Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia


Ekipa forum
Dzwony weselne
AutorWiadomość
Dzwony weselne [odnośnik]24.10.17 10:54
Indie, 02.04.56

Przygotowania nie zajęły długo. Nigdy nie byłam tym typem kobiet, które nadmiernie przykładały się do swojego wyglądu. Nie potrzebowałam długich tygodni na wybranie sukni, ani wielu godzin na ułożenie odpowiedniej fryzury i zrobienie idealnego makijażu. Wszystko, całe szykowanie się, włącznie z pakowaniem, zamknęło się w jednym dniu. Doskonale wiedziałam, że cała ślubna otoczka rozpocznie się już na miejscu; po wielogodzinnej podróży na inny kontynent nawet najlepiej zrobiona panna młoda wyglądałaby niczym strach na wróble. Ograniczyłam się więc do wygodnych ubrań oraz spiętych włosów. Pierwsze, co rzuciło mi się w oczy, czy raczej w ciało, to mordercze temperatury; na pewno dla przeciętnego Brytyjczyka były one trudne do zniesienia. Odnosiłam wrażenie, że zaraz się rozpłynę i to wyjątkowo nie tylko z powodu uczucia do Aarona. Na szczęście mój narzeczony był niesamowicie wyrozumiały oraz wspierający; muszę przyznać, że jego zdolności adaptacyjne pomiędzy dwoma tak skrajnie różnymi klimatami zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Nadal wyglądał przystojnie jak wtedy, kiedy opuszczaliśmy deszczową Anglię. Nie przestawał się uśmiechać, nawet spojrzeniem. Stanowił nieocenioną pomoc w zmaganiu się z tyloma nowymi bodźcami. Inny kraj, inna kultura i… inne życie, o którym nigdy nie ośmieliłam się marzyć. W najodważniejszych snach nie sądziłam, że kiedykolwiek wyjdę za mąż. W moim stanie było to przecież niemożliwe. Przez wiele lat widziałam siebie jako wadliwy towar, który skazany jest na jałową egzystencję z dnia na dzień. Po pojawieniu się w moim życiu siostry życie zaczęło naprawiać się praktycznie samo, przynajmniej do momentu zniknięcia Aarona. To był ciężki czas tragicznej próby, której, jak podejrzewałam, nie będę w stanie znieść. Uratował mnie wyjazd do Francji, która miała rychle stać się moim nowym domem, samotnią pozbawioną dramatycznych wspomnień, na nowo i na nowo rozdzierających zadane w przeszłości rany.
Powrót był jak delikatny wiatr podczas słonecznego, ciepłego dnia. Tak go widziałam. Jako podmuch dający otuchy, orzeźwienia, nawet wsparcia kiedy budowla zaczyna się chwiać. Trudno było mi opisać słowami radość wynikającą z jego powrotu, a teraz decyzją o złączeniu naszych losów w jeden. Towarzyszyło mi ciepło rozlewające się po skostniałym ciele, dodatkowo podgrzewane przez indyjskie słońce kiedy mijaliśmy kolejne pola plantacyjne. Zaskakujące, jak sucha, wypalona ziemia potrafi owocować krzewami herbaty. Pachniało nią wszędzie, gdzie tylko się ruszyliśmy. Dotarliśmy wreszcie do domu, w którym mieliśmy doprowadzić się do porządku przed ceremonią. Denerwowałam się przed spotkaniem rodziny Lovegoodów, ostatni, wspólny obiad jeszcze w kraju nie skończył się zbyt dobrze. Dalej czułam się elementem niepasującym do tak wspaniałej układanki, ale już za kilka godzin miałam stać się jej nieodłączną częścią. Stres wędrował bezlitośnie po całym ciele, nie dając ani chwili odpoczynku. Brakowało mi Jowisza, ale nie mógłby znieść tak obciążającej podróży.
Ścisnęłam mocniej rękę Aarona, kiedy stanęliśmy w progu. Wszystko wyglądało jak piękny sen, z którego za chwilę miałam się wybudzić. Do uszu docierał cichy śpiew ptaków oraz będące w oddali głosy; resztę stanowiła wrząca krew w żyłach dzwoniąca w uszach.
Czy jesteśmy gotowi na składanie przysięgi i mierzenie się wspólnie z bolesną rzeczywistością? Doskonale wiem, jak wiele wspomnień schowanych jest w tutejszych zaroślach.



just fake the smile

Bellona Lovegood
Zawód : hodowca i treser chartów angielskich
Wiek : 25
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Zamężna
Tygrys, tygrys w puszczach nocy
Świeci blaskiem pełnym mocy.
Czyj wzrok, czyja dłoń przelała
Grozę tę w symetrię ciała?
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Zwierzęcousty

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t1565-bellona-greyback https://www.morsmordre.net/t1574-mars#15674 https://www.morsmordre.net/t1573-bell#15671 https://www.morsmordre.net/f181-trout-road-45 https://www.morsmordre.net/t1749-bellona-lovegood#20570
Re: Dzwony weselne [odnośnik]10.11.17 21:29
Nie chciał od życia więcej, niż miał dotychczas. Całkiem niedawno los pokazał mu, że trzymał w swoich rękach zbyt wiele i żeby utrzymać równowagę, musiał coś stracić – musiał docenić to i przewartościować swoje potrzeby, na piedestale stawiając nie siebie, lecz swoją rodzinę i przyszłą żonę. Płonące Indie pokazały mu, jak wiele może w jednej chwili zniknąć. Nie tylko herbacianych krzewów, ale też i planów, ambicji, marzeń dotyczących przyszłości. Trudno było mu się z tym pogodzić na początku, dlatego tak dużo czasu spędził w Indiach, pomagając ojcu uprzątnąć chaos po pustoszących okolicę płomieniach. Nie mógł sam z sobą dojść do ładu, poskładać myśli, uporządkować je tak, jak należało.
Nie potrafił poradzić sobie z tym w Indiach, więc jakim sposobem mógł poradzić sobie z tym w Londynie?
Odpowiedź była zaskakująco prosta – Bellona. Ona tam była. Element spajający, którego tak mu brakowało. Fragment układanki, który, gdy tylko wskoczył na swoje miejsce, zaczął pociągać za pozostałe i nagle pełen obraz wyostrzył się, nabrał kształtów. Bał się odrzucenia, oczywiście, że tak; bał się, że rzuci mu w twarz wszystkimi możliwymi do wymówienia przekleństwami, ale, o dziwo, nie zrobiła tego. Przyjęła go do siebie. A on znów mógł uwierzyć, że stanowi pewną całość. Całość, której ona była nieodłącznym elementem już od dawna.
Chciał ją tutaj zabrać – do pachnących herbatą Indii, do jego domu, tak obcego dla niej, ale tak znanego jemu samemu. Chciał, żeby poznała cały jego świat, potarła w dłoniach liście herbacianych krzewów, usłyszała trel ptaków, który budził go w dzieciństwie każdego ranka, dojrzała w nieprzebranym gąszczu unoszące się w kroku ciało pręgowanego kota, władcy dżungli. Ale z drugiej strony, dając swoim pragnieniom prawo głosu, dał je również swoim wewnętrznym obawom. Wpuścił Bellę do swojej krainy, której ziemia zdążyła wsiąknąć już krew; do krainy, na której Aaron zabijał, broniąc jej za wszelką cenę. Obserwował ją, kiedy przechadzali się po bocznych odnogach plantacji. Patrzył, jak reagowała na nową rzeczywistość, na nagły skok temperatur, na to, co było mu tak bliskie. I uśmiechał się, kiedy patrzyła na niego, dłonią przytrzymując włosy przed wiatrem. Była jego spoiwem.
Odpowiedział mocniejszym uściskiem, gdy wysłała mu sygnał. Zanim nacisnął na klamkę, wysłał jej krótkie spojrzenie, które chciało zapewnić o tym, że wszystko będzie dobrze. Hibiskus i jaśmin docierały do jego wrażliwych nozdrzy. Rodzice już wszystko przygotowali. To nie miała być wykwintne przyjęcie na stu gości, nawet i nie pięćdziesięciu. Ślub miał wymiar bardzo kameralny.
Już od progu ich skórę chwycił chłód utrzymujących niższą, przyjemną temperaturę zaklęć. Jasne ściany i drewniane, polerowane podłogi, mnóstwo egzotycznej zieleni porozwieszanej i ustawionej w niemal każdym kącie domu. Z kuchennej części dobiegł ich cichy szmer i urwane rozmowy. Już za chwilę w progu stanął wysoki mężczyzna w niebieskiej szacie wyjściowej z wielobarwnymi wyszywanymi wzorami przypominającymi o indyjskiej kulturze. Tu też przecież żyli czarodzieje.
- Kochani! – wykrzyknął z radością, natychmiast ściskając syna na powitanie. Nie śmiał w ten sam sposób witać swoją przyszłą synową. Uśmiechnął się do niej szeroko i ujął jej głowę w obie dłonie, składając na jej czole prosty, ojcowski pocałunek. – Witamy w Indiach, droga Bellono. Jesteś stukrotnie piękniejsza niż Aaron opisywał to w swoich listach. Jak podróż? Przeżyłaś ją dobrze?
Adam Lovegood, mimo tak wielu przeżyć, wciąż był szarmanckim i ciepłym czarodziejem.
Aaron Lovegood
Zawód : Właściciel herbaciarni "Czerwony Imbryk"
Wiek : 27
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Żonaty
I'm just a man
I do what I can
Don't put the blame on me
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Dzwony weselne OnlREnj
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t1193-aaron-lovegood https://www.morsmordre.net/t1334-aaronowy-ajay https://www.morsmordre.net/t1335-pan-milosc-i-dobro https://www.morsmordre.net/f199-manor-road-4 https://www.morsmordre.net/t1554-aaron-lovegood
Re: Dzwony weselne [odnośnik]28.11.17 9:40
Wiele było we mnie strachu, obaw o samą siebie, o to, czy ktokolwiek oprócz Aarona byłby w stanie mnie polubić. Uważałam go za jednostkę wyjątkową, wręcz szaloną i nikt inny nie podjąłby się tak trudnego zadania. Tak trudnego jak ja, będąca ukształtowaną w pewien konkretny sposób. Niczym toporne, ciężkie drewno, grubo ciosane, z licznymi, ostrymi krawędziami i drzazgami gotowymi wbić się we fragment skóry. W niczym nie przypominałam zwiewnej, letniej sukienki upstrzonej w kwiaty, przywołującej same najlepsze wspomnienia. Świadomość tego odbierała mi dech oraz zdolność racjonalnego myślenia. Gubiłam się pośród plantacyjnych krzewów, słonecznej jasności, tak różnej od angielskiej mgły. Gubiłam się między gorącem klimatu, a zimnem wyrzutów sumienia; nie powinnam mu tego robić. Skazywać na siebie, produkt z defektem, zupełnie do niego niepasujący. Choć musiałam przyznać, że nasze kuchenne zwierzenia z butelką wina otworzyły mi oczy na pewne sprawy. Wiedziałam do czego Lovegood był zdolny, a on wiedział, że potrafię się zemścić za wyrządzone krzywdy. I mimo to otworzył przede mną serce, ujął mnie za rękę i zaprowadził do swojego dzieciństwa. Do rodziny, którą kochał, nie bał się, że ją zniszczę. Że okażę się płomieniem spalającym wszystko. Musiał wiedzieć, że jego bliscy staną się moimi bliskimi i nie odważę się ich spopielić, nawet najczarniejszymi z emocji.
Nadal nie wierzyłam, że to rzeczywistość. Jaskrawe barwy, intensywne zapachy, mocne bodźce w postaci ciepła, namacalna dłoń mężczyzny idącego tuż obok; to wszystko sprawiało, że czułam się jak w nierealnym, ale przepięknym śnie. Z ekscytacją oczekiwałam ciągu dalszego, a emocja ta dzieliła miejsce w sercu z obawą. Jak wypadnę? Czy Aaron się nie rozmyśli? Czy mogę być tu bezpieczna? Czy na to zasłużyłam?
Wiele pytań pojawiało się w mojej głowie z każdym kolejnym krokiem, ale odpowiedzi nie nadchodziły. Zamiast tego wątpliwości zaciskały się silnymi mackami wokół szyi, znacząco utrudniając oddychanie. Na mojej zapewne czerwonej od klimatu twarzy cały czas widniał lekki, subtelny uśmiech mający w teorii zostać przepustką do sprawienia lepszego wrażenia. Nie wiedziałam na kim konkretnie; wiedziałam tylko, że bliźniaczej siostry mojego narzeczonego nie będzie. Trochę żałowałam, wydawała się być do mnie pozytywnie nastawiona, a przynajmniej nigdy nie dała mi odczuć jakąkolwiek niechęć, zupełnie jak Harriett, ale jej też miało nie być. W ogóle miała być nas ledwie garstka, co jednocześnie mnie cieszyło jak i stresowało, bo w takim razie moje błędy będą jeszcze bardziej widoczne. Z drugiej strony byłam panną młodą, chcąc nie chcąc skupiałam na sobie uwagę reszty rodziny.
Kiedy przekroczyłam próg budynku, nagle zrobiło mi się lepiej, zapewne za sprawą panującego we wnętrzu chłodu. Zastanawiałam się czy będziemy mieć chwilę dla siebie, jednak moje rozmyślania szybko zostały przerwane. Za sprawą wychodzącego nam naprzeciw mężczyzny, prawdopodobnie pana Lovegooda, ojca mojego narzeczonego. Starałam się pogłębić uśmiech sprawiając przyjemne wrażenie, jednak dość niegrzecznie nie mogłam oderwać wzroku od kolorowych szat czarodzieja. Wszystko było tu takie radosne, takie żywe, jakby chcąc mnie utwierdzić w przekonaniu, że to tylko sen i zaraz się z niego wybudzę.
- Dzień dobry – powiedziałam zachrypniętym głosem, dość nieśmiało, nie wiedząc do końca jak się zachować. Nie byłam zbyt dobra w kontaktach międzyludzkich, choć naprawdę starałam się nadrobić wszystkie niuanse. Jednocześnie rozlało się po moim ciele przyjemne ciepło, jakbym uwierzyła, że mogę mieć prawdziwą rodzinę; potem niestety niekontrolowanie wzdrygnęłam się, czując na sobie dotyk obcego mężczyzny. Skrzywiłam się na krótką chwilę, ale szybko przywołałam się do porządku, znów się uśmiechając. Odsunęłam tragiczne wspomnienia na skraj podświadomości, nie powinny się one tutaj pojawiać. Nie w tak pięknym otoczeniu, cudownym towarzystwie i najpiękniejszym dniu, o jakim nigdy nie ośmieliłam się marzyć. – Bardzo dziękuję za gościnę – rzuciłam, chcąc być może ewentualnie zatuszować niezręczność sytuacji. – Podróż była długa, jeszcze nigdy nie opuszczałam kraju. Ale to bardzo ciekawe doświadczenie – dodałam szybko, zerkając delikatnie na młodszego Lovegooda. – Mają państwo piękny dom, a plantacje są naprawdę imponujące – stwierdziłam jeszcze, szczerze. W umyśle z uporem szukając tematów do rozmów, jednak nadmiar skrajnych bodźców nie sprzyjał porządkowi myśli.



just fake the smile

Bellona Lovegood
Zawód : hodowca i treser chartów angielskich
Wiek : 25
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Zamężna
Tygrys, tygrys w puszczach nocy
Świeci blaskiem pełnym mocy.
Czyj wzrok, czyja dłoń przelała
Grozę tę w symetrię ciała?
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Zwierzęcousty

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t1565-bellona-greyback https://www.morsmordre.net/t1574-mars#15674 https://www.morsmordre.net/t1573-bell#15671 https://www.morsmordre.net/f181-trout-road-45 https://www.morsmordre.net/t1749-bellona-lovegood#20570
Re: Dzwony weselne [odnośnik]06.01.18 23:16
Nie chciał, żeby czuła się przygnieciona tym natłokiem bodźców, choć tego nie wykluczał – nowe środowisko zawsze musiało zostać najpierw dobrze poznane, zwłaszcza przez Bellonę, która potrzebowała nieco więcej cierpliwości i czasu, by odetchnąć spokojnie na niepoznanym gruncie. Akceptował to, nigdy nie naciskał, bo wiedział, że to dałoby zupełnie odwrotny skutek. Pozwalał poznawać wszystko za pomocą jej własnych zmysłów – dotyku, którym obdarzała liście herbaty zieleniejące się na krzewach; słuchu, który wychwytywał kolejne tony z dżungli zakorzenionej całkiem niedaleko ich domu; smaku, gdy podawał jej napar z najświeższych liści; wzroku, kiedy kroczyli po indyjskiej ziemi, a ona mogła zobaczyć, jak wyglądały lata jego dzieciństwa, miejsce, w którym dorastał, wychowywał się, uczył się życia. Przekazywał jej w ten sposób cząstkę siebie, którą nie wszyscy mogli poznać. I był tym skołowany. Znali się od dawna, ale teraz nie było już miejsca na dziecięce przekomarzanie się i podkładanie sobie nóg, gdy jedno wybiegało zza domu, w którym rodzice próbowali nowe mieszanki herbat, dopełniając ostatnich formalności. Nie było miejsca na absolutną beztroskę. Poznali gorycz przeżyć i pieczenie nowych ran na skórze. Doznali tylu krzywd, a jednak wciąż potrafili otworzyć się na siebie nawzajem, przyjmując wraz ze swoją obecnością wszystkie wady i zalety, dobre i złe wspomnienia, różnice zdań i zgodę w podejmowanych decyzjach. Skołowany był faktem, że jednocześnie to było tak piękne i przerażające. Bo do tej pory tylko Aurelia była skrzynią, w której chował swoje tajemnice.
Teraz stała się nią Bell.
Na chwilę odpłynął, niemal całkiem zanurzył się we własnych myślach, gdy ojciec witał tak ciepło swoją przyszłą synową. Uśmiechnął się do niego lekko, pokrzepiająco, gdy wspomniała o plantacjach. Dla Adama Lovegooda to wciąż było żywe wspomnienie, żywe i bolesne, chociaż nowe krzewy doskonale przyjęły się na splamionej krwią i prochami swoich przodków ziemi. Aaronowi wydawało się, że ojciec stracił na ten skrawek chwili humor. To wrażenie nie utrzymywało się zbyt długo. Najwyraźniej za bardzo cieszył się z powodu tego dnia. Zresztą nie tylko on.
Przyzwyczaisz się, moja droga – odparła głowa rodziny, obdarowując (jeszcze) pannę Greyback serdecznym, rodzinnym uśmiechem. – Aaronie…
Wiem – objął Bell ramieniem i wskazał jej dalszą część domu. Kiedy ruszyli, ojciec zdążył tylko powiedzieć, że wszystko tam już na nich czeka. Poprowadził ją, nie chcąc, by sama poruszała się po miejscu, które nie do końca znała, ale wiedział, że potrzebowała pewnej intymności. To nie tak, że rodzice byli niecierpliwi, w gruncie rzeczy mieli ogrom czasu, by ich właściwie ugościć. To z Aarona zaczynał wychodzić stres, obawa, niepewność. Ciężko odejmował dłoń od jej ramienia, gdy stawali pod drzwiami jednego z pokojów gościnnych, tak samo barwnych i charakterystycznych jak reszta domu. Wziął głęboki wdech, patrząc na nią bez skrępowania. Jej niebieskie oczy, ich kolor pochodzący z głębin oceanu pytał go, czego tak naprawdę się bał. Mógłby odpowiedzieć, że przyszłości. Tej bliskiej i tej dalekiej. – Matka pewnie niedługo do ciebie przyjdzie. Nie spiesz się. Będę na ciebie czekał już za domem.
Chciał skraść z jej ust pocałunek, krótki, ale ostatecznie powstrzymała go myśl, że za kilka dłuższych chwil będzie obdarzał tym samym pocałunkiem już swoją żonę i zrobił powoli krok do tyłu, wskazując jej palcem na drzwi kilka kroków dalej.
Poradzisz sobie, prawda? Zawsze sobie radziłaś – uśmiechnął się półgębkiem.
Wiedział, że jej suknia już tam na nią czekała. I że w jego pokoju znajdzie szatę ślubną, która w Indiach była strojem obowiązkowym na każdym ślubie.
Oboje musieli się przygotować.
Aaron Lovegood
Zawód : Właściciel herbaciarni "Czerwony Imbryk"
Wiek : 27
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Żonaty
I'm just a man
I do what I can
Don't put the blame on me
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Dzwony weselne OnlREnj
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t1193-aaron-lovegood https://www.morsmordre.net/t1334-aaronowy-ajay https://www.morsmordre.net/t1335-pan-milosc-i-dobro https://www.morsmordre.net/f199-manor-road-4 https://www.morsmordre.net/t1554-aaron-lovegood
Re: Dzwony weselne [odnośnik]07.01.18 21:56
Krąg życia. Coś umiera, coś się rodzi, tak jak plantacje będące jeszcze jakiś czas temu popiołem, dziś nabrały pierwszej zieleni sadzonek. Moja historia również okazała się być trupem, którego tak długo grzebałam w podświadomości. Teraz rozpoczyna się nowa, otwierająca zupełnie inny rozdział dotychczasowego życia. Wyściełanego nieskończonym pasmem udręk, dramatów oraz mrocznych tajemnic; to wszystko właśnie na naszych oczach odchodziło w niepamięć, zastępując tylko szczęśliwymi, optymistycznymi momentami. Zmiana miejsca w gruncie rzeczy dobrze mi zrobiła. Nie miałam przed oczami tych samych, smutnych fotografii w ciemnych, ciężkich ramach, szarego, ponurego nieba za oknem oraz pokojów oddychających przeszłością. Nie widziałam krwi matki rozlanej na drewnianej podłodze korytarza, nie słyszałam krzyku ojca odbijającego się o ceglane ściany domostwa. Było inaczej, lżej, przyjemniej. I strach czy niedopasowanie do nowych warunków nie odgrywały aż tak znaczącej roli w tym momencie poznania. Wręcz ulatywały z każdym oddechem wilgotnego, gorącego powietrza unoszącego się wokół domu. Dopiero wewnątrz nadeszła ulga, chłodne ściany oraz portal do następnej historii. Historii naszego ślubu. Coraz mocniej realnego, rysującego się przed moimi jasnymi oczami, choć nie mogłam przewidzieć wszystkiego. Przyjemna twarz pana Lovegooda została zarysowana przez mój nietakt; sądziłam, że szybko dojdzie do siebie, bo moje słowa były niczym w obliczu tego, co do tej pory przeszedł. Przeszli razem, jako rodzina. Której miałam być teraz częścią. Nie mogłam się tego doczekać; byliby przecież lepszymi krewnymi niż ci, którzy mnie zostawili.
Byłam sama, ale teraz istniałam jako członek niewielkiej społeczności gospodarzy domu. Uśmiechnęłam się jeszcze przelotnie do swojego przyszłego teścia, kiwając mu głową. Dałam się porwać Aaronowi wzdłuż kolorowego korytarza, posyłając mężczyźnie kolejne spojrzenie pełne wdzięczności. Dopiero po chwili obróciłam głowę do swojego narzeczonego. Widziałam, że był strapiony, mocno zdenerwowany, ale nie mogłam mu się dziwić. Niecodziennie brało się ślub, to chyba zawsze musiał być podniosły moment, w życiu każdego człowieka. Tak sądziłam; nie miałam w tym względzie żadnego doświadczenia. Do niedawna sądziłam przecież, że już na zawsze zostanę sama z Jowiszem w naszej chatce przy lesie. Los wreszcie się do mnie uśmiechnął i słowo daję, że ten uśmiech wyglądał identycznie jak ten Aarona.
Pokiwałam głową, nie wiem który to już raz dzisiejszego dnia. Zawsze sobie radziłaś. Tak. Świat walił mi się na ramiona, a ja dalej niezmiennie trwałam, wyposażona w horrendalnie wielką silną wolę oraz determinację. Dlaczego miałabym tym razem zawieść?
- Tak. Tylko ty tam nie zemdlej – odpowiedziałam nieco ironicznie, ale pozostającą w dobrym humorze. Lekki kuksaniec w bok musiał dopełnić tego widoku. Zaraz zresztą zniknęłam za drzwiami pokoju. Mojego, przynajmniej na czas ślubu.
W środku czekały na mnie już moje rzeczy, na manekinie połyskiwała suknia, prawdopodobnie ślubna. W niczym nie przypominała tradycyjnego kroju angielskiego, ale i tak była urzekająca. Podeszłam do niej powoli, jak zwierzę, które dopiero zapoznaje się z nowymi przedmiotami oraz miejscami. Musnęłam opuszkami palców jej fakturę, przyglądając się uważnie materiałowi. Zamrugałam, zerkając jeszcze w stronę drzwi, po czym wzięłam orzeźwiający prysznic nim wróciłam do sypialni. Mama Aarona faktycznie tam już na mnie czekała. Zaprosiła mnie do niewielkiej toaletki, przy której usiadłam niepewnie. Kilkadziesiąt rozmów później i profesjonalnym wyszykowaniu mojej osoby, szłam już w kierunku głównego miejsca ceremonii. Udając, że wcale się nie bałam.



just fake the smile

Bellona Lovegood
Zawód : hodowca i treser chartów angielskich
Wiek : 25
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Zamężna
Tygrys, tygrys w puszczach nocy
Świeci blaskiem pełnym mocy.
Czyj wzrok, czyja dłoń przelała
Grozę tę w symetrię ciała?
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Zwierzęcousty

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t1565-bellona-greyback https://www.morsmordre.net/t1574-mars#15674 https://www.morsmordre.net/t1573-bell#15671 https://www.morsmordre.net/f181-trout-road-45 https://www.morsmordre.net/t1749-bellona-lovegood#20570
Re: Dzwony weselne [odnośnik]26.01.18 21:43
Wszystkie myśli w jego głowie mówiły mu – zrób wszystko, by czuła się tu jak w domu. Bo to Aaron był tym, który ten dom miał jej zapewnić, stworzyć go od podstaw, zepchnąć na bok jej wyobrażenia o przystani, jaką znała i pokazać nowe, piękniejsze, jaśniejsze, czystsze. Powziął sobie za punkt honoru zbudowanie filarów, na których się oprze, przy chłodzie których odetchnie, przy sile których będzie pewna, że następny wykonany krok będzie tym stabilnym, niezachwianym. Nieco podobnym filarem był dla Aurelii, ale ta wolała odpłynąć od niego, błądzić po wzgórzach swoich wypraw i po dolinach swoich marzeń. Nie przeszkadzało mu to, była wolnym duchem.
Ale gdy Bell zgodziła się zostać jego żoną, zapragnął ją przy sobie zatrzymać już na zawsze.
Gdy wychodził już z pokoju, przebrany w lekką, białą szatę z różnobarwnymi, drobnymi naszyciami na nogawkach spodni i rękawach koszuli, zatrzymał się na chwilę w korytarzu, nasłuchując. Poprawił rodzinną bransoletę zrobioną z drobnych, drewnianych koralików. Usłyszał szelest z pokoju obok, cichy chichot, radosny, ale spokojny. Potrafił rozpoznać je po tonach, chociaż były do siebie bardzo podobne. Kończyły przygotowania? Uśmiechnął się tylko lekko, ze zdziwieniem dochodząc do wniosku, że zdenerwowanie powoli, krok po kroku, zaczynało z niego upływać. Ale może to tylko cisza przed burzą.
Zdążył chwilę porozmawiać z ojcem, nim zaczęła się ceremonia. Upił kilka łyków herbaty, a gdy przyszedł czas, wyszedł na zewnątrz, by tam poczekać już na swoją miłość. Ojciec obiecał być dla Bellony wsparciem, którego do tej pory nie znała – zgodził się poprowadzić ją te kilka kroków do ołtarza, dlatego czekał jeszcze w środku domu. Aaron za to zatrzymał się tu przy łuku plecionym z białych, jasnoróżowych i błękitnych kwiatów. Pachniały czasami dzieciństwa, gdy podczas nauki na piknikowym kocu i czytania lekkich, indyjskich lektur matka plotła z nich wianki i usadzała na głowie Aurelii. Znowu tu wracał. Myślami do miejsc, które tak dobrze znał.
Pan Lovegood, widząc swoją za-chwilę-synową idącą korytarzem, uśmiechnął się ciepło, białka oczu zalśniły lekkim blaskiem.
Przecudnie wyglądasz, moja droga – zdradził jej szeptem, proponując swoje ramię, na którym mogła się oprzeć. – Gotowa?
Zaklęte skrzypce przygrywały delikatną melodią, gdy kroczyła po trawiastej ścieżce nakrytej białym płótnem. Gdy Aaron usłyszał pierwszy z tych charakterystycznych szelestów, obrócił głowę w stronę jego źródła. Nie powstrzymał ust, gdy zakreślały lekki łuk na jego twarzy; rysy złagodniały, oczy nie mogły oderwać się od jasnej sylwetki, która przybliżała się do niego coraz bardziej. Nie wiedział, gdzie patrzeć. Na jej twarz? Tę ciepłą, jasną, okoloną przez ciemne fale, z migoczącymi tęczówkami koloru ciemnych głębin oceanu. Na smukłą szyję, teraz przyozdobioną drobną biżuterią? Na smukłe palce? Na ramiona, które chciał, by go bez końca otulały? Była całością. Początkiem i końcem, których jeszcze nie potrafił ogarnąć swoim rozumem. I nie bardzo też chciał, bo z najwyższą przyjemnością się w niej gubił.
Ujął jej dłonie, gdy zatrzymała się przy nim, cała w bieli, błądząc wciąż spojrzeniem wśród drobiazgów, szczegółów jej postaci. Musiał je zapamiętać takimi, jakimi teraz były, choć wiedział, że niedługo będzie miał ku temu mnóstwo okazji. Chciał jeszcze przez chwilę rozkoszować się nią w jej prostocie, ale przerwało mu lekkie chrząknięcie indyjskiego urzędnika z magicznej jednostki administracyjnej, przyjaciela rodziny, który zgodził się poprowadzić ich w tym dniu. Aaron zmiął na ustach uśmiech, choć na pewno nie umknęło to przyszłej pani Lovegood.
Bellono – zaczął nieco ostrożnie. – Bądź mi pierwszą i jedyną, bądź mi wschodem i zachodem słońca, ochłodą w upalne dni i ciepłem w te mroźne. Ja obiecuję ci, że będę przy tobie w złych i dobrych chwilach, nie opuszczę cię ani nie złamię przysięgi miłości, jaką składam na twoje dłonie – złota obrączka, prosta, ale jednak było w niej coś niecodziennego, niepowtarzalnego, zalśniła na jej palcu serdecznym. Była kolejnym fragmentem, który wskoczył na właściwe sobie miejsce. Tak idealnie do niej pasowała. Do Bellony Lovegood. – Ja, Aaron Lovegood, nigdy cię nie zawiodę.
Gdy oboje dostali na to przyzwolenie, nachylił się ku niej, by złożyć na jej jasnych, miękkich ustach pierwszy małżeński pocałunek. Teraz nie tylko ona była jego całością.
Teraz stanowili ją razem.
Aaron Lovegood
Zawód : Właściciel herbaciarni "Czerwony Imbryk"
Wiek : 27
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Żonaty
I'm just a man
I do what I can
Don't put the blame on me
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Dzwony weselne OnlREnj
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t1193-aaron-lovegood https://www.morsmordre.net/t1334-aaronowy-ajay https://www.morsmordre.net/t1335-pan-milosc-i-dobro https://www.morsmordre.net/f199-manor-road-4 https://www.morsmordre.net/t1554-aaron-lovegood
Re: Dzwony weselne [odnośnik]02.02.18 15:35
Nie chciałam czuć się jak w domu. Nie w swoim. Pragnęłam tylko, by właśnie od teraz wszystko się zmieniło. Każdy szept, każda myśl. Chciałam innych zapachów, innych obrazów i innych osób wokół siebie. Chciałam Aarona, jego rodziców, chłodnej wody i miękkiej pościeli. Tak szybko się wszystko zmieniło. Nie lubiąc zmian z każdą chwilą pragnęłam ich jeszcze bardziej. I czułam się dobrze w innej skórze. W pokoju nieprzypominającym obdrapaną sypialnię, w ubraniach nieprzypominających ulicznego kloszarda. Jeszcze nie zdołałam przyzwyczaić się do orientalnej woni każdego zakamarka, a już czułam odprężenie. Oczywiście, że do pary ze stresem, niecodziennie wychodzi się za mąż. W zupełnie innym kraju, z osobami, które znasz, ale których nie widziało się tak dawno. Zmienili się, nie przypominali tych samych rodziców kiedy przychodzili z herbatami do mojego ojca. I ich syn także się zmienił. Wydoroślał, zmężniał, spoważniał? Stał się daleki będąc jednocześnie tak bliskim. Najbliższym. Oprócz siostry nie miałam już nikogo innego w moim życiu; takiego, który był moją opoką i celem. Do tej pory żyłam bezcelowo, bez marzeń i bez pragnień, wiodąc pustelniczą egzystencję polegającą na przeżyciu. I tak z dnia na dzień, kolejne nie różniły się od siebie tak bardzo.
Teraz każdy poranek zwiastował coś nowego.
Dlatego niepokój skutecznie przykryty był zadowoleniem. Szczęściem, którego miałam już nigdy nie zaznać. To było przedziwne i zarazem najmilsze uczucie jakie do tej pory miałam okazję odczuć. Z uśmiechem brałam kąpiel, z uśmiechem powitałam przyszłą teściową. Bez grymaszenia włożyłam na siebie suknię, dałam się elegancko uczesać oraz delikatnie umalować. Prawdę powiedziawszy nie spodziewałam się takiego odbicia w lustrze. Dawno temu przestałam o siebie dbać sądząc, że do pustelniczego życia na odludziu, gdzie widziały mnie jedynie zwierzęta, nie potrzebowałam szczególnej troski. Ale nawet ze zniszczonych lekko włosów dało się zrobić fantastyczne upięcie. Przy okazji dowiedziałam się wiele interesujących informacji o dzieciństwie Aarona, których nigdy mi nie wyjawił; tak się złożyło, że nie potrafiłam powstrzymać cichego śmiechu niosącego się po pokoju. Tak dawno się nie śmiałam, że zapomniałam jakie to było przyjemne.
Musiało się udać.
Wreszcie opuściłyśmy pomieszczenie i choć metry korytarza pokonywałam zdezorientowana co do kierunku drogi, pan Lovegood odnalazł mnie w tym chaosie i zaprowadził wprost do miejsca zaślubin. Uśmiechnęłam się do niego chyba tak, jak nigdy się nie uśmiechałam. Ciemne, burzowe chmury nagle zniknęły z mojej głowy, a świecące w duszy słońce oślepiało wszystkie cienie. Mój narzeczony dokonał niemożliwego, uratował usychającą roślinę, dla której nie miało być już ratunku. I ona zakwitła na nowo.
- Tak – odparłam, nie mogło być innej odpowiedzi. Szliśmy dalej w milczeniu, ale za to w ekscytacji, wyraźnie zadowoleni. Wszystko było tak, jak powinno. Wcale nie żałowałam, że to mój ojciec nie odprowadzał mnie do przyszłego męża; kojarzył mi się z tymi chmurami, których nie chciałam oglądać. Nie dziś i już nigdy. Cała ta sceneria wydawała mi się aż nierealna.
Nie wiem jakim cudem stanęłam przy Aaronie, cała droga ku niemu rozmazała mi się w świadomości. Pamiętałam tylko szybsze bicie serca, które nie ustępowało nawet po dotarciu na miejsce. Nie potknęłam się, nie zrobiłam niczego głupiego, widziałam to w jego spojrzeniu. Wydawało mi się, że śnię i dopiero dotyk męskiej dłoni na moich palcach oraz zimno metalu obrączki uzmysłowiły mi, że to działo się naprawdę. Zamrugałam gwałtownie, nie chcąc pozwolić emocjom zraszać blade policzki. Uśmiechnęłam się za to tak zwyczajnie, ale niecodziennie.
- Aaronie, oswoiłeś mnie swoim dobrym sercem i cierpliwością, które pozwoliły mi odżyć na nowo. W zamian przyjmij proszę moją miłość, wierność oraz wsparcie, na które zasługujesz jak nikt inny. Uczynię wszystko, by być lepszą właśnie dla ciebie. Dla nas – powiedziałam, choć głos mi się trochę łamał. Nie byłam dobra w kwiecistej mowie, ale wierzyłam, że zrozumie. Widział mnie w moim najgorszym wydaniu, wiedział o mnie najstraszliwsze rzeczy, teraz musiało być lepiej. Będzie. Wierzysz w to tak samo jak i ja, prawda?
Kolejna, większa obrączka zalśniła na palcu, a potem poczułam niezwykle przyjemne ciepło rozlewające się po całym ciele. Nie było już upału, ludzi wokół, byliśmy tylko my i nasz nowy początek. Zaczął się wraz z pocałunkiem i trwał nadal podczas składania gratulacji oraz życzeń. I choć nie było tu wszystkich ważnych dla nas osób, to szczęście nie ustawało w swoich próbach zagrabienia nas tylko dla siebie. Dzień, choć najpiękniejszy z dni, dobiegał końca.



just fake the smile

Bellona Lovegood
Zawód : hodowca i treser chartów angielskich
Wiek : 25
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Zamężna
Tygrys, tygrys w puszczach nocy
Świeci blaskiem pełnym mocy.
Czyj wzrok, czyja dłoń przelała
Grozę tę w symetrię ciała?
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Zwierzęcousty

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t1565-bellona-greyback https://www.morsmordre.net/t1574-mars#15674 https://www.morsmordre.net/t1573-bell#15671 https://www.morsmordre.net/f181-trout-road-45 https://www.morsmordre.net/t1749-bellona-lovegood#20570
Dzwony weselne
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach