Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia



Login:

Hasło:

Przetwórnia ryb
AutorWiadomość

Przetwórnia ryb

Świeża ryba, prosto z oceanu. To nie tutaj. Stary, wysłużony budynek stoi w dzielnicy portowej od wieków, trzymając się już chyba tylko dzięki naprawczej magii spajającej go w całość. Najstarsi rybacy dostarczali połów do poczciwej przetwórni na skraju doków. Rodzinny biznes, zaufana hurtownia i wędzarnia zaopatrująca wiele zakątków w stolicy. Robotnicy pracują dzień i noc, w nieszczelnych oknach migają światła, trzeszczą wysłużone maszyny. Powiadają, że wokół budynku unosi się charakterystyczna woń, która wcale nie przywodzi na myśl szerokich, bezkresnych wód. Nad interesem czuwa znana w okolicy rodzina, złośliwi mówią, że wąsaty właściciel nigdy nie postawił stopy na łodzi. Z zewnątrz rybi interes nie wygląda zbyt zachęcająco, ale to ważne miejsce, doceniane przez portową społeczność - nawet jeśli stan ryb pozostawia wiele do życzenia. Kto szuka roboty, zawsze ją w tym miejscu odnajdzie, ale to ciężka fucha i kiepsko płatna, choć czasami, gdy nikt nie patrzy, uda się zgarnąć parę ryb.
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : 99
UROKI : 99
ALCHEMIA : 99
UZDRAWIANIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Przetwórnia ryb Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki

Powrót do góry Go down

11 grudnia 1957
Srebrzyste płatki śniegu wirowały w powietrzu, kiedy wychodził z przetwórni ryb, gdzie zostawiał wiadomość dla chłopca z Parszywego Pasażera, zimny wiatr drażnił policzki. W powietrzu unosił się podgniły zapach ryb bijący po części od pobliskiej rzeki a po części od samej przetwórni. Przy głównej ulicy tańczyły płomienie przydrożnych palenisk, nad którymi można było ogrzać dłonie i od których biła ciepła przyjemna aura. Gruba kurtka zapięta pod szyję nie chroniła zaczerwienionych na mrozie policzków, nie miał rękawiczek, nagie dłonie szukały ciepła głęboko w kieszeniach. Schował brodę w kołnierz, wychodząc na odśnieżony chodnik, nie planując rozglądać się wokół, gdy przy ogniu dostrzegł Sophie. Zatrzymał na niej spojrzenie na dłużej, ta cała policyjna ustawka wyłączyła Parszywego Pasażera z użytku na dłużej, zabierając pracę również Sophie. Nie mogła się sprzedawać w tawernie, znalazła inną czy była teraz na ulicy? Zimą, biedna dziewczyna. To ci ludzie jej to zrobili. Robili to im wszystkim, nie bacząc na nic, bo dla bogatych nie znaczyli nic. Dla władzy nie znaczyli nic. Ta czy tamta, w zasadzie zawsze tak było.
- Sophie - przywitał się z nią, podchodząc bliżej. Nie wyciągnął rąk z kieszeni, bo było zbyt zimno, stanął jednak naprzeciw niej, przy palenisku, pobieżnie rozglądając się wokół, było południe i wyglądało na to, że zostali tutaj sami. Nie widzieli się od tamtego wieczoru, a właściwie poranka, bo noc przespał u niej, ale przecież przeprosił ją za wszystko z samego rana. Nie wyglądała wtedy na złą, a teraz? - Dobrze cię widzieć. Wszystko gra? Jak żyjesz? - zapytał, wyginając lekko usta w ciepłym uśmiechu. Jej obecność nie peszyła tak bardzo jak za pierwszym razem, była zresztą wtedy bardzo miła. Zmartwienie przemknęło jednak przez jego twarz grymasem, problemy ostatnich dni nie przestawały go trapić i chyba nie do końca wiedział, jak wziął się za ich rozwiązanie. Dostrzegał w ich spotkaniu nieprzypadkowość, którą chyba zamierzał wykorzystać. Czy robił się cyniczny?

[bylobrzydkobedzieladnie]


jeszcze w zielone gramy jeszcze nie umieramy, jeszcze się nam ukłonią ci co palcem wygrażali



Ostatnio zmieniony przez Marcelius Sallow dnia 28.06.21 0:58, w całości zmieniany 1 raz
Marcelius Sallow
Zawód : Akrobata
Wiek : 20
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
a gniew twój bezsilny niech będzie jak morze ilekroć usłyszysz głos poniżonych i bitych
OPCM : 6
UROKI : 4
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 40
SPRAWNOŚĆ : 20
Genetyka : Czarodziej

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t8833-marcelius-sallow#263287 https://www.morsmordre.net/t8838-marcelius-sallow#263482 https://www.morsmordre.net/t8835-marcelius-sallow#263320 https://www.morsmordre.net/f319-arena-carringtonow-wagon-7 https://www.morsmordre.net/t8839-skrytka-bankowa-nr-2088#263495 https://www.morsmordre.net/t8841-marcelius-sallow#263502

Powrót do góry Go down

Było zimno. Paskudnie zimno. Boleśnie zimno. Słodka Sophie przestępowała z nogi na nogę, drżąc z chłodu: na sobie miała jedynie cieniutki płaszczyk, dobry może na deszczowy dzień w czerwcu, a nie na mroźny grudzień, pod nim zaś jedynie skórzany gorsecik i długą spódnicę z rozcięciem do połowy uda. Głowę chroniła tylko burza rudych loków, przystrojona padającym śniegiem. Niedawno opuściła ciepły magazynek sklepiku alchemicznego, na zaplecze którego poprowadził ją jeden z klientów, potrafiący otwierać tamtejsze zamki, lecz tych kilkanaście minut wystarczyło, by przemarzła do szpiku kości. Starała się rozgrzać tuż przy jednym z koksowników, pocierając zgrabiałe dłonie nad płomieniami - nad którymi zobaczyła w końcu jasne włosy oraz znajomą twarz.
- Marceliusie, jak dobrze cię widzieć! Zniknąłeś wtedy tak szybko, tak niespodziewanie... - powitała go z autentyczną radością, całując jowialnie w oba policzki. Liczyła na weselsze zakończenie tamtego wieczoru, lecz cóż, obydwoje byli zbyt pijani. A ona, gdy nadeszła trzeźwość, pojęła, że z takim nastawieniem przyjmowania w swym łożu mężczyzn za darmo nie zarobi nawet na coraz droższy chleb. - Tak szczerze, mój śliczny chłopcze, to nie za dobrze...Pogoda pod psidwakiem, ręce pełne roboty, nie mam też praktycznie co do ust włożyć... - odparła cicho, posmutniała, lecz nawet opowiadając o trudach codzienności nie mogła powstrzymać się od dość prymitywnego wtrącenia żartobliwych aluzji. Zachichotała, lecz śmiech bliski był raczej budzącemu litość skrzekowi niż faktycznemu wybuchowi wesołości. - Nadeszły przykre czasy. Niedobre. Gorsze niż co roku, o tej porze. Myślałam, że gorzej być nie może, ale Parszywy Pasażer...Ech, Marcelu, mam nadzieję, że ty dźwigasz na tych ramionach nieco mniejszy ciężar - pomimo smutku i chłodu, uśmiechnęła się do niego, odsłaniając pożółkłe, ale zaskakująco równe zęby, przypominając sobie jednocześnie, jak miło było zasnąć obok barczystego młodzieńca w swoim dawnym łóżku. Chciałaby cofnąć się do tych chwil. Bezpiecznych, ciepłych, swojskich. Tak odległych i wydających się niemożliwymi z perspektywy lodowatego grudnia.


I show not your face but your heart's desire
Ain Eingarp
Zawód : Wielość
Wiek : nieskończoność
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
I show not your face but your heart's desire.
OPCM : 0
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
Genetyka : Metamorfomag
Przetwórnia ryb 3baJg9W
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f47-sowia-poczta http://morsmordre.forumpolish.com/f5-powiazania http://morsmordre.forumpolish.com/f55-mieszkania http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki

Powrót do góry Go down

Uśmiechnął się - ciepło, tak po prostu  - kiedy wypowiedziała jego imię. Nigdy nie oceniał jej przez pryzmat tego kim była, jego oceniano wystarczająco często. Był cyrkowcem, czy miał jakiekolwiek, najlichsze chociaż prawo czuć się od niej lepszym? Chyba nie bardzo. Nie spędził tamtej nocy z nią, spędził ją obok niej, nie zamierzając wykorzystywać pijanej dziewczyny, nie miał się przecież czego wstydzić.
Wszystkim jest teraz ciężko - mruknął wymijająco, było mu znacznie łatwiej niż jej, dzięki panu Carringtonowi miał znacznie więcej niż ulicę. Ciepły kąt, otwartą kuchnię, posiłki każdego dnia. Dotychczas nie rozpatrywał tego w kategorii luksusu, ale z biegiem kolejnych miesięcy rzeczywiście wydawało się to być coraz bardziej luksusowe. - Nie chciałem cię budzić. Twardo spałaś, musiałaś być bardzo zmęczona - odparł, unosząc ku niej błękitne tęczówki oczu. - Przepraszam, że zwaliłem ci się na głowę. Chyba wypiłem trochę za dużo, nieczęsto to robię. - To ona go tam zaciągnęła, przecież pamiętał. Ale chyba przeprosić i tak wypadało, czasem miał wrażenie, że zdecydowanie za mało czarodziejów traktowało ją z szacunkiem. Uśmiechał się dalej, kiedy ucałowała go na powitanie, nie ruszając się ani o krok. - Bojczuk... - zaczął, ale urwał, przypominając sobie, że jego przyjaciel wciąż był w więzieniu. Ze smutkiem przemknął wzrokiem po płomieniach, obydwoje go znali, z Sophie znał się znacznie lepiej niż on. Szlajał się po dokach co noc, z nią pewnie też spędził niejedną, a tamtego wieczoru to Johnny go upił. Westchnął. - Słuchaj, Sophie... Bojczuk chyba nie wyjdzie z Tower, wiesz? Wypuścili już wszystkich, on tam dalej jest. On, Hagrid, Celine... - Pokręcił głową. - Celine służyła u Blacków, wiedziałaś? Byłem u jej pani, pomyślałem, że wyproszę dla niej łaskę. Zawsze wypowiadała się o niej tak dobrze. Znalazłem jej rzeczy wyrzucone do śmietnika, a ta suka poszczuła mnie psami za samą prośbę. Chciała, żebym zgnił w pierdlu razem z nią. Jak bardzo trzeba nie mieć serca, żeby potraktować w ten sposób kogoś, dla kogo jest się całym światem? - Celine była wpatrzona w Aquilę. Ostrzegał ją, ale nie słuchała.


jeszcze w zielone gramy jeszcze nie umieramy, jeszcze się nam ukłonią ci co palcem wygrażali

Marcelius Sallow
Zawód : Akrobata
Wiek : 20
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
a gniew twój bezsilny niech będzie jak morze ilekroć usłyszysz głos poniżonych i bitych
OPCM : 6
UROKI : 4
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 40
SPRAWNOŚĆ : 20
Genetyka : Czarodziej

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t8833-marcelius-sallow#263287 https://www.morsmordre.net/t8838-marcelius-sallow#263482 https://www.morsmordre.net/t8835-marcelius-sallow#263320 https://www.morsmordre.net/f319-arena-carringtonow-wagon-7 https://www.morsmordre.net/t8839-skrytka-bankowa-nr-2088#263495 https://www.morsmordre.net/t8841-marcelius-sallow#263502

Powrót do góry Go down

Sophie machnęła zmarzniętą ręką tak zamaszyście, że aż opadające z nieba płatki śniegu zawirowały wokół jej niezdrowo bladej twarzy. Wzruszała ją rycerskość tego chłopca: właściwie nikt wcześniej nie traktował jej z takim szacunkiem i troską, nawet Bojczuk odnosił się do niej bardziej rzeczowo, czasem bywając na swój artystyczny sposób obscenicznym. - Nic się nie stało, słodziutki. Ale miło było razem spać, prawda? - zapytała przymilnie, choć zapewne chrapała i rozpychała się na wąskim łóżku. Tego jednak nie pamiętała, gotowa oddać wiele, by znów znaleźć się w swoim ciepłym, maleńkim pokoiku. Z kimś, kto zdawał się naprawdę ją lubić. Kichnęła gwałtownie, aż wątłe ramiona zadrżały pod łopoczącymi na wietrze rękawami płaszczyka. - Daj spokój, było miło. I mam nadzieję, że to się kiedyś powtórzy... - zaproponowała, trzepocząc kokieteryjnie rzęsami, ale ten podniosły nastrój szybko opadł. Była zbyt zmęczona i głodna, by móc bałamucić tego umięśnionego cyrkowca, zwłaszcza, gdy poruszał tak ciężkie tematy.
Westchnęła ciężko, rozdzierająco, a Marcela musiał owionąć jej pachnący niezbyt świeżym alkoholem oddech. - Wiem. Ale się porobiło, co nie? Nienawidzę tych paskudnych gnomów z ministerstwa i magicznej policji! - wychrypiała zezłoszczona, gotowa splunąć do koksownika, ale powstrzymała się, pochylając się nad źródłem ciepła jeszcze bardziej. Kojarzyła osoby, o których wspominał Marcel, oczywiście, że tak; wszyscy byli przecież dziećmi portu, krążącymi niczym ćmy wokół barów i Parszywego Pasażera. Pokiwała ze smutkiem głową, okazując sekundę później zdziwienie: wiedziała, że ta naiwna Celine służyła u lordów, chociaż początkowo wątpiła w te informacje, sądząc, że dziewczyna gada bzdury. Kto zatrudniłby dziewuchę spośród ich znajomych? - No coś ty! Ta, która dała jej pracę? Ta, o której tak dobrze się wypowiadała? To...to potworne - wyjąkała, zdziwiona, odrobinę, nie śmiertelnie. - Te pieprzone ramory jedzą nas żywcem...Jakby mało im było śmierci, mordowania i niesprawiedliwości! - w jasnych oczach Sophie zalśniły łzy przejęcia. - Stara, paskudna raszpla...A biedna Celine gnije z jakimiś obdartusami...Merlin wie, co jej tam robią - spierzchnięte usta wygięły się w podkówkę, a Sophie objęła się ramionami. Marcel otwierał jej oczy na naprawdę przykre fakty, czyniące ten smutny dzień jeszcze okropniejszym.


I show not your face but your heart's desire
Ain Eingarp
Zawód : Wielość
Wiek : nieskończoność
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
I show not your face but your heart's desire.
OPCM : 0
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
Genetyka : Metamorfomag
Przetwórnia ryb 3baJg9W
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f47-sowia-poczta http://morsmordre.forumpolish.com/f5-powiazania http://morsmordre.forumpolish.com/f55-mieszkania http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki

Powrót do góry Go down

Na krótko otworzył usta, zbierając myśli, szukając odpowiedzi, by ostatecznie przytaknąć krótkim kiwnięciem głowy, Sophie była miła, nie chciał jej urazić, ale śpiąc obok odważnej dziewczyny czuł się rankiem co najmniej nieswojo. Niekoniecznie też tęsknił za jej łóżkiem, w swoim wysypiał się lepiej. Tego, że Sophie pochrapywała i dużo się wierciła, nie odnotował aż do rana, kiedy się przebudził. Był zbyt pijany, żeby to poczuć wcześniej, spał jak dziecko.
- Jasne - odparł w końcu z pewnym zakłopotaniem, mając chyba nadzieję, że nie wrócą już do tego tematu. - Następnym razem - brnął, bo nigdy nie był dobry w mówieniu nie. Nie chciał sprawić jej przykrości. Ale chyba nawet Sophie spostrzegła, że cięższe tematy wymagały większej powagi - a mieli o czym rozmawiać. Nieświeży oddech Sophie go nie przerażał, nawet jeśli sam nie pił dużo, to cyrkowcy nie należeli do szczególnie uprzywilejowanej czy też kulturalnej grupy społecznej. Był z tym obyty, w cyrku, w porcie w ogóle. Zresztą na tle wszechobecnego rybiego zapachu nieświeży oddech nie pachniał aż tak źle.
- Ciszej, Sophie - zwrócił się do niej, oglądając się przez ramię, wzdłuż i wszerz ulicy, upewniając się, że nikt nie słyszał jej słów. Może i tutaj nie były niczym dziwnym, nowa władza nie była popularna, ale przerażała nieprzerwanie. A policyjne patrole - mogły zrobić z nimi, co tylko chciały, zwłaszcza za podobne słowa. - Nigdy nie wiesz, gdzie stoją - mówił dalej, nachylając się mocniej nad ogniem, by słowa mogły dostać się do niej tylko szeptem. Kiwnął głową, przytakując. - Była jej oddana. Lojalna. I co dostała w zamian? Cały czas o niej myślała, ufała jej... do ostatniej chwili, nawet nie próbowała uciekać przed policją. Pewnie była pewna, że ta panna ją stamtąd wyciągnie. - I jego oczy błysnęły niespokojnie, kiedy wspomniała o tym, co mogli robić z Celine w więzieniu. Wolał to wypierać, nie myśleć o tym, ale sama myśl o sfrustrowanym i niewyżytym strażniku więziennym i pięknej pogubionej wili wydała mu się nie tylko okrutna, ale i obrzydliwa. Czuł wstręt do nich wszystkich, dało się go wyczuć z brzmienia jego głosu.
- Nikt się tak nie zachowuje. Nikt tak po prostu nie wyrzuca służby z domu jak bezdomnego psa, nikt tak po prostu nie zostawia swoich ludzi na pastwę... - Zabrakło mu słów, jak określić te wszystkie psy, strażników, policjantów, czerpiących teraz pewnie sadystyczną radość z upodlenia Celine? - Sophie - przerwał, wypowiadając jej imię. - Wiesz, że ta sama wiedźma, Aquila Black, będzie niedługo organizowała tę akcję na placu Connaught Square? Ma rozdawać jedzenie, za darmo. - Mówiła, że była głodna. Wszyscy dzisiaj byli głodni. - Tam, na placu egzekucyjnym. Czy to nie mówi wystarczająco wiele o niej jako o człowieku? Ludzie będą deptać po krwi ściętych ofiar szukając marmolady. - Czy w ogóle można było się wykazać jeszcze większą pogardą wobec ludzkiego życia? - Myśli, że tyle wystarczy. Rzucić nam ochłap ze swojego suto zastawionego stołu i na pstryknięcie palca zostanie królową ludzkich serc. Wykaże się dobrocią i wrażliwością, tak potrzebną w trakcie wojennej zawieruchy. Może by to nawet zagrało, gdyby nie to, że my znamy prawdę. Sophie... - Umilkł na chwilę, zbierając myśli. To było trochę niezręczne. - Masz... masz klientów, prawda? Bojczuk mówił - Że całkiem sporo, że znają cię tu wszyscy, o tym drugim akurat wiedział. - Kiedy był jeszcze wolny - Ale już nie jest. Zaczynał myśleć chaotycznie. - Przepraszam, oni... słuchasz ich czasem, prawda? Znasz? Wiesz, przy których... można mówić. Myślisz, że jesteś w stanie ich ostrzec? Przed nią? Przed tym, co może się tam stać? Biorąc pod uwagę to, co zrobiła Celine, co próbowała zrobić mi, to... to może być nawet zasadzka. Przygotowana łapanka. Jeśli... jeśli jesteś w stanie kogoś ostrzec, przekazać tym ludziom, żeby tam nie szli, żeby byli ostrożni, opowiedzieć im, jaka ona jest naprawdę, czy mogłabyś? - Proszę? Nie dla mnie, dla nich. Dla siebie. Dla wszystkich właściwie, nikt nie lubi być oszukiwany. - Nikt nie powinien czuć wdzięczności za to, co zrobiła. To żadna dobroć, czyste wyrachowanie. Podłość. Tylko maska, ona nie jest godna niczyjego zaufania. Tacy jak my nic dla niej nie znaczą. - Odetchnął głębiej, wyrzucając z siebie najtrudniejsze słowa. - Ona próbuje się podlizać ulicy, Sophie. Niech ulica przemówi swoim głosem - W jego - pobrzmiewała zapalczywość i determinacja. Nie próbował namawiać nikogo do buntu, to skończyłoby się rzezią, ale nikt nie mógł ich zmusić do zbierania żałosnych ochłapów z pańskiego stołu - i jeszcze dziękowania za okazaną dobroć.


jeszcze w zielone gramy jeszcze nie umieramy, jeszcze się nam ukłonią ci co palcem wygrażali

Marcelius Sallow
Zawód : Akrobata
Wiek : 20
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
a gniew twój bezsilny niech będzie jak morze ilekroć usłyszysz głos poniżonych i bitych
OPCM : 6
UROKI : 4
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 40
SPRAWNOŚĆ : 20
Genetyka : Czarodziej

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t8833-marcelius-sallow#263287 https://www.morsmordre.net/t8838-marcelius-sallow#263482 https://www.morsmordre.net/t8835-marcelius-sallow#263320 https://www.morsmordre.net/f319-arena-carringtonow-wagon-7 https://www.morsmordre.net/t8839-skrytka-bankowa-nr-2088#263495 https://www.morsmordre.net/t8841-marcelius-sallow#263502

Powrót do góry Go down

Chętnie pociągnęłaby temat kolejnego razu, lubiła przecież uciekać od brzydkiej rzeczywistości w krainę marzeń, ale sugerujący ostrożność ton Marceliusa sprawił, że wygięła usta w jeszcze głębszą podkówkę, również nerwowo rozglądając się dookoła. Niepotrzebnie, pogoda była parszywa, przechodnie, jeśli w ogóle się pojawiali, przemykali szybciutko pomiędzy jednymi drzwiami a drugimi, by przebywać na lodowatym powietrzu jak najkrócej. Stali więc we dwoje w białej zadymce, rozświetlonej płomieniami wydobywającymi się z żelaznego kociołka, pozwalającego przetrwać na nieznośnym, grudniowym chłodzie. - Była bardzo naiwna. Głupiutka dziewczyna. Im nie można ufać. Właściwie - nikomu obcemu, tylko swoim, tylko nam - wyszeptała, ze smutkiem wpatrując się ponad ogniem w przejętą twarz Marcela, wysłuchując tego, co miał jej do powiedzenia. Czy Celine znaczyła dla niego aż tak wiele, że przejął się jej losem? Obydwoje byli młodzi i ładni, jeszcze niepoturbowani trudami życia, jeszcze wierzący też w dobro innych czarodziejów. - Robią tak, kochany, robią tak wszyscy z wyższych sfer - weszła mu w słowo ze smutkiem. Ci, którym powiodło się w życiu lepiej, byli po prostu paskudni, pełni pogardy i wstrętu. - Słyszałam o tym - odparła szeptem na wieści o akcji rozdawania żywności; plotkowało się o tym wśród biedoty, lecz nie tylko. Trudności w zdobyciu pożywienia narastały z każdym tygodniem, a zbliżający się okres świąt tylko nakręcał związaną z tym panikę. - Sama myślałam, że się tam wybiorę... - dodała szeptem, nieco wstydliwie, zagryzając dolną wargę. Miała maleńkie zapasy, ale potrzebowała przecież więcej. Więcej chleba, więcej ciepłej zupy, więcej ziemniaków, które mogły pomóc przetrwać najcięższy czas zimy, ten przecież dopiero miał nadejść. Prymitywne pragnienie zapewnienia sobie nieco lepszego bytu przegrywało jednak z przejęciem historią opowiadaną przez Marcela. Oni, ludzie portu, ale też zwykli Londyńczycy, powinni trzymać się razem. - Postaram się. Nie wiem, czy będą mnie słuchać, ale...to często dobrzy ludzie, tylko trochę zagubieni. Na pewno bardziej podziała na nich sugestia, że to może być pułapka...Są przecież zdolni do okropnych rzeczy - odparła w końcu szeptem, posmutniała, posępna, w jeszcze gorszym nastroju. Słowa Marcela padły na podatny grunt, Sophie zaczęła myśleć o tym, co mogło ponownie stać się na Connaught Square, w miejscu, w którym doszło do tej okropnej egzekucji, o jakiej nawet nie chciała myśleć. Pociągnęła nosem, przenosząc wzrok w płomienie. - Nie chcemy ich litości. Mamy swoją dumę - dodała jeszcze, jakby chcąc przekonać samą siebie, że nie oddałaby honoru za garnek ciepłej strawy.


I show not your face but your heart's desire
Ain Eingarp
Zawód : Wielość
Wiek : nieskończoność
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
I show not your face but your heart's desire.
OPCM : 0
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
Genetyka : Metamorfomag
Przetwórnia ryb 3baJg9W
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f47-sowia-poczta http://morsmordre.forumpolish.com/f5-powiazania http://morsmordre.forumpolish.com/f55-mieszkania http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki

Powrót do góry Go down

Skinął powoli głową, Sophie go nie zawiodła, Sophie wiedziała, znała prawdę, rozumiała, jak wyglądała rzeczywistość. Aquila mogła mieć pieniądze, ale to nie sprawiało bynajmniej, że była w stanie też rozpoznać i zrozumieć ich problemy. Problemy normalnych ludzi, tych najbiedniejszych. Był jednym z nich, potraktowała go okrutnie i niesprawiedliwie. A teraz - chciała się im otwarcie podlizywać, sądząc, że starym chlebem kupi ich miłość. Niedoczekanie. Nie zamierzał na to pozwolić.
- Próbowałem ją ostrzec tyle razy, Sophie - odpowiedział, nieco markotnie - dlaczego nigdy nie próbowała go usłyszeć? Zrozumieć? Jak mogła wierzyć w dobrą duszę kogoś o tym nazwisku? Ludzie bali się Blacków nie bez powodu, trzymali w szachu całe miasto. Ale nie trzymali go dlatego, że ludzie odczuwali względem nich jakąkolwiek wdzięczność. To nie miało ulec zmianie. - Omamiła ją. A teraz próbuje omamić nas - stwierdził, bez entuzjazmu, ale z powagą, unosząc znów spojrzenie ku jej oczom. - Myśli, ze jesteśmy jak zwierzęta. Ale my jesteśmy ludźmi, jak ona, w jej żyłach tak samo jak w naszych płynie krew czerwona. - Błękitna była tylko wyświechtanym frazesem powtarzanym zbyt wiele razy. Z trudem powstrzymywał się przed podniesieniem tonu głosu, raz po razie rozglądając się wokół - żeby upewnić się, że nikt go nie słyszy. - Nie idź tam. To... już pomijając to, że ta suka pomyśli, że jesteś jej wdzięczna, to może być zwyczajnie niebezpieczne. Ja... wiesz, znalazłem coś - Wsunął dłoń do kieszeni, by wyjąć z niej zmiętą kopertę, wręczył ją dziewczynie. - Pełno tego na ulicy ostatnio, widziałaś? Cholera ich wie, może te ich posiłki naprawdę będą ze skazańców. Może chcą nas tu wszystkich zatruć? Przecież też tylko brudzimy to miasto - żachnął się, kręcąc głową z niesmakiem. - Pomyślałem, że... że możesz to pokazać komuś. Opowiedzieć o tym, jaka ona jest. Celine będzie tu pewnie pamiętało wielu, tańczyła na ulicy. - Determinacja wciąż płonęła w jego spojrzeniu, patrzył na nią naglącą, wzrokiem, który nie chciał przyjąć sprzeciwu. Pełnym nadziei, wiary szczerze pokładanej właśnie w niej. - Uważaj na siebie, pokaż to tylko tym, o których wiesz, że są pewni. Jeśli ktoś zapyta, powiesz prawdę, te listy można po prostu znaleźć na ulicy. Dzięki tobie więcej czarodziejów będzie mogło je zobaczyć. Może kogoś ocalisz. A na pewno pomożesz zachować nam dumę. Nie pozwólmy, żeby ta bogata suka na nas pluła - Nieprzerwanie patrzył w jej oczy, w słowach płynęła pasja - pasja rewolucjonisty, który zginie na barykadzie. - I nie udawajmy, ze to tylko deszcz, kiedy to robi - zakończył gorzko. - Dziękuję, Sophie. To miasto ci dziękuje. Ulica My wszyscy, ocalisz niejednego.

List przekazany Sophie:


Do każdego, komu życie miłe

-->Connaught Square jest miejscem, w którym każdy z nas może stracić życie - i miejscem, w którym wielu z nas straciło bliskich.

Aquila Black drwi z naszych żyć, przychodząc w najbardziej uciążliwy miesiąc roku i dla własnej uciechy rozdawać jedzenie nam, którzy nie mamy go pod dostatkiem. Rozdaje jedzenie w miejscu, w którym morduje nas i z uciechą chce patrzeć jak zniżamy się i upadlamy tylko po to, aby dostać kawałek chleba - coś, czego osoby pozbawione życia nie doświadczą, a do których możemy dołączyć.

Szlachta nie ma szlachetnych serc - szuka sposobu, aby wyplenić i zabawić się kosztem tych pod nimi. Musimy zadbać o swoje bezpieczeństwo i nie pozwolić, aby drwiono w taki sposób z miejsca, w którym każdy z nas może stracić życie za niewinność.

Fałszywa dobroczynność może być zasadzką do masowej egzekucji i rzeźni. Ostrzeżcie rodziny i przyjaciół - nie ufajcie zupie z trupa.


jeszcze w zielone gramy jeszcze nie umieramy, jeszcze się nam ukłonią ci co palcem wygrażali

Marcelius Sallow
Zawód : Akrobata
Wiek : 20
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
a gniew twój bezsilny niech będzie jak morze ilekroć usłyszysz głos poniżonych i bitych
OPCM : 6
UROKI : 4
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 40
SPRAWNOŚĆ : 20
Genetyka : Czarodziej

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t8833-marcelius-sallow#263287 https://www.morsmordre.net/t8838-marcelius-sallow#263482 https://www.morsmordre.net/t8835-marcelius-sallow#263320 https://www.morsmordre.net/f319-arena-carringtonow-wagon-7 https://www.morsmordre.net/t8839-skrytka-bankowa-nr-2088#263495 https://www.morsmordre.net/t8841-marcelius-sallow#263502

Powrót do góry Go down

Sophie przeniosła ciężar ciała z nogi na nogę, chcąc nieco się rozgrzać oraz chociaż w ten sposób pozbyć nagromadzonego napięcia. Myślała, że spotkanie Marcela poprawi jej humor, będzie jakąś miłą odmianą po mroźnych dniach pełnych niepokoju, lecz zamiast radości kontaktu z tym przemilutkim cyrkowcem, otrzymała tylko więcej smutku, a lista trosk wydłużyła się o kolejną pozycję. Nienawidziła szlachty, nienawidziła tych wszystkich bogaczy, czasem mijała ich domy, rozświetlone, ciepłe, a okna wydawały się portalem do innego świata, który zabrano takim jak ona: biednym. Im gorzej działo się w Londynie - a ostatnio poprzeczka ta zawisła żenująco nisko - tym większy gniew czuła, była jednak zbyt słaba, by się postawić lub zorganizować. Po prostu chwytała się życia, każdej szansy na to, by mieć pełen brzuch i dach nad głową. Jednak słysząc słowa Marcela i obserwując ulotkę, jaką wyciągnął zza pazuchy, poczuła, że dalej tak nie może. Że chociaż w ten sposób, rezygnując z płaszczenia się przed brzydką raszplą z wyższych sfer, okaże swój sprzeciw. - Ohydny ten obrazek, niedobrze mi - mruknęła, bo oddane z precyzją gałki oczne, łypiące na nią z rysunku, budziły nawet w tak hardej czarownicy obrzydzenie. Ale ci parszywcy byli zdolni do wszystkiego. Mordowali jak chcieli i kiedy chcieli, co więcej, robili z egzekucji publiczną rozrywkę. - Na pewno przekażę to wśród moich...koleżanek. One też planowały wybrać się po jedzenie. Powinnam je ostrzec... - powiedziała cicho, odgarniając za ucho kosmyk brudnych, ale dalej intensywnie rudych, włosów. Obracała jedną z ulotek w dłoniach, po czym odebrała od Marcela kopertę i schowała ją w najbezpieczniejszym miejscu, pod pasem pończoch. Łatwo było do niego sięgnąć pod prowizorycznym okryciem. - Moich klientów nie obchodzą jakieś tańczące dziewczęta, o ile nie tańczą na ich fiucie - dorzuciła w typowym, wulgarnym slangu ulicznic, chcąc nieco sprowadzić Marcela na ziemię. Był taki poruszony, gniewny, wojowniczy. Nawet się jej to podobało, ale zbyt długo cierpiała na tym świecie, by uwierzyć, że takie podejście coś zmieni. - Ale na pewno nie będą chcieli jeść tych paskudztw. Ani nadstawiać własnego tyłka do wyruchania jakiejś nadętej szlachciance - ciągnęła, drapiąc się po piegowatym nosie. Kichnęła znowu. - I tak to im przedstawię. Nie dla ludzi portu wzniosłe ideały, Marcelu - westchnęła ciężko, trochę smutno, po czym poklepała go po ramieniu. Dotrze do tych ludzi, jak może, porozsiewa informacje, zasieje ziarno wątpliwości i lęku. - Ale czas to pieniądz, mój słodziutki, powinnam rozejrzeć się za klientem. Chyba, że ty...? - mrugnęła do niego zawadiacko, wspaniałomyślnie oferując mu pierwszeństwo, którego w tej chwili nawet nie chciała. Przygasła, posmutniała, w głowie mając wiele posępnych myśli.


I show not your face but your heart's desire
Ain Eingarp
Zawód : Wielość
Wiek : nieskończoność
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
I show not your face but your heart's desire.
OPCM : 0
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
Genetyka : Metamorfomag
Przetwórnia ryb 3baJg9W
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f47-sowia-poczta http://morsmordre.forumpolish.com/f5-powiazania http://morsmordre.forumpolish.com/f55-mieszkania http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki

Powrót do góry Go down

Takich jak ona było w tym mieście pełno - rozgniewanych i niezadowolonych, ale zastraszonych, za mało odważnych a może zwyczajnie za mało idealistycznych, by samemu spróbować sprzeciwić się władzy. Nigdy nie oczekiwałby od niej bohaterstwa, ale to nie o nie prosił - a o to, by prawda zawisła nad tą suką jak ostrze kata, by jej obłudne gry nie odniosły upragnionego przez nią efektu, chciał jej przeszkodzić. Rozdawnictwem jedzenia usiłowała zrównać sobie najbiedniejszych, ulicę, ale oto ulica miała przemówić: że nie chce łaski bogatej panny, która odleciała od rzeczywistości tak daleko, że skłonna była uwierzyć, iż plac egzekucyjny zacznie kojarzyć się dobrze dlatego tylko, że rozda na nim starą szynkę. Wszyscy w mieście znajdowali się w szachu, połowa kraju była teraz w szachu. Ale nie znaczyło to wcale, że nie mieli swojej dumy. Godności. Rozumu. Aquila Black próbowała ich z niego obedrzeć, traktując jak bezwolne istoty których podstawowe potrzeby wystarczy zaspokoić, żeby zyskać wdzięczność. Niedoczekanie.
- Ohydne jest to, co robią - odparł bez zawahania, nieugięcie, obrazek rzeczywiście był obrzydliwy, Eve przeszła samą siebie: doskonale podkreślał pomysł Thomasa i miał możliwość przemówić do większej ilości ludzi. I najwyraźniej przemówił już do samej Sophie. Jej dalsze słowa zabrzmiały brutalnie, ale prawdziwie; Marcelem kierowały wzniosłe idee, był naiwny, jeszcze nie wiedział, że nie wie wszystkiego o świecie. Zgorzkniali marynarze snujący się nad cuchnącymi brzegami Tamizy mieli znacznie bardziej praktyczne podejście do życia. - I o to chodzi, Sophie - przytaknął, wciąż z ogniem płonącym w oczach, gdy zapewniła go przekazać te informacje dalej. - I dla Bojczuka - uzupełnił jej słowa z mocą, pewien, że kto jak kto, ale Sophie i jej koleżanki kojarzyły go najlepiej. - Dziękuję - Nie zawahał się ani chwili, gdy rzucił się jej na szyję w podzięce, mocno ją ściskając. - Daj im to - szepnął do niej w tym uścisku, dyskretnym ruchem przekładając do jej kieszeni więcej ulotek. - Wszędzie to teraz leży, ale nie niech mają pod ręką. Będą mogły pokazać ludziom. Tylko proszę, powiedz im, żeby były ostrożne. Niech nie pokazują tego nikomu, komu nie ufają. - Ulica mogła trzymać się razem, ale nigdzie tak jak tutaj nie było równie łatwo dostać nożem w plecy. Przecież o tym wiedział. Mówił szeptem, bacząc, by ich rozmowy nie dosłyszał nikt, kto nie powinien. - Jesteś najlepsza - ścisnął ją jeszcze raz, nim ponaglony jej słowem nie osunął się obok. Jej pytanie wywołało u niego zmieszanie, ale na mrozie skóra jego policzków i tak była pokryta czerwonym rumieńcem. - Nie mam ani knuta - odparł, usprawiedliwiając się, co prawda zgodnie z prawdą, ale i bez tego daleki był podobnym uciechom. - Jak zawsze - dodał, uśmiechając się przepraszająco. - Już się zmywam, nie zabieram ci więcej czasu. Trzymaj się - Pożegnał ją skinięciem głowy, gdy kątem oka dostrzegł zbliżającego się mężczyznę. Uchwycił jeszcze raz spojrzenie jej oczu, własnym, przepełnionym wdzięcznością, nim oddalił się od niej w przeciwnym kierunku, kilka kroków przyśpieszając tempa, aż nie zaczął biec. Miał tu jeszcze coś do zrobienia.

zręczne ręce II

/zt x2 - > spadam tutaj


jeszcze w zielone gramy jeszcze nie umieramy, jeszcze się nam ukłonią ci co palcem wygrażali

Marcelius Sallow
Zawód : Akrobata
Wiek : 20
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
a gniew twój bezsilny niech będzie jak morze ilekroć usłyszysz głos poniżonych i bitych
OPCM : 6
UROKI : 4
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 40
SPRAWNOŚĆ : 20
Genetyka : Czarodziej

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t8833-marcelius-sallow#263287 https://www.morsmordre.net/t8838-marcelius-sallow#263482 https://www.morsmordre.net/t8835-marcelius-sallow#263320 https://www.morsmordre.net/f319-arena-carringtonow-wagon-7 https://www.morsmordre.net/t8839-skrytka-bankowa-nr-2088#263495 https://www.morsmordre.net/t8841-marcelius-sallow#263502

Powrót do góry Go down

Przetwórnia ryb

Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach