Wydarzenia





 
IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Share | 
 

 Korytarz

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : Previous  1, 2, 3  Next
AutorWiadomość
Mistrz gry
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/f124-woreczki-z-wsiakiewki
naczelny mąciciel
odwieczny
n/d
n/d
Do you wanna live forever?
99
99
99
99
99
99
Czarodziej

PisanieTemat: Korytarz   24.03.16 2:42

First topic message reminder :

Korytarz

Całe szczęście!, ten nadzwyczaj paskudny okres, podczas którego większość pomieszczeń była na tyle przepełniona pacjentami, że łóżka stawiano właśnie na korytarzach, już się skończył. Pozostały po nim jednak dosyć wyraźne ślady w postaci powycieranej gdzieniegdzie drewnianej podłogi, zarysowań i obdrapań na ścianach w miejscach, gdzie kończą się powierzchnie pomalowane farbą olejną, a zaczynają te pociągnięte tylko najzwyklejszą, białą farbą łuszczącą się pomiędzy drzwiami prowadzącymi do poszczególnych sal. Dźwięk kroków niesie się tutaj głośnym echem, a stukot wszelkiego rodzaju próbek, pojemniczków na maści czy eliksiry praktycznie nie milknie. Jeśli nie chcesz, by złapał Cię ból głowy, lepiej zwyczajnie jak najszybciej przenieś się w inne miejsce.


Powrót do góry Go down

AutorWiadomość
Adrien Carrow
avatar

Jednostka badawcza (Zakon Feniksa)
Jednostka badawcza (Zakon Feniksa)
http://www.morsmordre.net/t1209-adrien-carrow-budowa http://www.morsmordre.net/t1234-adrien-carrow http://www.morsmordre.net/t1220-adrien-carrow http://www.morsmordre.net/f167-londyn-czar-jasnolesia http://www.morsmordre.net/t1239-adrien-carrow
Ordynator oddziału Zakażeń Magicznych
46
Szlachetna
Kawaler
Wznosić się i upadać jest rzeczą ludzką. Ważne jest by nie bać się na nowo rozkładać swych skrzydeł i sięgać wyżej.
6
0
0
37
5
0
9
5
Czarodziej
możesz pozostawić puste

PisanieTemat: Re: Korytarz   25.10.16 15:51

- Słuszna wiara - przytaknął z uśmiechem, po tym, jak Burke przybył do pokoiku. Wstał i uścisnął mu rękę. - Och, to miło z jej strony. Poza tym, nie mógłbym odmówić prośbie. To mój obowiązek, któremu z przyjemnością się oddam tak więc - cieszę się, że lord postanowił zawierzyć mi swoje zdrowie. Mam nadzieję, że będzie nam się układało. A teraz proszę sobie spocząć - zachęcił gestem ręki wskazując taboret spojrzeniem sugerującym, że niestety nie ma wpływu na to że szpital nie przeznacza większej ilości monet na wystrój. Chrząknął. - Zadam najpierw kilka pytań. Najprzyjemniej byłoby słyszeć szczere odpowiedzi bo nie chciałbym niechcący lorda pokrzywdzić złym doborem dawki. Głupio by było słuchać potem na salonach, że lora strułem - rzucił błaho, żartobliwie po czym chrząknął - Tak więc...jak zrozumiałem, cierpi z naszej korespondencji to cierpi lord na rozrost albioni. Kiedy ostatnio doznał lord ataku i jak bardzo był on dotkliwy. Czy prze i po miał pan przypisane te same eliksiry?


Powrót do góry Go down
Craig Burke
avatar

Martwi/Azkaban/Zaginieni
Martwi/Azkaban/Zaginieni
http://www.morsmordre.net/t3810-craig-maddox-burke http://www.morsmordre.net/t3814-blanche#70697 http://www.morsmordre.net/t3813-zwiazki-lorda-burke#70693 http://www.morsmordre.net/f173-durham-rezydencja-w-tees-valley http://www.morsmordre.net/t3842-craigowe#71823
Handlarz czarnomagicznymi przedmiotami
32
Szlachetna
Kawaler
I will burn your kingdom down
If you try to conquer
Me and Mine
3
15
0
0
1
20
9
8
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Korytarz   30.10.16 14:33

- I ja również mam taką nadzieję - odpowiedział, bez marudzenia przysiadł sobie na taborecie wskazanym przez Carrowa. Wyłapał jego spojrzenie, ale jedyną reakcją na nie było delikatnie zmarszczenie nosa, które wbrew pozorom nie wyrażało zniesmaczenia. Raczej było to coś jak zaczątek uspokajającego grymasu, mówiącego "Nic się nie stało, nic nie szkodzi".
- Nie widzę powodu dla którego miałbym kłamać - pokręcił lekko głową. W końcu sam chciał by to choróbsko było jak najmniej dokuczliwe, prawda? Wyciągnął więc z kieszeni notatnik - był nieco przewrażliwiony na punkcie swojej choroby, więc skrupulatnie notował wszystko co miało z nią związek. Nie chciał któregoś dnia po prostu nie móc podnieść się z łóżka albo doznać trwałego przemieszczenia organów, by zamknęli go na dłużej w Świętym Mungu.
- Ostatni atak był dokładnie półtora miesiąca temu a jeszcze wcześniejszy... niecałe trzy i pół miesiąca temu. Mój poprzedni uzdrowiciel zmniejszał kości zaklęciem. Miał do tego talent. Jeśli miałbym opisać przebieg ostatniego ataku... "skrzydła" urosły mniej więcej... na jakieś dziesięć cali. Ból był dość dotkliwy. Próbowaliśmy wywaru z mandragory i nawet trochę pomógł, choć przy ostatnim ataku zalecono mi zwiększyć dawkę. No i oczywiście piłem też eliksir znieczulający.
Zamknął swój notatniczek. W razie konieczności był skłonny nawet zostawić go Carrowowi, by ten miał dokładniejszy wgląd w "historię" choroby.
- Ja tylko nie chcę, by mi się pogorszyło. Na pewno lord to rozumie.




His smile fair as spring, as towards him he draws you;
His tongue sharp and silvery as he imploresyou
Powrót do góry Go down
Adrien Carrow
avatar

Jednostka badawcza (Zakon Feniksa)
Jednostka badawcza (Zakon Feniksa)
http://www.morsmordre.net/t1209-adrien-carrow-budowa http://www.morsmordre.net/t1234-adrien-carrow http://www.morsmordre.net/t1220-adrien-carrow http://www.morsmordre.net/f167-londyn-czar-jasnolesia http://www.morsmordre.net/t1239-adrien-carrow
Ordynator oddziału Zakażeń Magicznych
46
Szlachetna
Kawaler
Wznosić się i upadać jest rzeczą ludzką. Ważne jest by nie bać się na nowo rozkładać swych skrzydeł i sięgać wyżej.
6
0
0
37
5
0
9
5
Czarodziej
możesz pozostawić puste

PisanieTemat: Re: Korytarz   05.11.16 14:40

Carrowł przytakująco kiwnął głową w geście zrozumienia. Cieszył się, że mógł liczyć na szczerość ze strony lorda, a przynajmniej mieć zapewnienie co do tej. Naprawę przyjemności nie sprawiało mu powątpiewanie w uczciwość, lecz w całym swoim uzdrowicielskim stażu zdołał się natknąć na nie jednego, który to skrywał okoliczności w jakich doszło do zakażenia czy innego wypadku obawiając się konsekwencji. Sporą część z tej części Adrienowi nie udało się wyratować. Dlatego, jeśli nieufność pozwoli mu uratować życie chociażby jednego pacjenta na tysiąc przybyłych to był gotowy ją praktykować.
Potem z uwagą słuchał Craiga. Początkowo siedział i podpierał brodę na splecionych palcach dłoni uważnie chłonąc każde słowo.
- Oczywiście, to zrozumiałe - przyznał, podniósł się i zaczął zbliżać się do pacjenta - Osobiście zaleciłbym powrót do mniejszej dawki. Przy długotrwałym stosowaniu medykamentów, a lorda dolegliwość niewątpliwie tego wymaga, zwiększenie dawki może się okazać z czasem obusiecznym ostrzem. Ciało się przyzwyczaja, z czasem zachodzi potrzeba zwiększenia już i tak zwiększonej dawki, a po jakimś czasie znów i znów...aż do momentu w którym nie będzie istniała wystarczająco wysoka, bezpieczna dla zdrowia. W zamian przypisałbym eliksiry działające wzmacniająco na ciało, by było silniejsze i lepiej zniosło następny atak. Do tego koniecznie coś wzmacniającego stawy, które przeżywają katusze nagłym obciążeniem z powodu przyrostu - myślał na głos. Większość pacjentów czuła się bezpieczniej gdy wiedziała co uzdrowiciel wobec nich planuje. Zatrzymał się jednocześnie przy Craigu wyciągając różdżkę - Pozwoli Lord, że rzucę okiem. - zapowiedział, podszedł do pleców i zarzucił Oculio Tertię.


Powrót do góry Go down
Craig Burke
avatar

Martwi/Azkaban/Zaginieni
Martwi/Azkaban/Zaginieni
http://www.morsmordre.net/t3810-craig-maddox-burke http://www.morsmordre.net/t3814-blanche#70697 http://www.morsmordre.net/t3813-zwiazki-lorda-burke#70693 http://www.morsmordre.net/f173-durham-rezydencja-w-tees-valley http://www.morsmordre.net/t3842-craigowe#71823
Handlarz czarnomagicznymi przedmiotami
32
Szlachetna
Kawaler
I will burn your kingdom down
If you try to conquer
Me and Mine
3
15
0
0
1
20
9
8
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Korytarz   05.11.16 21:50

W sumie racja, wielu pacjentów często wstydziło się sytuacji w której doszło do jakiegoś wypadku który spowodował uraz - może ojciec trzymał w domu jakieś niekoniecznie legalne zwierzę i to ono ugryzło jego małego synka? Gdyby prawda wyszłaby na jaw, na pewno byłyby kłopoty.
Niemniej Craig nie miał czego ukrywać. W końcu czego miał się wstydzić? Że się urodził z wadliwymi genami? Fakt, nie był to powód do dumy i zrobiłby wszystko by nie przekazać swojemu potomstwu tego choróbska w przyszłości. Niemniej choroby genetyczne nie były niczym specjalnie rzadkim w dzisiejszym społeczeństwie rodzin szlacheckich, uważał to więc za całkiem normalne.
Cały czas uważnie przyglądał się Carrowowi. Cóż, to co mówił miało sens, chociaż różniło się od jego dotychczasowego leczenia. Wiedział jednak, że może mu zaufać - jako członek jednego ze szlacheckich rodów, Carrow nie może sobie pozwolić na przypadkowe zaszkodzenie lub może nawet uśmiercenie(!) innego szlachcica. Oh, ojciec Craiga, jego matka i siostra na pewno wywołaliby prawdziwą burzę. Rowan pierwsza rzuciłaby się uzdrowicielowi do gardła.
- Rozumiem. Zapisałby mi lord te konkretne eliksiry i dawki na kartce? Dodam je do swoich notatek. - powiedział, wskazując na swój notesik. Upewnił się co do tego, jaką dawkę przyjmował wcześniej i wyjawił ją mężczyźnie.
W momencie badania, siedział prosto, oddychając głęboko. Zawsze ciekaw był co uzdrowiciele widzą podczas takiego badania. Sam nigdy nie próbował rzucać leczniczych zaklęć, z jego umiłowaniem do czarnej magii prawdopodobnie skończyłoby się to bardzo źle.
- Nie wyglądają ładnie, co? - zapytał z nieco skwaszoną miną. Poprzedni uzdrowiciel mówił mu, że każdy atak zostawia na kościach ślad. A Craig kilka takowych już miał. Kości jego łopatek musiały zatem zdobić parę blizn.




His smile fair as spring, as towards him he draws you;
His tongue sharp and silvery as he imploresyou
Powrót do góry Go down
Adrien Carrow
avatar

Jednostka badawcza (Zakon Feniksa)
Jednostka badawcza (Zakon Feniksa)
http://www.morsmordre.net/t1209-adrien-carrow-budowa http://www.morsmordre.net/t1234-adrien-carrow http://www.morsmordre.net/t1220-adrien-carrow http://www.morsmordre.net/f167-londyn-czar-jasnolesia http://www.morsmordre.net/t1239-adrien-carrow
Ordynator oddziału Zakażeń Magicznych
46
Szlachetna
Kawaler
Wznosić się i upadać jest rzeczą ludzką. Ważne jest by nie bać się na nowo rozkładać swych skrzydeł i sięgać wyżej.
6
0
0
37
5
0
9
5
Czarodziej
możesz pozostawić puste

PisanieTemat: Re: Korytarz   07.11.16 17:55

- Tak, oczywiście - wszystkie zalecenia sporządzę lordowi na piśmie tylko przed tym...mógłbym prosić o użyczenie owego notatnika? Przed przypisaniem odpowiednich medykamentów i ich dawkowania chciałbym się bardziej zaznajomić z historią choroby, a widzę, że lord z dbałością podchodzi do sprawy. Na razie jedynie pozwalam sobie głośno myśleć. Ciągle zastanawiam się czy do tego wszystkiego przypisać wspomagająco herbatki z dodatkiem zioła mola. Wykazuje ono działanie negujące niechciane transmutacje. Istnieje zatem szansa, że dzięki niemu kolejny atak mógłby się okazać łagodniejszy w przebiegu, lecz chciałbym to jeszcze omówić dokładnie z moim przyjacielem - mówił i dzielił się swoimi planami na głos - Dlatego moglibyśmy się umówić, że dziś przestudiuję lorda przypadek i jutro z rana będą czekały na lora skompletowane mikstury z zaleceniami wraz z pańskim notatnikiem. Nie będzie musiał lord się fatygować. Może lord przysłać na recepcję sługę z poświadczeniem które zaraz wystawię - wyjaśnił bo wiedział, że na pewno ważna jest ciągłość leczenia, jednak nie oszukujmy się - lord Burke był nowym pacjentem Adriena przez co ten czuł opory przed wystawieniem już, teraz, natychmiast konkretnej recepty choć w głowie miał już ułożone co i jak. Nie uważał się jednak za nieomylnego, a do swych decyzji podchodził ze zdrowym dystansem - a to ratowało czasem czyjeś życie.
- Niewątpliwie choroba odbiła się na loda wnętrzu... - przyznał szczerze, bo zaklęcie którego użył pozwalało u przeniknąć przez materiał odzienia oraz skóry do dosłownego wnętrza czarodzieja i obserwować kości łopatek oraz ogólnie pleców na których wyraźnienie widoczne były pozostałości po leczeniu zdeformowań -...nie jest jednak źle biorąc pod uwagę lorda wiek. Uprawia lord może jakieś niebezpieczne sporty?


Powrót do góry Go down
Craig Burke
avatar

Martwi/Azkaban/Zaginieni
Martwi/Azkaban/Zaginieni
http://www.morsmordre.net/t3810-craig-maddox-burke http://www.morsmordre.net/t3814-blanche#70697 http://www.morsmordre.net/t3813-zwiazki-lorda-burke#70693 http://www.morsmordre.net/f173-durham-rezydencja-w-tees-valley http://www.morsmordre.net/t3842-craigowe#71823
Handlarz czarnomagicznymi przedmiotami
32
Szlachetna
Kawaler
I will burn your kingdom down
If you try to conquer
Me and Mine
3
15
0
0
1
20
9
8
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Korytarz   07.11.16 23:05

Craig tylko skinął głową i położył swój notatnik na biurku Carrowa. Niechętnie się z nim rozstawał, niemniej jeśli nie miał zamiaru ufać lekarzowi w kwestii leczenia, to komu? Mógł co prawda "podążać" starymi zaleceniami i brać jedynie zwiększoną dawkę wywaru z mandragory, ale czy długo dawałoby to oczekiwane rezultaty? Prawdopodobnie w końcu uodporniłby się, tak jak ostrzegał go przed tym Carrow.
- Przełknę każde lekarstwo, nie ważne jak gorzkie ono będzie - odezwał się nieco rozbawiony. Oczywiście nawiązywał tu do dzieci, które bardzo niechętnie łykały gorzkie eliksiry. - Gdybym mógł, dałbym lordowi namiary na mojego poprzedniego uzdrowiciela, niestety z tego co wiem, niedługo po moim przyjeździe do kraju, on udał się, jak to określił, "z misją" w jakieś dzikie kraje. Nie mam pojęcia gdzie go szukać.
Nie to, żeby nie ufał osądowi samego Carrowa i jego przyjaciela. Ale jego poprzedni uzdrowiciel prawdopodobnie wiedziałby o jego przypadku nawet więcej niż było zawarte w notatniku. Choć oczywiście pewności nie mógł mieć.
Kiedy padło pytanie o sporty ekstremalne, pokręcił głową.
- Nie wiem, czy okazjonalne mecze quidditcha z siostrzeńcem się do tego zaliczają? - zapytał. Craig nie uprawiał raczej żadnych sportów, chociaż trzeba było przyznać, że ruszał się sporo. Dużo chodził, bardzo lubił spacery. Ale one na pewno nie zaliczały się do "niebezpiecznych sportów".




His smile fair as spring, as towards him he draws you;
His tongue sharp and silvery as he imploresyou
Powrót do góry Go down
Adrien Carrow
avatar

Jednostka badawcza (Zakon Feniksa)
Jednostka badawcza (Zakon Feniksa)
http://www.morsmordre.net/t1209-adrien-carrow-budowa http://www.morsmordre.net/t1234-adrien-carrow http://www.morsmordre.net/t1220-adrien-carrow http://www.morsmordre.net/f167-londyn-czar-jasnolesia http://www.morsmordre.net/t1239-adrien-carrow
Ordynator oddziału Zakażeń Magicznych
46
Szlachetna
Kawaler
Wznosić się i upadać jest rzeczą ludzką. Ważne jest by nie bać się na nowo rozkładać swych skrzydeł i sięgać wyżej.
6
0
0
37
5
0
9
5
Czarodziej
możesz pozostawić puste

PisanieTemat: Re: Korytarz   09.11.16 1:49

- Och, z misją... - powtórzył to określenie w sposób szczególny unosząc brwi. Doprawdy. - Pierwszy raz spotykam się z tym by ktoś tak określił odpowiedź zew miłości...bądź szantaż małżonki - zauważył pogonie, jakby żartował, choć...kto wie? Mimo wszystko Carrow chciał wierzyć, że żaden uzdrowiciel nie byłby w stanie poświęcić dobro jednego pacjenta ponad dobro innego. Jednak niezaprzeczalnie fach ten wymagał oddania. Branki serca źle to znosiły. Potrafiły niebo i piekło poruszyć by branek znalazł dla nich czas. Naturalnie nie każda dama taka była. Adrien miał szczęście i u swej żony znajdował zrozumienie...a może i nie? Może źle to rozumiał? W końcu się z nim rozwiodła odrzucając nazwisko które jej podarował. Ech.
- Na szczęście nie - powietrze za wibrowało delikatnie gdy się zaśmiał - z powodzeniem może więc lord szkolić nową elitę zawodowych zawodników - przyznał, kończąc badanie i wracając do swojego biurka. Podjął kawałek pergaminu na którym nakreślił schludnym pismem upoważnianie, które przypieczętował popisem. Posunął do przodu, ku Craigowi - tak jak mówiłem - nie musi lord się stawiać osobiście może lord podesłać swojego człowieka z tym pismem. Wszystkie wskazania, przeciwwskazania, dawki odnotuję lordowi na piśmie. W razie wątpliwości lub potrzeby proszę się nie krępować i wzywać, pisać lub przybywać o dowolnej porze dnia. - to by było chyba na tyle.


Powrót do góry Go down
Craig Burke
avatar

Martwi/Azkaban/Zaginieni
Martwi/Azkaban/Zaginieni
http://www.morsmordre.net/t3810-craig-maddox-burke http://www.morsmordre.net/t3814-blanche#70697 http://www.morsmordre.net/t3813-zwiazki-lorda-burke#70693 http://www.morsmordre.net/f173-durham-rezydencja-w-tees-valley http://www.morsmordre.net/t3842-craigowe#71823
Handlarz czarnomagicznymi przedmiotami
32
Szlachetna
Kawaler
I will burn your kingdom down
If you try to conquer
Me and Mine
3
15
0
0
1
20
9
8
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Korytarz   09.11.16 8:57

Craig wzruszyłby ramionami, gdyby akurat nie były one obiektem oględzin Carrowa. Szczerze powiedziawszy, nie interesowało go specjalnie dlaczego jego dawny uzdrowiciel zniknął. I nie zostawił na siebie namiarów. Może kryło się za tym trochę złości, bo poza relacjami czysto zawodowymi "pacjent-lekarz", łączyła ich też nić porozumienia na tle prywatnym. Nie nazwałby ich może przyjaciółmi, ale dobrymi kolegami już owszem. Tymczasem skontaktowanie się z tym człowiekiem obecnie zakrawało na bardzo trudne.
Uśmiechnął się pod nosem, kiedy dostał przyzwolenie na te swoje sporadyczne trenigni. Gdyby mógł, prawdopodobnie latałby dużo częściej. Ba, gdyby mógł to w ogóle zajmowałby się lataniem na miotle zawodowo! Musiały mu jednak starczać te krótkie ćwiczenia z siostrzeńcem, a kiedyś może i z własnymi dziećmi. O ile do tego czasu uda mu się zachować kości w dobrej kondycji. Była to kusząca wizja, na pewno będzie do niej dążyć.
Craig chwycił kawałek pergaminu, który mu podsunięto. Przeczytał szybko tekst, który Carrow na nim napisał i schował zwitek do wewnętrznej kieszeni płaszcza. Na pewno miał zamiar wysłać tu jutro któregoś ze służących z posiadłości, chciał wiedzieć od razu jakie kroki względem leczenia podejmie w jego przypadku ten uzdrowiciel.
- Dziękuję zatem, lordzie Carrow. Mam nadzieję, że będzie mnie pan trzymał na chodzie jak najdłużej - pozwolił sobie w tym miejscu na lekki uśmiech. Wstał i uścisnął rękę mężczyźnie. - Podeślę tu jutro kogoś, tak jak lord mówi. Jakkolwiek to nieładnie zabrzmi, mam jednak nadzieję, że będę musiał spotykać się z lordem jak najrzadziej.
Liczył, że mężczyzna zrozumie te słowa. Nie miał nic przeciwko spotkaniu się z Carrowem ponownie na tle prywatnym, wydawał się być uprzejmym człowiekiem. Mógł także okazać się ciekawym rozmówcą. Niemniej im rzadziej będzie go widywał w kwestii swoich pleców - tym lepiej, bo będzie to znak, że kuracja przynosi efekty i choroba nie postępuje.
Skoro załatwili już co trzeba, Craig ponownie podziękował mężczyźnie za jego czas i sprawdził czy na pewno pergamin od uzdrowiciela tkwi bezpiecznie w jego kieszeni a notatnik z historią choroby został na biurku. Pożegnał się a potem opuścił gabinet.

zt




His smile fair as spring, as towards him he draws you;
His tongue sharp and silvery as he imploresyou
Powrót do góry Go down
Adrien Carrow
avatar

Jednostka badawcza (Zakon Feniksa)
Jednostka badawcza (Zakon Feniksa)
http://www.morsmordre.net/t1209-adrien-carrow-budowa http://www.morsmordre.net/t1234-adrien-carrow http://www.morsmordre.net/t1220-adrien-carrow http://www.morsmordre.net/f167-londyn-czar-jasnolesia http://www.morsmordre.net/t1239-adrien-carrow
Ordynator oddziału Zakażeń Magicznych
46
Szlachetna
Kawaler
Wznosić się i upadać jest rzeczą ludzką. Ważne jest by nie bać się na nowo rozkładać swych skrzydeł i sięgać wyżej.
6
0
0
37
5
0
9
5
Czarodziej
możesz pozostawić puste

PisanieTemat: Re: Korytarz   11.11.16 20:20

O ile to była okazyjna zabawa Adrien nie widział niczego złego w śmiganiu na miotle. Zawodowe zainteresowanie tym sportem by odradził (a nawet niestety by zniszczył), jednak zabawa...jak najbardziej popierał. Głupotą było porzucać wszelaką aktywność fizyczną bez względu na dolegliwość, która nas trapiła. Ciało potrzebowało ruchu. Być może poglądy Adriena w tej kwestii były nieco przestarzałe, lecz był jednym z tych uzdrowicieli, którzy nie przypisywali na wszystko eliksirów i nie nakładali skomplikowanych zaklęć na błahe dolegliwości. Było to wygodne - to na pewno, lecz takie postępowanie potrafiło być z czasem zwodnicze.
- Nawzajem, lordzie Burke. Życzę miłego dnia - z rozbawieniem zawtórował mając tą samą, cichą nadzieję na myśli. W końcu życzył swoim pacjentom jak najlepiej - proszę pozdrowić Lady Wynnonę, niech na siebie uważa - dodał, przypominając sobie niesforną łowczynię ingrediencji. A potem został sam. Rozsiadł się w krześle i nakreślił kilka uwag w na pergaminie, a gdy czas jego służby dobiegł końca zwinął się w korytarzu czytając notes Craiga. Chyba sporządzi kopię...

[z/t]


Powrót do góry Go down
Alan Bennett
avatar

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
http://www.morsmordre.net/t1283-alan-bennett http://www.morsmordre.net/t1333-poczta-alana http://www.morsmordre.net/t1336-alan-bennett#10315 http://www.morsmordre.net/f182-harley-street-11-3 http://www.morsmordre.net/t1511-alan-bennett
Uzdrowiciel - specjalista od chorób genetycznych
28 lat
Czysta
Kawaler
Mądrego los prowadzi, głupiego - popycha.
10
5
3
22
1
0
2
5
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Korytarz   26.01.17 0:02

Wątek tu, bo mamy za mało sal i nie mam gdzie pisać
|9 kwietnia

Ten dzień zdawał się być o wiele spokojniejszy od innych. Pielęgniarki były w dobrym nastroju, inni magomedycy też i zdawało się, że pacjenci również byli jacyś spokojniejsi. Przede wszystkim również - było ich zdecydowanie mniej niż zwykle. A może to dobry nastrój sprawiał, że wszystkim tak właśnie się wydawało? Nikt nie wiedział co było tego przyczyną. Układ planet? Magiczny pył? A może fakt, że dni były coraz cieplejsze i coraz bardziej słoneczne, a słońce zawsze było czynnikiem, który wprawiał ludzi w lepszy nastrój? Nikt tego nie kwestionował, nikt się nad tym nie zastanawiał. Wszyscy dość pogodnie wykonywali swoją pracę, dawno już pogodzeni z rzeczywistością Munga, która czasami dawała w kość, lecz potrafiła także uskrzydlać. Zwłaszcza, gdy pacjenci zdrowieli, magomedycy ratowali im życia i wszystko szło tak, jak iść powinno. I wtedy wszyscy czuli dumę z tego, kim byli.
Alan też miał wrażenie, iż z jakiegoś powodu tego dnia miał lepszy, bardziej szczęśliwy dzień. Może wstał prawą nogą, gdy podnosił się rano z łóżka? A może układ planet mu sprzyjał (do tej pory śmiał się z zajęć wróżbiarstwa, które pamiętał z Hogwartu, ale które nigdy mu nie szły)? Pacjenci byli mili, nie było ich też wiele, mógł więc sobie pozwolić na dłuższe chwile odpoczynku pomiędzy wizytami. Wszystko też szło dobrze, a więc stali pacjenci nie wymagali interwencji, zaś nowi (i często jednorazowi) przychodzili jedynie z lekkimi schorzeniami, które nie wymagały od niego wiele. Żyć nie umierać, prawda? Taki dzień zdarzał się na tyle rzadko, że wszyscy starali się czerpać z niego garściami.
Alan przechadzał się właśnie korytarzami Munga, korzystając ze swojej przerwy. Udał się do stołówki, gdzie zjadł posiłek, uzupełnił płyny oraz cukier, kupując także ciasteczko, będące specjałem kobiety, która najczęściej pełniła rolę sprzedawczyni. Posiłek w Mungu nigdy nie był specjalnie smaczny, jednak pracownicy dawno już przyzwyczaili się do tego faktu i nauczyli się czerpać z nich przyjemność. Zwłaszcza z deseru, który nie gościł tu zbyt często, jednak tego dnia, również ta kobieta zdawała się mieć dobry dzień i ów deser pojawił się za jedną z lad. Bennett zjadł swój posiłek, podziękował i opuścił jadalnię, by, korzystając z reszty przerwy, przejść się korytarzami szóstego piętra. Mijał pacjentów, niektórym kiwając głowami w odpowiedzi na ich powitania. Upajał się tymi chwilami, całkowicie ignorując dochodzący go zewsząd, dość typowy dla szpitala hałas, będący mieszaniną wielu różnorodnych dźwięków. I właśnie przez to z lekkim opóźnieniem zorientował się, że coś było nie tak.
- Panie Bennett! - Głos pielęgniarki dotarł do niego dopiero, gdy ta była już dość blisko niego. Jakim cudem nie wyłapał wcześniej dźwięku swojego imienia? Przystanął i spojrzał pytająco na kobietę, która zdyszana uczepiła się jego ubrania. - Panie Bennett, nagła sytuacja. Pana pacjentka jest w złym stanie. Proszę szybko za mną!
Nim zdążyła wydyszeć z siebie resztę słów, Bennett już ruszył się z miejsca. Przemierzał korytarze, prowadzony przez pielęgniarkę, aż w końcu dotarł do miejsca, gdzie na magicznych noszach pogotowie "niosło" jedną z pacjentek. Znał wszystkich swoich pacjentów, wystarczyło mu jedne spojrzenie na nich, by przypominał sobie podstawowe informacje o nich, oraz o ich chorobach. Teraz nie było inaczej. Marry Winston - od lat chora na serpentynę.
- Do sali ją, szybko! - Rzucił w stronę mężczyzn, którzy od razu wykonali polecenie. Szybko znaleźli się w jednej z wolnych sal, gdzie kobietę przeniesiono na łóżko. Bijąca od niej poświata nie wróżyła nic dobrego. Serpentyna była jedną z najgroźniejszych chorób genetycznych. Głównie przez swoją gwałtowność.
- Co się stało i kiedy? - Rzucił w stronę pracowników pogotowia magicznego. Nie był niemiły, nie był zły i wiedział, że dobrze zdają sobie z tego sprawę. Jednak tu nie było czasu na długie pogaduszki. W ich rękach było teraz życie nieprzytomnej pacjentki.
- Około dwudziestu minut temu zostaliśmy wezwani. Kobieta nagle dostała krwotoku z nosa, potem zaczęła kaszleć krwią, aż w końcu straciła całkiem przytomność, upadając na środku ulicy. Nie stwierdziliśmy urazów zewnętrznych.
Kiwnął głową w geście podziękowania, sprawdzając jednocześnie, czy pacjentka oddycha. Oddychała, co przyjął ze znaczną ulgą. Przystawił więc różdżkę do jej piersi i zamknął oczy, odcinając się od bodźców wzrokowych, co miało pozwolić mu na tym, by lepiej skupił się na bodźcach słuchowych.
- Diagno coro - wypowiedział inkantację, wsłuchując się w bicie serca pacjentki. Jego rytm odbiegał od normy, jednak nie brzmiało to tak niebezpiecznie, by wróżyć kobiecie rychłą śmierć. - Diagno haemo - rzucił ponownie, koniuszkiem różdżki dotykając skóry pacjentki. I czekał. Zaklęcie potrzebowało kilku sekund, on natomiast potrzebował nieco więcej. Bezwstydnie pozwolił sobie na stopniowe odkrywanie niektórych części jej ciała, uchylając materiał sukni, która ją okrywała. Musiał to zrobić, bowiem tylko tak mógł sprawdzić, czy skóra barwi się na niebiesko - wskazując na krwotok wewnętrzny. Stopniowo sprawdzał w różnych miejscach, czując coraz większą ulgę w miarę im dłużej to trwało. Aż w końcu zamarł w bezruchu, gdy jego wzrok zatrzymał się na skrawku skóry, który zmienił kolor. Na brodę Merlina, a więc jednak mieli krwotok wewnętrzny. To właśnie on musiał być przyczyną utraty przytomności przez jego pacjentkę.
- Krwotok w okolicy śledziony. Amber zleć alchemikowi wykonanie eliksiru według tego przepisu. Poleć mu, by dodał wszystkiego o szczyptę więcej. - Machnął różdżką, a notes z jego kieszeni wysunął się, podobnie jak pióro, które szybko wypisało składniki na papierze. Ten natomiast wylądował prosto w dłoniach kobiety, która opuściła pomieszczenie. Został więc on, nieprzytomna pacjentka i jeszcze jedna pielęgniarka, która stała obok gotowa pomóc, jeżeli zajdzie taka potrzeba.
- Fosilio ab intra- ostrożnie wypowiadał nazwę czaru, jak gdyby zbyt szybkie wypowiedzenie go miało zranić jego pacjentkę, bądź pogorszyć jej stan. Poczekał chwilę, łapiąc oddech. Spojrzał na kobietę, która w napięciu stała po drugiej stronie łóżka, monitorując stan pacjentki. Co jakiś czas sprawdzała oddech, a także bicie jej serca. Wszystko zależało od tego jak bardzo silna była magia, która rozsadzała Merry od środka. Trzeba było jak najszybciej ją zmniejszyć, zniwelować i nie pozwolić, by panoszyła się w organizmie młodej kobiety. A do tego potrzebowali eliksirów. Jak dobrze, że tego dnia nie było wielu pacjentów. Wkrótce w sali pojawiła się pielęgniarka, trzymająca woreczek z eliksirem w dłoni.
- Pontisanuis - woreczek uniósł się w powietrzu, a płyn zaczął z niego ulatywać, wędrując prosto do żyły, do której prowadziło drobne nacięcie na zgięciu łokcia. Teraz musieli czekać. I czekali, choć Bennett nie mógł robić tego bezczynnie. Podszedł do łóżka i popatrzył na nieprzytomną, bladą kobietę. Jej stan nie był aż tak zły, jak mogło mu się zdawać na początku, jednak wiedział, iż choroba ją męcząca była nieprzewidywalna. Nie zamierzał więc lekceważyć jej stanu i musiał traktować ją tak, jak gdyby ciągle była bliska utraty życia. Nie chciał jej stracić, nie chciał stracić żadnego pacjenta. Dość już miał porażek na swoim koncie, choć dobrze wiedział, że nie były one ostatnimi i w przyszłości czekało na niego ich jeszcze wiele. Nie ważne jak bardzo by chciał - nie mógł uratować wszystkich.
- Tergeo. - Przytknął koniec różdżki do odkrytego skrawka skóry, wyłaniającego się spomiędzy przeciętego materiału jej jasnej sukienki. Miał nadzieję, że nie popełnił błędu, bowiem ten, kosztowałby go wiele. Zaklęcie to było bowiem bardzo pomocne, jednak wystarczyło się pomylić choćby odrobinę, a mogło przynieść katastrofalne, zabójcze wręcz skutki. Złapał oddech, odsuwając się od pacjentki i znów spoglądając na pielęgniarkę. Ta uśmiechnęła się niemrawo, będąc równie zdenerwowana, co on sam. Nie zdawał sobie nawet sprawy z tego, że jego czoło świeciło się od potu wywołanego nerwami i napięciem.
- Jak akcja serca?
- Chyba dobrze. Wygląda na to, że w miarę się unormowało.
Odetchnął z ulgą, spoglądając na twarz pacjentki. Czy zdawało mu się, czy jej twarz miała teraz zdrowsze kolory? Odczekał kilka, kilkanaście, a może kilkadziesiąt kolejnych, okropnie dłużących mu się minut, patrząc na twarz swojej pacjentki. Nie wiedział czy to normalne, że wszyscy jego pacjenci zdawali się być mu obcy, ale jednocześnie również bliscy.
- Diagno coro - Rzucił ponownie, z napięciem obserwując jak pielęgniarka odsłania kolejne skrawki jej ciała, sprawdzając czy skóra nie barwi się na niebiesko. Nie barwiła się. Wszyscy odetchnęli więc z ulgą, a Alan odsunął się wreszcie od łóżka pacjentki, ścierając z czoła pot. - Amber, monitoruj proszę jej stan i gdyby działo się coś niepokojącego - wzywaj. Ja zajrzę tutaj za godzinę. - Mruknął. Machnął różdżką, wprawiając w ruch magiczne pióro, które uzupełniło kartę pacjentki znajdującą się przy łóżku. Musiał także uzupełnić tę, którą posiadał w swoim gabinecie. I w tym właśnie celu opuścił salę, w której znajdowała się Marry. Wszystko co dobre szybko się kończy. Ten dzień nie miał być tak wspaniały, jak wszyscy od początku sądzili. Choć czy nie mogli sądzić inaczej, patrząc na fakt, że uratowali życie kolejnej osoby?

|koniec





There are no escapes  There is no more world Gone are the days of mistakes There is  no more hope
Powrót do góry Go down
Iseult Hariri
avatar

Nieaktywni neutralni
Nieaktywni neutralni
http://www.morsmordre.net/t4860-idziemy-w-mase#105222 http://www.morsmordre.net/t4866-poczta-isu#105436 http://www.morsmordre.net/t4865-isu#105434 http://www.morsmordre.net/f328-west-country-dolina-godryka-13 http://www.morsmordre.net/t4867-iseult-asija-hariri#105437
uzdrowicielka na od. chorób wewnętrznych
27
Półkrwi
Zaręczona
Zdrowie wymaga stanu równowagi między wpływami środowiska, sposobem życia oraz różnymi elementami ludzkiej natury.
10
5
0
20
0
0
14
0
Zwierzęcousty

PisanieTemat: Re: Korytarz   30.06.17 21:32

29 kwietnia
Isu przysypiała na nocnej warcie. Przez kilka dni z rzędu miała niezłą zawieruchę w pracy i nie miała chwili na porządny odpoczynek. Czy to dlatego że robiło się coraz cieplej, a wszyscy wariowali od tych temperatur? Jej ciało mogło znieść większe przeciążenia pod tym względem - w końcu jej ojciec przekazał to swoich dzieciom w genach. Będąc te kilka razy w Kairze lub właściwie w jego porcie, Hariri dowiedziała się na swój temat naprawdę wiele. Egipcjanie mieli w sobie niezwykłą butę, której nie umiała pojąć, ale nie to było najgorsze. Słyszała z każdego kąta jacy ci Anglicy są paskudni i w ogóle powinien się odbić na nich odwet. Jako mała dziewczynka przywierała wtedy do boku ojca, bojąc się, że ktoś rozpozna w niej brytyjską krew, ale rodzic zawsze ją uspokajał. Oni tylko dużo szczekają, mówił, zapewniając tym samym dziecko, że nic się nie stanie. Arabowie za bardzo lubili siedzieć w swoim nowo odbitym państwie, żeby zaprzątać sobie głową przepływanie wód, by zdobyć wyspy. Wpierw zresztą musieliby się przeprawić przez Europę, a to nie było już takie proste. Mając rodzicielskie zapewnienia, wiedziała, że jest bezpieczna, ale dalej nie podobało się jej to co słyszała. Jak się okazało jedynie w porcie dużo gadano, a poza nim wolano rozwijać swoje domostwa niż martwić się obcymi. Mieszkańcy Kairu byli mili dla małej dziewczynki, oferowali różne pamiątki i pytali skąd była. Dla bezpieczeństwa odpowiadała, że ze wsi pod stolicą i podróżuje wraz z braćmi i ojcem, by sprzedać swoje owce. Cóż. Małe kłamstewko, ale Isu zapamiętała je do końca życia. Zapewne gdyby teraz pojawiła się w Kairze, powiedziałaby to samo.
Myślenie o przeszłości sprawiło, że musiała lekko przysnąć, a głowa wcześniej opierana na dłoni osunęła się gwałtownie w dół, otrzeźwiając uzdrowicielkę. Iseult potrząsnęła długimi włosami, zupełnie jakby miało to jej pomóc się ocknąć. Ziewnęła, przeciągając się zaraz. Zdecydowała, że nie zrobi tu nic dobrego i lepiej się przejdzie po korytarzu - w końcu miała dyżur, a nie czas na sen. Zaszła po drodze do łazienki, gdzie ochlapała sobie twarz zimną wodą, czując jak krążenie wraca do właściwych miejsc. Odetchnęła głęboko i zaczęła przechadzać się po znajomym labiryncie, jakim był szpital Świętego Munga. Słyszała równe oddechy śpiących pacjentów, a także te urywane męczących się i walczących o życie. W pewnym momencie wydawało jej się nawet, że któryś wstał z łóżka, bo coś hałasowało po drugiej stronie. Zmarszczyła brwi i wyciągnęła różdżkę, gotowa na wszystko. W końcu uzdrowiciel musiał się również bronić przed pacjentami. Ci różnie mogli reagować. Powoli wyszła zza rogu, gdy zobaczyła młodą dziewczynę, która raczej nie była pod jej opieką.




من بره هالله هالله ، ومن جوا يعلم اللهNie ludziom osądzać czyny innych, nie im potępiać, lecz bogom.
Powrót do góry Go down
Mia Mulciber
avatar

Neutralni
Neutralni
http://www.morsmordre.net/t3609-mia-mulciber-budowa#64835 http://www.morsmordre.net/t3846-dimitry#71894 http://www.morsmordre.net/t3650-uwaga-gryze#67008 http://www.morsmordre.net/f161-grimmauld-place-12-5 http://www.morsmordre.net/t3864-mia-mulciber#72368
były przemytnik i przyszły auror
22
Czysta
Panna
And I find it kinda funny, I find it kinda sad
That dreams in which I'm dying are the best I've ever had.
10
20
1
0
0
2
2
6
Czarownica

PisanieTemat: Re: Korytarz   08.07.17 0:02

Miała wytrzymać. Chciała wytrzymać. I z tym postanowieniem wędrowała pochłoniętymi mrokiem uliczkami. Kluczyła, wciąż dalej i dalej od żywiołu, który pochłonął Wywernę. Płomień nie poprzestawał i rozlewał się w ciemność zatęchłych ścieżek i zrujnowanych kamienic. Mia nie mogła się zatrzymać, nawet gdy przed oczami wciąż miała mroczną sylwetkę potężnego czarodzieja, który prawdopodobnie mógłby roznieść wszystko w pył. Tak, jak to zrobił z Rogrsem, a Mulicber tylko mogła patrzeć, niezdolna do obrony? ataku? Wszystko w końcu ginęło pod naporem pożerającego wszystko ognia, a piekące ślady na nogach, biodrze i rękach i nadpalone ubranie przypominały, że ona żyła. I w żaden sposób nie mogła pozwolić, by zaprzepaścić szansę, jaką ofiarował jej okrutny los. Żyła. Wbrew wszystkiemu. Żyła, chociaż pod walącym sie budynkiem zniknęło ciało aurora, którego tak beznadziejnie (i bezskutecznie) próbowała wyciągnąć. Magia była wobec Mii szalenie niełaskawa dzisiejszej nocy. Opuszczona i bezsilna wobec szalejącej pożogi. I to musiała zmienić. Znowu. Od nowa. Do końca.
Swoje kroki przekierowała, gdy w pierwszym, wręcz naturalnym odruchu, kierowała do nokturnowej uzdrowicielki. Najlepszej jaką znała i jakiej ufała. Ale byłaby głupia, gdyby sprowadziła ewentualnych ścigających? akurat do niej. Nie mogła jej tego zrobić. Przezwyciężając narastający, piekący ból poparzeń - biegła dalej. Zatrzymała się dopiero, gdy znalazła się w blasku nie tak odległych latarni ulicy Pokątnej. A stamtąd mogła w końcu trafić do swojego mieszkania. I to też było głupie.
Nie znała się na magii leczniczej ni w pień, a próby powierzchownego poradzenia sobie z poparzeniami, kończyło się tylko dodatkowym grymasem bólu, wykrzywiającym jej lica. Znała się na najprostszej, pierwszej pomocy, ale rany od ognia wychodziły poza zasięg jej zdolności. Tym bardziej jeśli chodziło o czarnomagiczny żywioł.
Ciężko było jej w niektórych miejscach odkleić materiał ubrania od poparzonych miejsc. Zrezygnowała i już nad ranem, założywszy ciemny płaszcz, przeniosła się kominkiem do Munga. Potrzebowała fachowej pomocy. Znowu. Jeśli trafi na uzdrowicieli, którzy składali ją ostatnim razem, prawdopodobnie wywoła nie lada rozbawienie.
Niech to bahanki zeżrą mruknęła po nosem, blada, zmęczona i wciąż walcząca z bólem, gdy przekraczała próg szpitalnego korytarza. Pora była na tyle wczesna, że wciąż panował półmrok, a w ciasnej alejce nie było żywego ducha. Tylko nieznośne jęki pacjentów prawdopodobnie rozlokowanych w
bocznych salach. Zatrzymała się rozglądając i próbując przekonać samą siebie, że dobrze zrobiła. I dopiero wtedy na końcu korytarza dostrzegła ciemnowłosa kobietę egzotycznej urody, która...prawdopodobnie mogła należeć do personelu. Nie znała jej, ale nie próbowała nawet zastanawiać się nad jej tożsamością - Chyba...potrzebuję pomocy - głos miała zachrypnięty, chłodny i dziwnie drżący, przypominając sobie że ostatnie słowa, jakie wymawiała, to nieudane inkantacje zaklęć, praktycznie wykrzykiwane w stronę ognistego żywiołu i śmierci, która pochłaniała kolejne ciała. Czy mogła temu zapobiec? Czy powinna zginąć, jak ci pożarci przez pożogę?


Powrót do góry Go down
Jocelyn Vane
avatar

Neutralni
Neutralni
http://www.morsmordre.net/t4647-jocelyn-vane http://www.morsmordre.net/t4674-poczta-jocelyn http://www.morsmordre.net/t4673-j-c-vane http://www.morsmordre.net/f316-maxwell-lane-84 http://www.morsmordre.net/t4675-jocelyn-vane
Stażystka uzdrowicielstwa
20
Czysta
Panna
Idź za marzeniem i znowu idź za marzeniem
I tak dalej aż do końca
10
10
0
15
0
0
2
0
Czarownica

PisanieTemat: Re: Korytarz   20.12.17 22:22

| 01.06?

Jej matka znowu miała atak choroby. Zaraz po zakończeniu swoich obowiązków Jocelyn niezwłocznie udała się do jej sali, dokąd trafiła, gdy w nocy całkowicie zesztywniały jej stawy w kończynach i nie była w stanie nawet podnieść się z łóżka. Dobrze wiedziała, jak Thea nie znosi Munga i woli odbywać leczenie w domu; niestety ani ojciec, ani Josie nie mieli czasu jej tam pielęgnować, zwłaszcza przy tak silnym ataku, który wymagał mocniejszej terapii eliksirowej.
Oddział chorób genetycznych także był oblegany, zupełnie jakby anomalie spowodowały wzrost liczby ataków u chorych. Prawdopodobnie tak było; ta moc nie pozostawała bez wpływu na ciało i krążącą w nim magię. Nic więc dziwnego, że także Theę męczyły jeszcze częstsze ataki, choć zwykle nie tak poważne jak ten dzisiejszy.
Nie była zaskoczona, gdy na sam jej widok matka od razu zaczęła marudzić na panujące w Mungu warunki i obskurną salę, którą musiała dzielić z kilkoma innymi osobami. Cóż, po wielu latach od utraty nazwiska i tytułu nadal pozostawała typową roszczeniową, rozkapryszoną szlachcianką i Josie szybko poczuła się zmęczona jej utyskiwaniami, choć nie dała tego po sobie poznać. Ze spokojem podała matce nową dawkę eliksiru i posiedziała z nią, żeby dotrzymać jej towarzystwa. Thea może była nieprzyjemna i marudna, ale Jocelyn zdawała sobie sprawę, że matka po prostu się boi i czuje się tu osamotniona. Josie też by się tak czuła, gdyby to ona była chora genetycznie i musiała regularnie tu lądować. Wciąż się bała, że pewnego dnia oznaki Meduzy mogą zacząć się ujawniać także u niej; nadal nie osiągnęła wieku, w którym chorobę wykryto u Thei.
Po jakiejś godzinie pożegnała się z Theą, kiedy pojawił się ojciec. Leonard Vane pracował na tym piętrze i powiedział córce, że może ją zmienić przy łóżku swojej małżonki.
Josie pożegnała się z nimi i wyszła, zdejmując szatę stażystki. Miała zamiar udać się na dół, prosto do kominka, którym mogła się przenieść do domu, choć zaraz po wyjściu z sali niemal wpadła na kogoś znajomego. Kogoś, o kim od paru dni myślała, odkąd jej matka znalazła na strychu jakiś stary przedmiot, podobno należący do niej w młodości, a który budził w młódce pewien niepokój, odkąd oparzył ją przy próbie dotknięcia.
- Lucinda? – zapytała, patrząc na dawno niewidzianą kuzynkę. – Co za niezwykły zbieg okoliczności, droga Lucindo. Miałam do ciebie wkrótce pisać list – odezwała się, przyglądając jej się. Choć to mogło być przewrażliwienie, chciała pokazać ów stary przedmiot Lucindzie, by mogła określić, czy należał kiedyś do kogoś z Selwynów, i czy czasem nie był zaklęty. Co prawda do rodu matki nie pasowało jej zaklinanie przedmiotów, ale wolała sprawdzić podejrzaną błyskotkę pod nieobecność matki, by mieć pewność, że jej nie zaszkodzi. – Jak się czujesz? I jak miewa się twoja rodzina? – zapytała jednak najpierw; domyślała się, że zapewne była na tym piętrze w związku ze swoją chorobą. I miała nadzieję, że nie doskwierały jej częstsze ataki dolegliwości.





The good ti­mes of to­day are the
 sad thou­ghts
of to­mor­row.
Powrót do góry Go down
Lucinda Selwyn
avatar

Neutralni
Neutralni
http://www.morsmordre.net/t3072-lucinda-lynn-nott http://www.morsmordre.net/t3145-sennett#51834 http://www.morsmordre.net/t3144-chodzcie-chodzcie-do-mnie#51829 http://www.morsmordre.net/f286-pokatna-23-4 http://www.morsmordre.net/t3214-lucinda-selwyn#55539
łamacz klątw i uroków & poszukiwacz artefaktów
26
Szlachetna
Panna
i just want to live while i'm alive
12
20
0
0
1
0
9
4
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Korytarz   22.12.17 0:32

Lucinda szpitali unikała jak… ognia. Choć to złe porównanie zważając na fakt, że jej rodzina jest o wieków związana właśnie z tym żywiołem. Nienawidziła tych białych ścian, porażającego jasnego światła i zapachu sterylizacji. Dla jednych była to przyjemność, ale dla niej prawdziwa udręka. Sama myśl o tym, że musi tutaj przyjść sprawiała, że Lucinda miała ochotę zamknąć się w czterech ścianach swojego mieszkania na Pokątnej i po prostu stamtąd nie wychodzić. Chociaż mogłoby się pozornie wydawać, że dzisiaj dostała zastrzyku odwagi to kiedy przyszło co do czego od razu stchórzyła. Widząc te kolejki pod salami, ludzi zwijających się z bólu, czekających aż ktoś poda im pomocną rękę i zabierze od nich ból, Lucinda postanowiła odpuścić. Ponoć nie taki diabeł straszny jak go malują, ale Selwyn spotykała na swojej drodze już wielu prawdziwych diabłów i żaden z nich nie nosił w swojej dłoni wielkiej strzykawki lub innych uzdrowicielskich zabawek. Szukała wymówki; to było jasne. A czy istnieje lepsza wymówka niż prawdziwy altruizm? Ciało przepełnione empatią? Niemożność patrzenia się na krzywdę ludzką i zwolnienie swojego miejsca innym, bardziej tego potrzebującym? Wszyscy powiedzieliby, że jest po prostu głupia. Skoro dowiedziała się już o swojej chorobie to powinna tego pilnować, a jeśli nie chciała przychodzić do szpitala to przecież stać ją było na to by przyjąć uzdrowiciela w swoim domu. Lucinda jednak zawsze wybierała najtrudniejsze szlaki. Te niemożliwe. Pozbawione logicznego myślenia. Nikt nie wiedział dlaczego tak się dzieje. Może to przez fakt, że wszyscy zawsze uważali, iż jej jako szlachciance wszystko było podane jak na tacy i chciała udowodnić, że wcale nie musi? A może zwyczajnie lubiła komplikować sobie życie tylko w sprawach uczuciowych, ale i tych określających całe jej życie? Merlin wie gdzie odpowiedzi szukać na tego typu pytania. Ona nawet już nie próbowała. Blondynka widząc ciągnącą się w nieskończoność kolejkę na oddziale chorób genetycznych, obróciła się na pięcie i ruszyła w stronę wyjścia. Teleportacji nie miała zamiaru używać, w końcu już wystarczająco dużo się naoglądała kiedy to anomalie zaatakowały ich mały magiczny świat. Przyśpieszyła kroku i pewnie udałoby jej się dojść do schodów gdyby nagle na kogoś nie wpadła. Podniosła głowę i uśmiechnęła się na dźwięk swojego imienia. - Jocelyn – zaczęła z lekkim zaskoczeniem bo choć wiedziała, że kuzynka jest stażystką w szpitalu to jednak nie spodziewała się jej spotkać właśnie dzisiaj. - Co za spotkanie – dodała. Lucinda nie miała w zwyczaju utrzymywać kontaktów czysto rodzinnych. Naprawdę rzadko jej się zdarzało wysłać chociażby sowę. Teraz tym bardziej czuła się tak jakby zaniedbała wszystkie możliwe kontakty jakie miała. Może ciocia Nott miała w tym wszystkim troszkę racji? - Czuje się… naprawdę dobrze. Ostatnio miałam kilka przygód, ale na szczęście wszystkie kryzysy udało mi się zażegnać w dość szybkim czasie. - odparła z szerokim uśmiechem; naprawdę wierzyła, że teraz już będzie tylko lepiej. - W rodzinie jak to w rodzinie. Ciągle wzloty i małe upadki, ale wszyscy dobrze sobie radzą. - miała przynajmniej taką nadzieje. - A co u ciebie droga Jocelyn? Dziś twój dyżur? Jak w domu? - kiedy już los napotkał je na swojej drodze nie można było nie skorzystać z okazji i o niczym się nie dowiedzieć. Przecież chciała porozmawiać z rodziną. Odświeżyć kontakty. Tylko jakoś nigdy jej nie było po drodze.




Ignis non exstinguitur igneThat is our great glory, and our great tragedy
Powrót do góry Go down
Jocelyn Vane
avatar

Neutralni
Neutralni
http://www.morsmordre.net/t4647-jocelyn-vane http://www.morsmordre.net/t4674-poczta-jocelyn http://www.morsmordre.net/t4673-j-c-vane http://www.morsmordre.net/f316-maxwell-lane-84 http://www.morsmordre.net/t4675-jocelyn-vane
Stażystka uzdrowicielstwa
20
Czysta
Panna
Idź za marzeniem i znowu idź za marzeniem
I tak dalej aż do końca
10
10
0
15
0
0
2
0
Czarownica

PisanieTemat: Re: Korytarz   22.12.17 17:02

Jocelyn też z pewnością unikałaby tego miejsca, gdyby nie to, że szkoliła się na uzdrowicielkę i musiała tu spędzać sporo swojego czasu, zwłaszcza ostatnio. Całkowicie rozumiała jednak niechęć pacjentów, w tym swojej matki. Sale Munga pozostawiały wiele do życzenia jako zaniedbane i obskurne, uzdrowiciele też nie mieli czasu by każdemu poświęcić go odpowiednio dużo, bo ofiary anomalii wciąż się pojawiały, a poza nimi byli też inni czarodzieje wymagający leczenia. Np. chorzy na choroby genetyczne. Takich ludzi jak Thea Vane też teraz tu nie brakowało.
Lucinda była bardzo nietypową szlachcianką, czym z pewnością budziła w matce Josie ogromną konsternację. Jocelyn wiedziała, że Thea na swój sposób martwi się o przyszłość córki swojego brata, o to, że Lucinda może w przyszłości podzielić jej los starej panny wydanej przez rodzinę za mężczyznę gorszego stanu. Ich dziadkowie może myśleli że działają w dobrej wierze, ale w rzeczywistości głęboko unieszczęśliwili Theę swoją decyzją; matka nie raz mówiła jej, że wolałaby być samotna, ale z tytułem, niż zostać żoną Vane’a. Josie dorastała, starając się ignorować ten głosik w głowie szepczący jej, że matka tak naprawdę nie kocha jej tak, jak kochałaby, gdyby jej krew była szlachetna. Ale starała się mimo wszystko ją zadowolić i być jak najlepszą córką. Taką, z której będzie mogła być kiedyś dumna.
Lucinda pod pewnymi względami była przeciwieństwem Thei. Wrażliwa, empatyczna, pozbawiona wyniosłości i arogancji, którymi cechowała się jej ciotka. Miała dość odwagi, by na przekór rodzinie oraz szlacheckiemu otoczeniu opuścić rodowy dwór i zamieszkać w Londynie. Świetnie znała się na łamaniu klątw, choć zapewne ta pasja też nie była szczególnie entuzjastycznie witana przez jej bliskich.
Josie wiedziała o jej chorobie, dlatego nie powinien jej dziwić widok kuzynki na tym piętrze. Jak wiele innych szlachetnie urodzonych musiała być tu regularnym gościem i dbać o swój stan. Uśmiechnęła się do niej blado, naprawdę mając nadzieję, że anomalie nie pogorszyły jej stanu tak, jak miało to miejsce w przypadku Thei. Żałowała, że widywały się tak rzadko, ale cieszyła się, że ją widzi. Choć bez wątpienia wolałaby, żeby spotkanie nie miało miejsca w Mungu a w przyjemniejszych okolicznościach.
- To... dobrze. Wiesz, trochę się zmartwiłam widząc cię tu, ale mam nadzieję, że anomalie nie doskwierały ci zbyt mocno – powiedziała. – I dobrze słyszeć, że u rodziny też jest dobrze. Muszę kiedyś ich odwiedzić – dodała, zastanawiając się, kiedy Lucinda ostatni raz się z nimi widziała. Josie ostatnimi czasy raczej nie widywała bardzo często dziadków i wujostwa, Thea częściej zabierała ją do nich w dzieciństwie oraz w letnie wakacje niż teraz. No, ale wtedy jej choroba nie była tak daleko posunięta, a i Josie nie miała tylu obowiązków. – Na dzisiaj skończyłam już swoją pracę. Zostałam nieco dłużej by odwiedzić mamę... Leży w tamtej sali, uzdrowiciele postanowili zatrzymać ją na noc. Kolejny atak Meduzy – dodała smutnym tonem, zerkając przez ramię na drzwi sali matki. Choć były zamknięte, miała wrażenie, jakby Thea mogła świdrować ją wzrokiem nawet przez nie. – Właśnie wracałam do domu. – Odkąd kilka dni temu zasłabła z powodu przepracowania, na razie nie pozwalano jej zostawać po godzinach. – I skoro już na ciebie wpadłam... To masz może wolną chwilę, Lucindo? Mam w domu pewien dziwny drobiazg, który wolałabym ci pokazać, zanim pozwolę matce nosić go przy sobie.
Miała nadzieję, że Lucinda zgodzi się zajrzeć do Vane’ów choć na chwilę. Jeśli czuła się wystarczająco dobrze i nie miała natłoku innych zajęć.





The good ti­mes of to­day are the
 sad thou­ghts
of to­mor­row.
Powrót do góry Go down
 

Korytarz

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 2 z 3Idź do strony : Previous  1, 2, 3  Next

 Similar topics

-
» Tajemniczy korytarz
» Korytarz w lochach
» Korytarz na II piętrze
» Korytarz
» Korytarz

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Morsmordre :: Londyn :: City of Westminster :: Szpital Świętego Munga :: VI piętro: Choroby wewnętrzne-
Styl: Evandra + Cassandra



Forum oparte na serii książek J.K.Rowling, niektóre imiona i nazwy własne są jej własnością.
Opisy częściowo pisane w oparciu o Pottermore.
Autorskie opracowania oraz pozostałe treści forum są własnością intelektualną twórców,
zabrania się ich kopiowania.



Baner small nobg

Morsmordre 2015-18