Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia


Ekipa forum
Salon
AutorWiadomość
Salon [odnośnik]27.10.17 14:04
First topic message reminder :

Salon

To ładny, przytulny i widny pokój z kominkiem, kanapą oraz regałami pełnymi książek, więc pełni też rolę niewielkiej biblioteczki. Zazwyczaj jest tu ciepło, to idealne miejsce do wypoczynku a także spotkań. Siostry Leighton odnowiły jego wystrój i nadały mu nieco bardziej współczesnego wyglądu, wymieniając stare, przeżarte przez mole zasłony, dywan, kanapy i fotele na nowsze i w lepszym stanie. Salonik jest utrzymany w jasnozielonych barwach, a nad kominkiem wisi magiczny ruchomy pejzaż przywieziony z ich rodzinnego domu w Tinworth.




Best not to look back. Best to believe there will be happily ever afters all the way around - and so there may be; who is to say there
will not be such endings?
Charlene Leighton
Zawód : Alchemiczka
Wiek : 24/25
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
Chciałoby się uciec,
ale nie przed wszystkim się da.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarownica

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t5367-charlene-leighton https://www.morsmordre.net/t5375-listy-do-charlie https://www.morsmordre.net/t5374-alchemiczka-kocia-mama https://www.morsmordre.net/f173-oaza-chata-nr-88 https://www.morsmordre.net/t5388-skrytka-bankowa-nr-1338 https://www.morsmordre.net/t5387-charlene-leighton

Re: Salon [odnośnik]06.02.20 21:46
Wiosna już nigdy nie miała być tak piękna, jak dawniej - bujna wyobraźnia Lovegoodówny nie reagowała na zielone pąki tak intensywnie, jak robiła to wcześniej, radość w melodyjnych trelach nie przesiąkała w myśli, wręcz odstawała od nastroju, z którym Susanne musiała walczyć naprawdę zażarcie, by nie pochłonął jej zanadto. Parę pierwszych dni wiosny musiała spędzić w domu, chora, dlatego też nie pojawiła się na upamiętnieniu Bathildy oraz innych poległych - źle oszacowała swoje możliwości pożerania bahanek w żabiej postaci, a raczej nie odniosła sukcesu w dobieraniu eliksiru, niwelującego skutki tychże działań. Niemniej, godziny spędzone samotnie w łóżku wcale jej nie pomogły, wręcz przeciwnie, wpędziły w chandrę i wzmogły przeżywanie żałoby, potęgując trudne chwile sprzed roku. Nie miała jeszcze zbyt wielkiego doświadczenia w radzeniu sobie z tym i choć miała własne sposoby oraz na ogół nie obnosiła się z cierpieniem, często robiąc dobrą minę do złej gry, cierpiała bardzo często. Wtedy też wylewała swoje emocje w ekspresyjny sposób, krzycząc, o ile miała możliwość odizolowania się od ludzi i wybrnięcia w puste miejsca. Nie lubiła trzymać w sobie emocji i wierzyła, że przegadanie ich jest jednym z najlepszych wyjść, jednak nie wszystko dało się wyrzucić w ten prosty sposób.
Sytuacje dziewcząt były poniekąd odwrócone - Sue pozostał brat, lecz straciła rodziców, to do nich nie mogła już przyjść, gdy potrzebowała tego unikalnego, rodzinnego ciepła, rady w najprostszych sprawach albo niezastąpionych objęć.
- Przyjdę zawsze, gdy będziesz tego potrzebowała - odpowiedziała pewnie, ale z charakterystyczną dla siebie łagodnością, tak, by Charlene na pewno odczuła, że może na nią liczyć. Stan alchemiczki nie dziwił jej nawet przez moment, zbyt dobrze pamiętała własne roztrzęsienie, rozbicie i lawiny łez, płynących tygodniami, w najbardziej niespodziewanych momentach, podczas gdy w innych chwilach łapało przeszywające zwątpienie, otępienie oraz pustka. Czuła zbyt wiele albo nie czuła nic, w przerażających skokach - z dołu w dół. Teraz było lepiej, ale nie zawsze panowała nad niespodziewanymi napadami tęsknoty, smutku oraz żalu. Starała się przeżywać je, nie walczyć, nie odpychać - były częścią całego procesu, były potrzebne i ważne, pokazywały jak wielkim uczuciem darzyła bliskich. Życie bez nich było trudniejsze, nie mogła temu zaprzeczyć. Czasami nawet pielęgnowanie ciepłych i miłych wspomnień stanowiło wyzwanie, gdy pierwsze skrzypce grała nieodwracalna śmierć. Bywało, że bała się wciąż tak mocno, jak wtedy, gdy dom płonął. - I czasami wpadnę bez potrzeby - dodała z nieśmiało pokrzepiającym uśmiechem. Wiedziała, jak delikatną i wrażliwą osobą była Charlene, dlatego nie zamierzała szczędzić jej wsparcia. Potrzebowała teraz wiele siły, zaś pokłady tejże często tkwiły w innych ludziach. W samotności było zdecydowanie trudniej. Pokiwała głową, gdy koleżanka wyznała, że wróciła tutaj tak niedawno.
- Byłaś w domu, prawda? - zapytała, choć podświadomie znała odpowiedź. Rodzice tracący dziecko - serce kuło na samą myśl. W dodatku nie była to ich pierwsza strata - na pewno tak samo bolesna. - Cieszę się, że miałaś dokąd pójść, nie zostałaś sama - ścisnęła dłoń koleżanki, przyglądając się odwróconym ramkom. Początki oswajania się ze śmiercią były nader bolesne, ale z czasem te fotografie miały nieść ze sobą trochę uśmiechu.
- Kiedy ostatnio jadłaś? - zdecydowała się zadać to pytanie, przypominając sobie, jak łatwo ignorowała tak podstawowe kwestie, nie potrafiąc nawet o nich... pamiętać. Zamierzała ugotować Charlene zupę i nie planowała wychodzić przed upewnieniem się, że wsunęła jej chociaż trochę. Nawet jeśli miała ją nakarmić sama, osobiście, własnymi dłońmi.


through the silence where it hides
let's just hold our hands and not let it drown



and like leaky roof let's cover our holes
let's become the blow of our own woes


Susanne Lovegood
Zawód : opiekunka zwierząt, zaklinacz królików
Wiek : 24
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna

and like pack of wolves
let's not separate

OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarownica
Salon - Page 4 0eeef1df769718811325b39738397252
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t4789-susanne-echo-lovegood https://www.morsmordre.net/t5182-deszczowa-sowa#113703 https://www.morsmordre.net/t5758-kapelusz-z-niespodzianka#135806 https://www.morsmordre.net/f149-gloucestershire-okolice-little-witcombe-klebek https://www.morsmordre.net/t5129-skrytka-bankowa-nr-1094 https://www.morsmordre.net/t5133-susanne-echo-lovegood#111350
Re: Salon [odnośnik]07.02.20 0:50
Tegoroczna wiosna, choć miała nieść nadzieję po upragnionym zakończeniu anomalii, niespodziewanie nabrała gorzkiego, bolesnego posmaku. Początek tej pory roku chyba już zawsze miał kojarzyć się z momentem usłyszenia o śmierci ukochanej siostry. Moment roku, który miał być czasem odrodzenia, pod jej dach przyniósł grobowe wieści.
Przeżywała to już po raz drugi, jedną siostrę już pochowała. Małą, dziewięcioletnią Helen, która zmarła na niewykrytą chorobę, jakiej nikt nawet nie podejrzewał u dziewczynki mieszanej krwi. Ale w przypadku Helen mogła nieść pociechę myśl, że młodsza siostra nie cierpiała i nawet nie czuła, że umiera. A Vera? Co do niej nie mogła mieć pewności. Ciało było w takim stanie, że doradzono pogrzeb przy zamkniętej trumnie. Nie chciała zastanawiać się, ile godzin mogło trwać umieranie poranionej przez anomalię i nieodnalezionej przez pięć miesięcy Very. Miała nadzieję, że i do niej koniec przyszedł od razu.
Zbyt dużo ludzi traciło bliskich. Tak nie powinno być. Powinni żegnać ich za wiele lat, jako starych ludzi, którzy przeżyli całe, pełne życie i byli gotowi na przekonanie się, co jest dalej. Ale bliscy, gdy odchodzili, już nie cierpieli. Cierpienie i smutek były udziałem tych, którzy pozostali przy życiu.
Czasem zastanawiała się nad tym, jak Sue radzi sobie z własną tragedią, choć dotychczas starała się nie być wścibską i nie poruszać trudnych tematów, chyba że sama Susanne miała ochotę na dzielenie się bólem. Charlie była osobą, która potrafiła słuchać, cechowała się wysokim poziomem empatii i wiedziała, że każdy mierzy się z jakimiś smutkami i ma prawo do ich przeżywania. Jednocześnie była dość delikatna, by nie wypytywać nachalnie i czekać, aż to ktoś zacznie temat.
- Dziękuję – skinęła głową, wiedząc, że może na Sue liczyć. Choć w szkole były w różnych domach, zawsze bardzo ją lubiła. Susanne wydawała jej się bardzo ciekawą osobą, barwną i mającą swój świat, a jednocześnie pełną dobroci, empatii oraz mającą świetną rękę do zwierząt. Cieszyła się, że ich kontakt przetrwał nawet kiedy już opuściły Hogwart. W dodatku teraz obie były w Zakonie, choć wydawało jej się, że Sue nadaje się tam bez wątpienia lepiej. Była naprawdę dzielna.
Charlie nigdy nie wierzyła w swoją siłę ani umiejętności – poza tymi powiązanymi z alchemią. Wiedziała, że była naprawdę dobrym alchemikiem, prawdopodobnie jednym z najlepszych w Mungu. Ale swoje umiejętności waleczne oceniała bardzo nisko. Jej obrona była przeciętna, uroki były kompletną porażką, zaś w sytuacji zagrożenia pierwszą, najbardziej oczywistą myślą była ucieczka.
- Tak, u rodziców. Wróciłam dopiero wczoraj wieczorem – przytaknęła. – Właściwie to chyba moja mama najbardziej potrzebowała tego, by ktoś przy niej był. To dla niej... wielka tragedia. Straciła już drugie dziecko. – Bo o ile Charlie jeszcze jakoś sobie radziła, mając motywację do życia w postaci pracy i pomagania potrzebującym, tak matka rozsypała się kompletnie. Dzieci były główną treścią jej życia, a tymczasem połowa przedwcześnie zmarła. – Będąc tam, chyba... podjęłam decyzję. Wrócę do Kornwalii. Nie zniosłabym myśli, że tkwię tak daleko od nich, a teraz, gdy teleportacja wróciła, podróżowanie do pracy nie będzie stanowić problemu. Po prostu... myślę, że powinnam być bliżej nich. Nie mogę myśleć wyłącznie o pracy, gdy oni tam cierpią.
Sue była pierwszą osobą poza rodzicami, której powiedziała o tym wciąż bardzo świeżym i spontanicznym planie. Ale wierzyła, że tak będzie najlepiej. Choć kiedyś, mając osiemnaście lat, tak pragnęła wyrwać się w świat i zamieszkać w mieście, z czasem doszła do wniosku, że to nie jest miejsce dla niej, i że jednak lepiej czuła się na wsi. Poza tym zupełnie inaczej mieszkało się tutaj z Verą, a inaczej samotnie. Odkąd Very zabrakło czuła się tu obco, nie na miejscu. Wszystko tu przypominało o siostrze, a także o samotności, która stała się jej udziałem po piętnastym października.
Może już wtedy podświadomie czuła, że siostra odeszła ze świata, nawet jeśli do samego końca trzymała się nadziei?
- Pewnie pozbieram rzeczy i najpierw osiądę u rodziców, a potem może kupię coś własnego niedaleko nich, koniecznie z piwniczką, w której mogłabym warzyć eliksiry – powiedziała po chwili. Dziwnie byłoby jej znów zamieszkać na stałe z rodzicami, poza tym depresja mamy ciągnęłaby w dół i ją, więc prawdopodobnie zdrowsze dla jej psychiki byłoby bycie blisko, ale nie non stop z nią. Ale jakieś inne miejsce, wolne od bagażu wspomnień dotyczących Helen i Very... to brzmiało jak dobry plan. Była też inna kwestia, prawdopodobnie najważniejsza ze wszystkich: nie chciała ściągnąć niebezpieczeństwa na rodziców przez swoje członkostwo w Zakonie. Dlatego lepiej dla nich, żeby zamieszkała osobno.
Humor jej się trochę poprawił, kiedy w domu pojawiło się towarzystwo. Wydawała się mniej przygnębiona i zgarbiona niż jeszcze chwilę temu, choć twarz nadal miała pobladłą, a oczy podkrążone. I kiedy Sue ją przytulała, pewnie mogła wyczuć, że Charlie zgubiła kilka kilogramów. Dotykając jej pleców pewnie dałoby się policzyć wszystkie żebra. Zawsze była szczupła, ale teraz stała się wręcz niezdrowo chuda.
Słysząc pytanie o jedzenie, zamrugała oczami i zaczęła się zastanawiać.
- Tak porządnie? Chyba ostatni raz na pożegnaniu profesor Bagshot. – Wtedy opychała się tym, co przynieśli Zakonnicy. Dzień później usłyszała wieści o Verze i nie miała głowy do przygotowywania sobie czegoś bardziej skomplikowanego niż liche kanapki czy herbata. Jej mama też nie gotowała od tamtego feralnego dnia. Nikt z nich, ani ona ani rodzice, nie mieli wiele apetytu i jedli tylko tyle, ile niezbędne do tego, by nie mdleć co chwilę z głodu. – Niezbyt umiem gotować, zresztą... Nie miałam apetytu. Nie dawałam rady przełknąć zbyt wiele, a pierwsze dni po... wieściach, spędziłam jako kot. Błąkałam się po Kornwalii i... upolowałam jakąś mysz czy dwie. – Spuściła wzrok ze wstydem, że zniżyła się do czegoś takiego jak jedzenie myszy, ale będąc kotką jakieś dwa dni, coś jeść musiała, a do momentu napotkania na swojej drodze Anthony’ego nie miała ochoty zmieniać się w człowieka, bojąc się silnych ludzkich emocji. Swoich i rodziców. Bała się w tamtym momencie, że tego nie udźwignie, ale Anthony pokazał jej, że musi wyjść temu naprzeciw. Więc wyszła, znajdując w sobie dość siły, by przetrwać pogrzeb i być wsparciem dla rodziców. – Spotkałam Anthony’ego, wiesz? W Kornwalii, dzień przed... pogrzebem Very – wypaliła nagle, a na bladych policzkach niespodziewanie pojawił się rumieniec, gdy wypowiedziała imię mężczyzny, w którym była bez wzajemności zakochana. Jakby nie wystarczyło, że dopiero pochowała siostrę, to jej sercu akurat teraz musiało zebrać się na uczucia, które powodowały tylko więcej bólu. Serce było głupie i nie chciało słuchać rozumu.




Best not to look back. Best to believe there will be happily ever afters all the way around - and so there may be; who is to say there
will not be such endings?
Charlene Leighton
Zawód : Alchemiczka
Wiek : 24/25
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
Chciałoby się uciec,
ale nie przed wszystkim się da.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarownica

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t5367-charlene-leighton https://www.morsmordre.net/t5375-listy-do-charlie https://www.morsmordre.net/t5374-alchemiczka-kocia-mama https://www.morsmordre.net/f173-oaza-chata-nr-88 https://www.morsmordre.net/t5388-skrytka-bankowa-nr-1338 https://www.morsmordre.net/t5387-charlene-leighton
Re: Salon [odnośnik]18.02.20 14:45
Szczerze powiedziawszy, z tragedią nie radziła sobie wcale tak doskonale. Jej siła brała się głownie z miłości do brata oraz wszelkiego stworzenia, gdyby nie obecność Artemisa, gdyby straciła go wraz z rodziną, prawdopodobnie nie podniosłaby się tak dzielnie i szybko. Wszystko miało swoje konsekwencje, często zgrywała, że ma więcej siły niż odczuwała, ale w gruncie rzeczy, była bardzo niestabilna, często musiała odreagowywać i choć nikt nie spodziewałby się tego po tej serdecznej, wesołej istocie - uciekała wraz ze swoim smutkiem bardzo często. Najprostszym sposobem było zmęczenie się, bieg do utraty tchu, wyczerpanie organizmu, oszukanie go, by móc zasnąć. Rzadko rozmawiała o swojej tragedii z kimś innym niż brat i choć mijał już cały rok, nadal nie czuła się na siłach, by ten temat podejmować. Kryła swoje łzy w małych fiolkach, wierząc, że w ten sposób zaklina własny żal, podróżowała po znajomych miejscach, kojarzonych z rodziną i wylewała słone krople właśnie tam, czcząc pamięć i starając się odnawiać w sobie dobre wspomnienia. Szukała sposobów i może to sprawiało, że jakoś się trzymała. Poza tym, oddawała się w wir pracy i angażowała w Zakon Feniksa.
Pokiwała delikatnie głową, słuchając o matce Charlene. Prawie zadrżała, próbując sobie wyobrazić ten ból, stawiając się w sytuacji pani Leighton - zrezygnowała prędko, czując, że może nie podołać teraz podobnym przeżyciom, a obiecała sobie, że dla alchemiczki będzie wsparciem. - Każde z was potrzebuje oparcia - powiedziała łagodnie. - Nie uciekaj od swojego cierpienia, potrafi uderzyć ze zdwojoną mocą - dodała cicho, wpatrując się w koleżankę. Znała doskonale ten stan, oparcie dla bliskich, siła dla bliskich, życie dla bliskich - prędzej czy później trzeba było znaleźć sposób na własną żałobę i własny żal. - Jeśli będziesz o tym pamiętać, powrót do domu nie wydaje się złym pomysłem. Nie ma sensu, byś siedziała tu dłużej w samotności - wiedziała, że byłoby to krzywdzące, ciche miejsce. Mogło czekać na swój czas. - Poza tym zawsze kojarzyłaś mi się ze spokojniejszymi miejscami, trochę dziwiły mnie te londyńskie przedmieścia - przyznała szczerze, rozglądając się po salonie. Przytulnym, bardzo domowym, ale wciąż blisko chaotycznego Londynu.
- Mogę pomóc ci w poszukiwaniach domu. Bertie całkiem dobrze buduje, może tam coś przerobić, jeśli będzie potrzeba, zadbam o to żeby wygospodarował czas - zaproponowała, mając nadzieję, że Bott nie będzie miał nic przeciwko i już planując, w jaki sposób go namówić. - Ja pomogę z przeprowadzką i ze wszystkim, w czym tylko będę użyteczna - obiecała. Nie chciała jeszcze snuć planów na temat ogrodów i sadu, nie mogła przytłoczyć Charlene swoimi wizjami w takim momencie. Nie chciała na siłę odciągać jej uwagi od śmierci siostry.
- Niedobrze - mruknęła, bardziej do siebie niż do panny Leighton, kalkulując dni od pożegnania profesor Bagshot. Musiała się wybrać do Oazy i uczcić pamięć wszystkich poległych w spokoju, te paskudne bahanki pokrzyżowały jej całe plany i było jej niesamowicie głupio, że nie mogła pojawić się na wspominkach wraz z resztą Zakonników. Teraz jednak skupiła się na stanie Charlie. Na pierwszy rzut oka było widać, że schudła. Potrzebowała sił. Sue kiwnęła głową ze zrozumieniem. - To prawda, ciężko coś przełknąć. Dlatego świetnie sprawdzają się zupy - dała koleżance radę. Postarała się nie wzdrygnąć na wspomnienie o łapaniu myszy - doskonale wiedziała, że tak już jest, łańcuch pokarmowy zwierząt, drapieżcy i wszystkie te sprawy, ale nie jadła mięsa i łapanie biednych myszek wydawało jej się bardzo okrutne. Udało jej się powstrzymać reakcję, odepchnęła te myśli i nie oceniała Charlene. Wegetarianizm był bardzo niepopularny i tępiony, przyzwyczaiła się. - Nie ma przy nich dużo pracy, są szybkie i proste. Wzięłam ze sobą spory zapas warzyw, chodź, ugotujemy coś dobrego - powiedziała, nie chcąc słyszeć żadnych sprzeciwów. Zgarnęła całkiem ciężką torbę na ramię, chwyciła koleżankę za dłoń i pomknęła do kuchni. Dziarsko, nie ospale. Rozejrzała się po pomieszczeniu z zastanowieniem, wyciągając parę przyrządów i największy gar, jaki znalazła, po czym ruchem różdżki zmusiła wszystkie warzywa do mycia i wyskakiwania ze skórek. Góra ziemniaków, marchewek, pomidorów i innych ustawiła się na blacie. - Kroimy - zarządziła, wręczając Charlie nóż i sama także zabrała się do roboty.
- Anthony'ego? - zapytała, zastanawiając się przez moment, czy chodzi jej o Skamandera, ale coś jej nie pasowało. Czemu miałaby się czerwienić na widok jej kuzyna? Musiała mieć na myśli Macmillana. Coś było na rzeczy, a z mglistych wspomnień wyłaniało się, że kiedyś już o nim wspominała. Zastanawiające. - Och, Macmillama? - zapytała dla pewności. - W jakich okolicznościach? - dopytała nienachalnie, rozprawiając się z marchewką, nie mogąc odmówić sobie schrupania jednego kawałka.


through the silence where it hides
let's just hold our hands and not let it drown



and like leaky roof let's cover our holes
let's become the blow of our own woes


Susanne Lovegood
Zawód : opiekunka zwierząt, zaklinacz królików
Wiek : 24
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna

and like pack of wolves
let's not separate

OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarownica
Salon - Page 4 0eeef1df769718811325b39738397252
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t4789-susanne-echo-lovegood https://www.morsmordre.net/t5182-deszczowa-sowa#113703 https://www.morsmordre.net/t5758-kapelusz-z-niespodzianka#135806 https://www.morsmordre.net/f149-gloucestershire-okolice-little-witcombe-klebek https://www.morsmordre.net/t5129-skrytka-bankowa-nr-1094 https://www.morsmordre.net/t5133-susanne-echo-lovegood#111350
Re: Salon [odnośnik]18.02.20 23:59
Po Susanne nie było tego widać, przynajmniej tak wydawało się Charlie. Bądź co bądź nie widywała panny Lovegood codziennie, więc z łatwością nabierała się na pozory radości życia, choć nagle zdała sobie sprawę, że tak naprawdę niewiele wiedziała o tym, jak Sue przeżywa swój smutek, nigdy nie miała śmiałości ciągnąć jej za język i dopytywać, jak to znosi. Może nawet zakrawało to trochę o temat tabu, ignorowanie pewnych kwestii, które były zbyt trudne i bolesne, by je przywoływać.
Ona sama też mogłaby zamilknąć, ale wiedziała, że to nie pomoże. Że duszenie tego w sobie tylko pogorszy sprawę. Tak było przy Helen. Nie przeżywała utraty siostry po raz pierwszy, teraz już wiedziała, że to, co robiła wtedy, niekoniecznie było dobre. Że duszenie smutków sobie, a nawet topienie ich w nauce i pracy pomagało na krótką metę, ale nie sprawiało, że problemy znikną całkowicie.
Ale wtedy pomagała jej Vera. Teraz zabrakło i jej.
- Kiedyś już się o tym przekonałam – przytaknęła. – Kiedy umarła Helen. Wtedy uciekłam, zmieniłam otoczenie, ale dopiero później zrozumiałam... że duszenie tego w sobie to nie rozwiązanie.
Dlatego po zaginięciu Very mówiła o tym. Nie traktowała tego jako temat tabu. Mówiła o siostrze przyjaciołom, wspominała o niej też podczas pożegnania Bathildy, nie wiedząc wówczas, że dzień później dowie się, że siostra nie żyje. Mówiła o Verze nawet Percivalowi, w dziwny sposób czując, że on rozumie, a rozmowy z nim przynosiły swego rodzaju ulgę.
- Wiem, że już nie ma sensu tu tkwić. Nie muszę już czekać na Verę, a tylko przez wzgląd na nią nie wyjechałam do Kornwalii już dawno – przyznała. Mieszkała tu wciąż, bo łudziła się, że jej siostra wróci, a gdyby wróciła, to nie powinna zastać pustego domu albo obcych ludzi, a ją. Ale teraz wiadomym było, że nie musi czekać. Że ostatni łańcuch spajający ją z tym miejscem pękł i mogła po prostu odejść, wrócić do rodziców, a potem kupić nowy dom, bo obawiała się, że jej przynależność do Zakonu prędzej czy później mogłaby ściągnąć na nich zagrożenie, poza tym trudno byłoby wytłumaczyć Zakonników wpadających po eliksiry.
- Nie mogę narażać rodziców, lepiej niech pozostaną z daleka od tego zamieszania, zwłaszcza mama. Jeśli nie znajdzie się wolny dom w Tinworth, poszukam w innych kornwalijskich wioskach – dodała. Nie była pewna, czy w rodzinnej miejscowości coś znajdzie, być może będzie musiała zatoczyć nieco szerszy okrąg. – A te przedmieścia... Cóż, gdyby nie Vera, nie zamieszkałabym tu. Ale to ona osiadła tu pierwsza, a po skończeniu Hogwartu i śmierci Helen myślałam, że zamieszkanie z nią to świetny pomysł, zwłaszcza że dostałam się na kurs w Mungu. Wtedy wydawało mi się, że życie w mieście musi być fascynujące. – Ale okazało się, że to nie do końca tak było. I że jednak jej domem była Kornwalia, że lepiej czuła się bliżej natury, z dala od zgiełku. Nie na darmo jej ojciec i dziadek mawiali, że Leightonom nie wiedzie się w wielkich miastach. Cóż, Verze się nie powiodło.
Nadal było jej smutno, ale rozmowa z Susanne stopniowo ją rozluźniała i przynosiła ukojenie.
- Wiesz co? Możesz jeszcze dziś pomóc mi z pakowaniem rzeczy, to wtedy jutro mogłabym już większość przenieść – powiedziała nagle; ta spontaniczna myśl wprawiła ją w lekkie ożywienie, wyrwała z marazmu. Nie ma co zwlekać, im szybciej się przeniesie, tym lepiej. Choćby jutro. Każdy kolejny dzień tutaj przybliżałby ją do szaleństwa. Chciała znaleźć się znowu w Kornwalii. Teraz, zaraz.
Ale najpierw Sue miała inne plany. I zdała sobie sprawę, że rzeczywiście była głodna. Mogła zaniedbywać ciało, ale ono i tak musiało w końcu upomnieć się o swoje. Jak wtedy, gdy była kotem, a w zwierzęcym ciele jej instynkty były bardziej kocie. Jako człowiek nie jadła zbyt wiele mięsa, choćby z tego względu, że nie potrafiła go dobrze przyrządzać i łatwiej jej było przy tak niskich umiejętnościach zrobić coś z warzyw, owoców lub innych produktów, które nie wymagały zaawansowanej obróbki. Nie potrafiłaby też sama własnymi rękami zabić zwierzęcia kręgowego, które odczuwało ból; inna sprawa była z owadami używanymi do eliksirów, części innych zwierząt kupowała gotowe w aptece lub otrzymywała od innych. No i z tymi nieszczęsnymi myszami, które zjadła będąc kotem na tyle długo, że nie mogła dłużej oszukać głodu i zwierzęcego instynktu. Może to była pewna ironia losu, że jej animagiczna postać była drapieżnikiem i rządziła się swoimi prawami.
- J-jasne – zgodziła się z nią, podążając do kuchni, czy raczej, pozwalając się do niej zaciągnąć. – Jak tak rozmawiamy o jedzeniu to... zgłodniałam.
Nie stawiała zatem większego oporu i dzielnie pomogła Susanne w siekaniu warzyw. To akurat potrafiła robić, bo w końcu składniki do eliksirów też musiała oporządzać. Trudniejsze w gotowaniu było samo ugotowanie rzeczy tak, by nie były ani za surowe, ani spalone. Gdyby jednak była sama i gdyby Susanne nie poprawiła jej humoru swoją obecnością, to mając w ręce nóż zapewne zaczęłaby się zastanawiać, czy rozpłatanie sobie nim żył bardzo by bolało. Ale szybko taką myśl zdusiła, wiedząc, że Vera porządnie by jej nagadała, gdyby o tym wiedziała. Warzywa lądowały w garnku, a Charlie skupiała się na obecności Susanne i rozmowie z nią.
Sama nie wiedziała, czemu wspomniała o Anthonym. Może to przez te wszystkie pokręcone uczucia? Może brakowało jej możliwości porozmawiania z kimś; Hannah w wymienianych niedawno listach nie domyśliła się, w kim też Charlie się zadurzyła. Może to i lepiej? Może to akurat była rzecz, którą powinna zakopać gdzieś bardzo głęboko i nikomu się nie przyznawać? Ale cóż poradzić, że Macmillan znów wkradł się w jej myśli. Ten jego miły, smutny uśmiech, zapach whisky, troskliwość... Ale i to, że on sam zdawał się potrzebować opieki, zwłaszcza wtedy, kiedy ucierpiał po Stonehenge i potrzebował eliksirów leczniczych.
- Auu! – syknęła, kiedy tak bardzo zamyśliła się na temat swojego obiektu zauroczenia, że zacięła się w palec. Niegroźnie, ale trochę krwi się pokazało. – Tak, Macmillana – dodała, rumieniąc się mocniej. Zdała sobie sprawę, że Macmillan nie był jedynym Anthonym, którego obie znały. Ale w Skamanderze z pewnością by się nie zakochała. Nie darzyła sympatią tego pozbawionego empatii mężczyzny, który porzucił jej kuzynkę i własne dziecko, skazując Roselyn na piętno bycia dzieciatą panną, a córkę na bycie bękartem.
I była zła na siebie, że musiało ją trafić akurat teraz, gdy powinna opłakiwać Verę. Miała wystarczająco dużo problemów bez złamanego serca.
- Jako kot przesiadywałam na pewnej plaży, a on akurat tam przyszedł. Zbieg okoliczności, Macmillanowie mieszkają w Kornwalii i widocznie akurat wybrał się na spacer...– wyjaśniła lakonicznie, choć w środku dopadła ją cała gama związanych z tym wspomnień. Jego widok, jej pragnienie, by zanurzył dłoń w jej kocim futerku, by ją pogłaskał, by mogła czuć jego bliskość w tak trudnym dla niej momencie... To wszystko było zbyt skomplikowane, by to opisać. I zbyt niewłaściwe, bowiem Macmillan był szlachetnej krwi i w dodatku był zaręczony i nie powinna go pragnąć.
- Właściwie to... nie pierwszy raz, kiedy spotkałam go na swej drodze bez wcześniejszego planowania tego – dodała. Bo tak wyglądała cała historia ich znajomości, mnóstwo przypadków i zbiegów okoliczności, zupełnie jakby los postawił sobie na cel, by regularnie splatać ich ścieżki, stawiać ich na swojej drodze i to często w dziwacznych, niezręcznych okolicznościach. – Samo pierwsze nasze spotkanie było dziwaczne, bo wyobraź sobie, podszedł do mnie w herbaciarni, gdzie akurat padłam ofiarą przykrego dowcipu, w wyniku którego do mojej ręki przykleiła się... bielizna potraktowana zaklęciem trwałego przylepca. Pomógł mi wtedy. A potem spotkałam go kolejny raz...
Zaskakujące, że rozmawiały o czymś tak normalnym (dziwacznym i niezręcznym, to prawda, ale normalnym w rozmowie przyjaciółek), że nad tym wspólnym gotowaniem dyskutowały o tak normalnej sprawie, podczas gdy okoliczności były jakie były. Ale może to też miała być swego rodzaju odskocznia, by nie tonąć w smutkach, a cieszyć się swoim towarzystwem i rozmawiać o czymś, co nie wywoływało fontanny łez, a raczej nieśmiały, nieco nostalgiczny uśmiech.
Cóż, dziwne bywały huśtawki nastroju, a od chwili usłyszenia o śmierci Very czasem bywały momenty, kiedy nie rozumiała przeżywanych przez siebie uczuć i emocji. Tak było i teraz, co nagle uderzyło ją na tyle, że zamarła w połowie wykonywanej przez siebie czynności, dopiero po kilku sekundach kręcąc głową i do niej powracając.
Może rzeczywiście zaczynała wariować?
- Prawda, że to wszystko jest takie... pokręcone? – zaśmiała się nagle, ale nie był to w pełni wesoły śmiech. Był to śmiech osoby, która pod warstwą chwilowej radości nadal była głęboko smutna i pełna rozterek, nie wiedząca, co przyniesie przyszłość, która nigdy nie wydawała się równie mroczna.




Best not to look back. Best to believe there will be happily ever afters all the way around - and so there may be; who is to say there
will not be such endings?
Charlene Leighton
Zawód : Alchemiczka
Wiek : 24/25
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
Chciałoby się uciec,
ale nie przed wszystkim się da.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarownica

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t5367-charlene-leighton https://www.morsmordre.net/t5375-listy-do-charlie https://www.morsmordre.net/t5374-alchemiczka-kocia-mama https://www.morsmordre.net/f173-oaza-chata-nr-88 https://www.morsmordre.net/t5388-skrytka-bankowa-nr-1338 https://www.morsmordre.net/t5387-charlene-leighton
Re: Salon [odnośnik]22.02.20 15:28
Czasem mimo wiedzy, trudno było wprowadzić coś w życie - mimo świadomości, że nie można tłumić wszystkiego w sobie, bo z czasem emocje wzbierały i wybuchały ze zdwojoną siłą, Sue miała mały problem z dzieleniem się smutkiem. Uczyła się tego, nie chcąc wykończyć się bezgraniczną żałobą, lecz mimowolnie starała się oszczędzać własnych nieszczęść swoim bliskim. Zarażanie radością miała we krwi, za punkt honoru brała poprawianie humoru, pewnie dlatego tak trudno przychodziło jej odbicie w skrajność smutku - mimo tego, że nie był przecież niczym złym. Był potrzebny do zachowania równowagi. Czasami nawet go lubiła, lecz nie wtedy, kiedy przenikał na wskroś i zatykał nos od nieprzerwanie płynących łez. Susanne uśmiechnęła się lekko do Charlene, ciesząc się ze zrozumienia tej ważnej kwestii.
- Mnie też zajęło to trochę czasu - przyznała. - Czasem trudno zrzucić z siebie myśli, ale chyba nic nie pomaga tak bardzo. A czasem, dla odmiany, lepiej się wykrzyczeć. Trzeba słuchać siebie i szukać rozwiązań, by nie zwariować - dodała cicho, trochę chowając się w sobie, ale była to rada szczerego serca. Czuła, że Charlie oswoiła się nieco z nieobecnością siostry, i choć bolało oraz boleć miało, miesiące, gdy nie wracała, musiały pannę Leighton odrobinę zahartować.
- Może nawet byłoby lepiej zamieszkać nieco dalej niż w samym Tinworth - zastanowiła się na głos, analizując aspekty łączące Charlie z Zakonem Feniksa. I dla niej, i dla rodziców byłoby lepiej, gdyby nie mieszkali aż tak blisko siebie. Może choć trochę zmniejszało to ryzyko. - Skoro tak, wtedy prawdopodobnie był to dobry pomysł. Miałaś bliżej, o wiele wygodniej i sprawdziłaś, czy życie w mieście naprawdę wygląda tak, jak to sobie wyobrażałaś - zauważyła. - Nawet jeśli lepiej żyje ci się w spokojniejszych miejscach, nie wiedziałabyś tego, gdybyś nie zamieszkała tutaj. Ja odnajduję się w małych miastach. Kochałam swój dom całym sercem, ale czasami brakowało mi tam towarzystwa, mieszkaliśmy na odludziu... Dolina Godryka to chyba bardziej mój typ. Co nie znaczy, że nie tęsknię za domem - nostalgia była wyraźnie wyczuwalna w delikatnym, cichym głosie. - Niestety, nie mam tam nawet co odwiedzać, niewiele z niego zostało - poza nią, bratem i paroma pamiątkami, które za sprawą czystego szczęścia (w okropnym nieszczęściu) zgarnęli z Artemisem w podróż, zakończoną zbyt szybko i tragicznie. Do tej pory robiło jej się niedobrze na widok pociągów, kojarzonych z mdlącym przeczuciem.
- Pewnie! - odpowiedziała bez wahania, gotowa do pomocy przy pakowaniu. - Wystarczy, że znajdziesz jeden karton albo jakiekolwiek pudełko, a sprawię, że będziesz miała ich ile chcesz, w jakich tylko rozmiarach i kolorach zapragniesz - podpowiedziała, zamierzając wykorzystać swoje umiejętności. - Zmniejszymy też wagę żeby nie było zbyt dużo dźwigania. Trzeba oszczędzać siły - mrugnęła do koleżanki, dostrzegając, jak myśl o wyprowadzce ją ożywiła. Był to dobry znak, Lovegood wierzyła, że nie można ignorować podobnych impulsów.
- No pewnie, że zgłodniałaś - po prostu się nad tym nie zastanawiałaś, ale już jestem na warcie - wypowiedziała dziarsko, przykładając dłoń do czoła, salutując - wyrażając gotowość do działania. Poczucie misji zawsze dodawało Sue energii, a teraz mogła spożytkować ją na hasanie po kuchni. Była w swoim żywiole i choć jej umiejętności kucharskie nie sięgały najwyżej, potrafiła zrobić z nich użytek. A zupy, ach, zupy, były jej specjalnością! Uwielbiała gotować chorym przyjaciołom, może dlatego udało jej się wprawić w te warzywne wywary...
- Och! - wystraszyła się, słysząc syk, zwiastujący skaleczenie. - Potrzebujesz bandaża? - dopytała szybko, w razie czego zdolna do zrobienia małego opatrunku. Niestety, nie za pomocą magii, lecz doświadczenie wyniesione z lecznicy dawało jej jako takie pojęcie o opatrywaniu. Rumieniec nie umknął jej uwadze, ale postarała się nie dać po sobie poznać, że go zauważyła - skupiła się na palcu Charlene, oglądając go. Nic groźnego, uff. Słuchała panny Leighton z uwagą, ostrożnie przetrawiając jej słowa - tym razem próbując używać rozsądku, a nie bujnej wyobraźni, dającej się we znaki. Sue całkiem często zdarzało się trafić na kogoś przypadkiem, nawet parę razy, ale nigdy (w porządku, prawie nigdy) nie dopatrywała się w tych spotkaniach czegoś specjalnego. Nie odzywała się, dając alchemiczce mówić, podczas gdy sama szukała przypraw i kroiła resztę warzyw, by dorzucić je do garnka. Nie mogła powstrzymać chichotu na opowieść o bieliźnie, ale nie trwał on zbyt długo.
- Prawda, ale wyobraź sobie, że nie dzieje się nic. To chyba jeszcze gorsze - westchnęła. - Zawsze tęsknimy za spokojem właśnie wtedy, kiedy znika - wzruszyła ramionami, mieszając powoli w garnku. Powąchała wywar, dodała parę przypraw i przykryła, zostawiając zupę samą sobie - teraz mogła usiąść obok dziewczyny. - Charlie... czy ty się zadurzyłaś? - zapytała spokojnie, lekko, nie nadając temu pytaniu przesadnej powagi. Nie potrzebowała jej. Sama ostatnio miała wrażenie, że jej serce podpowiada dziwne rzeczy i choć nigdy wcześniej nie czuła czegoś podobnego, może mogłaby wypytać Charlie, jak to wszystko wygląda? Może stąd brały się te dziwne uczucia?


through the silence where it hides
let's just hold our hands and not let it drown



and like leaky roof let's cover our holes
let's become the blow of our own woes


Susanne Lovegood
Zawód : opiekunka zwierząt, zaklinacz królików
Wiek : 24
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna

and like pack of wolves
let's not separate

OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarownica
Salon - Page 4 0eeef1df769718811325b39738397252
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t4789-susanne-echo-lovegood https://www.morsmordre.net/t5182-deszczowa-sowa#113703 https://www.morsmordre.net/t5758-kapelusz-z-niespodzianka#135806 https://www.morsmordre.net/f149-gloucestershire-okolice-little-witcombe-klebek https://www.morsmordre.net/t5129-skrytka-bankowa-nr-1094 https://www.morsmordre.net/t5133-susanne-echo-lovegood#111350
Re: Salon [odnośnik]22.02.20 22:30
Trudno było tak szybko i w jednej chwili zapomnieć o tragedii i stracie. Charlie też pewnie długo jeszcze będzie rozpamiętywać utratę Very, choć okres jej zaginięcia w pewnym sensie rzeczywiście ją wzmocnił. Bo gdyby dowiedziała się o śmierci Very z dnia na dzień, pewnie zniosłaby to dużo gorzej, ale miała pięć miesięcy na to, by zacząć niechętnie oswajać się z myślą, że siostra może nie wrócić żywa.
- Chyba muszę skorzystać z tej rady i poszukać swojego sposobu na to, żeby się z tym uporać. Bo nawet praca nie zawsze pomaga, na ten moment trudno mi się skupić nawet na warzeniu mikstur. Może... po prostu potrzebuję trochę przerwy. Nie chciałabym, by ktoś w Mungu ucierpiał przez moją chwilową... niedyspozycję i rozkojarzenie. – Od dnia usłyszenia o śmierci siostry była na urlopie. Nie warzyła obecnie nawet w domu, jeśli nie licząc zrobienia dla matki zapasu mieszanki antydepresyjnej i eliksiru słodkiego snu. I nie miała jeszcze pojęcia, że już do Munga nie wróci, że będzie zmuszona porzucić swoją ukochaną pracę.
- Hm, racja. Może dla ich bezpieczeństwa powinnam zamieszkać nie tylko w osobnym domu, ale też w innej wiosce. Gdyby tak... no wiesz – spuściła wzrok, ale obie wiedziały, co chciała powiedzieć. Przynależność do Zakonu nie była bezpieczna, a Charlie nie zniosłaby myśli, że jej rodzice ucierpieli przez to, komu pomagała. Sue miała rację, nie powinna myśleć o szukaniu domku w Tinworth, bo to za blisko. Czuła, że powinna być przy nich, ale jej bliskość mogła okazać się niebezpieczna, gdyby ktoś się dowiedział o wsparciu, jakie udzielała Zakonowi. – Ale i tak pierwsze dni muszę spędzić u nich, zanim coś znajdę. A co do miasta... To mimo wszystko nie żałuję, że przynajmniej spróbowałam i przekonałam się na własnej skórze, jak to było tutaj żyć. Miałam blisko na kurs, do pracy i do innych ciekawych miejsc. Posmakowałam czegoś innego, nieznanego mi wcześniej. I byłam przy Verze, bo choć obie w dzień byłyśmy poza domem, zajęte swoimi obowiązkami, wieczory mogłyśmy spędzać wspólnie... I raźnie było zasypiać wiedząc, że ona jest tuż za ścianą.
Z obecnej perspektywy to dobrze, że przez ostatnie lata życia Very były tak blisko, że miały się na co dzień. Bo gdyby widywały się rzadko, raz na kilka tygodni, to miałaby ogromne poczucie winy, że nie była przy niej za życia. A tak to przynajmniej wykorzystała ten czas, choć gdyby wszystko toczyło się tak, jak powinno, Vera żyłaby jeszcze przez długie lata i nie musiałaby teraz przeżywać jej przedwczesnego i tragicznego odejścia.
- Przykro mi – powiedziała, gdy Sue wspomniała o swoim utraconym domu. – Ale masz przynajmniej wspomnienia, które możesz pielęgnować. Ja swoje też będę. Myśl o tym, że oni kiedyś istnieli w naszym życiu, może nieść pociechę.
Lepsze to niż nic. W pamięci Sue na pewno pozostaną rodzice oraz wyjątkowe chwile, które przeżyła w dawnym domu, z nimi. No i nadal miała brata, a Charlie swoją ukochaną siostrę straciła. Ale pozostały po niej wspomnienia, które miała zamiar pielęgnować możliwie najczulej i mieć nadzieję, że nikt nigdy jej ich nie odbierze.
- Pomogę ci, bo i tak w ostatnich tygodniach pracowałam nad doskonaleniem swoich umiejętności w transmutacji – ożywiła się. Skupienie się na pakowaniu mogło je pomóc. Mogłaby choćby zaraz rzucić się do szukania pudła, by przyspieszyć moment opuszczenia tego domu i powrotu do Kornwalii, ale najpierw jedzenie. Potem mogły popakować rzeczy, których nie było jakoś bardzo dużo. Charlie żyła skromnie, większość umeblowania tego domu już w nim była, kiedy się tu wprowadziła, a je własność stanowiły głównie jej ubrania, książki, przybory alchemiczne i astronomiczne, a także zapasy ingrediencji i eliksirów. Te musiała spakować ze szczególną troską.
Zabrały się do robienia zupy, co też dobrze Charlie zrobiło, bo skupiając się na procesie przygotowania nie myślała tyle o swoich smutkach, choć gdyby była sama, to pewnie przyszłoby jej to z większym trudem. Pewnie nawet niczego by nie ugotowała, bo sama nie miałaby dostatecznej motywacji, a tylko zjadłaby symbolicznie coś lichego, byle tylko wrzucić cokolwiek do żołądka, aby nie zemdleć z głodu.
Kroiła warzywa, ale że akurat wtedy weszły na temat Anthony’ego, rozkojarzona Charlie niechcący się zacięła, kiedy marchewka uskoczyła jej spod dłoni, a nóż zaciął palec.
- To nic poważnego, tylko lekkie przecięcie. Niezdara ze mnie – uspokoiła Sue, wciąż zarumieniona. Umyła palec wodą, trzymając go pod strumieniem dopóki nie przestała lecieć krew, i wróciła do przygotowywania jedzenia. Po tym, jak pokroiły warzywa i doprawiły je przyprawami (co Charlie zostawiła w rękach Susanne), mogły postawić garnek na starodawnym piecu, w którym Charlie różdżką zapaliła ogień, w tym czasie opowiadając o zabawnych, ale niezręcznych okolicznościach poznania Anthony’ego Macmillana. Każdy temat nie zahaczający o śmierć i rozpacz był dobry.
- Chciałabym, żeby ten spokój do mnie wrócił – powiedziała, ale nagle, gdy usłyszała pytanie Sue, zarumieniła się jeszcze mocniej. O ile przed chwilą jej policzki były po prostu zaróżowione, tak teraz przypominały świeżo wypaloną cegłę. – Ja... och, oczywiście, że nie – skłamała, ale że była beznadziejną kłamczuchą, od razu można było wyczuć, że mijała się z prawdą. – Po prostu... często spotykam go w różnych dziwnych miejscach, kiedyś też pomagałam mu z eliksirami i jakoś tak zdążyłam go... polubić. Był miły i okazał mi wsparcie, gdy spotkałam go na te plaży i dowiedział się o... o Verze.
Jednak Sue była na tyle spostrzegawcza, że najwyraźniej nie miała problemu z zauważeniem, że coś jest na rzeczy, że to było coś więcej niż sympatia do kogoś, kto był miły. Zarazem czuła też, że Susanne, jako jedna z nielicznych, nie potępiłaby jej. Większość ludzi uznałaby za niemoralne żywienie jakichkolwiek uczuć do mężczyzny nie tylko z innej warstwy społecznej, ale w dodatku zaręczonego, ale Sue myślała innymi kategoriami niż większość świata. Tylko dlatego zdecydowała się przerwać niezręczną ciszę. Bo czuła, że Sue nie będzie jej krytykować, a zrozumie.
- Ja wiem, że nie mam prawa o nim myśleć. Jest zaręczony, a nawet gdyby nie był, nie wolno byłoby mu na mnie spojrzeć. Jest szlachcicem, a ja jestem tylko półkrwi. To nigdy, przenigdy nie mogłoby być możliwe – odezwała się cicho, kręcąc głową na boki. – On o niczym nie wie i chciałabym, by tak pozostało. Ja sama nie rozumiem tego, co czuję.
Nie chciała, by wiedział. Bała się jego reakcji, tego, że mógłby być zły lub postanowiłby zerwać znajomość. Nie chciała też, by czuł się z tym wszystkim źle. To je wina, że pozwoliła sercu wziąć górę nad rozumem. Nie spodziewała się tego, bowiem nigdy wcześniej nie była zakochana. W Hogwarcie nie dawała się ponieść młodzieńczym miłostkom, nigdy nie interesowali jej chłopcy ani nie chichotała z innymi dziewczętami, nie plotkowała o przystojnych kolegach. W szkole i po niej liczyła się tylko nauka, jej największą życiową namiętnością były eliksiry. Nadal były, ale po latach bycia ślepą na wszelkie okołomiłosne sprawy do serca podstępem wkradł się i pewien Macmillan, ale miała nadzieję, że szybko jej to przejdzie. Nie chciała być zakochana, a już na pewno nie teraz, wystarczająco miała problemów w związku z utratą siostry, planowaną przeprowadzką, Zakonem oraz wydarzeniami w magicznym świecie. Nie potrzebowała nieodwzajemnionej miłości do zajętego mężczyzny z innej klasy społecznej. Po co tracić czas i energię na coś, co nie miało przyszłości i powodowało tylko ból?
- Myślisz, że to przejdzie? – zapytała nagle.
Jakiś czas później zupa się ugotowała. Nie trwało to długo, w końcu nie było w niej mięsa, które wymagałoby dłuższego gotowania, a smakowite zapachy coraz intensywniej rozchodziły się po niewielkiej, skromnej kuchni, podsycając głód młodej, zmizerniałej alchemiczki, która od tygodnia niedojadała.
Z westchnieniem podeszła do szafki, wyciągając z niej dwa talerze, które postawiła na stole. Miała nadzieję, że jedzenie nie stanie jej w gardle, a uda jej się zjeść całą porcję. Bo Sue miała rację, musiała coś jeść, nie mogła się zagłodzić.




Best not to look back. Best to believe there will be happily ever afters all the way around - and so there may be; who is to say there
will not be such endings?
Charlene Leighton
Zawód : Alchemiczka
Wiek : 24/25
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
Chciałoby się uciec,
ale nie przed wszystkim się da.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarownica

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t5367-charlene-leighton https://www.morsmordre.net/t5375-listy-do-charlie https://www.morsmordre.net/t5374-alchemiczka-kocia-mama https://www.morsmordre.net/f173-oaza-chata-nr-88 https://www.morsmordre.net/t5388-skrytka-bankowa-nr-1338 https://www.morsmordre.net/t5387-charlene-leighton
Re: Salon [odnośnik]25.02.20 21:04
Zapomnieć o tragedii i stracie prawdopodobnie nie dało się wcale - te myśli i odczucia miały wracać do nich już przez resztę życia, atakując tęsknotą oraz melancholią w spodziewanych oraz niespodziewanych momentach. Sztuką było pogodzenie się z losem, przyzwyczajenie do nieobecności i powrót do życia, choć chwilami wydawało się to niemożliwe - przecież nigdy nie miało być takie samo, nawet jeśli wiele spraw pozostawało na swoim miejscu.
- Masz bardzo odpowiedzialny zawód i tymi słowami udowadniasz, że jesteś do niego stworzona - skomentowała łagodnie. Nie każdy myślał tak racjonalnie, ale Charlene miała rację - o wiele łatwiej było popełniać błędy podczas takiego rozkojarzenia, teraz z kolei Leighton miała do niego pełne prawo. - Wrócisz do pracy, gdy będziesz miała na to siłę. Zawsze możesz warzyć coś w domu, jakieś zlecenia, mniejsze i prostsze mikstury - podpowiedziała. Rzucanie się w wir pracy może nie było najlepszym pomysłem, ale trzeba było znajdować sobie zajęcia. Bezczynność sprzyjała ciężkim nastrojom.
Kiwnęła głowa, nie potrzebując, by alchemiczka kończyła zdanie - przynależność do Zakonu Feniksa była bardzo ryzykowna, ale Charlene nie wychylała się i Sue miała wrażenie, że jest w organizacji raczej bezpieczna, anonimowa... choć kto wie, co przeciwnik mógł o nich wiedzieć? W każdym razie, miała nadzieję, że nikt nie interesował się właśnie Leightonówną. Życzyła jej spokoju, ale o ten było teraz wyjątkowo trudno
- Znam to uczucie - odpowiedziała, doceniając bliskość swojego brata. Rzeczywiście, bywało, że dzięki jego obecności zasypiało się o wiele łatwiej. Pokiwała powoli głową, przyjmując kolejne słowa ze smutkiem, ale zrozumieniem - wspomnienia były jedynym, co jej pozostało i choć było to wiele - czasami wciąż za mało. W takich momentach pozostawało jej tylko przypomnieć sobie Alexandra, którego przeszłość zniknęła z umysłu, pozostawiając po sobie niemożliwą do zakrycia dziurę. Było to przerażające, ale skłaniało do pielęgnowania wspomnień bardziej niż cokolwiek innego. Podziwiała Farleya - sam fakt, że nie poddał się po takim ciosie.
Sue odetchnęła z ulgą, widząc, że Charlene nic się nie stało - prawdopodobnie mogłyby szybko udać się do któregoś z zakonowych uzdrowicieli, ale lepiej, że nie było takiej potrzeby. Zwłaszcza, że rozmowa schodziła na bardzo niespodziewane i ciekawe tory - Lovegood uśmiechnęła się delikatnie, przyłapując koleżankę na kłamstwie. Nie musiała być wybitnie spostrzegawcza, by je dostrzec, ale poniekąd rozumiała tę chęć zaprzeczenia. Podświadomie wiedziała, że panna Leighton czuje lub mogłaby poczuć się oceniana - w końcu Sue borykała się z tym całe życie, nawet jeśli zdanie innych nie robiło jej wielkiej różnicy. Niektórzy po prostu się nim przejmowali. Pewnych uczuć nie dało się tak po prostu kontrolować - nie były logiczne, rozsądne, nie były umysłem; i to czyniło je tak pięknymi. Nawet jeśli stawiało biedną Charlene w sytuacji bez wyjścia. Sue nigdy nie rozumiała tych szlacheckich zasad i układów, ale wiedziała, że Rię i Anthony'ego łączy szczere uczucie. Trudna sprawa.
- Och, Charlie - westchnęła, czując jej rozdarcie w głębi własnego serca. Co sprawiało, że utożsamiała się z owym uczuciem? Zawsze była empatyczna, ale coś równie silnego - a może trafnego - nieczęsto muskało jej czystą duszę. Znajome ukłucie, którego źródło pozostawało tajemnicą. Chwyciła dłonie koleżanki we własne, zamykając je w pokrzepiającym uścisku, pragnąc w tym geście wysłać jej jak najwięcej siły i prawdy. - To ważne żeby być szczerą z samą sobą - szepnęła prawie, czując, że głos nieco uwiązł jej w gardle, jakby sama kryła przed sobą ważne informacje. Może tak właśnie było? Serce przyspieszyło nagle. - To twoje myśli i tylko ty masz do nich prawo, nikt inny - pokręciła głową, wpatrując się intensywnie w znajome oczy, mówiąc z przekonaniem, niezłomnością. - Nie wiem, co dokładnie czujesz, ale jeśli nie przyznasz się przed sobą - nie sądzę, by to przeszło. Po prostu będziesz się nad tym zastanawiać - mówiła, tłumiąc własne odkrycia. Czyżby ona też...? - Możesz mi powiedzieć, co czujesz, kiedy go widzisz? - zapytała nieśmiało, trochę licząc na to, że będzie to pomocne dla samej Charlene, z drugiej strony pragnęła zweryfikować własne doświadczenia. Ona też nie zakochiwała się łatwo, może miała parę pomniejszych zauroczeń, ale mijały prędko i rodziły się pod wpływem chwili, impulsu, atmosfery, inspiracji... nigdy nie było to nic poważnego, nigdy nie sądziła, że naprawdę żywi do kogoś romantyczne uczucia.
Prawie zapomniała o zupie, ale zapach przywołał ją do akcji - nalała dwie solidne porcje i ustawiła miski przy stole, zarządzając jedzenie, po którym mogły przejść do pakowania dobytku alchemiczki.


through the silence where it hides
let's just hold our hands and not let it drown



and like leaky roof let's cover our holes
let's become the blow of our own woes


Susanne Lovegood
Zawód : opiekunka zwierząt, zaklinacz królików
Wiek : 24
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna

and like pack of wolves
let's not separate

OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarownica
Salon - Page 4 0eeef1df769718811325b39738397252
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t4789-susanne-echo-lovegood https://www.morsmordre.net/t5182-deszczowa-sowa#113703 https://www.morsmordre.net/t5758-kapelusz-z-niespodzianka#135806 https://www.morsmordre.net/f149-gloucestershire-okolice-little-witcombe-klebek https://www.morsmordre.net/t5129-skrytka-bankowa-nr-1094 https://www.morsmordre.net/t5133-susanne-echo-lovegood#111350
Re: Salon [odnośnik]25.02.20 23:33
Charlie wiedziała, że bycie alchemiczką Munga, a zwłaszcza po awansie, kiedy opiekowała się pracą całej pracowni oddziału urazów pozaklęciowych, to bardzo odpowiedzialna sprawa. I właśnie dlatego wzięła urlop, by przez swoje niedyspozycję i rozkojarzenie nie popełnić fatalnych w skutkach błędów. Wolała nie być teraz za nic odpowiedzialną, skoro jej psychika była w rozsypce.
- Tak, może za tydzień lub dwa, jak ochłonę i uporządkuję sprawy związane z przeprowadzką... – pokiwała głową, niestety nie wiedząc jeszcze, że żadnego powrotu do pracy nie będzie, że Mung stał się przeszłością i że niedługo nie będzie nawet mogła bywać w Londynie, a będzie zmuszona do ukrywania się.
Kiedy dołączała do Zakonu Feniksa, nie mogła wiedzieć, że to okaże się tak niebezpieczne. Nigdy nie chciała angażować się w coś tak niebezpiecznego, jak walka i wojna, zawsze była zachowawczą, asekurancką osobą, która wolała się nie wychylać i unikać zagrożenia. To Vera przejęła cały zapas odwagi za nie dwie i gdzie teraz była? Na cmentarzu. Charlie najbardziej pragnęła spokoju i poczucia bezpieczeństwa.
- Może powinnam wyjechać za granicę? – zastanowiła się nagle. – Nauczyć się języka, a potem ubiegać się o posadę alchemiczki w tamtejszym odpowiedniku Munga...
Zamyśliła się, czując jednak, że to byłby akt tchórzostwa, a przecież Zakonnicy potrzebowali jej eliksirów. Nie mogła tak po prostu ich porzucić, nawet jeśli instynkt samozachowawczy by to nakazywał. No i rodzina – czy jej rodzice zdecydowaliby się uciec wraz z nią? Nie zostawiłaby ich w kraju, gdzie działo się tak źle. Lżej by jej było, gdyby tata zabrał mamę do Francji czy gdzieś, gdzie mogliby zacząć od nowa i być bezpieczniejsi niż tutaj.
Zajęły się jednak wspólnym przygotowywaniem zupy. Może Charlie rzeczywiście powinna wziąć się za siebie i wątłe kulinarne zdolności, skoro już wiadomym było, że Vera nie wróci i nie będzie mogła polegać na odgrzewaniu obiadów przygotowywanych przez siostrę. Była dziwnym przypadkiem – alchemiczką po mistrzowsku radzącą sobie nad kociołkiem, ale dużo gorzej w kwestii przygotowywania jedzenia.
Może nie powinna poruszać tematu Anthony’ego. A może podświadomie pragnęła z kimś o tym porozmawiać, skoro z siostrą już nie mogła. Normalnie to Verze zwierzyłaby się z bolączek, licząc na jakieś konstruktywne rozwiązanie tego niechcianego problemu. Trudno jej było radzić sobie z tym samej, skoro kompletnie nie miała doświadczenia w relacjach damsko-męskich ani nie miała kogo o nie zapytać. A większość ludzi patrzyłaby na to z przyganą, dlatego zdecydowała się zaufać Sue, osóbce o nieszablonowym sposobie myślenia, która nie szufladkowała innych z taką łatwością, jak niektórzy. Czasem zazdrościła jej tego, że potrafiła być sobą i nie przejmować się tym, co myśleli o niej inni. Sama jednak zawsze bardzo ceniła u Susanne jej nietuzinkową osobowość, to, że była jedyna w swoim rodzaju. Już w Hogwarcie coś ją ciągnęło do Lovegood i dogadywała się z nią dużo lepiej niż z niektórymi innymi dziewczynami.
Tak czy inaczej nie potrafiła kłamać, emocje widać było u niej jak na dłoni. Zaprzeczenie, ucieczka wzrokiem, rumieniec. Naprawdę nie trzeba było być mistrzem spostrzegawczości, by zauważyć, że próbowała skłamać. Może sama przed sobą pragnęła udawać, że nic nie czuła, że żadnego zauroczenia nie było. Nie powinno być. Przecież wiedziała, że Anthony kochał Rię i to ją miał poślubić, bo to nie wymagałoby od niego porzucenia rodziny i całego życia. Będąc z Rią mógł zachować nazwisko i więzy krwi. Nigdy nie chciałaby, żeby musiał to porzucać. Nie była tego warta, dlatego nawet gdyby Ria nigdy nie pojawiła się w jego życiu, to i tak wolałaby zachować dystans i zapomnieć o tym, co czuła.
Pozwoliła, by Sue chwyciła ją za ręce. Było coś kojącego w jej dotyku. Westchnęła, w końcu przywołując na bladą, zmęczoną twarz nieporadny uśmiech.
- Myślę o tym od... pewnego czasu. Właściwie to jeszcze od jesieni. Po Stonehenge ucierpiał wskutek rozgrywających się tam wydarzeń i poproszono mnie, bym warzyła dla niego eliksiry uspokajające, co też robiłam. – A wcześniej, krótko przed tym, był tamten epizod z amortencją... Znowu westchnęła, kręcąc głową. Tak, to chyba od tamtego momentu coś zaczęło być na rzeczy. Amortencja mogła minąć, ale Charlie naprawdę zaczęła coś czuć do Macmillana, zwłaszcza po tym, kiedy był chory, cierpiący i potrzebujący eliksiralnej pomocy. A ją, jak zdążyła zauważyć, chyba przyciągali ludzie po przejściach, a także tacy z nieczystymi sumieniami. Od pewnego czasu otaczała się właśnie takimi jednostkami, które popełniały w życiu błędy i próbowały je później naprawiać, jak Anthony, Percival czy Asbjorn. – Zaczęłam o nim myśleć coraz częściej. A na spotkaniach Zakonu odruchowo wodziłam za nim wzrokiem, odkąd tylko pojawił się tam po raz pierwszy – przyznała ze wstydem; co, jeśli ktoś z Zakonników zauważył, że trochę zbyt często zawieszała wzrok na profilu Macmillana? – Wiesz, że w Hogwarcie nigdy nie interesowałam się chłopcami. Liczyła się dla mnie tylko nauka, zdobywanie wiedzy i obce mi były wszelkie westchnienia i dziewczyńskie ploteczki. Myślałam, że tak będzie już zawsze, nawet nastawiałam się już na los starej panny ze stadkiem kotów, której serce jest upośledzone, jeśli chodzi o wszelkie romantyczne sprawy.
Zawahała się, słysząc pytanie o to, co czuła na jego widok. W jej oczach błysnęło zagubienie; sama nie wiedziała, jak nazwać tę plątaninę skomplikowanych i często sprzecznych uczuć. Jak miała to ubrać w słowa?
- Czuję się... dziwnie. Sprzecznie. Z jednej strony wiem, że nie mogę o nim myśleć, racjonalnie tłumaczę sobie, że on należy do Rii, ale jakaś cząstka mnie po prostu cieszy się z jego widoku, obecności i czuje wtedy takie... ciepło. Ta cząstka lubi słuchać jego głosu, patrzeć w jego smutne oczy i... och, po prostu lubię kiedy jest obok. Jest miły i nigdy nie traktował mnie gorzej ze względu na nieczystą krew. Lubię... z nim rozmawiać. I w pewnym momencie zaczęłam aż czekać na to, aż los znowu splecie nasze ścieżki. Ale... chcę, by był szczęśliwy – znowu się zarumieniła, a kiedy mówiła, często się jąkała lub nagle urywała i dopiero po chwili wahania kontynuowała. Ale naprawdę liczyła, że to tylko błahe, przelotne zauroczenie, jedno z tych, jakie przeżywały w szkole jej koleżanki. Zawsze prędzej czy później się z tego leczyły i znajdowały inny obiekt westchnień. Może jej też za jakiś czas przejdzie? W każdym razie poczuła ulgę, kiedy po raz pierwszy mogła to z siebie wyrzucić, a nie dusić uczucia w sobie. Może tego potrzebowała – oczyszczenia w obecności kogoś, kto był gotów wysłuchać. Nadal jednak zastanawiało ją to, dlaczego los tak sobie z niej drwił, czemu ciągle stawiał jej na drodze kogoś, z kim nie mogła nigdy być, kto kochał kogoś innego. W ostatnim czasie często zdarzały jej się momenty, kiedy coś losowi wyrzucała. Czemu zabrał jej siostrę? Czemu zabrał przedwcześnie tylu innych, niewinnych ludzi, podczas gdy źli chodzili po świecie jak gdyby nigdy nic i dalej krzywdzili innych? W porównaniu z tymi myślami rozterki okołomiłosne i tak były błahą, nieznaczącą sprawą.
- Czy przeżyłaś kiedyś coś podobnego? Polubiłaś czyjąś obecność aż za bardzo, myślałaś o tej osobie częściej niż powinnaś i cieszyłaś się na jej widok? – zapytała, ciekawa czy Sue kiedyś tego doświadczyła. Choć Susanne wydawała się dość oderwana od szarej, zwykłej codzienności, to kto wie, może wbrew pozorom nieobce jej było to, o czym opowiadała Charlie?
Gdy zupa się ugotowała, przyjęła swoją porcję i zaczęła jeść.
- Naprawdę dobre! – pochwaliła. Była głodna, naprawdę głodna, więc dość szybko opróżniła talerz. Smutki smutkami, ale organizm swojego się domagał i nie dało się tego ignorować w nieskończoność. Sue dobrze zrobiła, że wpadła na pomysł wspólnego gotowania i udało jej się zmobilizować Charlie do tego, by coś zjeść. W przeciwnym wypadku pewnie omdlałaby z wysiłku podczas pakowania i dźwigania pudeł, bo sił w niej zbyt wiele nie było po tych kilku dniach głodówki i smutków.
Później, po jedzeniu, mogły się wziąć za pakowanie. Charlie znalazła jakieś pudełko, a z pomocą transmutacji mogły stworzyć ich więcej, tyle ile było trzeba.
- Na pewno będę musiała spakować wszystkie ingrediencje i eliksiry z piwnicy. Trochę tego jest i trzeba by to jakoś zabezpieczyć, żeby nic się nie potłukło... – powiedziała, zastanawiając się, od czego zacząć. – Do innego pudła spakuję swoje ubrania. I pozbieram jeszcze rzeczy osobiste, i przybory astronomiczne z poddasza... I rzeczy Very – w tym momencie zwiesiła głos i znowu oklapła. Spodziewała się, że podczas przeglądania i pakowania rzeczy siostry znowu się rozpłacze, i to pewnie nie raz. – Większość jej ubrań oddam do Oazy. Myślę, że nie miałaby nic przeciwko. – Praktyczna Vera na pewno wolałaby to niż bezsensowne marnotrawstwo i kurzenie się jej rzeczy. A tak to mogły się jeszcze komuś przydać, nawet jeśli niewątpliwie dziwnie się będzie czuć, widząc kogoś w ubraniach zmarłej siostry. Ale sama chyba nie potrafiłaby ich nosić. – Ale część jej pamiątek sobie zostawię, by były przy mnie i przypominały o jej istnieniu. Może kiedyś ich widok przestanie przywoływać ból, a tylko te dobre wspomnienia.
Najpierw poszły zatem do piwnicy, by ostrożnie spakować jej zawartość. Kociołki, wagi i inne przybory, a także ingrediencje i same fiolki z eliksirami, wśród których było nawet dojrzewające Felix Felicis.
- Mam tylko dwie. Dojrzeją w maju, ale... lepsze to niż nic – powiedziała. Najpierw wyściełała pudełko, do którego miały trafić fiolki ochronnym materiałem, którego ilość pomnożyła odpowiednim zaklęciem z transmutacji. Każdą fiolkę ostrożnie owijała, by nie stykały się bezpośrednio ze sobą i żeby była między nimi jakaś amortyzująca, miękka warstwa. Ingrediencje nie wymagały już takiej ostrożności, jeśli nie liczyć tych w słoiczkach. Wolałaby, by niezbyt miło pachnące płyny konserwujące zwierzęce tkanki się nie rozlały.
- Szukając nowego domu muszę mieć na uwadze to, żeby była tam piwnica. Gdzieś w końcu muszę warzyć eliksiry – uśmiechnęła się, układając ostatnie pakunki w pudełku.
Gdy spakowały wszystko, co było w piwniczce i pomniejszyły wagę pakunków (co dla Charlie było okazją do potrenowania transmutacji pod okiem zdolniejszej koleżanki), wróciły na górę.
- Teraz mój pokój, czy pokój Very? – zapytała. – I wiesz... naprawdę jestem wdzięczna za to, ile dla mnie robisz i że poświęcasz dla mnie czas.
Doceniała to. Sue mogła robić teraz cokolwiek, a jednak była tu z nią, pocieszyła ją, posłuchała rozterek (zarówno tych dotyczących poczucia straty, jak i niespełnionego zauroczenia), a nawet ugotowała zupę i teraz pomagała w pakowaniu skromnego dobytku, by Charlie mogła łatwiej i szybciej zabrać się ze wszystkim najpierw do rodziców, a później do nowego domu, kiedy już jakiś kupi.




Best not to look back. Best to believe there will be happily ever afters all the way around - and so there may be; who is to say there
will not be such endings?
Charlene Leighton
Zawód : Alchemiczka
Wiek : 24/25
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
Chciałoby się uciec,
ale nie przed wszystkim się da.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarownica

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t5367-charlene-leighton https://www.morsmordre.net/t5375-listy-do-charlie https://www.morsmordre.net/t5374-alchemiczka-kocia-mama https://www.morsmordre.net/f173-oaza-chata-nr-88 https://www.morsmordre.net/t5388-skrytka-bankowa-nr-1338 https://www.morsmordre.net/t5387-charlene-leighton
Re: Salon [odnośnik]27.02.20 15:07
Zaskoczona wysłuchała pomysłu z wyjazdem za granicę, z niedowierzaniem wpatrując się w Charlene. Skąd ta myśl? Miała wokół siebie osoby, które gotowe były ją chronić, po wyjeździe z kraju musiałaby poznawać wszystkich od nowa, uczyć się żyć w nowym miejscu, z dala od domu i rodziny, teraz także potrzebującej jej towarzystwa.
- Co? Nie - odparła tylko, wciąż zaskoczona, nie potrafiąc znaleźć właściwych słów, by prędko wybić tę myśl z głowy alchemiczki. - To więcej trudności niż się zdaje - westchnęła, bo choć sama miała ducha wolnego i żądnego przygód, teraz wiedziała, że jej miejsce jest tutaj - tak długo, jak była tu jej rodzina oraz ludzie, potrzebujący pomocy. Przecież było ich tak wiele! Nie mogłaby zmusić Charlene do pozostania w Anglii, lecz sądziła, że tu, mimo wszystko, jest jej miejsce. Ucieczka od problemów nigdy nie wydawała się Susanne najlepszym pomysłem, wolała stawiać im czoła. Z tego przynajmniej dało się wyciągnąć jakieś wnioski i nauki.
Czekała cierpliwie na słowa panny Leighton, bardzo nie chcąc udzielać jej rad w związku z Anthonym. Była to droga, z której Charlie mogła się wygadać, podzielić smutkami i żalami, ale właściwą część przeprawy powinna przejść sama, podejmując decyzje w zgodzie z własnym sumieniem i wyznawanymi wartościami. Nie było idealnego rozwiązania, w takim układzie przynajmniej jedna z osób musiała cierpieć. Susanne nie przerywała w żadnym momencie, pozwalając koleżance mówić, by swoimi słowami nie wybić jej z rytmu i nastroju - poza tym, słuchała uważnie, chłonąc dokładnie każde zdanie i określenie, w tych ostatnich próbując doszukać się analogii do swojej sytuacji. I, niestety, znalazła ich niepokojąco wiele. Skupiała się na Charlene z ulgą, odsuwając się od własnego wiru przeżyć i nagłych spostrzeżeń, pompujących adrenalinę do krwi - co najmniej jakby była na misji Zakonu, nie na szczerej rozmowie o uczuciach.
- Wiesz, może po prostu nadszedł na to czas. Chyba nigdy nie wiadomo, kiedy się spodziewać - rzuciła nieśmiało, naprawdę nie odnajdując się w świecie romansów. Coś tam, pobieżnie, mogła pamiętać od koleżanek albo z książek, ale te, choć piękne, nie zawsze pokrywały się z życiowymi doświadczeniami. - Wydaje mi się, że jeśli pragniesz dla niego szczęścia, to szczere i prawdziwe uczucie. Nie rób niczego, co byłoby niezgodne z twoim sumieniem, z czasem wszystko się ułoży, nawet jeśli będzie trudno. Mam nadzieję, bo nie mam zbyt dużego doświadczenia - podzieliła się z koleżanką swoimi odczuciami w tej sprawie. Było jej bardzo przykro, że ulokowała swoje uczucia w zakochanym mężczyźnie i szczerze liczyła na to, że ktoś inny zdoła poruszyć jej serce, by nie dręczyło się zbyt długo postacią lorda Macmillana. Życzyła jak najlepiej całej trójce - tak samo Charlie, Anthony'emu, jak i Rii. Gdyby mężczyzna ją odrzucił, zostawiając dla alchemiczki, cierpiałaby tak samo.
Zamilkła na dłuższy moment, zastanawiając się, jak odpowiedzieć na pytanie Charlene. Dopiero odkryła, co może być powodem tak ciepłych uczuć, nie chciała wnioskować pochopnie i wprowadzać w błąd, ale powoli pokiwała głową, niepewnie spuszczając wzrok. Zamknęła oczy i nabrała powietrza, pragnąc zebrać się na odwagę - było jednak za wcześnie, nawet nie do końca wiedziała, co mówić. Prawda nie przepływała przez nią tak płynnie, nie miała takiej pewności, jak panna Leighton.
- To były raczej zauroczenia, ale teraz - chyba jestem w podobnej sytuacji - odpowiedziała spokojnie, z lekko skrępowanym uśmiechem. - Dobrze cię rozumiem. To bardzo trudne - podzieliła się, ale nie mówiła nic więcej. - Jest jednak trochę za wcześnie, jeszcze nie czuję się gotowa, by o tym opowiadać - dodała przepraszająco, zanim zasiadły do posiłku.
- Bardzo się cieszę - odpowiedziała zadowolona na pochwałę. - Wystarczy ci na parę dni - trudno było się zebrać do gotowania, kiedy głowę zaprzątały myśli. Nabrały sił do pakowania, Sue z werwą zabrała się do pracy, powielając na początek pudła.
- A więc zacznijmy od pracowni alchemicznej i oznaczmy wszystko dokładnie - podsumowała, by mieć już jakiś plan. Pokiwała głową, zgadzając się z pomysłem oddania ubrać Very do Oazy. - To dobry pomysł, na pewno byłaby zadowolona, że jej rzeczy się nie marnują. Ale zrób to w swoim czasie, gdy będziesz pewna, że chcesz je oddać - podsunęła delikatnie, nie chcąc, by potem widok znajomych materiałów męczył pannę Leighton podczas wizyt w Oazie. - Tak będzie, pamiątki z czasem wracają do łask - przyznała, bo choć nie na wszystkie przyszedł czas u niej, niektóre zdążyła wyjąć przez ten rok.
Widok złotych mikstur robił wrażenie - Sue wzięła jedną z fiolet, ostrożnie trzymając ją w dłoniach i oglądając pod światło.
- Niesamowite - stwierdziła z zachwytem. - Nigdy nie miałam Felix Felicis w dłoni, nawet nie marzę, że mogłabym je kiedyś uwarzyć albo go użyć - przyznała się koleżance, oddając z największą ostrożnością wartościowy eliksir w ręce twórczyni. - Jesteś niesamowicie zdolna, Charlene - powiedziała, nie pierwszy raz, ale nie szczędziła jej komplementów.
- Można zbudować pracownię także na piętrze, a w piwnicy zrobić składzik na ingrediencje. Może tak byłoby bezpieczniej - pomyślała, wspominając opary mikstur, nad którymi czasem także się pochylała. Pakowanie piwnicy zajęło trochę czasu, ale poradziły sobie z zadaniem, zabezpieczając wszystkie rzeczy. Mogły być z siebie dumne.
- Jeśli chcesz, mogę zająć się pokojem Very. Nie wiem, czy jesteś na to gotowa - powiedziała szczerze, gładząc Charlie po ramieniu. - Nie ma za co. Cieszę się, że mogę przy tobie być i choć trochę podnieść na duchu. Pamiętaj, że zawsze jesteś mile widziana, wystarczy list, patronus albo niezapowiedziana wizyta. Możesz nawet przenocować w Ruderze, gdybyś czuła się samotna - zapewniła koleżankę, nie szczędząc jej uścisku, zanim ruszyły do pakowania dalszych pomieszczeń - nie zdążyły co prawda upchnąć w pudłach całego domu, ale wykonały dziś dobrą robotę.

| zt


through the silence where it hides
let's just hold our hands and not let it drown



and like leaky roof let's cover our holes
let's become the blow of our own woes


Susanne Lovegood
Zawód : opiekunka zwierząt, zaklinacz królików
Wiek : 24
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna

and like pack of wolves
let's not separate

OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarownica
Salon - Page 4 0eeef1df769718811325b39738397252
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t4789-susanne-echo-lovegood https://www.morsmordre.net/t5182-deszczowa-sowa#113703 https://www.morsmordre.net/t5758-kapelusz-z-niespodzianka#135806 https://www.morsmordre.net/f149-gloucestershire-okolice-little-witcombe-klebek https://www.morsmordre.net/t5129-skrytka-bankowa-nr-1094 https://www.morsmordre.net/t5133-susanne-echo-lovegood#111350
Re: Salon [odnośnik]27.02.20 21:54
Bywały chwile, kiedy w głowie Charlie rzeczywiście pojawiały się myśli o tym, by zabrać rodziców i wyjechać wraz z nimi z dala od tego, co działo się Anglii. Z dala od wojny i niebezpieczeństwa. Zaczęło się to jeszcze kiedy szalały anomalie, ale wtedy ostatecznie zatrzymało ją w kraju poczucie obowiązku wobec Munga i wobec Zakonu.
- Chciałabym po prostu być bezpieczna. Nie jestem gotowa na walkę ani oddanie życia w imię sprawy, nie chcę umierać – powiedziała, z zawstydzeniem spuszczając wzrok. Susanne, odważna Gryfonka, na pewno była dużo dzielniejsza i bardziej skora do poświęceń. Ale Charlie, choć była osobą spełniającą się w pomaganiu innym swoimi eliksirami, nie próbowała strugać bohaterki, nie miała w sobie zadatków do heroicznych czynów i poświęceń. A to wszystko zaczynało się robić zbyt poważne i niebezpieczne dla niej, zachowawczej, asekuranckiej alchemiczki, która całe życie unikała kłopotów. Nie chciała znaleźć się w sytuacji, kiedy musiałaby stanąć do walki, bo zwyczajnie nie potrafiła tego robić, nie była tak utalentowana ani odważna jak niektórzy Zakonnicy, których pozostawało jej cicho podziwiać. Zaniedbała obronę, o urokach nie wspominając; jedyna wymagająca różdżki dziedzina, z którą dobrze sobie radziła, to była transmutacja. Nawet Vera mawiała kiedyś, że zaniedbać obronę to jak pozbawić szans siebie i innych – i miała rację. Gdyby postawić ją naprzeciw kogoś niebezpiecznego, nie miałaby żadnych szans na wyjście z tego zwycięsko, chyba że udałoby jej się przemienić w kota i uciec. Ucieczki były jej specjalnością, nie tylko przed zagrożeniem. Od problemów też często zwykła uciekać, jak wtedy, gdy po śmierci siostry zmieniła się w kota i przez parę dni błąkała się po Kornwalii.
Ale ogólnie rzecz biorąc wolałaby pozostać w Anglii, to tu było jej miejsce. Tyle, że nie była gotowa na tak wielką ofiarę, jak niektórzy i w sytuacji naprawdę niebezpiecznej najpewniej wybierze ucieczkę, nie walkę.
W kwestii Anthony’ego także wybierała poddanie się i wycofanie już na starcie, nie walczyła o swoją miłość. To nie byłoby w jej naturze. Gdyby miała inny charakter, gdyby nie była tak dobra, uczciwa i prostolinijna, stroniąca od wszelkich nieuczciwych praktyk mogłaby coś zrobić, choćby podać Macmillanowi podstępem amortencję korzystając z tego, że nie umiał sam sobie dawkować eliksirów leczniczych, ale byłoby to wbrew jej przekonaniom. Godziła się z porażką i tym, że ktoś, kogo darzyła ciepłym uczuciem, nie odwzajemniał go. Widocznie tak miało być, najwyraźniej to Ria miała być tą szczęśliwą, a Charlie tą samotną.
- Nie pozostaje mi nic innego, jak się poddać i życzyć mu szczęścia z Rią. Bo to z nią może być szczęśliwy i pozostać w zgodzie ze swoją rodziną. Mi widocznie nie jest ono pisane, najwyraźniej jestem jedną z tych kobiet, dla których nie istnieje druga połówka i które muszą iść przez życie samotnie – takie pesymistyczne przekonanie nagle ją nawiedziło. Nie wierzyła w to, że mogłaby kiedyś przeżyć inną miłość. W tym momencie nawet jej nie chciała. Zresztą nie przychodziło jej do głowy, kogo innego mogłaby pokochać, w jej otoczeniu nie było zbyt wielu mężczyzn. A z tych, którzy byli, żaden nie wyzwolił drgnienia serca.
Zaciekawiło ją jednak to, czy w życiu Susanne był ktoś taki. I jeśli tak – to kto? Może to był ktoś z Zakonu Feniksa, kogo sama też znała?
- Naprawdę? – zapytała. – Ale rozumiem, w takim razie nie będę pytać. Wiedz jednak, ż jeśli pewnego dnia będziesz chciała o tym z kimś porozmawiać, to zawsze możesz do mnie przyjść.
Nie była wścibska, więc nie naciskała ani nie ciągnęła Sue za język. Potrafiła uszanować to, że jeszcze nie chciała mówić. Może sama nie była tego pewna. U Charlie też trwało kilka miesięcy, zanim zaczęła sobie uświadamiać, że coś do Anthony’ego czuje. Zmartwiła ją jednak myśl, że co, jeśli Sue też czuje coś do mężczyzny zajętego i w związku z tym cierpi?
Zjadły razem obiad, który dodał Charlie trochę sił i energii niezbędnych do konstruktywnego działania, jakim było pakowanie. Naprawdę dobrze się stało, że panna Lovegood tu dziś przyszła i zmotywowała niemrawą, smętną Charlie do tego, by nie tylko coś zjeść, ale i się spakować i tym samym przyspieszyć przeprowadzkę. Bo po co czekać?
Zaczęły od pracowni, gdzie trochę pakowania było, bo zarówno ingrediencji, jak i eliksirów oraz przyborów było sporo i większość wymagała ostrożnego obchodzenia się, nie można ich było byle jak wrzucać do pudeł, jak ubrań.
- Część pewnie zostawię ale... nie potrzebuję wszystkich. Niektórzy przybywają do Oazy nie mając ze sobą zbyt wiele, potrzebują dodatkowych ubrań bardziej niż ja – powiedziała, zdając sobie sprawę z tego, że ludzie w Oazie potrzebowali każdej, nawet drobnej pomocy. I skoro nie potrafiła walczyć i stawać w obronie pokrzywdzonych, to powinna chociaż już po fakcie pomagać im eliksirami, dobrym słowem oraz dzieleniem się tym, co miała. Z rzeczy Very większy będzie pożytek, jeśli odda je potrzebującym niż jeśli miałyby się już zawsze kurzyć w pudłach na strychu, choć pamiątki osobiste po niej zachowa, i jak już opadną najgorsze emocje, będzie zapewne traktować je jak najcenniejsze skarby.
- Bardzo trudno go uwarzyć, kilka składników niestety zepsułam w międzyczasie – przyznała, ostrożnie oglądając jedną z fiolek wypełnionych złotym płynem, jeszcze niezdatnym do użytku. Był to jeden z najtrudniejszych znanych jej eliksirów, niewielu alchemików potrafiło go zrobić. – Alchemia to moja życiowa pasja, pragnę nieustannie się w niej rozwijać, nawet jeśli nie potrafię snuć dalekosiężnych planów z taką lekkością, jak kiedyś.
Kiedyś, w trakcie kursu, dużo marzyła o tym, czego dokona i co odkryje w przyszłości. Ale zaginięcie, a potem śmierć Very podcięły jej skrzydła i przygięły ją do ziemi, sprawiając, że te wszystkie piękne plany zaczęły się jawić jako odrealnione, bo żeby doczekać takiej pięknej przyszłości, to najpierw musiała przeżyć tę wojnę i doczekać czasów pokoju.
- Ty za to jesteś świetna w transmutacji. I jak nadchodzące tygodnie pozwolą... To chętnie się czegoś od ciebie nauczę – dodała; nie wiadomo, co miało się jeszcze wydarzyć, żadna z nich nie śniła, co przyniosą nadchodzące dni, ale w tym momencie, nie posiadając tej wiedzy, Charlie miała swoje postanowienie, że jak przeżyje najgorszy etap żałoby, chciałaby trochę popracować nad transmutacją.
- Chyba wolałabym mieć pracownię blisko ingrediencji, by nie musieć co chwilę po nie biegać w tę i z powrotem. - Jakoś tak dziwnie było jej sobie wyobrazić posiadanie pracowni za ścianą sypialni czy kuchni, a nie w piwnicy o wzmocnionych ścianach. Jakoś tak przez całe jej dotychczasowe życie się utarło, że miejsce pracowni jest w piwnicy. Taką miała jej matka, i taką miała też ona po wyprowadzce do Londynu i zamieszkaniu z Verą.
Spakowały całą pracownię i zabrały się za inne pomieszczenia. W międzyczasie dość często pojawiały się przy nich koty, wyraźnie zaciekawione tym, co się działo, a zwłaszcza pudłami, które tłumnie pojawiły się w domu, niektóre już zapełnione rzeczami, a inne nie. I choć Charlie początkowo wyraziła chęć spakowania zawartości pokoju siostry wraz z Sue, to na widok jej sypialni, pozostawionej w takim stanie, w jakim zostawiła ją Vera swojego ostatniego dnia w tym miejscu, przerósł ją i wyzwolił kolejną falę łez. Trudno było patrzeć na to wszystko, co jej siostra zostawiła z myślą, że po pracy do tego wróci. Ale nie wróciła.
- Jednak nie dam rady – szepnęła. – Pójdę... spakować mój pokój.
Poszła do siebie i zapakowała do pudeł swoje ubrania oraz inne rzeczy, na wierzchu zostawiając tylko to, co mogło jej być potrzebne jutro. Potem, już uspokojona znowu dołączyła do Sue, by spakować przedmioty, książki i inne rzeczy z saloniku i poddasza. Z tego drugiego brała tylko to, co należało do niej lub Very, rzeczy poprzedniej właścicielki domu pozostawiając w należnym im miejscu.
- Oczywiście, będę pamiętać. I będę pisać, gdybym czegoś potrzebowała. Ty też pisz – zapewniła, zanim się pożegnały. Był już wieczór, gdy skończyły ze wszystkim, obiad, rozmowa, a potem pakowanie zajęły im kilka godzin i na dworze dawno już zrobiło się ciemno, a Charlie straciła poczucie czasu i nie wiedziała, która godzina. – Jak już będę mieć nowy dom, to pewnie będziesz jedną z pierwszych osób, które do niego zaproszę.
Przed rozstaniem uściskała ją, mając nadzieję, że niedługo znowu się zobaczą, obie całe i zdrowe. Na to liczyła. Gdy jednak za Sue zamknęły się drzwi, znowu została sama, jeśli nie liczyć kotów ciekawsko zaglądających do pudeł i szukających sobie w nich miejsca do wylegiwania się. I wtedy nagle znowu zaczęły ją opuszczać siły, więc położyła się na dywanie w salonie i zwinęła się w kłębek, kołysząc się lekko i znów poddając się ponurym myślom, które wcześniej z taką skutecznością odganiała Susanne. W takiej pozycji zastał ją sen, choć nie pospała tak długo, bo twarda podłoga szybko poskutkowała ścierpnięciem ciała, co przywróciło ją do rzeczywistości i zmusiło do tego, by przenieść się na kanapę. A następnego dnia od rana sukcesywnie przenosiła kartony ze swoim dobytkiem do Kornwalii, szczęśliwym trafem ostatecznie opuszczając londyński domek krótko przed tym, jak na tle nieba zaczęły błyskać pierwsze zaklęcia.

| zt.




Best not to look back. Best to believe there will be happily ever afters all the way around - and so there may be; who is to say there
will not be such endings?
Charlene Leighton
Zawód : Alchemiczka
Wiek : 24/25
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
Chciałoby się uciec,
ale nie przed wszystkim się da.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarownica

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t5367-charlene-leighton https://www.morsmordre.net/t5375-listy-do-charlie https://www.morsmordre.net/t5374-alchemiczka-kocia-mama https://www.morsmordre.net/f173-oaza-chata-nr-88 https://www.morsmordre.net/t5388-skrytka-bankowa-nr-1338 https://www.morsmordre.net/t5387-charlene-leighton

Strona 4 z 4 Previous  1, 2, 3, 4

Salon
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach