Wydarzenia





 
IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Share | 
 

 Pracownia Laidan

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : Previous  1, 2, 3  Next
AutorWiadomość
Mistrz gry
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/f124-woreczki-z-wsiakiewki
naczelny mąciciel
odwieczny
n/d
n/d
Do you wanna live forever?
99
99
99
99
99
99
Czarodziej

PisanieTemat: Pracownia Laidan   10.09.15 13:44

First topic message reminder :

Pracownia Laidan

Pracownia Laidan Avery, w której zawsze można wyczuć charakterystyczny zapach farb i perfum kobiety. Pomiędzy sztalugami, ukończonymi obrazami i pustymi płótnami znajduje się także kącik do wypoczynku, zebrania myśli w poszukiwaniu inspiracji. Widok z okna ciągnie się na pobliskie jezioro i malowniczy las.


Powrót do góry Go down

AutorWiadomość
Ramsey Mulciber
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
http://www.morsmordre.net/t2225-ramsey-mulciber http://www.morsmordre.net/t2290-greyjoy-aka-fetor#34823 http://www.morsmordre.net/t2283-sorry-not-sorry#34612 http://www.morsmordre.net/f137-pokatna-3-6 http://www.morsmordre.net/t2326-ramsey-mulciber
Niewymowny
30
Czysta
Kawaler
Nie wstawaj,
noc się jeszcze mroczy.
Ten blask to tylko twoje oczy.
20
20
0
0
0
43
1
3
Jasnowidz

PisanieTemat: Re: Pracownia Laidan   29.07.16 23:35

Reagan był mu obojętny. Może dlatego, że nigdy nie mieli okazji się spotkać — szczęśliwie, bo co mógłby powiedzieć, gdyby wiedział, że odwiedza jego żonę bez świadków, wciągając ją w odosobnione miejsca, w których razem nie powinni się nigdy znaleźć? To z jej powodu stanął na obrzeżach cmentarza, kiedy żegnano znakomitego czarodzieja w dumny i godny Averych sposób. Wśród znajomych twarzy dostrzegł lady Ollivander, a zdumienie malujące się na jego twarzy było większe niż wobec kogokolwiek innego, tak samo niebranego pod uwagę. Jego myśli pogrążały jednak inne tematy, o wiele istotniejsze niż relacja jego narzeczonej z lordem. Teraz tkwił przy Laidan, niemalże stojąc w nią ramię w ramię.
Ich spojrzenia się spotkały w końcu. Obdarzyła go uśmiechem, a on postanowił go skraść dla siebie, przywłaszczyć zupełnie tak, jakby mu się należał. Mimowolnie spojrzał na jej zaczerwienione wargi, zastanawiając się jak wiele tajemnic czaiło się w tym wyrazie. Jak wiele emocji i myśli mógł przejawiać, zdradzać, czy tuszować. Mimo upływającego czasu, trosk lub zmartwień, które obciążały jej wątłe ramiona, uciemiężały jej myśli, wciąż wyglądała pięknie i wytwornie. Choć czerwona szminka nie zdobiła jej ust, nie był w stanie zarzucić jej jakichkolwiek braków. Była pełna, kompletna jak zawsze — jeden element zastępował inny.
Milczał przez krótką chwię. Napawał się jej widokiem, gdy zaciągała się dymem, gdy przytrzymywała cygaro przy twarzy. Rozkoszował się zapachem jej perfum zmieszanych z uzależniającym tytoniem. I dopiero w momencie, który uznał za właściwy i kończący krótką dozę przyjemności, nabrał powietrza w płuca i westchnął leniwie.
— Zyskałem nową umiejętność. To niesamowite — odpowiedział dokładnie w takim samym tonie, w jakim przedstawił całą historię; nieco bez wyrazu, emocji, czy nuty jakiegokolwiek przejęcia, jakby sam poszukiwał sensu wypowiedzianych przez siebie słów. Ale i on nie miał zbyt wiele werwy ostatnimi tygodniami. Miał wrażenie, że siły witalne go opuszczają wtedy, kiedy najbardziej ich potrzebował. Czegoś szukał, ale nie był w stanie nawet przed sobą stwierdzić, czegóż mu brakowało.
Słowo potrzeba zawsze zwracało mulciberową uwagę, choć nigdy nie zaistniało w  jego świecie jako wabik. Swoją niezwykłość zawdzięczało powodom, z których się wywodziło, a które niezmiernie interesowały go w stopniu znacznie większym niż przewidywane skutki. Był interesowny i nigdy nie ukrywał, że nie pokłada wiary w działalności charytatywnej, czy altruistycznych pobudkach. Lecz od zapłaty o wiele większą wartość miała dla niego informacja dlaczego. Wiedza. To właśnie ona pociągała go najbardziej i skłaniała do większości decyzji. To jej posiadanie i umiejętność wykorzystania we właściwy sposób czyniła ludzi wielkimi, a on był na tyle inteligentny, by rozumieć, jak niewiele wciąż wie i jak potwornie dużo musi się jeszcze nauczyć, co wcale nie czyniło go słabszym.
— Mhm — zamruczał przeciągle, odbierając od niej praktycznie całkowicie wypalone cygaro. Powinien je wyrzucić od razu, ale zamiast tego wziął je jeszcze do ust, jakby czaiła się w tym jakaś ukryta wartość. Smakował nią. W jakiś nieuzasadniony sposób lubił katować się tym romansem goryczy z owocową słodyczą czerwonego wina. Tworzyły doskonałą harmonię, którą chciał się cieszyć.
Spojrzał na nią jeszcze raz, nim odwrócił się do niej plecami. Nie wypadało w ten sposób pozostawiać za sobą gospodarza, tym bardziej lady, ale Mulciber miał swój własny punkt widzenia na zasady i obyczaje panujące w otaczającym go świecie. Przystanął przy oknie i uchylił je, wyrzucając niedopałek przez okno. Wpadnie prosto w śnieg. A pewnie gdy ten stopnieje ktoś go w końcu posprząta.
— To zależy od propozycji— odparł sucho, po czym oparł się ramieniem o framugę i pozwolił by tym razem to świeże powietrze wypełniło jego nozdrza, oczyszczając umysł ze zbędnych elementów kobiecej manipulacji. Spodziewał się, że czegoś od niego chciała. A on nie mógł zlekceważyć jej potrzeby. Ta zawsze była co najmniej interesująca.— Twoje słowa budzą we mnie instynkt beznesmena — zadrwił, spoglądając na nią ponownie. Kąciki ust drgnęły mu w końcu, w hamowanym uśmiechu, nadając twarzy szelmowskiego wyrazu. W tym słabym świetle oczy mu błyszczały czernią, choć przecież w środku dnia zyskiwały odcień błękitnej szarości. — O co chodzi?




Crushed and filled with all I found
Underneath and inside just to come around
More, give me more, give me more

Powrót do góry Go down
Laidan Avery
avatar

Nieaktywni neutralni
Nieaktywni neutralni
http://www.morsmordre.net/t1280-laidan-avery http://www.morsmordre.net/t1289-ludwig#9767 http://www.morsmordre.net/t1290-kobieta-w-czerwieni http://www.morsmordre.net/f98-shropshire-ludlow-dwor-averych http://www.morsmordre.net/t1532-laidan-avery
mecenas i krytyk sztuki
48 lat
Szlachetna
Wdowa
I wanna see this world, I wanna see it boil
I wanna burn the sky, I wanna burn the breeze
5
12
0
0
0
0
0
0
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Pracownia Laidan   31.07.16 16:12

Ramsey był wyjątkowy. Oczywiście to zdanie nigdy nie padłoby z ust Laidan a i przed samą sobą niezbyt przyznawała się do tej prostej opinii, lecz nie mogła jej jednocześnie zaprzeczyć. Rzadko kiedy wśród gminu poznawała ludzi tak specyficznych, pełnych władzy i przekonania o własnej sile, że potrafiła ulec ich czarowi, postanawiając wejść głębiej w niechlujny, brudny kontakt z reprezentantami niższych stanów. Mulciber należał do tego wąskiego grona; stanowił wyjątek potwierdzający regułę. Z pewnością nie bez znaczenia w procesie asymilacji w świat wyrafinowanej lady Avery było pochodzenie mężczyzny, ale starała się o nim nie myśleć. Koncentrowanie się na przeszłej słabości stanowiło marną wróżbę na przyszłość a Laidan potrzebowała teraz każdej iskierki siły, jaką mogło wyprodukować jej coraz słabsze ciało i pokiereszowana psychika. Czerpała więc moc z aury Ramseya, wyłapując jego zainteresowane spojrzenie i odpowiadając mu tym samym. Wzrokiem przeszywającym, nieco kpiącym, choć w ten niemalże czuły sposób, zarezerwowany dla młodszych chłopców, ulegających urokowi dojrzałej kobiety. Wątpiła, by brunet patrzył na nią w ten prymitywny sposób, sądząc, że bardziej ciekawi go to, co ukryte za nienaruszalną ścianą umysłu niż krągłe kształty okryte czarnym materiałem. Mulciberowi daleko było do plugawych, skupionych na fizyczności zabijaków, czasami najmowanych przez szlachtę do czynienia zła w białych rękawiczkach. By nie ubrudzić arystokratycznych dłoni i kłamliwej godności. Bezwzględnych narzędzi nie dopuszczało się jednak do swych domostw a już na pewno nie dzieliło się z nimi papierosów i niewerbalnego porozumienia, budującego się gdzieś poza okrągłymi słowami.
W milczeniu obserwowała jak Ramsey odwraca się i podchodzi do okna, wpuszczając do dusznego pomieszczenia lodowaty podmuch wiatru. Kilkanaście płatków śniegu zawirowało tuż obok jego głowy, rozpuszczając się momentalnie jeszcze zanim opadły na barczyste ramiona. Wspaniały materiał na ulotny, impresyjny obraz, ale Laidan nie czuła już szaleńczej weny, pulsującej krwią w opuszkach niecierpliwych palców. Jeśli płonęła to rozpaczą lub nienawiścią, na tej drugiej budując właśnie swój plan na najbliższe tygodnie. Miesiące? Potrafiła spokojnie poczekać na słodki triumf, zwłaszcza, jeśli chodziło o sprawiedliwość. Zamierzała doręczyć ją prosto do rąk Fawley'a, by zapłacił za to, co zrobił. Sama nie chciała brudzić sobie rąk tym plugastwem, niezasługującym na miano mężczyzny. Wiedziała jednak, że jeśli istniał ktoś, kto dorównywał jej okrucieństwem - och, jakże była naiwna, stawiając się na równi z egzekutorem - to z pewnością znajdywał się w tym pokoju. Oczekując jej kolejnych słów, układających się w propozycję.
Uśmiechnęła się raz jeszcze, przez chwilę bawiąc się woalką, jakby zastanawiając się, czy ponownie osłonić nią twarz czy jednak dać sobie spokój z ukrywaniem bladych policzków. Puściła w końcu materiał, nie ruszając się z miejsca. Nie miała problemu z bezruchem, nie musiała zająć czymś palców: przy Ramseyu czuła się całkowicie swobodnie. Naiwny spokój wynikał z nie do końca uświadomionego zaufania, którym - według wszystkich znaków na ziemi i na niebie - nie powinna obdarzać kogoś o takim charakterze. Cóż, widocznie lubiła trudne przypadki.
- Chcę, żebyś zniszczył pewną osobę - zaczęła niemalże wesoło, jakby opowiadała o wymagającym zadaniu kupienia najpiękniejszego bukietu kwiatów albo o czymś równie łatwym i przyjemnym. - ...choć nie zasługuje na miano człowieka. To raczej parszywe zwierzątko - dodała lekko, ponownie odwracając się przodem do mrocznego obrazu. - Ale nie zabijaj go. Odbierz mu wszystko, co kocha, a potem zostaw, by wiódł długie, nieszczęśliwe życie - dokończyła a z każdym wypowiadanym słowem czuła się coraz lepiej. Silniejsza. Skoro Samael tchórzył, musiała zaufać innemu mężczyźnie. Jeszcze nie wspominała o zapłacie, ale Ramsey znał ją zbyt dobrze, by powątpiewać w hojność lady Avery. Cena nie grała roli, gdy chodziło o wprowadzenie odrobiny sprawiedliwości do tego zbyt pobłażliwego świata.





when your smile is so wide and your heels are so high you can't cry

Powrót do góry Go down
Ramsey Mulciber
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
http://www.morsmordre.net/t2225-ramsey-mulciber http://www.morsmordre.net/t2290-greyjoy-aka-fetor#34823 http://www.morsmordre.net/t2283-sorry-not-sorry#34612 http://www.morsmordre.net/f137-pokatna-3-6 http://www.morsmordre.net/t2326-ramsey-mulciber
Niewymowny
30
Czysta
Kawaler
Nie wstawaj,
noc się jeszcze mroczy.
Ten blask to tylko twoje oczy.
20
20
0
0
0
43
1
3
Jasnowidz

PisanieTemat: Re: Pracownia Laidan   31.07.16 21:40

Dla niego różnice pomiędzy nim, a szlachtą istniały tylko podczas towarzyskich imprez, w których wypadało mu skłonić się niżej lub zatrzymać pewne uwagi dla siebie. Wychowanie przez szlachcica dało mu jasny pogląd na to w jaki sposób powinno się ich traktować, jednocześnie uczono go od małego aby nie dał sobie wmówić, że jest kimś gorszym. I nie był, nie czuł się choć nigdy nie mówił o tym głośno i nie przeradzał się w bezmyślnego buntownika, który rozpaczał z poczucia sprawiedliwości. Już od dawna nie widział różnicy, przestało to na nim robić wrażenie, czy być wyznacznikiem poziomu życia. Mieszkał na Pokątnej, a jego salon zalegał czarnomagicznymi księgami, pergaminami pełnymi zaklęć. Brak było w jego mieszkaniu porządku czy kobiecej ręki. Nie potrzebował ani pieniędzy, ani wielkiego dworu pełnego służby, ani uznania, ani tym bardziej sztucznego szacunku. Rozdzielał go na respekt wobec rodu, jego osiągnięć i tradycji, a wobec poszczególnej osoby, która musiała na niego zasłużyć. Nikt nie mógł dostać go za darmo. Szanował więc Laidan nie za to, że nazywała się Avery, choć nigdy nie lekceważył tej rodziny. Żywił uznanie wobec niej dlatego, że była kobietą niezwykle inteligentną i silną, nawet jeśli nie do końca potrafiła (lub chciała) korzystać ze swojej wewnętrznej potęgi w każdej sytuacji. W tym właśnie tkwiła jej wartość. Jej nieprzeniknione spojrzenie mówiło, że pomimo tych wszystkich lat spędzonych w jej towarzystwie nigdy się tak naprawdę jej nie pozna, a uśmiech: że i tak dostanie to czego chce. Przyciągała różnych mężczyzn. Takich, którzy jej pragnęli, bo była piękna i zniewalająca. Takich, którzy jej pożądali bo była tak odległa i niedostępna. A nawet takich, którzy nie widzieli w niej nic poza obiektem seksu i fascynacji. I nie zawdzięczała temu swojemu mężowi, a sobie samej, wzbudzając rozmaite odczucia w różnych mężczyznach.
Kim była dla Mulcibera?
Może widziałby w niej pierwiastek kochanki, która przyniosłaby mu zaspokojenie. Może kawałek kobiety życia, która motywowała go i zmuszała do działania. Może mogłaby być odzwierciedleniem matki, której nie posiadał? Mogła być wszystkim i niczym jednocześnie. Ale to jej obecność działała na niego kojąco i motywująco jednocześnie. Uczyła go sobą pewnej wszechstronności, poszerzając horyzonty. Patrząc na nią i nie raz myślał o tym, by mieć ją w swoich ramionach jak własną, by sprawdzać aksamitność jej skóry i czuć bijące od niej ciepło, ale pozostawało to w sferze zwykłych męskich fascynacji interesującymi kobietami. Jej doświadczenia były pociągające, umiejętności i sposób, w jaki na niego patrzyła. Ale panowanie nad swoimi popędami było jedną z podstawowych umiejętności jakie posiadał. I nie dawał się im omamić, a więc patrzenie pozostawało patrzeniem. Dopóty nie zmieniło się to w chęci.
Przez dłuższą chwilę wpatrywał się w to, co działo się za oknem, a nie dzialo się właściwie nic. Śnieg prószył lekko, wdzierając się do środka i otulając ich ciepłe sylwetki styczniowym zimnem. Chłód jednak nigdy nie był jego wrogiem. Temperatura jego ciała zawsze była wyższa niż wskazana norma, jakby nieustannie miał gorączkę, a zima przynosiła mu pewnego rodzaju ukojenie. Nie pomyślał o Laidan, ani o tym, czy nie zmarznie z tego powodu. Zaciągał się zimnym powietrzem w milczeniu, napawając się brzmieniem jej głosu. Był jak najpiękniejsza melodia w męskim umyśle.
Zniszcz.
Obrócił głowę w jej stronę i uniósł brew, co wbrew jego woli wyraziło zaciekawienie sprawą. Już po pierwszych słowach wiedział, że ktoś poważnie zaszedł jej za skórę i szybko zaczęło interesować go w jaki sposób. Nie przerywał jej aż do samego końca, analizując użyte przez nią słowa, nastawienie do tematu i mimikę twarzy, jakby to pomogło mu wyciągnąć wnioski.
Długie, nieszczęśliwe życie.
— Wszystko?— spytał dla pewności. Nie wiedział jeszcze o kogo chodzi, ani z czego wynika niechęć lady Avery, ale odebrał jej słowa wyjątkowo na poważnie. Nie uśmiechał się i nie kpił, sądząc, że żartuje. Brzmiało to jak poważne zlecenie, choć przecież nie był mordercą czy zbrodniarzem do wynajęcia. Nie liczył więc na pieniądze i to nie one były ceną, jakiej mógł oczekiwać. Szczególnie od niej.
— Ludzkie nieszczęście to duży wydatek, Laidan — odpowiedział poufale — z b y t bezpośrednio — kompletnie nie przejmując się brakiem tytułu. Był bezceremonialny i prawdopodobnie nigdy się nie nauczy aby sam na sam zachować należyte względy.
— Kto to?
Sama propozycja nie była dla niego zaskakująca. Nie stanowiła też żadnego problemu, nie budziła w nim wątpliwosci czy obaw. Ludzkie nieszczęście, śmierć, żałość i rozpacz dotykały go każdego dnia i nigdy nie robiły wielkiego wrażenia. W części jego zjełczałej duszy, którą nazywa się sumieniem panował taki ruch jak w zamrażalce.




Crushed and filled with all I found
Underneath and inside just to come around
More, give me more, give me more

Powrót do góry Go down
Laidan Avery
avatar

Nieaktywni neutralni
Nieaktywni neutralni
http://www.morsmordre.net/t1280-laidan-avery http://www.morsmordre.net/t1289-ludwig#9767 http://www.morsmordre.net/t1290-kobieta-w-czerwieni http://www.morsmordre.net/f98-shropshire-ludlow-dwor-averych http://www.morsmordre.net/t1532-laidan-avery
mecenas i krytyk sztuki
48 lat
Szlachetna
Wdowa
I wanna see this world, I wanna see it boil
I wanna burn the sky, I wanna burn the breeze
5
12
0
0
0
0
0
0
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Pracownia Laidan   01.08.16 11:35

Laidan właściwie nigdy nie obdarzała zaufaniem obcych, wychowana w naturalnej podejrzliwości i pogardzie wobec innych. Nie tylko tych ze społecznych nizin - na mugolaków, zdrajców krwi i resztę podobnego, żałosnego pokroju w ogóle nie zwracała uwagi, życząc im bolesnej śmierci - ale również teoretycznie równych Averym. Plugawa choroba wdarła się na szlacheckie salony, mieszając niegdyś poważanym rodom w głowach. Do tej pory nie mogła zrozumieć, jak wśród tak wspaniałych osobowości, potomków królów, władców i najeźdźców, mogli znaleźć się Weasleyowie czy też Longbottomowie. Zaraza postępowała jednak dalej, dostają w swe pulchne, egalitarne łapska młodych zwolenników tolerancji. Słyszała coraz więcej podszeptów o takich działaniach, nie dowierzając, by ktoś wychowany po szlachecku mógł skręcić w złą, ciemną drogę, prowadzącą prosto na mugolskie bagna. Winiła za to zbyt pobłażliwych ojców, pozwalających krnąbrnym latoroślom na zbyt wiele. Przymykali oko na niegodne przyjaźnie, pozwalali na kontakty z półkrwi...a stąd niedaleko już było do wspierania szlam albo i innych stworzeń, hańbiących czarodziejskie społeczeństwo. W wielu sprawach nie zgadzała się z rodami, z jakimi łączyły Averych stosunki negatywne, ale przynajmniej wiedziała, że Carrow nigdy nie pozwoliłby sobie na zaprzyjaźnienie się z kimś poniżej stanu a swe dzieci prędzej zamknąłby na zawsze w stajni, niż przyklasnąłby znajomościowym mezaliansom. Zepsute gałęzie należało albo prostować za młodu albo - gdy sytuacja stawała się beznadziejna - bez wahania obcinać.
Czyż nie okazywała się skrajną hipokrytką? Dopóki choroba toczyła inne rodziny, bezwzględnie wydawała wyroki a gdy dotknęła ją samą...kompletnie wariowała, tracąc zdrowy rozsądek. Powinna przecież od razu wydziedziczyć Allison lub posłać za nią Samaela, by przywlókł ją za włosy do Shropshire, gdzie spotkałby ją przykry wypadek, na zawsze usuwający kłopot niefrasobliwej córki. Problem w tym, że i pierworodny syn - jej największa miłość i nadzieja - splunął na szlacheckie zasady, mocniej nawet od swej siostry. Bogata wyobraźnia Laidan nie wymyśliła jeszcze odpowiedniej kary, choć publiczne obwieszczenie plugawego postępku i wysłanie na rynsztok ze złamaną różdżką wydawało się choć w drobnym procencie rekompensować potworny ból. Sprawiedliwości musiało stać się zadość, ale...Lai była zbyt słaba. Zbyt skołowana. Zbyt zrozpaczona, by podjąć taką decyzję. Mimo wszystko ciągle kochała Samaela i wiedziała, że w ostatniej chwili przed wydaniem wyroku stchórzyłaby, jak on. Bolesne podobieństwo, które musiała zatrzeć, na razie łagodząc cierpienie zemstą na kimś innym. Skrupulatnie przerzucała winę i obrzydzenie na Fawleya, czyniąc z niego perfekcyjnego kozła ofiarnego, choć - na Merlina - ten człowieczek i tak wiódł życie więcej niż żałosne. Tym trudniej będzie je doprowadzić do najniższego poziomu, choć wierzyła w umiejętności Mulcibera. Ona z powodzeniem tworzyła wspaniałą sztukę a on równie wspaniale niszczył ludzi. Dla swoich celów; nie szedł przez życie jako głupkowaty siewca sprawiedliwości. Wyczuwała chęć interesu, przyćmiewaną jednak przez wyraźne pragnienie przekraczania granic. Zadania największego bólu, odsłonięcia potężnych tajemnic, sięgnięcia po zakazaną moc, czyniącą go jeszcze silniejszym. Rozumiała te przesłanki, ba, była gotowa go w nich wspierać, zwłaszcza teraz, gdy najważniejszy mężczyzna jej życia spadł w głęboką otchłań. Starała się nie porównywać Ramseya z Samaelem, ale mimowolnie to robiła, dlatego też wolała wpatrywać się w wyschnięty już obraz - jednak go nie dokończy - niż w ostre rysy Mulcibera. Lepiej nie kusić losu. Ani rozedrganych emocji.
Kiwnęła tylko nieco melancholijnie głową, jednym gestem odpowiadając zarówno na kontrolne pytanie jak i na dość oczywiste stwierdzenie. Własne imię w ustach Ramseya wcale nie ukłuło szlacheckiego poczucia własnej wartości: tylko u dwóch mężczyzn mierziłoby ją tytułowanie lady. Nagle zatęskniła za Morpheusem i jego ustami; krótkie uczucie żalu i wściekłości, stłumione jednak razem z zaciśnięciem ust w wąską linię. - Duże wydatki nie są dla mnie problemem. Na szczęście jestem bogatą wdową - odparła zdawkowo, nie zamierzając obiecywać brunetowi złotych gór ani podawać konkretnej stawki. Nie znajdowali się na rynku, by niczym żałosne przekupki targować się nad okaleczonym ciałem ofiary. Znali się też zbyt dobrze, żeby podawać w wątpliwość szczere intencje drugiej osoby. A może przeceniała wierność Ramseya? Może i on okaże się zdrajcą, tak jak Samael? Oderwała w końcu oczy od obrazu, wytrzymując zainteresowane spojrzenie mężczyzny. Cóż, musiała zaryzykować.
- Colin Fawley - prawie wypluła te dwa słowa, ociekające słodyczą i odorem zgniłego zepsucia. Na sekundę jej twarz stężała w wyrazie skrajnego obrzydzenia, prawie na granicy zapowiedzi torsji, lecz chwilę później już uśmiechała się lekko, podchodząc do okna, by lodowate powietrze zmyło z jej rysów chwilową słabość. Przystanęła przy parapecie, wpatrując się w pokryty śniegiem ogród i daleki krąg zaklętych w kamień wrogów rodu. Ten widok zawsze stanowił pewne pocieszenie. - Tylko uważaj, żeby się nie pobrudzić. To pederasta, nie wiadomo czym zaraża - dodała niemalże troskliwie, mając nadzieję, że ta cecha Fawleya dopełni obrazu zezwierzęconego degenerata. Prawdziwi mężczyźni nienawidzili tych, którzy plugawili samcze miano i miała nadzieję, że i Mulciber poczuje niesmak. Być może nawet szepnie o tym słówko w odpowiednich kręgach? I piękny Colin skończy jako dziweczka dla podobnych sobie brudasów z najciemniejszych zaułków Nokturnu? Choć nie, to z pewnością by mu się spodobało; należało zaserwować mu cierpienia innego rodzaju.





when your smile is so wide and your heels are so high you can't cry

Powrót do góry Go down
Ramsey Mulciber
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
http://www.morsmordre.net/t2225-ramsey-mulciber http://www.morsmordre.net/t2290-greyjoy-aka-fetor#34823 http://www.morsmordre.net/t2283-sorry-not-sorry#34612 http://www.morsmordre.net/f137-pokatna-3-6 http://www.morsmordre.net/t2326-ramsey-mulciber
Niewymowny
30
Czysta
Kawaler
Nie wstawaj,
noc się jeszcze mroczy.
Ten blask to tylko twoje oczy.
20
20
0
0
0
43
1
3
Jasnowidz

PisanieTemat: Re: Pracownia Laidan   02.08.16 21:06

Hipokryzja była domeną ludzi wielkich, głoszących wzniosłe idee podparte wieloletnimi tradycjami. Fundamenty hołdowanych przez nich zasad wydawały się niemożliwe do podważenia, tak trwałe i zakorzenione w rodowych ziemiach, że niosły ze sobą wizję istnego azylu, którego należy bronić. Ale to właśnie oni domagali się miłości i szacunku od świata, którego nienawidzili, którym wzgardzali, plując przez ramię. To pomiędzy nimi następował prawdziwy rozkład, pomimo iż za wszelką cenę próbowano ukryć gnijące serce, zataić przed resztą obraz parszywego robactwa wylęgającego się w samym środku arystokratycznego organizmu. Im głośniej wyznawano ideę czystości krwi, tym silniej pisklęcia próbowały wyrwać się zawczasu z gniazda, by na własną rękę poznać otaczający ich świat, zasmakować jego brudu, hańby. Niektóre gatunki papug zabijają swoje młode nim jeszcze zdążą rozłożyć swoje skrzydła. Niezwykła niepisana przez naturę zasada — zginą wszystkie osobniki zagrażające dobru całego gniazda. Czy Avery też to praktykowali? Czy inne znakomite rody radziły sobie w ten sposób z indywidualistami, którzy za wszelką cenę chcieli się wyłamać z rodowych schematów?
Najprostszy przykład jaki przychodził mu do głowy to jego własna narzeczona. Czy wciąż nią była, notabene? W umysłach plotkarzy, Czarownicy śledzącej mezalians, czy może ojców, którzy przypieczętowali umowę? Mulciber doskonale pamiętał dzień, w którym Rosier ogłosił nowinę, pamiętał też prośbę lorda Ollivandera, który chciał postawić córkę do pionu. Czy to był ich sposób na radzenie sobie z gniciem? Nie był w to zaangażowany. Przyglądał się z boku, obserwując walkę o dobre imię i usilne odplamianie wszystkich rodowych brudów. Ani gorszy, ani lepszy. W cieniu ich wszystkich, biorąc nauki od najlepszych kłamców i manipulatorów. Poznając ich metody i taktyki z uśmiechem wszystkojedności, tylko po to by wykorzystać w najmniej spodziewanym momencie.
— Pełen skarbiec u Gringotta nie czyni cię wcale bogatą — powiedział leniwie, kiedy jego wzrok mimochodem przeniósł się na szybę, w której dostrzegł swoje odbicie. Zmarszczył brwi, tak jak jego sobowtór, szybko odwracając od niego spojrzenie na podłogę, bowiem wydawała się ciekawsza. — Biedniejesz z każdą chwilą. Minuta po minucie. Tracisz swój blask, swoją magię, czar... Ktoś bezceremonialnie obdziera cię ze wszystkich szat. Lada chwila będziesz stać przede mną naga, obnażona. Wcale tego nie chcesz— kontynuował i prychnął cicho, poddając się lekkiej zadumie. Laidan wyglądała pięknie, jak zawsze. Ale w każdym jej słowie było coś, co okazywało skazę na jej wizerunku. To miłość.
I wtedy padło to nazwisko, które wprawiło go w rozbawienie. W pierwszej chwili spojrzał na nią, by upewnić się, że nie żartuje, lecz nic nie dopowiedziała, więc zaśmiał się szerze i z pewnego rodzaju niedowierzaniem. Nagle to wszystko wydało mu się tak trywialne i błahe. Ale dobry humor ustąpił kiedy pojawiła się chęć poznania sekretu Laidan. Wniknięcia w nią tak głęboko jak to było możliwe i przejrzenia na wylot jej umysłu. Odkryciu kart, który trzymała przy piersi mocno zakryte, czekając na czarną godzinę. Cóż sprawiło jej zawód? Co było przyczyną bólu i nienawiści do człowieka, który dla samego Mulcibera był niczym mgliste wspomnienie.
— Myślałem, że żartujesz — wyjaśnił swoje zachowanie bez skruchy i pokręcił głową, obserwując jak podchodzi. Nie udało mu się pochwycić jej spojrzenia. Nic nie szkodzi. Wpatrywał się przez chwilę w profil, analizując jej twarz centymetr po centymetrze. Linię brwi, zarysowane kości policzkowe, nos, nabrzmiałe wargi. I mógł czuć ulgę, że nie była jego matką, bo wtedy nie ośmieliłby się katować jej spojrzeniem w tej sposób. — Moja natura raczej odpycha ludzi, nie przyciąga. I pewnie nie jestem w jego typie — rzucił bez wahania, chociaż ta uwaga wymusiła na nim nutę powagi. Musiał się nad tym zastanowić, przeanalizować w myślach ostatni obraz Colina jaki miał w głowie. Nie podejrzewałby lady Avery o jakiekolwiek relacje z nim, a więc to nie urażona duma dźwięczała w wypowiadanych słowach.
Nim zmieniła zdanie i postanowiła odejść, sięgnął ręką do jej twarzy. Ujął ją palcami pod brodę — lekko, nie jak głupią pannicę, choć i tak bezceremonialnie zmusił ją do patrzenia na siebie. I wtem oparł się ręką o parapet, przenosząc na prawą stronę ciężar swojego ciała i przechylił głowę, by ją lepiej widzieć. Przy nim była tak drobna i delikatna, że nie chciał jej złamać. Odsunął rękę od jej twarzy, lecz spojrzenie mu pociemniało.
— Dlaczego?




Crushed and filled with all I found
Underneath and inside just to come around
More, give me more, give me more

Powrót do góry Go down
Laidan Avery
avatar

Nieaktywni neutralni
Nieaktywni neutralni
http://www.morsmordre.net/t1280-laidan-avery http://www.morsmordre.net/t1289-ludwig#9767 http://www.morsmordre.net/t1290-kobieta-w-czerwieni http://www.morsmordre.net/f98-shropshire-ludlow-dwor-averych http://www.morsmordre.net/t1532-laidan-avery
mecenas i krytyk sztuki
48 lat
Szlachetna
Wdowa
I wanna see this world, I wanna see it boil
I wanna burn the sky, I wanna burn the breeze
5
12
0
0
0
0
0
0
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Pracownia Laidan   03.08.16 17:31

Być może dopiero teraz naprawdę ryzykowała, otwierając część tajemnic przed Mulciberem. Nie należał przecież do Avery'ch, nie powinien więc posiadać rodzinnych sekretów ani stać się powiernikiem statecznej lady, kryjącej w swym umyśle wiele mrocznych zakamarków, wypełnionych po brzegi rzeczami o jakich nie śniło się możnym arystokratom. Ani ludziom znikąd - tak przecież postrzegała Ramseya, nie kryjąc jednakże smutku z powodu braku odpowiedniego rodowodu. Wolałaby usłyszeć z jego wąskich ust poważane nazwisko, dające jednocześnie przyzwolenie na obdarowanie go skrajną sympatią i równie niedorzecznym zaufaniem. Niestety, mężczyzna nie posiadał żadnego genetycznego zaplecza, co czyniło go niestety niedostępnym. W innym przypadku nie obawiałaby się nazywać go wręcz swym dzieckiem. Mrocznym, bezwzględnym acz pełnym dziwnej klasy, oszlifowanej pewnie przez różane wychowanie Rosierów, pełne piękna i ostrości zarazem. Doceniała kunszt wydobycia z młodzieńca to, czego coraz częściej brakowało prawdziwym arystokratom. Pewności siebie, słusznych przekonań, ślepej siły, pozwalającej przeć do przodu pomimo przeciwności losu i podszeptów słabeuszy, proszących o łaskę. Niestety, od Mulcibera oddzielała ją - mimo wszystko - cienka, szklana szyba, nieco zniekształcająca obraz, zarówno jej jak i jego. Akceptowała tę przeszkodę, biorąc ją pod uwagę przy ewentualnym wpuszczaniu mężczyzny dalej. Głębiej w swój umysł, w swoje plany, choć nigdy nie odsłaniała się przed nim całkowicie, zachowując zdrowy rozsądek, wspierany przez spory zapas dystansu. Może jednak lepiej, że nie usynowiła go kompletnie, hodując na swym łonie kolejną jadowitą żmiję, gotową odwinąć się i ugryźć w najmniej spodziewanym momencie?
Na razie jednak widziała w Ramseyu kogoś, kto wykona powierzony mu obowiązek co do joty. Z chirurgiczną precyzją i - kto wie - może nawet z uśmiechem na wąskich ustach. Nie powierzyłaby mu przecież pracy nużącej, niewymagającej i miałkiej, choć styczność z plugawym Fawleyem nie należała przecież do przyjemności.
Chłodne powietrze miło owiewało twarz, kojąc i upewniając w podjęciu jedynej słusznej decyzji. U boku jedynego słusznego mężczyzny...próbującego przekroczyć nieopisaną granicę. Zapewne robił to nawet nieświadomie, zbyt szczery, by hamować się kulturalnymi błahostkami, ale jasne brwi Laidan uniosły się nieco, nadając jej twarzy wyraz dość karcący. Zerknęła w bok, słuchając dalszego wywodu, po czym uśmiechnęła się jeszcze bardziej uroczo. - Nic o mnie nie wiesz, mój drogi - odparła tylko, wcale nie w histerycznej obronie a raczej z pewną melancholią. Nie nakreślała granic, nie obruszała się po tych dwuznacznych i skądinąd ostrych słowach. Przelały się przez jej podrapaną duszę i zniknęły, nie pozostawiając po sobie goryczy ani dłuższej refleksji. Mówił o przemijającej urodzie, o słabości uczuć, o nienazwanym bólu, jakim z pewnością promieniowała pomimo usilnych starań? - Choć owszem, nie wyobrażam sobie obnażenia przed tobą. Tego zaszczytu dostąpił tylko mój ukochany mąż. Świeć Merlinie nad jego piękną duszą - dodała z lekkim smutkiem, odległa od ślepej szarży w ostrą ironię. Była na to zbyt słaba, zresztą, po cóż miałaby wyżywać się nad kimś pogrzebanym, kto nie stanowił już żadnej rysy na wizerunku idealnego świata? Pozostało tylko zetrzeć w proch marną kreaturę Fawleya, by znów mogła cieszyć się każdym porankiem.
Śmiech Ramseya także jej nie poruszył; w dalszym ciągu przyglądała się mu z umiarkowanym zainteresowaniem, czując jednak ulgę, gdy wypowiedziała zohydzone nazwisko. Uśmiechnęła się przelotnie, gdy brunet wspomniał o typie Colina, nie sprostowała jednak jego słów, choć długie palce mimowolnie zacisnęły się na lekko zaśnieżonym już parapecie a mdłości znów podeszły jej do gardła. Temat sodomii nie wydawał się jej odpowiednim do żartów, nawet tak subtelnych jak sugerowanie, że te zwierzęta mają jakikolwiek typ. Już miała otworzyć usta, by kontynuować rozmowę, gdy Ramsey uniósł rękę, swobodnie dotykając jej brody. Może to przez rozkojarzenie, może to przez chłód a może po prostu przez nieco niepokojące podobieństwo do Samaela, ale Laidan nie była w stanie powstrzymać odruchu obronnego. Drgnięcie ciała, sekundowe przymknięcie oczu, zacięcie warg. Pierworodny syn obdarzył ją namiętnym, siarczystym policzkiem zaledwie kilka razy w ciągu ostatnich tygodni, ale było to doświadczenie na tyle traumatyczne, że Avery reagowała na gwałtowne ruchy jak typowa ofiara przemocy domowej. Wyprostowała się jednak szybko, świadoma, że uważnemu Mulciberowi z pewnością nie umknęła ta chwila niespotykanej dotąd słabości. Wytrzymała jego spojrzenie, odwzajemniając je ze stalową pewnością siebie.
- Po prostu cenię sobie czystość szlachty, zwłaszcza, jeśli skażony osobnik plugawi moje bliskie otoczenie - odparła krótko acz wyczerpująco, nie zamierzając dawać Ramseyowi żadnych wskazówek, chociaż...niezmiernie kusiło jej wysunięcie drugiego ostrza zemsty, tym razem zadającego cios prosto w męskość Samaela. Czy czułby się tak samo pewny swych idiotycznych, władczych racji, gdyby inni mężczyźni wiedzieli o jego występku?





when your smile is so wide and your heels are so high you can't cry

Powrót do góry Go down
Ramsey Mulciber
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
http://www.morsmordre.net/t2225-ramsey-mulciber http://www.morsmordre.net/t2290-greyjoy-aka-fetor#34823 http://www.morsmordre.net/t2283-sorry-not-sorry#34612 http://www.morsmordre.net/f137-pokatna-3-6 http://www.morsmordre.net/t2326-ramsey-mulciber
Niewymowny
30
Czysta
Kawaler
Nie wstawaj,
noc się jeszcze mroczy.
Ten blask to tylko twoje oczy.
20
20
0
0
0
43
1
3
Jasnowidz

PisanieTemat: Re: Pracownia Laidan   03.08.16 22:11

Był niczyj. Nie mógł być ani dzieckiem, ani kochankiem, ani dobrym mężem, ojcem, powiernikiem sekretów. Był nikim. Człowiekiem bez nazwiska, bez psiego rodowodu, bez sztucznie napompowanych znajomości, które zobowiązywały go do spełniania pradawnych obowiązków i dotrzymywania niezłożonych przez siebie obietnic. Mógł zniknąć i nikt by nie zauważył, nikt by za nim nie płakał, nikt nie cierpiał, nie żałował. A jednak to, co budził w innych to nie obojętność, jak na kogoś, kto nie miał żadnego znaczenia. Jak na kogoś kto powinien zginąć wśród gminu odznaczał się na tyle, że zamiast błagać lady o chwilę uwagi, wkroczył w jej progi z bezczelnością niejednego szlachcica, czując się tu jak u siebie. Jego towarzystwo zmuszało do odzewu, jakby każdy kto wniknie w jego orbitę musiał automatycznie reagować obroną tego, co miał najcenniejsze. Mógł być nikim, mógł być każdym jednocześnie. Nie trzymało go nic.
To dar czy przekleństwo, proszę Pana?
Laidan była zbyt bystra, by hodować takiego węża przy sobie i pozwalać mu na to, na co pozwalało się szlachcicom. I bez jej pozwolenia lubił brać to, czego chciał i wchodzić tam, gdzie nie powinien. Mogła go upominać, złościć się, lecz na jak długo? Patrzył na nią z podziwem i aprobatą, z szacunkiem nie tyle wobec damy, co kobiety inteligentnej, która w jego mniemaniu potrzebowała bodźca, by trwać. Nie traktował jej jak wroga, choć to nie znaczyło, że był przyjacielem. Nie mógł, nawet gdyby znał sens tego słowa. Ona była tam, on był tu. Dzieliła ich przepaść błękitnej krwi. Istny kanion zasad, tradycji i znaczeń, których nie chciał ślepo hołdować — bo i po co? Cóż z tego miał, kiedy nazwisko nie miało znaczenia.
— Nie? — odpowiedział jej, unosząc pobłażliwie brwi, kiedy skierowała na niego to spojrzenie. — Wiem, że Colin Fawley zniszczył coś, na czym ci zależało. Inaczej nie bawiłabyś się w takie głupoty. To dość specyficzna forma rozrywki — odpowiedział i wzruszył ramionami z nonszalancją, jakby wcale się nie przejął jej słowami. Mógł mieć rację. Mógł się mylić, nie był w końcu alfą i omegą. Ale był człowiekiem, który nie wydawał osądów zbyt szybko. Na wszystko potrzeba było czasu.
Uśmiechnął się pod nosem, choć nie wspomnienie lorda Avery'ego go rozbawiło, a jej słowa dotyczące obnażania się. Przemilczał to, co chciał odpowiedzieć, choć wcale nie dlatego, ze uznał to za niestosowne. Był oszczędny w prawdzie i szczerych słowach. Mówił więcej dla zabawy, chaosu, czasem z arogancji. Ale wnioski były i zawsze będą cenne i należało je zachowywać dla siebie, aby uczyć się i postępować w przyszłości skuteczniej.
Dotykanie jej skóry było miłe, przyjemne, nawet w tak delikatnym i niezapowiedzianym geście. Przecież ujął ją ledwie palcami, a odniósł wrażenie, że napięła się niczym struna, szybko przytomniejąc, aby uraczyć go tym samym wyrazem co wcześniej. Nie skomentował tego, choć zmrużył oczy  i obrócił się tyłem do okna, opierając pośladkami o parapet. Nie musiał pytać, a nawet obserwować dłużej. Oddał jej wolność, która w swojej definicji nie zawierała jego oceniającego wzroku. Ręka go świerzbiła zbyt często, by nie dostrzec tak naturalnego odruchu. Któż posiadł nad nią taką władzę? Zmarły małżonek? Niegdyś ojciec? Czy któryś z synów odważyłby się podnieść rękę na swoją rodzicielkę? Zdawać by się mogło, że miał nie tylko jej serce, ale i całą duszę w garści, nie zważając na to, co z nią czyni. Czy Mulciber, gdy bił swoją narzeczoną myślał o jej cierpieniu, upodleniu? Na czym polegała miłość do swoich oprawców?
— Uhm — mruknął już całkiem poważnie, spuszczając wzrok na podłogę. A może na samego siebie, bo lewą dłonią pogładził swoją koszulę na torsie, jakby przeszkadzały mu te naturalne marszczenia materiału w tej pozycji. — Czystość, skażenie, plugawienie, bliskie otoczenie — wymieniał pod nosem i pokiwał głową, jakby zapisywał te poszczególne frazy w myślach. Nie były bez znaczenia. Połączył to z jej ostrzeżeniem odnośnie Colina. Lecz Laidan miała wciąż trzech synów. Którego z nich zbrudziły urzeczywistnione fantazje Fawleya? W gruncie rzeczy wcale go to nie obchodziło. Ani Colin, ani jego życie seksualne. Teoretycznie brzydził się tej parszywej odmienności — w praktyce szkoda mu było czasu i energii na kierowanie jakichkolwiek myśli wobec marnych jednostek. Mężczyzna powinien być mężczyzną. Nie zmieni tego przystojna twarz, czy zarost, paniczna potrzeba kontroli, agresja, czy sadyzm. Słowo mężczyzna zawierało w sobie więcej obowiązków i przyrzeczeń, których należało się trzymać — zupełnie tak, jak szlachetne nazwisko. — Zajmę się tym. Ale nie traktuj mnie jak chłopca na posyłki— odpowiedział już obojętnie. Jesli takie miała życzenie — znajdzie słaby punkt Fawleya, a później wbije w niego szpilę. Czymkolwiek ono będzie, lub kimkolwiek. Lady Avery nie musiała powtarzać dwa razy.
Splótł w końcu ręce na piersi i uniósł wzrok na jej twarz. Przez dłuższą chwilę jej się przyglądał. Może gdyby umiał się troszczyć to właśnie przejawiałoby jego spojrzenie. Teraz poza przenikliwością w jego oczach zatańczyła nuta nostalgii. Dlatego je zamknął na moment i nabrał powietrza w płuca.
— Spotkałem ojca — zakomunikował zwięźle, choć nie wiedział jakie to ma w ogóle znaczenie. — Na wernisażu.




Crushed and filled with all I found
Underneath and inside just to come around
More, give me more, give me more

Powrót do góry Go down
Laidan Avery
avatar

Nieaktywni neutralni
Nieaktywni neutralni
http://www.morsmordre.net/t1280-laidan-avery http://www.morsmordre.net/t1289-ludwig#9767 http://www.morsmordre.net/t1290-kobieta-w-czerwieni http://www.morsmordre.net/f98-shropshire-ludlow-dwor-averych http://www.morsmordre.net/t1532-laidan-avery
mecenas i krytyk sztuki
48 lat
Szlachetna
Wdowa
I wanna see this world, I wanna see it boil
I wanna burn the sky, I wanna burn the breeze
5
12
0
0
0
0
0
0
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Pracownia Laidan   06.08.16 19:23

Potrzebowała oderwania od marazmu, jakiegoś mocnego, obezwładniającego wręcz bodźca, nawet jeśli miał się on wiązać z pewnym dyskomfortem. Przy Mulciberze jednocześnie czuła niecodzienny spokój jak i właśnie pewną niewygodę. Coś uwierało gdzieś pod sercem lub w tyle umysłu, łącząc zbyt wiele rozsypanych kropek w dość rozmyty obraz. Podobne rysy twarzy? Ciemna oprawa oczu? Wąskie usta? Sklepienie i kształt czaszki? Nie chciała odnajdywać w Ramseyu duchów przeszłości a zwłaszcza nie chciała przywoływać tego jedynego, którego imię odbijało się coraz rzadszym echem w tyle przejętej problemami głowy. Zamykała uwielbianą niegdyś historię za spiżowymi drzwiami, mając nadzieje, że przyszłość okaże się łaskawsza i że odebrane razy uczynią ją silniejszą. Pewniejszą siebie. Nieustraszoną, choć przecież odsłaniała przed Mulciberem część swoich słabych punktów, nieco masochistycznie pozwalając mu na wejście tam, gdzie z pewnością nie powinien się znaleźć. I na dość niefrasobliwe komentowanie powierzonego mu zadania. Nie zezłościło jej to jednak - być może dlatego, że ciągle przeżywała ten żałosny, sekundowy atak paniki, stworzonej przed kilkoma tygodniami przez Samaela - i uśmiechnęła się ponownie, lekko, żałując, że nie wie, gdzie Reagan chował swoje cygara. Potrzebowała dodatkowego ukojenia w dymie i...zajęcia czymś ust. Lub dłoni.
- Niszczenie innych ludzi nigdy nie jest głupie. Myślałam, że o tym wiesz - odparła z leciutkim zawodem, przesuwając wzrok z jego twarzy i barczystej sylwetki ponownie na daleki ogród. Spokojny, opustoszały, martwy. Jak jej ukochany mąż lub jej marzenia o szczęśliwym życiu. - Po prostu potraktuj to jako zabawę. Może z niezbyt wymagającym szczeniaczkiem, ale topienie słodkich zwierzątek też może dać choć odrobinę satysfakcji - dodała całkiem uroczo, na chwilę opierając policzek o brzeg okiennego wykuszu. Przesunęła lekko głową a szorstki marmur przyjemnie podrażnił skórę. Jak wtedy, gdy Marcolf przyciskał ją do parapetu i... Znów uśmiechnęła się szybko, krótko, tym razem nieco inaczej, powracając jednakże szybko do rzeczywistości. Ostatnio coraz częściej przyłapywała się na uciekaniu w wyobrażenia, w fantomowe ramiona ojca, jednocześnie opiekuńcze i męskie, gwarantujące bezpieczeństwo w bonusie z rozkoszą. Potrzebowała tego i dlatego - tak jak słabi, miałcy ludzie - próbowała uzyskać wsparcie z nieistniejących obrazów, z iluzji, powoli przenikającej coraz częściej do chłodnej codzienności. Nawet w tak dobrych chwilach jak powolna rozmowa z obcym przecież mężczyzną. Zadbanym i przystojnym. Widziała to nawet kątem oka, pozornie skupiona na kontemplowaniu przysypanych śniegiem kamiennych figur, zdobiących drogę, prowadzącą w kierunku lasu i jeziora. Nie dopytywała nigdy Ramseya o jego życie, nie znała listy przyjaciół ani panien, jakie musiały przewijać się przez jego serce...choć odpowiedniejszym byłoby wskazanie innej, bardziej erotycznej lokacji. Łóżko w kawalerce? Dębowe biurko w gmachu Ministerstwa Magii? Dziwne, że myślała właśnie o tym, przesuwając nieświadomie dłonią po zaśnieżonym parapecie, by wsunąć palce głębiej w mroźny puch. Aż do bólu kości.
- Gdybyś był chłopcem na posyłki, nie zapraszałabym cię do siebie - sprostowała od razu jego zawoalowany wyrzut, prostując się, choć blada dłoń z czerwonymi paznokciami ciągle tkwiła w śniegu. Jak relikt innych, męskich palców. Może powinna pokazać Ramseyowi odciętą kończynę Colina, by wiedział, o jaką dokładnie zabawę jej chodzi? Wierzyła jednak w domyślność mężczyzny. - i nie miałabym do ciebie takiego zaufania- dokończyła, nie musząc dookreślać stopnia, w jakim powierzała swoje problemy Mulciberowi. Wiedział dużo więcej od innych, ale jeśli porównać całość tajemnic, jakie ciążyły na ramionach Laidan, i tak było to zaledwie drobnym pyłkiem. Mogącym jednak z powodzeniem zachwiać nieco jej nastrojem, tak jak teraz, gdy Mulciber jednym zdaniem ponownie wytrącał ją z wewnętrznej równowagi. Gwałtownie wyciągnęła przemarzniętą dłoń z śniegu, jakby dopiero teraz poczuła pieczenie odmrażanej skóry.
- Ignotus... - zaczęła, właściwie nie wiedząc co chce powiedzieć. O co spytać. Jak wygląda? Jak się czuje? Dlaczego do niej nie podszedł? Dlaczego się tam zjawił? Dlaczego obserwował ją z dystansu, nie obnażając swojego nowego życia? Nie chciał jej? Nie rozumiał, dlaczego - przed laty; ile już minęło? - przestała przesyłać długie listy, zrywając kontakt? Tyle pytań, nagłych, nowych, bolesnych i zarazem orzeźwiająco trzeźwych. Niezwiązanych z żadną z ciągle świeżych tragedii. - Jak...gdzie teraz jest? - spytała dość bezsensownie, mimowolnie starając sobie wyobrazić nowego, starszego Ignotusa. Ze zmarszczkami, siwymi włosami, twarzą zniszczoną troskami i więzieniem.





when your smile is so wide and your heels are so high you can't cry

Powrót do góry Go down
Ramsey Mulciber
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
http://www.morsmordre.net/t2225-ramsey-mulciber http://www.morsmordre.net/t2290-greyjoy-aka-fetor#34823 http://www.morsmordre.net/t2283-sorry-not-sorry#34612 http://www.morsmordre.net/f137-pokatna-3-6 http://www.morsmordre.net/t2326-ramsey-mulciber
Niewymowny
30
Czysta
Kawaler
Nie wstawaj,
noc się jeszcze mroczy.
Ten blask to tylko twoje oczy.
20
20
0
0
0
43
1
3
Jasnowidz

PisanieTemat: Re: Pracownia Laidan   08.08.16 22:46

On wciąż czegoś szukał. Tłumaczył to sobie ambicjami i upartym dążeniem do celu, po trupach — jeśli tego wymagała pokrętna ścieżka. Wysoko postawiona poprzeczka nigdy go nie odstraszała, wręcz przeciwnie. Stanowiła granicę, którą musiał przekroczyć, a temu nie było końca, bo zawsze można było stać się lepszym, wprawniejszym, bardziej błyskotliwym. Dlatego traktował podsuwane przez innych (a także okrutny los) wyzwania jak sport, którym zajmował się w każdej wolnej chwili. Dziedzina nie miała znaczenia — to priorytety wytyczały mu kierunek. A mimo usilnej próby zapełnienia każdej wolnej chwili, nawet nocami, które pozostawiały go w męczarniach bezsenności; wciąż odczuwał niedosyt i brak. Czegoś, czego nie potrafił sprecyzować. Nie doszukiwał się tego w rzeczach przyziemnych, jakby uważał, że stać go na coś lepszego, a mimo to próbował wypełniać luki równie pustą przyjemnością, używkami, smakiem krwi i cierpienia. Bólu, którego nie obawiał się dostawać, a tym bardziej go zadawać. Chełpił się wszystkim, co wprawiało zlodowaciałą zmarzlinę w jego piersi w lekkie drżenie. Bo wtedy czuł, że żyje.
I stojąc przy Laidan odczuwał pragnienie, które w milczeniu precyzował. Nie musiał obłapiać jej spojrzeniem, prześlizgując się wzrokiem po jej kobiecej sylwetce odszukując w tym samczego zaspokojenia. Nie musiał jej dotykać, lekko, opuszkami palców, biodrem, czy mocno zaciskać na niej dłonie, by w myślach rozważać wszystkie możliwości jakie mogła mu ofiarować. Opierając się pośladkami o parapet, czuł jak chłodny powiew powietrza przenika przez ubranie i paraliżuje rdzeń, a raz po raz zimny dreszcz przebiega od samego karku, po koniec kości ogonowe, powodując na rozgrzanym ciele gęsią skórkę. Czuł. Czuł cokolwiek w tym stale rozgorączkowanym ciele. I zastanawiał się, czego tak naprawdę chciał lub potrzebował od niej w zamian.
Uśmiechnął się pod nosem i przymknął na moment oczy.
— Niszczenie innych, godnych naszej uwagi ludzi nie jest głupie. Psucie sobie krwi dla ścierwa to marnotrastwo — odpowiedział, a uśmiech poszerzył mu się nieznacznie. Wciąż daleki był od szczerego, radosnego wyrazu, przypominając raczej bezwarunkowy odruch pełen szarmanckiego wdzięku i eleganckiej złośliwości. Nie drwił jednak ani z Laidan, ani tym bardziej z jej słów. I wcale nie miał na myśli siebie, a ją, choć nie zamierzał ciągnąć tematu dalej. — Ale jeśli ma ci to sprawić przyjemność — zamruczał i obrócił twarz w jej kierunku . — Mogę zmarnować kilka chwil.
Obserwował ją z boku, kiedy wpatrywała się w ośnieżony ogród. Wydawała się tak nierealna i odległa, choć przecież wystarczyło wyciągnąć rękę, aby udowodnić, że stoi tu przy nim — nieodporna na złamanie, na niespodziewany atak. Lubił się przyglądać jej zadumie, która stawiała ją w podniecająco niedostępnej strefie. Jak muza dla artysty — taka, którą można było kochać tylko wtedy, gdy była poza zasięgiem brudnych z farby dłoni.
— Zaufanie nie istnieje — stwierdził sucho, na nowo twardo dotykając podłoża. Wytrącił się z przyjemnej zadumy, schodząc w ciemne rejony żalu i frustracji, których starał się wyzbyć. Doskonale zdawał sobie sprawę, że liczyła się tylko wymiana korzyści. Tak długo jak obie strony mogły czerpać pozytywy bijące ze współpracy i chełpić się wzajemną symbiozą, tak długo stąpali na cienkiej linii bezpieczeństwa, która tworzyła iluzję zwaną zaufaniem. Ale niewiele wystarczyło, by stracić równowagę i runąć w dół, lub zepchnąć drugą stronę, gdy wędrówka stała się zbyt ryzykowna, bo ciężar ich obojga był zbyt duży by oboje ocaleli.
Przygryzł policzek od środka i sięgnął po papierosy. Nie pytał jej, czy miała ochotę — on ją wyraził, więc w mgnieniu oka odpalił z przymkniętymi oczami rozkoszując się drapiącym w gardle dymem.
— Nie wiem, nie pytałem go o miejsce pobytu — odparł z dziwnym rozdrażnieniem i oderwał się od parapetu. Myślenie o ojcu wprowadzało go nietypowy nastrój, chwiało jego humorami. Nie potrafił się zdecydować, czy go to cieszy, czy przeraża, a przede wszystkim nie wiedział jeszcze co chciałby mu powiedzieć, czy o co go zapytać. Było tak wiele rzeczy nagromadzonych przez te wszystkie lata, jednocześnie uświadamiając mu, że było już za późno. I wtedy znów dawała o sobie znać potrzeba odnalezienia tego, czego szukał, co wprowadzało go w jeszcze gorszy nastrój niespełnienia.
Rozpiął marynarkę i siadł w fotelu, opierając się o własny płaszcz, który gniótł go w plecy, przypominając mu, że nie powinien zajmować jej zbyt wiele czasu. Jednak z tej perspektywy miał doskonały widok na jej sylwetkę. Palił papierosa w milczeniu, pozwalając aby żar na moment otulał jego twarz ciepłym światłem; patrzył na jej plecy, gryząc wargę od środka i balansując papierosem między palcami w nerwowym geście.
— Chciałabyś się z nim spotkać? — spytał, po czym zaciągnął sie powoli, licząc na to, że zwróci twarz ku niemu i uraczy go swoim głębokim spojrzeniem.




Crushed and filled with all I found
Underneath and inside just to come around
More, give me more, give me more

Powrót do góry Go down
Laidan Avery
avatar

Nieaktywni neutralni
Nieaktywni neutralni
http://www.morsmordre.net/t1280-laidan-avery http://www.morsmordre.net/t1289-ludwig#9767 http://www.morsmordre.net/t1290-kobieta-w-czerwieni http://www.morsmordre.net/f98-shropshire-ludlow-dwor-averych http://www.morsmordre.net/t1532-laidan-avery
mecenas i krytyk sztuki
48 lat
Szlachetna
Wdowa
I wanna see this world, I wanna see it boil
I wanna burn the sky, I wanna burn the breeze
5
12
0
0
0
0
0
0
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Pracownia Laidan   10.08.16 19:53

W głębi ducha mogła przyznać nieco racji Mulciberowi, którego słowa skłoniły ją do krótkiej acz intensywnej refleksji nad chęcią zemsty. Dlaczego aż tak pragnęła zniszczyć życie tego parchatego zwierzątka? Nie był przecież wart uwagi i nawet minimalnych środków przeznaczonych na uczynienie z jego żałosnej egzystencji piekła. Ścierwo, oto, czym był Colin Fawley. Wypowiedziane przez Ramseya słowo stało się rozkoszną muzyką dla uszu Laidan - uśmiechnęła się nawet lekko, nieświadomie, zadowolona z werbalnego ułożenia pederasty na odpowiednim poziomie. Brudnego, zasyfionego bruku, gdzie miał gnić do końca swych marnych dni, cierpiąc niewyobrażalne męki z każdym bolesnym oddechem. Musiał zapłacić. Nieważne, że nie należał do ich świata, że mógł równać się tylko z napęczniałymi zgnilizną robakami. Świat musiał na nowo zacząć kręcić się wokół osi sprawiedliwości, tak zachłannie wyczekiwanej przez lady Avery, choć przecież uciekała z jej śliskich macek od tylu lat, przekonana o wyjątkowości swych poczynań. Nie miała sobie jednakże nic do zarzucenia...przynajmniej do niedawna, bowiem odkąd łaskawa zasłona została zdarta z jej oczu, żałowała wielu rzeczy. Głównie związanych z Samaelem. Żałowała, że nie protestowała wyraźniej, gdy po raz pierwszy rościł sobie prawa do ciała matki, rozgoryczony poznaną prawdą. Żałowała miłości, jaką go obdarzyła, ślepa na wyraźne przesłanki dotyczące szaleństwa pierworodnego. Żałowała zaufania, wolności, troski i wierności, którymi kierowała się każdego dnia, mając przed oczami tylko szczęście ukochanego. Sam plunął na to, na rodzinę, na nazwisko, na Laidan, przekraczając każdą z wytyczonych przez moralność (także tą szaleńczą, sygnowaną inicjałami Averych) granic. Do tego hańbił ją dalej, odmawiając także dopełnienia obowiązku zemsty na Fawleyu. W pierwszej chwili niesamowicie ją to zabolało, ale teraz, gdy rozmawiała z Mulciberem, czuła, że zwraca się do odpowiedniego mężczyzny.
Jeszcze nigdy jej nie zawiódł. Nie, nie chciała prowokować losu, ale sam fakt, że Ramsey był gotowy poświęcić kilka chwil dla jej przyjemności, wywołał falę dziwnego, zapomnianego już uczucia. Jakiejś satysfakcji, ukojenia. Wspomnienie przeszłości, w której czuła się szanowana i pożądana. Nie tylko jako kobieta, piękne ciało, mające zaspokoić wygórowane męskie pragnienia. Raczej jak osoba, partnerka do rozmowy, do subtelnych prowokacji, do wymiany spojrzeń, mówiących więcej od retorycznych szermierek, rozgrywanych na salonach.
Słuchała kolejnych słów w milczeniu, kiwając tylko powoli głową. Nie dała po sobie poznać chęci zapalenia, nawet kiedy Ramsey zaciągnął się swoim papierosem i zniknął nagle z przestrzeni okna, pozostawiając ją sam na sam z myślami. Także o zaufaniu. Mogłaby skrzywić się lekko na to dość brutalne sprowadzenie na ziemię, lecz zamiast tego ponownie przesunęła dłonią po śniegu, strącając resztę białego puchu w dół. Daleko w dół, przez sekundę powracając do myśli o tym, by stanąć na parapecie i skoczyć, rozmywając się w lodowatym powietrzu jak reszta śnieżnych płatków. Otrząsnęła się jednak szybko z wewnętrznej rozterki, woląc skupić się na nowej informacji. O Ignotusie.
Dobrze, że Ramsey zniknął gdzieś za nią, bo mogła pozwolić sobie na nieco zdezorientowany, tkliwy i jednocześnie niespokojny uśmiech, szerszy niż ten, prezentowany do tej pory. Mulciber powracał z zaświatów i Laidan nie mogła powstrzymać dość niedorzecznej fascynacji tym zmartwychwstaniem, zmianą, jaka musiała zadziać się w niegdyś ważnym dla niej mężczyźnie. Odsunęła jednak słabości na bok, jeszcze chwilę stojąc przy oknie, niczym bohaterka obrazu, zaklęta w ramie wykuszu i białego światła, wpadającego do pracowni.
Odwróciła się powoli, leniwie podchodząc do siedzącego bruneta. Rozsiadł się wygodnie na fotelu zazwyczaj zajmowanym przez Samaela, lecz coś, co do niedawna byłoby niewybaczalnym świętokradztwem, stało się teraz działaniem wręcz pożądanym. Przystanęła tuż przed nim, mogąc w końcu nacieszyć się spoglądaniem na Ramseya z góry, coraz usilniej koncentrując się na rozpoznaniu w nim jego ojca. Śmiało sięgnęła ku jego dłoni, przesuwając lodowatymi palcami po nadgarstku, by zgrabnie odebrać mężczyźnie papierosa. Podniosła go do ust i zaciągnęła się powoli. Kolejne słowa nadeszły dopiero razem z szarym dymem.
- Tak - odparła tylko. Nic o tęsknocie i ciekawości, nic o strachu, nic o chęci odnalezienia mężczyzny, mogącego ochronić ją przed postępującym szaleństwem Samaela. - Dziękuję - dodała po kolejnej milczącej przerwie, właściwie odnosząc się zarówno do skorzystania z jej propozycji, jak i do przekazania informacji o ojcu...ale też do obecności Ramseya. Teraz, tutaj. Czuła smak jego warg na filtrze papierosa i przez chwilę jej myśli niebezpiecznie zeszły z utartej ścieżki - czyżby zauważył ten dziwny błysk w jasnogranatowych oczach - powracając jednak równie szybko do normalności. Zaciągnęła się ponownie, ostatni raz, po czym wsunęła go powoli między usta Ramseya, muskając je mimowolnie opuszkami palców.





when your smile is so wide and your heels are so high you can't cry

Powrót do góry Go down
Ramsey Mulciber
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
http://www.morsmordre.net/t2225-ramsey-mulciber http://www.morsmordre.net/t2290-greyjoy-aka-fetor#34823 http://www.morsmordre.net/t2283-sorry-not-sorry#34612 http://www.morsmordre.net/f137-pokatna-3-6 http://www.morsmordre.net/t2326-ramsey-mulciber
Niewymowny
30
Czysta
Kawaler
Nie wstawaj,
noc się jeszcze mroczy.
Ten blask to tylko twoje oczy.
20
20
0
0
0
43
1
3
Jasnowidz

PisanieTemat: Re: Pracownia Laidan   11.08.16 15:16

Colin Fawley był mu zupełnie obojętny, a Mulciber nawet gdyby chciał, nie mógłby poszczycić się relacjami z jego personą. Praktycznie się nie znali — nazwisko ledwie kojarzył ze spotkań rycerzy, a dobra pamięć uniemożliwiła mu wyrzucenie go z umysłu. Niewiele o nim wiedział, bo nigdy — do dziś — nie był obiektem jego zainteresowań, nie stał nawet blisko. Nie wydawał się być ciekawy, ani przydatny, więc nie zawracał sobie głowy głupotami. Lady Avery sprawiła jednak, że chcąc nie chcąc musiał wykazać się odrobiną zaintrygowania tematem. Jeśli nie traktowała go jak chłopca na posyłki i pozwalała siedzieć spokojnie w tym fotelu, to znaczyło, że mu ufa, lub zawierza mu dość istotne dla niej zadanie. Nie kosztowało go to zbyt wiele, przynajmniej w założeniu, które pojawiło się w jego umyśle podczas chłodnej kalkulacji zanim się zgodził zrobić to, o co go prosiła. Zabijać go nie chciał, nie był zresztą głupcem, ani płatnym mordercą, a sprawa Laidan wydawała się o wiele bardziej wysublimowana niż prosta i emocjonalna żądza mordu. Przystał więc na to nie chcąc zbyt wiele w zamian, choć niczego nigdy — lub prawie nigdy — nie czynił bezinteresownie. Nie chodziło mu wcale o pieniądze — dużo bardziej cenił sobie przysługi u ludzi możnych i wpływowych, a Laidan się do nich zaliczała. Od lat ze sobą współpracowali, umilali sobie wzajemnie czas, poznając się bliżej za każdym razem, choć żadne z nich ani razu nie spuściło gardy. Ale wydawali się posuwać nieustannie do przodu, wyłapując z wymiany zdań szczegóły zdradzające prawdę o ich samych. Może dlatego każde ich kolejne spotkanie sprawiało, że obserwował ją wnikliwiej, doszykując się w ucieczce jej spojrzeń czegoś więcej, tak jak w lekkim ruchu kącików warg, kiedy wypowiadała płynnie jego imię lub przeciągała głoski. Chciał spełnić tę prośbę również z innego powodu. Dzielili wspólnie Mulciberowy sekret, choć tak naprawdę nie był on żadną tajemnicą. Kwestia Ignotusa przewijała się w ich rozmowach wielokrotnie. Od dawna była dla niego głównym źródłem informacji o ojcu — o tym jaki był, co robił, a także co mogło się z nim stać, kiedy nikt nie potrafił go zlokalizować. Ramsey go szukał, kiedy zdał sobie sprawę kim dla niego jest Graham. A mimo to nigdy głośno nie sprecyzował, czy chce go otwarcie poznać, o cokolwiek zapytać. Jego osoba budziła w nim skrajne uczucia — jeszcze dziwniejsze odkąd stanął z nim twarzą w twarz, a jego przenikliwe spojrzenie penetrowało Mulcibera na wylot. Miał nadzieję, że nie okazał się wtedy zbyt słaby, że nie wyraził zaskoczenia tym spotkaniem, ani tym bardziej żadnej nadziei. Choć przecież mogła być naturalnym odczuciem w chwili, w której dziecko po raz pierwszy spotyka swojego rodzica. A jednak zamącił w jego głowie i zburzył dość prosty schemat Ramseyowego działania. Brak uczuć był wygodny i tym się kierował. Już dawno nie pamiętał o przeszłości, nie powracał do niej myślami i nie kierował nią w ferworze działania. Jego przyjście zachwiało perfekcyjnym modelem.
Może właśnie dlatego jej powiedział o ojcu. Przyznał się, że go widział, choć na samo wspomnienie jego rad dotyczących likwidowania plam po winie rozbawiło go. Ale i tego nie dał w tej chwili po sobie poznać, gdy tkwił usadowiony głęboko w wygodnym fotelu, paląc powoli papierosa i wpatrując się w sztalugę, choć nie porwał się wcale na próbę analizy obrazu. Siedział tam, gdzie do tej pory przesiadywał Samael, którego być może właśnie deklasował. Nieświadomie odbierał mu jego miejsce, kawałek po kawałku, kradł mu wszystko to, co najcenniejsze, nawet jej spojrzenie. Podeszła do niego cicho, a on nie zwrócił na to uwagi, zbyt mocno pogrążony w swoich własnych myślach. Dopiero gdy stanęła przed nim, zasłaniając mu widok prześlizgnął się bezczelnie po jej sylwetce od samych kostek w górę, przez kształtne, kobiece biodra, które wydały na świat potomstwo wiele lat temu — również plugawe; aż po unoszące się w wolnych oddechach piersi, smukłą szyję i piękną, choć smutną twarz. I gdyby tylko nie była tym, kim była myślałby o niej w pełen męskiego pożądania sposób; ściągnął na kolana i zaciągnął się zapachem jej ciała dla poprawienia humoru.
Nie odezwał się nawet wtedy, gdy odebrała mu papierosa. Ułożył obie ręce wygodnie, przechylając nieco głowę, bo tak przyjemniej mu było ją obserwować, kiedy powtarzała jego rytuał. A może to był już ich własny rytuał? Skinął jedynie głową w odpowiedzi wykluczającej lekceważenie, choć nie zareagował w żaden werbalny sposób. Jedynie na nią patrzył, zapamiętując w głowie każdy ruch.
Kiedy oddała mu jego własność, od razu na to odpowiedział, jakby nie było w tym nic zdrożnego; jakby to było zupełnie naturalne. Zaciągnął się, trzymając papierosa wargami wciąż zbyt lekko, by go utrzymać, a chłodne powietrze wciągane w płuca przemknęło pomiędzy smukłymi i palcami Laidan. Były zimne, kontrastując z jego rozpaloną skórą, mimowolnie powodując na jego karku przyjemny dreszcz. Patrzył na jej twarz przez chwilą w milczeniu z całkowitym spokojem. Nie mrugnął nawet, aby nie tracić każdej cennej sekundy, w której mogły zajść jakieś zmiany na jej twarzy, aż w końcu przerwał przyjemne połączenie przez końce jej dłoni i odsunął głowę, by w dół wypuścić to, co zalegało mu przez moment w płucach. Nie odebrał papierosa, ujął jednak drugą dłoń w przelotnym uścisku, przemykając opuszkiem kciuka wzdłuż jej wnętrza, aż od nadgarstka, przez wgłębienie linii życia, po mały palec.
— Lady Avery — mruknął niemalże szeptem, bo była tak blisko, że bez trudu mogła to usłyszeć. Skinął głową lekko i zabrawszy ze sobą płaszcz opuścił jej pracownie, pozostawiając ją sam na sam z tlącym się papierosem i myślami o tym wszystkim, co przez kilkanaście, a może kilkadziesiąt minut tutaj się działo.

| zt




Crushed and filled with all I found
Underneath and inside just to come around
More, give me more, give me more

Powrót do góry Go down
Samael Avery
avatar

Martwi/Azkaban/Zaginieni
Martwi/Azkaban/Zaginieni
http://www.morsmordre.net/t631-samael-marcolf-avery#1801 http://www.morsmordre.net/t1443-samaelowa-skrzynka-z-pogrozkami#12562 http://www.morsmordre.net/t807-call-me-doctor-love http://www.morsmordre.net/f119-shropshire-peace-street-102 http://www.morsmordre.net/t972-ten-lepszy-avery
ordynator oddziału magiipsychiatrii
30
Szlachetna
Zaręczony
Szalony, niech ukocha swe samotne ściany
I nie targa łańcucha, by nie draźnić rany
0
30
0
10
0
14
Czarodziej
Doskonała rozpusta wymaga doskonałego odprężenia.

PisanieTemat: Re: Pracownia Laidan   12.10.16 17:02

| tuż przed procesem

Uczucia pakowano próżniowo. Przekłute serce wpuszczało do środka wszystkie zarazki, które radośnie zaczynały harcować po mięśniu, uparcie kurczącym się i rozszerzającym, aż do czasu, gdy było zbyt chore, aby pracować. Wtedy zaczynała się uczta, a bakterie wychodziły na żer, rozrywając ciało na kawałki. Poszarpane, ohydne, zakrwawione, zaropiałe. Pleśń, robaki, wijące się w ciepłym mięsie, parującym jeszcze, jakby zostało świeżo wycięte. Buchająca zgnilizna, nieopisany smród, zalążki powolnej śmierci w nieludzkich warunkach.
Nie twierdził, że na to nie zasługiwał, lecz niekoniecznie z tego powodu, będącego przedmiotem sporu. Okazało się, że wszędzie panoszył się seks.
Fawley był zamkniętym rozdziałem. Laidan również. Avery żył na oparach, lecz widmo tej seksualnej odysei ciągnęło się za nim w nieskończoność. Obwiniał siebie. Obwiniał Czarnego Pana. Jej nie potrafił.
Musiał zapłacić, choć nie wyobrażał sobie odebrania dawnego życia. Nie umiał pogodzić się z możliwością, niebezpiecznie bliską prawdzie. Urzeczywistnieniu nie brakowało przecież wiele, a Avery nie łudził się aktem zaufania, przebaczeniem, prawem łaski. Nie mogli ukarać go śmiercią - nadeszła pora na zadanie ulubionego pytania - czyżby?
Idea szlachetnych samobójstw z czasów Cesarstwa Rzymskiego nagle zdała mu się wyjątkowo bliska. I tam nieraz (bardzo często) popełniano zbrodnie przeciw rodzinie, a i zmuszano skazańców (teoretycznie oskarżonych) do uniknięcia hańby przed procesem. Sam August wyrzekł się swej jedynej córki... Nie mógł mieć żalu do Laidan.
Tłumaczył ją przed sobą, wciąż zachłannie wierząc w to, że się kochali. Oboje, równo, tak, jak przecież nigdy się nie zdarza, bo zawsze zachodzą okropne dysonanse, a miłość jest tylko ogromną dysproporcją. Musiał zadać jej ból, musiał udusić widokiem sodomii, musiał zabić jej część, gdy po wszystkim, dokonywał gwałtu na jej ciele. Wtedy też zwalczał mdłości, gdy dochodził w jej ciasnym, suchym wnętrzu, ale obrzydzenie równoważyła ulga. Dziś jej nie czuł. Wstydził się tego, choć przecież m i a ł prawo. Ale to było tylko kłamstwo, uspokajające sumienie.
Tak samo jak historie opowiedziane Julienne, bawiącej teraz w domu jego brata. Z ulubioną opiekunką oraz psem Sorena, który stał się chyba jej najlepszym przyjacielem. Był o nią dziwnie spokojny i ufał bratu - choć przecież z jego strony też spodziewał się policzka. Zostało mu niewiele czasu, więc musiał się pośpieszyć. Krążył jednak po całym dworze, z zamkniętymi oczami, odtwarzając w pamięci każdą ścieżkę, wspominając szczerbę w murze, zerwaną zasłonę w sypialni w nieużywanym skrzydle, chybotliwą komodę, błyszczącą pokrywę fortepianu, teraz stojącą, choć zwykle zostawiano ją opuszczoną. Przypominał lunatyka, po omacku dotykając przedmiotów, pokonując kolejne schody, zapuszczając się w rejony dworu, w których nie był, odkąd wyrósł z chłopięctwa. Z portretu w jednym z salonów zniknął Marcolf, acz Avery przypuszczał, że ojciec po prostu nie chciał na niego patrzeć. Sam pozasłaniał wszystkie lustra we dworze, nie mogąc znieść swego odbicia. Wolałby być wampirem, kradnącym dusze, niż tak nisko upadłym człowiekiem. Nareszcie trafiającym do celu. Bywał tam sporadycznie, szanując jej prywatność, którą jednak przekraczał, nieco zaskoczony, że jest sama. I że nie czuwa nad nią Perseus, którego niezależnie od wyniku postępowania, postanowił zniszczyć, nawet, jeśli miałby sam potem zginąć z ręki Riddle'a.
-Wiedziałem, że tu będziesz - rzekł cicho, nie przekraczając progu, nie naciągając niepewnej granicy. Nie wiedział, czy nie zechce krzyczeć o pomoc - farby ci szkodziły - dodał, wyjmując z kieszeni szaty prostokątne puzderko, dość zobojętniały na myśl, że może robi to celowo. Musiał być beznamiętny, to była jego jedyna szansa.






And when my heart began to bleed,
'Twas death and death indeed.
Powrót do góry Go down
Laidan Avery
avatar

Nieaktywni neutralni
Nieaktywni neutralni
http://www.morsmordre.net/t1280-laidan-avery http://www.morsmordre.net/t1289-ludwig#9767 http://www.morsmordre.net/t1290-kobieta-w-czerwieni http://www.morsmordre.net/f98-shropshire-ludlow-dwor-averych http://www.morsmordre.net/t1532-laidan-avery
mecenas i krytyk sztuki
48 lat
Szlachetna
Wdowa
I wanna see this world, I wanna see it boil
I wanna burn the sky, I wanna burn the breeze
5
12
0
0
0
0
0
0
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Pracownia Laidan   24.10.16 12:31

Zima powoli mijała, ustępując miejsca roztapiającej śniegi wiośnie, lecz tego pochmurnego, czarnego niczym noc dnia lodowate podmuchy wiatru ponownie smagały Ludlow w ostatnim, łabędzim śpiewie najsurowszej pory roku, uniemożliwiając Laidan opuszczenie złotej klatki. Dusiła się w wysokich korytarzach, w przestronnych salach, w wąskich wieżach - niczego nie pragnęła bardziej, niż opuszczenia swojego domu. Raz na zawsze. Zamek, który ukochała, stał się jednym wielkim przypomnieniem najsroższej porażki i najcięższej tragedii. Nie roztkliwiała się już pięknymi drobiazgami, nie uśmiechała z dumą mijając portrety przodków: właściwie nie opuszczała swych komnat, poddając się żałosnej katatonii. Nawet wino nie przynosiło ulgi, rozlewając się słodką aluzją przeszłości po wyschniętym na wiór języku. Zaledwie egzystowała, dopiero wczoraj postanawiając wziąć sprawy w swoje ręce.
Chciała dopilnować wszystkiego samodzielnie, po raz pierwszy w życiu trudząc się niemalże fizyczną pracą. Wiedziała, że to ostatnie dni - godziny? - i że przyszłość pozostaje ciężką, przerażającą tajemnicą, mającą w sobie jednak kuszącą drobinkę końca. Nie mogło przecież spotkać ją nic gorszego, nie mogła cierpieć bardziej, nie mogła umrzeć ponownie. Silne poczucie obowiązku motywowało ją jednak do ostatniego zrywu. Zamierzała odwiedzić dziś siedzibę redakcji, by domknąć sprawy felietonów, ale okrutna pogoda - i niewerbalne ostrzeżenie Perseusa - zatrzasnęły drzwi zamku. Nie wpadła w panikę, od razu odnajdując inne zajęcie. Przyjemnie bolesne, bowiem jedyne, co mogła robić za grubymi murami posiadłości, było związane z jej drugą miłością.
Nieużywana pracownia pachniała kurzem i przeszłością - lady Avery nie pozwalała tutaj zaglądać ani skrzatom ani służbie, nie ufając nikomu w tak wrażliwej materii - i Laidan oddychała z trudem wśród oparów par i przeszłości, porządkując swe ostatnie prace. Przy pomocy magii ściągała ciężkie płótna, ustawiając je pod ścianą, jednak opisywała je już samodzielnie, przyklękując na podłodze, by wykaligrafować na cienkim pergaminie odpowiednie dyspozycje. Ciemny, mroczny obraz miał powędrować do Mulcibera, ten nieco bardziej przystępny należało wystawić na charytatywnej aukcji odpowiedniej renomy. Laidan mozolnie opisywała kolejne dzieła, nie martwiąc się, że przód ciężkiej, czarnej szaty brudzi się kurzem i pyłem farb. Złote loki, jeszcze rano spięte w wysokim, sztywnym koku, rozsypały się już zupełnie i rubinowa spinka przytrzymywała wyłącznie jeden kosmyk, stanowiąc krwistą ozdobę a nie podporę konstrukcji. Avery, zajęta pracą, nie zwracała uwagi na nic, odnajdując dziwny spokój w tak przyziemnym zajęciu. Praktycznie nie myślała, szczelnie zamykając drogę rozżaleniu czy roztkliwieniu, które powinno owładnąć ją przy ostatnim spojrzeniu, rzucanemu każdemu obrazowi. Nie mogła na to pozwolić: ogarnięta przez rozpacz nie dałaby rady uporządkować przeszłości, by pozostawić ten dom czystym. W każdym tego słowa znaczeniu. Dokonywała ostatniej posługi, bardziej czując się jak kapłanka przygotowująca się do rytualnego samobójstwa niż jak lady dbająca o przyziemne kwestie. Porządkowanie pracowni zajęło jej prawie cały dzień; nie przerywała na spożycie posiłku - nie pamiętała nawet, kiedy ostatnio cokolwiek jadła - ani na nic równie nieistotnego. Trans ciężkiej, jak na standardy nieskalanych dłoni, pracy wytłumił zmysły blondynki do tego stopnia, że nie słyszała nawet otwierających się drzwi. Przyklękała właśnie przy przedostatnim obrazie, starannie wypisując na odwrocie datę, tytuł oraz - na osobnym blankiecie - swoją wolę. Testament; nigdy więcej nie miała zobaczyć swoich obrazów. Była tego instynktownie świadoma, tak samo jak wiedziała, że Samael pojawi się jeszcze raz.
Nie odwróciła głowy, słysząc jego słowa. Pióro leciutko zgrzytało o pergamin, stanowiąc jedyny dźwięk w opustoszałym pomieszczeniu. Gdy ostatnia kropka wsiąknęła w chłonny materiał, Laidan powoli wstała, idąc ku jedynej zajętej sztaludze. Widziała kątem oka stojącego w progu mężczyznę, jego wielkie oczy zapadnięte w szczupłej twarzy, spierzchnięte wargi i nienaganny strój, lecz nie zareagowała w żaden sposób, przystając przed niedokończonym obrazem. Składającym się głównie z warstw czarnej farby, z pozoru jednorodnej, ale z bliska rozświetlonej setka odcieni i głębi. Bez jasnych punktów gwiazd, bez szemrzącej aluzji głębokiej toni. Przesunęła bladym palcem po płótnie, trochę pieszczotliwie a trochę kontrolnie i przymknęła oczy, mając nadzieję, że Samael zniknie równie szybko jak się pojawił. Nie była w stanie z nim rozmawiać, nie po tym, co niedawno mu wyznała i nie po ostatecznym pożegnaniu.





when your smile is so wide and your heels are so high you can't cry

Powrót do góry Go down
Samael Avery
avatar

Martwi/Azkaban/Zaginieni
Martwi/Azkaban/Zaginieni
http://www.morsmordre.net/t631-samael-marcolf-avery#1801 http://www.morsmordre.net/t1443-samaelowa-skrzynka-z-pogrozkami#12562 http://www.morsmordre.net/t807-call-me-doctor-love http://www.morsmordre.net/f119-shropshire-peace-street-102 http://www.morsmordre.net/t972-ten-lepszy-avery
ordynator oddziału magiipsychiatrii
30
Szlachetna
Zaręczony
Szalony, niech ukocha swe samotne ściany
I nie targa łańcucha, by nie draźnić rany
0
30
0
10
0
14
Czarodziej
Doskonała rozpusta wymaga doskonałego odprężenia.

PisanieTemat: Re: Pracownia Laidan   24.10.16 15:49

Na wpół ofiary, na wpół wspólniczki – jak wszyscy.
Nie poznawał tej zamkniętej przestrzeni, dziwnie obcej i wybrakowanej. Atmosfera grobu Julii; popełniali przecież zbiorowe samobójstwo, a jej ucieczka nie była niczym inną jak śmiercią gdzieś dalej. Nie zmuszała go, aby na to patrzył, lecz Avery i tak widział (jak przez mgłę) lekkim piórem naszkicowaną kontynuację upadku ich miłości. Frazesy? Została ona zmieciona już dawno, jednym, powtarzalnym uczynkiem? Głosy w jego głowie szeptały mu sugestie ukrócenia tych mąk raz na zawsze, ale Samael zawsze był uparty i teraz też przeciwstawiał się samemu sobie. Chciałby również potrząsnąć Laidan, zmusić ją, zatrzymać, uwięzić, zamknąć w złotej klatce i uczynić swoją, jak czynił to piętnaście lat temu. Wbrew jej woli, zaklinając niemoralne pożądanie w zmysłowym zaklęciu. Był do tego zdolny, co udowodnił nie tylko sobie, ale i jej, kiedy brał ją ostro i bez zahamowań na podłodze w gabinecie. Głuchy na milczące krzyki, obojętny na grymas przerażenia na jej twarzy, niewzruszony, nie zważający na posiniaczone nadgarstki, poobijane plecy i krew wąską stróżką płynącą z ud. Pozostawał jednak żałosnym, zakochanym głupcem i zapragnął kierować się uczuciem, nakazującym mu nie ingerować. Nie wtrącać się. Usunąć się w cień, zlać z rzucanymi na podłogę ciemnymi kształtami, zniknąć w półmroku, wtopić się w ścianę, zastygnąć jak kamienna rzeźba. Dziwne, że to Perseus stał się jego nemezis - wszak jego imiennik ukatrupił Meduzę - lecz najwyraźniej nie było to przeszkodą dla poczynienia prób stworzenia z Samaela niemego głazu. Odebranie nazwiska nie trzęsło nim jednak bardziej, aniżeli utrata Laidan. Stracił ją i tracił ponownie, za każdym razem, gdy znikała i pojawiała się niespodziewanie, wysyczeć parę wersów emocjonalnego dialogu. Byli wydrążeni, więc brzmieli najgłośniej, z pozoru puści, lecz kłębiło się w nich zamieszanie, niezidentyfikowane, nieznane uczucia, popychające do irracjonalnych działań. Obiecywał, że będzie spokojny, że się nie uniesie, że nie okaże ani tęsknoty, ani bólu, ani wściekłości, ani smutku. Nie potrafił wszakże ukryć, że nie pożąda, bo pragnienie Laidan przepalało go odkąd tylko pamiętał. Napięta skóra była naelektryzowana, powietrze trzeszczało od nagromadzenia nerwowych impulsów, a Avery stał niczym słup soli (choć nie zdążył się obejrzeć) i mocno wbijał paznokcie w swe ramię, by nie poderwać jej z ziemi, nie przygwoździć do ściany i nie pocałować chciwie, smakując jej pachnących winem warg.
Skrzypienie pióra przywodziło na myśli trzeszczący stół, ona klęczała, a Samael odchodził od zmysłów, nie będąc pewnym swej silnej woli, nie wiedząc, czy zdoła uchronić Laidan od siebie. Chciał, żeby coś powiedziała: nieważne, jak trujące słowa miałby lać się z jej pełnych ust. Rozkaz wyjścia, okrutne drwiny, wszystko byłoby lepsze od zimnej obojętności. Udawanej, nieszczerej, ale i tak cierpiał, choć pewnie nie tak bardzo, jak ona. Egoizm Avery'ego pogrzebał ich pod grubą warstwą gruzu z pękniętego pomnika; kalecząc ciało o ostre odłamki odbywał nieustanną pokutę, ale nigdy miał nie naprawić krzywdy, którą jej wyrządził.
I dziecku, rosnącemu w łonie Laidan. Wyjątkowo nie czuł tej odbierającej zmysły zazdrości, nie szalał z zaborczości, że to nie on może być ojcem. Dawniej po stwierdzeniu podobieństwa do Reagana bez skrupułów pozbyłby się bękarta, ale obecnie nie dostrzegał żadnej różnicy. Chłopiec był synem Lai, jej dzieckiem. I miał żyć.
- Nie zajmę ci wiele czasu - wykrztusił, mówiąc coraz szybciej i popadając w ten wysoki, histeryczny ton - mam coś dla ciebie. Ostatnia rzecz, nim wyjedziesz - powiedział, oddychając głęboko, jakby każde słowo przybliżało go do zgonu - to nie jest pamiątka.






And when my heart began to bleed,
'Twas death and death indeed.
Powrót do góry Go down
Laidan Avery
avatar

Nieaktywni neutralni
Nieaktywni neutralni
http://www.morsmordre.net/t1280-laidan-avery http://www.morsmordre.net/t1289-ludwig#9767 http://www.morsmordre.net/t1290-kobieta-w-czerwieni http://www.morsmordre.net/f98-shropshire-ludlow-dwor-averych http://www.morsmordre.net/t1532-laidan-avery
mecenas i krytyk sztuki
48 lat
Szlachetna
Wdowa
I wanna see this world, I wanna see it boil
I wanna burn the sky, I wanna burn the breeze
5
12
0
0
0
0
0
0
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Pracownia Laidan   24.10.16 19:18

Szorstka powierzchnia zaschniętej farby nie zabarwiła na czarno opuszek palców. Ostatni obraz stworzony pędzlem Laidan miał już tygodnie, jeśli nie miesiące. Po wydarzeniach okrutnego listopada nie potrafiła już tworzyć: Samael zabił w niej całą radość, odbierając szczęście zaklęte nawet w pozornie niezwiązanych ze sprawą rzeczach, pasjach, czynnościach. Jakże mogła wybaczyć mu tak brutalne obdarcie z każdego aspektu życia, wywołującego na jej twarz chociażby najdrobniejszy uśmiech? Nie rozważała tego jednak, wiedząc, że zagłębianie się w przerażającej przestrzeni rozpaczy nie pomoże jej w skupieniu. Znajdowała się w Ludlow tylko ciałem, dokonując ostatnich poprawek na i tak zniszczonym obrazie najdoskonalszego rodu. Gdyby tylko mogła, oddałaby własne życie - lub to, co z życia pozostało - by cofnąć bieg czasu i nie dopuścić do plugawych zachowań Samaela. Ta opcja była jednak niemożliwością i Lai z trudem akceptowała własną bezsilność, przybierającą niczym ciemne, groźne morze w chwili księżycowego przypływu. Jeszcze niedawno starała się walczyć, lecz jedynie osłabła, rozumiejąc, że jedynym wyjściem z patowej sytuacji widniało w poddaniu się żywiołowi. Porzuciła więc plany, nadzieje i marzenia, płynąc z prądem, zalewającym usta gorzkimi proroctwami czarnej przyszłości. Wątpiła, czy kiedykolwiek powróci do Ludlow, ba, czy dożyje końca przeklętego roku. Starała się ignorować świadomość istnienia kogoś jeszcze, dziecka rozwijającego się pod jej martwym sercem. Powinna zaplanować dalsze losy pogrobowca Reagana, lecz ciemne chmury, ciążące nad nią coraz niżej, niemo przestrzegały przed snuciem jakichkolwiek roszczeń co do szczęśliwego rozwiązania. Nie była naiwna. Nie była zrozpaczona. Nie była mściwa. Stała się pusta, chodzący klosz na prawowitego dziedzica tragicznie zmarłego męża. Może to miało być jej ostatnią powinnością, krwawą pieczęcią na spopielonym liście pełnym sekretów?
Właśnie o tym myślała, odsuwając się w końcu od obrazu. Słowa Samaela - drżące, wysokie; nienawidziła gdy brzmiał tak emocjonalnie, choć kiedyś dałaby wiele, by zobaczyć go poruszonym, dotkniętym, spętanym uczuciami - odbijały się echem od pustych ścian, ale nie odwróciła się w jego stronę. Zupełna obojętność, tym razem nie wystudiowana a całkowita. Wszystko, co chciała mu powiedzieć, przekazała mu przed kilkoma dniami w opuszczonym zakątku ogrodu. Nie wiedziała, po co zjawił się tutaj ponownie, po co próbował wyszarpać dla siebie choć odrobinę uwagi. Nie chciała nawet o tym - o nim - myśleć, marząc już tylko o domknięciu całej sprawy i ucieczce przed intensyfikacją koszmaru. Niezależnie od tego, na czyim scenariuszu miał się opierać, kto miał zwyciężyć a kto zapłacić najwyższą cenę.
Cofnęła się jeszcze o krok, po czym sięgnęła do kieszeni sukni po różdżkę. Uniosła ją lekko i krótkim ruchem sprawiła, że płótno przelewitowało na bok, na stertę dzieł straconych. Ruszyła w ich stronę, oszczędnymi ruchami przesuwając opierające się o ścianę płótna, upewniwszy się, że wśród nich nie znalazła się perła warta ocalenia. Spojrzenie Samaela przepalało jej kark i aż zadrżała wewnętrznie, boleśnie przekonana, że obojętność może tylko wzmóc frustrację syna. - Nic od ciebie nie chcę. Wyrzuć to. Nie zmusisz mnie do przyjęcia czegokolwiek, nie zmusisz mnie do rozmowy, więc po prostu o d e j d ź - powiedziała bez najmniejszej emocji, głoskami niepodszytymi nawet niechęcią. Ot, urzędowy komunikat, podłożony głos lektora, próbującego tchnąć choć trochę życia w martwą postać.





when your smile is so wide and your heels are so high you can't cry

Powrót do góry Go down
 

Pracownia Laidan

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 2 z 3Idź do strony : Previous  1, 2, 3  Next

 Similar topics

-
» Pracownia alchemika
» Pracownia Nanaś~
» Prywatna pracownia/Komnata Hiro [pierwsze piętro]
» Pracownia Laczka.
» Opuszczona pracownia

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Morsmordre :: Nieaktywni :: Posiadłości-
Styl: Evandra + Cassandra



Forum oparte na serii książek J.K.Rowling, niektóre imiona i nazwy własne są jej własnością.
Opisy częściowo pisane w oparciu o Pottermore.
Autorskie opracowania oraz pozostałe treści forum są własnością intelektualną twórców,
zabrania się ich kopiowania.



Baner small nobg

Morsmordre 2015-17