Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia


Ekipa forum
Pozaręczynowe perypetie
AutorWiadomość
Pozaręczynowe perypetie [odnośnik]18.05.16 20:17
Avery starał się podchodzić do życia pragmatycznie. Był jeszcze młody i wciąż pozostawał pod wpływem filozofii swojego ojca a także już dawno zakrzepłych i obróconych w proch mędrców, którzy w zamierzchłych czasach zasłynęli jedną, błyskotliwą ideą. Samael postępował więc zgodnie z wskazówkami swego rodzica (oraz szeregiem rad zapisanych w grece czy po łacinie na delikatnych zwojach), równoważąc emocje i nie wybuchając bukietem uczuć z powodów błahych i nieistotnych. Powściągliwości nauczył się jeszcze w kołysce; ponoć bardzo rzadko płakał, okazując niezadowolenie wyłącznie wtedy, kiedy matka zniknęła z pola jego widzenia. Wyrósł z pieluszek, ale po dwudziestu latach ów niepokój nadal w nim pozostał i nie powstrzymywał kwaśnego grymasu, kiedy tylko Laidan się od niego oddalała. Robiła to specjalnie, nie miał żadnych wątpliwości - doskonale znał słabości matki, wiedział, że jedyne, co kocha - chyba nawet bardziej od niego - to bycie w centrum uwagi i błyszczenie na scenach arystokratycznych salonów. Z pragnieniem poklasku i nieco narcystycznym przyjmowaniem komplementów (z drugiego końca dusznej sali balowej przypatrywał się, jak łaskawie kiwa głową, uśmiechając się królewsko i dziękuje za należne pochwały) mógł się pogodzić, lecz nie potrafił zdzierżyć, że z taką ochotą oddaje się o b c y m szlachcicom. Platonicznie i zdawałoby się, że Avery wyolbrzymiał sprawę, że nie miał absolutnie żadnych powodów to zazdrości, aczkolwiek Samael wręcz gotował się z wściekłości, nie musząc uciekać się do legilimencji, by odgadnąć, iż każdy mężczyzna, ujmujący dłoń Laidan fantazjuje o zdarciu z niej bielizny. Zapewne ona sama również wiedziała i tym milszym słowem częstowała nieszczęsnych amantów, nie rozumiejących, iż są jedynie pionkami w grze, toczącej się między dwiema najważniejszymi figurami. Udawało się jej znakomicie; kobieca manipulacja wspięła się na wyżyny i choć Avery od początku przejrzał zamiary matki i tak nie potrafił powstrzymać swej zaborczości. W długiej, czerwonej sukni z odkrytymi plecami prezentowała się zabójczo i Samael mimowolnie wodził za nią wzrokiem przez cały bankiet. Jego przyjęcie zaręczynowe.
Ciche dziewczę siedzące u jego boku miało wkrótce stać się jego żoną, jednakowoż owa przyszłość zdawała mu się jeszcze odległa oraz w gruncie rzeczy - nieważna, zwłaszcza z perspektywy grupowej orgii umysłowej, której ofiarą padała jego matka. Mógł mrużyć złośliwie oczy, krzywić się szpetnie, odwracać wzrok lub udawać obojętność, lecz w żadnym wypadku nie wypadałoby mu odmówić komuś tańca z j e g o Laidan, nie wywołując skandalu. Postanowił zatem pójść za ciosem - i on został obdarzony przez Naturę niepodważalnym urokiem - i poczarować wszystkie młodziutkie panienki. Począwszy od słodkiej Cecile, której nagle zaczął okazywać zaskakującą atencję, usługując jej przy stole, nalewając wina a później nie odstępując na krok przez kilka utworów granych przez magiczną orkiestrę. Żadna z panien na wydaniu nie opierała się zresztą długo jego umizgom (naturalnie kulturalnym, przecież właśnie oddał swój pierścień wraz z sercem lady Bulstrode), więc Avery zaczął bawić się znakomicie. Tylko dlatego, że nieprzerwanie spoglądał na swoją matkę, która nagle przestała promiennie się uśmiechać. Zdziwiona jego bezczelnością?
Aż do wybicia północy Samael uprzejmie konwersował, podawał kolejne kieliszki znakomitego alkoholu, porywał do tańca najpiękniejsze i najzgrabniejsze młódki, kompletnie ignorując matkę (choć gdy mijali się wirując na parkiecie, ledwo powstrzymywał się przed odebraniem jej z ramion siwiuteńkiego nestora i wyciśnięciem na jej wargach pocałunku). Gdy jednak goście się rozeszli a siedziba rodu opustoszała, Avery nie czekając na żadną zachętę z jej strony, chwycił ją za rękę i poprowadził do jadalni. Bynajmniej nie po to, by poczęstować ją ulubionym winem; gdy tylko zatrzasnęły się za nimi ciężkie drzwi, aksamitne zasłony spadły na okna i otuliły ich bezpiecznym półmrokiem, Avery brutalnie przycisnął ją do ściany - nigdy więcej - zaczął, przesuwając dłonią po jej zarumienionym policzku - nie waż się tak robić - dokończył, nie formułując jednak groźby do końca. Ufał, iż jest na tyle bystra, by wiedzieć, jak daleko może się posunąć oszalały z zazdrości mężczyzna.


And when my heart began to bleed,
'Twas death and death indeed.
Samael Avery
Zawód : ordynator oddziału magiipsychiatrii
Wiek : 30
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Zaręczony
Szalony, niech ukocha swe samotne ściany
I nie targa łańcucha, by nie draźnić rany
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Doskonała rozpusta wymaga doskonałego odprężenia.
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t631-samael-marcolf-avery#1801 https://www.morsmordre.net/t1443-samaelowa-skrzynka-z-pogrozkami#12562 https://www.morsmordre.net/t807-call-me-doctor-love https://www.morsmordre.net/f119-shropshire-peace-street-102 https://www.morsmordre.net/t2798-skrytka-bankowa-nr-160#45281 https://www.morsmordre.net/t972-ten-lepszy-avery
Re: Pozaręczynowe perypetie [odnośnik]25.05.16 10:01
Zaręczyny pierworodnego syna. Wydarzenie wspaniałe, wypełniające serce każdej matki musującą mieszaniną dzikiej radości i nostalgicznego smutku, która zapowiadała czas pełen specyficznej tęsknoty. Mały chłopiec stawał się już niezaprzeczalnie mężczyzną, odchodząc z domu w towarzystwie wdzięcznej młódki, mającej stanowić sens jego życia. Da mu dziedzica, ciepły dom, piękną oprawę jego sukcesów i z pokorą przyjmie obowiązki żony, przynosząc chlubę przyjętemu nazwisku. Inna kobieta u jego boku będzie wysłuchiwała opowieści, doradzała, komplementowała i błyszczała u jego boku.
Laidan przeżywała to dokładnie tak mocno, jak inne matrony, obserwujące swoich synów tracących głowy dla smukłych panienek o sarnich oczach, mających dołączyć do rodziny. Także cieszyła się z pełnej dorosłości swego dziecka, także wyczuwała już lekką tęsknotę, także próbowała opanować zaborczość...och, jakże była naiwna, próbując zracjonalizować burzę emocji, przechodzącą przez jej filigranowe ciało i unormować ją porównaniami do rzeszy innych matek. Lai zasługiwała na miano wyjątkowej i takie równanie w dół wcale nie koiło jej irytacji, pokazując tylko bolesną różnicę między żałośnie nieświadomym pospólstwem a nią samą, spętaną znacznie bardziej skomplikowanymi emocjami.
Ubierała przecież wyzywającą, wspaniałą suknię by przyćmić to naiwne, nieco kanciaste dziewczątko, by ją zdegradować, by lśnić na tle jej szarości jeszcze mocniej, by oślepić Samaela i pokazać mu - a może bardziej sobie samej? - że nikt nie będzie w stanie jej zastąpić. Typowe narcystyczne zagranie, pokazujące jednak jak bardzo Laidan potrzebowała zapewnień o tym, że jest dla mężczyzny jedyna. Nawet jeśli na jego palcu zalśni niedługo obrączka a obca kobieta dostąpi zaszczytu dzielenia z nim łoża. Ta irracjonalna wizja burzyła krew Lai, czyniąc ją jeszcze bardziej zdeterminowaną w uprzejmej kokieterii, jaką rozdzielała tego magicznego wieczoru z zadziwiającą łaskawością. Nie odmawiała żadnemu tanecznemu partnerowi, nie mroziła ostrym spojrzeniem, gdy dłoń lorda Malfoya zsuwała się po jej nagich plecach zdecydowanie za nisko i ani na sekundę nie wędrowała tęsknym spojrzeniem do Samaela i Cecile. Kątem oka zauważała starania syna i lekki uśmiech, widniejący na jej twarzy nieco przygasł, ale po kilku chwilach rozbłysł z nową siłą. Postronny obserwator mógłby być zachwycony: zarówno matka jak i przyszły pan młody bawili się tego wieczoru lepiej niż doskonale, prezentując zadziwiającą jak na lodowatych Averych towarzyskość i sympatię. Zazwyczaj cichy dwór tętnił muzyką nawet gdy goście już rozchodzili się do swoich posiadłości, szeptem wychwalając skromną Cecile i adorującego ją Samaela i wróżąc im szczęśliwe małżeństwo.
Lai także robiła to w skrytości serca, nie chowając żadnych morderczych planów ani nie spisując czarnomagicznej klątwy, mającej zamienić panienkę Bulstrode w paskudnego trolla. Wiedziała, że kiedyś ten dzień nastąpi, że w życiu jej mężczyzny pojawi się inna i mogła tylko dziękować Merlinowi za to, że padło akurat na zupełnie nieinteresujące dziewczątko. Ładne, niezbyt głupie, ale ciche i pokorne, które nie sprawi swojemu mężowi zbyt wiele problemów. Rozsądek nie potrafił jednak ukoić rozszalałej zaborczości, nawet jeśli ukrywała ją z perfekcyjną dokładnością, pozwalając Samaelowi poprowadzić się ku jadalni. I przyprzeć do ściany; na chwilę jej uśmiech został zastąpiony wyrazem zaskoczenia a serce przyśpieszyło rytm, ale po sekundzie znów krwistoczerwone usta wygięły się w zmysłowy sposób. Lewy kącik warg lekko w górze, przymrużone oczy, spojrzenie pełne lubieżnego triumfu.
- Jak robić? - spytała z teatralnym niezrozumieniem, marszcząc odrobinę jasne brwi. Nie odsuwała się do niego ani też nie podnosiła dłoni do jego ciała, biernie pozwalając mu przyciskać się do ściany. - Nie uklęknęłam przecież przed lordem Traversem, chociaż miał tak przyjemnie chłodne dłonie, gdy przesuwał nimi po moich plecach podczas tańca... - zaczęła z doskonale odegraną fascynacją, przytulając policzek do palców Samaela. Przekraczając zapewne groźną granicę, ale w tej chwili nie baczyła na niebezpieczeństwo, chcąc tylko kontynuować tą pełną napięcia grę, pozwalającą jej odsunąć od siebie nieprzyjemne myśli o utracie części praw do swojego pierworodnego.



when your smile is so wide and your heels are so high you can't cry

Laidan Avery
Zawód : mecenas i krytyk sztuki
Wiek : 48 lat
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Wdowa
I wanna see this world, I wanna see it boil
I wanna burn the sky, I wanna burn the breeze
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Pozaręczynowe perypetie Tumblr_n6rzyyaEVN1rmr774o6_250
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t1280-laidan-avery https://www.morsmordre.net/t1289-ludwig#9767 https://www.morsmordre.net/t1290-kobieta-w-czerwieni https://www.morsmordre.net/f98-shropshire-ludlow-dwor-averych https://www.morsmordre.net/t1532-laidan-avery
Re: Pozaręczynowe perypetie [odnośnik]25.05.16 17:08
Już jako dziecko nienawidził się dzielić. Pięć lat wychowywał się jako jedynak, rozpieszczany i wychuchany zarówno przez matkę, jak i i ojca (prawdziwego, ten z tytułu poświęcał mu uwagę sporadycznie, lecz i tak pozwalał na wiele) idealny pierworodny. Nie skąpiono mu niczego: począwszy od niebotycznie drogich (nawet jak na potomka arystokratycznego rodu) ubranek, wymyślnych zabawek, łakoci i smakołyków, jakie podniebienie małego chłopca szczególnie sobie upodobało, skończywszy na uwadze, której wręcz żądał. Lecz... nigdy nie musiał się przecież o nią dopominać. Zawsze był w centrum, zawsze wyniesiony na piedestał, zawsze wyposażony we wszystko, co najlepsze. Gdy na świecie przez splot nieszczęśliwych wydarzeń pojawiło się jasnowłose bliźnięta, Samaela nie odczuł wówczas najmniejszej zmiany w rozdzielaniu przywilejów przez rodziców. Cały wszechświat nadal koncentrował się na nim a jego prawa wręcz się poszerzyły zamiast uszczuplić na rzecz paskudnych, wiecznie rozwrzeszczanych niemowląt a później niesamowicie irytujących berbeci. Choć dzieliło ich pięć lat różnicy, Samael nie poczuwał się do odpowiedzialnej roli starszego brata, zamiast angażować się w silną więź z małymi istotkami, wolał budować i umacniać swoją własną pozycję. Zawłaszczając nie tylko zabawki, uprzywilejowane miejsce przy stole, ale również (najważniejsze) całkowitą atencję oraz miłość matki, do której rościł sobie prawa wyłączności nawet po latach.
Wraz z upływem czasu zaborczość niepokojąco wzrastała, osiągając pułap wręcz niebezpieczny. Dla tych, którzy niebacznie i perfidnie śmieli flirtować z jego matką (lub padali ofiarami jej towarzyskich gierek), uprzyjemniając sobie ciągnące się w nieskończoność bankiety. Avery wielokrotnie zmuszał się do oglądania a nawet do tolerowania takich spektakli, zręcznie lawirując pomiędzy owymi ohydnymi samcami i walcząc z ochotą połamania im palców, kiedy ściskał obrzydliwie miękkie, rybie dłonie w geście parodiującym szacunek. Był cierpliwy, doskonale obyty w konwenansach i choć burzyła się w nim krew, nie mógł bronić matce pierwszego tańca z mężem, kolejnego z nestorem i następnych ze znamienitymi przedstawicielami brytyjskiej szlachty. Potrafił poskromić instynkt, podpowiadający mu, aby rozorał gardło starego lubieżnego Notta srebrnym nożem, żeby łyżeczką do herbaty pozbawił perwersyjnego Malfoya gałek ocznych (już więcej nie spojrzy na nią w ten sposób... ani na żadną inną niewiastę w ogóle), aby nieco później odebrać swoją nagrodę za trudny wieczór, jednakowoż pobłażliwość okazywał tylko ze względu, iż Laidan również przechodziła katusze.
Zawsze, lecz najwyraźniej nie dzisiaj. Bawiła się świetnie, a już na pewno wyśmienicie udawała, lecz Avery już zupełnie nie dbał o to, czy jej szczęście było perfekcyjnie wyreżyserowane i oddane w najbłahszym szczególe, czy też Lai przedstawiała sobą idealny obraz spełnionej kobiety. Komplementowanej, adorowanej, nieodstępowanej ani na krok. Samael wiedział, iż matka wzbudza skrajne emocje, także wśród jego rówieśników a nawet młodzieńców debiutujących. Dla czerwonej królowej nie istniało chyba rozkoszniejsze potwierdzenie swoich wdzięków od zachwytów jeszcze zupełnie świeżych chłopców, jacy winni raczej oglądać się za młódkami. Avery jednak uważał, iż Laidan powinna pożądać jedynie jego, wyłącznie od niego domagając się wyrwanych zachwytów. Wyrażonych zazwyczaj niewerbalnie, w nieartykułowanych odgłosach, w złączeniu ciał, ponieważ o n a tak decydowała. Łączył ich ten rodzaj namiętności, pozwalający na dowolność środków wyrazu a Samael z aprobatą matki wybierał ten najostrzejszy a jednocześnie pozostawiający wiele do wyobraźni. Przyciskając Lai do chłodnej ściany mógł zrobić z nią przecież wszystko; nie oparłaby się przed niczym. Z racji drobnej sylwetki oraz absolutnego oddania, aczkolwiek mężczyzna choć rozbudzony (jakby zazdrość nieoczekiwanie zmieniła się w żądzę) daleki był od chęci sprawienia jej przyjemności. Z jego twarzy z wolna zdawała się znikać zaciętość zastąpiona cierpkim uśmiechem, jakim zsuwał dłonie niżej. Nie uderzył Lai, nie pozwolił, by jej głowa odskoczyła gwałtownie, przyjmując jej słowa nadzwyczaj spokojnie
- Żałujesz? - spytał, z identycznym opanowaniem prześlizgując palcami po tali, biodrach, zadzierając suknię i nieśpiesznie przebiegając opuszkami wzdłuż alabastrowych ud i z ukontentowaniem wsłuchując się w przyśpieszony kobiecy oddech, drżący na granicy słodkiego wyczekiwania i proszącego jęku. Dotykał jej coraz pewniej, pieszcząc kobiecość przez bieliznę, wzmagając przy tym również swoje podniecenie, by po chwili brutalnie przerwać i w ciszy niezrozumienia odsunąć się od matki.
- Może jeszcze zdążysz go dogonić - dodał chłodno, wpatrując się w nią piorunującym wzrokiem. Była jego matką i j e g o kochanką. A Samael nienawidził się dzielić.


And when my heart began to bleed,
'Twas death and death indeed.
Samael Avery
Zawód : ordynator oddziału magiipsychiatrii
Wiek : 30
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Zaręczony
Szalony, niech ukocha swe samotne ściany
I nie targa łańcucha, by nie draźnić rany
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Doskonała rozpusta wymaga doskonałego odprężenia.
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t631-samael-marcolf-avery#1801 https://www.morsmordre.net/t1443-samaelowa-skrzynka-z-pogrozkami#12562 https://www.morsmordre.net/t807-call-me-doctor-love https://www.morsmordre.net/f119-shropshire-peace-street-102 https://www.morsmordre.net/t2798-skrytka-bankowa-nr-160#45281 https://www.morsmordre.net/t972-ten-lepszy-avery
Re: Pozaręczynowe perypetie [odnośnik]26.05.16 16:03
Bliskość Avery'ego, nagła, gwałtowna i pełna samczej władczości, początkowo spięła jej ciało, wywołując spięcie. Także psychiczne; wiedziała, że pozwalał sobie na zbyt wiele, że prowokował ją, chcąc by okazała słabość i podarowała mu zwycięstwo w tej słodkiej grze pozorów, jaką naturalnie rozpoczęli już na zatłoczonym parkiecie. Ale...czy na pewno okazanie przyjemności równało się przegranej? Wahała się tylko chwilę, po czym tył jej głowy oparł się wygodniej o twardą ścianę a prawy policzek już całkowicie wtulił się w ciepłą dłoń Samaela. Muskała ustami jego palce, zaciskając na nich mocniej wargi w chwilach gdy pieścił ją intensywniej, ocierając wilgotnym materiałem bielizny o wrażliwą skórę. Potrzebowała tej bliskości, jednocześnie dziwnie sennej jak i pełnej żywiołowego podniecenia, promieniującego z dołu brzucha aż do zaczerwieniającej się w szybkim tempie szyi. Szkarłat zabarwił bladą skórę, roziskrzając także oczy; półprzymknięte, przysłonięte firanką przyczernionych rzęs o złotych końcach, zdradzających prawdziwą barwę, na razie skrywały niemą prośbę o więcej. Zarówno dotyku jak i tej drażniącej gry w dominację, którą to chwilowo oddawała w jego ręce - dosłownie - pozwalając mu na wszystko. Nieprzyzwoitym, lubieżnym i niemalże szokującym w swym prymitywizmie gestem rozsunęła uda a jej nogi zadrżały, gdy dotknął ją jeszcze mocniej, tak, że mimowolnie cicho jęknęła, tłumiąc ten przeciągły dźwięk w miękkim, delikatnym wnętrzu jego dłoni.
Mogłaby protestować, odpychać go lub patrzeć mu wyzywająco w oczy; mogłaby zaśmiać się w głos i przyjmować szarpaną dominację z kpiącym wyrazem twarzy, wróżącym mu niechybną porażkę; mogłaby okazać mu obojętność - z niezwykłym trudem ale jednak - nie reagując zupełnie na gwałtowną pieszczotę. Wybrała jednak opcję bardziej naturalną, instynktowną i choć Samael, obserwując jej wykrzywione w grymasie przyjemności wargi czuł zapewne słodki smak triumfu, to Lai wiedziała, że jest to zaledwie bitwa w długiej wojnie o prawdziwe zwycięstwo, po które z pewnością sięgnie. Ale za chwilę, nie teraz, kiedy dreszcze rozkoszy przeszywały jej ciało, przyparte do chłodnej ściany, kontrastującej tak mocno z rozpalonym namiętnością ciałem.
Nagle pozostawionym samotnie. Zniknęły zwinne palce, zniknęła ciepła dłoń pieszcząca jej twarz, zniknęło twarde męskie ciało, podpierające ją i uniemożliwiające ucieczkę. Nagły powiew chłodu owiał ją całą, a odkryte ramiona pokryły się gęsią skórką. Otworzyła powoli oczy o niezwykle rozszerzonych źrenicach, spoglądając w jasnogranatowe tęczówki Samaela z mieszaniną napięcia, podniecenia i...znudzenia. Żaden jęk rozpaczy nie wyrwał się spomiędzy jej pełnych warg i żadne ostre słowo krytyki nie wybrzmiało w powietrzu. - Tak myślisz? - spytała leniwie przeciągając głoski i bawiąc się kosmykiem złotych włosów, który w ferworze urwanej pieszczoty opadł tuż przy jej twarzy. - Masz rację, ale najpierw wolę się przygotować, mam ochotę na szybkie, gwałtowne spełnienie. Lord Travers też w takich gustuje - wytłumaczyła się wręcz niewinnie, mimowolnie, naturalnie przesuwając swoje palce w dół. Już nie gładziła złotych loków a bladą skórę dekoltu, po chwili wsuwając palce za koronkowy materiał stanika, by pod niewygodnym kątem objąć pełną pierś. - Możesz odejść do swojej przyszłej żony, z pewnością niecierpliwie oczekuje wspaniałego finału tego rozkosznego wieczoru - pozwoliła mu łaskawie, ciągle wpatrując się w jego twarz z coraz mniej przytomnym wzrokiem. Uśmiechnęła się do niego lekko, kpiąco, a następnie, powolnym, zmysłowym ruchem odwróciła się do niego plecami, jedną dłonią opierając się o ścianę a drugą przesuwając w dół, pod suknię, w miejsce jeszcze rozgrzane palcami Samaela. Który teraz mógł podziwiać wyłącznie jej odkryte, szczupłe plecy i kaskadę złotych loków, drżących przy powolnych, namiętnych ruchach subtelnej pieszczoty. Jakby przebywała tutaj samotnie, jakby mężczyzna, stojący tuż za nią był jej zbędny, nieobecny. Odgradzała się przecież od niego tylko nonszalanckim odwróceniem, dbając raczej o swoją prywatność i odebranie mu - zapewne przyjemnej - możliwości podziwiania intymnego widowiska. Egoistycznego w każdym calu, tak idealnie pasującym do megalomańskiej Laidan, czującej słodki triumf, otaczający ją niedorzeczną aurą.



when your smile is so wide and your heels are so high you can't cry

Laidan Avery
Zawód : mecenas i krytyk sztuki
Wiek : 48 lat
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Wdowa
I wanna see this world, I wanna see it boil
I wanna burn the sky, I wanna burn the breeze
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Pozaręczynowe perypetie Tumblr_n6rzyyaEVN1rmr774o6_250
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t1280-laidan-avery https://www.morsmordre.net/t1289-ludwig#9767 https://www.morsmordre.net/t1290-kobieta-w-czerwieni https://www.morsmordre.net/f98-shropshire-ludlow-dwor-averych https://www.morsmordre.net/t1532-laidan-avery
Re: Pozaręczynowe perypetie [odnośnik]27.05.16 10:38
Było mu mało. Nigdy nie potrafił nasycić się Laidan, nawet po całonocnych seansach przyjemności pożądanie wyłącznie się w nim wzmagało i rozpalało do cna. Pojął już biologię a znając swoje ciało doskonale, potrafił przewidzieć każdą reakcję na jej bliskość, każdy dodatkowy bodziec zmysłowy odbierając jako spazm nieprzewidzianej, acz równie miłej rozkoszy. Bliskość ich ciał parzyła, przyciągając do siebie i wabiąc, jakby dotyk rozgrzanej, ciepłej skóry gwarantował wyłącznie czystą, wyzutą z górnolotnych obietnic wierności aż po grób fizyczną miłość. Niegdyś na tym poprzestawał, zadowalając się matką, która mu się oddawała, przyjmując ją z największą satysfakcją i słodkim triumfem płynącym ze zdobycia kobiety nieosiągalnej. Priorytety jednak się zmieniły, hierarchia uległa degradacji a ustalony przezeń ład kompletnie upadł, przeistaczając się w całkowity chaos myśli i pragnień, zdominowanych przez zaborczość Avery'ego, w tej chwili brutalnie spychającego matkę z wysokości tronu, na jakim łaskawie ją usadził, pozwalając na tę odrobinę swobody obyczajów. Prędko tego pożałował - choć ogień w lędźwiach świadczył, że i ta próba uzyskania przewagi mogła wzruszyć Samaela i rozbudzić jego męskość - bo choć wydał swe przyzwolenie na władczość Laidan, aprobując śmiałość i delikatną(?), kobiecą rozwiązłość, to absolutnie nie tolerował sprzeciwu i wystawiania cierpliwości na próbę. Niezwykle trudną; opanowany i flegmatyczny Avery wbrew pozorom aż kipiał emocjami i tylko czekał dogodnego momentu, aby dać im ujście. Niekoniecznie jednak dokonując masakry na arystokratach, których jedyną winą była ich niepodważalna męskość i rozpusta. Oskarżać mógł wyłącznie matkę; Lai z właściwą sobie gracją oplatała niczego nie podejrzewających biedaczków swą śliską siecią uroczej frywolności, godząc bezpośrednio w niego. Potrzebowała zapewnienia, że jest jedyna i że dla niej poświęciłby wiele różnych istnień? Paradne; Avery już wręcz gotował się z wściekłości, przesyconej delikatną, ledwie unoszącą się w powietrzu nutą pożądania. Był dla niej z a w s z e i żadnego innego dowodu nie zamierzał dostarczać zakochanej w sobie matce. Która robiła wszystko, by wyprowadzić go z równowagi, jednocześnie doprowadzając do szaleństwa z powodu rozpalonych zmysłów.
Smakował się w jej mimice, w cichych jękach, wyrywających się z gardła, w rozpasania, w jakim rozszerzała przed nim uda, zapraszająco, zachęcająco, tak, że mógłby uczynić z nią cokolwiek tylko zechce. Była jednak czymś więcej niż obiektem seksualnego pożądania i nawet czułe pieszczoty, jakimi zasypywała jego dłoń, chyboczące się, miękkie kolana (gdyby jej nie podtrzymywał, już dawno znalazłaby się tuż przy jego rozporku) nie zastąpiłby Avery'emu triumfu sączącego się z wygranej. Doskonale wiedział, że Lai nie podda się bez walki, że spróbuje okazać mu swą wyższość, że będzie dążyć do zmuszenia go, aby przyznał się do swojego beznadziejnego zadurzenia i tego, że pomimo złości, przyjmie ją i zawsze wybaczy. Miała rację... ale Samael był przecież równie uparty i nieprzejednany w swoich przekonaniach i prawach (a do niej nabył te własnościowe), zatem Lai winna przygotowywać się na prawdziwą wojnę.
Wytaczaną ze znudzeniem? Avery przyjął jednak opanowanie matki ze stoickim wręcz spokojem, może nawet z radością przedłużenia ich słodkich, niezobowiązujących igraszek. Jego chciała wyprowadzić z równowagi, zmuszając do zapewnienia jej szybkiego i gwałtownego spełnienia. O którym wspominała stanowczo zbyt często, wysyłając mu podprogowe komunikaty o erotycznej potrzebie błyskawicznej rozkoszy, tak wysokiej, tak dalece naglącej, iż posunęła się do rozbudzenia w nim zazdrości, posługując się osobą podstarzałego Traversa. Samael z upodobaniem przyglądał się spektaklowi, jaki dlań przygotowała, w napiętej ciszy obserwując zmysłowe ruchy, jakimi obejmowała swoje piersi i zsuwała dłonie na łono, zadziwiająco pewny, że wkrótce i to sobie powetuje. Jej ucieczkę, odwrócenie się, potraktował jako prowokację... i wytrzymał jeszcze chwilę, stojąc bez ruchu, napawając się jej białymi plecami, falowaniu ciała i odgłosami zbliżającej się rozkoszy.
Na którą nie pozwolił, ponownie przygważdżając kobietę do ściany i wykręcając jej obie ręce do tyłu, zakleszczając drobne nadgarstki w stalowym uścisku swej dłoni. Drugą chwycił ją za włosy, zmuszając, by odwróciła się w jego stronę, jednocześnie napierając na matkę biodrami, aby mogła go poczuć i uśmiechając się niespodziewanie łagodnie.
- Lord Travers ma piękną, piętnastoletnią, dziewiczą córkę - zaczął snuć opowieść, bezlitośnie ocierając się o Laidan - oboje będziemy zadowoleni - zapewnił ją, przyciskając coraz silniej, tak że policzkiem opierała się o ścianę i niewygodnie przekrzywiała głowę, by na niego patrzeć - tego chcesz? - upewnił się jeszcze, nie precyzując jednak, co takiego ma na myśli, aczkolwiek każda z wizji, jakie zaplanował wydawała się Samaelowi całkiem rozkoszna.


And when my heart began to bleed,
'Twas death and death indeed.
Samael Avery
Zawód : ordynator oddziału magiipsychiatrii
Wiek : 30
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Zaręczony
Szalony, niech ukocha swe samotne ściany
I nie targa łańcucha, by nie draźnić rany
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Doskonała rozpusta wymaga doskonałego odprężenia.
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t631-samael-marcolf-avery#1801 https://www.morsmordre.net/t1443-samaelowa-skrzynka-z-pogrozkami#12562 https://www.morsmordre.net/t807-call-me-doctor-love https://www.morsmordre.net/f119-shropshire-peace-street-102 https://www.morsmordre.net/t2798-skrytka-bankowa-nr-160#45281 https://www.morsmordre.net/t972-ten-lepszy-avery
Re: Pozaręczynowe perypetie [odnośnik]31.05.16 13:09
Przekraczanie granic moralności stanowiło dla Laidan codzienność, historyczną wręcz normę. Od dziecka hołubiona i obdarzana czułościami przez ojca, przywykła do intensywnego dotyku, subtelnie zmieniającego się wraz z jej szybką metamorfozą z niewinnego dziecka w równie niewinną panienkę. Wdzięczną, uprzejmą, pokorną, rumieniącą się i schylającą jasnowłosą głowkę przed natarczywymi spojrzeniami obcych mężczyzn. Tak prezentowała się jednak wyłącznie na salonach i nikt nie wiedział o jej prawdziwym charakterze, rzeźbionym mocnymi dłońmi Marcolfa. Tylko przed ojcem odsłaniała się cała, pozwalając mu dowolnie modyfikować zarówno swoją duszę jak i ciało. Dla ich przyjemności, dla zintensyfikowania doznań, dla osiągnięcia absolutnego, miłosnego spełnienia. Nigdy nie czuła się wykorzystana, raczej ojciec wykorzystywał jej ognisty temperament, wydobywając z niej prawdziwą, silną kobiecość. Nauczył ją całkowitego zaufania i poświęcenia, zawsze wynagradzanego masochistyczną przyjemnością, płynącą z nierownej walki o dominację. Pragnęła zwyciężyć przy jednoczesnej pewności, że nawet w przypadku przegranej otrzyma to, czego pożądała najmocniej: wyznania miłości, zaklętego w bliskim kontakcie drżącej rozkoszy.
Cały ten emocjonalny labirynt przeniosła także i na Samaela, który naturalnie przejął ją w posiadanie po swoim ojcu, wypełniając jego obowiązki i coraz wyraźniej egzekwując należne prawa. Laidan nie mogła wskazać konkretnego momentu, w którym ukochany syn, podległy jej i posłusznie spełniający każdy rozkaz, zaczął się przeciwstawiać i forsować własną wizję ich relacji. Gdzie stał na pozycji zwycięzcy, władcy absolutnego...coraz bardziej przypominając Marcolfa. Nie tylko fizycznie, choć bywały momenty, że wpatrując się w zaciętą minę bruneta, Lai widziała w nim jego ojca. Ten sam wyraz uprzejmej pogardy, stanowczy chód, bystra obojętność i coraz silniejsza zaborczość, okazywana także w towarzystwie. Skłamałaby, gdyby uważała tę zmianę za niepokojącą. Im bardziej syn scalał się z ojcem, tym mniej tęskniła za zmarłą miłością, kumulując ją w idealnej osobie Samaela. Pozwalała mu na coraz więcej, a matczyne porywy serca - nadmierna troska, pobłażanie i pewne lekceważenie - znikały na dobre, zastępowane uczuciami bardziej prymitywnymi, bazującymi na nieokiełznanym pożądaniu i walce o dominację.
Toczyła ją nie tylko dla zasady, naprawdę próbując odzyskać swoją pozycję królowej, budzącej posłuch u dziecka, jednak coraz częściej poddawała się nie tyle Avery'emu, co własnym pragnieniom, napełniającym ją prośbą o więcej. Potrzebowała jego ciała, dotyku, stanowczych gestów i palącej zazdrości: czuła się wtedy pożądana, najważniejsza, niezagrożona przez żadną młódkę lub kryzysową narzeczoną. Uwielbiała doprowadzać Samaela do szaleństwa, karmiąc się jego złością, nawet (a może zwłaszcza?) wtedy, gdy tracił wyuczoną znudzoną ogładę na rzecz prawdziwej żywiołowości, odziedziczonej z pewnością po Laidan. Nie istniała już granica, której nie przekroczyłaby dla osiągnięcia satysfakcji; także, jeśli ofiarowywała ją sobie własnoręcznie, próbując odnaleźć w szybkich ruchach ukojenie frustracji. Zarówno tej wynikającej z irytujących zaręczyn, jak i z czegoś głębszego, z jakiejś chorej chęci wywołania na twarzy Sama grymasu skrajnego pożądania, wręcz groźnego w swej sile i gwałtowności.
Przez chwilę sądziła, że przegrała - w pewnym głębszym, emocjonalnym sensie - bo nie poczuła od razu na sobie jego rąk, lecz konflikt wewnętrzny nie trwał długo. Jęknęła głucho i mimowolnie, gdy przycisnął ją do ściany, boleśnie wykręcając dłonie do tyłu, odbierając jednocześnie zasłużoną rozkosz. Paradoksalnie intensyfikującą się z każdą chwilą pełnego dyskomfortu kontaktu: policzek ocierał się o nierówną fakturę zdobionej tapety a wrażliwa skóra nadgarstków momentalnie siniała pod dotykiem jego palców, utrzymujących ją w ryzach nowej roli. Już nie matki, nawet nie kochanki a własności, co stawiało ją - groteskowo, masochistycznie - wyżej w hierarchii od zaledwie narzeczonej. Samael miał do niej pełne prawa, które odbierał, każdym ruchem wywołując w Laidan chęć drżącego błagania o więcej. Napięte włosy, owinięte wokół jego pięści, nie pozwalały jej na odwrócenie twarzy, więc nawet jeśli uśmiechała się kpiąco, zarumieniona, z przyśpieszonym oddechem, to mógł z jej rozszerzonych źrenic wyczytać to, co tylko chciał. Frustrację, wściekłość, zazdrość, namiętność, ból i...prowokację. Nawet postawiona, dosłownie, pod ścianą i bierna - jeszcze nie próbowała się wyrywać - pragnęła walki i triumfu. Zarówno tego, który osiągnęłaby, gdyby Sam poruszony wyszedł z jadalni, jak i tego przynoszącego im obydwojgu spełnienie. Miotała się jeszcze między przeciwieństwami, rozstrojona urwaną przyjemnością i mocnymi bodźcami, płynącymi z twardego ciała mężczyzny. I z jego słów, dotykających ją do żywego, choć zaśmiała się na nie cicho i pogardliwie. - I cóż da ci to dziecko? Równie dobrze mógłbyś przygarnąć do swojego łoża martwe zwierzątko. Ciasne, urocze, ale obrzydliwe w swej biernej niewinności - zakpiła wręcz z troską, dopiero teraz starając się wyswobodzić dłonie z mocnego uścisku. Bezskutecznie, tak sam jak bezskutecznie usiłowała zapanować nad reakcjami ciała, spinającego się przy każdym nacisku jego bioder. - Czego chcę? - powtórzyła po nim powoli przeciągając głoski, jednocześnie zmysłowo i pogardliwie, choć cała drżała z niemej prośby o to, by otarł się o nią raz jeszcze. - Chcę prawdziwego, doświadczonego, dojrzałego mężczyzny...więc możesz iść już do swojej dziewczynki - wyszeptała lekceważąco prosto w jego usta, choć własne ciało zdradzało ją, drżąc pod dotykiem jego bioder i dłoni.



when your smile is so wide and your heels are so high you can't cry

Laidan Avery
Zawód : mecenas i krytyk sztuki
Wiek : 48 lat
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Wdowa
I wanna see this world, I wanna see it boil
I wanna burn the sky, I wanna burn the breeze
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Pozaręczynowe perypetie Tumblr_n6rzyyaEVN1rmr774o6_250
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t1280-laidan-avery https://www.morsmordre.net/t1289-ludwig#9767 https://www.morsmordre.net/t1290-kobieta-w-czerwieni https://www.morsmordre.net/f98-shropshire-ludlow-dwor-averych https://www.morsmordre.net/t1532-laidan-avery
Re: Pozaręczynowe perypetie [odnośnik]04.06.16 10:00
Odzwyczaił się od sprzeciwu, jakby przekroczenie magicznego progu siedemnastu lat automatycznie rozkuwało go z kajdan niewoli. Był dorosły, był Averym i tyle wystarczyło, aby jego głos zyskał uznanie. Na salonach nie patrzono już na niego jak na dorastającego, nieopierzonego młodzieńca - kilka miesięcy zmieniło widocznie całą perspektywę światopoglądową, a on stał się zupełnie dojrzały, gotowy do reprezentacji swego nazwiska. Nadal powinien okazywać rodzicom szacunek a ich polecenia należało mu spełniać bez szemrania, jednakowoż ojca nie poważał w ogóle, a matka... Lai była jego i Samael już na samym początku ich elektryzującego romansu nakreślił stanowcze zasady, w których to jemu przypadała władza a ona musiała się podporządkować. Miał wtedy zaledwie piętnastą wiosnę, lecz doskonale wiedział, czego chce i bezwględnie wymagał posłuszeństwa. Nieustannie walczył z kobietą, która wówczas widziała w nim chłopca i pragnęła się (z) nim bawić, przesuwając granicę coraz bardziej i zacieśniając jej swobody wraz z każdą matczyną swawolą i lekceważeniem. Wtedy jednak była to gra. Na wytrzymałość, wytrwałość, wzajemne wyczucie, skonfrontowanie dwóch silnych charakterów. Avery miał przewagę fizyczną i potrafił wykorzystać ją - nigdy przemoc - aby skłonić Lai do kapitulacji. Ona zaś z łatwością perfidnie kusiła go swymi wdziękami, wiedząc, iż nie zdoła się im oprzeć. Wtedy i teraz również, lecz ognisty, młodzieńczy temperament Samaela zdołał nieco się wyciszyć i uspokoić a on nabrał cierpliwości. Niezbędnej i szalenie ważnej przy obcowaniu z matką, specjalnie podjudzającej go kokietowaniem innych szlachciców. Znał ją już na pamięć i miał pewność, że będzie się stawiać, buntować i walczyć do ostatniej kropli krwi, woląc postawić na szali ich miłość niż dobrowolnie złożyć zwycięstwo w jego ręce. Avery jednak również był uparty i nie zamierzał ustępować, nie, kiedy dosłownie wariował z pragnienia Laidan, odgradzającej się od niego w śmiesznym, wręcz infantylnym manifeście zazdrości. Ogień lizał lędźwie, wzrok mężczyzny stawał się coraz bardziej nieprzytomny, a on sam niedorzecznie spragniony swej kobiety fatalnej. Wiedział, że w końcu odda mu swe usta, jeszcze wyrzucające z siebie stek pogardliwych słów, które wkrótce posmakuje, zlizując cierpki smak drwiny i zawłaszczając je dla własnej przyjemności. Ciało Lai jednocześnie spięte, senne i uległe jeszcze się opierało, chcąc się wyzwolić ze stalowego uścisku, lecz nadaremno, bo Avery nigdy nie pozwoliłby uciec swej zdobyczy. Nieprzyjemnie wyginał trzciny jej ramion, odnajdując dziwną rozkosz w tak prostym dotyku, szeroko rozwartych oczach, aksamitnych szarpnięciach i zachłannych oddechach. Dekoncentrujących, paraliżujących jego ruchy, przynaglających do zakończenia igraszek i zaznaczenia swojego triumfu. Avery jednak wyrwał się sam z siebie i opanowywał Lai powoli, zaklinając ją w długim ceremoniale. Tyleż namiętnym, co i frustrującym, odczytywał prawdę z rozszerzonych źrenic i drżenia jej ciała; za każdym razem gdy się o nią ocierał, potęgując oczekiwanie i wzmagając napięcie. Erotyzm chwili osiągał apogeum: choć piorunowali się wzrokiem i usiłowali dobić się nawzajem w słownej potyczce, to ich ciała na przemian i zupełnie bez udziału woli zbliżały się i oddalały, stapiając się w jedność, choć ona prężyła się, by go odepchnąć. Trzymał zbyt mocno, kolanem rozsuwając jej uda i pomrukiem nagradzając ich konwulsyjne zaciśnięcie, jakby chciała chwycić go w objęcia twardych szczypiec i zadusić - pragnęła go i mogła się wypierać, Samael i tak wiedział - ale i tak musiał usłyszeć to z ust Lai. Narcystycznie domagając się wyłączności oraz żądając poddania się jego władzy absolutnej, gdzie słowo stawało się prawem a tylko on stał ponad nim.
Był jednak wspaniałomyślny i nie karał matki za wystąpienie przeciwko niemu. Nauczył się kobiecej przewrotności i dzikości wywołanej palącą zazdrością - Lai jednakowoż nadal zachowywała klasę i zmysłowość, mszcząc się bardzo... podniecająco. Z trudem hamował swe instynkty, nakazujące mu wbić się w nią bezzwłocznie i odebrać należną przyjemność w typowo samczy, zaborczy sposób. Nie brakowało mu jednak argumentów i to Laidan miała b ł a g a ć o spełnienie, pozwalając mu poczuć nie tylko rozkosz, ale i zakosztować słodszego jeszcze triumfu.
- O zwierzę też byłabyś zazdrosna? - zaszydził nadzwyczaj spokojnie, wędrując palcami po jej odsłoniętej szyi, wyczuwając puls i przesuwając powoli opuszkami po wrażliwej skórze, i jeszcze mocniej napierając kolanem na jej uda. Rozochocony reakcjami jej ciała, policzkami pałających ostrym rumieńcem - złości, podniecenia, wszystko jedno, gdy Avery czuł już nie tylko nieugaszone pragnienie, ale również ból, czyszczący umysł z racjonalnych myśli. Wraz z kpiną, którą jednak przyjął z uśmiechem i niebezpiecznymi błyskami w gwałtownie pociemniałych oczach. Dłoń mocniej zacisnęła się na drobnych nadgarstkach, które po chwili dyskomfortu wypuścił z pułapki i czule pogładził po widocznych zsinieniach.
- Dobrze więc - rzekł cicho, za włosy przyciągając matkę do siebie tak, że szeptał wprost do jej ucha, ustami lekko muskając delikatny płatek - oprzyj się o ścianę, dziewczynko - rozkazał, odpinając klamrę paska i obrysowując dłonią jej plecy, znacząc ostrożnym dotykiem linię kręgosłupa, by nieśpiesznie wsunąć je pod suknię, zedrzeć z niej koronkową bieliznę i pieścić pośladki w cichym oczekiwaniu na spełnienie jego polecenia.


And when my heart began to bleed,
'Twas death and death indeed.
Samael Avery
Zawód : ordynator oddziału magiipsychiatrii
Wiek : 30
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Zaręczony
Szalony, niech ukocha swe samotne ściany
I nie targa łańcucha, by nie draźnić rany
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Doskonała rozpusta wymaga doskonałego odprężenia.
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t631-samael-marcolf-avery#1801 https://www.morsmordre.net/t1443-samaelowa-skrzynka-z-pogrozkami#12562 https://www.morsmordre.net/t807-call-me-doctor-love https://www.morsmordre.net/f119-shropshire-peace-street-102 https://www.morsmordre.net/t2798-skrytka-bankowa-nr-160#45281 https://www.morsmordre.net/t972-ten-lepszy-avery
Re: Pozaręczynowe perypetie [odnośnik]05.06.16 15:55
Przy Samaelu odkrywała coraz to nowsze pokłady witalności, wręcz młodniejąc w jego dłoniach i choć nigdy nie czuła się stateczną matroną, to intensywny kontakt z zachwyconym nią synem jeszcze bardziej odciążał spiżowy pomnik lady, pozwalając Laidan być po prostu sobą. Żywiołową, spragnioną, niecierpliwą, nonszalancką, wyuzdaną; taką, jaką została stworzona, wychowana i nauczona pod twardym wychowaniem Marcolfa, pieczołowicie kształtującego podatny dziewczęcy materiał w formę idealnej kobiety. Spełniającej się w roli posłusznej żony i kochającej matki, lecz te dwie role, które odgrywała, odeszły już w niepamięć. Małżeństwo więziło ją jedynie w złotej klatce udawanego szczęścia, a dzieci wkroczyły bezpowrotnie w świat dorosłych, uwalniając Lai z opiekuńczych obowiązków i ciężaru nobliwej odpowiedzialności za życie potomstwa. Pozostała więc jedynie sobą: szlachcianką i kochanką, spełniającą się zarówno na salonach jak i w sypialni. Co prawda nie tej małżeńskiej - przynajmniej niezbyt często; Samael gościł tam sporadycznie, czując zapewne sadystyczną satysfakcję z hańbienia łoża swego prawowitego ojca - i nie w towarzystwie mężczyzny, któremu ślubowała wierność, ale przecież Laidan nie czuła żadnych wyrzutów sumienia. Wszyscy wokół niej cierpliwie podążali w kierunku szczęśliwego zakończenia, niezależnego od poznania brutalnej prawdy. Teatrzyk marionetek, raz wprawiony w ruch, odgrywał bez końca tą samą sztukę; karuzela kręciła się przy jedynie drobnych poprawkach a pozytywka wybrzmiewała czystą tonacją, załamującą się na krótkie momenty, w których Lai musiała podporządkować się Reaganowi. Bale, Sabaty, bankiety: towarzyszyła tam swemu mężowi, stanowiąc idealne tło dla jego dyplomatycznych zwycięstw. Przykładała się do tej pracy wiedząc, że sukces Avery'ego przełoży się i na jej satysfakcję: z pieniędzy, z rosnącej pozycji w towarzystwie, ze spełnienia zadań, postawionych przed ich rodem, jednakże żadne profity, płynące z triumfów męża, nie mogły złagodzić jej niecierpliwego pożądania, spalającego ją za każdym razem, gdy z oddali wyczuwała na sobie spojrzenie Samaela. Uwielbiała niewerbalną zaborczość, to frustrujące napięcie, jakie buchało wręcz z jego ciała, kiedy w końcu mogli zostać sami, schowani przed światem, oceną, przed moralnością, skazującą ich miłość na wieczne potępienie. Wątpliwości zniknęły już dawno, rozwiane nie tylko wiernością syna: romantyzm, głębia uczucia i jego prawdziwość wydawały się dziwnie nieważne w porównaniu z szalejącym pożądaniem, zalewającym Laidan silną falą, którą pamiętała jedynie z czasów młodości, gdy niecierpliwie wyczekiwała wieczornych odwiedzin ojca. Wtedy nie wiedziała jednak nic o świecie dorosłych, a zdenerwowanie i chęć sprostania wymaganiom dojrzałego mężczyzny nieco rozkojarzały pragnienie, którego absolutną pełnię poznała dopiero po kilku miesiącach...i po kilkunastu latach, gdy czuła na sobie niecierpliwe dłonie Samaela.
Nie był już jej synem, nie był już dzieckiem, nie był już dziedzicem; matczyne czułości i rodzinne zapędy wyciszały się zupełnie w tych częstych chwilach pulsującego pożądania, sprawiającego, że widziała w nim tylko swojego mężczyznę. Podobnego do Marcolfa, magiczną kopię, działającą na nią jeszcze mocniej dzięki objawiającym się nagle indywidualnościom, pokazującym, że ma do czynienia z Samaelem, osobną jednostką, władczą, niecierpliwą i w pewien sposób pędzącą ku destrukcji. Powinna się tego obawiać, wyciszać rozżarzone emocje, lecz działała wręcz przeciwnie, po prostu sycąc się coraz intensywniejszym pożarem, obdzierającym ją ze złotej zbroi, jaką wokół siebie wybudowała. Nie była już pełną gracji szlachcianką, wyrafinowaną rozmówczynią, lodową statuą o przeszywającym, obojętnym spojrzeniu. Znikały maniery, opadały sztywne gorsety zasad, pozwalając Laidan na ekspresję prawdziwej siebie. Skupionej wyłącznie na rodzinie, sztuce i erotyce: święta trójca, zamknięta w jedynej osobie, łączącej każdy rodzaj miłości w jedno sacrum...i jedno profanum. Nie potrzebowała nikogo więcej: Samael zaspokajał wszystkie potrzeby, zarówno te zachwycające jak i wywołujące skrajne wzburzenie. Tak jak teraz, gdy wodził ją na pokuszenie i przekraczał granice przyzwoitości, dotrzymując jej kroku w tańcu wzajemnej prowokacji. Drgnęła mimowolnie w chwili, w której zacisnął dłonie mocniej, wsuwając nogę pomiędzy jej uda - właściwie nie słyszała retorycznego, nieprzyzwoitego pytania, skupiona tylko na bodźcach. Zapachu jego wody kolońskiej, szorstkich dłoniach siniaczących nadgarstki, twardym ciele, ocierającym się o jej ciało, okryte jeszcze materiałem sukni i w końcu - na dźwięku odpinanej klamry paska, wywołującym kolejną falę podniecenia. Reagowała instynktownie, wręcz jak wyszkolone zwierzątko, nauczone, że po tym sygnale nadchodzi przyjemność. Mogła powalczyć z Samaelem dłużej i sprawić, że wyjdzie trzaskając drzwiami, ale...przecież nie tego pragnęła i nie o to błagało jej ciało, posłusznie - i wbrew woli umysłu - ulegając wyszeptanemu rozkazowi. Już nie uśmiechała się kpiąco, pewna, że nawet gdyby kontynuowała erotyczną szarpaninę, to w nierównej walce zawiodłyby ją własne odruchy, zamieniające ją w chorobliwie spragnioną kobietę. Drżącą z niecierpliwości, gdy opierała posiniaczone dłonie o ścianę, pochylając głowę - w pokorze, lecz przy okazji w jedynym możliwym geście ponownego ukrycia rozognionej twarzy, rozchylonych ust i płonącego spojrzenia. Spomiędzy przygryzionych warg nie wybrzmiało żadne słowo, żadne ponaglenie: mogła tylko w ciszy czekać na to, czego pragnęła od tak długiego czasu, pewna, że wystarczy kilka sekund, by straciła zmysły z obezwładniającej przyjemności.



when your smile is so wide and your heels are so high you can't cry

Laidan Avery
Zawód : mecenas i krytyk sztuki
Wiek : 48 lat
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Wdowa
I wanna see this world, I wanna see it boil
I wanna burn the sky, I wanna burn the breeze
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Pozaręczynowe perypetie Tumblr_n6rzyyaEVN1rmr774o6_250
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t1280-laidan-avery https://www.morsmordre.net/t1289-ludwig#9767 https://www.morsmordre.net/t1290-kobieta-w-czerwieni https://www.morsmordre.net/f98-shropshire-ludlow-dwor-averych https://www.morsmordre.net/t1532-laidan-avery
Re: Pozaręczynowe perypetie [odnośnik]06.06.16 9:47
Od piętna do piękna; Avery nie wątpił, jak powinien klasyfikować ich gwałtowną namiętność, zalewającą ciała rozkoszą zakazaną. Niedostępną, złą, plugawą, ale wyłącznie dla ludzi słabych i zbyt ograniczonych swym wąskim polem widzenia rzekomej moralności. Która przecież nie istniała albo inaczej - objawiała się wyłącznie podług osobistych przekonań, nierzadko dokonując gwałtu na tak bardzo człowieczych pragnieniach. Samael prędko zgubił swą dziecięcą niewinność, dorastając szybko i błyskawicznie odrzucając prostotę etyki na rzecz niewymuszonej, eksperymentalnej wręcz sztuki. Ars amandi w najczystszej postaci; karą Owidiusza była za nią banicja, lecz Avery'ego żadna siła nie zdołałaby zmusić do porzucenia swej kochanki. Której wciąż się uczył, metodycznie i z uporem coraz bardziej zagłębiając się w jej tajemnice. W zamglone, niewidzące oczy, w omdlewające ramiona, w lubieżne wygięcie łuku pleców, w parujące nieprzyzwoitą żądzą ciało, nagie, przeznaczone wyłącznie dla niego. Czuł się jej panem i w gruncie rzeczy nie mylił się - Reagan był zupełnie nieważny, ot, podrzędny aktorzyna przeszkadzający na scenie, by zaraz z niej zejść i zostać zapomnianym. Szekspirowski Fortynbras, pozorny zwycięzca, aczkolwiek w ich] realiach stał się symbolem człowieka-porażki i Samael nie obawiał się go w ogóle. Czymże (nawet nie k i m) był senior Avery postawiony przed obliczem [i]prawdziwego miłosnego uniesienia? Oni mieli wszystko: namiętność, dzikość, nieokiełznanie, erotyczne napięcie zagęszczające atmosferę nawet podczas zwykłej rozmowy, filuterną przekorę i niemalże młodzieńczą frywolność, radosną bezwstydność, gdy nie dbając zupełnie o nic oddawali się sobie nawzajem. W szale zrzucając z siebie ubrania, mierzwiąc włosy w towarzyszeniu pełnych odurzenia tą miłością jęków i słów, szeptanych wprost w gorące, rozchylone usta. I cóż z tego, iż dla świata nie istnieli, skoro to, co ich łączyło było po stokroć silniejsze niźli stopione w krążek złoto błyskające na palcu? Żadna przysięga, żaden obrazek szczęśliwego małżeństwa i perfekcyjnej szlacheckiej rodziny obdarzonej błogosławieństwem dziedziców idealnych nie mógł nawet równać się z więzią, jaką w miarę upływu czasu, Samael i Lai oplątywali się coraz mocniej. Kiedyś Avery sądził, że miłość to wymysł dla ubogich, próba stworzenia świata, gdzie nienamacalne uczucie zastąpi wszystkie inne potrzeby i wykreuje ułudę szczęścia. Myślenie arystokraty z krwi i kości; nie dla nich przecież miłość a związki z rozsądku. Mężczyzna wszakże oparł się przed transakcją wiązaną, zmieniając warunki obowiązującej umowy. Na nieco korzystniejsze, z pewnością dla niego, ponieważ nie zamierzał rezygnować ze swojej kochanki, choć to określenie nieco uwłaczało Laidan. Mógł opiewać ją w peanach i nazywać słońcem i gwiazdami, pasją i aniołem, lecz to nadal nie oddałoby furiackiego uczucia w jakie wzrastał za każdym razem, gdy tylko ją ujrzał. W języku ludzi nie istniało na to słowo a Avery po prostu pożądał jej - bardziej niż owocu zakazanego, bardziej niż człowiecze serce może pragnąć. Matka rozpalała go w okamgnieniu żądzą surową, palącą i samczą, prowokującą do aktów najbardziej prymitywnych i wyuzdanych. Oboje lubili gwałtowność, lecz Samael nie zdradził się z tą wiedzą, udając, że wierzy matce, gdy ta wyrywała się z jego uścisku, kłębiła się pod jego twardym ciałem, zaciskając uda, chroniąc się przed niepoprawną synowską miłością. I chyba nie odczuwał nigdy tak dławiącej wręcz rozkoszy, napełniającej go w całości potężną falą drżącej przyjemności, kiedy mógł ją - po długiej i niestrudzonej walce - podporządkować sobie, z upodobaniem patrząc na kobietę w końcu uległą. Lai jednak nigdy nie traciła swego zacięcia, zawsze gotowa odpowiedzieć mu ogniem, czego Samael nie lekceważył a miłował. Prawie tak bardzo jak posłuszeństwo, wymagające od niego długich starań, tak jak i odpowiedniego wyegzekwowania łamania przykazań, których m u s i a ł a w końcu nauczyć się przestrzegać. Płonne to były nadzieje, lecz zaostrzały głód na nagradzający akt, osobliwy wieniec laurowy, gwarantujący zwycięzcy złoty piedestał i jakże elektryzujące spojrzenie na przegranego. Z góry.
Lecz... chyba nie było wygranej i przegranej, w końcu oboje dostawali to, na co zasłużyli. Avery mocniej naparł kolanem na jej uda, rozsuwając je brutalnie, szeroko, traktując Lai niemalże jak swoją wojenną zdobycz. Mógł z nią zatem spełnić wszystkie swoje kaprysy, lecz nie potrafił odmówić sobie tej odrobiny zabawy i nie podrażnić Lai, która już prawie odchodziła od zmysłów z pożądania i palącej potrzeby natychmiastowego spełnienia. Jego dłonie przestały ją dotykać wraz z momentem, kiedy oparła się o ścianę, pokornie schylając głowę, wypełniając rozkaz jeszcze ściślej, niż sobie tego zażyczył. Avery jednak wciąż nie był usatysfakcjonowany, więc zbliżył się, ocierając biodrami o jej ciało. Metalowa klamra paska zwisająca luźno z jego spodni musiała nieprzyjemnie wbić się w jej skórę, kiedy Samael szybkimi pocałunkami i lekkimi ukąszeniami pieścił jej szyję - chcąc nieco ukoić dumę kobiety, którą zamierzał delikatnie nadszarpnąć.
- Nie zrobisz tak więcej - wyszeptał, urywanie, wciąż rozpraszająca i pobudzająco napierając na Lai swym ciałem i pośpiesznie całując szyję i dekolt - rozumiesz? - spytał, odsuwając się nieco i mocno chwytając za jej biodra. Nie śpieszył się, oczekując odpowiedzi jedynie niemrawo przebiegając palcami wzdłuż wilgotnego złączenia ud.
- Rozumiesz? - powtórzył ostrzej, gdy po dłuższej chwili nie usłyszał żadnego pokornego potwierdzenia ani przeprosin. Wraz z niezadowolonym warknięciem, błyskawicznie podwinął jej suknię i mocno uderzył w pośladki otwartą dłonią. Dwa razy; raz, by ją zachęcić, drugi dla swojej przyjemności, kiedy z upodobaniem patrzył na czerwieniące się pod wpływem uderzenia ciało.


And when my heart began to bleed,
'Twas death and death indeed.
Samael Avery
Zawód : ordynator oddziału magiipsychiatrii
Wiek : 30
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Zaręczony
Szalony, niech ukocha swe samotne ściany
I nie targa łańcucha, by nie draźnić rany
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Doskonała rozpusta wymaga doskonałego odprężenia.
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t631-samael-marcolf-avery#1801 https://www.morsmordre.net/t1443-samaelowa-skrzynka-z-pogrozkami#12562 https://www.morsmordre.net/t807-call-me-doctor-love https://www.morsmordre.net/f119-shropshire-peace-street-102 https://www.morsmordre.net/t2798-skrytka-bankowa-nr-160#45281 https://www.morsmordre.net/t972-ten-lepszy-avery
Re: Pozaręczynowe perypetie [odnośnik]07.06.16 21:19
Posłuszeństwo nigdy nie płynęło naturalnie w żyłach Laidan - od dziecka wpajano jej wyjątkowość, stawiając ją na najwyższym piedestale nie tylko ponad maluczkimi tego świata (plugawi mugole, hańbiące ród charłacze dzieci, biedota i żałośni przedstawiciele wrogich rodów), ale i ponad szlachtą. Nazwisko Averych znaczyło więcej od innych, otwierało więcej drzwi drzwi, zapewniało więcej bogactw. Była zbyt mała by wątpić lub próbować wysnuć własny osąd na podstawie rzeczowej analizy i zdroworozsądkowego spojrzenia na otaczający ją świat: spijała wszelkie prawdy z ust ojca bezkrytycznie, przyjmując każde jego słowo jako prawdę objawioną, niewymagającą kontroli. Jakiekolwiek podejrzenie co do nauk Marcolfa wydawałoby się jej potworną zdradą i występkiem przeciwko nieomylności najmądrzejszego człowieka, jakiego kiedykolwiek mogła spotkać. Z czasem, gdy potrafiła już sama czytać, przeglądała obiektywne roczniki, lecz zasiana w jej sercu megalomania nie pozwalała na uznanie wyższości jakiekolwiek innego rodu. Co z tego, że według historii łączono ich z władzą królewską, co z tego, że posiadali większe majątki, co z tego, że szczycili się wysokimi stanowiskami Ministrów Magii - w porównaniu z prawdziwą grozą, jaką budziło nazwisko Averych, ich dokonania wydawały się śmiesznie małe, wręcz dziecinne. Wszyscy inni błądzili we mgle kłamstw, budując swoje zamki na piasku, bijąc się o nie, zalewając coraz brudniejszą krwią żałosny materiał na przyszłe pokolenia. Już dziesięcioletnia Lai - jeszcze z jasnoróżowymi wstążkami w złotych włosach, w białych podkolanówkach i z ustami zabarwionymi sokiem z granatów - wyginała pogardliwie wargi, gdy musiała kontaktować się z równolatkami pochodzącymi z innych rodów. Nie potrzebowała czujnego wzroku ojca na sobie, by postępować zgodnie z wpojonymi jej zasadami, które ukształtowały ją na jedną z najbardziej dumnych i narcystycznych kobiet w szlacheckiej socjecie. Rzecz jasna nie okazywała tego, nie łaknęła niezdrowej atencji, znając po prostu swoją wartość. Nigdy nie musiała jednak jej egzekwować: naturalna aura władzy i pewności siebie, roztaczana wokół kobiety w czerwieni, automatycznie stawiała ją nieco wyżej, skąd spoglądała uważnie i łaskawie na innych. Nie uginając karku, nie przepraszając, nie podporządkowując się nikomu. W całym swoim życiu tylko przed jedną osobą chyliła głowę w pokorze, tylko jej rozkazy spełniała bez szemrania i tylko jej oddawała się całkowicie. Ojciec miał nad nią władzę absolutną i nawet kiedy wspaniałomyślnie pozwalał córce na chwilowe przejęcie kontroli to i tak wiedziała, że robi to na jego żądanie. Starała się tego naiwnie nie zauważać, karmiąc ego kradzionym poczuciem triumfu.
Z Samaelem było...podobnie. Mocno, intensywnie, chociaż tutaj zdecydowaną przewagę posiadała ona. Tak przynajmniej sobie wmawiała, gdy po raz pierwszy syn dotykał jej ciała, odbierając zadośćuczynienie za lata kłamstw. Powtarzała sobie w głowie, że pozwoliła mu na to, że rozpoczęcie tej chorej relacji było jej pomysłem, że pragnęła tego od początku. Prawda wyglądała jednak inaczej; traktowała przecież Sama z matczyną czułością, nie zauważając jego dorastania. Dopiero bezpośrednie doświadczenie dojrzałej męskości otworzyło jej oczy, lecz wtedy było za późno na jakiekolwiek działania. Uległa, czerpiąc zbyt wielką przyjemność z tej ostrej adoracji, by jakakolwiek moralność mogłaby wyprostować niegodną ścieżkę, jaką podążyła. Zaślepiona i nauczona, że fizyczna zmysłowość jest jedynym sposobem na okazanie prawdziwego uczucia. Pełnego. Intensywnego. Pozostającego ponad rozumieniem zwykłych ludzi. Śmierć Marcolfa tylko umocniła przekonanie Laidan o słuszności swoich poczynań - Samael stał się pewnym połączeniem ze zmarłym ojcem, pozwalając jej na wyrwanie się z rozpaczy. Miłość zintensyfikowała się na pierworodnym synu, najwspanialszym dziele ich życia: jakże mogła oprzeć się takiej sile? I jakże mogła sądzić, że zdoła utrzymać go w ryzach i pod sobą, skoro w jego żyłach płynęła czysta krew i charakter zdecydowanego mężczyzny?
Lubiła przekraczać granice, lubiła bawić się jego adoracją a zazdrość, jaka płonęła w jasnogranatowy oczach Samaela stanowiła najsłodszą nagrodę za mniej lub bardziej subtelne prowokacje. Nie potrzebowała tego - komplementował ją na co dzień i wręcz wielbił, upewniając ją w wyjątkowości - ale odczuwanie palącej zaborczości syna była doskonałą rozrywką. Nawet wtedy, gdy robiła o krok za daleko, stając się więźniem własnego pożądania. Wariowała przecież z podniecenia, mając go tak blisko...a jednocześnie odpychała od siebie twarde, ciepłe ciało, nie chcąc okazać posłuszeństwa. Walka płci powinna toczyć się wyłącznie na płaszczyźnie erotyki i tak właśnie się działo, co wcale nie koiło jej wzburzenia. Pragnęła, by wziął ją właśnie teraz, by zaspokoił buzujący głód, by mogła stracić przewrażliwione zmysły w jego ramionach. Tak to przecież zaplanowała: subtelna gra w prowokacje, napięte jak postronki nerwy i w końcu ostra, wręcz gniewna rozkosz, mająca złagodzić samczą zazdrość. Samael postępował jednak inaczej, próbując wymóc na niej skrajne posłuszeństwo. Doskonale ją znał i wyczuwał skraj zmysłowego wyczerpania, na jakim się znalazła, igrając z jej coraz bardziej niepokornym - wobec umysłu - ciałem. Spełniła przecież jego prośbę niemal odruchowo, otrzymując w zamian intensywne pocałunki, pieszczoty i...uderzenie. Przywracające jej nieco przytomność; wzięła głośny, spazmatyczny oddech, zagryzając wargi. Wiedziała, czego od niej oczekuje i w pierwszym odruchu chciała roześmiać się głośno, sarkazmem wytrącając mu z ręki oręż triumfatora, jednakże...była tylko sobą, spragnioną, zezwierzęconą w prymitywnym pragnieniu spełnienia. - Rozumiem - wychrypiała cicho, na sekundę przed drugim uderzeniem, wybrzmiewającym echem w pustej jadalni. Syknęła ponownie, opuszczając głowę jeszcze niżej, tak, by złote włosy zakryły jej zarumienioną twarz. I wargi, układające się w słowa, które nigdy nie powinny wybrzmieć z ust lady Avery. - Przepraszam - dodała prawie bezgłośnie, chociaż była pewna, że ją usłyszał. I że to właśnie pragnął od niej otrzymać. Pokorne posłuszeństwo, którego nigdy wcześniej mu nie podarowała. Nawet jeśli robiła to nie ona, a jej pragnienia i drżące ciało, ocierające się o biodra Samaela w niemej prośbie.



when your smile is so wide and your heels are so high you can't cry

Laidan Avery
Zawód : mecenas i krytyk sztuki
Wiek : 48 lat
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Wdowa
I wanna see this world, I wanna see it boil
I wanna burn the sky, I wanna burn the breeze
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Pozaręczynowe perypetie Tumblr_n6rzyyaEVN1rmr774o6_250
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t1280-laidan-avery https://www.morsmordre.net/t1289-ludwig#9767 https://www.morsmordre.net/t1290-kobieta-w-czerwieni https://www.morsmordre.net/f98-shropshire-ludlow-dwor-averych https://www.morsmordre.net/t1532-laidan-avery
Re: Pozaręczynowe perypetie [odnośnik]10.06.16 18:56
Laidan była dla niego wyzwaniem. Wciąż, mimo upływu czasu znaczącego się na jej pięknej twarzy drobnymi zmarszczkami, nie stanowiła oczywistości. Nie wystarczyło po nią sięgnąć raz, aby zawłaszczyć ją na zawsze, jak każdą inną kobietę. Nosiła na sobie znamię jego dotyku, ale nie chciała mu się poddać, inicjując równie podniecającą, jak i frustrującą grę, której Avery jednak nigdy nie przegrywał. Dopuszczał do pozostawienia starć nierozstrzygniętych, kiedy pragnienie brało górę nad żądaniem uznania jego władzy - pod tym względem byli do siebie niezwykle podobni - ale i tak uważał siebie za prawdziwego triumfatora. On rozbudził się jako mężczyzna pod jej dłońmi, lecz to samemu ukształtował z niej swoją kochankę. Postawił pierwszy krok, podyktowany chorym pożądaniem, powoli przeradzającym się przedziwną miłość. Fizyczną. Intensywną. Płomienną. Nie gorała jednak słodkimi słówkami a wyuzdanymi, prymitywnymi jękami. Nie rozstrajał ich delikatny dotyk a mocne, agresywne pieszczoty. W świecie rządzonym na warunkach Samaela wszystko ulegało degradacji i dlatego mężczyzna nie zapraszał jej na kolację, zanim nie udali się do łóżka. Wszystko miało swoją cenę: ona, on, każda wspólnie spędzona chwila. Może Lai nie zdawała sobie z tego sprawy, ale Avery płacił za to słono. Każdym cholernym dniem wzrastającego napięcia, przedłużaniem - przecież nieuniknionego - zbliżenia, jej ciałem drżącym w jego rękach, którego wciąż sobie odmawiał. Był popieprzony, ignorując Laidan, nie patrząc na jej podkasaną suknię odsłaniającą nogi, nie zwracając najmniejszej uwagi na plączące się u stóp porwane koronki bielizny. Był popieprzony, nie odbierając od niej tego natychmiast tego, na co czekał przez cały nużący bankiet. Był popieprzony, wyginając boleśnie jej ręce, siniacząc delikatną skórę, znacząc nadgarstki fioletową mgłą samczego, spragnionego dotyku. Pragnął jej boleśnie, ale bardziej od własnej fizycznej rozkoszy chciał poczuć jej zniecierpliwienie. Laidan w całej swej okazałości i wspaniałości, lubieżną i bezwstydną a jednocześnie pokorną i uległą. Zakochał się w tym dysonansie i niczego nie gloryfikował bardziej niż idealnego połączenia antagonistycznych zalet. Wad. Nie zapomniał pierwszego gniewnego aktu ani swojej dominacji, gdy zadecydował, iż odtąd, właśnie tak to będzie wyglądać. Właściwie nie dał matce wyboru, podejmując decyzję za nią. Sięgał po nią coraz śmielej, zawsze zaskakiwany, zawsze wybijany ze znanego mu rytmu, zawsze szarpiący się o pierwszeństwo spełnienia. Nie ustępował, ale też i niczego Laidan nie nauczył. Erotyczna szarpanina dała jednak Samaelowi element przewagi, postawiła granicę, której wiedział, iż nigdy nie przekroczy. Ona również miała swoje limity i Avery zbyt dobrze ją znał, by mógł wątpić, iż przez wieczór spędzony w objęciach wielu arystokratycznych nazwisk (tym byli jego goście) marzyła tylko o jednym mężczyźnie. Którym rzecz jasna nie był lord Travers.
Zazdrość wyzwalała się w nim jednak gwałtownie i instynktownie, kodując w jego umyśle okrutną śmierć dla każdego, kto podniesie na Lai rękę oraz... tortury dla samej sprawczyni mało subtelnego widowiska. Rozpalić i zostawić; tak powinien postąpić, z pogardą rzucając jej w twarz, iż nadzieja to najgorsze zło, jakie wydostało się z puszki Pandory. Ale Samael niestety był tylko człowiekiem - ubolewał nad tym srodze - niewolnikiem swych żądz i namiętności a ona nie dawała mu spokoju, odkąd tylko zobaczył matkę stojącą na schodach rezydencji. Krwista suknia, krwiste wargi, uprzejmy, lekko znudzony uśmiech... Tak go witała, ale Avery preferował ich przywitania rozgrywające się za zamkniętymi drzwiami i opuszczonymi zasłonami. Moralności i wychowania; ciekawe ile klątw by na nich spadło za intymne słowa i powitanie rozegrane niewerbalnie między rozpalonymi ciałami. Wibrująca przestrzeń zdawała się go przyciągać i ulegał, przylegając do niej ciasno, badawczo błądząc dłońmi po jej krągłościach. Ostrożnie, ledwo wyczuwalnie, muskając skórę opuszkami palców, jakby była ze szkła a on bał się ją uszkodzić silniejszym naciskiem. Bzdura; chciał ją złamać, ale czynił to pieszczotliwie, masochistycznie odwlekając rozkosz w bliżej nieokreśloną nieskończoność. Zależną wyłącznie od Laidan. Poddawał się przecież jej woli - wbrew pozorom, pozwalając jej dokonać wyboru. Mogła mieć wszystko, czego tylko zechciała, wystarczyło podjąć decyzję. Wymuszoną? Świadomą? Avery z pełną premedytacją podsuwał jej swoje sugestie, rozumiejąc, iż kobieta może być zbyt słaba i rozchwiana rozbuchanym pragnieniem. Powtórz. Powiedz. Bezgłośnie artykułował rozkazy każdym stanowczym naparciem na jej biodra, zaciśnięciem zębów na wrażliwej skórze. Ich usta dzieliły już tylko milimetry; pociągnął ją za włosy i zgniótł wargi w spragnionym pocałunku, nagradzając za rozsądne zachowanie. Puścił ją równie nagle, z ogniem w oczach wpatrując się po prostu w zarumienione od emocji policzki i z uśmiechem pełnym samczej satysfakcji uderzył ją jeszcze raz. Mocno, spragniony jej jęku przyjemności i spływającej na niego pewności, że należy do niego i może uczynić z nią wszystko, na co przyjdzie mu ochota. Spodnie opadły z bioder, Samael przylgnął do jej ciała, wbijając się w nią gwałtownie, rozochocony napięciem, frustracją i otrzymaną pokorą. Znieruchomiał jednak, przyciągając Lai do siebie i ostrym szeptem uświadamiając jej, że oczekuj czegoś więcej.
- Za co? - spytał chrapliwie, trzymając ją mocno w swoich objęciach i prawie wariując z własnej przyjemności, gdy czuł jak rozkosznie się na nim zaciska - za co przepraszasz? - ponowił, nie pozwalając jej nawet drgnąć, choć sam również marzył już wyłącznie o szybkim i ostrym finiszu, popychającym go ciężko na jej drobne ciało.


And when my heart began to bleed,
'Twas death and death indeed.
Samael Avery
Zawód : ordynator oddziału magiipsychiatrii
Wiek : 30
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Zaręczony
Szalony, niech ukocha swe samotne ściany
I nie targa łańcucha, by nie draźnić rany
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Doskonała rozpusta wymaga doskonałego odprężenia.
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t631-samael-marcolf-avery#1801 https://www.morsmordre.net/t1443-samaelowa-skrzynka-z-pogrozkami#12562 https://www.morsmordre.net/t807-call-me-doctor-love https://www.morsmordre.net/f119-shropshire-peace-street-102 https://www.morsmordre.net/t2798-skrytka-bankowa-nr-160#45281 https://www.morsmordre.net/t972-ten-lepszy-avery
Re: Pozaręczynowe perypetie [odnośnik]14.06.16 12:33
Pokorne chylenie głowy przed Samaelem wydawało się świętokradztwem, gwałtem na intensywnym uwielbieniu, jakim obdarzała samą siebie. Ustawiła się przecież na cokole, piedestale, na samej górze, gdzie nikt nie mógł jej dorównać - nikt oprócz Marcolfa, ale on odszedł, zniknął za kamiennym cokołem, pozostawiając ją na szczycie świata samotnie. Musiała rozpocząć jednoosobowe rządy, niezwykle trudne bez ukochanego mężczyzny, bez jego złotych rad, ostrej sprawiedliwości, zdecydowanych poglądów i lodowatego spokoju, cudownie tłumiącego szybsze porywy kobiecego serca i artystycznej wrażliwości. Ona łagodziła, on ochładzał rozbuchane emocje, którymi karmiła ich wspólne szczęście, ślepa na podszepty zdrowego rozsądku. Nie wyobrażała sobie, by kiedykolwiek cokolwiek mogłoby ich rozłączyć: śmierć wydawała się słodką igraszką, odległym strachem dla małych dzieci, po raz pierwszy wpatrujących się z niepokojem w błyskającą iskrami różdżką, nie wiedząc, że za kilkanaście lat tym samym przedmiotem będą niosły zapomnienie. Skoro Marcolf wygrał z naturą, z moralnością, z przyzwoitością, z całym społeczeństwem, które od wieków budowało tabu wokół kazirodztwa, to czymże było sprzeciwienie się ostateczności? Wierzyła w niego szaleńczo, uznając ojca za nienaruszalną opokę. Bez słabości, bez wad: nigdy ich nie okazał i nawet, gdy czuwała przy jego łożu, obserwując bladą twarz i wsłuchując się w coraz cichszy oddech, nie przypuszczała, że naprawdę odejdzie. To byłoby najstraszniejszą porażką, opuszczeniem ukochanego dziecka już na zawsze. Niemożliwe stało się jednak rzeczywistością, bolesną, straszną...i dającą szaleńczą nadzieję, jaką spijała histerycznie z ust Samaela, lecząc się jego ciałem, bliskością i ciepłem. Pragnęła go do szaleństwa; przecież to w nim scalały się dwie osoby, ojca i syna, dwóch mężczyzn, których pokochała najmocniej na świecie. Miała wrażenie, jakby Samael przywracał ją do życia, wyciągał z lepkiej sieci żałoby, pozwalał na nowo odnaleźć radość. Pozwalała mu na to bez skrępowania, bez wstydu i bez żadnych granic, dopiero po kilkunastu miesiącach spoglądając na ich relację całkowicie trzeźwo, bez emocjonalnego koktajlu rozsadzającego wrażliwy układ nerwowy. Chciała wmawiać sobie, że to ona nim zawładnęła, ale tak naprawdę oddała się mu bez walki. Tak jak Marcolfowi, którym przecież Samael nie był. Musiała od nowa budować granice, powalczyć o swoją autonomię, co - paradoksalnie - tylko zwiększało jej przyjemność. Im bardziej próbowała odzyskać sprawczość, tym bardziej mężczyzna okazywał swoją dominację, nakręcając ją na więcej. Mocniej. Częściej. Nie dbała o pozory, nie dbała o chłodne postrzeganie, pragnęła tylko zaspokojenia - a jeśli otrzymywała je po długiej, skazanej od razu na porażkę, walce, tym mocniej spalała się w rozkoszy.
Tym razem także chciała przesunąć ustaloną wcześniej granicę, poigrać z spalającym ją ogniem, upewnić się, że i Samaela toczy to samo szaleństwo, które pozbawiało ją zdrowego rozsądku. Uwielbiała obserwować płonącą w jego oczach zazdrość, karmiła się zaborczością, okazywaną jednak wyłącznie za zamkniętymi drzwiami rezydencji. Terapia zastępcza; wolałaby przecież, by mógł zagarniać ją dla siebie na salonach, by wszyscy widzieli, że należy tylko do niego. Potrzebowała takiego oznaczenia - przecież pomimo królewskiego majestatu pozostawała tylko kobietą, dzieląc z rodzajem żeńskim cały zasób poddańczych słabości - i właśnie takie otrzymywała, gdy Sam niecierpliwie sięgał po jej ciało, robiąc z nią to, czego pragnął. Dotykał, uderzał, całował; ponownie z jej ust wydarł się cichy jęk: najpierw cichy, wręcz zaskoczony, a później - gdy w końcu poczuła jak ją wypełnia, mocno i do końca - już głośny. Triumfalny. Niosący początek zaspokojenia, które jednak zaledwie musnęło ją obietnicą ulgi. Kolejne pchnięcie nie nadeszło; czuła go tylko w sobie a gorący oddech owiewał jej podrażnioną ostrymi pocałunkami szyję, lecz nie mogła poruszyć się nawet o cal, by wzmocnić doznanie, płynące z ekstremalnej bliskości. Mogła tylko tłumić zwierzęce dyszenie i z całych sił starać się przekonać własne ciało, że jest w stanie wytrzymać więcej, że się nie upokorzy, że nie zagra w tę grę, że wygra, że...
- Przepraszam że cię prowokowałam - wychrypiała a każde słowo drżało pragnieniem i tęsknotą. Bez wstydu - na to była zbyt napięta i nagląca, trzęsąc się w jego ramionach z prymitywnym błaganiem w każdym skurczu mięśni. Musiał to czuć, musiał wiedzieć, że ją złamał i że uderzając w czuły punkt niezaspokojenia będzie mógł zrobić z Laidan wszystko. Przynajmniej dopóki nie opadnie pierwszy kurz rozkoszy, pozwalając zdrowemu rozsądkowi na przejęcie kontroli...i rozegranie walki płci ponownie, z zapewne tym samym finałem.



when your smile is so wide and your heels are so high you can't cry

Laidan Avery
Zawód : mecenas i krytyk sztuki
Wiek : 48 lat
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Wdowa
I wanna see this world, I wanna see it boil
I wanna burn the sky, I wanna burn the breeze
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Pozaręczynowe perypetie Tumblr_n6rzyyaEVN1rmr774o6_250
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t1280-laidan-avery https://www.morsmordre.net/t1289-ludwig#9767 https://www.morsmordre.net/t1290-kobieta-w-czerwieni https://www.morsmordre.net/f98-shropshire-ludlow-dwor-averych https://www.morsmordre.net/t1532-laidan-avery
Re: Pozaręczynowe perypetie [odnośnik]20.06.16 21:36
Za pierwszym razem było paraliżująco.
Nie potrafił inaczej określić tego odczucia, które spięło jego mięśnie, pożądania, jakie w jednej chwili owładnęło umysłem i przysłoniło mu wizje niepewnej przyszłości, właśnie chwiejącej się na granicy ogromnej przepaści. Pamiętał sztywność i mrowienie w ciele, pamiętał pośpiech, gwałtowność i błyskawicznie rozlewającą się rozkosz, pamiętał roztrzęsienie - ich obojga, choć po wszystkim, on dygotał zdecydowanie mocniej.
Za drugim razem było podobnie.
Równie intensywnie, równie śpiesznie, równie przyjemnie, choć gdzieś obok wściekłych, zachłannych pchnięć, kołatała się niewyraźna myśl o zapewnieniu komfortu Laidan.
Kolejne zbliżenia przynosiły całe spektrum emocji. Początkowo petryfikujących umysł Samaela i spłycając jego pragnienia do szaleńczego pożądania ciała matki, by z czasem wzmóc ów głód i nastroić go na wyższe częstotliwości. Nie wystarczyło mu już jej po porostu mieć, posiadać i zawłaszczać, z każdym kolejnym razem roztaczając dookoła siebie większą aurę władzy i systematycznie windując swe żądania. Chciał, by oddała mu się absolutnie, oferując nie tylko zmysłową rozkosz i spełnienie w swoich delikatnych ramionach, ale również psychiczną ekstazę spowodowaną bezwarunkową uległością. Walczyli o o to już od dawna, lecz dotychczas prowadzili raczej wojnę podjazdową, nie decydując się na wytoczenie ciężkiej artylerii.
Słowa, jakie padły między nimi tego wieczoru w jednej chwili zmieniły jednak wszystko i Avery był tak porażająco pewny swego triumfu i tak złakniony upragnionego przecież od dawna posłuszeństwa Laidan, że wykorzystał swoją wściekłość, obracając ją przeciwko niej. Schwytał Lai zupełnie jak płochą i bezbronną sarenkę w raniące sidła, zostawiając poszarpane i krwawiące ślady na jej godności; wiedział także, że na razie nie potrafi o nich myśleć, skupiając się wyłącznie na rozsadzającej ją tęsknocie. Za nim. Za jego twardym ciałem. Za ciężarem, za mocnymi pchnięciami i brutalnością. Kosztowało go to sporo, ale wstrzymywał się z własnymi doznaniami, wciąż pozostając nieruchomo, wciąż w jej gorącym wnętrzu i wciąż oplatając ją ramionami, aby nie mogła nawet drgnąć. Przynajmniej póki nie usłyszy zbawiennego przepraszam, jakim miała otworzyć sobie bramy do spełnienia. Samael nie wymagał przecież wiele i... wahał się, czy aby nie powinien i tak zostawić ją samej sobie, gdy tak domagała się jego dotyku. Otrzymać swoją upragnioną pokorę i nagrodzić niczym - przecież kobieta nie miała prawa dyktować mu żadnych warunków, ani równie prymitywnie żądać erotycznej rozkoszy. Zdławił jednak te myśli - wciąż czekając, dopóki gardłowym głosem nie wychrypiała upragnionego poddania się jego woli. Dopiero t e r a z Avery mógł w pełni czuć swoją władzę, z jaką przez chwile wpatrywał się wprost w jej płonące rozedrganiem granatowe oczy. Niewygodnie przekręcona głowa nie była jednak żadną przeszkodą; Samael już o to zadbał, narzucając szaleńczy rytm i biorąc ją ostro, aby nie zapomniała, ani nie pożałowała swej skruchy. Wiedział, że nie mówiła szczerze, wiedział, że jeszcze wielokrotnie będzie szczuć go zazdrością, wiedział, że za każdym razem ulegnie męskiej zaborczości i wiedział, iż powtórne rozgrywki winny okazać się bardziej pouczające. I on przecież ulegał swym pragnieniom, niedorzecznie spragniony Laidan, na którą miał miał samczą ochotę jeszcze zanim wyszedł na parkiet. Nie o tym jednak myślał, kiedy wbijał się w nią gwałtownie i jęczał głośno, a Laidan dygotała pod nim, oszalała z nadciągającej rozkoszy. Ciepłe nasienie rozlało się w jej wnętrzu; Sam oddychał ciężko, przypierając bezwładne ciało matki do ściany... I już po chwili brał ją na ręce, przerzucając sobie przez ramię. W podkasanej sukni i rozwichrzonych włosach, ale to przecież zupełnie nie miało znaczenia, bo i tak zamierzał pozbawić ją ubrania...
- Jeszcze z tobą nie skończyłem - zapowiedział słodko, niosąc Laidan długimi, pustymi korytarzami i kierując się w stronę jego chłopięcej sypialni, gdzie tyle razem przeżyli. Na pamiątkę d a w n y c h czasów.

|zt


And when my heart began to bleed,
'Twas death and death indeed.
Samael Avery
Zawód : ordynator oddziału magiipsychiatrii
Wiek : 30
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Zaręczony
Szalony, niech ukocha swe samotne ściany
I nie targa łańcucha, by nie draźnić rany
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Doskonała rozpusta wymaga doskonałego odprężenia.
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t631-samael-marcolf-avery#1801 https://www.morsmordre.net/t1443-samaelowa-skrzynka-z-pogrozkami#12562 https://www.morsmordre.net/t807-call-me-doctor-love https://www.morsmordre.net/f119-shropshire-peace-street-102 https://www.morsmordre.net/t2798-skrytka-bankowa-nr-160#45281 https://www.morsmordre.net/t972-ten-lepszy-avery
Pozaręczynowe perypetie
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach