym słowie, wrócić. I mimo że na szafce nocnej tuż przy jego głowie spoczywała palisandrowa różdżka, nie znał zaklęcia, które zabrałoby go z powrotem. Poranki były lepsze, część koszmarów wycofywała się w zakurzone kąty, by go czujnie obserwować, jak stara się pozbierać karty swoich przygód.
Było pośród nich kilka najważniejszych, jedną z nich, przyjaźń.
Zwlekał z poinformowaniem panny Lovegood, wmawiając sobie, że przed czymś ją chroni, nie dzieląc się swoimi nieszczęściami; może wyjaśnienie było prostsze i chodziło wyłącznie o jego własne, obciążone wahaniem serce. Nie był dzielnym Gryfonem, jak ona, musiał jednak dołożyć wszelkich starań, aby jej dotrzymać kroku. Chciał się z nią zobaczyć, nie było wątpliwości, poza tym winny był jej to za te wszystkie dni pełne milczenia.
Pojawił się na pobliskiej polanie nieco wcześniej niż zakładali, gdyż myślał już o tym cały noc i również ten poranek, czy wspomną no-właśnie-o-tym, czy zbliży go to do podjęcia tak raniącej decyzji? Lekkie, chłodne podmuchy wiatru muskały jego włosy, kiedy jego oczy zatrzymały się na widocznej między paniami drzew głowie o jasnych, niemalże alabastrowych włosach. Nie trudził się, by pozostać niezauważonym – jego wysoka sylwetka i tak zawsze zdradzała go w najmniej odpowiednim momencie – więc narobił trochę hałasu, przeciskając się między gałązkami krzewów, które dzieliły go od znajomej. Nie zdążył nawet otrzepać stroju, pewnie zbyt eleganckiego na takie wypady, a drobna istotka była przy nim. Również ją objął, przymykając na moment powieki zmęczone niewyspaniem i wypowiedział:
Susanne. — Jej imię zawisło na moment w powietrzu, jakby pewne wahanie obecne w jego głosie próbowało przybrać namacalną formę. Dołożył wszelkich starań, aby utrzymać łagodny uśmiech w obliczu jej słów, lecz jego wargi lekko zadrżały, krusząc barierę jego wysiłków.
Rato... wanie... — powtórzył z powątpiewaniem, wpatrując się w nią niewyraźnie. Czy nie wiedziała o jego ostatnich próbach niesienia pomocy? Może to nawet lepiej, nie były to czyny godne pochwały. Odchrząknął, odzyskując opanowanie i wyciągnął ostrożnie niewielką klepsydrę oraz kilka listków ciemnozielonego aloesu. — Zostałem skuszony obietnicą zaklinania czasu, proszę o jakąś wskazówkę — dodał bardziej pogodnym tonem.





oh i'm scared of the middle placebetween light and nowhere
Powrót do góry Go down
Susanne Lovegood
avatar

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t4789-susanne-echo-lovegood https://www.morsmordre.net/t5182-deszczowa-sowa#113703 https://www.morsmordre.net/t5758-kapelusz-z-niespodzianka#135806 https://www.morsmordre.net/f304-west-country-dolina-godryka-24 https://www.morsmordre.net/t5133-susanne-echo-lovegood#111350
opiekunka zwierząt, naczelny treser królików
23
Półkrwi
Panna
walking in my sleep
like the naked trees
will they wake up again?
do they sleep, do they dream?
10
0
5
0
23
0
10
0
Czarownica
now take me home, home where I belong

PisanieTemat: Re: Sala obrad   27.02.18 23:26

Gdyby zaklęcie zapewniające powroty istniało, bez wątpienia większość czarodziejów pracowałaby ciężko nad jego opanowaniem, lecz choć teraz Susanne nie byłaby w stanie tego przyznać, taki czar odebrałby magicznej społeczności wiele doświadczenia. Wymazanie tego, co przyniósł los, na dłuższą metę nie przypominało dobrej opcji, nie utwardzałoby charakteru i nie przyzwyczajałoby do trudów codzienności, poza tym nic nie było za darmo - podobna ulga musiałaby skutkować innymi opłakanymi skutkami, zachowującymi równowagę. Świat, gdy wirował tak szybko, że nie mogła go już dogonić choćby próbowała gnać co tchu, pozwolił uciec wielu sprawom na drugi plan. Pochłonięta żałobą, zmianą domu, wielkimi planami, których mogła być tylko drobną częścią, oddaliła się od wielu istotnych ludzi, skupiając się wyłącznie na tym, co znajdowało się w bezpośrednim otoczeniu. Skoncentrowała się na powrocie do życia i dopiero, gdy choć drobna jego część wydawała się względnie poukładana, mogła zadbać o kolejne elementy. List od Ollivandera znacznie ułatwił sprawę. Znała go już dobrą chwilę - wystarczającą na domysły w pewnych kwestiach, a sumienie podpowiadało jej, że mają do omówienia sprawę. Czuła, że dyskusja ze spotkania wciąż ciągnie się za przyjacielem, a w Zakonie nie było miejsca na wątpliwości.
Maj barwił wszystkie uśmiechy smutkiem. Rozciągały się pod nosem niechętnie i nieśmiało. Kiwnęła głową, potakując z wolna, ostrożnie, zachowawczo. Nie wiedziała, czego może się spodziewać - trudno było żyć w tak rozpaczliwym czasie, czuła się w nie wepchnięta na siłę. Zerknęła na przyniesione artefakty z łagodnym rozczuleniem.
- Spróbujemy okiełznać niedawną przeszłość - wyjaśniła, unosząc spojrzenie do niebieskich oczu, lecz nie próbowała odczytywać myśli Constantine'a. - Chodź, musimy poszukać rzeczy z siedziby wokół miejsca, gdzie znajdowała się chata, a to nam pomoże - wskazała na liście i klepsydrę, które planowała postawić na środku, po czym wyciągnęła do przyjaciela dłoń, by całkiem żwawo pociągnąć go w odpowiednim kierunku, rozglądając się przy okazji wokół, w poszukiwaniu pozostałości.
- Okręcimy ją trzy razy w prawo i otoczymy aloesem. Wtedy zły duch wspomnień opuści nas na chwilę i będziemy mogli porozmawiać szczerze o rzeczach, Constantine - oznajmiła, odwracając się na moment i zatrzymując nagle. Gdzieś między liśćmi krzewu mignęło jej jakieś srebro.




I'm walking in the air

I'm floating in a moonlit sky; the people
far below, they greet us as we fly


Powrót do góry Go down
Constantine Ollivander
avatar

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t5068-constantine-ollivander https://www.morsmordre.net/t5083-paladyn https://www.morsmordre.net/t5085-invictus-maneo#110272 https://www.morsmordre.net/f207-lancashire-silverdale-posiadlosc-ollivanderow https://www.morsmordre.net/t5081-constantine-ollivander#110205
Badacz i ilustrator flory magicznej
21
Szlachetna
Kawaler

once there was a tree,
and she loved a little boy


20
15
0
0
0
0
6
5
Jasnowidz
you have a nice heart

PisanieTemat: Re: Sala obrad   28.02.18 17:51

     To nieostrożne – bytować myślami w przeszłości, podczas gdy teraźniejszość rozdawała kolejne karty. Za sobą zostawiano całe kolekcje wspomnień, przed sobą oczekiwano strumienia pułapek oraz rzeki przyjemności, lecz obecna chwila była tylko jedna. Zdarzało się, iż mieniła się blaskiem tysiąca kryształów, zachęcając do zatopienia się w niej bez umiaru, bywało też tak, że strach owiewał na samą myśl o wystawieniu się na jej obecność. Constantine zwykle mierzył się z każdą z nich z podobnym zapałem, ufając samemu sobie i wierząc w sens tego wszystkiego. Straciwszy jednak skrawek pewności, powrócił do stanu z pierwszomajowej nocy; bezradnie, po omacku, poszukując tego, co mu odebrano. Podobnie jak ona, skupiał się na rzeczach, które były w zasięgu jego chwytu, mógł ich dotknąć, poczuć pewną stabilność. Wielka ulga leżała w odkryciu, iż istniały jeszcze elementy tworzące sens, świat się nie zatrzymał, a wybuch anomalii pozostawił ocalałych, rozbitków dryfujących po morzu niewiadomych. Ich zadaniem było odkryć jak wrócić na bezpieczny ląd.
Być może nic już nie miało być takie samo. Stare sposoby nie przyjmowały się w wyjałowionej ziemi, a niegdyś zgodne postacie spoglądały w przeciwnych kierunkach. Nie mieli na to wpływu, wymknęło się to z ich rąk. Stojąc nieopodal chaty, która stała się siedzibą Zakonu, w pewnym sensie jego symbolem, mimowiednie odczuwał pustkę. Nie dane mu było oglądać jej wcześniej, choć przez wiele miesięcy sądził, że jego działanie na rzecz ich zgrupowania kiedyś go do niej doprowadzi. Było coś smętnego w tej scenie, znów było na coś dla niego za późno.
Nie chciał jej utrudniać tego spotkania, sama mierzyła się z niejednym strapieniem i niesprawiedliwym byłoby jej dodawać kolejnego. Rozluźnił się nieco, plany Sue zawsze sprawiały, iż zalewało go zaciekawienie wymieszane z ukojeniem. Kojarzyło mu się z latami spędzonymi w Hogwarcie, ze znajomym uczuciem ciepła. Okiełznać przeszłość, brzmiało jak coś całkowicie niewykonalnego, nawet gdy nałożyło się na to filtr jego beznadziejnego idealizmu. Nie pytał, jak zamierzali to wykonać, nauczył się polegać na jej pomysłach. — Powinienem był przynieść jakiś urokliwy kwiat, być może przeszłość oddałaby się w nasze ręce w zachwycie nad nim. — Obrócił w palcach listki roślinki, zanim przekazał je dalej. Nie wybrał aloesu przypadkowo, miał on właściwości lecznice i może uleczyłby też minione rany… Podążył posłusznie za nią, dopiero decydując się na oderwanie od niej uważnego wzroku, by zwrócić uwagę na otoczenie. — Przydałby się tutaj kicający tropiciel – raz, dwa dotarlibyśmy do skarbów, kryjących się w tych lasach — powiedział dość cicho, posyłając półuśmiech w stronę konarów drzew.
Zatrzymał się zaraz po niej, prawie wpadając na jej drobną sylwetkę. — Czy to już? Bo wiesz, możesz mnie zapytać o wszystko. — Oparł dłonie na biodrach, wciąż rozglądając się po otoczeniu i wdychając rześkie powietrze.





oh i'm scared of the middle placebetween light and nowhere
Powrót do góry Go down
Susanne Lovegood
avatar

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t4789-susanne-echo-lovegood https://www.morsmordre.net/t5182-deszczowa-sowa#113703 https://www.morsmordre.net/t5758-kapelusz-z-niespodzianka#135806 https://www.morsmordre.net/f304-west-country-dolina-godryka-24 https://www.morsmordre.net/t5133-susanne-echo-lovegood#111350
opiekunka zwierząt, naczelny treser królików
23
Półkrwi
Panna
walking in my sleep
like the naked trees
will they wake up again?
do they sleep, do they dream?
10
0
5
0
23
0
10
0
Czarownica
now take me home, home where I belong

PisanieTemat: Re: Sala obrad   15.03.18 22:02

Kicnęła prędko ku srebrnemu przebłyskowi i przykucnęła obok, by szczupłymi, bladymi palcami uchwycić metalowy kubek. Był lekko wygięty, ale mógł stanowić w przyszłości świetną pamiątkę przejść. Może, kiedy wszystko minie, ktoś spojrzy na kubek i pomyśli sobie "ha, ten kubek przetrwał z nami anomalie". Uniosła go niego wyżej, pokazując pierwsze znalezisko Constantine'owi. Byli niedaleko - gruzy już wyłaniały się zza drzew.
- Myślę, że aloes bardzo jej się podoba. Jest łagodny, nie powinna narzekać - stwierdziła z niezłamaną pewnością w głosie. - Nasza czujność musi wystarczyć - dodała też, z lekkim smutkiem wspominając króliki. Tęskniła za swoimi zwierzakami i choć mentalnie szykowała się na znalezienie nowych, nie czuła się jeszcze gotowa. Odpędziła myśli czym prędzej, skupiając się na zadaniu oraz rozmowie, jaką mieli do przeprowadzenia. Spojrzała na przyjaciela. - Prawie - musieli tylko dotrzeć do centrum zamieszania. Zajęło im to nie więcej niż trzy minuty, zaś zamiast przyglądać się zgliszczom - widziała je przecież dzień wcześniej, gdy była tu z Bottem - szybko przystąpiła do pracy. Ułożyła klepsydrę na stabilnym gruncie, przekręciła trzykrotnie i otoczyła liśćmi aloesu. Bez słowa skierowała się dalej, szukając czegoś, co można by wydobyć z całego bałaganu - choć teraz powoli zaczynał mieć ręce i nogi, wciąż mieli do odzyskania parę rzeczy, tak przynajmniej sądziła. Pokryty tynkiem podłokietnik wystawał żałośnie spomiędzy kawałków ścian - zaczęła je więc odrzucać, chcąc wydobyć fotel czy kanapę. Zawołała przyjaciela, by pomógł jej w tej pracy. We dwójkę powinni dać radę. Dopiero po chwili, nie przerywając zajęcia, odezwała się, niekoniecznie wiedząc, jak dobrze zacząć temat. Może nie było dobrych początków, nie teraz.
- Constantine. Wahasz się, prawda? - zapytała, tylko na niego zerkając, kiedy pył wzbijał się w górę, przysłaniając świat i jego postać, choć był tak blisko. Spróbowała pociągnąć mebel, lecz ani drgnął - wina marnej siły mięśni, czy gruzu było jeszcze zbyt wiele? - Masz wątpliwości, od spotkania - dokończyła, odrzucając kolejne warstwy śmieci. Tak, jak powinni odrzucić wątpliwości, na jakie nie było miejsca pośród niestabilnych czasów.




I'm walking in the air

I'm floating in a moonlit sky; the people
far below, they greet us as we fly


Powrót do góry Go down
Constantine Ollivander
avatar

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t5068-constantine-ollivander https://www.morsmordre.net/t5083-paladyn https://www.morsmordre.net/t5085-invictus-maneo#110272 https://www.morsmordre.net/f207-lancashire-silverdale-posiadlosc-ollivanderow https://www.morsmordre.net/t5081-constantine-ollivander#110205
Badacz i ilustrator flory magicznej
21
Szlachetna
Kawaler

once there was a tree,
and she loved a little boy


20
15
0
0
0
0
6
5
Jasnowidz
you have a nice heart

PisanieTemat: Re: Sala obrad   23.03.18 11:13

     Z wręcz sztywnym spokojem wpatrywał się w jasnowłosą postać, tak dobrze mu znaną, a jednak w tym momencie tak daleką. Nie potrafił odgadnąć jej myśli, może dlatego, że krążyły nad nimi chmury niemal tak gęste jak jego własne. Wprawiało go to w drobny stan przygnębienia, wiedzieć, iż coś jest nie w porządku i nie móc na to nic poradzić. Zdarzało się to ostatnio dość często, lepka melancholia osiadała na mieliźnie jego serca, przypominając o wszystkich jego upadkach, niepowodzeniach, planach, które runęły jak zamki z piasku; nie chciał, by i znajomość z nią dołączyła do tej kolekcji. Przywołał subtelny uśmiech, zanim odchrząknął i ruszył w jej kierunku, stopą coś trącając. Wybity z zamyślenia, pochylił się, bacząc na niskie gałązki, które z uporem próbowały wpleść się między kosmyki jego włosów, tylko po to by chwycić kawałek glinianej doniczki. Ściągnął brwi, z pewną dozą troski rozglądając się w pobliżu, przeczesując wzrokiem otoczenie w poszukiwaniu mieszkańca ceramicznej ozdoby, lecz na próżno. Być może podmuch wiatru wtrącił ją w zazdrosne objęcia krzewów albo leśne zwierzę zdeptało drobną sadzonkę. Westchnął jedynie, dalej kontynuując spacer ku Sue; widział z daleka, że miała więcej szczęścia i właśnie z dumą prezentowała srebrzysty kubeczek. Za jej plecami majaczył się cel ich wędrówki – nienaturalna, wyrwana przez nieznaną siłę, ziejąca pustka otoczona pojedynczymi drzewami, które przetrwały wybuch anomalii.
Wiesz, aloes też może naprawiać — powiedział swobodnym, nieco nieobecnym tonem, jakby dzielenie się z nią właściwościami dobrze znanej roślinki miało osadzić go głębiej w rzeczywistości; podziałało do pewnego stopnia. Pokiwał głową bardziej z odruchu niż z samego rozważania, po czym wyminął ją ostrożnie i poszedł przodem, próbując zachować najwyższą czujność w razie gdyby nie byli tutaj sami. Przypadkowe przedmioty znaczyły gdzieniegdzie drogę, zanim dotarli pozostałości starej chaty, w ramionach niósł dwie podniszczone książki, obraz z delikatnie zwęgloną ramą, coś co przypominało wygięty wieszak oraz wazon, który jakoś się trzymał mimo pajęczych sieci, przebiegających między żółtymi kropkami jego wzroku. Może to przez atmosferę tego miejsca, ale czuł się dość niezręcznie. Przypatrywał się czynnościom dziewczyny nadal trzymając te wszystkie przedmioty i dopiero po chwili dotarło do niego, że rytuał dobiegł końca.
Położę to tutaj — zanim skończył zdanie, kątem oka dostrzegł jej zmagania z podłokietnikiem. Jakoś ułożył wszystko na jednym stosie, starając się nadać konstrukcji pewnej stabilności, by nie rozsypała się tuż po tym jak od niej odejdzie i już był przy towarzyszce. Jego palce, wyjątkowo bez rękawiczek, zacisnęły się na wystającym elemencie mebla, a po jednym pociągnięciu mógł stwierdzić, że tak łatwo nie będzie. Wciąż go trzymając, jedną nogą zaczął odpychać gruz i luźniejsze kawałki sypiącej się ściany. W pewnym momencie coś się oderwało, cegła potoczyła się tuż obok niego, wzniecając w górę chmarę tynku. Kichnął zamaszyście, odsuwając się o krok i odganiając od siebie kurz. Jego spojrzenie powędrowało ostrożnie w stronę Lovegood, nie było w nim śladów zdziwienia.
Można tak to nazwać — odparł trochę wymijająco; tak naprawdę jednak sam nie wiedział jak dokładnie określić. Zerknął w dół, na pokryte biała mgiełką spodnie i bez przekonania otrzepał je kilkukrotnie. — To po prostu... już nie wydaje się dobrą drogą dla mnie.
Przygryzł wargę, nie siląc się na zamaskowanie zmartwienia i nuty nostalgii, które wkradły się do jego tonu. Dał jej chwilę na przyswojenie tych słów, kierując się w stronę nieopodal leżącego pręta. Złapał go, wsunął w wąską szczelinę między ten fotel czy coś podobnego i naparł, licząc, iż to coś pomoże.





oh i'm scared of the middle placebetween light and nowhere
Powrót do góry Go down
Susanne Lovegood
avatar

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t4789-susanne-echo-lovegood https://www.morsmordre.net/t5182-deszczowa-sowa#113703 https://www.morsmordre.net/t5758-kapelusz-z-niespodzianka#135806 https://www.morsmordre.net/f304-west-country-dolina-godryka-24 https://www.morsmordre.net/t5133-susanne-echo-lovegood#111350
opiekunka zwierząt, naczelny treser królików
23
Półkrwi
Panna
walking in my sleep
like the naked trees
will they wake up again?
do they sleep, do they dream?
10
0
5
0
23
0
10
0
Czarownica
now take me home, home where I belong

PisanieTemat: Re: Sala obrad   21.05.18 10:15

Współpraca, przemknęło białowłosej przez myśli. Współpracą mogli zdziałać wiele, ale przy niej nie było miejsca na wahania i rozterki, choć prawdopodobnie każdy z nich w pewnym momencie natrafiał na ten potężny mur. Z czego go zbudowano? Jak powinni szukać dziur, w jaki sposób forsować przeszkodę, by nie przygniotła wątłych ciał swoim ciężarem przy nieodpowiednim ruchu? Mogli mieć plan, plany, mniej lub bardziej rozsądne, ale jej zdaniem, zdaniem kruchej Lovegoodówny, wszyscy poruszali się na oślep. Po omacku. Ostrożnie, lub z karkołomną odwagą bez względu na okoliczności - swoimi sposobami.
- I łagodzić, prawda? - dodała, w istocie - łagodnie. Może podświadomie znaczyło to więcej. Wszyscy potrzebowali aloesu, dosłownie i w przenośni.
Siłowała się przez chwilę z meblem, ale gdy stało się jasne, że nie pójdzie tak gładko, powróciła do odrzucania gruzu. Może gdzieś w pobliżu była łopata. Rozejrzała się - nigdzie na widoku. Od wyruszenia na poszukiwanie tejże powstrzymywała ją wizja rozmowy, jaka musiała się odbyć i nie było szans, że odłożą ją teraz na inny czas. Musiała się przynajmniej rozpocząć. Westchnęła na jego słowa - ni to zrezygnowana, ni zmotywowana. Rozumiała go, a ponad wszystko - Sue była szczera. Nieraz starała się dobierać słowa ostrożnie, lecz zazwyczaj ujmowała w nie tylko prawdę, jaką sama znała, w jaką wierzyła, i którą się kierowała. Zerknęła podejrzliwie na przyjaciela. Już nie wydaje się dobrą opcją?
- Niestety nie mam pod ręką żadnego pluszaka żeby spuścić ci łomot, mój drogi - powiedziała na wstępie, unosząc brwi i rozjaśniając twarz subtelnym uśmiechem. Nawet gdyby jakiś tu był, raczej w postaci wacianych wnętrzności w wielkim nieładzie po całej tej masakrze. - Zakon to duża grupa ludzi, pomyśl o tym, jak o Hogwarcie. Cztery domy, nawet wśród własnego różnice zdań są czymś naturalnym, ale każdy robi swoje - cholerna kanapa nie chciała drgnąć, nawet kiedy gruz sam się osunął! Odetchnęła głęboko. - Dlaczego? Nie jesteś ani nie byłeś w tym sam, nawet przez chwilę. Nie pozwól oderwać swojej uwagi od celu, Constantine, bo nie powiesz mi chyba, że cel uległ zmianie, kiedy... Och! - krzyknęła niemal, widząc pod uniesioną prętem kanapą - albo fotelem, wciąż nie wiedziała - uwięzioną wiewiórkę i bez namysłu padła na kolana, schylając się ku zwierzęciu. - Trzymaj to przez chwilę - poprosiła, gimnastykując się trochę, by wydostać rude stworzenie z gruzu. Trzymała je w dłoniach. Może nie powinna, ale chyba nie miała innego wyjścia, próbując bardziej odsunąć mebel mogli jej tylko zaszkodzić, gruz osypywał się zewsząd. Żyła - jakimś cudem, ale nie miała siły się poruszać.
- Musiała jakoś się tam przekopać albo... nieważne, trzeba zabrać ją do lecznicy - spojrzała na przyjaciela zmartwiona. Zawsze było coś, co przerywało ważne momenty, ale nie zamierzała odpuścić tej rozmowy.

| ztx2, przenosimy się




I'm walking in the air

I'm floating in a moonlit sky; the people
far below, they greet us as we fly


Powrót do góry Go down
 

Sala obrad

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 18 z 18Idź do strony : Previous  1 ... 10 ... 16, 17, 18

 Similar topics

-
» Sala obrad
» Sala obrad
» Sala operacyjna
» Sala lekcyjna nr 2
» Sala segregacji

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Morsmordre :: Londyn :: Okolice :: Stara chata-
Styl: Evandra + Cassandra



Forum oparte na serii książek J.K.Rowling, niektóre imiona i nazwy własne są jej własnością.
Opisy częściowo pisane w oparciu o Pottermore.
Autorskie opracowania oraz pozostałe treści forum są własnością intelektualną twórców,
zabrania się ich kopiowania.



Baner small nobg

Morsmordre 2015-18