Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia


Ekipa forum
Pokój kwiatowy
AutorWiadomość
Pokój kwiatowy [odnośnik]08.01.19 20:18
First topic message reminder :

Pokój kwiatowy

Niewielkie, wyjątkowo intymne miejsce domu. Pokój ten znajduje się na piętrze, nad biblioteką, co zapewnia ciszę i spokój do wszelkich rozmów. Główną tematyką ozdób są kwiaty, zarówno te pospolite, jak i magiczne. Jest do idealne miejsce zarówno do rozmów w cztery oczy bez niepotrzebnych świadków, jak i do wyciszenia. Najczęściej występującymi tutaj kwiatami są fioletowe wrzosy i pastelowe róże. Dodatkowym elementem są różnego rodzaju i wielkości niebiesko-białe wazy i kominek.
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Pokój kwiatowy - Page 5 Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki

Re: Pokój kwiatowy [odnośnik]13.04.21 13:01
Prawdopodobnie nikomu nie wiodło się teraz zbyt dobrze, może poza tymi, którzy otwarcie popierali obecną władzę. Ale każdy, kto się z nią nie zgadzał, musiał liczyć się z trudnościami, a najgorzej mieli mugole, mugolacy oraz czarodzieje, których, tak jak Charlie, posądzono o działalność dla Zakonu Feniksa. Gdyby nie list gończy mogłaby funkcjonować dużo bardziej normalnie. Owszem, musiałaby się bać, ale siedząc cicho i nie wychylając się może mogłaby wieść żywot zwykłej obywatelki. Nie musiałaby ukrywać się w Oazie i głodować. Niestety czasu nie dało się cofnąć, nie mogła wymazać ze swojej przeszłości tego, że kiedyś należała do Zakonu i że mimo jej zachowawczości ktoś jakimś cudem się o tym dowiedział.
Nie miała w sobie tyle odwagi co Ria, zawsze była dziewczyną delikatną i raczej lękliwą, oddaną swoim pasjom związanym z alchemią i dziedzinami pokrewnymi. Była wierna rodzinie i przyjaciołom, ale nie było w niej gotowości do złapania za różdżkę i działania bardziej aktywnego niż warzenie eliksirów z dala od walki. Gdy poczuła, że oczekiwania Zakonu stały się zbyt duże, że stracił on swojego dawnego ducha i przestał być grupą przyjaciół, po prostu zrezygnowała; jako osoba poszukiwana wolała dla bezpieczeństwa schronić się w Oazie, gdyż uważała się za równie bezbronną co ludzie, których Zakon tam sprowadzał. W związku z tym nie mogła nosić dłużej miana Zakonniczki, skoro sama też była ofiarą wojny i jej różdżka nie miała wspomóc walki ani uchronić innych przed zagrożeniem. Nie potrafiłaby uchronić nawet samej siebie, w każdym razie nie przed czarnomagicznymi zaklęciami. Tym, co było w jej zasięgu i co mogła robić, było warzenie eliksirów i pomaganie mieszkańcom Oazy. To robiła nawet nie będąc Zakonniczką, nie potrzebowała żadnych tytułów, by po prostu być wraz z innymi sobie podobnymi i wspierać ich tak, jak potrafiła. Nawet drobiazgi pomagały oswoić tę nową rzeczywistość, mieszkańcy Oazy chcąc nie chcąc tworzyli społeczność i pomagali sobie, by łatwiej im było przetrwać na małej, odciętej od świata wyspie. Jej też było trudno, wiele przeszła i wiele straciła, ale pomoc w Oazie dawała jej jakieś poczucie celu i motywowała do tego, by wstawać rano z łóżka.
- Tak, to na pewno były piękne czasy… - westchnęła z rozmarzeniem, rozumiejąc to, że była Harpia kiedyś mocno przeżywała rozgrywki, przecież jej kuzyn Joseph też był zawodnikiem. Teraz niestety żadne z nich nie mogło się w pełni realizować, i nawet gdyby nie brzemienny stan Rii, to nie wiadomo, czy mogłaby grać tak jak kiedyś. Była żoną poszukiwanego Zakonnika. – Ale może gdy wojna się skończy będziesz mogła znów wsiąść na miotłę i robić to, co kochasz. – Chciała w to wierzyć. Tylko nadzieja im pozostała. – Nie wiem, co o mnie wiedzą. Nie mam pojęcia, czy wiedzą o alchemii, czy może wyobrażają sobie, że jestem równie groźna i waleczna co reszta. Nie wiem nawet skąd się o mnie dowiedzieli skoro nigdy z nimi nie walczyłam, a w Mungu nie obnosiłam się z poglądami otwarcie. Tak czy inaczej myślę, że zarówno ministerstwo, jak i zwykli obywatele oglądający te listy, trwają w obrazie dalekim od prawdy. Nie jestem ani trochę niebezpieczna – zapewniła, nieco nerwowo przygładzając dłońmi materiał skromnej sukienczyny. – Dla tych popierających władzę jestem zbrodniarką, dla zwykłych ludzi bohaterską obrończynią uciśnionych, skoro moja twarz widnieje między twarzami tak odważnych ludzi, a ja nie mam nic wspólnego ani z jedną ani z drugą. Jestem tylko zwykłą alchemiczką, całkowicie przeciętną młodą kobietą, którą w pojedynku pokonałby pewnie nawet uczeń początkowych klas Hogwartu.
Bo jej zdolności pojedynkowe prezentowały naprawdę żenujący poziom. Vera była w tym dużo lepsza, i zawsze próbowała nalegać, żeby Charlie podszkoliła się w obronie, ale alchemiczka dawniej nie myślała, że taka wiedza będzie jej kiedyś potrzebna, i wolała siedzieć w swoich alchemicznych i zielarskich księgach lub nad kociołkiem. Jedyną różdżkową dziedziną którą zawsze lubiła była transmutacja, z niej często korzystała nawet teraz, w Oazie.
- Pomagasz mi samym tym, że jesteś obok. Naprawdę to doceniam, że jesteś i rozmawiasz ze mną – powiedziała, kładąc dłoń na ręce Rii i uśmiechając się. – Samo to, że mogę tu być… Cieszę się, że miałam taką możliwość. A jeśli chodzi o zostanie na dłużej… Bardzo ci dziękuję, to piękna propozycja, ale musiałabym się zastanowić, poza tym pewnie musiałby wyrazić zgodę wasz nestor, inni członkowie waszej rodziny… - Była Rii bardzo wdzięczna za jej wspaniałomyślną ofertę, ale wiedziała też, że nie tak łatwo byłoby to zorganizować. Poza tym miała pewne zobowiązania w Oazie i czułaby wyrzuty sumienia, gdyby porzuciła mieszkańców, zwłaszcza tych którym robiła eliksiry i te dzieciaki, którym dawała korepetycje. – Trudno by mi było tak z dnia na dzień porzucić moje zobowiązania, jakie mam wobec mieszkańców, czułabym się trochę winna, gdybym ja zamieszkała w pięknym dworze, a oni wciąż musieliby gnieść się w Oazie i głodować. Ja nie tylko warzę eliksiry, ale i daję korepetycje dzieciakom z kilku okolicznych rodzin. Nie jest mi tam lekko, nikomu nie jest, ale jeśli miałabym odejść, to musiałabym się odpowiednio przygotować. – Kusiło ją ogromnie, bo pewnie, że wolałaby mieszkać w Kornwalii niż w Oazie, ale nie zapominała o tym, że jest poszukiwana. Że tylko w Oazie mogła czuć się bezpiecznie, a głód i inne niedogodności były ceną, którą płaciła za to, że może spać spokojnie i nie bać się najścia ministerstwa lub kogoś jeszcze gorszego. Ile jeszcze pozwolą Macmillanom na spokojne życie, mimo że wszyscy wiedzieli o ich poglądach i o tym, że ukrywali poszukiwanego Anthony’ego? Poza tym, gdyby pomagała tylko jednej rodzinie, to co z innymi potrzebującymi? Nigdy nie chciała być prywatnym alchemikiem, kiedyś pracowała w Mungu, wiedząc że jej działania przysługują się każdemu, kto tego potrzebował. Było w niej sporo idealizmu i altruizmu. Inną obawą, którą w serduszku czuła, byłoby zamieszkanie pod jednym dachem z niespełnionym obiektem uczuć, a przecież nie chciała choćby przypadkiem zaszkodzić związkowi Anthony’ego i Rii. Kochała go i właśnie dlatego musiała pozwolić mu być szczęśliwym z Rią. Wiedziała, że kochał swoją żonę i nie chciała stawać im na drodze, zwłaszcza że Rię przecież też lubiła.
- Wcale nie, naprawdę wyglądasz… ładnie. Nosisz w sobie skarb, jakim jest nowe życie, powstające na przekór temu, jakie mamy dziś czasy. Dla Anthony’ego na pewno jesteś najpiękniejsza – uśmiechnęła się. Oczywiście, że w skrytości ducha chciałaby być na jej miejscu, ale pozostawało jej się cieszyć szczęściem Anthony’ego i Rii, i mieć nadzieję, że wszystko ułoży im się pomyślnie i mały Macmillan niebawem pojawi się bezpiecznie na świecie. – Już na pewno niedługo, jeszcze parę miesięcy. Gdybyś potrzebowała jakichś eliksirów, to wiesz, że zawsze mogę ci je przygotować. A jeśli chodzi o mnie… To mam nadzieję, że kiedyś szczęście się do mnie uśmiechnie. Obym tylko nie była już wtedy za stara na cud macierzyństwa.
Wychowana w licznej i szczęśliwej rodzinie Charlie chciałaby też taką stworzyć. Chciałaby mieć kochającego męża i dzieci, które mogłaby zarazić swoimi pasjami i pokazać im piękno świata. Niestety jej młodość przypadła na bardzo niefortunne czasy, dodatkowo jej serduszko biło do żonatego mężczyzny na przekór wszelkiemu rozsądkowi. Ale może kiedyś pojawi się ktoś, kto sprawi, że zapomni o Anthonym i pokocha kogoś innego?




Best not to look back. Best to believe there will be happily ever afters all the way around - and so there may be; who is to say there
will not be such endings?
Charlene Leighton
Zawód : Alchemiczka
Wiek : 24/25
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
Chciałoby się uciec,
ale nie przed wszystkim się da.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarownica

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t5367-charlene-leighton https://www.morsmordre.net/t5375-listy-do-charlie https://www.morsmordre.net/t5374-alchemiczka-kocia-mama https://www.morsmordre.net/f173-oaza-chata-nr-88 https://www.morsmordre.net/t5388-skrytka-bankowa-nr-1338 https://www.morsmordre.net/t5387-charlene-leighton
Re: Pokój kwiatowy [odnośnik]12.07.21 14:28
Starsza, zapewne licząca jakieś sto dziesięć lat, lady Macmillan powoli przemieszczała się przez dworek. Choć jej pomarszczona twarz wyraźnie sugerowała sędziwy wiek, kobieta wciąż była witka. To nie tak, że nie miała siły, żeby iść szybciej. Szła powoli, bo ciągle zatrzymywała się na dłużej przy jakimś portrecie lub miotle i wspominała dawnych krewnych męża. Część z nich i tak już dawno była martwa, co najmniej od jakiś pięćdziesięciu lat. Pamięć jednak jej nie zawodziła, a wspomnienia były szczególnie żywe, jak gdyby widziała ich i rozmawiała z nimi jeszcze wczoraj. Niemożliwym było więc zatrzymanie jednej łzy, którą uroniła.
Od kilku lat była też wdową. Za mężem, po jego śmierci, nie płakała tak jak za innymi członkami rodziny Macmillan. Uważała, że około sto dwadzieścia lub trzydzieści lat przeżytych przez małżonka było naprawdę solidnym wynikiem, szczególnie przy jego niezdrowym stylu życia. Ten bowiem ciągle pił i to całkiem mocne alkohole, czasem nawet te, które nie były wcześniej przetestowane przez innych. Nic dziwnego, że wątroba, nawet szlachetnie urodzonego mężczyzny, zwyczajnie nie wytrzymała! Biedaczek na nieszczęście długo się z nią męczył.
Dźwięk kroków i głośny brzdęk naczyń zwrócił jej uwagę. Natychmiast ujrzała rodowego skrzata, który jak codziennie miał całą masę zadań do wykonania.
Pryncypałku – zawołała w jego stronę. Ten gnał gdzieś ze starą, ale wyjątkowo wartościową porcelaną, która zasłaniała mu widok. – Uważaj na filiżanki, kosztowały fortunę – zwróciła mu uwagę, obawiając się, że stworzenie przewróci się i rozbije drogocenne przedmioty. Właściwie mogłaby wykorzystać go do przeniesienia wiadomości… ale ostatecznie stwierdziła jednak, że chciała zobaczyć z kim rozmawiała młodziutka lady. Ciekawość po prostu ją zjadała.
Potem ruszyła dalej, ponownie powoli, licząc że może skończą rozmowę. Wzięła na siebie zadanie przekazania wiadomości tylko po to, żeby zasycić swoją ciekawską duszę, ale i zwyczajnie rozciągnąć nogi.
Do małego saloniku weszła bez pukania, uznając że przecież po co ona, kobieta z prawie setką na karku, w dodatku lady, miałaby w ogóle pukać przed wejściem. Przystanęła na chwilę w wejściu, żeby przyjrzeć się blondynce, z którą rozmawiała Ria. Co ta młodziutka dziewczyna tutaj robiła i dlaczego tak właściwie zwracała się do byłej Weasleyówny po imieniu? Miała wrażenie, że widziała ją tutaj już wcześniej… a to sprawiło, że staruszka na chwilę przymrużyła oczy. Nie, lepiej żeby nie sięgała po swój niewyparzony język.
Ria, słońce moje drogie, lady Dorothy poprosiła, żebyś zeszła na dół. Akurat szłam w stronę swojej komnaty, więc mogłabyś mnie odprowadzić. Popiłybyśmy herbatę… – zwróciła się natychmiast w stronę rudowłosej czarownicy, zupełnie ignorując blondynkę i nawet się z nią nie witając. – Oczywiście, proszę wybaczyć młoda damo, ale Rigantona nie może się przemęczać – dodała przemawiając w końcu w stronę Leightonówny. Niby usprawiedliwia przyszłą matkę, ale z drugiej strony widać było, że zwyczajnie chciała wyciągnąć ją z rozmowy i nawet nie zamierzała czekać aż obie zakończą wymianę zdań.
Zaczekała aż rudowłosa kobieta pożegna się z blondynką… a czym opuściły pokój, staruszka zaczęła komentować ich sposób rozmowy.


I show not your face but your heart's desire
Ain Eingarp
Zawód : Wielość
Wiek : nieskończoność
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
I show not your face but your heart's desire.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Metamorfomag
Pokój kwiatowy - Page 5 3baJg9W
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f47-sowia-poczta http://morsmordre.forumpolish.com/f5-powiazania http://morsmordre.forumpolish.com/f55-mieszkania http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Pokój kwiatowy [odnośnik]13.07.21 1:18
Zajęta rozmową z Rią Charlie nie spodziewała się, że nagle może się tu pojawić ktoś inny, choć może powinna, gdyż znajdowali się w dworze Macmillanów, gdzie oprócz Anthony’ego i jego małżonki zamieszkiwało też sporo jego innych krewnych. Ilu dokładnie, tego nie wiedziała, nigdy jakoś nie przyszło jej do głowy, by wypytywać Macmillana o dokładną liczebność jego rodziny. W każdym razie na pewno mieszkało tu więcej ludzi niż w jej dawnym rodzinnym domu, ograniczonym w zasadzie do jej rodziców i rodzeństwa. Była na tyle skupiona na rozmowie, że na chwilę po prostu zapomniała o tym, gdzie się znajduje i że chwile rozmowy sam na sam z Rią mogą w każdej chwili dobiec końca, gdy ktoś postanowi wejść do akurat tego pokoju.
Aż podskoczyła, kiedy drzwi nagle się otworzyły, bo choć niby wiedziała, że jest w bezpiecznym miejscu, to jednak po raz pierwszy od wielu miesięcy znajdowała się poza Oazą, a nie zapominała, że była poszukiwana. Ulżyło jej nieco dopiero, gdy zobaczyła, że pojawiającą się osobą jest jakaś staruszka, która nie wyglądała na groźną. Może powinna w końcu przestać drgać nerwowo za każdym razem, kiedy usłyszała jakiś głośniejszy dźwięk? Niedługo rzeczywiście będzie bać się własnego cienia, a przecież Anthony zapewniał ją, że w posiadłości Macmillanów nic złego jej się nie stanie, że nikt z jego rodziny jej nie skrzywdzi ani nie wyda. Kto by pomyślał, że kilka miesięcy wojny, życia w nieustannym lęku i konieczności ukrywania się tak ją zmieni i sprawi, że zacznie być taka nerwowa i strachliwa nawet kiedy wcale nie było to konieczne?
Wyprostowała się i pochyliła się nieznacznie do przodu, starając się nie uciec płochliwie wzrokiem. Nie chciała, by krewna Anthony’ego źle sobie o niej pomyślała.
- Dzień dobry, lady Macmillan – przywitała starszą kobietę uprzejmie, by nie wyjść na niegrzeczną i zahukaną, a tak by było, gdyby nadal siedziała wysztywniona i milcząca. Starała się nie okazywać, że wejście kobiety tak mocno zbiło ją z pantałyku, ale dłońmi nieco nerwowo przygładziła materiał skromnej sukienczyny. Ale starsza dama i tak wydawała się nie zwracać na nią większej uwagi, zupełnie jakby Charlie była powietrzem; kobieta zwróciła się do Rii, istnienie alchemiczki pomijając, przynajmniej z początku, bo dopiero po chwili zdecydowała się do niej zwrócić. Wyglądało na to, że chciała porozmawiać z Rią, a Charlie, jako obca, wyraźnie w tym przeszkadzała. Charlie już chciała zaproponować, że sobie pójdzie, ale staruszka postanowiła zabrać Rię ze sobą. – W porządku, rozumiem – pokiwała więc głową. Jeszcze na pewno będzie okazja do rozmowy z Rią, w końcu miała tu zostać przez parę kolejnych dni. I tak się cieszyła, że mogły się spotkać i pogawędzić chociaż trochę, a jako stosunkowo świeża mieszkanka tego miejsca była Weasleyówna na pewno była rozchwytywana i wielu krewnych Anthony’ego chciało ją lepiej poznać. Pożegnała cicho obie, gdy wyszły, a po chwili znowu została w pomieszczeniu sama ze swoimi myślami, ale i tak podniesiona na duchu możliwością rozmowy z dawno nie widzianą znajomą. Nawet jeśli ta była teraz żoną mężczyzny, w którym Charlie była nieszczęśliwie i bez wzajemności zakochana.

| zt.




Best not to look back. Best to believe there will be happily ever afters all the way around - and so there may be; who is to say there
will not be such endings?
Charlene Leighton
Zawód : Alchemiczka
Wiek : 24/25
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
Chciałoby się uciec,
ale nie przed wszystkim się da.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarownica

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t5367-charlene-leighton https://www.morsmordre.net/t5375-listy-do-charlie https://www.morsmordre.net/t5374-alchemiczka-kocia-mama https://www.morsmordre.net/f173-oaza-chata-nr-88 https://www.morsmordre.net/t5388-skrytka-bankowa-nr-1338 https://www.morsmordre.net/t5387-charlene-leighton
Re: Pokój kwiatowy [odnośnik]06.08.21 17:24
3 stycznia 1958


Istnieli tacy, którzy szczerze wierzyli w prawdziwość powiedzenia nowy rok, nowy ja. Dla nich początki stycznia stanowiły idealną okazję do zmian, podejmowania nowych założeń i postanowień oraz gorących prób dotrzymywania tychże. Castor należał jednak do nieco innej kategorii osób — zmiany dostrzegał w każdej sekundzie swojego życia. Nad jednymi rozpaczał, inne przyjmował z niezdolną do wyrażenia w słowach ulgą. Każda jednak zmiana wpływała na niego w jakiś większy lub mniejszy sposób, nigdy nie pozostawiając go obojętnym. Wojna nauczyła wzmożonej czujności, pokazała wyraźne zależności między czynem a konsekwencją, ale również pomogła w zrozumieniu pojęć "odpowiedzialność" i "służba".
Puddlemere przez większość życia kojarzyło mu się ze Zjednoczonymi. Jego absolutnie ulubioną drużyną, której porażki ściskały mu serce w żalu, a zwycięstwa wyrzucały w euforii po same niebiosa. Dziś jednak Puddlemere zdobyło kolejną, może nawet ciekawszą odsłonę w jego umyśle. Możliwość odwiedzenia dworu rodu Macmillan nie przypadała przecież byle włóczykijowi czy przypadkowemu przechodniowi. Los, dziś w osobie lorda Anthony'ego, wyciągał do niego swe ręce i głupotą byłoby nie skorzystać z okazji na zaprezentowanie się z jak najlepszej strony.
Miał już doświadczenie z przebywania na szlacheckich dworach. Nie było ono szczególnie wielkie, lecz Weymouth odwiedzał kilkukrotnie w charakterze gościa najmłodszego lorda Prewett, ostatnimi czasy bywał też i w Dunster Castle, gdzie udzielał lekcji astronomii lady Livii Abbott... Wiedział już, a przynajmniej tak mu się wydawało, w jakim tempie mniej—więcej żyją takie miejsca. Mógłby się więc przesadnie nie denerwować i pozwolić intuicji na zostanie jego dzisiejszą doradczynią, gdyby nie jeden, niewielki szczegół. Z domu wyniósł przecież głęboko zakorzeniony szacunek do szlachty jako takiej, a on zabraniał mu spoczywania na laurach i pozwolenia sobie na przynajmniej chwilę relaksu. Dziś czekała go przecież rozmowa kwalifikacyjna, nie towarzyskie spotkanie przy herbatce i ciastkach. Musiał mieć oczy dookoła głowy, trzymać się na baczności, być uważny, a przede wszystkim zrobić odpowiednie wrażenie!
Ech, dużo to rzeczy dla jednego, młodego Sprouta.
Ale kto, jak nie on?
Pojawił się w dworku o umówionej godzinie. W białej koszuli, która wyparła noszone z umiłowaniem w grudniu swetry, ciemnobrązową marynarką w jaśniejszą kratkę i spodniami w kant do kompletu, świeżo wypastowanymi butami i nawet ułożonymi włosami! Gdy jeden ze służących rodu zjawił się przy jego boku, by odprowadzić go do umówionego miejsca spotkania, Castor nie protestował; zamiast tego podziękował serdecznie za pomoc, uśmiechając się przy tym nawet szeroko. W trakcie wędrówki przyglądał się mijanym salom, korytarzom, po których rozlewało się echo ich kroków, a z każdym kolejnym nabierał tylko pewności, że sam by sobie raczej nie poradził. Jak dobrze było móc na kogoś liczyć!
Gdy drzwi do kwiatowego pokoju otworzyły się, Castor nie mógł powstrzymać się przed wypuszczeniem z siebie zachwyconego westchnienia. Obecne w pomieszczeniu rośliny stanowiły bowiem naprawdę imponujący zbiór, prawdziwą gratkę dla pasjonatów zielarstwa wszelkiej maści! Zauważywszy kilka okazów fioletowych wrzosów, uśmiechnął się do samego siebie z pewnym rozrzewnieniem. Takie same porastały przecież wzgórza obok jego rodzinnego domu, dlatego też domostwo Sproutów nosiło miano Wrzosowiska. Nie on jeden, jak widać, ukochał te kwiaty. Ale to dobrze, to dobrze... Dobrych ludzi zawsze poznaje się po tym, jak reagują na rośliny. Słowa babci Sprout wracały do niego jak boomerang, ale jeszcze nigdy się na nich nie zawiódł.
Nogi same zabrały go w kierunku jednego z białoniebieskich wazonów. W tym najbliższym znajdowały się pastelowe róże. Po samym kształcie ich płatków mógł wywnioskować, że dbał o nie zdolny ogrodnik, taki z powołania. Sama obecność kwiatów, możliwość rozmyślania o tym, jak zajmowano się nimi w ogrodach rezydencji, wystarczyła, by ściągnąć z napiętych stresem ramion Castora ciężar pierwszego zmartwienia nadchodzącą rozmową. Macmillanowie nie mogli być złymi ludźmi. Kornwalia była miejscem względnie bezpiecznym przede wszystkim dzięki ich działaniom. Och, oby lord Anthony nie był wyjątkiem od reguły!


Myślę sobie, zaraz obudzę się.
Lecz im bardziej spadam,
tym bardziej widzę, że
To wszystko chyba nie jest sen.
Castor Sprout
Zawód : Twórca talizmanów, właściciel sklepu "Bursztynowy Świerzop"
Wiek : 24
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
gdzie rzucą kość
będziesz jak szczeniak biegł
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Wilkołak

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t9918-castor-sprout#299830 https://www.morsmordre.net/t9950-irys#300995 https://www.morsmordre.net/t9949-i-will-keep-my-flowers-safe#300972 https://www.morsmordre.net/f177-wybrzeze-exmoor-somerset-wrzosowa-przystan https://www.morsmordre.net/t9952-skrytka-bankowa-nr-2255#301004 https://www.morsmordre.net/t9951-c-sprout#300999
Re: Pokój kwiatowy [odnośnik]10.08.21 21:25
Ciało nie bolało aż tyle, co przed kilkoma dniami, ale ból wciąż był obecny. Nadal wyglądał na zmaltretowanego i zmęczonego, a gojąca się rana na nosie i zmniejszający się siniak w okolicy żuchwy wciąż przypominały mu o tym, co się stało. I nie tylko one. Najbardziej bolały oczy. Od czasu do czasu krwawiły i nie potrafił nad tym zapanować. Nie byłoby to dla niego problematyczne, gdy krew spływała mu po policzkach kiedy był sam… ale co innego było wtedy, kiedy towarzyszyła mu żona, Virginia, Prudence lub jakiejkolwiek lady, nie mówiąc o najmniejszych Macmillanach.
Najgorzej było jednak z jego dumą. Poczucie wstydu i złości było wybuchową mieszanką dla Macmillana. Po pierwsze, wciąż nie mógł pogodzić się z tym jak zdradziła go własna magia. Gdyby nie dwa fatalne w skutkach uroki, które wróciły mu się rykoszetem… na pewno udałoby mu się złapać Friedricha. Po drugie nie mógł pogodzić się z tym, co powiedział i myślał Schmidt. W myślach wciąż dźwięczały mu niektóre zdania, szczególnie te, które pogłębiały poczucie winy w związku ze zdarzeniem sprzed wielu lat. Po trzecie nie mógł pogodzić się z tym, że dał się złamać; że przestraszył się śmierci i zgodził się na układ przeklętego gada. Powinien wtedy umrzeć, po prostu. Niepewność tego, co oczekiwał od niego Austriak zjadała go od środka… a cena jaką miał zapłacić za złamanie umowy mogła być wielka.
Zmęczenie, stres i ból zbierały się w nim i powoli go wykańczały. Nie potrafił tak funkcjonować, a co dopiero pracować. Już przed Nowym Rokiem szukał kogoś, kto byłby godny zaufania i kto pomógłby mu w pracy, ale teraz potrzebował takiego kogoś niemal na gwałt. Potrzebował pomocy, kogoś kto choćby uporządkowałby jego plan i wypełniał część obowiązków. Tylko gdzie mógł znaleźć kogoś zaufanego i sprawdzonego? Tu odpowiedź pojawiła się niedawno.
Na spotkanie ze swoim „kandydatem” wybrał pokój kwiatowy. Nie był tak oficjalny jak gabinet, a on potrzebował zobaczyć ruchy i zachowanie mężczyzny. Nie mógł przecież wpuścić byle kogo do swojego domu. Choć Sproutowie byli, jak mu się zdawało i jak słyszał, całkiem dobrą rodziną, więc tu nie powinien się zawieść.
Gdy tylko skrzat poinformował go o gościu, postanowił przerwać swoje rozmyślania nad książką. Wszedł do pokoju i pierwsze co zrobił, to uważnie przyjrzał się szczupłemu czarodziejowi – być może szczuplejszemu od niego samego. Uwadze nie umknął mu jego ubiór. Cicho zamknął za sobą drzwi.
Dzień dobry – odezwał się. Normalnie by się uśmiechnął… ale niedawne zdarzenia wciąż nie pozwalały mu na radość. Podszedł i wyciągnął dłoń na powitanie. – Proszę usiąść – zaproponował, wskazując na jeden z foteli.
Sam zajął miejsce chwilę później i zamiast rozpocząć rozmowę, zapatrzył się w krajobraz za oknem. Ocknął się po długiej przerwie.
Panie Sprout, jak minęła panu droga? – Zapytał niewinnie, żeby choć trochę rozluźnić czarodzieja przed poważniejszą rozmową. – Wytłumaczę panu, czego bym oczekiwał od pana usług, a później powie mi pan co o tym myśli – zaczął, gdy upewnił się, że wszystko było w należytym porządku. – Potrzebuję asystenta. Kogoś, kto wyręczy mnie przy dokumentacji, wymianie listów i tak dalej, pomoże mi przy produkcji alkoholu, kto towarzyszyłby mi, gdybym musiał udać się do konkurencyjnej destylarni lub browarni. Kogoś, kto będzie w stanie pomóc mi gdybym okazał się niedysponowany… – mruknął, zasłaniając swoje na chwilę oczy, jak gdyby albo przeszkadzało mu światło, albo był zmęczony. – Właściwie potrzebny mi ktoś od wszystkiego i niczego. A przy tym ktoś, kto zdaje sobie sprawę z sytuacji w jakiej się znalazłem i będzie w stanie zachować tajemnicę, jeżeli mu ją powierzę…


Каранфиле, цвијеће моје
да сам Богд'о сјеме твоје.
Ја бих знао гдје бих цвао,
мојој драгој под пенџере.
Кад ми драга иде спати,
каранфил ће мирисати,
моја драга уздисати
Anthony Macmillan
Zawód : Podróżnik i wynalazca nowych magicznych alkoholi dla Macmillan's Firewhisky
Wiek : 32
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Żonaty
Обійми мене, обійми мене, обійми
Так лагідно і не пускай,
Обійми мене, обійми мене, обійми
Твоя весна прийде нехай
OPCM : 17 +1
UROKI : 21 +4
ALCHEMIA : 10
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 8
Genetyka : Czarodziej
Pokój kwiatowy - Page 5 4d6424bb796c4f2e713915b83cd7690217932357
Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t5779-anthony-macmillan https://www.morsmordre.net/t5786-bato https://www.morsmordre.net/t5785-dzisiaj-pije-stara-ognista-ogdena https://www.morsmordre.net/f143-kornwalia-puddlemere-dwor-macmillanow https://www.morsmordre.net/t5790-skrytka-bankowa-nr-1421 https://www.morsmordre.net/t5806-anthony-macmillan
Re: Pokój kwiatowy [odnośnik]10.08.21 21:25
The member 'Anthony Macmillan' has done the following action : Rzut kością


'k3' : 2
Morsmordre
Zawód : Mistrz gry
Wiek :
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Pokój kwiatowy - Page 5 Tumblr_lqqkf2okw61qionlvo3_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Pokój kwiatowy [odnośnik]15.08.21 14:42
Nagłe otworzenie się drzwi wysłało prędki impuls do czujnego umysłu Sprouta. Odwrócił się on niemal natychmiast na pięcie wyczyszczonych porządnie butów, aby następnie stanąć niemal twarzą w twarz z tym, który wszedł do pokoju.
Spodziewał się dojrzeć człowieka dostojnego, może nieco wyniosłego, tak na wzór lorda nestora Abbotta, który pozostawiał za sobą wyraźne ślady powagi, autorytetu i godności. Przyglądając się jednak stojącemu w drzwiach mężczyźnie — krótko, bo krótko, nie potrafił utrzymywać kontaktu wzrokowego zbyt dobrze przy pierwszym spotkaniu, zwłaszcza z gościem z wyższych sfer — nie mógł nie zauważyć siniaka rozlewającego się po żuchwie, czy rany na nosie. Coś niebezpiecznego musiało się mu przydarzyć, żołądek ścisnął się w pierwszej responsie na żal, współczucie oraz stres, lecz nie chciał przekierowywać uwagi na fizyczność człowieka, który w swej wspaniałomyślności zaprosił go na rozmowę do Puddlemere. Zjawił się w zgoła innym celu niż dociekanie, cóż na Merlina doprowadziło lorda Macmillan do takiego stanu.
Nie chcąc więc trwać w niezręcznym milczeniu i zastygnięciu, ukłonił się przed mężczyzną, dość szeroko i głęboko, bo ukłon jak niemal zawsze w podobnych sytuacjach, rozpoczynał się od talii młodego blondyna.
— Dzień dobry, lordzie Macmillan — powiedział głosem spokojnym, może nieco zbyt cichym, lecz obniżony rejestr miał za zadanie uratować Castora od zdradzenia się ze swoimi nerwami. Nie był przecież przerażony tym, że mogłaby się mu stać w Puddlemere jakaś krzywda; nerwowość wynikała raczej ze świadomości podniosłości sytuacji, w której się znalazł, szansy, jaka została przed nim postawiona, dlatego starał się sprawiać wrażenie jak najlepsze i najbardziej profesjonalne. Cóż to za asystent, któremu głos drży w obliczu spotkania z kimś do tej pory nieznajomym i ważnym!
Widząc wystawioną do przywitania rękę, wyprostował się prędko, dbając o poprawną posturę i uniknięcie wchodzącego powoli w nawyk garbienia się. Z przyjemnością zauważył, że lord Macmillan również należał do wysokich mężczyzn, to dobrze, pomyślał sobie, bo jeszcze bardziej niezręcznie byłoby, jakby górował nad swoim przyszłym pracodawcą. Na całe szczęście po samej tylko posturze widać było, który z nich jest lordem w pełnym tego słowa znaczeniu, a kto żywi się kaszą i kapustą. Jeżeli w ogóle miał siłę coś zjeść...
Mimo to chuda dłoń Castora ścisnęła dłoń Anthony'ego, nieszczególnie mocno, ale wystarczająco pewnie, by oddać determinację, z którą zjawił się dziś w pokoju kwiatowym. Usta młodzieńca wygięły się w ciepłym, zadowolonym uśmiechu, gdy zaproponowano mu spoczęcie na jednym z foteli. Nie zwlekał z wypełnieniem prośby, gdyż już niedługo niemal zatonął w miękkości mebla. Fotele w szlacheckich dworkach zawsze zaskakiwały go swymi właściwościami. Ot, niby zwykły mebel, taki jak każdy inny, a jednak po samym siedzeniu czuć było, że przygotowany został z materiałów o zdecydowanie lepszej jakości niż te, które mogła pozyskać niegdyś jego rodzina. Ciekawe, czy gdyby lord Anthony postanowił odwiedzić go na Wrzosowisku, czułby niewygodę nawet w najbardziej ulubionym siedzisku Castora?
Oparłszy dłonie na własnych kolanach, Sprout cierpliwie czekał na rozpoczęcie rozmowy przez, wydawałoby się, pogrążonego w zamyśleniu lorda. Korzystając z okazji, poprawił jeszcze osuwające się w dół nosa okulary, a na rozgrzewające pytanie odpowiedział niemal od razu.
— Nie miałem wcześniej zbyt wielu okazji do odwiedzin w Kornwalii, ale dzisiejsza podróż była zdecydowanie jedną z najmilszych, jakie miałem okazję odbyć w ostatnim czasie, dziękuję — już na pierwszy rzut oka widać było, że z każdym mijającym momentem czuł się Sprout coraz mniej niepewnie. Energiczna odpowiedź była dopiero początkiem, bowiem wraz z zabraniem głosu przez Macmillana, Castor poświęcił mu całą swoją uwagę. Co rusz kiwał głową na znak zrozumienia oraz potwierdzenia, że rozumie kierowane do niego słowa. Wyłaniający się z nich obraz ewentualnych przyszłych obowiązków nie był szczególnie dziwny, pokrywał się w większości z tym, na co sam starał się przygotowywać. Dopiero wzmianka o niedysponowaniu i podążający za nim gest ponownie obudził czujność Castora, ścierając z jego ust wcześniej przybrany przyjazny uśmiech na rzecz pełnego powagi skupienia.
— Wymagania, które lord postawił, są dla mnie całkowicie logiczne i zrozumiałe — zaczął po chwili przerwy, gdy wydawało mu się, że mężczyzna na moment zakończył swój monolog. — Nie byłem co prawda nigdy wcześniej na podobnym stanowisku, jednakże pracowałem niegdyś w biznesie, byłem na terminie w sklepie jubilerskim. Doświadczenie w handlu mam, zapału do nauki mi nie brak, więc może być lord spokojny, że nie tylko prędko nadrobię zaległości, ale także dbać będę o dalszy rozwój w tej dziedzinie.
W chwili przerwy wziął głębszy wdech, na moment oderwał też spojrzenie od chyba zmęczonej postaci Macmillana. Nie chciał go dodatkowo stresować i stawiać w położeniu, w którym musiał udawać, że nic się nie stało. Niech odpocznie chwilę, a Castor poświęci ten czas na przesunięcie wzrokiem po kolejnej części kwiatów zgromadzonej w pokoju.
— Pióro również mam lekkie, więc z wysyłaniem, odbieraniem i odpowiadaniem na listy nie powinno być problemu. Co do lorda... położenia... — trudno było nawet o nim wspominać. Jak ubrać je w słowa, które w pełni oddadzą jego trudność, powagę sytuacji, ale też to, że nie jest to położenie, z którego nie mogli się wydostać? — Wspieramy tę samą sprawę, lordzie Macmillan. Pracowałem już na usługach rodu Abbott z Dunster Castle, wielokrotnie odwiedzałem również Weymouth, choć jako gość młodszego brata lorda nestora Prewett... Tajemnice to również część zawodu asystenta, ich obecności nie da się uniknąć, lecz jestem świadom ciężaru zaufania, które spadłoby na moje barki w przypadku podjęcia przez lorda tej decyzji. To, co zobaczę, usłyszę i czego się dowiem w trakcie wykonywania obowiązków, a także poza nimi, pozostaje wyłącznie w tej rezydencji, do lorda wiadomości. Nigdzie indziej.
Determinacja płynęła nie tylko ze słów młodzieńca, lecz także z jego gestów. Dłonie zacisnęły się lekko w pięści, wciąż oparte o kościste kolana, zaś wagi ściśnięte zostały w wąską kreskę, aż w policzkach Sprouta pojawiły się dwa, niewielkie dołeczki. Był gotów i nie przyjmował nawet możliwości tego, że mógłby zawieść. Nie teraz, nie gdy postanowił poświęcić swe życie dla dobra. Dotychczas wyłącznie szeroko pojętej "sprawy", a niedługo może też dla lorda Macmillan i całej Kornwalii.
— Jest tylko jeden problem. Co prawda nie wiem jeszcze, na ile te doniesienia są prawdziwe, ale... Czytał lord może wczorajsze, ostatnie wydanie Walczącego Maga? — wreszcie spojrzenie szarobłękitnych tęczówek raz jeszcze spoczęło na twarzy Macmillana. Jeżeli czytał, chyba zrozumie, o jaki problem chodzi. Jeżeli nie, Castor gotów był udzielić odpowiednich wyjaśnień.


Myślę sobie, zaraz obudzę się.
Lecz im bardziej spadam,
tym bardziej widzę, że
To wszystko chyba nie jest sen.
Castor Sprout
Zawód : Twórca talizmanów, właściciel sklepu "Bursztynowy Świerzop"
Wiek : 24
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
gdzie rzucą kość
będziesz jak szczeniak biegł
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Wilkołak

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t9918-castor-sprout#299830 https://www.morsmordre.net/t9950-irys#300995 https://www.morsmordre.net/t9949-i-will-keep-my-flowers-safe#300972 https://www.morsmordre.net/f177-wybrzeze-exmoor-somerset-wrzosowa-przystan https://www.morsmordre.net/t9952-skrytka-bankowa-nr-2255#301004 https://www.morsmordre.net/t9951-c-sprout#300999

Strona 5 z 5 Previous  1, 2, 3, 4, 5

Pokój kwiatowy
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach