Wydarzenia


Ekipa forum
Strumień nieopodal chaty
AutorWiadomość
Strumień nieopodal chaty [odnośnik]04.03.24 10:32

Strumień nieopodal chaty

W sercu gęstego lasu ukryty pomiędzy gałęziami starodrzewów snuje się spokojny leśny strumień. Jego krystalicznie czysta woda delikatnie płynie między kamieniami, malując srebrzyste szlaki na swojej drodze. Po obu stronach brzegów można spotkać rosnące dzikie kwiaty, których barwy zdają się rywalizować z bujnością zieleni. Wszechobecne krzewy w zacisznych zatoczkach nurtu, stanowią naturalną barierę dla prywatności i licznych rozmysłów.
Mistrz gry
Mistrz gry
Zawód : -
Wiek : -
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Strumień nieopodal chaty Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 https://www.morsmordre.net/t12082-kronika-towarzyska#372204 http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Strumień nieopodal chaty [odnośnik]09.06.24 20:44
23 listopada 1958 r.

Podążaj wąską, leśną ścieżką w dół, wzdłuż strumienia. Przekrzykujące się myśli nie chciały dać mi spokoju, a przecież wcale nie miały racji. To nie był przypadek, to nie było zwykłe zagubienie się w lesie. Dobrze wiedziałam, dokąd prowadzi ta droga i co najmniej dwie godziny temu przestało chodzić o jakiekolwiek polowanie. Potrzebowałam po prostu dostać się bliżej niepozornej chaty, być może spotkać tam pewna osobę, być może przywitać się i nakarmić się nadzieją na odrobinę wspólnego milczenia. Albo spędzić czas wyrwany nam przeze mnie ostatnim razem… za szybko i chyba brutalnie. Za sobą miałam parę dni skomplikowanych przemyśleń, w których trwałam wciąż głęboko uwikłana, za sobą miałam też nie tak już odległe starcie stworzenia i myśliwego, którego nie mogłam nazwać zbyt udanym, a które znacznie odzwierciadlało się w moim wyglądzie.
Skradałam się, wcale nie poruszając się po sprawdzonych i znanych drogach, lecz towarzysząc im z pewnej odległości tak, by nigdy nie stracić właściwego kierunku. Skradałam się cicha i zwinnie mknąca w zielonym łowieckim odzieniu. Kombinezonie, który jak wierny towarzysz wspierał najmniejszy ruch niedźwiedzia. Wiedziałam jednak, że między tymi drzewami wcale nie jestem anonimowa. Materiał był zachlapany mocno zwierzęcą krwią: czerwone kropidło od kostek aż po szyję, wszędzie plamy i smugi zaschniętej posoki. Twarz również, nieco przerażająca, choć dla mnie zupełnie zwyczajna, jedynie nosząca ślady ostrej potyczki – niespodziewanie dość tradycyjne łowy przeobraziły się w drapieżną batalię. Tak jednak czasem się zdarzało, szczególnie od czasów gwiezdnej nocy. Po Anglii poruszały się stworzenia nienormalnie wściekłe, o nietypowych nawykach i zdolnościach. To musiało być zapewne jednym z takich. Nie byłam ranna. Potargane włosy wyplątały się z upięcia, niektóre pokleiły się przy czole od tej czerwieni. Nieudane starcie nie burzyło mojego nastroju, kompletnie za sobą pozostawiłam tamte widoki, dając się omotać zupełnie totalnym myślom… o nim. Chata była gdzieś niedaleko, chciałam spojrzeć, tylko na chwilę, sprawdzić, czy wszystko porządku. Znów mijające dni wypełniło dokładne milczenie. Znów popełniałam dokładnie te same błędy, znów nie wiedziałam, od czego zacząć, ale nie mogłam się powstrzymać. To było silniejsze. Niewidzialne przyciąganie wypychało mnie na wyjątkowy szlak. Coraz bliżej i bliżej. Gdy zaś wyczekiwany dach wyłonił się spomiędzy niemal ograbionych z liści gałęzi, na piersiach rozdzwoniło się alarmujące uczucie. Szłam dalej, bezgłośnie kryjąc się ze swą obecnością, nie pozwalając, by dowiedział się przedwcześnie, że jestem. Wolałam mieć przewagę, wolałam najpierw spokojnie podejrzeć, czy był w środku i co takiego robił.
Odnalazłam go jednak szybciej, jeszcze zanim wypuściłam oko blisko szklanych szyb niepozornego domostwa. Wystąpiłam na dróżkę, tym razem, nie czając się już perfidnie, bez żadnej zasadzki, zupełnie na wprost. Widziałam go, ćwiczył. Dopiero jaśniało, senna przyroda niespecjalnie zdobiła otoczenie. Ja ostrożnie wyłaniałam się spomiędzy gałęzi. Przystanęłam dopiero kilka metrów przed nim, czując, że nie potrafię podejść bliżej. Było mi głupio, tak, chyba dobrze rozpoznałam uczucie. Wystarczyło, że na mnie spojrzał, a natychmiast pomyślałam, że wyglądam nieprzyjemnie, dość makabrycznie, jakże odmiennie od naszego ostatniego przeklętego spotkania. Chyba nie powinnam mu się taka pokazywać, ale już za późno.
– Dwurożec, uciekł mi – mruknęłam o dziwo po angielsku, by usprawiedliwić ten widok, a potem podciągnęłam dłoń do policzka i przetarłam go trochę nerwowo, ale tylko rozmazałam zabrudzenie. Co teraz? Co teraz!? Sam jego widok wystarczył, by pod skórą rozpoczął się jakiś niemożliwy wyścig. To tylko Krum, przecież mogłam podejść bliżej, nie musiałam się czaić, prawda? A może aż Krum. Dobrze, że chłodne powietrze łagodziło rozpływające się namolnie fale ciepła. – Cześć – zreflektowałam się po chwili, nie za bardzo wiedząc, co ze sobą zrobić. Nie, wiedząc, ale wciąż nie do końca potrafiąc.
Varya Mulciber
Varya Mulciber
Zawód : łowczyni, twórczyni zwierzęcych trofeów
Wiek : 22
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna
Uczuł lód aż w głębi serca, które już miał na wpół zlodowaciałe; przez mgnienie oka zdawało mu się, że umiera, ale to minęło. Nie czuł już wcale zimna.
OPCM : 8 +2
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 5 +2
CZARNA MAGIA : 5 +4
ZWINNOŚĆ : 11
SPRAWNOŚĆ : 15 +3
Genetyka : Czarownica

Sojusznik Rycerzy Walpurgii
Sojusznik Rycerzy Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t11435-varya-mulciber https://www.morsmordre.net/t11445-olgierd#353862 https://www.morsmordre.net/t12091-varya-mulciber https://www.morsmordre.net/f440-warwickshire-warwick-niedzwiedzia-jama https://www.morsmordre.net/t11446-skrytka-bankowa-nr-2500#353865 https://www.morsmordre.net/t11447-varya-mulciber#353889
Re: Strumień nieopodal chaty [odnośnik]11.06.24 13:33
Siła była wyznacznikiem znaczenia w jego rodzinie, tradycją kultywowaną niezmiennie od pokoleń. Od najmłodszych lat uczono go, że doskonała sprawność i hart ducha to nieodłączne cechy prawdziwego mężczyzny. Było to jak święte prawo, którego nikt nie odważył się podważać. Bez siły nie uniesiesz młota, bez młota nie pociągniesz rodzinnych sprawunków ani nie przekażesz fachu w przyszłość. W jego rodzinie nie miało znaczenia, jak bardzo różniło się charakterem; każdy mężczyzna musiał podnieść młot. Jego ojciec, dziadek i pradziadek - wszyscy oni pracowali przy kuźni, ich ciała kształtowane przez lata ciężkiej pracy, ich umysły zahartowane w ogniu przeciwności. W kuźni było coś niemalże magicznego, mistycznego. Żar pieca, iskry tańczące w powietrzu, rytmiczne uderzenia młota - to wszystko tworzyło symfonię, która wnikała w jego duszę, wplatając się w każdy aspekt jego życia.
Niemalże niemożliwe było znalezienie go leżącego do późnych godzin w łóżku, wylegującego się w najlepsze ze zmęczenia. Takie konwenanse nie mogły zaistnieć w jego życiu, które poddane było surowemu rytmowi dnia. Codzienna rutyna była dla niego jak rytuał: rozciągnąć zastałe mięśnie, przemyć zaspaną twarz zimną wodą, wykonać schemat ćwiczeń, który znał na pamięć. Pośpiesznie umyć się, zjeść naprędce śniadanie podczas przechadzki do kuźni w miasteczku, a potem poświęcić się pracy przez pół dnia. Nienawidził destabilizacji, przerw w harmonogramie, który zapewniał mu poczucie kontroli i stabilności. Jednak tego dnia sprawy miały się całkiem inaczej. Chwila oddechu od obowiązków adepta była miłym darem od losu. Miał tyle kwestii do załatwienia przed zimą, która niechybnie miała nadejść, że każda wolna chwila była na wagę złota. Tego ranka wstał wcześniej niż zwykle, jeszcze przed wschodem słońca. Czuł się nieswojo, jakby coś wisiało w powietrzu. Jeden, dwa, trzy... Mięśnie subtelnie drżały ze zmęczenia, gdy kolejna dziesiątka przemijała w zapomnienie kolejnej serii. Cztery, pięć, sześć... Serce przyspieszyło swoją dotychczasową pracę, płuca z wolna błagały o chwilę wytchnienia. Siedem, osiem, dziewięć... Przecież to jeszcze nie koniec, ciało nie mogło mieć żadnych granic. Powtarzał ugięcia w stawie łokciowym systematycznie, opadając najwolniej ku ziemi okraszonej rosą. Jeszcze tylko trochę, odrobinę i wszystko minie. Zmrużył powieki, zatrzymując powtarzaną czynność, rozglądając się uważnie dookoła. Kroki, gdzieś z boku dochodziły, chociaż niemożliwe było, by było to zwierzę. Zapolować miał dopiero później, by zapełnić braki w pożywieniu. Teraz jednak, w porannej ciszy przerywanej jedynie jego przyspieszonym oddechem, te kroki brzmiały jak grzmoty. Powoli wstał, otrzepując dłonie z brudu leśnego poszycia. Kto mógłby go szukać o tej porze?
- Varya? - Nagle, wśród drzew, dostrzegł cień. Sylwetka poruszała się z gracją, choć ostrożnie, jakby również próbowała nie zostać zauważoną. Serce zabiło mu szybciej, nie z powodu strachu, ale z powodu niepewności. Przyglądał się uważnie, próbując rozpoznać szczegóły. Gdy postać wyszła na otwartą przestrzeń, rozpoznał ją po chwili namysłu. To była ona - osoba tkwiąca wiecznie pośród jego myśli. Twarz, choć zamglona przez krwawe obszycie posoki, była mu dobrze znana. W sercu poczuł mieszaninę ulgi i dezorientacji, była ranna? Zbliżała się powoli, jakby badała teren, niepewna jego obecności. Opuścił swoje napięte ramiona i dotąd nieskalane żadnym odzieniem. - Wyglądasz - zastanowił się, by nie palnąć czegoś głupiego, westchnął, podchodząc ku zawieszonej na gałęzi koszuli. Chłód atakujący rozgrzany tors bywał z lekka upierdliwy. - niecodziennie? - dokończył, parskając cichym śmiechem. W takim wydaniu jeszcze nie miał okazji jej widzieć, cóż za ciekawy zbieg okoliczności. - Witaj, musisz uwielbiać tutejsze hrabstwo, hm? - dziwił go język przez nią użytkowany, przez pojedynczość słów nadal wybrzmiewał dominujący akcent. Opanował emocje, czując się pośród nieoczekiwanego spotkania dosyć swobodnie. Bez nerwowych spojrzeń, niepewności czynów i słów; był całkowicie sobą. Co było dziwne na swój sposób, gdy wspominał ich ostatnie potknięcia. - Zapraszam do środka, musisz zmyć... to krwawe maskowanie? - wskazał sugestywnie na jej lico i ubranie, kierując się na schody do skromnego domostwa. - Oferuję coś ciepłego do picia, kąpiel i ciuchy zamienne, jesteś chętna? - spojrzał się za siebie, otwierając drzwi w geście zaproszenia.


For the blacksmith, nothing escapes; from iron, they shape not only the edge
But also destiny.
Nikola Krum
Nikola Krum
Zawód : Adept u mistrza magikowalstwa, raczkujący wytwórca magimetalurgii, opryszek
Wiek : 24
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Kawaler
Siła jest jak wiatr, niewidoczna, ale czujesz ją w każdym ruchu.
OPCM : 7 +2
UROKI : 6 +2
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 7 +1
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 20
Genetyka : Czarodziej

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t12267-nikola-krum https://www.morsmordre.net/t12282-branimir https://www.morsmordre.net/t12309-nikola-krum https://www.morsmordre.net/f466-huntingdonshire-okolice-hemingford-grey-lesny-zakatek https://www.morsmordre.net/t12283-skrytka-bankowa-2632#377708 https://www.morsmordre.net/t12285-nikola-krum
Strumień nieopodal chaty
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach