Wydarzenia






 
IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Share | 
 

 Portowa ulica

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : 1, 2, 3  Next
AutorWiadomość
Mistrz gry
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : 99
UROKI : 99
ELIKSIRY : 99
LECZENIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
Genetyka : Czarodziej

PisanieTemat: Portowa ulica    02.05.15 13:33

Portowa ulica

Doki nie należą do najbezpieczniejszych ani najprzyjemniejszych miejsc w Londynie; są ciemne, brudne, a powietrze wypełnia zapach nieświeżych ryb. Główne ulice, na których słychać śpiew marynarzy, którzy zeszli na ląd, podpitych grogiem, nie wydają się bezpieczne. W tej mniej zadbanej dzielnicy znajduje się mniej latarni, a wąskie przejścia otoczone wysokimi budynkami sprawiają, że nigdy nie można się spodziewać, co czeka za zakrętem...


Powrót do góry Go down
Bleach Pistone
avatar

Nieaktywni niemagiczni
Nieaktywni niemagiczni
https://www.morsmordre.net/t2179-bleach-pistone#33158 https://www.morsmordre.net/t3081-karton-blicz https://www.morsmordre.net/t3082-masz-cos-dla-mnie https://www.morsmordre.net/t3163-blicz
Zawód : Wagabunda
Wiek : 27
Czystość krwi : Charłak
Stan cywilny : Panna
Nic mnie nie dręczy, niczego nie żałuję. Bez przeszłości, bez jutra. Wystarcza mi teraźniejszość. Dzień po dniu. Dzień dzisiejszy! Le bel aujourd'hui!
OPCM : 0
UROKI : 0
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Charłak

PisanieTemat: Re: Portowa ulica    10.06.16 13:24

|31 grudnia/1 stycznia

Wciąż przyzwyczajam się do śniegu, jakby padające z nieba mroźne płatki splecione w fantazyjne wzory były wyłącznie wytworem mojej wyobraźni i nikt poza mną w ogóle ich nie widział. Nie spędzam tu przecież swojej pierwszej zimy, ale podróżując po Stanach trzymałam się wyłącznie wschodniego wybrzeża. Nie znałam lekkiego puchu ani tnących gradowych kul, które urzeczywistniły się dopiero na obczyźnie. Nowe, nieznane i niebezpieczne; choć już od dawna (w zasadzie chyba nigdy) nie byłam małą dziewczynką, w pierwszym odruchu miałam ogromną ochotę polizać wielki, lśniący sopel lodu zamarznięty w abstrakcyjnej konstrukcji tuż pod szyldem Dziurawego Kotła. Mijając zmrożone figury nadal nachodzą mnie takie myśli, lecz są one infantylne. Odstraszają mnie też nachalne spojrzenia dziwnych Anglików, po samą szyję okutanych w grube płaszcze. Zapewne sądzą, że mam nierówno pod sufitem i czekają na okazję, aby pozbyć się mnie, tej dziwnej, białowłosej dziewczyny. Zawsze stawiam się w centrum zainteresowania - swojego i całej reszty niepotrzebnego otoczenia, stanowiącego zaledwie tło dla mojej osoby - i nie dopuszczam do siebie teorii, że dla innych mogę być niewidzialna. Oczywiście, jeśli sama tego nie chcę. Umiejętność znikania w tłumie, rozpływania się w powietrzu, wtapiania się w kolorowe witryny sklepów, ceglane mury zaułków i masę ludzi zdążających w jednym kierunku mam dopracowaną do perfekcji. Jest to zadziwiająco łatwe - w tak ogromnym ścisku i pośpiechu, nikt za wiele się nie zastanawia i każdy po prostu chce przedrzeć się do domu, do kolejnego
przystanku metra, do otwartych drzwi najbliższego pubu, aby tam zalać się w trupa. Niestety, czasami staje się to niemożliwe, kiedy delikwent natrafia na pustkę w swej kieszeni, tam, gdzie jeszcze przed chwilą dźwięczało czarodziejskie złoto lub szeleściły mugolskie banknoty. Nie wybrzydzam, zadowalam się obiema walutami. Gobliny u Grringotta znają mnie już nadto dobrze, dobijam z nimi wcale uczciwych transakcji, choć forsa nie pochodzi z legalnych źródeł. Ich to jednak nie obchodzi, mnie zaś ni grzeje ni ziębi. Pieniądz musi być w obiegu a ja obracam nim całkiem zręcznie, wręcz żonglując metalowymi krążkami, wpychając palce między poły obcych płaszczów i kieszeni spodni. Kwestia szczęścia lub umiejętności, że wciąż wałęsam się po londyńskich ulicach zamiast gnić w
jakimś angielskim więzieniu za marne kradzieże. Będące stricte rozrywką i hobby a nie próbą zapewnienia sobie dochodów. Jedzenie i ciepłe łóżko zapewniam sobie urokiem osobistym i elokwencją, zaskakujące, jak wielu mężczyzn lubi rozmawiać ze mną wieczorową porą. Ale nie dziś, nie kiedy świętuje się nadejście Nowego Roku wraz z rodziną i przyjaciółmi a na ulicach spotyka się już nie pojedynczych, obojętnych sobie ludzi a grupy znajomych, podchmielonych i radosnych, pokrzykujących w pijackim bełkocie życzenia szczęścia do wszystkich wokoło. Trochę ginu lub whisky i nawet flegmatyczni Anglicy potrafią się rozluźnić, myślę, przechodząc środkiem ulicy i przecinając drogę zamyślonemu mężczyźnie. Chyba równie samotnemu jak ja, ale mi przecież izolacja zupełnie nie przeszkadza. Machinalnie sięgam do jego kieszeni, bez przeszkód wydobywając z niej wąski, podłużny przedmiot. Nie miał pieniędzy, dość dziwne, ale zadowalam się łupem, odchodząc nieśpiesznym krokiem. Brunet niczego nie zauważa, a ja podnoszę buteleczkę do oczu, aby przyjrzeć się jej z bliska. Wąska fiolka ze złamanym opieczętowaniem zamknięcia; na dnie błyszczy jeszcze kilka burgundowych kropel. Zbyt lejących, by mogła to być krew, uspokajam się prędko, jednak zawracam i zatrzymuję mężczyznę... Który okazuje się młodym chłopaczkiem albo przynajmniej wygląda jak dzieciak.
- Co to? - pytam nadzwyczaj bezczelnie, pokazując mu fiolkę, jakby jeszcze przed chwilą nie spoczywała bezpiecznie w jego kieszeni.


Powrót do góry Go down
Garrett Weasley
avatar

Nieaktywni zakonnicy
Nieaktywni zakonnicy
https://www.morsmordre.net/t597-garrett-weasley https://www.morsmordre.net/t627-barney#1770 https://www.morsmordre.net/t630-garrett https://www.morsmordre.net/f112-st-martin-s-lane-45-3 https://www.morsmordre.net/t2785-skrytka-bankowa-nr-122#44963 https://www.morsmordre.net/t975-garrett-weasley#5311
Zawód : auror
Wiek : 29 lat
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Kawaler
żyjąc - pomimo
żyjąc - przeciw
wyrzucam sobie grzech niepamięci
OPCM : 41
UROKI : 25
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 1
ZWINNOŚĆ : 6
SPRAWNOŚĆ : 7
Genetyka : Czarodziej

PisanieTemat: Re: Portowa ulica    11.08.16 22:20

| początek lutego?

- Wiesz, Josephine - mruknął z nutą niezadowolenia - lub zawodu? - pobrzmiewającą w głosie, kiedy stojąc w nieprzyjemnym zaułku wciskał dłonie w kieszenie ciemnego płaszcza i uważnym okiem analizował okolicę, w której działo się równo nic - wtedy kiedy ci mówiłem, że dzisiaj zobaczysz, jak wygląda praca aurora w praktyce... zapomnij o tym, praca aurora wcale tak nie wygląda.
Było tak cicho, że nawet padające z nieba płatki śniegu zdawały się skrzypieć w kontakcie z podłożem, a korony drzew wygrywały niemalże bezdźwięczne symfonie szumiących konarów, które głaskały wyjątkowo delikatne podmuchy wiatru. Nawet gdzieś odlegle nie ujadał pies, koty nie darły się i nie miauczały, nie było słychać odgłosów walk i ciemnych interesów. Ta noc wyglądała na wyzbytą sekretów - nawet niebo rozjaśnione konstelacjami srebrzystych gwiazd nie było zasnute nawarstwiającymi się chmurami.
Po czterokrotnym obejściu wszystkich alejek Garrett doszedł do wniosku, że dalsze patrole nie mają sensu; na ulicach po prostu nie działo się nic, a panujący spokój paradoksalnie doprowadzał go do szału.
- Zazwyczaj dzieje się trochę więcej - dodał w końcu, spoglądając na Josie dość przepraszająco, zupełnie jakby brak przestępców kręcących się po osnutych mrokiem alejkach był nie tylko wielkim nieszczęściem, ale też winą samego Garretta. Rozejrzał się po okolicy ten jeden, ostatni raz, zawiesił na krótką chwilę spojrzenie na przeciwległej uliczce, a potem skapitulował przy akompaniamencie ciężkiego, wręcz teatralnie zrezygnowanego westchnienia.
- Mogę? - spytał, sięgając do wewnętrznej kieszeni płaszcza po metalową papierośnicę; przezorność kazała mu spytać, bo świat sunął naprzód i coraz częściej spotykał się z opiniami, jakoby papierosowy dym przeszkadzał ludziom wkoło i, choć tę teorię uważał za śmieszną, szkodził zdrowiu. Jak coś, co działało tak uspokajająco, mogło być szkodliwe?
Uznając, że nie grozi im większe niebezpieczeństwo i że nie obserwuje ich przyczajone stado kryminalistów czyhających na ich życie, zrzucił z głowy kaptur, który krzywo ułożył mu się w okolicy karku. Było zimno, chłód kąsał mu nieprzyjemnie policzki, ale przez moment Garry pozostawał w bezruchu. Potem podciągnął lekko lewy rękaw płaszcza i przyjrzał się mugolskiemu zegarkowi zapiętemu na nadgarstku, starając się ustawić dłoń tak, aby blask księżyca pozwolił mu rozszyfrować ułożenie wskazówek na cyferblacie. Zostało im jeszcze kilka godzin pracy.
Albo nie tyle pracy, co bezsensownego tkwienia na pustej uliczce - ale z odgórnymi poleceniami kłócić się nie można, skoro szef kazał, to trzeba bezcelowo tkwić w miejscu i tępo wpatrywać się w przestrzeń.
Po krótkiej chwili milczenia miał już dość; poczuł, że powoli kleją mu się powieki i coraz intensywniej odczuwał potrzebę rzucenia wszystkiego w cholerę i pospiesznej teleportacji do ciepłego łóżka, przywołania lewitującej filiżanki herbaty i zatopienia się w objęciach snu. Zmarszczył lekko brwi, tęskniąc za tą wizją; odgonił więc myśli, wracając nimi do pogrążonej w mroku, ośnieżonej uliczki. Na której przyjdzie im tkwić do samego rana.
- Jak tam zajęcia na kursie? - spytał nagle, gdy milczenie zaczynało go już usypiać i nie przeszkadzało mu w tym nawet gryzące nieprzyjemnym chłodem powietrze. Dostrzegł nieopodal niewysoki, kamienny murek, więc oparł się o niego i skrzyżował na piersi ręce; raz jeszcze zawalczył z opadającymi powiekami, choć ta walka wychodziła mu coraz gorzej. - Uczyliście się ostatnio czegoś ciekawego? - Nawet on zdawał sobie sprawę z tego, jak idiotyczne było to pytanie, ale najprawdopodobniej nie wytrzymałby dłużej bez nawiązania jakiejkolwiek rozmowy.
Choć to dziwne i masochistyczne, lubił patrole tylko wtedy, gdy podczas nich co najmniej jeden podejrzany osobnik próbował go zabić.




a gniew twój bezsilny niech będzie jak morze
ilekroć usłyszysz głos poniżonych i bitych

Powrót do góry Go down
Josephine Fenwick
avatar

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t3390-josephine-fenwick#58313 https://www.morsmordre.net/t3429-poczta-josephine#59532 https://www.morsmordre.net/t3431-josephine#59578 https://www.morsmordre.net/f129-enfield-lavender-hill-145-8 https://www.morsmordre.net/t3519-skrytka-bankowa-nr-855#61428 https://www.morsmordre.net/t3428-josie#59531
Zawód : przyszła aurorka
Wiek : 22
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna
W całym magicznym świecie gasną światła. Nie ujrzymy ich już za naszego życia.
OPCM : 28
UROKI : 0
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 10
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 8
SPRAWNOŚĆ : 3
Genetyka : Czarownica

PisanieTemat: Re: Portowa ulica    03.09.16 20:09

Czuła rozczarowanie. Cały entuzjazm jaki jej towarzyszył od dobrego tygodnia, uleciał jak z przekutego balonika; co gorsza, była przekonana, że równie efektownie jest to wymalowane na jej twarzy, pomimo, że usilnie starała się ukryć to za cieniem uśmiechu… Choć usta lekko się wyginały, była przekonana, że wszystko doskonale widać w jej oczach – żałowała, że nie ma możliwości nałożenia czapki niżej niż na uszy, by zamaskować swoją fatalną umiejętność kłamania. Może nie oczekiwała spektakularnej walki i świstających klątw, śledzenie choć jednej osoby byłoby całkiem satysfakcjonujące... Na Merlina, w tej chwili zadowoliłaby się nawet przebiegającym kotem, który rozproszyłby jej uwagę od doskonale widocznych na tle kruczoczarnego nieba leniwie opadających płatków śniegu, jakby niezainteresowanych uprzykrzaniem ich życia. Była przekonana, że gdyby budynki nie osłaniały ich od otwartej przestrzeni i tak nie byłoby im dane poczuć choćby podmuchu wiatru. - Jeszcze nie raz będzie okazja… Przynajmniej poznam port, rzadko tutaj bywam – mówiła szeptem, w obawie, że sformułowanymi słowami przetnie nocną harmonię; pomimo to była przekonana, że Garrett doskonale słyszy tę marną formę pocieszenia – cóż, nie była to wina żadnego z nich, że akurat dziś panował spokój, jakby ktoś się dowiedział, że tutaj będą. Przed czymś skrajnym, zakłócającym porządek życia, panuje cisza. Już raz było jej dane doświadczyć właśnie takiego rodzaju spokoju i ze smutkiem musiała stwierdzić, że dzisiejsza noc znacząco się różni. Nic nie miało wybuchnąć, nikt nie dokonywał nielegalnych wymian, nie robił nawet typowych rzeczy, charakterystycznych dla późnej pory – nie wytaczał się z baru w stanie nietrzeźwości czy choćby nie zabłądził w sieci portowych uliczek, by zarobić guza. Dzisiejsza noc była najzwyczajniej przepełniona nudą, niszcząc całe nadzieje młodej aurorki. - To dobrze, może czasy się wyciszają… – rzuciła zrezygnowanym tonem, ani na chwilę nie wierząc we własne słowa. Dla własnej rozrywki tego wieczora i możliwości nabrania doświadczenia, nikomu nie życzyła grożącego niebezpieczeństwa, zachwiania światem jaki znał. Działo się wręcz przeciwnie, gdy Ministerstwo oszalało, gdy czarodziejski świat zadrżał po latach po raz kolejny, przestępczość narastała. W dzisiejszą noc wkroczyła z pewnością umożliwiającą wielkie rzeczy, ochronę tych, którzy samodzielnie bronić się nie mogli przed klątwami i przeklętymi przedmiotami. Zamiast tego została wbita w jedną z uliczek, rozglądając się znudzonym wzorkiem, z pewnością, że niczego nie dojrzy w mroku. Nawet intensywne wypatrywanie zaczęło robić się nużące, gdy nie przynosiło żadnych skutków. - Nie krępuj się – mruknęła, wciąż rozglądając się wokół. Nie miała nic przeciwko papierosom, nawet jej gwarantowały wyciszenie w najgorszych momentach. Co prawda obecnie z nich zrezygnowała, gdy miejsce roztrzęsienia przejęła determinacja charakterystyczna dla kursantów w pierwszych miesiącach szkolenia. Poza tym wolała nie myśleć, co powiedziałaby właścicielka domu, gdyby znalazła gdzieś porzucone niedopałki. W tej chwili oddałaby wiele za miękki fotel przy kominku w salonie i kawę z paroma kroplami Ognistej. Cóż, na następny patrol zapamięta, by zabrać termos. - Męcząco, po odpowiednim treningu padam jak mucha ledwo po powrocie do domu. Jednak wydaje mi się, że potrafię zrobić rzeczy, które wcześniej były nie do przeskoczenia – mówiąc to, potarła ramię, które odezwało się bólem, gdy tylko przypomniała sobie o własnych wpadce z dnia poprzedniego, gdy dała jakiemuś patyczkowatemu kursantowi wykręcić rękę trzymającą różdżkę. Błąd mogący wiele kosztować – w prawdziwej walce straciłaby coś więcej niż odrobinę godności. - Poza treningami? Sterty papierów z przesłuchań – ostatnio Ministerstwo zdaje się tonąć w biurokracji. Dodatkowo mieszają się dokumenty z podekretowych zatrzymań, to… – urwała gwałtownie, nie powinna krytykować funkcjonowania organów, do których tak rozpaczliwie próbowała się dostać. Światło księżyca było zbyt nikłe, by można było dostrzec jej zmieszanie, jednak poczuła jak gorąco wykwita na jej policzkach. Odwróciła głowę i włożyła ręce do kieszeni płaszcza, by zbyt szybko nie wymarznąć. Stanie w miejscu, na mrozie różniło się od patrolowania pustych uliczek. - Patrol jest miłą odmianą – ponownie spojrzała na Garretta i posłała mu jeden z najbardziej promiennych uśmiechów, na jaki było ją stać w tej chwili, gdy mróz szczypał ją w nos. Nie chciała, by myślał, że jest niezadowolona z ich pierwszego wspólnego wyjścia i współpracy w akcji.


Powrót do góry Go down
Garrett Weasley
avatar

Nieaktywni zakonnicy
Nieaktywni zakonnicy
https://www.morsmordre.net/t597-garrett-weasley https://www.morsmordre.net/t627-barney#1770 https://www.morsmordre.net/t630-garrett https://www.morsmordre.net/f112-st-martin-s-lane-45-3 https://www.morsmordre.net/t2785-skrytka-bankowa-nr-122#44963 https://www.morsmordre.net/t975-garrett-weasley#5311
Zawód : auror
Wiek : 29 lat
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Kawaler
żyjąc - pomimo
żyjąc - przeciw
wyrzucam sobie grzech niepamięci
OPCM : 41
UROKI : 25
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 1
ZWINNOŚĆ : 6
SPRAWNOŚĆ : 7
Genetyka : Czarodziej

PisanieTemat: Re: Portowa ulica    17.09.16 12:02

Zdecydowanie nie był zadowolony z obrotu spraw - gdy zerkał z ukosa na Josephine, próbował pomimo ciemności dostrzec na jej twarzy choćby ślady rozczarowania, do którego miała przecież pełne prawo. Choć cień skutecznie rozmywał jej rysy, Garrett był w stanie wyobrazić sobie całą gamę emocji przemykającą przez twarz dziewczyny: rozżalenie, niemą złość, poczucie beznadziei wywołane zduszoną chęcią do działania.
Czuł dokładnie to samo, ale odkąd przyszło mu pełnić rolę dojrzałego i rozsądnego prototypu mentora, tłamsił w sobie wszystkie negatywne emocje, za wszelką cenę starając się przywdziać maskę osoby odpowiedzialnej i zasługującej na miano ostoi spokoju.
W rzeczywistości było mu do niej bardzo daleko.
- Doki to nie okolica, którą ktokolwiek mógłby chcieć poznać - mruknął w odpowiedzi, rozcierając w dłoni zziębnięte palce drugiej ręki. Pozwolił myślom zabłądzić, niemo podliczał, ile razy w ciągu ostatnich miesięcy miał okazję brać udział w niebezpiecznych akcjach odbywających się właśnie tutaj, w porcie - zdecydowanie zbyt często. Opuszczone, porośnięte grzybem magazyny zbudowane z próchniejącego drewna stanowią idealną scenerię dla ciemnych interesów: tajemniczą, dyskretną, ukrytą w mroku. Kusiły czarnoksiężników, dla których meandrowanie wśród alejek Śmiertelnego Nokturnu było zbyt niebezpieczne, zbyt jednoznaczne - wszyscy wiedzieli, w jakim celu społeczne męty udawały się na okrytą niesławą, znaną z bezprawia ulicę, za to w dokach mogli zachować względną anonimowość.
W pewnym momencie uzmysłowił sobie, jakie to niezwykłe, że akurat dzisiaj panował tu tak niezwykły spokój; nigdzie w oddali nie padały inkantacje złowieszczych zaklęć, podejrzani delikwenci nie wymieniali się owiniętymi czarnym całunem paczkami, żadni wyznawcy wyższego dobra nie mordowali pokątnie osób pragnących załagodzić antymugolskie nastroje. Z perspektywy walącego się u podstaw pokoju rzeczywiście było to niezwykłe; budziło jednak jednocześnie obawę, że stanowiło wyłącznie ciszę przed burzą. Burzą tak silną, że, niepowstrzymana, zdołałaby zniszczyć cały świat.
- W spokojnych czasach jesteśmy bezużyteczni - rzucił z lekkim rozbawieniem w głosie, a pomimo całej woali żartu w jego słowach kryło się ziarno prawdy - aurorzy niejako żerowali na nieszczęściu, katastrofach, przykrych zbiegach okoliczności. A skoro większość z nich wykazywała niezdrową potrzebę drażnienia własnych nerwów i prowokowania adrenaliny do rozgrzewania krwi, bezczynność i idylliczny ład na londyńskich ulicach byłyby dla aurorów wyrokiem śmierci z bezczynności.
Po otrzymaniu zgody wyjął jednego z papierosów, włożył do ust i rozpalił zaklęciem; już wkrótce zginął wśród chmury nikotynowego dymu przynoszącego bezbrzeżne ukojenie. Zreflektował się dopiero po chwili - spojrzał pytająco na Josephine i wystawił w jej kierunku metalową papierośnicę. Jakkolwiek często o tym zapominał, Josie była już od dawna dorosła.
- Palisz? - spytał, z dziwnym trudem powstrzymując się przy tym od litanii pod tytułem nie pal, palenie jest niedziewczęce lub równie okrutnego nikotynowy smród nie przystoi młodej damie.
Kolejny kłąb dymu zdążył ponownie zabarwić szarością nocne, chłodne powietrze, zanim Garrett odezwał się po raz kolejny.
- Szczerze mówiąc, ja nie wspominam mojego kursu najlepiej - zaśmiał się, choć zdawało mu się, że czasy, kiedy musiał łączyć treningi, naukę i ciężką, wieczorną pracę w księgarniach miały miejsce tak dawno, że mógłby przysiąc, że należały do innego życia. Trudno uwierzyć, jak wiele rzeczy od tej pory uległo zmianie. - Tym bardziej podziwiam, że nawet nie narzekasz. - Wysłał jej lekki uśmiech, choć zaraz coś rozbłysło rozbawieniem w oczach Garretta. - Czy stary Hopkirk dalej prowadzi te osobliwe zajęcia z koncentracji? Pamiętam, że z całego serca mnie nienawidził. - Powietrze przeciął krótki śmiech; teraz zdawało mu się to zabawne, lecz przed laty zakrawało o terror spędzający sen z powiek. - Kiedyś po ciężkim dniu w pracy usnąłem w trakcie którychś ćwiczeń i potem Hopkirk próbował do końca kursu udowodnić mi, że do niczego się nie nadaję. Na jego nieszczęście teleportację w sytuacjach stresowych zdałem śpiewająco i już nie mógł mnie dalej gnoić. - Na chwilę przerwał, zaciągnął się dymem, zawiesił spojrzenie na nieodległej, nad wyraz spokojnej uliczce. - Ale naprawdę świetnie nauczał. Od początku kariery nie rozszczepiłem się ani razu. - Jakoś mimowolnie przypomniała mu się historia rozszczepionego Fancourta, którą niedawno opowiadał Minnie i uśmiechnął się znowu do własnych myśli.
Odwzajemnił ciepłe spojrzenie Josephine, ale zaraz zerknął na nią jakoś zaczepnie.
- To pochwal się, czego już się nauczyłaś - rzucił lekko, zgniatając w palcach niedopałek papierosa. Choć powoli zaczynało go korcić, nie sięgał jeszcze po kolejnego. - Ćwiczyliście już patronusa?




a gniew twój bezsilny niech będzie jak morze
ilekroć usłyszysz głos poniżonych i bitych

Powrót do góry Go down
Josephine Fenwick
avatar

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t3390-josephine-fenwick#58313 https://www.morsmordre.net/t3429-poczta-josephine#59532 https://www.morsmordre.net/t3431-josephine#59578 https://www.morsmordre.net/f129-enfield-lavender-hill-145-8 https://www.morsmordre.net/t3519-skrytka-bankowa-nr-855#61428 https://www.morsmordre.net/t3428-josie#59531
Zawód : przyszła aurorka
Wiek : 22
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna
W całym magicznym świecie gasną światła. Nie ujrzymy ich już za naszego życia.
OPCM : 28
UROKI : 0
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 10
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 8
SPRAWNOŚĆ : 3
Genetyka : Czarownica

PisanieTemat: Re: Portowa ulica    17.09.16 20:30

- Lepsze Doki niż Nokturn, który też kiedyś musimy poznać... Lepiej później niż wcześniej – martwa cisza łagodziła ponurą reputację, jaką posiadały gmachy opustoszałych magazynów i kamienne, zaniedbane uliczki, czyniąc je miejscami całkowicie normalnymi, spokojem dorównującymi przedmieściom w środku nocy. Złudne i naiwne, jednakże Doki nawet w najgorszych momentach nie mogły doścignąć prawdziwej kolebki grozy i przestępczości. Interwencje na Nokturnie nigdy nie kończyły się dobrze - widziała, jak aurorzy, którzy się ich podejmowali, znikali na krócej lub dłużej. Prowadzone akcje były skomplikowane, długo prowadzone i zwykle, a raczej w najlepszym wypadku, kończyły się pobytem w szpitalu - przeczytała wystarczającą ilość raportów, by na samą myśl dostawać gęsiej skórki. Szokowało ją, że takie bezprawie rozwinęło się tuż pod nosem normalnie żyjących czarodziejów, codziennie odwiedzających Pokątną. Dlatego wolała Doki, a poznanie uliczek gwarantowało jej większą szansę na przeżycie. - Jednak masz rację, w każdym z nas jest trochę szaleńca, skoro piszemy się na coś takiego – dokończyła w sposób wcale nie obraźliwy, taka w końcu była ich rola – uczynić ten świat choć odrobinę przystępniejszym dla innych osób.
Zastąpiła odpowiedź neutralnym uśmiechem. Cóż, czasami marzyła o tym by ich zawód okazał się zbędny. Miała świadomość, że utopijny świat jest godny wizji szaleńca, wszak zbrodnie pojawiły się wraz z pierwszą magią; jednakże aurorowanie wyglądałoby całkowicie inaczej w czasach pokoju, gdy głównymi przeciwnikami byli mierni czarnoksiężnicy, nienapadający na czarodziejów na ulicach czy w domach. Gdyby świata, który kochała, nie trawiło właśnie to plugastwo, mogłaby siedzieć wśród dokumentacji i robić małe kroczki do wymarzonego stanowiska w Wizengamocie. Każdej nocy dziwiła się równie mocno całej przekorze i samozaparciu, jakie zrodziły się w jej puchonowatej świadomości, ukazując cechy, o których nie miała najmniejszego pojęcia.
- To zbędne, dziękuję – nie przyjęła papierosa, choć palenie stanowiłoby pewną formę zajęcia rąk i zabicia czasu. Nigdy jednak nie paliła dla samego palenia, zwykle przypomniała sobie o papierośnicy na dnie kieszeni jej płaszcza, gdy miała wyjątkowo paskudny dzień. Obecnie była całkowicie rozluźniona, nawet wzrok błądził już po ciemnych wlotach uliczek bez większego przekonania. Zamiast papierosa z chęcią przyjęłaby kubek kawy – być może powinna zacząć to praktykować, choć latanie z termosem za czarnoksiężnikami wydawało się nietrafionym pomysłem. - Och, naprawdę? A już myślałam, że aurorowanie wyssałeś z mlekiem matki – trochę się podroczyła z widocznym, kąśliwym uśmieszkiem. Garretta postrzegała jako osobę, która potrafi zrobić wszystko. Wszak gdyby było inaczej, pod jego skrzydła nie przydzieliliby zielonego adepta. - Koncentracja brzmi jak coś czego powinnam się nauczyć zanim zaczniemy z tego szkolenia – miała sporo widocznych niedociągnięć, była tego doskonale świadoma. Z każdym kolejnym stawianym przed nią zadaniem czuła, że na kurs dostała się w ramach dziwnego zbiegu okoliczności i uśmiechu losu. Kochała kominki, teleportację traktując jako mus, którego nauczyła się dopiero niedawno – co tu dopiero mówić o stresujących sytuacjach czy teleportacji w grupie. Z każdą chwilą czuła się coraz to gorszym aurorem, a zły auror równał się martwemu aurorowi – nie miała zamiaru się okłamywać. - Ale z protego radzę sobie całkiem nieźle, tak samo z zacieraniem śladów i ukrywaniem się – pochwaliła się w ramach wyrównania szali porażki, nie chciała by jej mentor brał ją za jakąś kalekę bez żadnego przydatnego talentu, który nie czyniłby z niej kaczki idealnej do odstrzału. Co prawda nie były to jakieś zdolności, których nauczyła się podczas kursu od samych podstaw, lecz niezaprzeczalnie w ciągu ostatnich miesięcy je dopracowała. Gideon byłby z niej dumny – właśnie ta myśl o bracie sprawiała, że nie potrafiła przestać, nieważne jak bardzo bolało, nieważne ile razy zaklęcie wyrzucało ją w powietrze przecinając liche tarcze, a wyjątkowo wymagający trener wrzeszczał jej w twarz. - Żałowałeś kiedyś podjętego zawodu? – zapytała bardziej z ciekawości niż z gryzących ją wątpliwości. Szła w zaparte, tak jak każdy inny, jednak chciała wiedzieć, kiedy pojawia się pierwsza świadomość ciążącego obowiązku. Wszyscy mieli taki moment po jakimś czasie oddawania się własnej pracy - uzdrowiciele tracili pacjentów, policjanci nie byli w stanie kogoś ochronić, a jej niedawny scenariusz poukładanego życia przewidywał, że będzie to jakiś niezwykle ciężki, podszyty wątpliwościami proces. Wszystko zmieniło się w jednej chwili, choć na sędziów mijanych w korytarzach Ministerstwa patrzyła z nutą nieprzyjemnej zazdrości, dopiero po chwili przypominając sobie, że długoletnia ścieżka prowadząca na to stanowisko nie zasklepiłaby dziury wydartej w jej wnętrzu.
- Nie, jeszcze nie. Choć na pewno za niedługo… W końcu mówiące patronusy są niezbędne w komunikacji… – szeroki uśmiech odrobinę przygasł w jeden z tych drżących sposobów. Myśl o patronusach stanowiła bolączkę, kolejną kłodę rzuconą pod nogi podczas szkolenia. Nawet jeśli z poprzednimi radziła sobie w bardziej lub mniej zgrabny sposób, teraz nie była taka pewna swoich umiejętności. Wyczarowanie patronusa wiązało się z wyciągnięciem tych dobrych wspomnień z pod warstwy dopiero co zasklepionych ran. Na co dzień izolowała się od własnej przeszłości, by dobrze funkcjonować, popychana do działania przez morderczy trening i dość niespodziewane samozaparcie. Odwróciła wzrok, patrząc w dal, jakby chcąc dobrzeć tam cokolwiek, co uratuje ją od niewygodnego tematu. Noc pozostawała tak cicha jak przez kilka ostatnich godzin. Zamknęła oczy, odliczając spokojnie do dziesięciu, nienawidziła przyznawać się do własnej słabości, która czyniła ją bardziej kruchą niżby chciała, jednak może Weasley miał na to jakiś sposób? Nie mogła być pierwszym kursantem, który czuł mdłości na myśl o patronusie. - Wiesz może, czy kogoś już za to… Oblali? – po krótkiej chwili dość niepewnie podzieliła się swoimi niepokojami – komu innemu mogła o tym mówić, jak nie właśnie swojemu opiekunowi? Wątpiła, czy z ostatniego okresu ma jakieś dobre wspomnienia – przenosiny do nowego mieszkania czy zdanie testów wytrzymałościowych, choć szczęśliwe i wpływające na samoocenę, nie nadawały się do wyczarowania świetlistej formy stworzenia.

[bylobrzydkobedzieladnie]




Ostatnio zmieniony przez Josephine Fenwick dnia 04.12.16 18:52, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down
Garrett Weasley
avatar

Nieaktywni zakonnicy
Nieaktywni zakonnicy
https://www.morsmordre.net/t597-garrett-weasley https://www.morsmordre.net/t627-barney#1770 https://www.morsmordre.net/t630-garrett https://www.morsmordre.net/f112-st-martin-s-lane-45-3 https://www.morsmordre.net/t2785-skrytka-bankowa-nr-122#44963 https://www.morsmordre.net/t975-garrett-weasley#5311
Zawód : auror
Wiek : 29 lat
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Kawaler
żyjąc - pomimo
żyjąc - przeciw
wyrzucam sobie grzech niepamięci
OPCM : 41
UROKI : 25
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 1
ZWINNOŚĆ : 6
SPRAWNOŚĆ : 7
Genetyka : Czarodziej

PisanieTemat: Re: Portowa ulica    12.11.16 0:32

Uśmiechnął się lekko, chociaż nie do końca był to uśmiech beztroski i szczęśliwy; stanowił raczej sposób naginania realiów do własnych potrzeb, udawania, że wszystko tak naprawdę jest prostsze i przyjemniejsze, niż jawiło się w rzeczywistości.
- Bez przesady, Nokturn nie jest taki zły - rzucił z teatralnym rozbawieniem, w którym pobrzmiewał cynizm, choć łatwo było się domyślić, że to przedstawienie maskowało jedynie często rozdrapywane rany. - Czasem nawet udaje się przeprowadzić interwencję bez ani jednej ofiary śmiertelnej.
Czasem - mimo czynnej służby aurorskiej trwającej przeszło sześć lat, wciąż przytłaczał go fakt, że tamtejsza siatka przestępcza została zapleciona tak gęsto, że każdy najmniejszy kontakt z nią kończył się kataklizmem. Nawet przedstawicieli prawa nie dziwiło już to, że w momencie wkroczenia na pierwszą z uliczek Nokturnu trzeba przygotować się na najgorsze. Na nasączony trucizną nóż wbijający się pomiędzy żebra, na obrzydliwy urok wystrzelony zza rogu, na przedmioty obłożone licznymi śmiercionośnymi klątwami. Nie tak powinien wyglądać magiczny świat, nie o to walczyli. Dlaczego pomimo tak długich starań, by naprawić kruszejącą sprawiedliwość, nokturnowa otchłań zdawała się nie mieć dna?
- Więcej niż trochę - mruknął, zawieszając wzrok w nieokreślonym punkcie w przestrzeni. Na chwilę wetknął papierosa pomiędzy wargi i przetarł szybkim gestem własne dłonie, chcąc przywrócić im wyżarte przez lodowate powietrze krążenie. Palce bielały mu jeszcze mocniej niż zwykle, na szczęście ginęło to w panującym na dworze półmroku; odjął papierosa od ust i wypuścił kłąb szarzejącego dymu. Przez krótki moment tańczył on na tle ciemnego nieba, a potem rozlał się, nie pozostawiając po sobie żadnego śladu.
Sam uważał się za szaleńca pierwszego rzędu. Bez niebezpieczeństw czyhających na każdym kroku, bez życia zagrożonego przynajmniej raz dziennie, bez zastrzyków adrenaliny pozwalających mu dokonać niemożliwego, bez świadomości, że dzięki niemu i jego poświęceniu rozkwita walka ze złem - bez wszystkiego tego czuł się martwy. Nie umiał wyobrazić sobie życia jako baczny obserwator mających miejsce tragedii bezpiecznie skryty w domowym zaciszu. Musiał działać, jakkolwiek wielką niosłoby to za sobą cenę.
Ci, którzy nigdy nie byli aurorami, nie potrafili zrozumieć gotowości do poświęceń. Na tym tle przeprowadził tak wiele kłótni z najdroższymi mu osobami, że nie potrafiłby ich zliczyć.
- Och, nie daj się zwieść, aurorem zawsze byłem doskonałym - odparł ze sporą nutą rozbawienia tlącą się w głosie. - Najgorzej wspominam próby połączenia kursu z pracą po nocach. Mało spania, dużo harowania. Szybko musiałem z tego zrezygnować, bo mój - nazwijmy go tak - mentor zaczynał coraz częściej powtarzać mi, że zmęczony auror nie przeżywa pierwszej akcji. - Zawahał się, wspomnienie starego aurora z jakiegoś powodu zakłuło odrobinę mocniej niż zawsze. - Cieszę się, że mu zaufałem. Nawet mimo tego, że gdy byłem młody... i głupi, nie uznawałem żadnych autorytetów. - To, że nie uznawał ich dalej, spowił milczeniem. Znów zaciągnął się lekko papierosem. - To dobrze. Pewnie powtarzają wam to co najmniej pięć razy każdego dnia, ale doszlifowane do perfekcji Protego jest podstawą. Nie zliczę razy, kiedy uratowało mi życie.
Kolejne pytanie Josephine kompletnie zbiło go z tropu. Nie spodziewał się go, nikt wcześniej go o to nie zapytał, prawdopodobnie z góry zakładając, że Garrett, jako auror zafiksowany na punkcie własnego zawodu i walki o sprawiedliwość, natychmiastowo zaprzeczy. Taka też odpowiedź zatańczyła mu na końcu języka, niemalże otworzył usta, by wyrzucić z siebie krótkie, jakby mimowolne nie... kiedy zawahał się, uświadamiając sobie, że byłoby to okrutne kłamstwo. Przez krótką chwilę milczał, rozważając, na jak wielki emocjonalny ekshibicjonizm był gotów sobie pozwolić.
Najchętniej na żaden. Nie znosił mówić o własnych uczuciach.
- Raz - odparł cicho, niewylewnie. Raz, który zdruzgotał go emocjonalnie i sprawił, że długo zarzucał sobie własną winę. Raz, przez który stracił osobę, którą na tym świecie kochał najbardziej. Raz, który na zawsze zmienił jego podejście nie tylko do pracy, ale do całej otaczającej go rzeczywistości. - Ale to było dawno.
Nie, nie tak dawno; wciąż zdawało mu się, jakby było to wczoraj. Echo niewypowiedzianych słów obijające się o ściany pustego mieszkania, pustka, nieobecność, zimna, biała pościel. Tylko jeden porcelanowy kubek tkwiący w wiszącej kuchennej szafce.
- A co, tchórzysz? - odbił piłeczkę, znów wbijając w intonację nutę zaczepności, czegoś niepokornego; ponoć najlepszą obroną jest atak, więc być może w ten sposób uda mu się uciec od własnych wyrzutów sumienia i kłębiącego się żalu.
Ponowną zmianę tematu przyjął z nieprzyzwoitą ulgą.
- Tak naprawdę dopiero wyczarowanie pierwszego patronusa pozwala ci poznać siebie - czytałem o tym, chciał dodać, ale z jakiegoś powodu ugryzł się w język. Ktoś kiedyś powiedział mu, że powoływanie się na autorytety odejmuje autorytetu robiącej to osobie. - Jego forma jest równie osobista co wspomnienie używane do rzucenia zaklęcia. A to powinno dotyczyć czegoś, co jest dla ciebie najważniejsze, bądź... co takim było, zanim to utraciłaś. - Miał wrażenie, że z każdym kolejnym słowem rozdrapuje dawne rany coraz mocniej; by uciec myślami, zgasił resztki aktualnego papierosa i sięgnął po kolejnego.
Słysząc obawy Josie, zaśmiał się lekko.
- No pewnie, że oblali, oblewają za mniejsze potknięcia - odparł szybko, szczerze, dopiero po paru sekundach uświadamiając sobie, że stanowiło to spektakularnie marne pocieszenie. - Ale ty na pewno dasz sobie radę - dodał więc, mając nadzieję, że jego wcześniejsze nieroztropne słowa nie wywołają u kursantki spontanicznego załamania nerwowego. - A w najgorszym wypadku dasz mi znać i będziemy ćwiczyć tak długo, aż ci wyjdzie.




a gniew twój bezsilny niech będzie jak morze
ilekroć usłyszysz głos poniżonych i bitych

Powrót do góry Go down
Josephine Fenwick
avatar

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t3390-josephine-fenwick#58313 https://www.morsmordre.net/t3429-poczta-josephine#59532 https://www.morsmordre.net/t3431-josephine#59578 https://www.morsmordre.net/f129-enfield-lavender-hill-145-8 https://www.morsmordre.net/t3519-skrytka-bankowa-nr-855#61428 https://www.morsmordre.net/t3428-josie#59531
Zawód : przyszła aurorka
Wiek : 22
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna
W całym magicznym świecie gasną światła. Nie ujrzymy ich już za naszego życia.
OPCM : 28
UROKI : 0
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 10
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 8
SPRAWNOŚĆ : 3
Genetyka : Czarownica

PisanieTemat: Re: Portowa ulica    05.12.16 14:54

Nie była przekonana, który sposób funkcjonowania przestępczości byłby mniej szkodliwy. Nokturn, pomimo swojej otoczki i skrajnie wysokiej szansy na utratę głowy, miał swoje zalety, a raczej jedną główną – wiadomym było, co można na nim spotkać. Najgorsze szumowiny miały swoje miejsce na ziemi, dzięki czemu szansa na spotkanie ich na każdym rogu zwyczajnych ulic, znacząco malała. Doki stanowiły wyjątek, lecz ich otoczka stanowiła mierną kopię Nokturnu, nic więc dziwnego, że patrole w tę dzielnice były znacznie częstsze. Dzisiaj jednak nic się nie działo. - Pocieszające… – mruknęła, by następnie wdmuchać powietrze w dłonie chronione przez rękawiczki. Niech szumowiny mają ten swój Nokturn, dzięki temu cywile zdają się być odrobinę bezpieczniejsi. Jednak w tym wszystkim niezwykle irytujący był fakt, że przez to wyplenienie ich, jest nieosiągalne, a każda próba wydaje się być równoznaczną z wejściem w paszczę lwa. Nie żyli w utopijnym świecie, powinna być tego świadoma, stąd czy ktoś potrafi odpowiedzieć jednoznacznie, co byłoby lepsze?
Szaleństwo, dobrze powiedziane. Łączenie pracy z kursem wydaje się być jeszcze większą jego formą. - Dobrze, że go posłuchałeś – nie wyobrażała sobie, że ktoś inny mógłby być jej opiekunem. Przyzwyczaiła się do Garretta od momentu pierwszych spotkań, dlatego miała nadzieję, że mężczyzna przeżyje wystarczająco długo, by ukończyła kurs, a nawet dłużej... Może do samej emerytury, choć to niespotykane. Wierzyła jednak w rozsądek i zdolności swojego osobistego bohatera, pod opieką którego miała popełniać pierwsze błędy i odnosić pierwsze sukcesy. Choć zapewne do tych drugich droga jest o wiele dalsza i bardziej zawiła. - Dzisiaj najwyraźniej nie będzie okazji, by się podszkolić. Ta cisza przyprawia mnie o ciarki – ściągnęła brwi, okazując niepewność i skoncentrowanie. Nie wiedziała czego szukała, ale ten spokój sprawiała, że czuła się obnażona, wysunięta wprost w linię zaklęcia; zabijało w niej to pewność siebie, lecz przecież patrole nie należały do momentów, w których powinna czuć się zrelaksowana niczym w fotelu z herbatą w ręku.
Szybko pożałowała, że wdepnęła w ten temat. Odpowiedź Garretta utwierdziła ją w przekonaniu, że każda praca, a szczególnie zawód aurora, niesie z sobą momenty, o których nie zawsze chce się mówić. Tym bardziej doceniła tę niewielką szczerość, choć wypowiedź nie została poszerzona o większy komentarz; była świadoma, że na takie zwierzenia będzie musiała sobie zasłużyć, o ile jest to w ogóle możliwe. W myślach podziękowała za wybawienie w postaci odbicia piłeczki – nie chciała drążyć emocjonalnych rozterek swojego mentora, a najwyraźniej ich wymiar wcale nie był taki mały i powierzchowny. - Proszę cię, w przeciągu najbliższych lat zostanę najbardziej znienawidzonym aurorem przez ludzi Grindelwalda – oświadczyła z nutą rozbawienia, choć wcale nie było jej do śmiechu. W jej słowach było wiele prawdy, w końcu właśnie w tym celu zamęczała się, by w ogóle zaklasyfikować się na kurs. Samozaparcie wciąż ją szokowało, całe szkolenie pokazywało, ile więcej była w stanie znieść… A pomyśleć, że kiedyś odmówienie sobie kubka gorącej czekolady uważała za przejaw niezwykle silnej woli.
Wolała gorzką prawdę niżeli kłamstwo opakowane w słodką otoczkę; wywalali za mniejsze potknięcia – niezbyt to pocieszające, nawet nie próbowała zamaskować skrzywienia, które pojawiło się na jej twarzy. - Możemy zacząć od razu – śmiech przypominał krótkie szczeknięcie. Wątpiła, czy nabranie praktyki było kluczowe; jeśli nie posiadała wielu szczęśliwych wspomnień, niewiele to zmieni. Może powinna zadbać o porzucenie ciążących myśli, nadać swojemu życiu więcej lekkości tak jak dawniej?  - Jakieś rady, na czym się koncentrować? – być może wdeptywała w kolejne prywatne bagno, jednak chciała wiedzieć; w końcu w pracy aurora ciężko było o wiele szczęśliwych wspomnień, a najróżniejsze traumy nierzadko brały górę nad pozytywnym myśleniem. - O czym ty myślisz? – dodała już dużo ciszej, niepewnie. Jak więc Weasley z tym sobie radzi?


Powrót do góry Go down
Garrett Weasley
avatar

Nieaktywni zakonnicy
Nieaktywni zakonnicy
https://www.morsmordre.net/t597-garrett-weasley https://www.morsmordre.net/t627-barney#1770 https://www.morsmordre.net/t630-garrett https://www.morsmordre.net/f112-st-martin-s-lane-45-3 https://www.morsmordre.net/t2785-skrytka-bankowa-nr-122#44963 https://www.morsmordre.net/t975-garrett-weasley#5311
Zawód : auror
Wiek : 29 lat
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Kawaler
żyjąc - pomimo
żyjąc - przeciw
wyrzucam sobie grzech niepamięci
OPCM : 41
UROKI : 25
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 1
ZWINNOŚĆ : 6
SPRAWNOŚĆ : 7
Genetyka : Czarodziej

PisanieTemat: Re: Portowa ulica    17.12.16 18:23

Nie ukrył lekko rozbawionego uśmiechu, gdy spoglądał z ukosa na Josephine; wciąż dostrzegał w niej odbicie siebie - odbicie dawnego zaangażowania, dawnej potrzeby zmienienia świata, dawnej wiary, że przyjdzie mu to z łatwością. Dziewczyna nie zdążyła zapisać swojej aurorskiej kariery bliznami; te dopiero przetną jej skórę, zostaną mapą historii, mapą osiągnięć, mapą rozterek i gorzkich decyzji, które kiedyś musiała podjąć.
- Większość cisz wyłącznie zapowiada burzę - powiedział zaraz, niepewien, czy właściwie próbuje pocieszyć Josie, czy zmartwić; cisza symbolizowała ponoć spokój, ład, porządek, ale wyłącznie z pozoru. Przez wszystkie lata zdążył się nauczyć, że dopiero szum i składające się w kakofonię szmery wskazują na prawidłową kolej rzeczy; ludzie śmiali się na ulicach, szepty drżały w powietrzu przy akompaniamencie ptasich śpiewów - te milkły dopiero wtedy, gdy walił się świat.
Teraz ciszy nie przecinała nawet pieśń nocnych ptaków.
Ledwo zauważalnie drgnął mu kącik ust, gdy padło nazwisko tyrana - niebezpiecznie było wypowiadać je na głos, nie teraz, kiedy każda sylaba zdawała potęgować się we wszechobecnym bezgłosie. Cisza lubiła gromadzić informacje, pętać sekrety. Spojrzał na dziewczynę przeciągle, z troską, ale z początku nie powiedział nic; była tak młoda, tak pełna zapału, czy naprawdę była gotowa ruszyć na wojnę? Nie mógł jej skrytykować, nie, kiedy był do niej tak podobny - nigdy nie przestawał walczyć, skazywał się na samobójcze batalie w zakonie, który bardziej przypominał oddział samobójców. Zło miało przewagę nie tylko liczebną, górowało pod każdym względem, a oni i tak walczyli.
Josephine też rwała się do bitew, nie oznaczało to jednak, że była na nie gotowa.
- Będziesz miała niemałą konkurencję - odparł w końcu z bladym uśmiechem, rozglądając się; oplatająca ich noc wciąż wypełniała się pustką i milczeniem, mroziła krew, przywabiała dreszcz.
Josie zmuszała go do wyznań - nie lubił dzielić się własnymi demonami, prywatne batalie trzymał w sekrecie, ale teraz, by pomóc, próbował przełamać się i mówić. Bolało; nie pierwszy raz rozdrapywał dawne rany, ale nigdy nie czynił tego publicznie, nie wtedy, gdy ktoś widział, nie wtedy, gdy ktoś słuchał.
A Josephine zdawała się skupiać na każdym jego słowie. Jak miał stać się mentorem, gdy sam wciąż potrafił się zgubić?
- Expecto Patronum - ledwo poruszył ustami, a wraz z cichym szeptem z końca różdżki wyfrunęła srebrzysta jaskółka; to było nierozsądne, niebezpieczne, więc zaraz przerwał zaklęcie, nie chcąc przywabić kłopotów, które mogły czaić się w mroku. - O kimś, kto jest mi najdroższy - odparł zaraz, wyłącznie na chwilę zawieszając spojrzenie na okrytym ciemnym woalem nieboskłonie. - Czasem o śniegu, który próbowałem złapać w palce, gdy byłem zbyt mały, żeby zrozumieć, że płatki rozpuszczą się w kontakcie ze skórą. O pierwszym poważnym, wygranym pojedynku. O chwilach, gdy byłem zbyt zmęczony, by usnąć, ale rozpierała mnie duma po przełamaniu własnych granic. - Miał po co żyć, miał powody, by ruszać na wojny - być może tylko to sprawiało, że szedł dalej, gdy wszystko wkoło zdawało się kruszyć. - Poszukaj wspomnień, które wypełniają cię ciepłem, które dają ci nadzieję, siłę, by walczyć. I pozwól, żeby opanowały wszystkie twoje myśli. A potem wypowiedz inkantację.




a gniew twój bezsilny niech będzie jak morze
ilekroć usłyszysz głos poniżonych i bitych

Powrót do góry Go down
Charlene Leighton
avatar

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t5367-charlene-leighton https://www.morsmordre.net/t5375-listy-do-charlie https://www.morsmordre.net/t5374-charlie https://www.morsmordre.net/f98-lavender-hill-48 https://www.morsmordre.net/t5388-skrytka-bankowa-nr-1338 https://www.morsmordre.net/t5387-charlene-leighton
Zawód : Alchemiczka
Wiek : 23
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
Czy to kocimiętka?
OPCM : 5
UROKI : 0
ELIKSIRY : 22
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 14
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5/33
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarownica

PisanieTemat: Re: Portowa ulica    08.02.18 1:50

| 13.06?

Miejsce nie należało do najbardziej przyjemnych i Charlene aż zaczęła żałować, że zjawiła się tu w ludzkiej postaci. Jako kot z pewnością dużo łatwiej wtopiłaby się tu w tło; idąc uliczką w dzielnicy portowej napotkała ich już co najmniej kilka. W całym Londynie mnóstwo było kotów, a w animagicznym ciele nie odróżniała się od nich. Uznała jednak że śnieg, który od ponad tygodnia pokrywał Londyn i resztę kraju, stanowiłby spore utrudnienie, bo w niewielkim kocim ciele zapadałaby się w grubą warstwę puchu i pokonywałaby drogę dużo wolniej, w dodatku w mokrym i przemarzniętym futerku. Dlatego właśnie nie zmieniła się w kota, a brnęła przez zaśnieżoną uliczkę w swoim własnym ciele, od stóp do głów okutanym w ciepłe, zimowe ubrania, z którymi musiała się przeprosić pewnego ranka na początku czerwca, kiedy wyjrzała przez okno i zobaczyła, że wszędzie jest biało. Grubsze okrycie miało jednak tę zaletę że skuteczniej maskowało jej niepozorną, wątłą sylwetkę, a delikatne, dziewczęce rysy skrywał kaptur płaszcza. I tak jednak odróżniała się od mieszkańców tych okolic i z daleka było widać, że nie jest stąd.
Niestety dostawca ingrediencji którego jej polecono mieszkał właśnie w tym miejscu, w jednej z obskurnych kamieniczek przy tej ulicy. W obecnych czasach, przy anomaliach pogodowych musiała się nieco bardziej postarać by zdobyć rzadsze składniki. Jeśli pojawiały się w aptece, to rozchodziły się w mgnieniu oka, wielu alchemików potrzebowało ingrediencji. Pozostawało mieć nadzieję że żadne braki nie dotkną Munga, konieczność przystopowania z własnymi domowymi alchemicznymi próbami mogła przeboleć, ale nikomu nie byłoby na rękę, gdyby brakło składników do eliksirów leczniczych, które warzyła w pracy.
Rozglądała się dookoła, wypatrując interesującego ją adresu który po chwili odnalazła, znajdując też mieszkanie samozwańczego alchemika i poszukiwacza składników, do którego zapewne nie zwróciłaby się w normalnych okolicznościach, nie mając całkowitej pewności co do pochodzenia ingrediencji. Ale nie mogła być wybredna, skoro chciała z czegoś warzyć mikstury. Nie samą pracą dla Munga się żyło, pasja rozwijana dla siebie (i od niedawna też dla dobra Zakonu Feniksa) była równie ważna.
Pertraktacje z niezbyt przyjemnym czarodziejem nieco się przeciągnęły. Gdy do niego weszła było popołudnie, przybyła tu świeżo po pracy, a gdy wyszła, powoli zbliżał się zachód słońca. Schowała pakunek ze składnikami do wewnętrznej kieszeni i znów otuliła się płaszczem i zarzuciła kaptur na jasne włosy, ruszając uliczką z zamiarem dotarcia do bardziej przyjaznej części dzielnicy portowej. Ale wtedy, gdy skręciła za róg budynku, nagle usłyszała za sobą męski głos.
- Zgubiłaś się, maleńka? – zapytał ktoś, wychodząc z wnęki w murze kilka metrów za nią. Charlene odruchowo przyspieszyła kroku, nie mając ochoty na wdawanie się w dyskusje z nieznajomym, który mógł mieć złe zamiary. Wolała jak najszybciej stąd zniknąć; nie było już daleko, zresztą mogła teleportować się wcześniej. Ale mężczyzna nie wyglądał na zadowolonego, że został zignorowany, i ruszył za Charlie, która zaczęła biec, choć wiedziała, że nieznajomy mógł mieć różdżkę. Liczyła jednak że uda jej się umknąć; niestety nie doceniła śniegu, bo kawałek dalej wywróciła się na oblodzonej nawierzchni i upadła na śnieg.




Best not to look back. Best to believe there will be happily ever afters all the way around - and so there may be;
who is to say there will not be such endings?

Powrót do góry Go down
Penny Vause
avatar

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t5243-penelope-vause https://www.morsmordre.net/t5322-parapet-penny#119164 https://www.morsmordre.net/t5274-penny-lane https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/t5311-penelope-vause#118839
Zawód : ścigająca Jastrzębi z Falmouth
Wiek : 26
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
Holy light, oh, burn the night, oh keep the spirits strong
Watch it grow, child of wolf
Keep holdin' on
OPCM : 12
UROKI : 10
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 2
ZWINNOŚĆ : 12
SPRAWNOŚĆ : 14
Genetyka : Czarodziej

PisanieTemat: Re: Portowa ulica    08.02.18 13:49

Włosy jeszcze nieprzyjemnie lepiły jej się do czoła, kiedy po wieczornym treningu brnęła przez zaspy śniegu do miejsca, które nauczyła się nazywać domem. Wszakże nigdy nie znała innego; dziecko-przypadek, dziecko-włóczęga, które spędziło całe dzieciństwo z kolanami i dłońmi poobcieranymi i skrwawionymi po codziennych bójkach czy wspinaczkach. Wierzyła, że nie istniała lepsza lekcja życia. W dzielnicy portowej nauka była bolesna, ale szybka i skuteczna- nauka, że o swoje zawsze należało walczyć do upadłego, niezależnie od tego, czy było to dobre imię, czy tylko ostatni z musów-świstusów podarowanych przez ojca.
Doki być może nie należały do najpiękniejszych miejsc świata ani Londynu- po czasie dało się jednak przyzwyczaić do wiecznie wiszącego w powietrzu aromatu nieświeżych ryb i omułków, do bełkotanych głosem pijaka starych szant kołyszących mieszkańców do snu i do pewnej topornej prostoty czasu, który tutaj, w porcie, wydawał się stać w miejscu jak jeden z zakotwiczonych statków, z wystającymi na rogatkach portowymi dziewkami i wciąż wiszącymi na ścianach tawern pirackimi flagami dawno zatopionych okrętów. W zamian za to mieszkanie tu oferowało przecież wiele innych przywilejów. Zamknięte w swoich pięknych pałacykach i kamienicach dzieci tej lepszej części Londynu nie mogły w końcu znać opowieści przywiezionych z krańców świata, ani dotykać świeżo wyłowionych z morza pereł, tworząc z nich całe sznury pięknych korali. Nie dla nich potajemnie odlewane za ladą przez karczmarza piwo i uganianie się za zamorskimi kupcami, egzotycznymi, tajemniczymi, wiozącymi w swoich kufrach kardamon, szafran, imbir, złote półmiski, wysadzane szmaragdami puchary i piękne pierścienie, o których mówiono, że zostały obłożone klątwą.
Dzielnicę portową dało się pokochać, chociaż była to miłość trudna, i rzadko kiedy odwzajemniona. Wymagała też wielu wyrzeczeń; istniały zasad, których nie należało łamać, a pomyłek nie wybaczano. Nie wychodzić po zmroku, unikać ciemnych uliczek, iść szybko, nie zadzierając brody; unikać tawern, w oknach których nie paliły się świece, stronić od morza, które wieczorami burzyło się, łakomie sięgając lądu i tych nieszczęśników, którzy ośmielili się zapuścić zbyt blisko klifów. Dla kogoś, kto mieszkał tam odkąd tylko zaczął istnieć, było to równie oczywiste, co oddychanie.
Jednak nie każdemu los pozwolił na tyle samo szczęścia.
Niemalże odruchowo wyłapała kątem oka nagły ruch; zwolniła kroku, stawiając stopy ciszej, ostrożniej, i obserwując wyłaniającego się z wyrwy w murze mężczyznę. W mdłym świetle latarni nie zdołała dojrzeć jego twarzy- doświadczenie sprawiło jednak, że bez najmniejszego problemu odgadła jego zamiary, spostrzegając przed sobą przyspieszającą do biegu drobną, delikatną sylwetkę omotaną w poły płaszcza. Nie wahała się. Nie wahała się przecież prawie nigdy. Korzystając z gęstego, ciężkiego cienia postanowiła zastosować na mężczyźnie jego własną sztuczkę, chowając się w wyrwie i wyczekując momentu, w którym przyspieszył do biegu, mijając miejsce, w którym oczekiwała. Jak sprężyna wyskoczyła z wyrwy, zginając się w pół i wykorzystując jego pęd; przy zderzeniu z jej plecami stęknął głucho, pozbawiony nagle powietrza, i bezwładnie przeleciał nad nią, lądując dobre kilka cali w śniegu dalej. Krew pulsowała gniewnie, wyrzucana gwałtownie przez bijące głośno serce, kiedy Penny stanęła nad nim, trzewikiem bezlitośnie przyciskając do bruku męską dłoń, na oślep szukającej różdżki.
-Ta pani jest tu ze mną- Warknęła, pochylając się nad nim; nie ucierpiał mocno w wyniku wypadku, chociaż widziała, jak z obitego nosa zaczynała sączyć się krew, gęsta i czarna w świetle latarni. Poza tym był paskudnie pijany- zmarszczyła nos, czując ostry zapach na wpół przetrawionej whisky, i wyprostowała się, odsuwając od niego.- I dobrze Ci radzę, nawet nie próbuj wstać, bo mogę przestać być miła.
W odpowiedzi mężczyzna wybełkotał coś niewyraźnie pod nosem, odpluwając gęstą, krwistą plwocinę. Skrzywiła się, po czym podbiegła do uciekającej dziewczyny, pospiesznie ujmując ją pod drobne ramiona i podnosząc na nogi.
-Nic Ci nie jest?- Zatroskała się, jak zawsze bezprecedensowo zabierając się do otrząsania fałdów płaszczu ze śniegu.- Nim już nie musisz się martwić. Nie sądzę, żeby był wstanie podnieść się teraz o własnych siłach, a jeśli spróbuje, to wsadzę mu jego własną różdżkę w....
Zreflektowała się, mocno gryząc się w język. Matka zawsze powtarzała jej To, że mieszkasz w porcie, nie oznacza, że możesz wyrażać się jak rubaszny marynarz, i miała zamiar chociaż spróbować zastosować się do jej polecenia.
-Co tutaj robisz o tej porze? To nie najlepszy czas na spacer po Dokach, szczególnie dla takich ładnych i miłych dziewcząt jak Ty- Rzuciła, jak zwykle z dziecięcą bezpośredniością, po czym ujęła ją pod ramię i zdecydowanie skręciła, prowadząc ją w lepiej oświetlaną i bardziej uczęszczaną uliczkę. Być może miała dotrzeć do mieszkania o dobre pół godziny później, ale gryfońska duma nie pozwoliłaby jej pozostawić nieznajomej w potrzebie.


Powrót do góry Go down
Charlene Leighton
avatar

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t5367-charlene-leighton https://www.morsmordre.net/t5375-listy-do-charlie https://www.morsmordre.net/t5374-charlie https://www.morsmordre.net/f98-lavender-hill-48 https://www.morsmordre.net/t5388-skrytka-bankowa-nr-1338 https://www.morsmordre.net/t5387-charlene-leighton
Zawód : Alchemiczka
Wiek : 23
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
Czy to kocimiętka?
OPCM : 5
UROKI : 0
ELIKSIRY : 22
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 14
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5/33
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarownica

PisanieTemat: Re: Portowa ulica    08.02.18 16:04

Charlene przyszło dorastać na spokojnych, odludnych klifach Kornwalii, gdzie z rodzeństwem mogła całymi dniami bawić się na plaży, chować za kępami ostrej klifowej trawy i pluskać się w morzu. Po skończeniu Hogwartu zamieszkała na przedmieściach Londynu, w spokojnej i cichej okolicy zamieszkałej głównie przez starszych ludzi i młode pary z dziećmi. Dzielnica portowa w Londynie była jej względnie obca, od czasu swojego zamieszkania w tym mieście nie bywała tu często, a i wtedy zwykle trzymała się tej ładniejszej, spokojniejszej części z urokliwymi skwerkami i przyjemnymi kawiarniami oraz sklepikami. W tą mniej przyjazną zapuściła się może kilka razy, zwykle w celach związanych z alchemią i składnikami, i zazwyczaj w ciele kota. Będąc kotem mogła z niezwykłą łatwością i zręcznością przemykać niepostrzeżenie nawet przez obszary takie jak ten. Nikt nie zwracał uwagi na nijaką burą kotkę, taką samą jak tysiące innych żyjących w tym mieście. Ale już młoda, blada dziewczyna o delikatnej twarzy i wątłej sylwetce rzucała się w oczy bardzo szybko, bo było widać że pochodzi z porządniejszej okolicy, że jej codziennością nie są portowe speluny ani inne podejrzane miejsca. Ale jako że większość czarodziejów nie życzyła sobie niepożądanej aportacji w mieszkaniu i zabezpieczała się przed tym, musiała przejść tą ulicą. Miała nadzieję że skoro wcześniej dała radę tędy przyjść spotykając tylko kilka kotów i starszą kobietę w poplamionej szacie, teraz też się uda i już za chwilę dotrze do pobliskiego skweru, widniejszego i bardziej zaludnionego.
Ale niestety ktoś jednak ją zauważył, mimo że starała się nie rzucać w oczy. Szła ze spuszczoną głową, pozorując zajęcie swoimi sprawami, ale ktoś najwyraźniej chciał ją dostrzec. I dostrzegł, szybko interesując się obcą.
Nie wiadomo, jak by się to skończyło po tym, jak upadła chwilę po rzuceniu się do ucieczki, bo miała pecha poślizgnąć się na lodzie i siłą rozpędu poleciała do przodu, nie mając się czego złapać by utrzymać równowagę. Nie była szczególnie odważna, nigdy nie musiała przecież walczyć o swoje – przynajmniej nie w takim dosłownym sensie, niezwiązanym z próbami udowodnienia swoich umiejętności i wiedzy. Nie była dobra w magii ofensywnej, nie mówiąc o walce wręcz; ten mężczyzna prawdopodobnie mógłby z łatwością podnieść ją jedną ręką i rzucić nią o ścianę. Mogłaby co najwyżej spróbować transmutacji i zmienić go w królika, albo zmniejszyć dwukrotnie – choć to zaklęcie było bardzo trudne i nie była pewna czy zdoła się dostatecznie skupić. W ostateczności mogła się nagle zmienić w kota i zwinnie przemknąć pod jego dłońmi zanim zorientowałby się, co tu zaszło, ale w pierwszej chwili struchlała ze strachu i potrafiła tylko patrzeć.
Ale zanim do niej dobiegł wydarzyło się coś nieoczekiwanego – z boku wyskoczyła kolejna sylwetka i zderzyła się z mężczyzną, spychając go na bok. Mężczyzna upadł na śnieg, w blasku latarni mogła dostrzec smugę krwi na jego twarzy i usłyszeć pijany bełkot. Osobą która go zaatakowała okazała się być... kobieta. Charlie wyraźnie usłyszała damski głos i dostrzegła burzę kręconych, brązowych włosów. Nieznajoma po chwili zbliżyła się do niej, pomagając jej wstać. Wyglądało na to, że właśnie jej pomogła – a w tych czasach wielu ludzi wolało zachować bierność i udawać, że nie widzi cudzych problemów.
- Dziękuję – powiedziała, podnosząc się i otrzepując płaszcz ze śniegu. – Ja tylko... odwiedzałam tutaj... kogoś – wyznała, w zasadzie nie mijając się z prawdą: odwiedzała handlarza ingrediencji. Szybko też pomacała się po płaszczu, by sprawdzić czy paczuszka jej nie wypadła ani nie uległa zgnieceniu. – Ten mężczyzna napędził mi trochę strachu. – Potem znów spojrzała na twarz kobiety, w blasku światła dostrzegając że wyglądała bardzo młodo... i znajomo. – Hej! Ja ciebie znam! – powiedziała cicho, choć bardziej ożywionym tonem, kiedy zdała sobie sprawę, że jej niespodziewana wybawicielka kogoś jej przypomina. – Grasz w Jastrzębiach, prawda? – zapytała ją, idąc wraz z nią, postanawiając jej zaufać w tym względzie, skoro jej pomogła i najwyraźniej uznała że należy ją stąd wyprowadzić. Sprawiała też miłe wrażenie, no i wyglądała tak znajomo! Jako że kilku jej krewnych i znajomych grało w quidditcha, chodziła czasami na mecze ich drużyn, więc pamiętała tę charakterystyczną kędzierzawą czuprynę, tym bardziej, że parę dni temu mignęła jej podczas wyścigów saneczkowych w Szkocji.




Best not to look back. Best to believe there will be happily ever afters all the way around - and so there may be;
who is to say there will not be such endings?

Powrót do góry Go down
Penny Vause
avatar

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t5243-penelope-vause https://www.morsmordre.net/t5322-parapet-penny#119164 https://www.morsmordre.net/t5274-penny-lane https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/t5311-penelope-vause#118839
Zawód : ścigająca Jastrzębi z Falmouth
Wiek : 26
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
Holy light, oh, burn the night, oh keep the spirits strong
Watch it grow, child of wolf
Keep holdin' on
OPCM : 12
UROKI : 10
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 2
ZWINNOŚĆ : 12
SPRAWNOŚĆ : 14
Genetyka : Czarodziej

PisanieTemat: Re: Portowa ulica    09.02.18 23:11

Czasem zapominała; w nieustannym kalejdoskopie jej życia obrazy przewijały się szybko, zbyt szybko, aby mogła zarejestrować i zrozumieć każdy z nich. I być może dlatego jej uwadze umknął gdzieś moment, w którym z jednego z bezimiennych dzieci ulicy, piegowatego podlotka o włosach sterczących dziko dookoła drobnej, zaciętej w wyrazie wiecznej złości twarzyczki, stała się kimś, kto posiadał imię. Imię nie tylko wykrzykiwane z niecierpliwością przez matkę albo tego sprzedawcę ryb, którego stoisko znowu potrąciła w biegu, w pośpiechu rzucając kilka nieskładnych słów przeprosin, ale imię, którzy znali zarówno biedni, jak i arystokraci. Ci, którzy kiedyś spoglądali na nią z góry, nie kryjąc pogardy, która wykrzywiała ich piękne jak z porcelany twarze w przykrym grymasie, teraz przychodzili na jej mecze i oklaskiwali jej wyczyny. Ludzie mijający ją na ulicy, niegdyś zbyt zajęci swoimi sprawami, aby zauważyć przemykającą gdzieś obok wiecznie rozczochraną panienkę noszącą za duże trzewiki nie do pary, teraz przystawali, chcąc zamienić z nią parę słów, uścisnąć dłoń lub zrobić wspólne zdjęcie. Nie przywykła do tego. W szczególności do zdjęć. W efekcie na wszystkich paskudnie mrużyła oczy albo drgała gwałtownie, przestraszona sykiem i nagłym blaskiem lampy, w efekcie czego postać na fotografii przypominała raczej przestraszoną sarnę niż szanowanego zawodnika drużyny Quidditcha. Być może do sławy można było i należało przywyknąć; ona jednak wciąż pozostawała jednakowo zaskoczoną, widząc w oczach dopiero poznanej osoby błysk zrozumienia.
Uśmiechnęła się, wzrokiem szukając spojrzenia dziewczyny; zdążyła już przywyknąć do faktu, że w celu nawiązania kontaktu wzrokowego z kimkolwiek niebędącym goblinem, skrzatem domowym ani pięcioletnim dzieckiem musiała zadzierać podbródek do góry. Szybko omiotła wzrokiem twarz dziewczyny- była ładna, ładna w ten sposób, który z łatwością przyciągał uwagę wszystkich portowych rzezimieszków. Z mlecznobiałą skórą, jasnymi włosami i łagodnym, miłym, dziewczęcym spojrzeniem odróżniała się na tle wszystkich wulgarnych dziewek wystających na rogatkach tak bardzo, jak tylko było to możliwe.
-Jestem ich ścigającą- Odparła, uśmiechając się pogodnie i skręcając w kolejną z uliczek prowadzących do bezpieczniejszej części Doków.- I mam na imię Penny.
Mimowolnie obróciła się przez ramię, szybko skanując wzrokiem teren za nimi; pusty.
-I będę bardzo wdzięczna, jeśli nie powiesz nikomu, że w wolnym czasie po meczach łamię nosy pijanym marynarzom- Mruknęła z zastanowieniem, krzywiąc się delikatnie; szmatławi reporterzy i cały sztab wścibskich wiedźm z Czarownicy pewnie byłby zachwycony, próbując zniszczyć jej karierę tak, jak niegdyś próbowali zniszczyć karierę Bena. Potrząsnęła jednak głową, odsuwając od siebie zbędne myśli.
-A Ty jesteś...?- Dodała jeszcze, zawieszając głos, po czym ponownie krzywiąc się lekko.- Powinnam była zapytać wcześniej, ale rękoczyny idą mi znacznie lepiej niż etykieta.
Nie drążyła; tutaj, na przedmieściach Londynu, ludzie rzadko odwiedzali sklepy i lokalnych mieszkańców w celu przeprowadzenia w pełni legalnych z punktu widzenia prawa zakupów. Kimkolwiek była nieznajoma i cokolwiek sprowadzało ją tutaj o tej porze, miała prawo zachować ten sekret dla siebie.
Zresztą Penny zdążyła już nauczyć się boleśnie, że czasem niewiedza okazywała się być błogosławieństwem.
-Dokąd Cię prowadzę? Poza port? Do baru? Na statek, który zabierze Cię daleko od tego miasta i tej paskudnej pogody?- Być może o to również nie powinna była pytać; w ostateczności jednak postanowiła już całkowicie uparcie i zupełnie po gryfońsku wziąć na swoje barki odpowiedzialność doprowadzenia nieznajomej bezpiecznie tam, gdzie zamierzała dotrzeć.


Powrót do góry Go down
Charlene Leighton
avatar

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t5367-charlene-leighton https://www.morsmordre.net/t5375-listy-do-charlie https://www.morsmordre.net/t5374-charlie https://www.morsmordre.net/f98-lavender-hill-48 https://www.morsmordre.net/t5388-skrytka-bankowa-nr-1338 https://www.morsmordre.net/t5387-charlene-leighton
Zawód : Alchemiczka
Wiek : 23
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
Czy to kocimiętka?
OPCM : 5
UROKI : 0
ELIKSIRY : 22
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 14
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5/33
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarownica

PisanieTemat: Re: Portowa ulica    10.02.18 20:18

Charlene w gruncie rzeczy lubiła swoje życie. Miała szczęśliwe, miłe dzieciństwo w pewnym oderwaniu od cywilizacji i zgiełku. Teraz, po prawie pięciu latach mieszkania w Londynie, czasem brakowało jej spokoju Kornwalii, zapachu morza, szumu fal, małego domku z pobielonymi ścianami i beztroskich zabaw. Oczywiście regularnie odwiedzała rodziców, ale to nie było to samo, i bywały momenty kiedy żałowała swojej wyprowadzki do Londynu, do której namówiła ją starsza siostra.
Oczywiście Londyn też miał swój klimat i był bardzo różnorodny, ale jak widać, nieobeznana Charlie mogła łatwo wpaść w tarapaty w okolicy, w której młódki takie jak ona nie były codziennością.
Kobieta, która zatrzymała pijanego napastnika zapewne szukającego rozrywki, wyglądała na osobę poruszającą się w tym środowisku pewnie. Jej zachowanie było bardzo odważne i ryzykowne. Być może tu mieszkała, kto wie jak długo, co sprawiło, że stała się zahartowana i takie sytuacje były dla niej normą, dlatego musiała umieć się bronić i najwyraźniej miała w sobie dość odwagi, by stanąć w obronie nieznajomej. Tak przynajmniej Charlie sobie to wyobrażała: mieszkając w miejscu takim jak to trzeba było umieć sobie poradzić i przystosować się do nieprzyjaznego środowiska. I o ile Charlene wyglądała tu na obcą, to ta kobieta sprawiała wrażenie tutejszej.
O dziwo, nieznajoma była od niej odrobinę niższa; częściej to Charlie musiała patrzeć w górę, kiedy z kimś rozmawiała. Spod kaptura płaszczyka, który przy wcześniejszym upadku nieco się zsunął, było jednak widać jej bladą twarz usianą drobnymi piegami, blond kosmyki i intensywnie zielone oczy, barwą przywodzące na myśl oczy kota. Wyglądała młodo i niewinnie jak na swój wiek, wcale nie wyglądała na niecałe dwadzieścia trzy lata, więc często zdarzało jej się, że ludzie nie traktowali ją zbyt poważnie.
- Miło cię poznać, Penny. Ja jestem Charlie – przedstawiła się. – Oczywiście, nikomu nie powiem – obiecała jej, nie była typem plotkary ani osobą która oceniała ludzi tylko przez pryzmat tego, czy byli sławni, czy nie. – To było... naprawdę niezłe uderzenie i dobry refleks, ale po tylu meczach i walkach o kafla pewnie masz wprawę – przyznała nieśmiało; nie znała się zbyt dobrze na quidditchu, a jej umiejętności latania były podstawowe, ale lubiła czasem pooglądać dobrą grę innych. Nie była stereotypową alchemiczką która nie ruszała się ze swojej piwnicy, jej zawód i naukowe zacięcie nie wykluczały innych rozrywek. Penny zresztą nie pytała jej, co tu robiła, choć na szczęście Charlie nie miała nic na sumieniu, kupowała tylko zupełnie zwyczajne ingrediencje do zwyczajnych eliksirów. W obecnych czasach trzeba się było trochę bardziej wysilić by mieć z czego robić mikstury, ale w parze z trudniejszą dostępnością niektórych ingrediencji szły też wyższe ceny, więc musiała ostrożniej korzystać z zapasów.
- Niestety chyba nie mam tak nadzwyczajnych planów ani nie wiodę pełnego przygód życia, choć podejrzewam, że dzielnica portowa skrywa w sobie mnóstwo ciekawych tajemnic i zakamarków nieznanych osobom z zewnątrz, takim jak ja – odezwała się, raźnym krokiem idąc za nią. Lęk i napięcie sprzed kilku chwil zaczęły z niej opadać, cieszyła się, że sytuacja zakończyła się w taki sposób i dzięki pomocy Penny nie musiała się teraz sama szarpać z tamtym pijakiem. – Szukałam po prostu ustronnego miejsca, skąd mogę wrócić do domu, choć w sumie... Chyba nie spieszy mi się jakoś bardzo mocno – rzuciła, w gruncie rzeczy ciekawa swojej niespodziewanej wybawicielki. Tym bardziej, że była ścigającą Jastrzębi, którą do tej pory widywała podczas meczy. – Wydaje mi się, że niedawno też cię widziałam, i to wcale nie na meczu. Pamiętasz saneczkowy wyścig w Highlands? – zapytała; pamiętała kędzierzawą czuprynę, ale ostatecznie mogła się pomylić.




Best not to look back. Best to believe there will be happily ever afters all the way around - and so there may be;
who is to say there will not be such endings?

Powrót do góry Go down
Penny Vause
avatar

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t5243-penelope-vause https://www.morsmordre.net/t5322-parapet-penny#119164 https://www.morsmordre.net/t5274-penny-lane https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/t5311-penelope-vause#118839
Zawód : ścigająca Jastrzębi z Falmouth
Wiek : 26
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
Holy light, oh, burn the night, oh keep the spirits strong
Watch it grow, child of wolf
Keep holdin' on
OPCM : 12
UROKI : 10
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 2
ZWINNOŚĆ : 12
SPRAWNOŚĆ : 14
Genetyka : Czarodziej

PisanieTemat: Re: Portowa ulica    16.02.18 22:28

Nigdy nie zastanawiała się nad tym, czy lubiła swoje życie. Nie była przyzwyczajona do refleksji; nie myśl, tylko działaj, powtarzał jej zawsze ojciec, kiedy matka po raz kolejny opatrywała rozkrwawione kłykcie jego rąk przy kuchennym stole. Nie myśl, tylko działaj, niech czyny mówią za ciebie, mała Penny.
I to też wkrótce stało się jej życiowym mottem- cudowna ignorancja pozostawała słodką w świecie, w którym coraz częściej należało wybierać pomiędzy dobrem a złem i rozstrzygać, czy to, co ludzie nazywali dobrem, faktycznie nim było. Ona wolała nie wybierać wcale. Płynęła z prądem czasu i obecnego świata, który stawał się coraz bardziej zrywny i burzliwy, ciskając ją na manowce i siłą wpychając w niebezpieczne meandry, próbując wciągnąć na dno- ona jednak potrafiła przecież doskonale utrzymywać się na powierzchni. Z radością pozwalała więc przetrwać słowom ojca o wiele dłużej, niż przetrwał on sam, postanawiając radośnie puścić w niepamięć fakt, że tamten życiowy drogowskaz nie poprowadził go ścieżką do długiego, spokojnego życia. Pozwalała czynom mówić za siebie, nawet, jeśli często świadczyło to o niej dość paskudnie; wiele razy żałowała, gryząc się w język odrobinę zbyt późno (i odrobinę zbyt boleśnie, zważywszy na fakt, że nie mogło to już powstrzymać jej od wypowiedzenia słów, których wypowiadać nie powinna) lub zbyt późno wciskając zaciśnięte gniewnie pięści do kieszeni (w wyniku czego zdecydowanie łatwiej i chętniej znajdowały one czyjąś szczękę niż obszerne fałdy jej płaszcza). Ten świat nie był jednak światem dla jednej z dam, którą tak usilnie próbowała uczynić ją matka i profesorska kadra Hogwartu. To nie był czas dla marzycieli rozmyślających nad sensem życia; gdyby spróbowała to uczynić, natłok myśli szybciej doprowadziłby ją zapewne do szaleństwa niż do jakkolwiek sensownej konkluzji.
Żyła więc, tu i teraz, przyjmując od świata wszystko, co zechciał jej dać, nie zastanawiając się przy tym, czy było to coś, czego istotnie pragnęła. Nie należało być kapryśnym w sytuacji, kiedy każdy dzień mógł okazać się ostatnim- wystarczyła wszakże tylko chwila nieuwagi albo nietrafny wybór trasy wieczornego powrotu do domu.
Zerknęła na dziewczynę, ponownie lekko zadzierając i tak już zadarty nieco podbródek, i natychmiastowo skrzywiła się nieznacznie. Plecy odezwały się pełnym wyrzutu bólem; w ostateczności latanie na miotle wymagało od nich znacznie mniej wysiłku niż wyrzucenie w powietrze dobrych osiemdziesięciu kilogramów na wskroś przeżartego brudem i tanim alkoholem ciała.
-Charlie- Powtórzyła niemalże odruchowo, lekko kiwając głową i posyłając jej uśmiech. Ładnie. W odpowiedzi na jej słowa tylko zaśmiała się krótko, ale szczerze.- Dwa lata mieszkania tutaj i sama powaliłabyś go całkiem przyzwoitym prawym sierpowym.
Zdążyła już (dość boleśnie zresztą) przekonać się, że czasem w tych najbardziej niepozornych najsilniej tlił się duch walki- a życie tutaj było w stanie uczynić każdego najwaleczniejszą wersją własnego siebie. Słysząc uwagę o Quidditchu ożywiła się niemalże natychmiast, odruchowo wytężając całą swoją uwagę zawsze, kiedy ktoś poruszał kwestię jedynej stałej i pewnej dziedziny jej życia. Nigdy nie wyrosła ze skóry małej, niesfornej, jedenastoletniej dziewczynki, która po raz pierwszy z zachwytem gładziła połamane witki magicznej miotły i wzbijała się w powietrze, ścigana ostrzegawczym wrzaskiem pękatej nauczycielki latania.
-W tych cholernych czasach nie trzeba nawet pragnąć życia pełnego przygód, one i tak prędzej czy później zechcą Cię dopaść- Rzuciła w odpowiedzi na kolejne słowa dziewczyny, odruchowo podrzucając jeden z leżących na drodze kamyków w powietrze samym tylko czubkiem znoszonego buta.- Dlatego czasem lepiej samemu wybrać, które i kiedy Cię spotkają.
Następnie uśmiechnęła się promiennie, obracając się na pięcie i zmieniając ich kierunek o sto osiemdziesiąt stopni.
-Więc co powiesz na nie tak paskudne piwo w najporządniejszej spelunie w dokach, Charlie? To brzmi jak całkiem niezły początek poznawania dzielnicy portowej- Dodała z zadowoleniem, z łatwością porzucając wcześniejszy, niezbyt zachęcający zresztą plan spędzenia kolejnego wieczoru w towarzystwie duchów przeszłości, zajmujących chciwie każdy kąt jej starego-nowego mieszkania. Następnie ożywiła się po raz kolejny, energicznie kiwając głową; na oczy natychmiast opadła jej burza niesfornych loków, które odgarnęła niecierpliwym machnięciem.
-Chyba nie da się zapomnieć swojej absolutnie pierwszej w życiu rozmowy z trollem- Wyszczerzyła zęby w uśmiechu, przyspieszając nieco kroku.- Byłaś tam? W Highlands?
Zainteresowała się, zerkając na nią z ukosa.
-Wyglądasz na kogoś, kto potrafi się ścigać- Dodała z namysłem tonem fachowca, przesuwając oceniającym spojrzeniem po jej drobnej sylwetce. Nawet, jeśli nie miała w sobie wiele sił, była na tyle lekka, aby szybko biegać- czego dowiodła zresztą nie tak dawno temu w nieco mniej sprzyjających okolicznościach.


Powrót do góry Go down
 

Portowa ulica

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 3Idź do strony : 1, 2, 3  Next

 Similar topics

-
» Kawiarenka Starbucks - Ulica Nankińska
» Główna ulica
» Ulica czerwonych latarni
» Główna ulica
» Ulica

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Morsmordre :: Londyn :: Dzielnica portowa :: Doki-
Styl: Caelan + Cassandra + Justine

Forum oparte na serii książek J.K.Rowling, niektóre imiona i nazwy własne są jej własnością.
Opisy częściowo pisane w oparciu o Pottermore.
Autorskie opracowania oraz pozostałe treści forum są własnością intelektualną twórców,
zabrania się ich kopiowania.


Baner small nobg

Morsmordre 2015-18