Wydarzenia






 
IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Share | 
 

 Schody na półpiętro

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość
Mistrz gry
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
naczelny mąciciel
odwieczny
n/d
n/d
Do you wanna live forever?
99
99
99
99
99
99
Czarodziej

PisanieTemat: Schody na półpiętro   03.07.16 23:46

Schody na półpiętro

Marmurowe stopnie i kręta, gładko ciosana balustrada, skrzy się od żyrandolowych świateł czernią i bielą, a każdy krok, postawiony na kamiennym podwyższeniu, niesie się szklistym echem po jednej z mniejszych sal balowych. Schody prowadzą na półpiętro i wysunięty, wewnętrzny balkon, z którego można obserwować wirujące na parkiecie pary. Z tyłu, zaraz przy ścianie, postawiono wąski, hebanowy stolik, przy którym kręcą się skrzaty skryte pod czarami niewidzialności, gotowe w każdej chwili służyć, podając mocny alkohol, cygara, czy rozmaite przekąski.




Ostatnio zmieniony przez Mistrz gry dnia 06.07.16 0:35, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down
Laidan Avery
avatar

Nieaktywni neutralni
Nieaktywni neutralni
https://www.morsmordre.net/t1280-laidan-avery https://www.morsmordre.net/t1289-ludwig#9767 https://www.morsmordre.net/t1290-kobieta-w-czerwieni https://www.morsmordre.net/f98-shropshire-ludlow-dwor-averych https://www.morsmordre.net/t1532-laidan-avery
mecenas i krytyk sztuki
48 lat
Szlachetna
Wdowa
I wanna see this world, I wanna see it boil
I wanna burn the sky, I wanna burn the breeze
5
12
0
0
0
0
0
0
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Schody na półpiętro   04.07.16 6:18

| z salonu

Wcale nie chciała uciekać.
Początkowy niepokój, rozsiewający się po każdym calu jej ciała drobnymi ziarenkami wspomnień ostatnich dni, rozpłynął się w aurze sylwestrowego wieczoru. Nie w winie, bo czymże był jeden jego kieliszek w porównaniu z całymi butelkami, chowanymi skrzętnie w zakamarkach Ludlow przez posłuszne skrzaty? W odróżnieniu od większości młodziutkich szlachcianek Laidan prezentowała się świeżo, upojona innym rodzajem krwistej przyjemności, odurzającej mocniej od jakiegokolwiek trunku. Wolność; nie sądziła, że kiedykolwiek będzie za nią tęskniła, że kiedykolwiek odczuje jej brak. Tylko raz nałożono na jej wątłe nadgarstki kajdany, wzmocnione węzłem małżeńskim, ale i z tej sytuacji odnajdywała drogę ewakuacyjną, przez większość swojego życia oddychając swobodnie, pełną piersią, wiedząc, że to ona decyduje o każdym kolejnym kroku. Mąż stanowił przydatny rekwizyt, lalkę brzuchomówcy, wypowiadającą jej wolę. Naiwnie sądziła, że tak będzie zawsze. Że Marcolf uzyska nieśmiertelność, mogąc czuwać nad nią przez cały czas. Że Reagan nigdy nie zostanie brutalnie wystawiony na poznanie prawdy. Że Samael będzie kochał ją z każdym dniem jeszcze mocniej, zastępując jej ojca. Że ona sama zwalczy każdą przeszkodę, by utrzymać status quo i koronę królestwa. Myślenie magiczne stawało się rzeczywistością...do czasu wielkiego krachu, gdzie każda część opoki, o którą się opierała, roztrzaskała się w drobny mak, kalecząc kamiennymi odłamkami te wątłe pozostałości, jakie miały siłę oprzeć się pierwszej fali destrukcji.
Tego wieczoru chciała o tym zapomnieć, odsunąć od siebie ostatnie tygodnie. Powracała przecież oficjalnie na salony po długiej chorobie, prezentując się doskonale. Wyprostowana, w wspaniałej sukni ukochanego koloru, z włosami równo zaczesanymi w wyrafinowany kok, gotowy do rozpuszczenia po wyjęciu zaledwie jednej rubinowej spinki, skrzącej się w złotych kosmykach niczym zastygnięta krew. Uśmiechała się do młodziutkich szlachcianek, w myślach już zamykając je w trudnych do odsunięcia szufladkach. Jak za dawnych czasów, gdy tkała w myślach sieć skojarzeń, słabych i mocnych stron, planując towarzyskie powiązania i mogące przydać się koneksje. Czuła się silna, mając obok siebie wiekową acz w dalszym ciągu liczącą się w arystokratycznej socjecie lady Nott i Cedrinę, piękną i władczą pomimo smutku jaki sprowadzała na nią choroba męża. Avery przez większość swego życia szczerze gardziła żeńską częścią świata, ale ostatnie doświadczenia - czyżby dopiero teraz poznała prawdziwą dolę kobiet? - obdarły ją także z aroganckich złudzeń. Każda cierpiała, każda z nich była lub stanie się w pełni zależna od mężczyzn i nawet jeśli uda się jej uniknąć egzekucji od razu, to ta będzie wisiała nad ich pięknymi główkami każdego kolejnego dnia. Spadając bolesnym ciosem w najmniej spodziewanym momencie.
Nie, nie roztkliwiała się, niektórym niezbyt lotnym umysłowo panienkom życząc szczerze brutalnego męża, mogącego utemperować je do odpowiedniej, szlacheckiej formy. Te myśli nie uległy jednak żadnemu zwerbalizowaniu a Laidan opuszczała salon, uśmiechając się porozumiewawczo do Cedriny i Adelaide. Zbyt długo zwlekała z zmoczeniem ust w kolejnym kieliszku: potrzebowała go, by uspokoić się już zupełnie, bawiąc się w dziecięcą grę w udawanie. Udawała przecież, że nic się nie zmieniło, że to kolejny szczęśliwy Sabat...tak różny od poprzednich.
W tłumie pojawiających się gości nie zauważyła Reagana, co wywołało kolejną falę ulgi. Nie ostateczną, tę poczułaby dopiero w momencie, w którym na salonach nie pojawiłby się także Samael. Na razie nieobecny. Jakaś głupia nadzieja w jej sercu uważała, że pierworodny pozostanie w Shropshire, zdjęty niemożebną żałobą, ale...nie była już głupia. Jak najszybciej przeszła przez zapełniający się parkiet, odmawiając kilku szlachcicom pierwszego tańca, po czym ruszyła w górę po schodach, ujmując w dłonie materiał sukni. Potrzebowała alkoholu, chwili oddechu i...męskiego ramienia.
Mogła się spodziewać, że spotka go właśnie tutaj, tuż przy stoliku zastawionym alkoholem. Odszedł od niego przed sekundą, przystając przy wysokiej balustradzie. Laidan porwała z lewitującej tacy kieliszek wina i przystanęła obok Sorena, przeszywając go błękitnym spojrzeniem. - Synu - powiedziała w ramach powitania, czekając aż okaże jej należny szacunek. Gdy już rytuał uprzejmości został odczyniony - ach, patrzcie, na moje doskonale wychowane dziecko - upiła łyk wina. - Powiedz, że twój brat nie pojawił się w kasynie - powiedziała chłodnym tonem, próbując zakląć rzeczywistość a w jej wzroku rozbłysła wręcz błagalna nuta, na szczęście równie szybko ukryta za roziskrzoną władczością. Lady Avery zasługiwała na miano doskonałej aktorki. W doskonałej charakteryzacji ukrywającej siniaki, w kostiumie dopasowanym do czasów świetności, z pięknym mężczyzną u boku nikt nie mógł pomylić jej z kimś innym.





when your smile is so wide and your heels are so high you can't cry

Powrót do góry Go down
Soren Avery
avatar

Nieaktywni neutralni
Nieaktywni neutralni
https://www.morsmordre.net/t796-sren-avery https://www.morsmordre.net/t859-stella https://www.morsmordre.net/t850-sren https://www.morsmordre.net/f121-whitcomb-st-43-7 https://www.morsmordre.net/t1180-sren-avery
pałkarz Os z Wimbourne
26
Szlachetna
Zaręczony
jest szósta mojego serca
a po kątach trudno pozbierać wczorajszy dzień
0
7
7
0
0
2
0
10
Czarodziej
sny są dla ludzi bez wyobraźni

PisanieTemat: Re: Schody na półpiętro   04.07.16 11:31

Wygrał.
Nie udało mu się zwieńczyć tego karcianego turnieju szklaneczką znamienitej Toujours Pur. Nawet nie zauważył jak szybko to zleciało.  Do północy zostało już mniej niż więcej czasu, co oznaczało, że wkrótce będzie mógł przestać się przejmować ilością wypitego alkoholu. Nie wątpił, że taki znamienity gospodarz jak lady Nott przygotował wystarczające ilości na tak niezwykłą okazję. Jednak póki co przydało się zachować chociaż odrobinę trzeźwości i światłości umysłu. Ostrożnie wstał od stołu, aby przypadkiem nie uderzyły go nagłe zawrotny głowy. Skinął głową Perseusowi; zapewne jeszcze spotkają się tego wieczoru, mniej lub bardziej rozpoznając się nawzajem. Nie chciał mu być jednak balastem, przecież czekała na niego narzeczona, a on wystarczająco nastręczał mu już problemów. Jednak jego obecność była doprawdy zbawienna. Gdyby nie on prawdopodobnie nie wykrzesałby z siebie tyle chęci, aby stawić się na Sabacie. Zapewne byłby już pijany grubo przed dwudziestą i nikt nie mógłby na to poradzić. Sytuacja jednak potoczyła się inaczej. Teraz był tutaj i przez chwilę mógł udawać, że nic się nie stało. Przecież umiał. Był doskonały w tej grze, której uczono go na równi z pierwszym krokami. Maska była już naprawdę doskonała, przywierała do twarzy idealnie. Maskowała wszystkie troski, smutki i rozczarowania, od zawsze. Nie musiał udawać, że świetnie się bawi. Po prostu odsunie się na bok jak zwykle, pozwoli innym przejąć pałeczkę, to inni wirować będą po parkiecie w takt skocznej muzyki i perlistych wybuchów śmiechu. Jeśli stanie odpowiednio daleko od całego tłumu nikt nie zauważy delikatnej siatki pęknięć, która powstała stopniowo już od początku grudnia, a której istnienia z uporem maniaka się wypierał. Liczył, że dopóki nie zaakceptuje tego faktu to nie będzie miał on racji bytu. Nie miał pojęcia jak bardzo się mylił.
Świstoklik nie był najlepszą formą komunikacji, zwłaszcza dla niego w tym stanie. Zawroty głowy niestety się pojawiły, jeszcze bardziej pobudzającego jego pijany umysł. Zazwyczaj szczycił się mocną głową, która prawdopodobnie była wrodzoną cechą rodu Averych. Jednak, co innego spokojne sączenie ognistej w odpowiednim towarzystwie, a co innego przymusowe pochłanianie alkoholu, w którym do niedawna macerował się jakiś jadowity stwór. Musiał jednak przybrać dobrą minę do złej gry. Do północy wciąż brakowało, a on miał przecież misję. Tę jedną jedyną pobudkę, która pchała go do przodu przez cały ten wieczór, zmuszając go do nieporzucania logicznego myślenia na rzecz wygodnej utraty kontroli. Powinien znaleźć matkę, najpewniej jeszcze przed Samaelem, inaczej ta stanie się dla niego nieosiągalna w samotności przez resztę przyjęcia. Potrzebował jednak chwili samotności. Cały czas przewija się w tłumie, najpierw w kasynie, teraz w tej wspaniałej posiadłości. Towarzystwo samego siebie stanowił więc wręcz pewien towar deficytowy. On jednak nie miał ochoty na zamienianie uprzejmości z mijanymi ludźmi, z minuty na minutę coraz bardziej. Nie chciał stać się opryskliwy i zgryźliwy, przecież nie na to umawiał się z matką, mogłaby unieważnić całą tę umowę, gdyby dowiedziała się, jaką opinię rozsiał w tłumie. Jego organizm potrzebował jeszcze czasu, aby przefiltrować cały ten wlany w siebie trunek, przyjąć go, a wtedy znów będzie gotowy na stawienie czoła światu.
Tylko wchodzenie po schodach w aktualnym stanie nie było wyjątkowo dobrym pomysłem. Mógł się przecież zachwiać niebezpiecznie i wyrżnąć widowiskowego orła, a przecież nie był na miotle. Czy życie nie było mu miłe? Fakt, teraz nie bardzo. Jednak udało mu się bezpiecznie pokonać wszystkie marmurowe stopnie, aby stanąć pewnie na półpiętrze. Jego spojrzenie w pierwszej chwili padło na suto zastawiony stolik. Nie był to jednak jeszcze czas na ponowne picie. Wziął szklankę ze zwykłą wodą z lodem i obrócił się w stronę balustrady, z zaskoczeniem doznając wyjątkowej ulgi, kiedy dała mu ona swoje oparcie. Przyglądał się niewidzącym spojrzeniem wirującemu w dole tłumowi i chłonął błogi szmer, tak oddalony od niego, kojący wręcz. Niestety niedane mu było zażywać tego spokoju dłużej. Dźwięk obcasów szybko dotarł do jego głowy i jeszcze szybciej pożałował, że nie ma w szklaneczce ognistej. Nie był jeszcze gotowy na spotkanie z matką, ale teraz nie miał już nic do gadania.
- Matko - odrzekł na jej powitanie, pochylając głowę z należnym jej z tego tytułu szacunkiem, chociaż sam nie wiedział, czy rzeczywiście go dla niej posiada. - Widocznie stwierdził, że utopi swe smutki w alkoholu i towarzystwie, a nie samotności. - Jego głos był wyzuty z emocji, nie miał dla brata ani krzty współczucia, zasłużył na każdą cząstkę bólu, jaką obdarowywało go życie. Nie sądził jednak, że ten go w tej chwili odczuwał. - To dziwne, że role nagle się tak odwróciły - zauważył, gdy jego spojrzenie ponownie powróciło do scen rozgrywających się w dole. Dawali mu dystans, którego potrzebował teraz niczym tlenu.




okay, i hated you but even when you left, there was never a day that i’ve forgotten about you and even though i actually miss you, i’m gonna erase you now cause that’ll hurt way less
than blaming you


Powrót do góry Go down
Laidan Avery
avatar

Nieaktywni neutralni
Nieaktywni neutralni
https://www.morsmordre.net/t1280-laidan-avery https://www.morsmordre.net/t1289-ludwig#9767 https://www.morsmordre.net/t1290-kobieta-w-czerwieni https://www.morsmordre.net/f98-shropshire-ludlow-dwor-averych https://www.morsmordre.net/t1532-laidan-avery
mecenas i krytyk sztuki
48 lat
Szlachetna
Wdowa
I wanna see this world, I wanna see it boil
I wanna burn the sky, I wanna burn the breeze
5
12
0
0
0
0
0
0
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Schody na półpiętro   04.07.16 12:25

Trzymany w ręku kieliszek wina dopełniał dzieła perfekcyjnej charakteryzacji. Alkoholowy atrybut bogini władzy dodawał jej siły, nie osłabiając przy tym umiejętności logicznych...przynajmniej na razie. Sączyła przecież krwistoczerwony płyn nieznośnie powoli, jeszcze zastanawiając się nad ostatecznym wyborem. Wychylać kolejne kryształowe szkiełka tak długo, aż zacznie czuć się w pełni sobą? Kuszące; pragnęła zapomnienia, relaksu, słodyczy wina rozlewającej się po ustach wręcz niemoralną rozkoszą. Stałaby się odważniejsza, utopiłaby wewnętrzny strach, ciągle zawiązujący wnętrzności w ciasny supeł na samą myśl o pojawieniu się tuż obok Samaela. To właśnie dzięki niemu wahała się nad zachowaniem trzeźwości. Musiała być czujna, wiecznie gotowa niczym zaniepokojone zwierzątko śpiące z otwartymi oczami, by odpowiednio wcześnie zauważyć skradającego się drapieżnika, gotowego żywcem rozerwać wątłe ciało. Chciała uniknąć konfrontacji, zachować ten Sabat w pamięci jako magiczną furtkę do innego świata przeszłości, gdy sunęła środkiem sali, ściągając na siebie spojrzenia pełne zachwytu a jej wzrok spoczywał tylko na jednym mężczyźnie, na którego widok jej źrenice pochłaniały niemalże jasnogranatową obwódkę, roziskrzoną pragnieniem i miłością.
Nie tak jednak patrzyła na Sorena, śledząc wzrokiem wysoką, smukłą sylwetkę, należącą do jej drugiego syna. Po raz pierwszy pojawiała się u jego boku z własnej woli, niezmuszona konwencją ani oczekiwaniami zgromadzonych gości. Nie było to jednak wyrafinowaną zagrywką a instynktowną próbą schronienia się w bliskości Avery'ego. W ogóle nie przypominał Marcolfa, ot, męska kopia jej samej. Pełne, wręcz wulgarne usta, ostre kości policzkowe, duże oczy, złote włosy opadające nonszalanckim kosmykiem na wysokie czoło. Soren wyglądał pięknie: dopiero teraz, gdy z jej oczu opadły łuski nienawiści, mogła to dostrzec, co prawda kierowana bardziej wskrzeszoną na tych kilka godzin megalomanią niż matczyną miłością, ale jednak...coś się zmieniało. Szukała sojusznika tam, gdzie wcześniej widziała okropny zbiór kości i tkanek, połączonych z nią wyłącznie genetyczną więzią. Chodzący dowód jej porażki, teraz wydającej się zaledwie leciutkim koszmarem w porównaniu z cierpieniami, jakie zesłał na nią Samael. Drgnęła nieco nerwowo, zerkając w tył, paranoicznie wyczuwając czyjąś obecność. Nikt jednak nie stał za jej plecami; mogła powrócić do wyprostowanej sylwetki, robiąc jeszcze krok bliżej Sorena i wsuwając rękę pod jego ramię. Idealny obrazek matki i syna, przedstawicieli rodu Averych, obserwujących z góry cały szlachetny światek, tańczący według wybranej przez nich muzyki. Jak dobrze było choć przez chwilę wmówić sobie posiadanie takiej władzy; choć na sekundę odsunąć od siebie ostatnie tygodnie, choć na moment odetchnąć pełną piersią, wdychając zapach wina i drogich perfum.
Informacja o tym, że Samael jednak pojawił się na Sabacie, nałożyła jednak ponownie stalową obręcz na jej płuca, ale...nie skuliła się, nie drgnęła, wypijając do końca kielich wina i od razu sięgając po kolejny. Ostatni tego wieczoru. Wybrała trzeźwość, rozsądek i...iluzję, jaką serwowała sama sobie. Była silna, ostatnie tygodnie się nie wydarzyły, Sam nie sięgnął brutalnie po jej ciało, nie uderzył jej, nie upokorzył, nie zniszczył. Ostatnie dwa miesiące nie istniały. Powtarzała to sobie w kółko, posyłając Sorenowi lekki uśmiech. - Ktoś wywrócił szachownicę, niszcząc wszystko, co zostało do tej pory zbudowane... lecz to najlepsza szansa, by ustawić figury według nowego szyku - odparła wieloznacznie, wręcz zagadkowo, nie spuszczając wzroku z blondyna, jakby bojąc się, że gdy spojrzy w dół w tańczącym tłumie zobaczy swój koszmar. - Przemyślałeś moją propozycję? - spytała prawie obojętnie, acz z wyraźną sugestią, że może albo zasilić armię pionków, pierwszych na linii strzału albo razem z nią popracować nad taktyką przetrwania.





when your smile is so wide and your heels are so high you can't cry

Powrót do góry Go down
Soren Avery
avatar

Nieaktywni neutralni
Nieaktywni neutralni
https://www.morsmordre.net/t796-sren-avery https://www.morsmordre.net/t859-stella https://www.morsmordre.net/t850-sren https://www.morsmordre.net/f121-whitcomb-st-43-7 https://www.morsmordre.net/t1180-sren-avery
pałkarz Os z Wimbourne
26
Szlachetna
Zaręczony
jest szósta mojego serca
a po kątach trudno pozbierać wczorajszy dzień
0
7
7
0
0
2
0
10
Czarodziej
sny są dla ludzi bez wyobraźni

PisanieTemat: Re: Schody na półpiętro   04.07.16 18:34

Stojąc na półpiętrze, z którego roztaczał się doprawdy imponujący widok nie czuł się ani trochę zwycięzcą. Nie miał w sobie wrażenia, że stoi niczym król na zamkowym balkonie, który ogląda bawiący się w dole plebs. Nigdy nie miał takich megalomańskich wręcz zapędów, nie czuł pragnienia władania, decydowania o życiu i śmierci innych. Przez takie, a nie inne wychowanie w jego sercu głównie kwitło pragnienie zwykłego, spokojnego życia. Wszelkie górnolotne aspiracje przypadły więc w spadku jego starszemu bratu i jakoś nigdy mu to nie przeszkadzało. Teraz nic nie ulegało zmianie. Przyglądając się z góry zebranemu tłumowi o nienagannym statusie krwi nie rozważał jak zaskarbić sobie nad nimi władzę. Chłonął tę pulsującą atmosferę, jak gdyby mogła ona uratować jego powoli umierające wnętrze. Zastanawiał się jak bardzo widowiskowo roztrzaskałaby się trzymana przez niego w ręku szklanka, gdyby upuścił ją na dół. Czy równie szybko jak jego życie? Czy drobne odłamki nieszczęsnej egzystencji ugodziłyby również innych - bliskich czy zupełnie obcych? Trochę czuł się jak taka nie do końca napełniona szklanka. Wypełniła go spora dawka nadziei, wiary, że wszystkie poplątane ścieżki mają szansę się wyprostować. Stał na balustradzie, trzymany czyjąś opiekuńczą ręką, tak jak robił to teraz sam. Tylko jego ktoś puścił, opuścił nawet i pozwolił, aby przy najmniejszym podmuchu, delikatnym wietrzyku jak powiew od sowich skrzydeł, spadł gwałtownie, ostro, niespodziewanie wprost na marmurową posadzkę. Był rozłupany na milion małych kawałków, chociaż na zewnątrz idealny chłód nie zdradzał go ani trochę.
Nie zmienił pozycji, nie rozluźnił nacisku palców na szkło. Po prostu trwał, próbując przeżyć kolejne minuty bez drażniącej potrzeby rozbicia się w mniej metaforyczny sposób. Piekielna szklanka utrzymywała go przy życiu. Idiotyczne wręcz wrażenie, że nie może jej opuścić tak jak inni opuszczali go bez problemu. Grał idealnie swoją wspaniałą rolę idealnego szlachcica, ale przecież pozostali mogli jeszcze obejście się bez niego. Chciał jeszcze przez chwilę pozostać niewidocznym, samotnym. Podobno tylko matka może znaleźć w takiej chwili swojego dziecko. Czy może być więc większa ironia losu niż pojawienie się Laidan u jego boku? Mógł jednak odejście, nie był przykuty żadnym łańcuchem nawet, jeśli jego równowaga była odrobinę zaburzona. Nie było jednak potrzeby uciekać. Wszystko się skończyło, kończyło się już dawno, a on był zbyt głupi, aby to wtedy zaakceptować i odpowiednio przygotować. Wykazał się popisową nierozwagą sądząc, że za niezwykłe pokłady szczęścia przyjdzie mu zapłacić naprawdę słono. Teraz było mu już wszystko jedno. Oblała go słodka obojętność, chociaż wiedział, że skończy się ona tylko, gdy zostanie w końcu sam. Póki co towarzyszyła mu matka. Uniósł brwi w wyrazie zaskoczenia, gdy dotknęła jego ramienia. To chyba drugi raz w życiu, kiedy zrobiła to z własnej, niczym nieprzymuszonej woli. Nie był przyzwyczajony do przekraczania przez innych jego prywatnej przestrzeni, ale nie zadrżał pod jej dłonią. Była na świecie już tylko jedna osoba, której dotyk sprawiał, że jego ciało drżało i to na pewno nie z obrzydzenia. Wiedział, że pożądanie to magia stara jak świat i dobrze opanowana mogła dawać ogromne korzyści. Jednak, jeśli opierała się ona na miłości - była niezwyciężona. Nie miał więc wątpliwości, że przepadł dla świata, dla każdej jednej osoby, kobiety czy mężczyzny. Może wziąć zgodnie z wolą innych ślub, ale jego zmarzłe serce już biło pod czyjąś komendę i jeśli ona ucichnie to on również.
- Przemyślałem. - Cicho słowo rozdarło ciszę, w której wcześniej rozmyślał nad enigmatyczną odpowiedzią Laidan. Nie wiedział, co się stało, prawdopodobnie nigdy się nie dowie, ale coś się zmieniło. Byłby głupcem, gdyby nie skorzystał z tej wyjątkowej szansy. Przecież i tak nie miał nic do stracenia, jedynie do zyskania. Obrócił głowę w jej stronę i odszukał tak bliźniaczo podobne do swoich oczu. - Zgadzam się. - Każda cząstka ciała bolała go, gdy potwierdził podjętą decyzję. Przymknął oczy, jakby mogło to coś zmienić. Przecież nie było już odwrotu.




okay, i hated you but even when you left, there was never a day that i’ve forgotten about you and even though i actually miss you, i’m gonna erase you now cause that’ll hurt way less
than blaming you


Powrót do góry Go down
Laidan Avery
avatar

Nieaktywni neutralni
Nieaktywni neutralni
https://www.morsmordre.net/t1280-laidan-avery https://www.morsmordre.net/t1289-ludwig#9767 https://www.morsmordre.net/t1290-kobieta-w-czerwieni https://www.morsmordre.net/f98-shropshire-ludlow-dwor-averych https://www.morsmordre.net/t1532-laidan-avery
mecenas i krytyk sztuki
48 lat
Szlachetna
Wdowa
I wanna see this world, I wanna see it boil
I wanna burn the sky, I wanna burn the breeze
5
12
0
0
0
0
0
0
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Schody na półpiętro   05.07.16 12:51

Zaskakujące, jak podobne uczucia targały zarówno matką jak i synem, ukrywającym rozpacz pod złotą aurą zewnętrznego piękna. Laidan nigdy nie rozkładała swoich uczuć na czynniki pierwsze, przyjmując je w całym dostępnym spektrum: być może dlatego, że niezmiernie rzadko targał nią smutek czy też złość. Do tej pory życie lady Avery usłane było klejnotami, drogocennymi obrazami i intensywną miłością a większe troski pojawiały się na horyzoncie zdarzeń w tak dużych odstępach czasu, by mogła o nich z powodzeniem zapomnieć. Prawdziwie cierpiała tylko żegnając na zawsze umierającego ojca. Nic innego nie było w stanie zaboleć ją do żywego; nawet plugawy oraz brzemienny w skutkach gwałt zamknął ją w okowach bólu na zaledwie rok. Później odbiła się od dna jeszcze silniejsza, jeszcze bardziej świadoma swej władzy, wykorzystując okrucieństwo losu do odbudowania nowych zasad rządzących szczęśliwym małżeństwem. Po czymś takim nic nie stanowiło już ostatecznego zagrożenia a Laidan szła przez życie z jeszcze większą dumą, zaprawiona w boju z przeciwnościami losu.
Szkoda, że w całej swej słodkiej megalomanii nie zauważyła, że największy wróg, mogący zabić ją w najpodlejszy z możliwych sposobów, jest tuż obok, będąc jednocześnie osobą, której zaufała i którą pokochała bez żadnych zastrzeżeń, gotowa spopielić świat, by go uszczęśliwić. Nie przyjmowała do wiadomości popełnionej pomyłki. Przyznanie się do tak karygodnego błędu zniszczyłoby już całkowicie jej wiarę w własną nieomylność i wyjątkowość, zmieniając także obraz perfekcyjnego ojca. Wybielała Marcolfa dalej, nawet pomimo pozostawienia jej samotną wobec nadchodzącej burzy. Nie miała na kim się oprzeć i dlatego też w popłochu szukała sojusznika, widząc go w swym drugim synu.
Jedynym, który wiedział prawie o wszystkim, który mógł zgodnie z prawem dziedziczyć majątek i tytuły i który został na placu boju. Równie samotny i zdruzgotany odejściem Allison. Laidan najchętniej posłałaby za nią morderczą klątwę, ale...musiała mierzyć siły na zamiary. W tym momencie najwyższą potrzebą stało się ochronienie nazwiska, rodziny i...jej samej. Nie grała jednak w otwarte karty, przyjmując odpowiedź Sorena z niezauważalną ulgą. Kiwnęła tylko powoli głową, uśmiechając się z satysfakcją, rozświetlającą jasnogranatowe oczy dawnym blaskiem, typowym dla chwil, gdy każda kolejna zapadka wspaniałego planu trafiała na swoje miejsce. Tym razem nie miała w głowie wyrafinowanej układanki a wręcz żałośnie proste pragnienie bezpieczeństwa. Kto by pomyślał, że ostoją w huraganie szaleńczych działań Samaela, stanie się właśnie jej młodszy syn?
Nie wysuwała dłoni spod jego ramienia, stojąc przy nim blisko i swobodnie, jakby ustawiali się do kolejnego świątecznego zdjęcia, z lekkimi uśmiechami i wyniosłymi spojrzeniami przyklejonymi magicznie do pięknych twarzy.
- Doskonale - odparła lekko, odstawiając kieliszek na lewitującą tacę. Dłonie aż zadrżały jej w smutnej chęci sięgnięcia po kolejną porcję wina, ale powstrzymała chwilową słabość, ponownie zerkając w dół, na różnokolorowy tłum, zagęszczający się z każdą sekundą. - W ciągu najbliższych tygodni znajdziemy ci narzeczoną. Potem szybki ślub i równie szybkie pojawienie się dziedzica - kontynuowała z równą nonszalancją, jakby opowiadała mu o planach dotyczących magicznych przystawek na noworocznym przyjęciu a nie opisywała życie, jakie czekało na niego już za rogiem. - Będziesz dobrym ojcem - dodała nagle, jedyna rysa na nieskazitelnym wizerunku dawnej Laidan. Nie patrzyła na niego, nie chcąc, by zobaczył w jej oczach...żal? Wyrzuty sumienia? A może po prostu przyziemny strach?





when your smile is so wide and your heels are so high you can't cry

Powrót do góry Go down
Perseus Avery
avatar

Martwi/Azkaban/Zaginieni
Martwi/Azkaban/Zaginieni
https://www.morsmordre.net/t1103-perseus-julius-avery https://www.morsmordre.net/t1235-persowa-poczta#9205 https://www.morsmordre.net/t1120-cry-me-a-river#7293 https://www.morsmordre.net/f177-shropshire-dwor-averych https://www.morsmordre.net/t1181-perseus-avery#8549
wiedźmia straż
25
Szlachetna
Kawaler
vicious
vengeful
victorious
6
19
0
0
10
32
3
8
Czarodziej
nothing good ever stays with me

PisanieTemat: Re: Schody na półpiętro   05.07.16 21:31

| z kasyna

Gra w końcu dobiegła końca, a Perseus był niemalże o krok od odetchnięcia z ulgą. Nie dlatego, że nie lubował się w karcianych rozgrywkach sowicie zapijanych luksusowymi trunkami - wprost przeciwnie, aktywność ta plasowała się na wysokim miejscu na liście jego zainteresowań, lecz tego wieczoru jego priorytety leżały gdzie indziej. I nie wynikało to tylko i wyłącznie z osobistości zasiadających przy krupierskim stole, chociaż oczywiście Avery wyselekcjonowałby je o wiele ostrożniej i dokładniej. Alkohol lekko szumiał mu w uszach, gdy niemalże automatycznie skinął głową w odpowiedzi na gest Sorena, który zdematerializował się nim szlachcic przypomniał sobie, że miał zamiar mieć na niego oko. Skrzywił się nieznacznie, po czym powstał z miejsca i dziękując za grę pozostałym dżentelmenom, skierował się do świstoklika. Nic już po nim w kasynie. Nieprzyjemne szarpnięcie w trakcie błyskawicznej podróży wykrzywiło jego usta po raz kolejny.
Jakim cudem mieli to przeżyć panowie, którym (nie)szczęśliwie przypadła w udziale większa ilość toastów?
Hampton Court nie wyglądało tak, jak się spodziewał. Sama posiadłość oczywiście nie zmieniła się ani odrobinę od ostatniej jego wizyty, jednak sylwestrowi goście rozpierzchli się we wszystkich kierunkach, a gdy zewsząd dobiegały ich tworzące kakofonię śmiechy, niemożliwym zdawało się znalezienie osób poszukiwanych. A przecież swój cel Avery miał jasno określony. Przebrnął więc przez ogród, hol wejściowy, sto saloników, bibliotek i innych komnat, nim ostatecznie trafił na balkon, na którym lady Greengrass plotkowała z lady Carrow. Przywitał je obie kurtuazyjnym pocałunkiem w smukłe dłonie, po czym grzecznie przeprosił Inarę za porwanie jej towarzyszki, której nie miał zamiaru już tego wieczoru odstępować na krok. Podsuwając Lilith ramię, skinął głową w kierunku Weasleya (jeszcze się plątał wśród prawdziwej szlachty? kasyno i ciepłe przywitanie lady Nott mu nie wystarczyło?), lecz w geście tym było więcej ironii niż uprzejmości. Pytając o dotychczasowe wrażenia z celebracji sylwestrowych, Avery prowadził swoją przyszłą żonę do wnętrza budynku, by nie marzła już dłużej na mroźnym wietrze i właśnie tam, nieopodal marmurowych schodów, dostrzegł kolejne znajome sylwetki, a jego usta po raz kolejny rozciągnęły się w czarującym uśmiechu. Zabębnił palcami o bogato zdobioną balustradę, a głuchy dźwięk rozniósł się echem, zdradzając tym samym ich obecność na tyle wcześnie, by mogli bez obaw dokończyć swoją wymianę zdań, nim kolejni rozmówcy dosłownie wyskoczą im zza pleców, przyprawiając jednocześnie o zawał serca.
- Laidan, obawiam się, że nawet nie próbowałaś nie przyćmiewać zgromadzonych tu dzisiaj kobiet - zaśmiał się lekko w ramach przywitania, by z tym nieskrywanym komplementem złożyć pocałunek na dłoni arystokratki, a w oczach Perseusa pojawił się błysk zadowolenia, gdy dostrzegł spoczywający dookoła łabędziej szyi lady Avery kunsztowny naszyjnik, który podarował jej zaledwie przed paroma dniami z okazji urodzin. - Sorenie, mam nadzieję, że twoja podróż była bezproblemowa - zwrócił się po chwili do kuzyna, nawiązując z czymś na kształt troski do wartko lejącego się w kasynie Toujours Pur. Ścisnął lekko spoczywającą na swoim ramieniu dłoń Lilith. Zdaje się, że i jej nie ominęła gościnność lady Nott.




stars, hide your fires:
  let not light see my black and deep desires.
 
Powrót do góry Go down
Soren Avery
avatar

Nieaktywni neutralni
Nieaktywni neutralni
https://www.morsmordre.net/t796-sren-avery https://www.morsmordre.net/t859-stella https://www.morsmordre.net/t850-sren https://www.morsmordre.net/f121-whitcomb-st-43-7 https://www.morsmordre.net/t1180-sren-avery
pałkarz Os z Wimbourne
26
Szlachetna
Zaręczony
jest szósta mojego serca
a po kątach trudno pozbierać wczorajszy dzień
0
7
7
0
0
2
0
10
Czarodziej
sny są dla ludzi bez wyobraźni

PisanieTemat: Re: Schody na półpiętro   06.07.16 16:15

Łaknął poczucia kontroli.
Życie pozbawiało go jej tak często, że doszukiwał się jej w każdym możliwym elemencie. To właśnie dlatego na przekór wszystkiemu i wszystkim został graczem Quidditcha. To była jego decyzja, obojętnie za jak bardzo kontrowersyjną uchodziła. W powietrzu też skazany był na własny osąd. Co prawda musiał współpracować z drugim pałkarzem, ale nie było to trudne. W starciu z tłuczkiem był przecież sam, jego myśli pierzchły gdzieś daleko, czy da radę odbić piłkę było jego jedynym problemem. Teraz natomiast wszystko miało się zmienić. Już jakiś czas temu utracił władzę nad swoim życiem, bezradnie przyglądając się jak różne sprawy plączą się i rozwiązują bez jego interwencji. Wystrzępione resztki niezależności miał oddać w ręce własnej matki. Z założenia rodzicielka kieruje się dobrem swojego dziecka, chce dla niego jak najlepiej, więc w alternatywnej rzeczywistości nie musiałby mieć żadnych oporów. Niestety Laidan złożyła mu swego rodzaju propozycję nie do odrzucenia. Miał otrzymać gwarancję nietykalności ukochanej bliźniaczki, potwierdzenie, że Samael nigdy nie położy na niej swojej brudnej łapy. Ceną za to miało być oddanie swojego życia kukiełkowemu teatrzykowi szlachciców, stanie się jedną z osób, którymi dotychczas jedynie gardził.
Można by pomyśleć, że w obliczu otrzymanego dzisiaj listu wszystko się zmieniło. Skoro Allison uciekła to jawnie odcinał się od niego, jego protekcji, tym samym zakładając, że da sobie radę sama. Nie musiał więc wchodzić w ten cały układ. Przecież tak bardzo go zraniła. Pamiętał pisane z wściekłością litery odpowiedzi, w które wciskał zaczątki rosnącego w nim bólu. Zostawiła go. Po raz kolejny skazywała na wieczne oczekiwanie. Co więcej mógł nawet nie dostawać listów. Oboje wiedzieli, jakie będą konsekwencje jej decyzji. Uroczyście zerwała zaręczyny. Oznaczało to, że w krótkim czasie odbyć się może proces wydziedziczenia. Co z tego? Przecież nie ma jej tutaj, jest wolna. Tylko to oznaczałoby danie zielonego światła starszemu bratu, oficjalne pozwolenie na rozpoczęcie krwawego polowania o strasznym finale. Obojętnie jak bardzo raniła go ta całkiem samolubna decyzja to ani na trochę nie przestawał jej kochać. Nie chciał wiedzieć, kim byłby bez niej przy boku. Nie miał więc wyboru. Starał się nie myśleć tylko o drugiej stronie medalu, o tym, że wbijał sztylet w pierś jedynej osobie, którą kochał, ale i sobie samemu.
Nie dał po sobie tego poznać. To zamknięcie oczu było jedyną oznaką szalejących w nim emocji. Spora dawka alkoholu działała na niego otępiająco i czuł, że wypicie takich ilości go w kasynie koniec końców okazało się zbawienne. Odwrócił głowę, gdy uśmiech pojawił się na jej wargach. Wygrała. Pozwolił jej na to tylko dlatego, że starszy brat nie czerpał z tego żadnych korzyści. Przytknął do ust szklankę i szybkim haustami opróżnił ją z reszty wody. Grdyka zadrżała mu, gdy usłyszał tę wyliczankę, w jaką wkrótce miało zmienić się jego życie. Nie odpowiedział. Odstawił szkło na tacę, chroniąc ją przed rozbiciem się na posadzce sali balowej. Już nie mógł tego zrobić.
- Miałem dobry wzorzec - rzekł, nie ukrywając chłodu w swoim głosie. Ojciec dał mu naprawdę wiele. On i Allie sprawili, że nie stoczył się na samo dno. Wiedział, że nawet, jeśli przyjdzie mu mieć dzieci z czystego obowiązku to będzie je kochał. Nie zrobi im tego, co zrobiła mu matka. Na szczęście przerwano tę kanonadę myśli narastającą w jego głowie. Z ulgą zarejestrował pojawienie się Perseusa wraz z narzeczoną. Zmiana tematu była idealnie wymierzona w czasie. Naprawdę gorzkie słowa nie zdążyły paść.
- Lady Greengrass, cieszę się, że mamy okazję znów się zobaczyć - powitał ją, zgodnie z etykietą oczekując aż pierwsza poda mu dłoń, którą muśnie delikatnie wargami. W końcu od tej chwili jest przykładnym szlachcicem. - Wszystko w porządku, chociaż podróże świstoklikiem nie należą do moich ulubionych. - Coś na kształt uśmiechu łamie prostą linię jego warg po raz pierwszy od dłuższego czasu.




okay, i hated you but even when you left, there was never a day that i’ve forgotten about you and even though i actually miss you, i’m gonna erase you now cause that’ll hurt way less
than blaming you


Powrót do góry Go down
Lilith Greengrass
avatar

Martwi/Azkaban/Zaginieni
Martwi/Azkaban/Zaginieni
https://www.morsmordre.net/t1807-lilith-black https://www.morsmordre.net/t2158-sow#32631 https://www.morsmordre.net/t2157-liliy#32628 https://www.morsmordre.net/f177-shropshire-dwor-averych https://www.morsmordre.net/t2288-lilith-greengrass
Auror
24
Szlachetna
Panna
Don't mistake my kindness for weakness,
I'll choke you with the same hands I fed you with.
6
12
0
0
3
1
0
3
Metamorfomag
Find someone who knows how to calm your storms.

PisanieTemat: Re: Schody na półpiętro   06.07.16 19:34

Byłam wdzięczna Perseusowi, że wyciągnął mnie z balkonu nim moja arogancka, upojona winem część weźmie nade mną górę i pośle wszystkich do diabła. Ściskałam jego przedramię, niezbyt mocno, jednak na tyle stanowczo na ile tego potrzebowałam w zaistniałej sytuacji. Czas spędzony na świeżym powietrzu z pewnością miał ogromny wpływ na moje samopoczucie i gdyby nie nieprzyjemna koniec pobytu tam, zapewne zapisałabym go do tych z grona całkiem udanych. Myślami krążyłam jeszcze wokół ostatnich słów Inary. Naprawdę się zakochałaś. Spojrzałam na kroczącego obok mnie arystokratę a na moich ustach, jak na zawołanie pojawił się uśmiech. Był perfekcyjny w każdym calu. Mój  wzrok prześlizgiwał się chwilę po ostrych rysach jego twarzy, by finalnie skupić się na jego ciemnych, niemal czarnych oczach, które ze charakterystycznym dla siebie chłodem obcinały zmieniającą się przed nami z każdym kolejnym krokiem, scenerię. Mogłabym tak wpatrywać się w niego godzinami, studiując każdy jego gest czy ruch; a już w szczególności teraz, kiedy w moich żyłach płynęła krew z domieszką wina. Na Merlina! Inaro masz absolutną rację, jestem bezgranicznie i nieodwołalnie zakochana w Perseusu Averym.
Dosłownie parę chwil później, przemierzając kolejne odcinki rozległych i bogato zdobionych korytarzy, natknęliśmy się na dwójkę dobrze nam znanych osób.
- Lady Avery, Lordzie Avery. - Przywitałam się ponownie z nie mającą sobie równych Laidan i po raz pierwszy tego wieczoru z Sorenem, pozwalając mu przy tym czynić leżące w jego obowiązkach honory. - I ja również się cieszę, że po raz kolejny mamy możliwość spędzenia ze sobą choć odrobiny czasu. - Posłałam mu ciepły uśmiech, jeszcze przez krótka chwilę zawieszając na nim swoje spojrzenie, by następnie przerzucić je na jego matkę. - Jak wam mija wieczór? - Spytałam z ciekawością, przerzucając wzrok po całej trójce. W międzyczasie pokusiłam się o nieco pewniejsze zaciśnięcie smukłych palców na przedramieniu narzeczonego, obdarowując go przy tym uroczym uśmiechem.
Chyba nikt nie mógł mi odmówić mi uroku, który po kilku kieliszkach (jeśli tylko nikt nie próbował sprawdzać gdzie sięga granica mojej cierpliwości) znacząco zyskiwał na sile.






And on purpose,
I choose you.

.
Powrót do góry Go down
Laidan Avery
avatar

Nieaktywni neutralni
Nieaktywni neutralni
https://www.morsmordre.net/t1280-laidan-avery https://www.morsmordre.net/t1289-ludwig#9767 https://www.morsmordre.net/t1290-kobieta-w-czerwieni https://www.morsmordre.net/f98-shropshire-ludlow-dwor-averych https://www.morsmordre.net/t1532-laidan-avery
mecenas i krytyk sztuki
48 lat
Szlachetna
Wdowa
I wanna see this world, I wanna see it boil
I wanna burn the sky, I wanna burn the breeze
5
12
0
0
0
0
0
0
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Schody na półpiętro   06.07.16 22:21

Naprawdę wierzyła w to, co powiedziała. Dziwny komplement, zahaczający o rodzinną tematykę, nie wybrzmiał ze złośliwą intencją sprawienia mu przykrości. Cierpienie podobno uszlachetniało, więc Soren z pewnością był doskonałym materiałem na odpowiedzialnego, doświadczonego przez życie rodzica. Ojca. Opiekuna. W tych smutnych, błękitnych oczach czaiła się jakaś jeszcze nieodkryta czułość, wzbogacona o otwartość i wrażliwość. Cechy, którymi Laidan szczerze gardziła, okazywały się tymi gwarantującymi trwałą, zdrową więź wśród członków przyszłej rodziny. Nie mogła życzyć sobie niczego więcej. Szczęście, jakiego pragnęła, uległo totalnej destrukcji, musiała więc zmodyfikować swoje marzenia, które dziwnym trafem koncentrowały się na Sorenie. Dziedzicu, gwarantującym przedłużenie rodu, co prawda nie tak czystego jak zdegenerowana gałąź, powołana do życia przez Marcolfa, ale widocznie to owoc gwałtu stawał się lepszym zaczątkiem kolejnego pokolenia od pierworodnego syna, posiadającego królewski rodowód. Wspomnienie Samaela ponownie przeszyło serce Laidan ostrą włócznią bólu, ale nie dała tego po sobie poznać, skupiona wyłącznie na jasnowłosym mężczyźnie, stojącym tuż obok. Gdyby nie doznała wcześniej znacznie potężniejszego upokorzenia - z rąk ukochanego - zapewne upatrywanie w Sorenie nadziei na ochronę nazwiska sprawiałoby jej potworny dyskomfort. Świat jednak zmienił swoje bieguny i chcąc nie chcąc musiała nauczyć się postępować według nowych zasad, próbując wyżebrać chociaż odrobinę wolności. A jeśli miał ją zagwarantować do tej pory znienawidzony syn...cóż, cel uświęcał środki.
Dlatego też uśmiechała się lekko nawet w momencie, w którym wspominał Reagana. Nie widziała go na salonach Hampton Court - czyżby zapił smutki w kasynie i teraz błąkał się po zapomnianych korytarzach siedziby Nottów? - i jego chwilowe zagubienie w świętującym tłumie stanowiło jedyny błysk przychylności losu. Wzbogacony nieco kolejnym promyczkiem nadziei, gdy na półpiętrze marmurowych schodów znalazł się Perseus.
Jak zwykle przystojny, o nienagannych manierach i nieco zawadiackim uśmiechu młodzieńca, któremu cały świat padał do nóg. Silny, w kwiecie wieku, doświadczony, bogaty, z przepiękną partnerką szlacheckiego pochodzenia u boku odrobinę przypominał Samaela przed laty, choć w tej chwili porównanie oczywiście wypadało z korzyścią dla ulubionego syna chrzestnego.
- Perseus jak zwykle czarujący - skomentowała wesoło jego oczywisty komplement, na nowo wchodząc w rolę doskonale bawiącej się szlachcianki. Uśmiechnęła się także do Lilith, nie omieszkując przesunąć oceniającym wzrokiem po sukni i fryzurze panienki. Kontrola widocznie wypadła pomyślnie, bo Laidan kiwnęła z uznaniem głową, posyłając Greengrassównie przychylne spojrzenie. Może i należała do rodu niezbyt sympatyzującego z Averymi, ale przynajmniej prezentowała się odpowiednio i wydawała się odpowiedzialną i skromną panienką. Żałowała, że podobnej nie znalazł jeszcze Soren, ale wybranie odpowiedniej kandydatki było kwestią miesięcy.
- Wyglądacie przepięknie, moi drodzy. Nie mogę doczekać się waszych zaślubin. Będzie to z pewnością dla naszych rodzin jeden z szczęśliwszych dni nadchodzącego roku - powiedziała miękko, machinalnie poprawiając rubinowy wisior, będący prezentem urodzinowym od Perseusa. Wyglądał niczym kropla krwi, zawieszona na nieskazitelnie białej skórze dekoltu, podkreślając tylko wystające obojczyki i linię piersi, skromnie ukrytych za materiałem czerwonej sukni. Już miała kontynuować przyjacielską pogawędkę, chłonąc radosne podekscytowanie, jakim emanował Pers - kolejny filar przetrwania doskonałej tradycji Averych - gdy kątem oka zauważyła przeciskającego się przez tłum pod nimi Samaela. Wiedziała, że ją zauważy, że po chwili znajdzie się tuż obok. Nie chciała dopuścić do tego spotkania, nie teraz, gdy czuła się nieco lepiej, wzbogacona uśmiechami rodziny i materialistycznym sojuszem, zawiązanym z młodszym synem. Uśmiech na jej twarzy nieco zbladł, ale wytłumaczyła to szybko słabością i zmęczeniem, po czym przeprosiła Perseusa, Sorena oraz Lilith i zanim ktokolwiek zdążył zaproponować odprowadzenie jej do spokojniejszych komnat lady Nott (lub zanim Samael znalazłby się na tyle blisko, by zacisnąć dłoń na jej talii, znacząc ją jako swoją własność), zniknęła w tłumie wchodzącym na schody.

| lai w tłum!





when your smile is so wide and your heels are so high you can't cry

Powrót do góry Go down
Perseus Avery
avatar

Martwi/Azkaban/Zaginieni
Martwi/Azkaban/Zaginieni
https://www.morsmordre.net/t1103-perseus-julius-avery https://www.morsmordre.net/t1235-persowa-poczta#9205 https://www.morsmordre.net/t1120-cry-me-a-river#7293 https://www.morsmordre.net/f177-shropshire-dwor-averych https://www.morsmordre.net/t1181-perseus-avery#8549
wiedźmia straż
25
Szlachetna
Kawaler
vicious
vengeful
victorious
6
19
0
0
10
32
3
8
Czarodziej
nothing good ever stays with me

PisanieTemat: Re: Schody na półpiętro   18.07.16 0:56

Chłonął rodzinną atmosferę każdym skrawkiem swojej skóry, rozkoszując się tym, jak banalnie proste zdawało się być wszystko ostatnimi czasy. Wszelkie powody do trosk stopniowo odchodziły w niepamięć, gdy coraz to kolejne plany zdobywały niewidzialny stempel aprobaty i zostały wprowadzane w życie jeden po drugim, prowadząc za sobą niewyobrażalne pokłady ładu, którego tak pragnął. Chociaż nigdy nie brakowało mu spontaniczności, czuł się naprawdę dobrze dopiero wtedy, gdy mógł w końcu uspokoić swój rozgorączkowany umysł, wiecznie próbujący dopasowywać kolejne elementy układanki mającej tworzyć szerszy obraz, wiecznie szukający czegoś więcej, wiecznie próbujący wszystko szufladkować i układać w obsesyjnym dążeniu do perfekcji. Teraz wszystko było na swoim miejscu - pierścień na dłoni Lilith znajdującej się u jego boku był zwieńczeniem zaskakująco udanego miesiąca.
Toujours Pur skutecznie wymywało z jego pamięci dwa drobne potknięcia: zniknięcie kuzynki, która nawet nie porwała się na napisanie enigmatycznego listu pożegnalnego (najwyraźniej wcale nie byli tak blisko, jak mu się zdawało) oraz śmierć młodziutkiej lady Avery (nie wytrzymała nawet miesiąca, niechybnie nie była godna otrzymanego nazwiska). Tego wieczoru Perseus nie chciał wcale spoglądać wstecz i analizować bez końca tego, co zapisało się już na kartach historii, przełom roku nie był przecież od robienia bilansu zysków i strat, a on wizjonerskiego spoglądania w przyszłość. Właśnie temu prądowi zamierzał ulec.
- Nie mogę się nie zgodzić, świstoklikom daleko również i do mojego ulubionego środka lokomocji - odparł lekkim tonem, słowa Sorena traktując jako dowód na to, że w najbliższym czasie nie planował zbyt bliskiego spotkania z podłogą w stanie upojenia alkoholem lady Nott. Chwilę później już kwitował uśmiechem słowa lady Avery, by podziękować jej skinieniem głową. W sposób, którego nigdy do końca nie pojął, aprobata Laidan znaczyła dla niego równie wiele, co aprobata własnych rodziców. Brwi Perseusa ściągnęły się ku sobie odruchowo, gdy urocze zgromadzenie na schodach wyludniło się niespodziewanie, przejaw zatroskania błysnął w jego chłodnych tęczówkach, kiedy odprowadzał spojrzeniem arystokratkę, lecz nie śmiał oponować. Przez parę chwil przysłuchiwał się rozmowie swoich towarzyszy, nie uczestnicząc w niej czynnie, by dopiero po jakimś czasie wtrącić się do wymiany zdań. - Drogi kuzynie, mam nadzieję, że nam wybaczysz, lecz moja cudowna narzeczona obiecała mi taniec jeszcze nim wybije północ - oznajmił w przepraszającym tonie, wycofując się o krok w kierunku jednej z sal, w których rozbrzmiewała muzyka. Narzeczona. To słowo w kontekście Lilith wciąż dziwnie smakowało w jego ustach, może odrobinę obco, zdecydowanie nowo po niemalże dwudziestu latach przypinania jej innej metki. Smakowało dobrze. Żegnając uprzejmie Sorena i życząc mu dobrej zabawy, oddalili się razem z lady Greengrass, by wirować na parkiecie w rytm beztroskich melodii i gratulacji, jakie wywoływał pierścionek z rubinem, zaprezentowany po raz pierwszy w socjecie.
Chciał, żeby było właśnie tak, jak mówiła lady Avery, żeby zbliżający się dzień połączenia dwóch znamienitych rodów był jednym z szczęśliwszych dni w nadchodzącym roku. Nie wiedział jeszcze, że ten rozpocznie się pasmem tragedii, rzucających cień na elitę społeczności czarodziejskiej. Nie wiedział jeszcze, że zaledwie za parę godzin w sali balowej Hampton Court zamiast rozweselonych par na marmurowej posadzce tańczyć będzie błękitna krew.

| zt x raz, dwa... trzy?




stars, hide your fires:
  let not light see my black and deep desires.
 
Powrót do góry Go down
 

Schody na półpiętro

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

 Similar topics

-
» Schody przed szkołą
» Ruchome Schody
» Na zewnątrz
» Spiralne schody
» Schody

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Morsmordre :: Londyn :: Okolice :: Przedmieścia Londynu :: Hampton Court-
Styl: Evandra + Cassandra



Forum oparte na serii książek J.K.Rowling, niektóre imiona i nazwy własne są jej własnością.
Opisy częściowo pisane w oparciu o Pottermore.
Autorskie opracowania oraz pozostałe treści forum są własnością intelektualną twórców,
zabrania się ich kopiowania.



Baner small nobg

Morsmordre 2015-18