Wydarzenia


Ekipa forum
Sypialnia Iriny
AutorWiadomość
Sypialnia Iriny [odnośnik]25.04.23 22:47

Sypialnia Iriny

Elegancka sypialnia, skąpana w ciemnych barwach, zaopatrzona w grube, ciężkie zasłony ze zdobnym wiązaniem. W centrum pomieszczenia znajduje się majestatyczne łoże, idealnie zaścielone i udekorowane linią aksamitnych poduszek.. Uporządkowane wnętrze sypialni sprawia wrażenie, jakby rzadko ktokolwiek w niej przebywał. Wewnątrz unosi się aura tajemnicy, również dzięki licznym obrazom przedstawiającym postacie i miejsca nierzadko budzące grozę. Boczne drzwi prowadzą do garderoby obficie wypełnionej damskimi strojami. W powietrzu unosi się zapach słodkich perfum, a wieczorami kąty sypialni rozświetlają się dzięki licznym świecom.
Mistrz gry
Mistrz gry
Zawód : -
Wiek : -
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Sypialnia Iriny Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 https://www.morsmordre.net/t12082-kronika-towarzyska#372204 http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Sypialnia Iriny [odnośnik]21.11.23 21:41
25.07
Minęło już kilkanaście wschodów słońca odkąd Przeklęta Warownia stała się naszym domem, a mimo to wciąż nie potrafiłem przejść z tym do porządku dziennego. Przestrzeń była dla mnie nowością, aspektem, którego wcześniej nie brałem nawet pod uwagę, zaś obecność rodziny czymś, czego w zasadzie nigdy nie miałem. Po części mnie to radowało, ale z drugiej strony budziło swego rodzaju dyskomfort, od jakiego odwyknąłem po latach życia w odosobnieniu. Ostatni czas spędzony pod jednym dachem z Belviną mógł mnie po części na to przygotować, jednak wciąż było to nowe i musiałem się tego nauczyć. Trudno było mieć swoje tajemnice, jeszcze bardziej niemożliwym zdawało się skrywać coś w czterech ścianach bez świadomości innych domowników. Wiązało się to z zaufaniem, czymś na co byłem niezwykle wyczulony, ale musieliśmy przejść tę próbę jeśli chcieliśmy powrócić do korzeni własnego nazwiska.
Świtało, gdy zatrzymałem się pod drzwiami sypialni Iriny. Nim jednak wszedłem do środka wziąłem głęboki wdech oraz łyk chwilę wcześniej nalanego alkoholu, bowiem wiedziałem, że ta rozmowa nie będzie łatwa. Oprze się o mnie, o moje przemyślenia, o czyny jakich się dopuściłem, a ja po prostu nie lubiłem, a przede wszystkim nie potrafiłem o tym rozmawiać. Musiałem ją jednak uprzedzić, musiałem pewne kwestie poruszyć, aby nie zburzyć utkanego planu, nie zaszkodzić mu i nie pozostawiać fundamentu na domysły. Jedno potknięcie mogło przekreślić wszystko, a na to nie mogłem pozwolić. Byłem na finiszu, byłem u progu zwycięstwa, na które tak długo czekałem. Czy powiedziałbym jej o tym wszystkim, gdybym nadal żył na Śmiertelnym Nokturnie? Zapewne tak, ale pewnie po fakcie, aby nie musieć słuchać krytyki, jaka zapewne wyleje się nawet przez te pięknie zdobione okiennice.
Chwyciwszy za klamkę wślizgnąłem się do środka i wygiąłem wargi w lekkim uśmiechu widząc jak smacznie spała w swym łożu. Bez większego zastanowienia zbliżyłem się do niego i położyłem po wolnej stronie wyciągając wygodnie nogi przed siebie. Szklaneczkę z trunkiem postawiłem na brzuchu i sączyłem pogrążając się w zamyśleniu.
-Przestań tak chrapać, spać się nie da- rzuciłem żartobliwie po przeszło dwóch kwadransach. Na próżno oczekiwałem przebudzenia, senne mary na dobre wyłączyły jej czujność.




The eye sees only what the mind is prepared to comprehend
Drew Macnair
Drew Macnair
Zawód : Poszukiwacz i przemytnik artefaktów, fascynat nakładania klątw , właściciel Karczmy "Pod Mantykorą"
Wiek : 31
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Kawaler
Dan­ger is a beauti­ful thing when it is pur­po­seful­ly sou­ght out.
OPCM : 40
UROKI : 2 +2
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 5 +4
CZARNA MAGIA : 51 +7
ZWINNOŚĆ : 4
SPRAWNOŚĆ : 15 +3
Genetyka : Metamorfomag

Śmierciożercy
Śmierciożercy
https://www.morsmordre.net/t6211-drew-macnair https://www.morsmordre.net/t4416-avari https://www.morsmordre.net/t12082-kronika-towarzyska#372204 https://www.morsmordre.net/f445-suffolk-dunwich-przekleta-warownia https://www.morsmordre.net/t4418-skrytka-bankowa-nr-1139 https://www.morsmordre.net/t4417-drew-macnair
Re: Sypialnia Iriny [odnośnik]21.11.23 21:42
Skąpana w ciemności sypialnia była cicha. Zasunięte ciężkie kotary jak wierne sługi strzegły mnie przed światem. Nikt i nic nie miało prawa zakłócić porządku tego miejsca. Obleczona aksamitną nocną koszulą, pod warstwą lekkiej kołdry, odpoczywałam, przeżywając sny i podświadome historie, których później nie dane mi będzie otworzyć z pamięci. Tutaj nikt nie wchodził, tutaj nikogo nie dopuszczałam, gotowa nieproszonym wydłubać oczy. Nieopodal łoża, na nocnej szafce spoczywał kryształowy kielich, pusty, z ledwie cienką warstwą czerwonego płynu na dnie. U jego boku do sufitów pięła się butelka obklejona elegancką etykietą. Ciemna, ale wciąż częściowo wypełniona płynnym upojeniem. Wierzyłam, że po ciężkim dniu dobrze było wypić kieliszek wina lub dwa. Sen nadchodził łatwiej i szybciej. Tym bardziej, że w ostatnich dniach pracowałam jeszcze więcej. Po lekkich wieczorach festiwalowych należało wrócić na ziemię i wziąć się za interesy. Zawieszenie broni nie stanowiło dla śmierci żadnej przeszkody. Dostarczała mi pracy. Ludzie umierali dalej. Z przepicia czy przegrzania – wszystko jedno. Kopaliśmy ich w ziemi z niemniejszym zapałem. Może tylko rzadziej widywaliśmy ofiary brutalnej magii. Przyczyna przyziemna, praca jednak taka sama. A poza wyciskaniem galeonów z żałobników mieliśmy coś jeszcze. Coś, co stawiało znacznie więcej wyzwań. Nasze rozgoszczenie się w Przeklętej Warowni było jasnym dowodem. Macnairowie zamieszkali na ziemiach oddanych pod opiekę Drew. Zapuszczaliśmy tu korzenie, gdy u bram piętrzyły się lokalne sprawy, którym należało się zająć. W perspektywie tego wszystkiego sen bywał zbawieniem. Zbyt krótki, ale konieczny.
Czarna opaska dodatkowo broniąca mnie przed światem drgnęła, kiedy twarz pod nią poruszyła się zaalarmowana ruchem w pobliżu. Materac ugiął się, choć ja tego dnia nie spodziewałam się poczuć przy swoim boku żadnego towarzystwa. Potem przyszedł znajomy głos, a wtedy ostatecznie zdjęłam z oczu zasłonę i przekręciłam głowę w stronę tego, kto wyrwał mnie z sennych ramion. Spojrzałam najpierw na niego, a potem na alkohol wygodnie ulokowany w jego dłoni.
– Trzeba było przyznać od razu, że potrzebujesz utulenia do snu. Jeszcze nie zapomniałam, jak się to robi –
przyznałam, przebudzając się bardziej z każdym słowem. Mimo to zmarszczka niezadowolenia zafalowała gdzieś na czole. Nie powinien wkraczać do tego pokoju. Wcale mi się to nie spodobało, choć nie byłam aż tak głupia, by nie wyciągnąć odpowiednich wniosków. Coś było na rzeczy i nie mogłam tego zignorować. Dość ciężko podniosłam się w górę i poprawiłam poduszkę za plecami. Wino. Bezsprzecznie będę potrzebowała wina. Sięgnęłam po kieliszek i butelkę. On miał swoje i ja miałam swoje. Czerwony napój przepełnił szkło, wokół którego zaborczo owinęły się moje palce. – No więc? – zaczepiłam, zachęcając, by wyjawił wreszcie powód tego… nadejścia. Nie sądziłam, by to koszmary przygnały go do łoża ciotki. Miał problem. Nie przyszedł po sen.
Irina Macnair
Irina Macnair
Zawód : Właścicielka domu pogrzebowego
Wiek : 44
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowa
Ty się boisz śmierci, a ja nazywam ją przyjaciółką. Ja nią jestem.
OPCM : 15 +5
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 20 +6
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarownica

Rycerze Walpurgii
Rycerze Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t8709-irina-macnair-dluga-budowa https://www.morsmordre.net/t8832-pani-macnair#263265 https://www.morsmordre.net/t12082-kronika-towarzyska#372204 https://www.morsmordre.net/f445-suffolk-dunwich-przekleta-warownia https://www.morsmordre.net/t9237-skrytka-nr-2063#281040 https://www.morsmordre.net/t9127-irina-macnair#275271
Re: Sypialnia Iriny [odnośnik]21.11.23 21:53
Zdawałem sobie sprawę, że Irina nie lubiła gości we własnej sypialni, która bezsprzecznie była najbardziej intymnym miejscem każdego domownika w Warowni. Musiała jednak przywyknąć do moich wybryków, czasem przekraczania granic prywatności, bowiem wychodziłem z założenia, że skoro była tej nocy sama, to moja obecność nieszczególnie mogła wadzić. Oczywiście mogłem ją obudzić, mogłem też zobaczyć coś co niekoniecznie chciała mi pokazywać, lecz nieszczególnie się tym przejmowałem. Byliśmy rodziną, musieliśmy – a w szczególności ja – nauczyć się żyć wspólnie, mieć gdzieś z tyłu głowy myśl, że dom nie jest tylko i wyłącznie moimi czterema kątami. Dążyłem do tego, chciałem pojednania i powrotu do korzeni, ale zmienienie pewnych przyzwyczajeń nabytych przez lata podróży wymagało czasu.
Przeniosłem spojrzenie na ciotkę i wygiąłem wargi w ironicznym wyrazie, kiedy sięgnięcie po wino było pierwszym co uczyniła po przebudzeniu. Pamiętałem, że ten trunek smakował jej najbardziej – wykwintny, cierpki, szkarłatny płyn przywodzący na myśl nic innego jak krew. Czarna opaska kryjąca oczy wylądowała na drewnianym stoliku, zaś jej wzrok wbił się w moją twarz i nie zdradzał żadnych innych emocji poza ciekawością oraz lekką irytacją. -Liczyłem, iż zajrzysz do mojej sypialni i pomożesz mi zasnąć- zaśmiałem się pod nosem, po czym zamoczyłem wargi w trunku. -Jestem nieco zdziwiony, że jeszcze mnie nie wyrzuciłaś. Sądziłem, że wybuchnie awantura i będę zmuszony uciekać w popłochu- mówiłem zupełnie poważnie, choć głos miałem podszyty wyraźną kpiną. Faktycznie zakładałem zupełnie inną reakcję, stanowczego wyproszenia i zakazania zbliżania się do łoża, lecz najwyraźniej znała mnie lepiej niżeli sądziłem. Wyczuła, że coś było na rzeczy? Na taką przynajmniej wyglądała.
-Chciałem się zapytać jak podoba ci się w nowym domu- rzuciłem wzruszając lekko ramionami. -Pogodziłaś się już z myślą, że będziesz musiała znosić mnie każdego dnia?- spytałem unosząc lekko brew zaraz po tym, jak poprawiłem poduszkę pod głową i obróciłem twarz w jej kierunku. Szanowałem fakt, iż nie była wścibska. Nie wypytywała o moje życie osobiste, nie rozważała też braku Belviny w tym miejscu wszak odkąd się przeprowadziliśmy nie zawitała ani razu, co z każdego by zaalarmowało. Zapewne domyśliła się, że nasze drogi się rozeszły, ale nie wnikała w szczegóły. Sam również unikałem wciskania nosa w jej sprawy – jeśli najdzie ją ochota na rozmowę, to z pewnością dowiem się o tym jako pierwszy.
-Prawdopodobnie w najbliższym czasie nie tylko mnie będziesz musiała akceptować- powiedziałem unosząc szklaneczkę w geście niemego toastu. Miałem co fetować, badania dobiegły końca i nawet nie zakładałem, że plan mógł spłonąć na panewce. Oczywiście zawsze należało brać pod uwagę niepowodzenie, ryzyko było nieuniknione, lecz wyjątkowo wolałem przyjąć optymistyczną maskę i podsycać w sobie pewność, że kolejne miesiące będą przełomowe, a moje pragnienie, mimo że podszyte fałszem oraz kłamstwem, w końcu się urzeczywistni. Ciężko mi było znaleźć wytłumaczenie na przekroczenie pewnej granicy – po prostu gdzieś w głębi siebie chciałem to uczynić.




The eye sees only what the mind is prepared to comprehend
Drew Macnair
Drew Macnair
Zawód : Poszukiwacz i przemytnik artefaktów, fascynat nakładania klątw , właściciel Karczmy "Pod Mantykorą"
Wiek : 31
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Kawaler
Dan­ger is a beauti­ful thing when it is pur­po­seful­ly sou­ght out.
OPCM : 40
UROKI : 2 +2
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 5 +4
CZARNA MAGIA : 51 +7
ZWINNOŚĆ : 4
SPRAWNOŚĆ : 15 +3
Genetyka : Metamorfomag

Śmierciożercy
Śmierciożercy
https://www.morsmordre.net/t6211-drew-macnair https://www.morsmordre.net/t4416-avari https://www.morsmordre.net/t12082-kronika-towarzyska#372204 https://www.morsmordre.net/f445-suffolk-dunwich-przekleta-warownia https://www.morsmordre.net/t4418-skrytka-bankowa-nr-1139 https://www.morsmordre.net/t4417-drew-macnair
Re: Sypialnia Iriny [odnośnik]21.11.23 21:57
Po jego słowach, dyktowanych melodią niby rozczarowania, oderwałam spojrzenie od jego twarzy i popatrzyłam w zaprószony ciemnością kąt sypialni. Rozbawienie odpędzało grozę, która zwabiła go do mojego łoża. Jeszcze przez chwilę nie wiedziałam, co takiego miał zamiar mi przekazać. Wierzyłam, że mało istniało rzeczy, które mogłyby mnie zdziwić lub rozdzielić nasze ścieżki w gniewie. Być może byłam chętna dać się porwać żartobliwym wstępom. Język powoli, w parze z pełnymi namysłu oczami, przesunął się po ustach. Gdy przestał, Drew mógł usłyszeć pierwszą odpowiedź.
– A jednak nie jesteś już małym chłopcem – wygłosiłam, trochę go ganiąc, a trochę oddając się wstrętnej nostalgii. Spojrzałam na niego znów. Obydwoje dobrze wiedzieliśmy, że wcale mnie nie potrzebował – na pewno nie do tego. – Ten scenariusz wciąż się może ziścić, więc lepiej uważaj, co mówisz, Drew. Niech to będzie dobry powód, by mnie budzić w środku nocy – podtrzymałam jego wyobrażenia przy życiu, wpuszczając do tych fantazji nieco więcej życia. Przez chwilę pomyślałam, że dobrze byłoby ujrzeć, jak faktycznie ucieka podrapany przez moją złość, że rozpływa się w oparach czarnej mgły, ale nawet to mogło go nie uchronić. Przecież chciał mieć do czego wracać. Dom bez ludzi był marną pociechą. Dlatego właśnie rodzinę należało chronić ponad wszystko. Czy właśnie o tym przyszedł porozmawiać? Resztka wina może okazać się niewystarczająca.
Litości. Popatrzyłam na niego zirytowana, kiedy wydawało się, że wreszcie przejdzie do rzeczy i dowiem się, dlaczego zapija bezsenność. Niestety wciąż grał na zwłokę, mydląc mi niepotrzebnie oczy. Podchodził ostrożnie i badał grunt. Nie znosiłam, kiedy rozmowy roztapiały się w mdłej beznadziei. Wciąż chodził dookoła mnie i jak tak dalej pójdzie, nie poznam konkretów przed wzejściem słońca. Westchnęłam, czując, że szybko nie wrócę do snu i upiłam jeszcze jeden łyk wina. – Wyśmienita pora, by troszczyć się o moje samopoczucie w nowym domu – skwitowałam gorzko i usiadłam, czując nagłą potrzebę wyprostowania się. Półleżąca poza nagle przestała wystarczać. – Do rzeczy, Drew. Nie jestem dziewczyną z twojego baru. Przestań kombinować. Co się dzieje? – wydusiłam już zniecierpliwiona. – Wiedziałam, co mnie czeka, jeżeli z tobą zamieszkam. Nie uciekłam. Potrzebujesz mnie. Potrzebujesz rodziny – oznajmiłam, skręcając szyję, by spojrzeć na niego z boku. Czy się myliłam? O co teraz zamierzał pytać? Czy poduszki są wystarczająco miękkie a wino smaczne? Dzielenie jednego dachu wiązało się z wzajemnym splataniem się sekretów i wieloma wspólnymi spojrzeniami. Mogłam dowiedzieć się o nim więcej i on o mnie także. Jednak dom wciąż był wystarczający, byśmy nie wchodzili sobie w drogę, a w razie co ofiarowali wzajemne towarzystwo. Nie chodziłam z łakomym spojrzeniem i tego samego oczekiwałam. To była rodzina i to był biznes. Dostał hrabstwo, więc teraz trzeba było nad tym wszystkim zapanować. Ja zaś po morderstwie i ucieczce z Bułgarii potrzebowałam zbudować swoją pozycję w nowej rzeczywistości. Wszystko układało się korzystnie.
- Kogo sprowadzisz? – zapytałam od razu, w ogóle nie czując zaskoczenia. Właściwie oczekiwałam tego. Dom potrzebował ożywienia. Namiestnik potrzebował żony. Czas był odpowiedni, choć Drew pozostawał dość spóźniony w tym względzie. Od razu jednak wywnioskowałam, że mówił o kobiecie. Nie wiedziałam tylko, która dostąpiła zaszczytu złamania dystansu i przeprowadzenia jej przez bramy Przeklętej Warowni. Drew przyciągał je z łatwością, widziałam aż nazbyt dobrze. Teraz stał się jeszcze bardziej apetyczną zdobyczą. Miał doskonałą pozycję i urok. Oby tylko utrzymał łeb na karku i nie zdurniał do reszty odurzony chwilowym pożądaniem. Pragnęłam wierzyć, że nie pozwoli żadnej owinąć siebie wokół palca i wykorzystać. Tym bardziej musiałam go pilnować. I jego i ją. – I co sprawiło, że właśnie ona na to zasłużyła? – zapytałam kontrolnie, by się upewnić, że nie dolano mu do piersiówki amortencji. Że nie szedł na fali ogłupiającego zauroczenia. Byłam ostrożna, a już na pewno nie pozwalałam sobie na przesadny entuzjazm. Wciąż wiedziałam zbyt mało.
Wciąż mógł okazać się małym chłopcem.
Irina Macnair
Irina Macnair
Zawód : Właścicielka domu pogrzebowego
Wiek : 44
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowa
Ty się boisz śmierci, a ja nazywam ją przyjaciółką. Ja nią jestem.
OPCM : 15 +5
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 20 +6
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarownica

Rycerze Walpurgii
Rycerze Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t8709-irina-macnair-dluga-budowa https://www.morsmordre.net/t8832-pani-macnair#263265 https://www.morsmordre.net/t12082-kronika-towarzyska#372204 https://www.morsmordre.net/f445-suffolk-dunwich-przekleta-warownia https://www.morsmordre.net/t9237-skrytka-nr-2063#281040 https://www.morsmordre.net/t9127-irina-macnair#275271
Re: Sypialnia Iriny [odnośnik]21.11.23 22:03
-Nigdy nie miałem okazji do bycia małym chłopcem- odparłem pewnym tonem i choć uwaga mogła wydać się przykra, to wyraz mojej twarzy nie uległ zmianie. Wciąż w kącikach ust czaiła się ironia, aczkolwiek nie powiedziałem nic, co byłoby niezgodne z prawdą. Tamte wydarzenia pozostawiły po sobie jedynie białą, rozmazaną plamę. Odgrodziłem się od tego, jakbym co najmniej pojawił się na tym świecie dopiero w chwili wyjazdu na wschodnie ziemie. -Ale to zapewne wiesz- znała swego brata, musiała wiedzieć jakim był człowiekiem, choć kto wie – może dobrze się maskował? Może tylko dla mnie i matki był katem, zaś w jej pamięci pozostawił obraz wzorowej głowy rodziny? Nie potrafiłem zrozumieć, jakim cudem byli rodzeństwem wszak Irina dała się poznać jako zupełnie inna osoba; pozornie chłodna i zdystansowana, ale przy tym szanowana oraz inteligentna. On zaś nie miał żadnej z tych cech – był idealnym przykładem nokturnowskiego zachlejmordy, który nie tylko przepijał ostatnie pieniądze, ale i dobierał się do każdej, nawet najbardziej odrzucającej panny. Rzekomo podróżował, wielki, światowy czarodziej, a w istocie kurwił się bardziej niżeli dziewki w Mantykorze. Niech mu ziemia twardą będzie, zjednał się w końcu z robactwem, do którego było mu najbliżej.
Zadrżałem teatralnie, a w moich oczach pojawiło się wyraźne rozbawienie. -Nie kuś- zacząłem i zaraz po tym upiłem trunku. -Zaczynam się zastanawiać czy lepszym jest przejść do meritum, czy jednak zobaczyć jak pokazujesz pazurki- zacisnąłem wargi starając się nie roześmiać. -Znam jeszcze lepszy powód obudzenia kobiety w nocy, ale- rozłożyłem ręce w geście bezradności, co było niczym innym jak kontynuacją małej farsy -nie wypada mówić głośno- zwieńczyłem patrząc na ciotkę z ukosa. Wyjątkowej urody nikt nie mógł jej odmówić – tylko ślepiec przeszedłby obok niej obojętnie.
Bezceremonialnie łączyło nas jedno – irytacja w stosunku do marnowania czyjegoś czasu. Lubiliśmy konkretne rozwiązania i rozmowy bez owijania w bawełnę, co sam wówczas czyniłem. Ostre niczym brzytwa spojrzenie i mocniejsze zaciśnięcie nóżki kieliszka zwiastowały upust gniewu, a tego wolałem uniknąć. Uniosłem ręce w charakterystycznym geście poddania się, po czym oparłem głowę o wygodny zagłówek i upiłem trunku starając się zebrać myśli. Już otwierałem usta, by powiedzieć to wprost, lecz wtem padły słowa, jakich kompletnie się nie spodziewałem. Wyczułem, że nie było w nich krzty kpiny, a swego rodzaju… troska? Wątpiłem w jej interesowność, do niczego nie były jej potrzebne moje galeony, ani pozycja. -Skąd ten wniosek?- krótko, chłodno, ale na temat. Na próżno było szukać w moim tonie kpiny – nie było jej tam ani grama. Przemknąłem spojrzeniem po jej twarzy samemu zachowując poważny wyraz. Na końcu języka utknęło mi stwierdzenie, iż nie potrzebowałem nikogo – wierutne kłamstwo, w które po latach powtarzania po prostu uwierzyłem.
-Na pewno ją kojarzysz- odparłem po chwili. -Dolej sobie wina- zasugerowałem zapobiegawczo wiedząc, że po wysłuchaniu rewelacji będę musiał udać się do piwniczki po kolejną butelkę. -Znasz ją z plakatów opublikowanych w Walczącym Magu i rozwieszonych w całym Londynie- tak jak sobie życzyła, bez zbędnego krążenia wokół. Nie mogłem powstrzymać kpiącego uśmiechu, jaki właściwie od razu zagościł na moich wargach. Celowo patrzyłem wprost w jej oczy, a atmosfera zdawała się zgęstnieć na tyle, że mogliśmy śmiało kroić ją nożem. Zapewne oczekiwała znaku sugerującego beznadziejny żart – ten jednak miał nie nadejść. To nie był dowcip.
-Dopilnuję, żeby włos nie spadł jej z głowy, a twoim zdaniem będzie zrobić wszystko, aby czuła się tutaj jak najlepiej i miała kobiece towarzystwo- to nie była prośba. Rzadko wydawałem polecenia, ale tym razem nie było innego wyjścia – wrogość musieliśmy zostawić daleko za sobą, jeśli plan miał się powieść. -Z czasem to będzie również jej dom- sprecyzowałem. Gościem miała się czuć jedynie przez chwile, bowiem nie zamierzałem zwlekać z poczynieniem kolejnych, znacznie bardziej wiążących kroków. Być może byłem szalony, nie dbałem o to.




The eye sees only what the mind is prepared to comprehend
Drew Macnair
Drew Macnair
Zawód : Poszukiwacz i przemytnik artefaktów, fascynat nakładania klątw , właściciel Karczmy "Pod Mantykorą"
Wiek : 31
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Kawaler
Dan­ger is a beauti­ful thing when it is pur­po­seful­ly sou­ght out.
OPCM : 40
UROKI : 2 +2
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 5 +4
CZARNA MAGIA : 51 +7
ZWINNOŚĆ : 4
SPRAWNOŚĆ : 15 +3
Genetyka : Metamorfomag

Śmierciożercy
Śmierciożercy
https://www.morsmordre.net/t6211-drew-macnair https://www.morsmordre.net/t4416-avari https://www.morsmordre.net/t12082-kronika-towarzyska#372204 https://www.morsmordre.net/f445-suffolk-dunwich-przekleta-warownia https://www.morsmordre.net/t4418-skrytka-bankowa-nr-1139 https://www.morsmordre.net/t4417-drew-macnair
Re: Sypialnia Iriny [odnośnik]21.11.23 22:06
Mój syn także. Przeszło mi przez myśl, ale zachowałam uwagę dla siebie. Nie miała teraz znaczenia. Z pewnością jednak nie mógł pochwalić się dzieciństwem wyjętym z marzeń. Drew dojrzał, sięgał po trofea, zdobywał władzę i moc, o jakiej wielu nie ośmieliłoby się śnić. To, co przeżył, wzmocniło go, wyrzeźbiło człowieka, którego trudno było pogrzebać. Ironiczny uśmiech i lekkość w codziennych obrazach była dobrą miną do złej gry. Wydawał się zupełnie beztroski, niegroźny, a jednocześnie dźwigał na swoich barkach tonę powinności i niepojętną grozę. Kreował nowy świat, miał być tym, który zostanie zapamiętany, tym, który rozdaje nowe karty i zmienia bieg gry. Słowa były smutne, mogły pozostawiać gorycz na języku, a jednak wypowiadał się wciąż bez wyrazistego żalu, bez bólu. Nie ciążyły, nie blokowały w dalszej drodze. Byłam dumna, że dzielę krew z kimś takim jak on. Wyciągnęłam długie palce w stronę jego twarzy, paznokieć otarł się o brodę, dłoń wykręciła jego twarz jeszcze bardziej ku mnie. Wydawał się zupełnie pogodny, chociaż wokół świat łamał się, krwawił, wył i wciąż zabierał. Jemu też zabrał? A może ofiarował? Palec przesunął się po jego skórze, kreśląc niewiadomy znak. Głos poprzedzony został przedłużającą się pauzą. - Osiągnąłeś wiele. O wiele więcej niż on - wyjawiłam w dość podniosłym półszepcie, patrząc mu przy tym prosto w oczy. Skoro wciąż potrafił przywdziać uśmiech, a czynił to nazbyt często, mrok nie zdołał całkowicie wyssać z niego duszy. Zwolniłam dłoń, na powrót sklejając palce ze szkłem.
- Nie sądziłam, że przejmujesz się tym, że czegoś wypada lub nie wypada robić - zareagowała wyraźnie, na koniec głośniej wzdychając. Stłumiony uśmiech zaczaił się gdzieś przy ostatnim słowie. Oczywiście, nie zachęcałam i ani myślałam, by dać się wciągnąć w te gry, które rzekomo powinny być przemilczane. Pojmowałam nazbyt dobrze, do czego się odwoływał i w tym jednym musiałam się z nim zgodzić. Absolutnie nie wypadało mu sięgać do mnie w taki sposób. Najwyraźniej jednak doskonale zdawał sobie sprawę i wcale nie potrzebował... upomnienia. Byłam tą kobietą w jego życiu, która zdecydowanie wolała, kiedy budził ją, by wznieść toast. Powodów do uciechy było w ostatnich tygodniach całkiem sporo. Wciąż jednak nie równoważyły się z ilością niekiedy przytłaczających obowiązków.
- Chcesz męczyć się z tym wszystkim sam? - zapytałam, wznosząc kielich i prowadząc go w powietrzu w geście, który jasno wskazywał na otoczenie. Na dom. Na hrabstwo, na mieszkańców i problemy, które pod postacią deszczu pergaminów zasypywały biurko namiestnika. - Rodzina jest wielką siłą. Twoim wzmocnieniem. Z czasem zrozumiesz - wyjawiłam, mocząc usta w winie jeszcze raz. I słabością, ale to pozwoliłam sobie przemilczeć. Być może mógł sam wyciągnąć te wnioski.
Delektując się goryczą napoju, myślałam o mojej własnej. Zatruta od środka musiała się rozpaść. Doprowadzić do śmierci, zdrady, ucieczki i pogrzebania nadziei na dziedzictwo. Mój mąż zlekceważył mnie i moją moc, a w konsekwencji oddałam go ramionom śmierci. Jego porażka okazała się moim triumfem. Żaden mężczyzna nie powinien lekceważyć kobiety, która stąpała u jego boku. Drew również.
Uniosłam brew, szykując się mentalnie na pogrom, do którego czynił takie żarliwe wstępy. Zerknęłam z dezaprobatą na tę nieszczęsną butelkę wina, w której mieściła się już tylko zawartość może połowy mojego kieliszka. Zdecydowanie miałam go tutaj zbyt mało, ale niech mu będzie. Przelałam tę resztkę do szkła, kiedy bratanek zbierał się w sobie. Prawie słyszałam jego oddech. Spodziewałam się, że znajdzie wreszcie kandydatkę stosowną do swojej pozycji, choćby w części zgodną z moimi oczekiwaniami. Z oczekiwaniami społeczności, która dała mu to miejsce i te krainy pod opiekę. Wkroczył w grono elit, nie mógł pokazywać się z byle kim. - Mam nadzieję, że chociaż jej urodzenie nie budzi wątpliwości - powiedziałam, odkładając butelkę na stolik z charakterystycznym stukotem. Wygląd i maniery można było jeszcze poprawić. Krwi nie dało się zmienić. Nie sądziłam, że przyprowadzi pod dach szlamę. Nie był przecież hipokrytą. Jednak zakradał się do mnie z tym tematem w taki sposób, że byłam niemal pewna istnienia znaczącego problemu.
- Nie kpij ze mnie, Drew Macnairze - wydusiłam dość oniemiała wskazówką, którą mi podsunął. Cały czas uśmiechał się durnie i wolałam naprawdę wierzyć, że łgał, świetnie się bawiąc. Miał rację, czekałam, aż sprostuje durny dowcip i wyłoży sprawę jak poważny i dojrzały człowiek. Niestety.
- Sam na to wpadłeś?- oburzyłam się, zaciskając palce na kieliszku z większą siłą. Jeszcze chwila i winny napój rozpłynie się po dolinach pościeli. A Drew wyleci z tej sypialni z łomotem. - Chcesz mi powiedzieć, że zamierzasz sprowadzić do domu wroga? W jakim charakterze? Potrzebujesz zabawki? Zamkniesz ją w wieży i zmusisz magią do posłuszeństwa? - prychnęłam, rozczarowana żałosnymi wizjami, jakie natychmiast zdołałam przywołać przed oczy. Przecież to tylko tak mogło wyglądać. Natychmiast opróżniłam też resztki wonnego napoju i sięgnęłam niespodziewanie po jego trunek. - Co jest w środku? - zapytałam, przyciskając nos blisko naczynia. Może stracił zmysł? Teoria z trucizną zaczynała mnie coraz bardziej przekonywać. Dla pewności pomaskowałam, ale nie wyczułam żadnej podejrzanej nuty. Przecież to nonsens. - Kim ona jest? - nie przestawałam pytać, nie przestałam celować w niego nieprzychylnym, ostrym spojrzeniem. Dobrze wiedział, że wcale nie podobał mi się ten pomysł. Oby tylko był pijackim kaprysem.
Gdy jednak zaczął mówić, pożałowałam, że nie zabrał ze sobą legendarnej piersiówki. Do rana ujrzelibyśmy jej dno, a wielki mit zostałby złamany. Oderwałam spojrzenie od Drew i popatrzyłam w ścianę przed sobą - tak bardzo beznamiętnie. Trzymany na smyczy gniew próbował rozerwać go na kawałki. Próbował. Następne słowa zdradziły mi więcej, niż mógł sądzić. Nie chodziło o rozkaz, wyraźne polecenie, które wydawało mi się nieskończonym kuriozum. Coś innego zwróciło moją uwagę. - Skoro ona jest nietykalna, to ty jesteś zakochany - wygłosiłam gorzko, z domieszką wstrętu, a później wzięłam głęboki, przeciągający się w czasie wdech. Chciałabym się mylić. Ta dziewucha doprowadzi go do grobu. I to nie tak oczywisty wróg opęta go znakiem zielonego światła. - Jaki masz plan? - zapytałam na koniec, bo przecież jakoś musiał zmusić ją do... tego chorego układu. Ją zmusić, a całą resztę naszych sojuszników przekonać, że nie stracił rozumu i nie naraża naszej sprawy na szkodę.
Tu wino nie pomoże.
Irina Macnair
Irina Macnair
Zawód : Właścicielka domu pogrzebowego
Wiek : 44
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowa
Ty się boisz śmierci, a ja nazywam ją przyjaciółką. Ja nią jestem.
OPCM : 15 +5
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 20 +6
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarownica

Rycerze Walpurgii
Rycerze Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t8709-irina-macnair-dluga-budowa https://www.morsmordre.net/t8832-pani-macnair#263265 https://www.morsmordre.net/t12082-kronika-towarzyska#372204 https://www.morsmordre.net/f445-suffolk-dunwich-przekleta-warownia https://www.morsmordre.net/t9237-skrytka-nr-2063#281040 https://www.morsmordre.net/t9127-irina-macnair#275271
Re: Sypialnia Iriny [odnośnik]21.11.23 22:18
Ironia i pogodność towarzyszyły mi od zawsze, podobnie jak pozór lokalnego jegomościa lubującego się tylko i wyłącznie w wysokoprocentowych trunkach. Nie zależało mi na budowaniu twardego, groźnego wizerunku, gdyż byłby on tylko i wyłącznie maską, której nie potrzebowałem przebywając wśród zaufanych ludzi. W innych sytuacjach miałem gen, wyjątkową i rzadko spotykaną umiejętność wodzącą za nos nawet najbardziej dociekliwych. Dlaczego więc miałem udawać kogoś, kim nie byłem? Jeśli potencjalny wróg mnie lekceważył oraz wychodził z założenia, że podobny oprych nie jest w stanie stawić mu czoła, to był tylko i wyłącznie jego problem – przeszkoda, jaka z pewnością okazałaby się godnym przeciwnikiem. Prawiąc o swych możliwościach poniekąd się je zmniejszało, bowiem rywal wiedział czego się spodziewać, a tak? Nabierał próżnej pewności siebie i liczył na rychłe, bezstratne zwycięstwo. Jego niedoczekanie.
Pomknąłem wzrokiem za jej tęczówkami czując stanowczy dotyk w okolicy brody. Zaciśnięte palce kazały mi obrócić głowę, a ja nie stawiałem oporu. -On już nic nie osiągnie- skwitowałem jej słowa. Przypuszczałem, że prawdopodobnie nie wiedziała o śmierci brata, ale nieszczególnie wadziło mi otwarte przyznanie się do zabójstwa. Był gnidą, kanalią i karaluchem noszącym nasze nazwisko, które w swej historii miało już byt wiele słabych jednostek. Właściwie to mogła mi podziękować, że pozbyłem się problemu. -Podobnie jak jego małżonka- matka. Nie zasłużyła, abym nazywał ją w ten sposób – żadna nie pozwoliłaby własnemu dziecku na podobne upokorzenia i niezrozumienie. Całe dzieciństwo zastanawiałem się co robiłem nie tak, ale dopiero dorosłe lata przyniosły mi odpowiedź, że to nie ja byłem trucizną. Ich śmierć miała zapewnić ulgę, swego rodzaju oczyszczenie, ale nie dała nic – nawet satysfakcji.
-Nie przejmuję- wzruszyłem ramionami. Nie istniały dla mnie granice, zwykle mówiłem to co ślina przyniosła mi na język, jednak pewne rzeczy po prostu paść nie powinny i ta była jedną z nich. -Ale mówienie własnej ciotce, że jest uosobieniem męskich fantazji to już chyba przesada, prawda?- wygiąłem wargi w szelmowskim uśmiechu. -Tylko nie obrośnij w piórka, te ściany więcej luster nie zniosą- dodałem rozbawiony. Nie zauważyłem nawet jednego, ale nie miało to większego znaczenia.
-Myślisz, że to dla mnie coś nowego?- spytałem bez krzty żalu w głosie. Zawsze byłem sam, bez niczyjej pomocy doszedłem do tego miejsca i nikt poza mną nie będzie z tego rozliczony. Wierzyłem w Cilliana, pokładałem nadzieje w reszcie liści bujnie oplatających macnairowe drzewo, jednak ci nie mieli większych ambicji, nie mieli w sobie motywacji i odwagi, aby stawić czoła najtrudniejszym wyzwaniom. Egzystowali, z dala od wojny cieszyli się mierną codziennością i zamierzali przeżyć życie niczym każdy przecięty czarodziej. To był ich wybór, nie mogłem niczego wymagać, nie mogłem im tego zabrać. Każdy człowiek miał prawo do własnych decyzji – oni je podjęli i musieli liczyć się z konsekwencjami. -Poniekąd rozumiem, choć nigdy nie miałem rodziny. Nawet jeśli łgałem, że nie chciałbym jej mieć, to prawda jest zgoła inna i wiem, że doskonale zdajesz sobie z tego sprawę- szczerość, to właśnie dla niej się tutaj spotkaliśmy. Radowało mnie, że postanowiła zostać i wesprzeć mnie w nowej sytuacji, ale przy tym nie potrafiłem udawać, iż byłem jej coś dłużny. Gdybym tylko miał taką możliwość to pozbawiłbym nazwiska wszystkich – dalszych czy bliższych członków genologicznego drzewa, bowiem nie byli niczym innym jak zakałami, parszywi tchórzami lubującymi się w ochłapach. Irina była wyjątkiem.
Napięcie rosło z każdą chwilą, bezsprzecznie straciłem nad nim kontrolę. Buzujące we mnie emocje szukały ujścia, chciałem to z siebie wyrzucić i po prostu zamknąć zbędną dyskusję, jaka z pewnością się wywiąże. Nie oczekiwałem zrozumienia, nie liczyłem na poparcie. Decyzja zapadła, niezbędne kroki zostały podjęte.
-Nie żartuj sobie ze mnie- wywróciłem oczyma. Co jak co, ale nie zaprosiłbym do domu kobiety, która nie byłaby czarownicą. Szlamy nie miały prawa nazywać się tym mianem. -Nie kpię- odparłem ze spokojem w głosie, który abstrakcyjnie mógł wywołać jeszcze większy niepokój. Nie przywykłem wypowiadać się w ten sposób. -W jej żyłach płynie błękitna krew i nie ma nic wspólnego z Prewettami- zagadkowo, ale w punkt. Trudno było nie wyciągnąć właściwych wniosków, jeśli choć przez moment skupiło się na twarzach z plakatów, a byłem przekonany, że każdy z Rycerzy zatrzymał je w pamięci.
Emanowała złością. Każdy jej mięsień zdawał się drżeć, kpić pod skórną powłoką, choć zwykle miała nad nimi pełną kontrolę. Oczekiwałem wybuchu, krzyków, nagan, może nawet rękoczynów – tylko głupiec łudziłby się, że ta pozornie irracjonalna sytuacja obejdzie się bez echa. Pozwoliłem jej mówić, przyjmowałem każde słowo do wiadomości, ale pozostawiałem je bez zbędnego komentarza. Dałem jej przestrzeń do wyrzucenia z siebie wszystkich myśli, wątpliwości, a przede wszystkim gniewu. Nie uśmiechnąłem się na wieść o posłuszeństwie, wieży, czy też zabawce, nie oponowałem gdy sięgała po szklankę i sprawdziła jej zawartość. -Ognista- odparłem zgodnie z prawdą. -Kimś dla mnie ważnym- brnąłem w to mizerne przesłuchanie zdając sobie sprawę, że brak odpowiedzi jeszcze bardziej zaogni sytuację.
Momentalnie nastała cisza. Wzrok ciotki wbił się w ścianę i byłem przekonany, że gdyby tylko posiadała taką moc to rozłupałaby ją na kawałki. A może jednak mnie? Westchnąłem pod nosem, po czym ponownie skosztowałem trunku – zupełnie jakby sytuacja sprzed chwili nie miała miejsca. Zdawałem sobie jednak sprawę, że ogólniki nie wystarczały, pogrzebałyby cały plan, a co gorsze Irina nie dałaby mi po prostu spokoju.
-Wspominałaś, że rodzina jest moim wzmocnieniem- wszedłem na grząski grunt i niewiele było trzeba, abym utknął w nim na dobre. Więc bądź nim bez względu na podejmowane przeze mnie decyzje. Nie nakłaniam cię do zamknięcia ust, nie żądam milczenia – wbrew przeciwnie. Zawsze szanowałem twój pogląd na sprawę, jednak w od tej kwestii nie ma już odwrotu. Jeśli mi nie ufasz, spoglądasz niczym na nienauczonego życia młokosa, to cofnij się na moment o kilka miesięcy. Powróć do chwili, kiedy mugole błagali nas o litość oddając każdy skrawek swoich ziem. Kiedy uciekali w popłochu przed naszą siłą, przed potęgą Czarnego Pana, który zawierzył moim umiejętnościom i bezwzględnej lojalności. Nie było cię tu, gdy najgroźniejszy wróg wycofał szyki, nie było gdy każdy nowy dzień witał nas wieścią o śmierci oddanego Rycerza, czy sojusznika- zgłębiłem trudne tematy, ale ten również zaliczał się do tej kategorii. -Wiem co robię i zdaje sobie sprawę ile ryzykuję- nie spuszczałem z niej spojrzenia, a mój głos nawet przez chwilę nie zadrżał. -Czy my w ogóle potrafimy kochać?- spiąłem się, ale mimo wszystko wygiąłem wargi w kpiącym wyrazie; sama musiała znaleźć odpowiedź na to pytanie. -Nawet nie zdajesz sobie sprawy ile możemy na tym zyskać Irino. Nikomu z nas nie zależy na przelewaniu błękitnej krwi- dodałem, choć już bez tego samego przekonania. Poniekąd była to wymówka, acz z drugiej strony naprawdę widziałem w tym sens i właściwy kierunek.




The eye sees only what the mind is prepared to comprehend
Drew Macnair
Drew Macnair
Zawód : Poszukiwacz i przemytnik artefaktów, fascynat nakładania klątw , właściciel Karczmy "Pod Mantykorą"
Wiek : 31
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Kawaler
Dan­ger is a beauti­ful thing when it is pur­po­seful­ly sou­ght out.
OPCM : 40
UROKI : 2 +2
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 5 +4
CZARNA MAGIA : 51 +7
ZWINNOŚĆ : 4
SPRAWNOŚĆ : 15 +3
Genetyka : Metamorfomag

Śmierciożercy
Śmierciożercy
https://www.morsmordre.net/t6211-drew-macnair https://www.morsmordre.net/t4416-avari https://www.morsmordre.net/t12082-kronika-towarzyska#372204 https://www.morsmordre.net/f445-suffolk-dunwich-przekleta-warownia https://www.morsmordre.net/t4418-skrytka-bankowa-nr-1139 https://www.morsmordre.net/t4417-drew-macnair
Re: Sypialnia Iriny [odnośnik]21.11.23 22:20
Nie potrzebowałam dopytywać. Patrzył mi w oczy. Przyjmowałam to zapewnienie za wieczną prawdę, paskudną wizje dla mojego brata i jego żony. Nie obchodziło mnie, co się z nimi teraz działo. Nie obchodziło mnie, czy w ogóle żyli i jeśli nie, to czy on miał z tym coś wspólnego. Gdy raz obieraliśmy szlak, pozostawialiśmy za sobą trupy. Bolesna, gorzka i konieczna prawda, która dotyczyła i jego i mnie. Nie tylko mój los związany był ze śmiercią. To, że u boku nowego namiestnika zabrakło innych krewnych, stanowiło dla mnie dość jasny komunikat. Reszta zaś powinna się interesować wyłącznie tym, co zamierzaliśmy im przekazać. Historia dyktowała się na nowo, naszymi czynami. Wypalonym na rodzinnym drzewie plamom nikt nie powinien zaprzątać sobie głowy. Dziś należało odważnie spojrzeć w przyszłość, zbudować solidne, potężne fundamenty. Dano nam miejsce i dano nam okazje. Nie wolno było jej marnować. Ludzie, którzy przez tę chwilę wkradli się na nasze usta, mogliby te nadzieje zbyt łatwo pogrzebać. Drew był inny. Nawet jeżeli z boku nie sprawiał wrażenia godnego zaufania, ja wiedziałam swoje. Zresztą w minionych miesiącach jasno zostały docenione jego zasługi. To wszystko nie brało się znikąd. Przewodził nami.
- Bez obaw – zaczęłam, lekko odchylając plecy do tyłu. Popatrzyłam na sufit, prosto w słaby zarys sennego żyrandola. Byłam świadoma tego, o czym mówił, ale jednocześnie dbałam o to, by nie stało się to powodem do umniejszania mi. W kraju mojego męża doświadczyłam nieprzyjemności w tym względzie. Teraz winnam tylko szukać sposobu, by wykorzystać to do wzmocnienia samej siebie. Jako wolna kobieta mogłam z jeszcze większym powodzeniem uczynić z tego broń. Mimo to wciąż wolałam wybierać inne sposoby. Wygląd nie stanowił mocy, którą doceniałabym jakoś szczególnie. – Umiem zabić te fantazje, jeszcze zanim zdążą wykiełkować – zapewniłam, dość pewnie przesuwając spojrzeniem po całej jego postaci. Na ścianach wolałam ujrzeć coś innego, niż lustra. Twoje też. Jednak usta pozostały nieporuszone, oferując jedynie dość znaczący uśmiech.
- Owszem, przyjdzie ci dopiero poznać, co to tak naprawdę znaczy – kolejny raz złożyłam przed nim dość pewne zapewnienie. Włóczył się od dawna samotnie, tak przynajmniej mi się wydawało. Swoje prawdziwe gniazdo dopiero tutaj miał szansę zbudować. Na poważnie, z pełną odpowiedzialnością i ze wszystkimi jego dobrociami i powinnościami. Chociaż całej historii Drew nie znałam, zakładałam, że godnie zaprezentuje się w tej roli. I że ta rola była mu potrzebna u boku wszystkich innych, które już od dawna dźwigał. Na kolejne słowa zareagowałam głębokim, wyraźnym kiwnięciem. Wiedziałam. Właśnie potwierdzało się to, z czym podzieliłam się z nim przed chwilą. Moja pewność tylko wzrosła. Pojmowałam idee wypierania się pewnych rzeczy. Szanowałam też to, że mimo tego wszystkiego, potrafił się przyznać. – Wszystkim nam jest potrzebna – odezwałam się jednak, na moment nakrywając dłonią jego dłoń – w jakimś dziwnym, dodających otuchy geście.
- Z naszej dwójki, to ciebie naszło na żarty – burknęłam, nie kryjąc wcale braku entuzjazmu dla tych nowości, którymi łaskawie postanowił się ze mną podzielić. Czy to była próba? Sprawdzał, czy uwierzę mu w każdą możliwą durną bajkę? Mylił się. Może i w tym hrabstwie i pośród naszych sojuszników znajdowałam się daleko poza nim na drabinie wpływów, ale była jeszcze jedna kategoria. Życie i rodzina. W tamtej chwili byłam śmiertelnie poważna – może jeszcze bardziej niż zazwyczaj. Poważna i gotowa zaraz rozpętać piekło, jeżeli tylko w ten sposób zdołam przemówić mu do rozsądku. I go uratować, bo to nie chodziło o moje wygody i wymysły, ale o jego los. Zależało mi na tym, by nie zginął marnie przyciśnięty przez ciężar własnej głupoty, a w tym momencie wkraczał na bardzo wąską linię. Mnie wciągał zaraz za sobą. W końcu jednak westchnęłam dość znacząco, łącząc dobrze wątki, bo przecież nie mógł i być może nie potrafił… - Powiedz to zatem na głos. Jej imię i nazwisko. Czekam – rzuciłam mu kąśliwe wyzwanie. Skoro miał odwagę rozpoczynać to przedstawienie, to niech się zaangażuje całkowicie. Resztkami nadziei wciąż wierzyłam, że to tylko gra. – Zakonniczka, zdrajczyni krwi i stara panna – podsumowałam z wyraźną kpiną w głosie. Chyba nie sądził, że zaakceptuję coś takiego. Że poprę ten chory związek. Być może powinnam przerwać natychmiast tę dyskusję i posłać po zaufanego uzdrowiciela. Coś jednak podpowiadało mi, że Drew wcale nie uprawiał cyrku. A jeżeli już – robił to z zupełną powagą. – Jak to się stało? – znów otworzyłam usta, łaknąć informacji, która w jakiś pokrętny sposób usprawiedliwi tę komiczną sytuację. Jak stała się tak ważna, że zamierzał ryzykować wszystkim, co miał? Że zamierzał wystawić na próbę każdą silną relację, a może i konflikt, w który byliśmy uwikłani od wielu długich miesięcy?
Nie mówił mi wszystkiego.
Nie wiedziałam, w którym momencie dłonie zacisnęły się na pościeli. Trudno było wpędzić mnie w fazę totalnego gniewu. Wciąż trawiłam informacje, którymi mnie zarzucił. To ze swoim życiem igrał. Nie moim. To swój los chciał wystawić na próbę w imię idiotycznego zauroczenia. Tylko że tak naprawdę działania Drew w którymś momencie przestały dotyczyć wyłącznie jego samego. Te kaprysy mogły nas wszystkich wiele kosztować. Postanowiłam jednak wysłuchać go do końca. Może jakimś cudem potrafił wysunąć porządne argumenty, które obroniłyby ten poroniony pomysł.
Chwilę później wiedziałam już, że takowych nie posiadał i że wcale nie żartował. Żadne z nas nie śniło. W myśli odmierzałam kolejne sekundy, może minuty, które dałyby mi nieco więcej spokoju. Próbował toczyć ze mną rozmowę w sposób, który wcale nie pozyskał mojej sympatii. – Wiesz, co robisz – zaczęłam z nutą powątpiewania. Bardziej w stwierdzeniu, aniżeli pytaniu. – Dobrze więc. Skoro mówisz o szacunku, skoro mówisz, że wiesz, na co się piszesz i oczekujesz, że przyjmę wieść o tym…. przedsięwzięciu – nie istniało dobre, neutralne osiągnięcie, które pasowałoby do tego, co zamierzał uczynić i jednocześnie nie spróbowałoby go pokąsać. – To powiesz mi więcej. Chcę wiedzieć, jak zamierzasz zabezpieczyć dobro tej rodziny, naszej sprawy i nasze sekrety. Chcę wiedzieć, że naprawdę panujesz nad samym sobą i uczucia do tej dziewczyny nie odebrały ci trzeźwego osądu, bo twoje zapewnienie wciąż wypada dość marnie w obliczu tego, jak bezmyślnie to wszystko brzmi – wystosowałam żądania, których powinien się spodziewać. Przeliczył się, jeżeli sądził, że jedna wzniosła wypowiedź z pominięciem istotnych szczegółów zaspokoi mnie i uciszy tak, bym zgasiła moje wewnętrzne wzburzenie. Na tym jednak kończyć nie zamierzałam. – Co z nią? Nie odpowiedziałeś, a ja nie uwierzę, że ta dziewczyna tak po prostu za tobą pójdzie. Gdyby tak było, to okazałaby się fatalnym, niewiernym żołnierzem albo… wyjątkowo podstępną żmiją – popatrzyłam na niego wyczekująco. Zamierzał sprowadzić pod ten dach zakonniczkę. Zamierzał żyć z nią jak z żoną. Myliłam się? W obliczu tego wszystkiego musiały być wątki, których wciąż nie poruszył. Inaczej całość kompletnie nie miała sensu. Nawet i bez tego nie miała. Zbierało mi się na mdłości na myśl, że miałam mieszkać pod jednym dachem z kimś takim. Najgorsze było jednak to, co mogła zrobić z Drew. Co już z nim zrobiła. Jeżeli oczekiwał mojego poważnego podejścia, winien odsłonić więcej kart. Bez tego nie mieliśmy o czym rozmawiać.
Gdy zadał pytanie, ścisnęłam usta w wąską linię. Dawne nadzieje i ślepa, młodzieńcza wiara pozostawały czymś, co jakiś czas temu wrzuciłam do kosza. Pogrzebałam głęboko, na wieki. Lecz on wciąż miał szansę. Spodziewałam się, że ten moment nadejdzie, ale w największych koszmarach nie przypuszczałam, że uosobienie tych emocji otrzyma twarz szlamolubnej zdrajczyni z plakatów.
– Co to znaczy, Drew? Tę dziewuchę pozbawiono tytułów, wyrzekła się życia w znamienitej czarodziejskiej rodzinie, wyrzekła się dbania o przyszłość nacji czarodziejów, o pielęgnowanie tradycji. Sądzisz, że o twoje zadba? Chyba nie dopuszczasz myśli, że jej powrót w te kręgi możliwy?
- Po tym pytaniu wstałam z łoża. Nocna szata posunęła się po podłodze, pieszcząc szlak, który wybrałam – wprost do komody, na której spoczywała taca z karafką. Złocisty płyn rozlał się do dwóch szklanek. Wróciłam po chwili, podając mu jedną z nich, bo przecież w tamtej już nic nie zostało.
– Jestem z tobą, nie przeciwko tobie, Drew – przypomniałam mu raz jeszcze i pochyliłam się lekko, stojąc przy brzegu łóżka. W obliczu tak wielkich rewelacji trzeźwość trzymała się mnie zbyt kurczowo.
Ta decyzja mogła być początkiem jego upadku, a ja nie zamierzałam do tego dopuścić.
Irina Macnair
Irina Macnair
Zawód : Właścicielka domu pogrzebowego
Wiek : 44
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowa
Ty się boisz śmierci, a ja nazywam ją przyjaciółką. Ja nią jestem.
OPCM : 15 +5
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 20 +6
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarownica

Rycerze Walpurgii
Rycerze Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t8709-irina-macnair-dluga-budowa https://www.morsmordre.net/t8832-pani-macnair#263265 https://www.morsmordre.net/t12082-kronika-towarzyska#372204 https://www.morsmordre.net/f445-suffolk-dunwich-przekleta-warownia https://www.morsmordre.net/t9237-skrytka-nr-2063#281040 https://www.morsmordre.net/t9127-irina-macnair#275271
Re: Sypialnia Iriny [odnośnik]21.11.23 22:25
Nauczony byłem grać na swoją stronę i brać garściami z tego, co podawano mi na tacy. Nie patrzyłem wtedy na innych, nie zastanawiałem się czy moje zachowanie szkodziło im, pomagało, czy nawet niweczyło długo snute plany. Wykorzystywałem cenne jednostki do własnych celów, korzystałem z ich dóbr materialnych oraz wiedzy pod przykrywką zaradnego i dobrego mężczyzny – musiałem sobie jakoś radzić i przetrwać czas, kiedy pozostawiono mnie na pastwę losu. Nie urodziłem się egoistą, to rzeczywistość sprawiła, iż we własnych oczach zajmowałem centralny punkt. Dopiero po dołączeniu do Rycerzy Walpurgii zostałem zmuszony do spojrzenia szerzej na rzeczywistość, na otaczającą nas codzienność i problemy, które tylko w pewnej części były moimi własnymi. Zacząłem inaczej myśleć, przedkładać pewne kwestie nad swoje własne potrzeby i dążyć nie tylko do samorealizacji, ale przede wszystkim spełnienia wyznaczonych przez Czarnego Pana misji. Czy brałbym udział w konflikcie, gdyby nie pamiętne spotkanie z Ramseyem na cmentarzu? Ciężko było mi znaleźć słuszną odpowiedź, jednak próbując pozostawać szczerym z samym sobą , to zapewne nie. Nie brakowało mi odwagi, ale nie widziałbym w tym własnego interesu, celów jakie miałyby dzięki temu zostać osiągnięte.
Zmieniłem się. Nie postrzegałem tego w kategorii dojrzałości, ale wywrócenia hierarchii wartości, która poniekąd wiązała się z poglądami. Nie miały one nic wspólnego z polityką – chodziło o zupełnie inne aspekty. Zapragnąłem sukcesów, jedności, stałych relacji i wspomnianej już rodziny. Widziałem je, miałem okazję spędzać czas z ludźmi, którzy wspierając się osiągali szczyt. Przyglądałem się temu z boku, z kiełkującą zazdrością, ale nie była ona negatywna, wręcz przeciwnie. Udowadniali, że siła nie drzemała jedynie w jednostce, acz całym drzewie, którego korzenia nie można było tak po prostu wyrwać, spalić i zapomnieć o jego istnieniu. Wciąż miałem sporo zastrzeżeń do szlacheckich zwyczajów, nie pojmowałem ujmowania kobietom, jakie potrafiły nie tylko spojrzeć na pewne sprawy z innej perspektywy i wysunąć właściwie wnioski, to też miały dwie ręce oraz nogi. Nie różniły się od nas, nie miały słabszego głosu. Też miały prawo żyć, marzyć i dążyć do samorealizacji, celów, które były nieodłącznym elementem każdego z nas. Ci co ich nie mieli byli z góry skreśleni, bowiem niczym chorągiew, a co gorsza marionetki próbowali wybić się na barkach autorytetu. Być może przyjąłem to przekonanie w genach, wszak nie jest tajemnicą, że Macnairami dowodziła płeć piękna, a może była to tylko i wyłącznie moja własna, wyrobiona przez lata opinia. Kłuło mnie także marnowanie galeonów, trwonienie ich na rzeczy nikomu do niczego niepotrzebne. Wielkie bale, wykwintne dania, napoje i kurwy – nie można było tego spożytkować lepiej? To co rozpuszczone dzieciaki wydawały w godzinę na własne zachcianki było nierzadko rocznym dorobkiem całej rodziny – i nie, nie żałowałem im. Po prostu mając pełne kieszenie należało opróżniać je z głową, a nie na infantylne rozrywki. To właśnie z tego powodu posłałem lady Nott list z prośbą o udostępnienie pozostałych po karnawałowym przyjęciu produktów, bowiem kiedy my świętowaliśmy nowy rok z drogim szampanem w dłoni, czarodzieje po starciach na froncie walczyli o życie w lecznicach, domach, lepiankach i przydrożnych rowach. To właśnie na nich kryzys odbił się największym piętnem, bowiem gdy my – bo tak, zaliczałem się do grupy osób, które mogły pozwolić sobie na znacznie więcej luksusów – tęskniliśmy za lepszym tytoniem, to oni za kawałkiem mięsa. Najobrzydliwsze w tym wszystkim było, że na wspomnianym balu fetowały również osoby, jakie nawet nie kiwnęły palcem, nie wyszły poza bezpieczny obszar, nie wsparły nikogo i niczego – żadnej, nawet najmniejszej inicjatywy. Uśmiechali się wykrzywiając swe tchórzliwe ryje i klaskali, gdy tylko inni czynili to samo.
Doznałem ubóstwa, wiedziałem jak ono smakuje. Można było nazwać mnie hipokrytą, bowiem w końcu zamieszkałem w wielkiej, pięknej posiadłości, nie odmawiałem sobie trunku, Stibbonsów i dobrego żarcia, ale wbrew opiniom zachowywałem przy tym zdrowy rozsądek. A wcale nie musiałem.
-Tak? Jakoś nie zauważyłem- zerknąłem na nią z kąśliwym uśmieszkiem. -Wierzę, że umiesz wykorzystywać ten atut- dodałem czując, że odpowiedź była twierdząca. Miałem ją za inteligentną kobietę, która doskonale potrafiła poruszać się po tej wąskiej granicy. Osiągała korzyści, ale przy tym nie traciła na własnej wartości. Nie byłem pierwszym i zapewne nie ostatnim mężczyzną, jaki prawił jej podobne komplementy. -Ojczulek musiał się nieźle wkurwić, że zabrałaś mu charakter i urodę, mimo iż urodził się jako pierwszy- zaśmiałem się pod nosem. Bawił mnie ten fakt, bo nie było to jedynie luźne, subiektywne spostrzeżenie. -Ciągle wracamy do tematu żony, może zatem powiesz mi kto będzie mężem? Chyba nie zamierzasz sprowadzać tu tylko i wyłącznie kochanków?- zapewne nie powinienem o to pytać, ale nieszczególnie się tym przejmowałem.
-Też mam dość krytyczne oko Irino- uwaga za uwagę. Chciała, abym miał dobrze urodzoną, piękną i oddaną żonę, to ja mogłem wysunąć podobne oczekiwania w stosunku do jej amanta. Bycie wdową niczego nie wykluczało, a tym bardziej nie utrudniało.
-Przyjmę to jako obietnicę- odparłem odkładając żarty na bok. Jej wsparcie było nieocenione, bowiem na dobrą sprawę byliśmy w tym całym chaosie tylko we dwoje. Z czasem miało się to zmienić, ale mimo wszystko to wciąż na naszych barkach spoczywała odpowiedzialność za trwałość zbudowanych fundamentów. Nazwiska, jakie w końcu miało zmienić swój wydźwięk oraz negatywne skojarzenia. -Dlaczego postanowiłaś wrócić?- to pytanie od dawna zaprzątało mój umysł, lecz nie chciałem wciskać nosa w nie swoje sprawy. Dzisiejsza noc była jednak inna, ociekała szczerością i wyznaniami, na jakie prawdopodobnie żadne z nas nie było gotowe. Może i ona będzie skora powiedzieć coś więcej? Otworzyć się, pozwolić poznać motywację? W gruncie rzeczy nie wiedzieliśmy o sobie nic więcej poza ogólnikami dostępnymi dla wszystkich postronnych, a w końcu nic nie łączyło ludzi tak jak tajemnice.
Kątem oka zerknąłem na jej dłoń i odwzajemniłem lekki uścisk. Nie spodziewałem się po niej podobnej reakcji, ale poniekąd udowodniła nią, że mieliśmy wspólny cel i ona naprawdę w niego wierzyła. Może nawet i we mnie. Uniosłem wzrok na wysokość jej tęczówek i skinąłem lekko głową – nie potrafiłem wyrażać wdzięczności, ale czułem iż mogła takową ujrzeć w moich oczach.
Stoicki spokój nie był moją mocną stroną, aczkolwiek wyjątkowo nie czułem rosnącego gniewu wobec przepełnionych złością spojrzeń. Przyglądałem się jej twarzy, wyłapywałem każdą zmianę jej wyrazu; od grymasu po lichą próbę kpiącego uśmiechu, aż do niezrozumienia, którym wręcz kipiała. Nie była w stanie opanować rosnących emocji i choć za wszelką cenę starała zachować się pozór zdystansowanej, to zbyt bardzo zwęziłem ku temu pole. -Lucinda- odparłem zgodnie z jej oczekiwaniami, choć to słowo w owym kontekście brzmiało abstrakcyjnie. Nawet jeśli chciałem, to nie miałem szansy dopowiedzieć nazwiska z prostego względu – nie znałem go. Pochodziła z rodu Selwyn, ale ci już dawno wyrzekli się czarnej owcy i na dobre skreślili ją z kart historii. -Nie urodziłem się Rycerzem Walpurgii Irino- rozłożyłem ręce w geście bezradności, po czym ponownie zamoczyłem wargi w trunku. Kusiło mnie, aby skomentować kwestię staropanieństwa, ale ugryzłem się w język. Nie chciałem jeszcze bardziej zaogniać sytuacji, bowiem i tak zaczęliśmy wkraczać na naprawdę grząski grunt, terytorium, po którym unikałem przechadzek – nawet we własnych myślach. -Poznaliśmy się na długo przed moim powrotem do Londynu- rzuciłem zdawkowo. Nie zamierzałem rozkładać na czynniki pierwsze relacji łączącej mnie z dziewczyną i opowiadać wszystkich detali. Te i tak nie miały żadnego znaczenia dla sprawy. -Przeczuwałem, że podzielała wrogie poglądy, ale musiałem się upewnić i dlatego w jej szklance znalazło się veritaserum- wyrywkowo powracałem do kluczowych sytuacji, które niejako mogły udowodnić Irinie, że interesy organizacji miały dla mnie priorytetowe znaczenie. Poświęciłem dla Rycerzy wiele – o wiele więcej niżeli nawet byłem gotów przyznać. -Dowiedziałem się czego mogłem i sprawiłem, że zapomniała o tym incydencie. Był on punktem zwrotnym, bowiem zdałem sobie sprawę, że nie dzielił nas już tylko i wyłącznie społeczny status, ale coś znacznie istotniejszego. Pozwoliłem jej na to, ustąpiłem gdy otwarcie wybrała wroga. Nie rozumiałem, ale uszanowałem decyzję- kontynuowałem wciąż nie wyrażając żadnych emocji, choć tamto parszywe wspomnienie pozostawiło po sobie skazę. Rysę, której nawet czas nie potrafił zatrzeć. -Nie zawahałbym się w trakcie starcia Irino, a tym bardziej nie potraktował ulgowo. Cóż jednak mogę poradzić, że los ponownie sprowadził nas na tą samą drogę i to jeszcze w trakcie tego cholernego zawieszenia broni? Pewność, jaką wcześniej żywiłem pękła niczym mydlana bańka i zacząłem się zadręczać, że pozwoliłem jej podjąć tamtą decyzję. Zgodziłem się na odejście, bowiem żyłem w przekonaniu, iż każdy miał prawo do własnych wyborów. Zmieniłem zdanie- wzruszyłem beznamiętnie ramionami. Na usta pchało mi się jeszcze wiele słów, ale ważyłem ich istotność. Nie chciałem zalać ją masą szczegółów, setkami niepotrzebnych informacji, które tylko wzburzyłyby i tak już wystarczająco mocno kpiące emocje.
-Ponadto cały plan ma drugie, znacznie istotniejsze dno- dodałem właściwie od razu nie chcąc, aby wyciągnęła pochopne wnioski. -Lucinda, choć drobna, a co za tym idzie niepozorna, jest naprawdę groźnym przeciwnikiem. Nabyła nie tylko doświadczenia, ale i umiejętności, co do tego nie mam żadnych wątpliwości. Jej powrót do Londynu, skrucha i finalnie publiczne poparcie naszej sprawy sprawi, że wszyscy którzy mają jeszcze jakiekolwiek wątpliwości po prostu je zaniechają. Rzecz jasna czas na obiekcje i zastanowienia już dawno dobiegł końca, ale nie oszukujmy się- przerwałem na moment szukając właściwych słów na określenie myśli. Poza tym musiałem złapać oddech i upić trunku. Nie pamiętałem kiedy w ostatnim czasie przyszło mi tyle mówić. -Tacy wciąż byli i nawet jeśli brakowało im odwagi tudzież woleli dla spokoju iść za silniejszymi, to w każdej chwili mogli zrobić w tył zwrot. Wierzę, że to zasieje ziarno niepewności i włoży tym kij w mrowisko tych najbardziej zagorzałych rewolucjonistów. Wyobraź sobie, że ta informacja rozniesie się echem po całym kraju i wszyscy dowiedzą się czym tak naprawdę jest ten śmieszny Zakon Feniksa. Ułudą, tworem jaki nie ma prawa istnieć. Kolektywem dziwolągów szukających w przelewie krwi sposobu na życie pośród prawdziwych czarodziejów. Mówiliśmy o tym tylko i wyłącznie my, zaś teraz naszą prawdomówność potwierdzi nikt inny jak były członek, śmiało można powiedzieć, że nawet twarz ugrupowania- sarkastyczny uśmiech zatańczył na moich wargach. Były to jedynie przypuszczenia oraz wstępne założenia, ale zdrowy rozsądek podpowiadał mi, że każde wycofanie i przejście na stronę wroga podkopywało morale, i zmuszało do ponownych analiz.
Przeczuwałem, że natłok informacji mógł ją przytłoczyć, lecz na dobrą sprawę był to tylko wstęp. Musiała znaleźć czas na zapoznanie się z przygotowanym przeze mnie planem i co najważniejsze zapamiętać wszystkie wytyczne, aby nie popełnić żadnego błędu. Wiedziała już po co, zyskała świadomość dlaczego, lecz wciąż nie wiedziała jak i czy było to bezpieczne. Nie mogłem dać jej stuprocentowej pewności, zawsze istniało ryzyko, którego chociażby nie mogłem przywidzieć – nie byłem człowiekiem nieomylnym, ale z pewnością nie bezmyślnym.
-Klątwy mają to do siebie, iż wiele osób nie docenia ich potęgi- zacząłem dźwigając się w końcu z łóżka. Podszedłem do drewnianej okiennicy i objąłem wzrokiem rozciągający się za nią widok. Nie musiałem patrzyć na jej twarz, aby czuć na barkach ciężar gęstej atmosfery i złości, która zajęła każdy kąt sypialni. Najmniejszy jej skrawek. Istny pokój zwierzeń. -Sprawię, że zmieni nastawienie i uczynię to dzięki jej krwi. Posoki, jaką zdobyłem jeszcze nim nasze drogi rozeszły się rzekomo na dobre- opróżniłem szkło i obróciłem się przez ramię w poszukiwaniu jakiegokolwiek trunku. Rzadko mównie mocno go potrzebowałem. Dziwny spokój wciąż nie wyzwalał emocji, nie ukazywał prowadzonej w środku walki i taką postawę pragnąłem zachować. Alkohol mógł okazać się do tego kluczem. -To my będziemy tymi, którzy ją wspierali i walczyli o dobro tych ziem, żyjących na nich ludzi, zaś Zakon- wygiąłem wargi w kpiącym wyrazie. -Swoich koleżków będzie widzieć przez nasz pryzmat. Pryzmat złoczyńców, morderców, czyli największego wroga- zaśmiałem się pod nosem i ruszyłem w głąb pomieszczenia. Nie mogłem ustać w miejscu.
-Jeśli uda mi się nałożyć przekleństwo to pójdzie dobrowolnie, a potem zadbamy o to, aby nikomu nie szepnęła ani słowa. Na jakiś czas będzie musiała zostać zamknięta w tym domu, bo z pewnością będą jej szukać- a poszukiwania człowieka w całym kraju było niczym rozglądanie się za igłą w stogu siana. -Szczerze wątpię, aby podzieliła się wspomnieniami z wrogiem w roli głównej. Mogę się mylić, może rzeczywiście miała kogoś bliskiego, komu zawierzyła tę tajemnicę, dlatego wszystko zostanie zabezpieczone. Nie zaryzykuję twoim bezpieczeństwem Irino- dodałem gwoli ścisłości. Ja milczałem, nikt nie miał o tej relacji pojęcia i czułem, iż ona także zachowała to dla siebie. Znałem ją.
Przyglądałem się jej powolnym ruchom, płynowi, którym uzupełniała szklaneczki. Najwyraźniej nie tylko ja potrzebowałem czegoś mocniejszego, a przede wszystkim rozluźniającego. Usiadłem na skraju łóżka i odstawiłem trzymane przez siebie szkło. Wiedziałem, że w jej głowie trwała istna walka, domyślałem się, iż pragnęła mną potrząsnąć, wybić mi ten pomysł i zapomnieć, że w ogóle miał miejsce, jednak były to próżne nadzieje. Podjąłem decyzję i nic, ani nikt nie mógł mnie od niej odwieść – chyba, że zawetowałby to sam Czarny Pan. Przeczuwałem jednak, że on zrozumiałby tę wizję, bowiem błękitna krew miała niezwykle wielką wartość – z takową nikt bez właściwych korzeni nie miał prawa się urodzić. -Wiem- odparłem pewnym tonem. Gdy znalazła się naprzeciwko mnie ponownie dźwignąłem się na nogi i ująłem w dłoń jej podbródek, który zadarłem do góry, aby mogła spojrzeć mi prosto w oczy. -Dlatego musisz mi zaufać, nawet jeśli cały twój umysł bije na alarm- dodałem nieco ciszej, ale z równie wielkim przekonaniem w głosie.




The eye sees only what the mind is prepared to comprehend
Drew Macnair
Drew Macnair
Zawód : Poszukiwacz i przemytnik artefaktów, fascynat nakładania klątw , właściciel Karczmy "Pod Mantykorą"
Wiek : 31
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Kawaler
Dan­ger is a beauti­ful thing when it is pur­po­seful­ly sou­ght out.
OPCM : 40
UROKI : 2 +2
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 5 +4
CZARNA MAGIA : 51 +7
ZWINNOŚĆ : 4
SPRAWNOŚĆ : 15 +3
Genetyka : Metamorfomag

Śmierciożercy
Śmierciożercy
https://www.morsmordre.net/t6211-drew-macnair https://www.morsmordre.net/t4416-avari https://www.morsmordre.net/t12082-kronika-towarzyska#372204 https://www.morsmordre.net/f445-suffolk-dunwich-przekleta-warownia https://www.morsmordre.net/t4418-skrytka-bankowa-nr-1139 https://www.morsmordre.net/t4417-drew-macnair
Re: Sypialnia Iriny [odnośnik]21.11.23 22:27
Łączyło nas znacznie więcej, niż mogłam przypuszczać. Dopiero teraz, kiedy minęły miesiące współpracy, kiedy naprawdę przełamywaliśmy lata ciszy i nieobecności, kiedy wreszcie poznawaliśmy się w głębi i szczerości, o które trudno bez zaistnienia właściwych okoliczności, mogłam jeszcze bardziej docenić wybory ostatnich miesięcy. Tam nie czekało mnie nic, tutaj toczyła się prawdziwa gra, w której rodzina Macnair brała czynny udział. Nawet jeżeli dziś była nas ledwie garstka. Pewne rzeczy nie mogły się zdarzyć z dnia na dzień. Nawet śmierć, którą przywołałam, której zaoferowałam własnego męża, nie była tym krótkim błyskiem tortury. Motywacje rosły i rozwijały się przez lata. Na niego i na nich wszystkich. Natomiast pierwszy postawiony krok na ziemiach angielskich był jak wyczekiwany oddech po zbyt długo wstrzymywanym powietrzu. Tam umarłam, tutaj zrodziłam się na nowo – świadoma i pewna siebie samej bardziej niż kiedykolwiek wcześniej. Dojrzała na tyle, by nigdy więcej nie dać się wpędzić w podobną pułapkę. Byłam tu, budując pod szyldem jedynego prawdziwego nazwiska nową erę. Dla nas, prawdziwych czarodziejów i w imię rodzinnego herbu. I dla mojego syna. Za sobą miałam młodzieńcze zrywy, za sobą naiwne marzenia i wiarę, że przebrnę przez srogie mury obcych tradycji i zatwardziałych durnych łbów. Nie było mi to już potrzebne. Uwolniona rozwijałam czarne skrzydła i wyciągałam szpony gotowa bronić na wiele sposobów tych, którzy byli tego warci.
- Twoich krzywdzić nie muszę – wyraziłam, wznosząc znacząco kielich, a na usta wkradł się równie perfidny uśmiech. Skoro żartobliwy ton się go tak dobrze trzymał, nie zamierzałam pozostawać w tyle i odpowiedzieć z równą stosownością. Gdy zaś potwierdził swą wiarę w moje zdolności, nie musiałam nawet kiwać głową. Nie czyniłam z tych metod największych broni, wolałam uciekać się do innych środków, ale w razie konieczności byłam gotowa. Bez finezyjnych metod i dość wysmakowanych gier, ale uważałam, że wciąż, mimo wieku, potrafię coś osiągnąć w tym zakresie. Okoliczności prowokowały zawsze narodziny nowego sposobu. – Zabrałam mu jeszcze więcej. I nie zamierzam na tym poprzestać – wyjawiłam z nutą tajemnicy, która pieściła uszy niczym ten szlachetny, przedostatni łyk wina. Im bliżej końca, tym bardziej trzeba się było nasycić. Tym więcej trzeba było wycisnąć dla siebie.
- Nie będzie żadnego męża, mój drogi – oświadczyłam bezceremonialnie, dewastując niejako jego odważne zapędy. Lub przynajmniej taką próbę podejmując. – Nie jest mi do niczego potrzebny. To ty potrzebujesz małżeństwa, nie ja – rzekłam, marszcząc sugestywnie czoło i wbijając w niego nieco napastliwe spojrzenie. Zrozumiał? – A nawet gdyby – nie licz, że zamierzam pytać cię o pozwolenie – kontynuowałam, na koniec wypuszczając powietrze z nosa z charakterystycznym świstem. Chyba nie wątpił w mój gust? Nie wpuszczałam do łoża byle kogo. Miałam swoje wymagania, a żar pożądania zazwyczaj nie zaślepiał mi umysłu. Nie mogłam sobie pozwolić na utratę głowę dla jakiegokolwiek mężczyzny. Drew nie musiał się obawiać, ale musiałam przyznać, że podobała mi się ta wyjawiona dbałość o moje dobro. Nawet jeżeli był to pokaz budowany na dowcipie.
Pytanie, które padło niedługo później, zdziwiło mnie. Czułam, jak nasilał się specyficzny nastrój tych nocnych rozmów, czułam, że zapędzamy się w coraz trudniejsze tematy, że rozświetlamy puste plamy widniejące gdzieś na mapie naszej nieoczywistej relacji. Drew sięgał po jeszcze więcej. Chciał mojej historii tak jak i ja chciałam jego. Dobrze więc, niech ma. Może to zachęci go, by z ufnością zaoferował mi swoją własną. Dokładnie tą, która zaprowadziła go dzisiaj do mojego łoża. – Gdy umiera mąż umieszczona w sidłach jego rodziny kobieta zazwyczaj czeka, aż ją wypędzą. Albo skażą na życie pozbawionej wszelkich praw męczennicy. Traci dziecko i przyszłość. Nie zamierzałam się na to godzić. Mam jeszcze wiele do zrobienia, wiele do osiągnięcia. A mojego syna czeka tutaj lepszy los niż tam, pośród zjadających się wzajemnie hipokrytów. Dali mi dużo, ale odebrali jeszcze więcej. Szczególnie on. Na szczęście już go nie ma – snułam opowieść, by wreszcie pozwolić sobie na charakterystyczną pauzę i wykończyć rozdział z nikłym uśmiechem. – Gdy go zabijałam, wiedziałam, że Igor wybierze mnie, nie ich. I że prędzej czy później zaczną coś podejrzewać. Nie było sensu tkwić tam dłużej. Anglia stała się jedynym słusznym kierunkiem. To tutaj jest mój dom. Ty i ja usuwamy z drogi tych, którzy pod pozorami bliskości próbują ingerować w nasz świat, a tymczasem są tylko resztkami gnijącej więzi. I przedwcześnie próbują wepchnąć nas w ramiona śmierci. Tymczasem ona sama nawiedzi nas o właściwej porze. Nie dzisiaj – zawyrokowałam ponuro, kończąc opowieść. Wiedziałam, że zrozumie. Wolałam zginąć w Wielkiej Brytanii, w walce, w obronie ziem, które mnie wychowały, a nie w imię ludzi, którzy nigdy nie ujrzeli we mnie swojej, którzy przez cały lata budowali fałszywą narrację i uśmiechali się perfidnie, trując mój świat. Nie było sensu, by zatajać fakt morderstwa. Nie bałam się o tym mówić. Nie bałam się przyznać do przelania czarodziejskiej krwi. Moje istnienie wymagało ofiary. Inaczej Anglii nie ujrzałabym już nigdy więcej.
Nie zamierzałam z ufnością i całkowitym oddaniem przyjmować każdej, choćby bzdurnej, teorii, którą się ze mną dzielił. Chyba nie sądził, że przyjmę to z oddaniem albo obojętnością, że tak po prostu zaakceptuję albo nawet zawtóruję tym niesmacznym wizjom, które właśnie przede mną otwierał. Miałam wystarczająco dużo odwagi, by walnąć go mentalnie w nos, jeżeli tylko zachowa się jak ostatni idiota. I naprawdę nie obchodziło mnie w tym momencie, kim był. Teraz leżał w moim łóżku i rozmawialiśmy jak rodzina – nie żołnierze z większym lub mniejszym stopniem wojennego uznania. Dlatego właśnie pozwalałam sobie na więcej i miałam nadzieję, że potrafił docenić i zrozumieć moją złość i niepewność co do tych absurdalnych zamierzeń.Lucinda powtórzyłam za nim, unosząc brodę i bezgłośnie niemal przywołując śmierć, by ta tym razem nadeszła prędzej i uwolniła go od zwodniczego czaru tej małej ropuchy. Bo salamandrą przestała być już dawno temu. I nie bez powodu. Nie znałam tej kobiety, nie obchodziła mnie jej historia. Liczyło się tylko to, że pozostawała wrogiem. Znajdując się daleko od kraju, odcięta byłam od większości kluczowych wydarzeń, choć nie sądziłam, aby akurat jej indywidualne kalendarium wiele wnosiło. Niemniej nie bez przyczyny ta zdradziecka twarz zawisła na plakatach. A w końcu powinna zawisnąć na szubienicy.
Poświęcałam mu jednak ten czas. Z uwagą przysłuchiwałam się, składając poszatkowaną historię w sensowną całość – a przynajmniej pomiędzy kolejnymi faktami starałam się tej logiki doszukać. Oczywiście, że Drew nie był całe życie oddany tej jednej sprawie, że miał niewinność, marzenia, naturalne wizje przyszłości i słabości, które przypominały o człowieczeństwie. Żadne z nas nie było wyłącznie sojusznikiem śmierci i wysłannikiem nowego porządku. Mieliśmy emocje i mieliśmy przeszłość. Tylko że sprawy takie jak ta nie powinny mieć dziś miejsca. Jego myśli o tej damulce, której zamarzyło się zrzucić szlachetną spódnicę, demolowały mu głowę. Słuchałam, orientując się, że sprawy, które zakiełkowały w przeszłości, dziś urastały do napastliwych chwastów. A on nie potrafił się ich pozbyć i mnie również na to nie pozwoli – jakkolwiek mocno zamierzałabym o to walczyć. Co do tego nie miałam żadnych wątpliwości. – Perfidne zagranie – wypowiedziałam niejako z dumą, kiedy wspomniał o zdarzeniu z eliksirem prawdy. – Wykorzystałeś ją – dodałam nieco z ulgą, bowiem wychodziło właśnie na jaw, że nie był do reszty opętany przez tę wiedźmę, że sprawy Rycerzy Walpurgii pozostawały priorytetem nawet w obliczu pętającego mu umysł zauroczenia. Jednak mojej uwadze nie umknęło to, że po tym wszystkim pozwolił jej odejść, nie zadał ciosu, uwolnił zdradziecką dziewuchę, pozwalając jej dalej iść i wznosić różdżkę przeciwko naszym sojusznikom. Skoro ta twarz wisiała na słupach w całym kraju, to musiała zrobić coś więcej, to nie była wyłącznie ostrożnym sprzymierzeńcem. Sądziłam jednak, a przynajmniej wierzyć chciałam, że to wszystko było z jego strony porządnie przemyślane. Uszanował tę decyzję. Zacisnęłam wargi, by powstrzymać cisnącą się na język wiązankę niepochlebnych komentarzy. Te dwie drogi powinny się rozejść dawno temu. Bawienie się z nieprzyjacielem było korzystną zagrywką, dopóki wyciskał z niego cenne informacje.
– Igrasz z ogniem, Drew – zaczęłam, przypadkiem dobierając metaforę o podwójnie trafnym znaczeniu. – Prowadzisz grę, w której bardzo łatwo o błąd. Czy jesteś pewien, że poznałeś ją na wylot? Że nie ma w jej intencjach fałszu? Że i ona nie wykorzystała ciebie? Właściwie to na jej miejscu, nie miałabym oporów, w tym momencie dobro sprawy ważniejsze jest od jednostki. Nie zamordowałeś tych uczuć dawno temu, więc dziś wracają, zastawiając pułapki, które cię osłabiają – wygłosiłam ostrożnie, patrząc na niego uważnie. Gdybym i ja miała lata temu oczy tak szeroko otwarte jak dziś, dokonałabym mordu dawno, być może jeszcze przed nadejściem pierwszej sowy z Hogwartu zaadresowanej do mojego syna. Jednak, jakkolwiek skłóceni, mój mąż i ja kierowaliśmy spojrzenia w imię tych samych idei i jednego przywódcy. Tutaj sprawa miała się zupełnie inaczej. – Nie zawahałabyś się w walce… Więc zabiłbyś ją dziś, gdyby od tego zależało życie twoich kompanów? Zabiłbyś ją, by bronić wizji przyszłości, które prowadzą twoją różdżkę? Zmieniłeś zdanie. Odbierzesz jej wybór, zmusisz ją, nakażesz działać zgodnie z twoją wolą. Uczynisz więźniem – wyliczałam podniośle, próbując kolejny raz wyszukać w tym procederze logiki. Wiedziałam, że mierzenie się z tym było dla niego uciążliwe, że stanowiło wyzwanie cięższe od niejednej stoczonej bitwy. Gdy zmierzał powoli do sedna, podrzucając tropy, zaczynałam przewidywać, jak zamierzał przeprowadzić ten zabieg. Jak zamierzał wyrwać dziewczynę z jednego życia i nagle umieścić za murami przeciwnika. Wciąż jednak nie byłam zwolenniczką tego pomysłu.
Dziwiłam się, że miał mi do opowiedzenia tak wiele, że jego opowieść nie przypominała raczej wypunktowanej listy, a faktyczne przemyślenia i elementy ze wspólnej historii. To dobry znak. Dobry dla mnie, bo ewidentnie obdarzył mnie zaufaniem i oczywiście pozostawałam mu niezbędna, bo z całą pewnością to wszystko nie mogłoby się odbyć poza moją wiedzą. Poniekąd więc sytuacja zmuszała go do rozkładania kart przed ciotką Iriną. Potrzebował mnie. Dokładnie tak, jak parę minut temu głośno objawiłam. Potrzebował, a w obliczu tego wszystkiego ten fakt jeszcze silniej wybrzmiewał. Nie sądziłam, że ta nocna wizyta dostarczy aż tak wielu… spektakularnych wizji. Wyglądało na to, że nie zwariował, ale wdrażał w życie coś, co chodziło mu po głowie już od jakiegoś czasu.
Rozprostowana oddychałam spokojnie, przyjmując każdy szczegół przedsięwzięcia, dając mu czas i pole do podzielenia się z tym wszystkim. – Naprawdę sądzisz, że ludzie tak po prostu przestaną wątpić? Że zaufają ładnym obrazkom i eleganckim słówkom? Kto raz zdradził, zdrajcą pozostanie na zawsze. Może nieliczni się ugną pod tym przedstawieniem. Nie sądzę jednak, by zdołała wymazać ciężar swoich wstrętnych działań pod banderą Zakonu. Przyznaję, dla tej bandy szlamolubów to wystąpienie będzie ciosem prosto w serce, jeżeli faktycznie pozostawała przez te lata ich wierną sojuszniczką. Chętnie ujrzałabym, jak zalewają się łzami i plują na własną naiwność, jak pękają ich marne fundamenty, lecz… - zawiesiłam głos, by przez chwilę uporządkować myśli. – Wydaje mi się, że o wiele bardziej martwiące jest to, co wydarzy się po naszej stronie. Jej wiedza może się okazać cenna. Jej obecność pośród nas wzbudzi jednak mieszane uczucia, Drew. I to na długi czas. Domyślam się, że znalazłeś doskonały sposób, by zmienić jej myślenie, ale poza nami i nią są inni. Zbyt doświadczeni i podejrzliwi, by nie podważyć twojej wiarygodności – zasugerowałam, lekko mrużąc oczy. Bo tej dziewczynie będą mówić źle, będą myśleć z pogardą. Jednak mnie martwiło to, jak w obliczu tego wszystkiego zaczną zachowywać się wobec niego. Czy nie narazi on swojej pozycji i zaufania, jakim został obdarzony?
Klątwa. W jego przypadku to aż nazbyt oczywiste. Musiał to zrobić magią, bo w rzeczywistości nie było możliwości, aby tak po prostu zmieniła front. Aż dziw, że nie pomyślałam o tym od razu. I z całą pewnością nie popierałam postepowania w taki sposób. Nawet jeżeli pozostawałam mu życzliwa. – Jesteś pewien, że zmiana jej światopoglądu z pomocą magii jest tym, czego pragniesz? Przyznaję, dość brutalna, nieczysta zagrywka, ale czy odpowiednia w obliczu twoich uczuć? Zmusisz ją. Zatrzymasz przy sobie, zmanipulujesz świadomość. Chcesz, by właśnie tak to się odbyło? Wiem, że nie ma innej drogi, Drew. I że jesteś w stanie tego dokonać. Lecz czy to wciąż będzie prawdziwa ona?
Z tego, co mówił, klątwa sprawi, że jej myślenie całkowicie się obróci. My staniemy się jej dobrem, a oni przekleństwem. Zaczarowany umysł zgubi szlak, którym faktycznie ta dziewczyna kierowała się w życiu. Nie znałam się na klątwach, choć być może jako córka swego ojca powinna. W głowie jednak natychmiast zrodziła się pewna dość oczywista obawa. – Jesteś pewien efektów tej klątwy? Nakładałeś ją już kiedyś? Nie stanie się bezbarwną wydmuszką? Nie zabijesz tym jej ducha? – wygłaszałam kolejne pytania głośno, z powagą. Mógł się ich wszystkich spodziewać. Padały nie dlatego, że jakkolwiek zależało mi na dobru tej dziewczyny. Liczył się wyłącznie on. Jeżeli dostanie ducha bez życia, ze zmanipulowaną wolą i wytarganym umysłem, to czy faktycznie będzie szczęśliwy? Ufałam mu na tyle, by sądzić, że dobrze przekalkulował ryzyko i naprawdę wykładał mi doskonale przeanalizowany plan. Co prawda wciąż stawiałam wewnętrzny opór dość absurdalnym widokom na przyszłość, ale spodziewałam się, że nie zdołam już w żaden sposób go do tego zniechęcić. Już podjął decyzje i nic tego nie zmieni.
To, czym się ze mną tej nocy podzielił, posiadało ciężar trudny do pojęcia. Gdy rozmawialiśmy, zrzucał go niejako z siebie, częściowo nakładając go i na moje ramiona, lecz ja wiedziałam, że to nie koniec trudności. Że one wszystkie dopiero miały się przed nim objawić. Rozlewający się po szkle alkohol nie da nawet odrobiny ulgi w całej tej sprawie. Ze wszystkich kobiet na ziemi wybrał zdrajczynię rodu, zdrajczynię czarodziejów i to właśnie z kobietą, która opuściła rodzinę, chciał zbudować swoją. Jej pojawienie się pośród korytarzy naszego przeklętego domostwa wprowadzi chaos i zatrzęsie tymi murami. Byliśmy zbyt silni, by to mogło pogrzebać całe nazwisko, ale los bywał nieprzewidywalny.
Gdy stanął przede mną, pozwoliłam mu pociągnąć swoją głowę ku górze, naprzeciw tych przesiąkniętych nową pasją oczu. Jedna z dłoni dzierżyła szklankę z napojem, druga pod osłoną czarnych tkanin ściskała się w złości. – Jeżeli klątwa okaże się zawodna, jeżeli dziewczyna nam zagrozi, mam nadzieję, że zabijesz ją osobiście – obwieściłam, chłodno prezentując swoje oczekiwania w razie… awarii, która może mieć miejsce w obliczu całej tej magicznej manipulacji. Mnie nie musiał przysięgać, będzie to robił przed Czarnym Panem, kiedy tylko ten pozna jego plany – o ile już to nie miało miejsca. – Nie chcę, by żywcem pogrzebała wszystko to, czego dokonałeś i kim się stałeś – wyjawiłam coś, co nie stanowiło żadnej odkrywczej myśli. Niemniej wypowiedziane głośno nabierało dodatkowej mocy. – Ufam ci – dodałam wreszcie i zdjęłam jego palce z mojej twarzy, by podsunąć sobie pod usta wreszcie upragnione szkło. – Nie zmieniaj tego.
Był zbyt młody, bym zaczęła projektować dla niego trumnę.
Irina Macnair
Irina Macnair
Zawód : Właścicielka domu pogrzebowego
Wiek : 44
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowa
Ty się boisz śmierci, a ja nazywam ją przyjaciółką. Ja nią jestem.
OPCM : 15 +5
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 20 +6
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarownica

Rycerze Walpurgii
Rycerze Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t8709-irina-macnair-dluga-budowa https://www.morsmordre.net/t8832-pani-macnair#263265 https://www.morsmordre.net/t12082-kronika-towarzyska#372204 https://www.morsmordre.net/f445-suffolk-dunwich-przekleta-warownia https://www.morsmordre.net/t9237-skrytka-nr-2063#281040 https://www.morsmordre.net/t9127-irina-macnair#275271
Re: Sypialnia Iriny [odnośnik]21.11.23 22:34
Z dzieciństwa miałem jedynie przebłyski jej osoby. Być może pewne wspomnienia sobie wmawiałem, a były one zaledwie opowieściami, bowiem w końcu opuściła Anglię, gdy nie miałem nawet ośmiu lat. Nie zdawała się tęsknić, nie szukała w członkach najbliższej rodziny wsparcia, rozmowy i unikała propozycji zaproszenia ich do jej świata. Wstydziła się? Miała czego, miała kogo, ale czy akurat w tym gronie byłem ja? Z ujmą przyglądała się temu niecierpliwemu, zamkniętemu w sobie i zasiniałemu od ulicznych bójek chłopcu? Być może. Być może spisała mnie na straty podobnie jak własnego brata, dla którego – powiedzmy sobie szczerze – nie było ratunku. Malutka też miała swoje za uszami, ale ona jedna wykazywała sporadyczną litość, nie powiem dobroć, bowiem nie znała tego słowa nawet w stosunku do własnej pociechy.
Irina z czasem stała się dla mnie obca, śmiało mógłbym stwierdzić, iż nawet zapomniana, pozostawiona na kartach przeszłości, gdzieś na półce w zakurzonej księdze. Nie chciałem o własnej historii mówić, a tym bardziej o niej pamiętać. Jednak ta nikczemna – szczególnie jak dla dziecka – podróż trwała, towarzyszyła mi, powracała w sennych marach i codziennych, nierzadko abstrakcyjnych sytuacjach. Z czasem nauczyłem się z tym żyć, przechodzić obok tego obojętnie, nie zwracać uwagi na trudności, lecz wyciągnąć z nich lekcje i starać się unikać doświadczonych błędów.
Obecnie sytuacja się odwróciła – ona była, lecz oni nie. Gnijące truchła nie pozostawiły piętna, nie nakreśliły opowieści wartych powtórzenia. Żal był mi obcy, podobnie jak powody podjętych przez nią decyzji. Podświadomie nie chciałem ich znać, choć szczerze powiedziawszy doskonale zdawałem sobie z nich sprawę. Każdy by uciekł wszak sam uczyniłem to samo.
-Nie? Dlaczego?- brew drgnęła, nie kryłem ciekawości. Idąc śladem ciotki sam uniosłem szklaneczkę w geście niemego toastu i upiłem trunku. -Jeszcze sobie pomyślę, że spodobałoby ci się, gdybym powiedział o nich na głos- wygiąłem wargi w szelmowskim wyrazie nie spuszczając wzroku z jej oczu. Już chciałem dopowiedzieć jedną kwestię, gdy padły słowa odnośnie ojca, na co zareagowałem szerokim, pełnym satysfakcji uśmiechem. Lubiłem słyszeć o jego cierpieniu, pokrętnie sprawiało mi to niesamowitą radość, irracjonalne ukontentowanie, choć to przecież z winy wężowego drewna wypowiedział ostatnie słowa. Na koniec tylko przekazał fiolkę wypełnioną bladoniebieską wicią, jaką finalnie starałem się przyjąć jako żart, świadomą próbę manipulacji i wzbudzenia mojej litości. Ona.
-Wiedziałaś, że nie byłem jedynym dzieckiem Augustusa?- spytałem ni stąd, ni zowąd. -Nie mógł dać mi spokoju, nawet w trakcie ostatniego tchu. Zamiast otwarcie błagać o cofnięcie plugastwa poprosił o naczynie, w którym mógłby przechować swoje wspomnienie- prychnąłem pod nosem, po czym wbiłem spojrzenie w sufit. Nieodnalezienie dziewczyny z myślodsiewni było moją osobistą porażką, brzmieniem jakie musiałem dźwigać, choć tak naprawdę nie musiałem – acz taki byłem. Dbałem o tych, którzy byli mi lojalni, nie bliscy więzami krwi. Lojalni. -Podobno miał córkę, widziałem jej młodziutkie lico, ale- upiłem trunku dając tym samym znak, że potrzebowałem chwili, aby znaleźć właściwie słowa. Być może nawet się wytłumaczyć. -Zwiedził pół świata, ona jest teraz dorosła. To nie miało prawa się udać- wzruszyłem beznamiętnie ramionami, po czym ciemnozielone źrenice ponownie skrzyżowały się ze spojrzeniem Iriny. Podświadomie wolałem, aby nie wiedziała, bowiem jeśli tak, to milczała zbyt długo. Każdy zasługiwał na szansę, a my nie byliśmy ludźmi, którzy pozwoliliby się zachłysnąć nagłym, społecznym awansem.
-Po co mi żona, która byłaby tylko tłem opowiastki?- spytałem bez krzty kpiny w głosie. -By mieć się z kim pokazać na salonach?- zaśmiałem się pod nosem kręcąc głową. -Nigdy nie robiłem niczego na pokaz Irino, nie zamierzam robić i teraz. Ostatnie czego chce to nakazów, wymuszonej zmiany, której doskonale wiesz, że nie zaakceptuję. Wytykali mnie palcami, mogą wytykać i teraz. Nie dbam o to- do bólu, ale szczerze. Nie chciałem podążać utartą ścieżką, robić czegoś tylko po to, aby zadowolić wzrok ludzi dookoła. Doszedłem do tego miejsca sam i sam mogę iść dalej, nawet jeśli komuś będzie to wadzić, trapić i budzić wszelakie wątpliwości. Zdawałem sobie sprawę, że do utrzymania pozycji potrzebne były zmiany, najpewniej właśnie we mnie, ale to wszystko wymagało czasu. Musiałem to przetrawić, przemyśleć, ułożyć odpowiednią strategię. Pochopność potrafiła powalić nawet najlepszego taktyka, podobnie jak zewnętrze głosy demotywujące do działania. W mojej krwi krążył indywidualizm, krążyło pragnienie zmian i szacunku wobec takich jak my – ludzi wyklętych, pozbawionych swego czasu tytułów, zepchniętych na margines. Nie byliśmy gorsi, nie mogliśmy wiecznie płacić za błędy swoich przodków i choć wówczas teoretycznie dostaliśmy szanse, mieliśmy przed sobą wielkie wyzwanie, to nie zamierzałem sprzedać za nie skóry. Zaprzepaścić siebie.
-Nie śmiałbym wytyczać ci drogi, uczyń to samo w stosunku do mnie- kącik mych ust zadrżał w lekkim, acz łagodnym uśmiechu. -Kim jestem, żeby oceniać twoje wybory?- spytałem dość retorycznie, po czym obróciłem się na bok, w jej kierunku i oparłem głowę na dłoni. -To jest właśnie ten paradoks Irino, w twoich oczach cały czas jestem dzieckiem, bo właśnie takiego mnie pamiętasz. Jakbyś się czuła, gdybym zakazał ci czegokolwiek? Chcesz walczyć? Walcz. Chcesz zboczyć z obranej ścieżki? Przyjmij na barki konsekwencje. Jedyne co mogę zrobić to służyć radą, czasem się boczyć i irytować, ale nie decydować za ciebie- mój ton już dawno przestał być żartobliwy. Mogliśmy sobie dogryzać, rzucać pokrętne komplementy, lecz sfery, na jakie weszliśmy wymagały powagi, aby pozostały bez słów utkwionych pomiędzy wierszami.
Z uwagą słuchałem opowieści z odległej Bułgarii starając się nie zdradzić, że naprawdę byłem z niej dumny. Podjęła drastyczne kroki, zdawała sobie sprawę z ciążącej odpowiedzialności, a mimo to potrafiła zachować trzeźwy umysł i uciec z tego motłochu. Zmienić własne życie – bez świadomości, jak właściwie ono będzie wyglądać, bowiem nie poczyniłem żadnych korków, aby ją poinformować o nowych realiach. Uciekła od zapachu świeżych kwiatów, lawendy i morskiej toni wprost do sideł nokturnowskiej rzeczywistości, gdzie początkowo każdy dzień zdawał się walką. Bitwą o siebie, własne dobro, a nawet zdrowie. Tylko głupiec zaniechałby czyhających niebezpieczeństw i cieszył się codziennością jak gdyby nigdy nic. -Jak zginął?- ciekawiło mnie to. Zastanawiało do czego ciotka była w stanie się posunąć pozostając w krytycznym położeniu. Wizja kata nad głową rodziła najróżniejsze pomysły, dotykała granic moralności czyniąc je elastycznymi, gotowymi znieść wszystko, byle kolejny wschód słońca mógł nas obudzić. -Dlaczego nie wróciłaś wcześniej?- ze strachu? Miałem to na końcu języka. -Jaki był w stosunku do Igora?- domyśliłem się, że dla Iriny był oprawcą, potworem, ale czy tak samo traktował własne dziecko? Pociechę, jaką należało chronić?
Wyczekałem na przemowę, na argumenty i werdykt, od jakiego z pewnością nie było odwołania. Wpatrywałem się to w ciotkę, to w ognistą, która kończyła się szybciej niżeli zwykle, ale na szczęście założyłem taką opcję i miałem ze sobą – oby – wystarczający zapas. Nawet nie przyszłoby mi do głowy, aby dzisiejszą rozmowę rozpatrywać w kontekście hierarchii, chylić się po własne zadanie i uważać je za najważniejsze. Miało to związek z Rycerzami Walpurgii, ale ona nie była jedynie sojuszniczką, a moją rodziną. Tak naprawdę najbliższą. -Owszem- odparłem, gdy nienawistnie powtórzyła jej imię. Znała je – musiała znać.
-Owszem- powtórzyłem, gdy wspomniała o perfidnym zagraniu. Nie mogłem się nie zgodzić, bowiem wykorzystałem jej ufność, wiarę w drugiego człowieka i fakt kiełkujących uczuć, które już wtedy można było dostrzec gołym okiem. Złamała dla mnie wszelkie zasady począwszy od utrzymywania kontaktu, po wspólne wyprawy i dzielenie łoża. Zignorowała sygnały alarmowe, niepokojące wieści od rodziny i szemrane pochodzenie. Dała szansę, okazywała szacunek i nie skreśliła na starcie. Jak wiele dam było gotowych poświęcić dobro materialne w imię szczęścia? Może trochę przesadziłem – galeony i rodzinne zabobony?
-A kiedyś przestałem?- zaśmiałem się pod nosem. -Różdżka jest bronią w dłoni czarodzieja, lecz co stanie się, gdy ktoś go jej pozbawi? Stanie się bezbronny, łaknie świstoklika lub narzędzia, dzięki któremu będzie mógł pochwycić ją z powrotem- uniosłem wymownie brew dając jej tym samym do zrozumienia, że zwykle jest to po prostu niemożliwe. -Byłem głupcem sądząc, że wiele widziałem na wschodnich ziemiach. Wychodziłem z założenia, że własnymi doświadczeniami i umiejętnościami mogę dzielić się z dziesiątkami, a tak naprawdę byłem jedynie zapatrzonym w siebie gnojkiem, który potrafił sprawić ból czarnomagicznym zaklęciem. Zaprosić cierpienie, nie śmierć- szklaneczka zakołysała się w mej dłoni, po czym ponownie rant zetknął się z wargami. -Dopiero podczas wojny poznałem prawdziwy zapach krwi, zapach świeżych zwłok i zgniłych trucheł. Bezpośrednia walka uświadomiła mi, że przeznaczenie prowadzi mnie za rękę, los, który nieustannie wystawiam na próbę. To z nim igram, a on rządzi żywiołami, ma władzę nad tym ogniem. Czy jesteśmy w stanie stawić mu czoła? Zmierzyć się z nieznanym? Z tym co zostało dla nas zapisane?- spytałem, choć moja sceptyczna natura mogła zaprowadzić ją na błędne tory. Nie chciałem grać w karty, unikałem trzymania asa w rękawie jak to miałem w zwyczaju – dziś nie było czasu na niedomówienia, na tajemnice i szarżowanie mające przynieść rychłe zwycięstwo. W tej grze mogliśmy wygrać tylko we dwoje. Tak samo jak godzić się z porażką.
-Znasz mnie na tyle by wiedzieć, że kłamię tylko wtedy gdy wymaga tego sytuacja. Nie musiałem tu dziś przychodzić, nie musiałem informować o własnych zamiarach, a zatem odpowiadając na twoje pytanie- zacząłem mając świadomość, iż ta wieść tylko mocniej ją rozjusza. -Nie mam pewności. Zaniechałbym podejrzeń odnośnie jakichkolwiek uroków, ale nie mogę zapewnić, że wszystko pójdzie zgodnie z planem, ale wierzę w nie. Nie jestem lakiem, wiem co robię- oznajmiłem nie pozostawiając przestrzeni na domysły i abstrakcyjne teorie. Był to mój pierwszy raz, prawdopodobnie nikt przede mną nie podjął się podobnego wyzwania, ale nie było to dla mnie przeszkodą – wręcz przeciwnie.
-Nie zawahałbym się Irino. Byłem skory nawet jej to powiedzieć- lojalność była dla mnie najważniejsza. Trenowana przez lata psychika potrafiła postawić granice, oddzielić korzyść od emocji, chwilową ekstazę od upadku. Dobro ogółu od własnego szczęścia, co paradoksalnie przeczyło utrwalonej indywidualności. Zdawałem sobie jednak sprawę, że wówczas nie spoczywał na moich barkach jedynie własny ciężar, ale całej magicznej społeczności, która mogła rychło powrócić do hańbiących rządów Longbottoma lub piąć się na szczyt.
Skrzywiłem się nieco, gdy wspomniała o więźniu, bowiem miała rację i doskonale o tym wiedziałem. Pozostawiłem to bez komentarza nie chcąc zmuszać samego siebie do dalszych przemyśleń, do podważenia racjonalności podjętej decyzji. Klamka zapadła i przy tym chciałem pozostać.
Wygiąłem wargi w lekkim uśmiechu, gdy z miną niedowiarka analizowała moje plany. Na szybko szukała luk, niedomówień i kwestii, jakie nawet dziecko mogło podważyć. -Czyż nie tym rządzi się propaganda? Nie tym karmi? Do speca mi daleko, ale jestem przekonany, że słowa padające z bogato zdobionych, wręcz teatralnych scen porywają tłumy. Wszystko zależy od tego kto je wygłasza- rozłożyłem ręce w geście rzekomej bezradności, choć bardziej świadczyło to o sile głosu, jakiego akurat mi brakowało. Swoistym poddaniu się perswazji. Wizji mówcy, który operując słowem potrafił wmówić, że czarne tak naprawdę było białe i słuchacze gotów byli w to uwierzyć. Co lepsze skorzy nawet powtarzać innym. -Słyszałem kiedyś powiedzenie, że ten kto mieczem wojuje od niego ginie, ale znacznie bardziej przypadło mi do gustu inne sformułowanie. Kto mieczem wojuje, ten wybiera broń- rzuciłem zagadkowo. -Naszym zdaniem będzie utrwalać w niej przekonanie, że to Zakon Feniksa nałożył na nią klątwę. Cegiełka po cegiełce dokładać ciężaru, ale przy tym zapewniać, iż zrobiliśmy co w naszej, aby jej pomóc, a teraz wszystko zależy tylko i wyłącznie od niej. Jest mądrą czarownicą, uczyni co uzna za słuszne, ale to my musimy wspomnianą słuszność jej wpajać- kontynuowałem nie spuszczając wzroku z jej tęczówek. Pewny ton, odpowiedź na każdą wątpliwość – naprawdę przemyślałem to, każdy detal starłem się dopracować tak, żeby nie pozostawiać przestrzeni na błędy. Na zaskoczenie, jakie w tej sytuacji może sprawy bardzo skomplikować. -Owszem, wzbudzi. Będzie przyciągać nienawistne spojrzenia, znajdą się też tacy, co będą łaknąć jej krwi i musimy ją w tym uświadamiać. Ten stan rzeczy będzie jednak trwał do pewnego czasu Irino. Do czasu, gdy uznamy, iż jest gotowa i przed wszystkimi złoży wieczystą przysięgę swojej lojalności wobec naszej sprawy- nie było innego wyjścia – nie chciałem nawet takiego szukać. Istniało ryzyko, że ktoś pozbędzie się przekleństwa, nawet ona sama mogła z czasem zrozumieć, iż ciążą na niej runy wszak sama parała się łamaniem klątw.  Wypowiedzenie słów przysięgi było gwarantem naszego bezpieczeństwa.
Westchnąłem pod nosem słysząc kolejne pytanie i pokręciłem głową. Chwile milczałem, ponownie wbiłem spojrzenie w rozciągający się za oknem widok – w morską toń, blady piach okraszający brzeg. -Nie chodzi tylko o mnie, ale o sprawę. Wierzę, że przyniesie nam to korzyści i tym się kieruję- odparłem krótko. -Taka klątwa nie istnieje, pracuje nad nią. Nie przetestuje efektów, nie sprawdzę czy tak naprawdę zadziała. Wszystko okaże się trzynastego sierpnia tuż po północy. Specyfika będzie dostosowana pod ofiarę, a zatem nie użyjemy jej ponownie, chyba że dokonamy gruntownych zmian transformujących całą strukturę runiczną- wiedza o dobrych i słabych stronach, o chorobie genetycznej oraz posiadanie krwi. Całość została stworzona tylko i wyłącznie pod Lucindę, aby przekleństwo przełamało wszelkie bariery i uderzyło w najczulsze punkty. Najbardziej podatne na magiczne wpływy.
Wygiąłem wargi w lekkim uśmiechu, gdy stojąc tuż przed nią dostrzegłem gniewnie zaciskającą się pięść. Nie zdziwiłbym się, gdyby chciała mi ją przyłożyć. -Zrobię to osobiście- zapewniłem bez zawahania. Nie tego pragnąłem, ale w kryzysowej sytuacji nie miałbym innego wyjścia i pogodziłem się z tym już dawno temu.




The eye sees only what the mind is prepared to comprehend
Drew Macnair
Drew Macnair
Zawód : Poszukiwacz i przemytnik artefaktów, fascynat nakładania klątw , właściciel Karczmy "Pod Mantykorą"
Wiek : 31
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Kawaler
Dan­ger is a beauti­ful thing when it is pur­po­seful­ly sou­ght out.
OPCM : 40
UROKI : 2 +2
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 5 +4
CZARNA MAGIA : 51 +7
ZWINNOŚĆ : 4
SPRAWNOŚĆ : 15 +3
Genetyka : Metamorfomag

Śmierciożercy
Śmierciożercy
https://www.morsmordre.net/t6211-drew-macnair https://www.morsmordre.net/t4416-avari https://www.morsmordre.net/t12082-kronika-towarzyska#372204 https://www.morsmordre.net/f445-suffolk-dunwich-przekleta-warownia https://www.morsmordre.net/t4418-skrytka-bankowa-nr-1139 https://www.morsmordre.net/t4417-drew-macnair
Re: Sypialnia Iriny [odnośnik]21.11.23 22:36
- Nie ośmielisz się – skwitowałam, zbierając małym palcem wilgotny ślad wina z ust. Drobna prowokacja, nasuwająca się zupełnie naturalnie, wydostająca, zanim dopadły ją kajdany należnych powinności. Zaczepny dialog wydawał się jednak na tyle skąpy, zabarwiony bardziej żartem, niż faktycznie szczerą intencją, że nie mógł niczemu i nikomu zagrozić. Specyficzny nastrój nazbyt często zdawał się rozgaszczać w ścianach tego domu. Tego i poprzednich, w których przyszło nam mieszkać.
- To byłoby zupełnie w jego stylu. Bezduszny nawet w uścisku potężnej śmierci. I po ostatnim oddechu także. Nie, nie wiedziałam – przyznałam zniesmaczona samym jego wspomnieniem. Wsłuchałam się jednak w opowieść Drew, a pewne wyobrażenia prędko i całkiem dobitnie zakradały się niewidzialnie przed oczy. Niemal słyszałam jego prowokacyjny ton, jego pragnienie krzywdy nawet we więzach własnej agonii. Do grobu wziął całe księgi tajemnic, ale na sam koniec nie powstrzymał się przed pognębieniem własnego syna być może kłamstwem, być może prawdą. Nie ufałabym wszystkiemu, co postanowił przedstawić Drew. – Pragniesz ją odnaleźć? – zapytałam wprost, wyłapując bez trudu pewną sugestię czającą się gdzieś na granicy wewnętrznych sprzeczności. Dopiero wraz  z kolejnym oddechem pewne wątki stałe się bardziej oczywiste. – Już próbowałeś – stwierdziłam głośno, odchylając się nieco wygodniej. Wyłowione spojrzenie bratanka zdawało się tylko ten stan rzeczy podkreślać. – Nie twoje i jej dobro go motywowało. Zakpił z was. Wciąż możemy jednak obrócić ten stan rzeczy. Znaleźć ją, sprawdzić, wpisać w rodowód. Zrobić to należycie. Tego chcesz? – zapytałam dosadnie, oczekując konkretnej, poważnej odpowiedzi. – Wtedy sama śmierć nie zdołałaby zagłuszyć jego wściekłego krzyku. Dla żadnego z was nie pragnął dobrego zakończenia – skwitowałam, nie kryjąc pogardy. Porzucanie i kpienie z własnych dzieci wydawało mi się być czymś absolutnie niedopuszczalnym. Gdybym wciąż żył, dziś szukałabym najboleśniejszej metody, by go wypatroszyć. Drogi Macnairów krzyżowały się w różny, nieoczywisty sposób, znikały i potem znikąd zaczynały kreślić się na nowo. Dla nas jednak istotne było to, czym żyliśmy dziś. Kogo mieliśmy przy sobie dziś. I kogo mieliśmy mieć wkrótce. Rodziny nie tworzyło się w pojedynkę. Każde z nas przeszło trudną drogę, lecz bez tego trudno byłoby mówić o sile tkwiącej w głębi osobowości, o umyśle mogącym podźwignąć ciężar teraźniejszej roli. Wszystko wydało się mieć jeszcze większy sens.
- Pora zatem znaleźć tę właściwą. Tę, która nie stanie się jedynie tłem i pustą, ładną ozdóbką. Ale najpierw należy oddzielić ziarno od plew. Interesują się tobą, jest ich wiele. Otrzymałeś honory, stałeś się rozpoznawalny, stałeś się widocznie znaczący. I jednocześnie wciąż tak… niedostępny. Niektóre dopatrzyły się w tym interesującego wyzwania, bez wątpienia – zaczęłam głośno dywagować, dobrze wiedząc, jakie głosy pojawiały się w towarzystwie młodych panien z porządnych czarodziejskich domów. Obydwoje z Igorem mieli im nagle znacznie więcej do zaoferowania. To niestety powodowało, że wśród tych uroczych, młodych spojrzeń pojawiały się całe kłęby fałszu. Zamierzałam nad sprawą czuwać, choć podejrzewałam, że obydwaj doskonale sobie z tym tematem poradzą. Mimo wszystko jednak wolałam obejmować ich otoczenie spojrzeniem dokładniejszym. – Niczego ci nie mogę nakazać, choć możesz być pewien, że kiedy ją wreszcie odnajdziesz, nie powstrzymam się od komentarza. Szczerego. Wprowadzasz rodzinę w lepszą przyszłość, a ona u twojego boku również stanie się jej przewodniczką. Wierzę, że o tym pamiętasz, Drew – przyznałam, kiedy rozwinął myśl o naszych indywidualnych ścieżkach. Podobne wątki dotyczyły i mnie samej. Niewłaściwie podjęte przede mnie decyzje mogły pognębić moich bliskich. Do tego nie zamierzałam dopuścić. Zależało mi na nich. – Mogę pamiętać cię jako dziecko, lecz teraz widzę w tobie mężczyznę. Mężczyznę, który osiągnął o wiele więcej, niż ktokolwiek mógł sądzić i który wcale na tym nie poprzestanie. Mężczyznę, który przy tym nie zdurniał do reszty i wciąż ma głowę na karku, który nie łamie się pod ciężarem nowego obowiązku. Nie muszę znać Drew, którym byłeś przez minione lata, by ujrzeć tego, który jest tu przede mną. Bohatera tej wojny, przywódcę, opiekuna rodziny i tego, który na nowo pisze jej historię. Nie śmiałabym w żadnym względzie ci umniejszać. Czuję dumę. Ale nie myśl, że to cię obroni przed moim gniewem, kiedy zbłądzisz i będzie trzeba przemówić ci do rozumu. Strzeżesz nas. Przyjmij więc to, że ktoś chroni również ciebie – oświadczyłam jasno i stanowczo, pozwalając sobie na znaczącą powagę, albowiem wyznanie wykraczało dość mocno poza ramy beztroskiej rodzinnej pogawędki. Odpowiadałam poniekąd na to, co sam postanowił obwieścić mnie. Miał coś zrozumieć. I zrozumie, bo nie planowałam powtarzać się w tym względzie, choć któregoś dnia być może zajdzie taka konieczność. Mimo całej wielkości towarzyszącej od jakiegoś czasu jego osobie, ja nie zapomniałam, że wciąż pozostawał człowiekiem. I jako człowiek mógł mieć momenty zwątpienia. Jak my wszyscy.
- Tracił kończynę po kończynie, aż padł trupem. Szturm moich czarów dobitnie opowiedział mu o latach mojej udręki. Najprzyjemniejsza tortura, jaką kiedykolwiek zadałam.- wyznałam nie bez jawnej satysfakcji. – Jej też się pozbyłam – dodałam na marginesie, prostując dłoń i wyciągając przed siebie palce, by nagle na dłużej zanurzyć się w tym widoku. To była dokładnie ta ręka, ta, która zaciskała się na narzędziu śmierci. Dopiero po kolejnym pytaniu spojrzałam w bok, odnajdując ciekawość w jego oczach. – Nie zawsze taki był. Długi czas byłam jego towarzyszem, równym i szanowanym. Mogłam się rozwijać, w towarzystwie Grindewalda mieliśmy kilka niesamowitych okazji. Niepowtarzalnych, makabrycznych. Można rzec, że bycie jego żoną pozwoliło mi opanować mrok, który dziś stał się moją siłą. Miał wielki talent, inspirował mnie. Aż w końcu go to przeżarło do cna. Wróciłam, kiedy nadszedł odpowiedni moment. Kiedy byłam na tyle silna, by się stamtąd wydostać. Gdy byłam młoda i miałam małe dziecko, nie było to wykonalne – podsumowałam, oferując mu zupełnie beznamiętną, mdłą opowieść. I tylko czasami, w przerwie na głębszy wdech, jakiś świetlisty, żałobny błysk przetaczał się przez spojrzenie. Ten rozdział uważałam za zamknięty.
– Surowy, bardzo wymagający. Miał wobec niego wielkie plany. Ojciec Yavora był dokładnie taki sam, albo i jeszcze gorszy. Rzeźbili go na swoje podobieństwo, miał w przyszłości poprowadzić ich dzieło – zrobiłam pauzę, by zwilżyć usta trunkiem. – Na domiar złego i mnie udzielała się ich gorzka metoda wychowawcza. Wierzę, że Durmstrang chociaż częściowo zdołał go wybawić od nich i ode mnie – wyjawiłam ponuro, wcale nie zakłamując własnego obrazu. Nie byłam idealną matką. Pojęcie pewnych rzeczy nadchodziło dopiero po czasie. Nie zamierzałam jednak powielać dawnych błędów.
Noc szeroko rozwierała ponad nami ramiona, przejmując całkowite panowanie nad niebem. Pod dachami przeklętej warowni nasze oczy przenikały się w odmętach wielkiego sekretu i najwyższej powagi. Zachwycającej, przerażającej i tak niespodziewanej. Niezaplanowana na tę noc dyskusja nabierała jeszcze większej mocy. Zdawało się, że kiedy mówił, wystawiał się, obdarzając mnie niesłychanym zaufaniem. Był wylewny, nie uciekał, oferował wiele odpowiedzi i zdawał równie wiele pytań. Wyjaśnienia dla niektórych z nich nigdy nie miały nie nadejść lub okazywały się dla obydwojga zbyt jasne, by istniała potrzeba dać im głośno wybrzmieć. Pozwalał się poznać, w pewien sposób obydwoje łataliśmy dziury w znajomości wzajemnego życiorysu z ostatnich lat, z czasów bycia dla siebie niemal dwoma obcymi ludźmi, a nie złączoną głęboko rodziną. W skupieniu analizowałam napływające wyznanie, a kilka wypitych kieliszków uwalniało myśli ze stopujących je barier. Jeszcze raz pomyślałam, że  nie, nie był dzieckiem, że dawno temu przestał nim być, że chociaż świat widział w nim kuriozalny obrazek młodzieńczego bawidamka, wcale nim nie był. Ale być może dobrze było w tej pozie się rozgościć. Ci, którzy go doceniali, wiedzieli dobrze, co czynią. Uśmiech szerzej zakwitł na moich ustach. Chwilę później zmrużyłam oczy i posunęłam tułów nieco w jego stronę. – Już to uczyniłeś – już stawiłeś mu czoła, już zmierzyłeś się z nieznanym, już przedostawałeś się pomiędzy odmęty przerażenia. Już byłeś w stanie przezwyciężyć to, co wydaje się zupełnie niemożliwe. I to właśnie zbudowało tego, kim się dziś stałeś. Jedno krótkie, dość cicho, choć dokładnie wypowiedziane zdanie, miało mieć moc wystarczającą. – I zrobisz to zapewne znów – dodałam po chwili zupełnie niezaskoczona, jakbym mówiła o kwestii całkowicie oczywistej. Odsunęłam się po tych słowach, powracając na pierwotne miejsce.
- To prawda, nie musiałeś, a jednak to zrobiłeś – potwierdziłam, wewnątrz usatysfakcjonowana i jednocześnie rozgoryczona, albowiem wiedza o tym… przedsięwzięciu odbierze mi spokój na następne tygodnie. Niemniej nieznajomość tej sprawy byłaby jeszcze bardziej wstrętna. Wolałam więc strzec tej tajemnicy razem z nim, uczestniczyć w niej, ułatwić mu to (na tyle, na ile mogłam). Udowadniał już słuszność swojej intuicji i chociaż teraz każda myśl podpowiadała mi, że to trucizna, która tę rodzina zniszczy, nie mogłam i nie zamierzałam podkładać mu pod nogi kłód w tym względzie. Poznał już moje zdanie, starł się z szorstką, wątpiącą opinią. Przyjął gorycz, odpowiadał na pytania, w dodatku nie udając przede mną, że plan jest całkowicie pewny. Wydawało się więc, że mimo całego absurdu, jeszcze zachował resztki trzeźwego osądu. – I cieszę się, że to zrobiłeś.  Że liczysz się z poważnymi, krzywdzącymi ciebie i nas konsekwencjami – odezwałam się po chwili, lokując spojrzenie gdzieś na bocznej ścianie. Te pokrzepiające podsumowania nie potrafiły mimo wszystko wyplenić ze mnie całej sieci upiornych obaw. Potwierdzenie, które wygłosił chwilę później, w żaden sposób nie przyniosło ukojenia. Westchnęłam tylko głośno, ponownie uciekając się do zanurzenia myśli w przestrzeni kielicha. Wygodnie i potrzebnie.
- Gdy klątwa zadziała zgodnie z twoim opisem, gdy zmącony umysł odnajdzie potwierdzenie w faktycznym otoczeniu i nas, jego uczestnikach, przekonanie dziewczyny nie powinno stanowić większego wyzwania. Będziemy jej radą i drogowskazem, jej dobrem i rodziną. Wymażemy wszystkie ślady plugastwa, nie pozwolimy nużyć się w wątpliwościach – wyliczałam znów, poniekąd deklarując swój aktywny w tych działaniach udział. – Gdy podobny komunikat przestanie płynąć wyłącznie od ciebie, uwiarygodni się. Mądra czarownica… - urwałam, dławiąc pokusę dosadnego skomentowania tej jej mądrości. – Niech więc do mądrych dojdzie wniosków.  Otrzyma nowe, lepsze życie – zauważyłam, nie zamierzając w tym względzie zdradzać jakichkolwiek przejawów skromności, albowiem oczywistym było, że po drugiej stronie czekają na nią wyłącznie nieszczęścia i głód. W ostateczności okrutna śmierć. – Przed kim ma przysięgać? Przed tobą? – zapytałam, unosząc nieco brodę. Przed Morganą? Czarnym Panem? Śmierciożercami? To nagle wydało mi się dość istotne. – Przysięga zadziała odpowiednio, skoro będzie to mówić osoba, której myśli i osąd zostały zmącone przez działanie klątwy? Masz jakąś wiedzę na ten temat? – dopytywałam czujnie, nie pozwalając sobie na milczenie w kwestii napływających obaw.
Szesnastego sierpnia. Na moment wstrzymałam oddech, uzmysławiając sobie, jak niewiele pozostało już czasu. Musiał myśleć o tym już od dawna, od dawna opracowywać plugastwo tak skuteczne i przerażające, by zdołało wytargać dla niego to, co było upragnione. Ją. Naprawdę zdawał się wierzyć, że ta intryga wzmocni nasze stronnictwo. Nie miałam żadnej wiedzy o działaniu run, by móc jakkolwiek kwestionować jego słowa. Pozostało mi jedynie zaufać, być lojalną. Milczałam, tylko patrząc, blokując najdrobniejsze drżenie na twarzy. Energia kumulowała się dopiero gdzieś w tych zaciśniętych pięściach. Gdybym znała jego myśli, zawtórowałabym im. Naprawdę miałam ochotę mu przyłożyć. Wkrótce później nadeszło i zapewnienie, niemal jak obietnica, soczysta, dobitna i przerażająca. Złożenie jej przede mną czy przed śmiercią? A może przed nami obiema? Jak mógł przy tym wszystkim wciąż się uśmiechać? Moja pierś spokojnie unosiła się, kontemplowałam to, próbowałam ostatni raz podjąć próbę przebudzenia się z przeklętego snu. – Obyś się nie mylił – odezwałam się wreszcie, wciąż z uniesioną głową. Powinien bardzo dobrze wiedzieć, co nas wszystkich czekało, jeżeli ten cyrk okaże się dla naszej rodziny gwoździem do trumny.
Wczesny świt złotą łuną zakradł się do pokoju przez szparę między dwoma skrawkami kotary, by prześlizgnąć się prędko po naszych sylwetkach. Poczułam, że kręci mi się w głowie. Od nadmiaru wrażeń czy nadmiaru alkoholu?


zt x2 :pwease:
Irina Macnair
Irina Macnair
Zawód : Właścicielka domu pogrzebowego
Wiek : 44
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowa
Ty się boisz śmierci, a ja nazywam ją przyjaciółką. Ja nią jestem.
OPCM : 15 +5
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 20 +6
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarownica

Rycerze Walpurgii
Rycerze Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t8709-irina-macnair-dluga-budowa https://www.morsmordre.net/t8832-pani-macnair#263265 https://www.morsmordre.net/t12082-kronika-towarzyska#372204 https://www.morsmordre.net/f445-suffolk-dunwich-przekleta-warownia https://www.morsmordre.net/t9237-skrytka-nr-2063#281040 https://www.morsmordre.net/t9127-irina-macnair#275271
Sypialnia Iriny
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach